![]() | ![]() |
![]() |
| |||||||
| Sesje RPG - Inne Tutaj możesz zagrać w tych światach, które zostały pominięte powyżej. Czy to rządzona przez orki Orchia, czy może kosmos w erze, kiedy słońca zaczynają gasnąć. Na pewno znajdziesz tu coś dla siebie. |
![]() |
| | Narzędzia wątku | Wygląd |
| | #161 |
![]() | -Czyżby nie podobała się pani, muzyka, którą ja i mój towarzysz gramy? Nessa zamiast odpowiedzieć dłuższy czas obserwowała długowłosego. Szczupłą twarz, orli nos, zmysłowe usta. Bez trudu wytrzymując odwzajemnioną bezczelność. - Ma Pan jakichś elfich przodków? – zapytała w końcu. Grajek ostentacyjnie odrzucił włosy za kark i koniuszkami palców sprawdził swoje uszy. -Nie, ale miło wiedzieć, że tak wyglądam. -Panów występ jest niewątpliwie wielkim wydarzeniem w Krzykach. To musi by fascynujące grac dla takiej publiczności. To pierwszy wieczór? – nie powstrzymywała leciutko kpiącego uśmiechu. Mężczyzna nachylił się w stronę czarodziejki i powiedział cicho - Gramy tu tylko dlatego, że jakoś trzeba zapłacić za występ. Zarówno ja, jak i Frank przywykliśmy do szlachetniejszej publiczności. Na przykład takiej jak panna.- Mrugnął okiem i odchylił sie do normalnej pozycji. A Żmijka z przyjemnością poczuła piżmową woń, zdając sobie sprawę, że nie wytrwa w celibacie zbyt długo. -Skąd jedziecie? -Jedziemy z Talbergu. Usłyszeliśmy tragiczną historię hrabianki, a przynajmniej plotki. Postanowiliśmy dowiedzieć się czegoś u źródła, może da się z tego sklecić jakiś porywający poemat? - Tak naprawdę bardzo mi się podobała –wróciła do pierwszego pytania. Tym razem uśmiechnęła się bez ironii, szczerze, dziewczęco. - Tylko to całe otoczenie. Czekałam aż zaczną piszczeć, smutno się im chyba żyje w takim małym miasteczku – pokazała na tłumek kobiet – mąż, dzieci i gary. Właściwie to prawdziwy egoizm z mojej strony, że odbieram im Pana uwagę. Zwłaszcza, że nie specjalnie czuję głód męskiego zainteresowania. – przez chwilę nawet wydawało się jej, ze mówi prawdę. - Ale wszystko w Pana rękach, a raczej głosie – znowu ironiczny uśmiech – może ta pogawędka wyniesie się ponad przeciętność. Informacja o braku zainteresowania męskim towarzystwem stłumiła trochę uśmiech muzyka. Nessa musiała mu jednak przyznać, że szybko się opanował i kontynuował w swym dość frywolnym stylu. -Świat to głównie małe miasteczka, małe miłości i małe kłamstewka. Te niemal piszczące kobiety przecież mają swoich mężów, albo kochanków. Niech pogapią się trochę na Franka, może to go trochę rozrusza? A one? Cóż, wrócą do normalnego życia, tak jak my wrócimy do normalnej tułaczki. - Słyszał Pan o elfiej kapłance Lionorze Aelbedh? – w końcu zadała to najważniejsze dla siebie pytanie -Lionora?- grajek, który notabene wciąż się nie przedstawił, uniósł dłoń ku brodzie w geście zastanowienia. W międzyczasie muzyka zupełnie ucichła. Nessa słyszała jakieś urywki kobiecych słów i gniewne męskie nawoływania. Mężowie i kochankowie przywoływali swe białogłowe po zakończonym występie. -Peter, mało ci jeszcze damskiej atencji?- Gdy czarodziejka spojrzała w kierunku głosu, zobaczyła drugiego muzyka, idącego w ich stronę. -Mam nadzieję, że mój towarzysz się panience nie uprzykrza? - Nie, w tym momencie rozmowa nie jest może jeszcze interesująca, ale przynajmniej ładnie brzmi. Pan też się dosiądzie? - Rozmawiamy o polityce i religii. No więc? Obiło się Panom o nie spiczaste uszy imię Lionora? – rozejrzała się za Francescą, jej rudowłosa towarzyszka mogła mieć ochotę na odrobinę rozrywki. Ostatnio edytowane przez Hellian : 07-19-2008 o 18:39. |
| | |
| Reklama |
| |
| | #162 |
![]() | Sukces to nie był. Ale porażką też nazwać tego nie można było. I bez względu na to, czy mag był rozbawiony czy też zniesmaczony ignorancją swego rozmówcy, Derrick zamierzał wykorzystać fakt, że Savarass zechciał mu odpowiedzieć. - Mistrzu - ukłonił się uprzejmie - z pewnością masz rację, ale mój koń nie boi się byle czego i wilkowi stawiłby czoła. Mimo tego ledwo ta kobieta zbliżyła się do nas stanął dęba i omal mnie nie zrzucił. A ledwo z niego zsiadłem, to uciekł co sił w nogach. Zaś owa czarodziejka, o której wspomniałem... Być może była i młoda, bo o wiek jej nie pytałem, ale nie sądzę, by była głupia. >>>Przynajmniej w niektórych dziedzinach<<< - dodał w myślach. - Miałem przyjemność rozmawiać z nią i zobaczyć ją w akcji... - Kobieta? Masz jeszcze jakieś szczegóły, które precyzują tę "istotę"? Może rogi i kopyta? - Opryskliwość zmieszana z ironią wprost wylewała się z maga, ale to, że się odezwał dawało cień nadziei, że może w końcu uda się z niego wyciągnąć coś cennego. Derrick pokręcił głową. - Wyglądała jak zwykła niewiasta. Rogi nie sterczały spomiędzy długich, rudych włosów - udawał, że nie zauważa opryskliwego tonu - nogi też miała zwyczajne. A jeśli miała ogon, to nie było go widać spod płaszcza... I nie zauważyłem, by przy rzucaniu tego uroku wykonywała jakiekolwiek gesty. Po prostu poprosiła o przysługę... I nie mogliśmy jej odmówić. Ani ja, ani owa czarodziejka. Savarass strzepnął z ramienia jakiś niewidoczny pyłek. Spojrzał w kierunku Alemika i chrząknął znacząco. Sprzedawca, choć i tak spieszył się z zebraniem wszystkich zamówionych składników, przyspieszył jeszcze bardziej. - Boją się jej zwierzęta i rzuca uroki. Na dodatek wygląda jak kobieta. I jeszcze się nią interesujesz. Jeśli miałeś szczęście, to to był sukkub i lepiej znajdź sobie normalna kobietę. - Nawet nie raczył już patrzeć na medyka, wzrokiem poganiał właściciela "Kramu". - Jeśli zaś to była wampirzyca, miałeś szczęście jeszcze większe. Bo stoisz tutaj i zawracasz mi głowę. >>>Sukkub to nie był... Nie opanowałaby Nessy... Chyba...<<< W zasadzie nie był pewien. Czarodziejka mogła mieć różnorakie zainteresowania seksualne. >>>Jeśli to wampirzyca, to bogom należy się ofiara...<<< - Interesuję się? - Derrick pokręcił głową, czego mag z pewnością nie zauważył, zajęty poganianiem sprzedawcy, który i tak uwijał się w sposób dla niego nietypowy. - O nie... Boję sie tylko, że nasze ścieżki się przetną, jako że podążamy w tą samą stronę, chcąc znaleźć ratunek dla hrabianki. Chodzi mi o to, jak ustrzec się przed tymi urokami... Nie sądzę, by wystarczyło kupić błyskotkę u przekupki na targu... Albo powiesić pęczek czosnku na szyi - dodał z niezamierzoną ironią. - Nic cię nie uodporni przed urokiem wampira. Jeśli wyglądał jak człowiek, to był wampirem wyższym, istotą której możliwości nawet sobie nie wyobrażasz. Możesz najwyżej wynająć jakiegoś wiedźmina, aby ubił potwora. - Ostatnie słowa mag wypowiedział z wyczuwalną pogardą. >>>Nawet znam jednego łowcę nagród... Może mógłby robić za wiedźmina<<< - pomyślał Derrick z wyraźnym brakiem entuzjazmu. - Dziękuję, mistrzu - ponownie się skłonił. - Postaram się unikać tej wampirzycy... Jeśli zdołam... Powątpiewanie w jego głosie stało się dość wyraźne. - Czy owe wampiry wyższe mają jakieś słabe strony? Można je upić? Uśpić? Są wrażliwe na jakieś trucizny? Czarodziej westchnął i obdarzył Derricka spojrzeniem pytającym "Ty jeszcze tu jesteś?". - Wszystko ma swoje słabe strony. Wampiry wyższe mają ich jednak mało. Nie otrujesz ich niczym, chyba że jakimś związkiem srebra. Teoretycznie są podatne na alkohol, jak każde stworzenie posiadające metabolizm i układ nerwowy, ale nigdy nie słyszałem o upitym wampirze. A w każdym razie nie upitym wódką - poprawił sam siebie, najwyraźniej przypominając sobie jakiś fakt, którym jednak się z medykiem nie podzielił. - Pozostaje tylko sposób mutantów, czyli zarąbanie srebrnym ostrzem. - Dziękuję jeszcze raz, mistrzu - Derrick ponownie się ukłonił, ale jego rozmówca nie zareagował na ten gest słowem ni gestem. Zgarnął swoje towary, rzucił przed Alemika garść monet i wyszedł bez pożegnania. Alemik schował monety i uśmiechnął się. - Zapłacił więcej, niż powinien... I był wyjątkowo rozmowny... >>>I nie zamienił mnie w żabę<<< - dodał w myślach Derrick. Spojrzał na kupca. - Nie sądzę, byś handlował srebrnymi ostrzami - powiedział. - Mógłbyś mi podać jakiś adres? Ktoś w tym mieście wyrabia chyba tego typu przedmioty... |
| | |
| | #163 |
![]() | Francesca właśnie rozglądała się po karczmie w poszukiwaniu dogodnego miejsca, uważnie przyjrzała się nowym twarzom, które pojawiły się gdy muzycy skończyli występ. Jeden z nowo przybyłych długo mierzył Liska wzrokiem, po chwili dopiero odważył się podejść. Nie wyglądał na pijanego, lecz Francesca czuła wyraźnie od niego bimber i pot. - Przepraszam te miejsce jest zajęte... –rzuciła od razu - Taaa...no to szkoda wielka... chętnie usiadł bym z Panią...ee no to ten... - Do widzenia... – powiedziała zimno Obserwowała właśnie jak jeden z grajków przysiada się do Nessy, a następnie drugi. Uśmiechnęła się w duchu, była w takiej odległości, ze bez problemu wszystko słyszała. W pewnej chwili spostrzegła, ze Nessa się rozgląda, Francesca doszła do wniosku, ze powinna teraz do niej dołączyć. Wstała więc i powolnym, dostojnym krokiem ruszyła w stronę ich stolika. – No proszę, a znikłam tylko na chwilę... – powiedziała i się przysiadła. – Świetny występ, lecz widziałam lepsze... – dodała patrząc w stronę grajków i uśmiechając się. Mężczyzna, który jak obie przyjaciółki już wiedziały, nazywał się Frank jedynie wzruszył ramionami. Jego towarzysz jednak wyrwał się z zamyślenia, w które wpędziło go pytanie o Lionorę i spojrzał na wampirzycę. -To nie był nasz najlepszy występ, ale czasem trzeba sobie odpuścić. Francesca opanowała się od zgryźliwej uwagi- Tak to normalne, chętnie posłucham kiedyś bez odpuszczania Długowłosy uśmiechnął się łobuzersko. –Ależ możemy zagrać coś lepszego, ale pod warunkiem że do tego zatańczysz.- Muzyk chyba zrezygnował już z prób przypomnienia sobie elfiej kapłanki. Francesca uśmiechnęła się wesoło – Poprosić o to możesz jedną z tego tłumu co przed chwilą tu krążył, poza tym nie jestem dobrą tancerką. Tak ogólnie to uważam, ze najlepsze tancerki to elfki -Elfki? Widziałaś kiedyś w ogóle tańczącą elfkę panno?- Do rozmowy włączył się brodacz. - Owszem, zdarzyło mi się, lecz wolę nie wspominać o okolicznościach- skłamała – a skoro mówimy już o elfach, nie słyszeliście może o Lionorze Aelbedh? -Ach, faktycznie, panny przyjaciółka też o nią pytała.- Peter od razu skorzystał z okazji do powiedzenia czegoś.-Frank, czy nie tak nazywała się tamta elfka o której opowiadał ten pół-elf? -Możliwe- odparł towarzysz.- Ta Aelbedh to druidka? - Tak druidka - Francesca uśmiechnęła się ponownie, nie sądziła, ze właśnie tu może się o niej coś dowiedzieć -W takim wypadku może coś o niej wiemy, ale... Ach, nikt dziś nie docenia artystów.- Teatralnym gestem długowłosy przyłożył wierzch dłoni do czoła, czym spowodował westchnięcie drugiego muzyka. >>>Artyści nigdy nie byli doceniani...<<< pomyślała i spojrzała na Nesse, nie chciała powiedzieć niczego, co mogło by odbiec znowu od tematu elfki.
__________________ Cisza barwą mego życia Szarość pieśnią brzemienną, którą śpiewam w drodze na ścieżkę wojenną istnienia... Ostatnio edytowane przez Asmorinne : 07-21-2008 o 20:28. |
| | |
| | #164 |
![]() | Niech Kobiety będą przeklęte! Folken obudził się w wyjątkowo paskudnym humorze, wciąż obolały i zdenerwowany. Uiścił swoją część rachunku, mamrocząc pod nosem coś o skąpych lekarzach i przeczesał ręką swoje ciemne włosy. Ten podstęp może mu się udać, a przynajmniej zmylić pościg. Pozostawała jeszcze kwestia ubrań, ale to można odłożyć na później, podobnie jak kilka innych spraw. Na razie Folken skupił się na przebraniu na tyle, na ile mógł. Łańcuch schował do plecaka, podobnie jak wszystkie ząbkowane noże. Schował również kolczugę, która na chwilę obecną i tak wymagała naprawy. Wyszedł na drogę ubrany w swoje wygodne, długie do połowy łydek buty z miękkiej skóry, w cholewce lewego buta mając wpuszczony sztylet. Krótki miecz przypasał sobie do prawego biodra, przy lewym mając długi miecz. Jeszcze jeden sztylet, przeznaczony do ciskania ukryty miał w rękawie skórzanej kurty. Wyszedł z karczmy wyraźnie zły i z rządzą mordu. W jego oczach paliły się ogniki na samą myśl o rudowłosej kobiecie, przez którą wylądował jak wylądował. Przeklinał w duchu dzień, w którym ją spotkał, jak również własną głupotę, że jej pomógł. -Upał. Jakby, kurwa, jeszcze tego mi brakowało do pełni pierdolonego szczęścia. Pieprzeni w dupę, medycy, podstępne kobiety i niedorżnięte czarodziejki! Za jakie kurwa grzechy mnie to spotyka!? – klnął idąc przez pola Folken, a litania z każdym korkiem stawała się coraz dłuższa i przedstawiała coraz to nowsze epitety odnoszące się do jego „towarzyszy” których najchętniej widziałby teraz broczących z ran jak zarzynane prosięta pod jego butem. Ale nie można mieć wszystkiego. Czas na zemstę przyjdzie potem. Ale będzie ona słodka. Bardzo słodka. Tymczasem kolejny powód dołączył do listy bluźnierstw Legary. Noc. -Dlaczego, kurwa ich pieprzona w rzyć mać, musi mnie spotykać takie kurewskie szczęście. Czemu kurwa, no czemu! – warczał, układając się do snu. Ale zasnął spokojnie. Przynajmniej to mu dziś wyszło. Rankiem ruszył skoro świt. Szedł jeszcze bardziej wściekły niż kiedy wyruszył, klnąc na wszystko na czym świat stoi. Wydawałoby się że każda litania bluźnierstw, skarg i przekleństw powinna się kiedyś skończyć, ale kiedy Folkenowi brakowało pomysłów przechodził najzwyczajniej w świecie na inny znany mu język by zasypywać wszystko nowymi wyrazami. Wreszcie dotarł do wioski, po kilku dobrych godzinach marszu. Widząc konia omal nie zawył z wściekłości, ale pohamował swoje nerwy. Przeczesał ręką włosy i ruszył w stronę pokrytych strzechą chałup. Oglądał z obojętnym wyrazem twarzy starowinki, w pocie czoła zasiewające pola, oraz wiejskie młódki. Niestety, przybycie nowego osobnika nie mogło umknąć niczyjej uwadze, część kobiet spojrzała na niego podejrzanie. Ale nie było to najgorsze o nie. Dzieci. To zawsze są dzieci. Zgraja brudnych, zasmarkanych bachorów wybiegła ze swych kryjówek, zaczęła przyglądać się Legarze, niektóre podbiegały i starały się dotknąć którejś z widocznych broni mężczyzny a przede wszystkim – tarasując mu przejście. Wymuszając uśmiech na twarzy delikatnie odepchnął dzieci od siebie i skierował kroki w stronę jednej z młodszych kobiet na polu. Okazała się nią być wcale nie brzydka blondynka, hojnie obdarzona przez naturę. Folken obrzucił ją pobieżnie wzrokiem, nie zatrzymując się dłużej. -Gdzie jest wasz sołtys, wójt czy kto tam u was sprawuje władzę? – rzucił krótko. -Burmajster? Ja zaprowadzę was, Panie, chodź ta za mną. – rzekła i ruszyła w stronę wioski, odpychając dzieciaki, lekko kołysząc biodrami. Folken zagryzł lekko wargę i ruszył za młódką. Dzieci, widocznie słuchając dziewczynę zostawiły Legarę w spokoju. Tak też ruszył za kobietą. Szli szybko i dotarli do chaty zajmowanej przez „burmajstera”. Dziewczyna skłoniła się delikatnie i otworzyła drzwi wpuszczając Legarę przodem. Wszedł dumny i butny. Spojrzał taksującym wzrokiem na tamtego i uśmiechnął się mimowoli. -Witajcie. Mam do was jedną krótką sprawę. Przejeżdżały tędy ostatnio dwie kobiety? Ruda i czarnowłosa? – rzucił oczekując informacji od burmistrza. |
| | |
| | #165 | ||
![]() | do Derricka Talbitt czerwiec, miasto Aldersberg, Aedirn Alemik patrzył jeszcze przez chwilę na wyjście, jakby mając nadzieję, że dochodowy klient jeszcze wróci. W końcu jednak spojrzał na ciebie i przez kolejną chwilę usiłował przypomnieć sobie co Derrick w ogóle mówił. ![]() -Hmm? Ostrzami, srebrnymi?- Dobrze, przynajmniej wiedział o co go pytano. To już tylko kwestia sekund, aż poda jakąś odpowiedź. -Nie, oczywiście, że nie sprzedaję czegoś takiego. Paradny oręż zamawia się w kuźniach. Usłużność i dobre maniery wyparowały ze sprzedawcy nad wyraz szybko. Można się zastanawiać, czy pojawiają się u niego dopiero, gdy klient zostawi u niego dość pieniędzy, czy też wtedy gdy ten może przemienić go w psa. -No dobrze, jak pan chcesz czegoś takiego, to na pana miejscu ruszyłbym się do dzielnicy nieludzi. Mieszkają przy południowo-wschodnich murach. Nie sposób nie zauważyć, ogrodzone getto sobie zrobili. Lepsze takie wytyczne, niż żadne. A krasnoludy i gnomy faktycznie słyną ze swego metalurgicznego talentu. Nim jednak medyk opuścił "Kram Alchemyczny", postanowił na wszelki wypadek zakupić azotan srebra. W końcu Savarass mówił, że związki metalu szlachetnego są trujące dla wampirów. (...) Getto. Słowo zarówno doskonale opisujące to, co ujrzał Talbitt, jak i mijające się z prawdą. Po pierwsze dzielnica nieludzi nie była wcale ogrodzona. Nie było żadnego muru, zwartych zabudowań, czy kordonu straży. Po prostu idąc przez miasto nagle i nie wiadomo kiedy człowiek znajdował się wśród domów, które wyglądały gorzej niż gdziekolwiek indziej w Aldersbergu. Po chwili do umysłu dochodził fakt, że minięty jakiś czas temu wóz stojący na ulicy był w rzeczywistości słupkiem granicznym. Mijani ludzie okazywali się być pół-elfami, dzieci: niziołkami lub gnomami. Getto: odizolowany obszar przeznaczony dla nielubianej grupy społecznej. I to bez żadnej przemocy, prawdopodobnie bez żadnego przymusu prawnego. Po prostu w tym zdominowanym przez ludzi świecie, inne rasy w naturalny sposób zostawały zepchnięte na bok. Informacji, gdzie znajdziesz tutaj kowali udzielił medykowi dopiero pucułowaty niziołek. Nieliczne elfy i potomkowie między-rasowych związków nie byli za bardzo pomocni. W końcu jednak stanąłeś przed niskim budyneczkiem, od którego uderzał potworny wprost żar. Co w połączeniu z upałem sprawiło, że Derrick spocił się momentalnie. Z wnętrza dobiegały miarowe stuki i uderzenia. Medyk przemógł się więc i wkroczył do środka. (...) ![]() -Chcesz pan ostrze ze srebra?- krasnolud spytał dla pewności. Był już stary, o ile orientujesz się w krasnoludzkim metabolizmie. Ale siwe włosy i podkrążone oczy o obojętnym spojrzeniu, to chyba uniwersalne oznaki wieku. -Chodzi mi o coś, co by stanowiło wystarczającą broń na wampira. -Panie, jestem kowalem, nie wiedźminem. Ja kuję to, co mi każą.- Odpowiedź Talbitta wyraźnie nie usatysfakcjonowała zbrojmistrza. Derrick skinął głową. - Srebrne ostrze... Dość długi sztylet...Na tyle długi, by sięgnął serca... -Zdaje pan sobie sprawę z takich kwestii, jak to, że srebrny sztylet będzie wymagał przynajmniej 200 gram srebra, czyli lekko licząc równowartość dwudziestu, trzydziestu denarów. A do tego jeszcze koszty robocizny, czyli przynajmniej sześćdziesiąt denarów.- Uczciwy przynajmniej jest nieludź. Cenę zapowiedział z góry. -A po wtóre, to srebrne ostrze jest nie warte takich pieniędzy. Derrick spojrzał z zaskoczeniem na krasnoluda. - Nie jest warte? - spytał. - Nie spełni swego zadania? Jest za miękkie? Proponowałby pan coś innego? Inkrustację srebrem? -To bym zaproponował komuś, kto potrzebuje ostrza mającego sięgnąć czyjegoś serca. Właśnie to bym zaproponował. - Mistrzu... - Derrick uśmiechnął się, ale w tym uśmiechu był wyraźny szacunek. - Zgoda. Ile czasu zajęłoby zrobienie takiego sztyletu? Oraz paru srebrnych pocisków do procy? - To znaczy, pokrytych srebrem... - dodał po sekundzie. -Paru to ile, panie. My, krasnoludy, lubimy konkrety. -Pięciu - sprecyzował zamówienie. -To będzie w sumie jakieś sześćdziesiąt denarów. A zamówienie takie mógłbym wykonać, dajmy na to, w dwa dni. Derrick skinął głową. - W takim razie zjawię się za dwa dni. Jakaś zaliczka? - spytał. -Dziesięć monet nie obciążyłoby mi za bardzo mieszka. Derrick sięgnął do sakiewki i położył przed krasnoludem żądaną kwotę. -Do zobaczenia, mistrzu - powiedział. (...) Intrygujące, ale dzielnica w której znajdowała się świątynia Nieustającego Płomienia również wyglądała jak getto. Ale getto zdecydowanie bardziej specyficzne. Była ogrodzona wewnętrznym murem, którego bram pilnowała straż. Za bramą zaś znajdowała się zadziwiająca mieszanka biedy i bogactwa. Już z daleka widać było dym wiecznego paleniska. Za nim mieniła się czerwienią świątynia. Owszem była przysadzista, ale przysadzistością porządnego wzgórza. W drodze ku niej mijałeś biedaków i żebraków. Mogłeś oglądać chaty, nie domy, ale właśnie chaty niczym na wsi. Ale im bliżej świątyni, tym wszystko stawało się czystsze i bogatsze. Miejsce chat zajmowały domy, zamiast biedaków mijałeś kobiety wątpliwej cnoty. A to wszystko wraz ze zbliżaniem się do świątyni. Niech to wszystkie demony, to były burdele! Brązowo-włosa ladacznica opierająca się o mur jednego z domów mrugnęła w twoja stronę, gdy przypadkowo na nią spojrzałeś. Bezwstydnie podciągnęła zieloną spódnicę odsłaniając kształtne udo, wolną dłonią ściągnęła w dół dekolt odsłaniając pełne piersi o różowych sutkach. ![]() -Nie skusiłbyś się na mnie przystojniaczku? Dalej miejsce burdeli zajęły budynki, których przeznaczenia nie mogłeś odgadnąć. Być może mieszkali tu porządni ludzie, parę razy minąłeś zawieszone na ścianach tablice oznaczające lecznice. Wreszcie stanąłeś przed świątynią. Była wysoka na kilkanaście metrów, niemal w całości zbudowana z czerwonej cegły, w kształcie przypominała niski prostokąt nawy głównej, postawiony na o wiele masywniejszym prostokącie całej budowli. W efekcie świątynia nie była w żaden sposób strzelista, szczególnie, że nie posiadała dzwonnicy. Front przyozdabiał ogromny witraż wyobrażający mężczyznę otoczonego aureolą płomieni. Przed żelazną bramą stali, lub klęczeli wierni. Ogromnego paleniska strzegli dwaj rycerze zakonni, z racji nieprzyzwoitej temperatury ubrani tylko w opończe, a nie zbroje. Talbitt sam podszedł do bram, przed którymi stało dwóch mężczyzn przemawiających spokojnie do zebranych ludzi, że odprawienie mszy opóźni się w dniu dzisiejszym. Nie podawali jednak powodu. Obaj ubrani byli w szare, kapłańskie habity. Starszy miał bujną siwą brodę, wiek przygarbił go, przez co sprawiał wrażenie niskiego. Jego twarz wyrażała jednak stoicyzm i siłę, pochodzącą z wiary. ![]() Drugi mężczyzna był młody, o dość nieprzyjemnej aparycji. Wysokie czoło w połączeniu z wyłupiastymi oczami nadawały mu karykaturalny wygląd. Gestykulował żywo, próbując namówić zebrany tłum do rozejścia się. ![]() do Nessy z Thanedd i Francesci de Riue czerwiec, miasteczko Krzyki, Aedirn Nessa widząc, że muzycy mogą coś wiedzieć, ale ewidentnie oczekują po tym zysku, próbowała pokierować rozmową na swoją korzyść. - To takie smutne liczyłam na konwersację, a Panowie przechodzą do interesów. I ten brak zaufania. Naprawdę wyglądam na kogoś, kto nie zna pojęcia wdzięczności? – Nessa mówiła to wszystko z prawdziwie smutną miną, bo też było jej smutno. Może nie do końca dziwiła się grajkom, zwykły człowiek musi z czegoś żyć, ale smucił ją fakt, że okazali się tacy zwykli właśnie. Frank westchnął kolejny raz, najwyraźniej przywykły do zachowań swego towarzysza. Wyraźnie jednak mu się one nie podobały. ![]() -Mojemu towarzyszowi zdecydowanie brak manier. A braki te nadrabia pazernością, co w efekcie daje kiepską mieszankę.- Ton jego głosu był karcący, jak starszego brata. ![]() -Trudno oferować zapłatę za kota w worku. Mają panowie pomysł jak to rozwiązać?- Czarodziejka już nastawiła się na to, że bez złota niczego się nie dowie. Mężczyźni jednak postanowili ją zaskoczyć. -Mamy, mamy, piękne panny.- Rzekł Peter, tłumiąc wesołość.-Tylko się z wami droczyłem.- Trudno było nie zauważyć, jak Frank kiwa z politowaniem głową.-Będąc krótko... -A nawet bardzo krótko, było nie próbować dotrzymać krasnalom tempa w piciu.- Wciął się brodacz. -Ekhm, ekhm. Zatem: będąc bardzo krótko w osadzie górniczej Mahakamu, gdzie raczyliśmy się gościnnością krasnego ludu, usłyszeliśmy balladę śpiewaną przez pół-elfiego grajka. Nie była ona co prawda zbyt dobra... -Była bardzo dobra Peter. Dlatego wyzwałeś go na pojedynek po trzecim kuflu. Gdyby wzrok mógł podpalać, starszy z muzyków wyglądałby jak pochodnia. Ale nie wyglądał, za to uśmiechał się kpiarsko. -No więc była całkiem niezła, ale nie tak dobra jak nasze.- urwał szybko i spojrzał na towarzysza, jakby wyzywając go, czy śmie mu znowu przerwać. Nie śmiał.-Nie zdążyliśmy jej jeszcze przełożyć na ludzką mowę, śpiewana bowiem była po elficku, ale treść ballady dość była dokładna, bym mógł przedstawić ją jako opowieść.- Odchrząknął dwa razy, usiadł prosto, wysunął w przód szczękę i uniósł prawą rękę. Albo wciąż się wygłupiał, albo był jednym z tych egzaltowanych artystów.
-Księżyc i słońce miejscami się zamieniły bez mała dziesiątki tysięcy razy, od dnia gdy wydarzenia, które państwu przedstawię się działy.- Zaniepokojone towarzyszki, rozejrzały się, czy deklamacje mężczyzny nie wzbudzają niebezpiecznego zainteresowania. Na obecną chwilę jednak, mężczyźni pilnowali swych kobiet, by nie uciekły im znowu do dwóch wagabundów. -Między Likselą a Dyfne, wojska Aedirn i Kaedwen starły się po raz wtóry, a walki w tamtym okresie tak krwawymi były, że w kronikach figurują wyraźnie niby spadająca gwiazda. Niespokojne to czasy były, jakoby gwiazdy same ludźmi i innymi ludami kierowały, ofiary z krwi dla siebie pragnąc.-Peter wziął głęboki wdech. -Lecz gdy krew płynęła w koło, mężczyzna był jeden o sercu szlachetnym i dobrym.- Niespodziewanie podjął Frank, dostojnym tonem i głębokim głosem.-Rycerz-poeta prawdziwy, Liveryk z Gulety. A Guleta, jak wiadomo powszechnie, na samym pograniczu Mahakamu się znajduje. Nawet w tamtych strasznych czasach z okolicznych gór przybywały do niej krasnoludy i gnomy, serdeczne niziołki i odrzucone pół-elfy. Prawdą jest, że ludzie przyjaźnią do nich nie pałali. Lecz wyjątek był tam jeden: Liveryk mały, który ludami tymi egzotycznymi był zafascynowany prawdziwie i serdecznie. A członkowie tych ludów, opryskliwe krasnoludy i przemądrzałe gnomy, pazerne niziołki i nieufne pół-elfy: wszyscy, bez wyjątku, sympatię czuli do malca. Bo i czyż to dziwne, przyjąć serdeczność i przyjaźń małej istotki, która nie dała się ponieść ksenofobii? -Rósł tedy mały Liveryk między ludźmi i nieludźmi, przez jednych i drugich lubiany. Lecz jedni i drudzy nie ufali mu w pełni.- Długowłosy skorzystał z pierwszej okazji by wrócić do swej deklamacji. -Kiedy dorósł i wcielony został do armii Aedirnu, miał już przydomek na pół kpiarski, na pół szlachetny: Przyjaciel Nieludzi. W armii przychylności tym sobie nie zdobył, lecz umysł miał lotny i oczytany. Choć krwi przelew nie przynosił mu radości, to serce miał patriotyczne- jako żołnierz służył królestwu swemu i w rangach piął się w górę. Chwile wolne jednak kontemplacji przyrody oddawał, poezji czytaniu. Duszą swą całą pragnął pokoju jeno. -Pokój jednak nigdy nie jest stanem trwałym. O pokój zawsze walczyć trzeba.- Frank wygłosił sentencję z namaszczeniem.-Przyszły tedy straszne czasy i krew przez królestwo spłynęła. Elfy dumne i szlachetne podniosły broń w swych górskich kryjówkach, na stracone swe Dol Blathanna chcieli wyruszyć. Śmierć i pożogę pragnęli ludziom nieść. Bo choć i wtedy ziemie Doliny kwiatów zamieszkiwali jeno bogobojni chłopi, Stary Lud nie dzielił człowieczej rasy na żołnierzy i ludzi pokoju. Zemsty pragnął za straconych swych braci i siostry. Gniew złym jest doradcą, ale bardzo przekonującym. Lecz i wśród ludu elfów głos rozsądku brzmiał. Cichy i stłumiony przez furię pobratymców, trwał w osobie Lionory Aelbedh, zwanej Lwicą. Starała się ona wodzom wojennym przedłożyć, że rzeź bezmyślną ześlą jeno na ludzi niewinnych i niegroźnych. Lecz furia zaślepiała Aen Seidhe i nic ich mieczy nie mogło już wstrzymać. Nessa i Franceska nie wiedziały nawet kiedy najbliżej siedzący bywalcy karczmy zwrócili się ku artystom. Było już jednak za późno by to powstrzymać. -Stało się tak jednak, że garnizonem zachodnim Doliny Kwiatów, dowodził wtedy Liveryk z Gulety. Wtedy mężczyzna już piękny, wysoki i smukły, o włosach czarnych niby pióro krucze, oczach zielonych jak morza traw i sylwetce jakby dłutem mistrza rzeźbiarskiego wykutej.-Peter przesiadł się z krzesła znowu na stół, tak jak wtedy gdy grał na lutni. Oczywiście zwracając na siebie jeszcze więcej uwagi. -Garnizonu celem było chronić ziem Aedirnu przed próbami ekspansji Nilfgaardu. Ludzie jednak oczekiwali po wojsku głównie łapania elfów, które żywność z wiosek kradły. Przyjaciel Nieludzi nie miał wyboru i musiał żądania spełniać. Mądrym był jednak człowiekiem i zamiast odsyłać swych ludzkich podkomendnych, którzy głodujących elfów z pewnością by wyrżnęli, o pomoc zwrócił się do krasnoludów i gnomów Mahakamu. Wiedział bowiem, że ci pochopnie Starego Ludu atakować nie będą chcieli, a i elfy przeciw jedynym swym sprzymierzeńcom grotów swych nie wypuszczą. Niskie ludy zgodziły się na taki plan, przyjaźnią bowiem Liveryka wciąż darzyli i mądrość jego planu dostrzegały. Brodacz pociągnął swego przyjaciela za koszulę i usadził z powrotem na stołku. -Plan efekt dał wspaniały. Mądre gnomy wiedziały, że elfom żywności trzeba, tedy zbyt skuteczne patrole być nie mogły. Ale gdy przyszło co do czego, silne krasnoludy pokaz odpowiedni dawały. Sytuacja byłaby więc rozwiązana: Aen Seidhe mieli żywność, Aedirnczycy czuli sie bezpieczniejsi. Ale rasowe waśnie wszystko krzyżowały. Ludzie pomrukiwali, że krasnoludy i gnomy nie dość się starają. Elfy wciąż pałały rządzą mordu. Krew musiała spłynąć. Czyny Liveryka nie zostały jednak nie dostrzeżone wśród Starszego Ludu. Dobroć jego dostrzegła Lwica i w jego osobie pokładała nadzieję, na zażegnanie konfliktu. Poprosiła więc ziemię, aby mocniej pozwoliła jej po sobie stąpać. Poprosiła powietrze, by wzrok innym pomieszać. Poprosiła ogień, by dodał jej odwagi. Iluzją zakryta zeszła z gór pod ludzkim wyglądem, chcąc odnaleźć Przyjaciela Nieludzi. -Szukała go długo- długowłosy nie przejął się tym, że ściągnięto go z jego "podium".-Żołnierz-poeta bowiem po Dolinie kwiatów wciąż się przemieszczał. A czas płynął nieubłaganie, niby delikatny podmuch rozpalający ogień. Starszy Lud z gór spłynął, ostrzem i strzałą niosąc śmierć rolnikom, których dziadowie śmierć nieśli elfom. A choć spóźniona, Lionora dotarła w końcu do Liveryka. Pod nocy osłoną wemknęła się do jego obozu i namiotu. Iluzję swą odrzuciła, pokazując się Przyjacielowi Nieludzi w pięknie swym całym. Nogi miała zgrabne jak łania skoczna, ramiona jasne i smukłe jak łabędzie skrzydła. Piersi pełne i kuszące, na które w kaskadzie loków opadały jej blond włosy. Oczy szmaragdowe, smutno patrzące z jej twarzy cudnej jak u bogini, wzrok swój skierowały na mężczyznę. I powiedziała Lwica... -Liveryku z Gulety, znam czyny twoje i dobroć. Wiem, że ludom wszelkim jesteś przyjacielem i wojny głęboko nie lubisz. Przybywam do ciebie z wielką prośbą.- Gdyby nie szlachetność opowieści, fakt że postawny i brodaty mężczyzna wypowiadał słowa pięknej elfki byłby zapewne komiczny. Nikt z przysłuchujących się bywalców "Jutrzenki" nie parsknął jednak śmiechem, wsłuchany w historię. -Proś tedy, o piękna pani. A ja pomóc się postaram; wyrzekł Liveryk zdumiony przepięknym swym gościem. Lecz wiedz, że ręce mam skrępowane, lud twój gwałtu się na moim dopuścił i nic odwetu naszego nie wstrzyma. -Z prośbą udaj się do Mahakamczyków, tak jak wcześniej to zrobiłeś dla dobra mych pobratymców. Na ich czele wyrusz na braci mych i siostry, a ci opamiętają się i wrócą na wzgórza. Ja bowiem ich ku temu namówię. A wypowiedziawszy swą prośbę, Lwica odeszła cicho i zwinnie jak kocica. -Przyjaciel Elfów złożył dowództwo zastępcy swojemu i ruszył kolejny raz do kopalni Mahakamu. W podróży rozmyślał o zjawiskowej elfce, która w świetle dnia jawiła mu się jako sen jeno, lecz gdy gwiazdy rozświetlały niebo, jego serce przepełniała radość na wspomnienie jej obecności. Liveryk przez cały dzień namawiał swych niskich przyjaciół do pomocy. A ci, choć szczerą miłością go darzyli, nie chcieli przelewać krwi swojej w konflikcie ludzi i elfów. Lecz majestat i mądrość Lwicy widocznie i do kopalń dotarły, bowiem w końcu krasnoludy i gnomy przystały na prośbę żołnierza-poety. -Lionora w tym czasie z pomocą matki natury wróciła do swego ludu. Ten jednak wciąż był głuchy na słowa swej siostry, Mord i Gniew zawładnęły bowiem ich duszami, zamykając oczy i uszy na rozsądek. Trzeba bowiem powiedzieć, że aedirnskie armie kroczyły już szybko do Doliny Kwiatów, aby zakończyć tragedię swego chłopstwa. A choć ostrza elfie piękne były i ostre, łuki smukłe i niosły daleko, ale liczbą swoją stawić czoła ludziom nie mogły. -W dniach furii i krwi jednak starania szlachetnych przedstawicieli swych ras nie miały zostać nie zauważone. Przyjaciel Nieludzi na czele hufcu gnomów i krasnoludów jechał bowiem ku Dol Blathanna. A widok to był zgoła niesamowity, w sercach ludzkich na długo musiał zapaść. Długobrode krasnoludy w zbrojach swych wspaniałych, idąc równo noga przy nodze, ciężko i pewnie. Przy nich ramie w ramię gnomy, z mieczami przy pasach tak wspaniałymi, że każdy wart był jedną mijaną wioskę. A na czele ich człowiek: dumny, szlachetny, wysoki, na koniu jadąc z rozpuszczonymi czarnymi włosami. W tunice białej jak sama niewinność. A ludzie podejrzliwi i głupi mówili wśród swoich. -Biały mąż zdrajcą, elfom pomóc jedzie! -A ludzie mądrzy i dobrzy mówili wśród swoich. -Oto człowiek dobry, skończyć rozlew krwi pragnie. -I jedni i drudzy rację mieli. Liveryk bowiem zakończyć chciał śmierć swoich braci, jak i elfów.- W całej karczmie było cicho, mężczyźni i kobiety słuchali wywodu muzyków z zapartym tchem. Frank i Peter mówili bowiem wprawnie, modulując głos według potrzeb, akcentując każdy wyraz jak potrzeba. Obaj byli w pełni pochłonięci przez opowieść o Liveryku i Lionorze. -Hufiec jego wjechał do Doliny Kwiatów o dzień przed wojskami swego królestwa. A ptaki wszelkie, duże i małe wieść tą przekazywały między sobą na prośbę Lwicy, aż ta sama usłyszała od nich o przybyciu Przyjaciela Nieludzi. Lionora poprosiła o pomoc duchy wody, by te pozwoliły jej rozlać swą mądrość do świadomości dowódców swych braci i sióstr i ruszyła do najstarszego elfa w komandach. I choć miesiąc po niebie drogę niemal całą swą przebył w trakcie ich rozmowy, Lwicy udało się w końcu odegnać Mord i Gniew. I dowódca przejrzał na oczy. -Żołnierz-poeta wraz ze swym hufcem zaś stopniowo odganiał elfy. A każdy martwy gnom, każdy umarły krasnolud i każdy elf pozostawiony bez życia wyciskał z jego oczu łzy. Aż w końcu na jednej z dolin, otoczonej z trzech stron przez Góry Sine spotkał się Liveryk z Gulety z dowódcą elfów i Lionorą Aelbedh. I choć dzień to był smutny i przepełniony śmiercią, człowiek i elf zawiesili broń. Lecz armie Aedirnu pierwsze kroki przez Dolinę Kwiatów już przeszły. Aen Seidhe nie zdołaliby umknąć, lecz i wtedy dobroć Liveryka i Lionory przeważyły nad okrucieństwem czasów. Kiedy Lwica zwracała się z pomocą do natury, by ta ścieżki swe otwarła szeroko przed Starszym Ludem, Przyjaciel Elfów z hufcem swoim przez całą szerokość traktów wracał ku Gulecie, spowalniając armie królestwa. Dnia tamtego nie polała się już ani kropla krwi elfa ni człowieka, ni krasnoluda ni gnoma. -Historia ta jednak smutny ma koniec.- Powiedział Frank morowym tonem. -Przykład bowiem szlachetnych przedstawicieli obu ras poszedł na marne. Liveryk z Gulety, Przyjaciel Nieludzi został oskarżony o zdradę stanu i w dwa tygodnie po zakończeniu swego wspaniałego marszu powieszono go publicznie w Vengerbergu. O losach dalszych Lionory Aelbedh, Lwicy nie opowiada żadna znana nam historia. I choć wydarzenia te były znaczące, dziś zostały zapomniane. Ludzie wciąż pałają niechęcią do innych ras. Elfy wciąż pałają nienawiścią do ludzi. W "Jutrzence" zapadła długa, ciężka cisza. Dopiero po chwili z jednego końca sali dosłyszeć można było pierwsze nieśmiałe oklaski. Potem rozrosły się one do powszechnego aplauzu. A czarodziejka i wampirzyca miały pewność, że ich obecność w Krzykach przez długi jeszcze czas nie zostanie zapomniana. do Folkena Legary czerwiec, wieś w Aedirn Jeśli tylko dziewczyny ruszyły do Mahakamu, a tam z tego co wiedział Folken miały zmierzać, to musiały minąć tą wieś. Oczywiście, o ile podróżowały traktem. Ale przecież Nessa wzięła ze sobą konia, więc potrzebowała jakiejś porządnej drogi. -Gdzie jest wasz sołtys, wójt czy kto tam u was sprawuje władzę? – rzucił krótko. ![]() -Burmajster? Ja zaprowadzę was, Panie, chodźta za mną. – rzekła i ruszyła w stronę wioski, odpychając dzieciaki, lekko kołysząc biodrami. A może nawet nie tak lekko? Ostatecznie miała czym kołysać, nawet jeśli jej prosta wiejska sukienka nie podkreślała zbyt dobrze jej kształtów. W końcu dotarli do chaty burmajstra, która zresztą była równie brzydka jak każda inna. I zdecydowanie znajdowała się za blisko. Zerkanie na tyłeczek chłopki było całkiem przyjemne. Wszystko co dobre, szybko się jednak kończy. Kiedy jednak dziewczyna otwierała drzwi chaty, uśmiechnęła się do Legary swymi pełnymi, czerwonymi ustami. Hmm, może jednak wcale się wszystko nie skończyło? Może się jeszcze zacznie? Głową wioski okazał się stary, pomarszczony dziad. Ubrany w stare, przetarte, workowate spodnie i za dużą, lnianą koszulinę. Był prawie całkowicie łysy, jedynie po bokach jego głowę porastały rzadkie, białe włosy. -Witajcie. Mam do was jedną krótką sprawę. Przejeżdżały tędy ostatnio dwie kobiety? Ruda i czarnowłosa? – rzucił oczekująco Folken. ![]() -Kobiety, mówita panie?- Chłop podrapał się po głowie. -Ale to tak same jechoły? Gdy Legara potwierdził, starzec zamyślił sie na chwilę. -Ano jakiś jeździec z towarzyszką przejeżdżał tędy, będzie jakoś wczoraj z rana.- Świetnie, czyli już teraz łowca miał ponad dobę straty.-Ale żeby ten konny był kobietą? Cóż możliwe. Ja tam go nie widziołech, ale pan spyta się Ani, bo ona mi o nich mówiła. To taka blondwłosa młódka. Uderzył się otwartą dłonią w czoło. -Ależ przeto ona pana tu przyprowadziłach. Cóż, a więc przynajmniej dostanie jakieś informacje. Z drugiej strony, zawsze warto spytać o konia. To, że żadnego porządnego Legara nie widział, nie znaczy jeszcze, że w wiosce takowego nie ma. -Kuń? Taki znaczy do jazdy?- Starzec spytał dla pewności. -A to masz pan szczemście, bo to taki jeden ogier nam się tutaj przypałętał. Spłoszył chyba komuś, bo nawet z siodłem i lejcami. Coś tknęło Folkena i kazał natychmiast zaprowadzić sie do rzeczonego konia. (...) No i oczywiście. Jakiż to koń? Folkena, ten sam, samiusieńki. Stał grzecznie w czymś, co chłopi pewnie nazywali stajnią, a wyglądało jak kolejna ich marna chata. Obok konia leżało siodło i wędzidło. Tylko jakoś nie było widać łuku. -Jak widzicie panie bardzo dobry kuń. Nam nie potrzebny, to i sprzedomy go panu za trzysta denarów. No niech to ciężki szlag! Za własnego konia miał płacić? Nie ważne, że staruch chciał za niego tyle pieniędzy, co za osła. To i tak bardzo kiepski żart w wykonaniu tego podłego świata. A dać chłopu w ryj i zabrać co Legary, to też marny sposób. W końcu powinien jeszcze przepytać Anię. -Kurwa- wyrwało się łowcy nagród.
__________________ "Diabeł nie śpi... z byle kim." S. J. Lec Cudowny okres kolokwiów do 2.12. Moja frekwencja w sesjach na ten okres może gwałtownie spaść. Ostatnio edytowane przez Zapatashura : 09-02-2008 o 09:55. | ||
| | |
| | #166 |
![]() | Po wyjściu maga Alemik nad wyraz szybko wrócił do swego stałego podejścia do klientów. I Derrick nie potrafił okreslić, czy poprzednie zachowanie było spowodowane szacunkiem dla zasobności kieszeni mistrza Savarassa, czy też strachem przed jego potęgą. Na szczęście w końcu Alemik zechciał odpowiedzieć na pytanie doyczące srebrnych ostrzy. Oczywiście nie dysponował czymś takim, wiedział jednak, gdzie można zdobyć tego typu przedmioty. - Getto? - zdziwił się Derrick. Alemik skinął głową. - Jeszcze jedna sprawa - przypomniał sobie Derrick. W ostatniej niemal chwili, bo kupiec znów chciał się pogrążyć w swojej ulubionej lekturze, od której nader trudno było go oderwać. - Dostanę lapis infernalis? Z tego, co powiedział Savarass wynikało, że wampiry nie lubią srebra w żadnej postaci. A kamień piekielny miał nader ciekawe właściwości... Chociaż Alemik nie należał do gatunku ubiegającego się o klientów, to jednak jego sklep był wyposażony jak należy. Derrick schował starannie zapakowany proszek i, uiściwszy zapłatę, wyszedł ze sklepu. Na jego pożegnanie Alemik nie odpowiedział. Z nosem w wielkiej księdze zapomniał o całym świecie. Wskazówki Alemika były wystarczające, by Derrick bez pytania o drogę trafił do części miasta zamieszkanej przez nieludzi. Wbrew temu, co mówił kupiec, nie było żadnego płotu czy też muru, oddzielającego getto od pozostałych dzielnic. Po prostu było tu inaczej... I na ulicach, między domami, było bardzo mało ludzi... I bardzo wielu przedstawicieli innych ras zaliczanych do myślących... Jednej rzeczy Derrick nie potrafił zrozumieć - dlaczego nikt z zapytanych nie umie wskazać mu drogi do kuźni. W końcu prędzej czy później każdy musi skorzystać z usług dobrego kowala. Czyżby mieszkańcy getta korzystali z usług ludzkich kuźni? - Kuźnia? - kolejna zapytania osoba zrobiła niezbyt inteligentną minę i wzruszyła ramionami. - Nie wiem. Niech pan spyta jakiegoś krasnoluda. Rada była szalenie dowcipna, bowiem krasnoludów akurat było jak na lekarstwo. Czego w zasadzie można było się spodziewać. Derrick był święcie przekonany, że gdyby szukał gnoma, to na całej ulicy nie byłoby ani jednego. Za to na krasnoludy trafiałby co krok. - Kuźnia? - pucułowaty niziołek spojrzał na niego z zainteresowaniem. - Jest pan pewien, że chodzi o kuźnię krasnoludzką? - Bez wątpienia chodzi mi o kuźnię, w której pracują krasnoludy lub gnomy - odrzekł Derrick. - W takim razie proszę skręcić w tę uliczkę i po przejściu stu metrów skręcić w lewo. Potem będzie taka mała gospoda, pomalowana na zielono, tam trzeba skręcić w prawo, a na następnym zakręcie znowu w lewo i iść aż do dwupiętrowego, żółtego budynku. Stamtąd już łatwo trafić, bo to po prostu słychać... Nie czekając na podziękowania niziołek podążył dalej. Opis był na tyle precyzyjny, że Derrick nie miał najmniejszych problemów z odnalezieniem kuźni. Z wnętrza niskiego budynku buchał taki żar, że Derrick natychmiast poczuł, jak po plecach zaczynają mu spływać krople potu. A w środku nie było chłodniej... Stary krasnolud wyglądał na prawdziwego mistrza, na takiego, który jest w stanie zrealizować każde zamówienie. - Czy można dostać jakieś srebrne ostrze? - spytał Derrick. - Chcesz pan ostrze ze srebra? - zamówienie było z pewnością nietypowe i widocznie krasnolud wolał się upewnić. - Chodzi mi o coś, co by stanowiło wystarczającą broń na wampira - odparł Derrick. - Panie, jestem kowalem, nie wiedźminem. Ja kuję to, co mi każą. W zasadzie krasnolud miał rację. W dziedzinie wampirów z pewnością nie był znawcą. Derrick skinął głową potakująco. - Srebrne ostrze... Dość długi sztylet...Na tyle długi, by sięgnął serca... Krasnolud zamyślił się na moment. Potem powiedział: - Zdaje pan sobie sprawę z takich kwestii, jak to, że srebrny sztylet będzie wymagał przynajmniej 200 gram srebra, czyli lekko licząc równowartość dwudziestu, trzydziestu denarów. A do tego jeszcze koszty robocizny, czyli przynajmniej sześćdziesiąt denarów. A po wtóre, to srebrne ostrze jest nie warte takich pieniędzy. Uczciwość kowala była wprost nienormalna. Zwykły rzemieślnik zrealizowałby zamówienie nie zwracając uwagi na takie drobiazgi jak funkcjonalność przedmiotu. Derrick spojrzał z zaskoczeniem na krasnoluda. - Nie jest warte? - spytał. - Nie spełni swego zadania? Jest za miękkie? Proponowałby pan coś innego? Inkrustację srebrem? Kowal skinął głową. - To bym zaproponował komuś, kto potrzebuje ostrza mającego sięgnąć czyjegoś serca. Właśnie to bym zaproponował. Wyglądało na to, że krasnolud miał rację. Może w opowieściach o srebrnych mieczach wiedźminów było nieco przesady... - Mistrzu... - Derrick uśmiechnął się, ale w tym uśmiechu był wyraźny szacunek. - Zgoda. Ile czasu zajęłoby zrobienie takiego sztyletu? Oraz paru srebrnych pocisków do procy? - To znaczy, pokrytych srebrem... - dodał po sekundzie. - Paru to ile, panie? My, krasnoludy, lubimy konkrety. - Kowal, jak wszyscy przedstawiciele tej rasy, lubił dokładne precyzowanie zamówień. - Pięciu pocisków - Derrick sprecyzował zamówienie. - To będzie w sumie jakieś sześćdziesiąt denarów. A zamówienie takie mógłbym wykonać, dajmy na to, w dwa dni. Derrick skinął głową. - W takim razie zjawię się za dwa dni. Jakaś zaliczka? - spytał. - Dziesięć monet nie obciążyłoby mi za bardzo mieszka. Derrick sięgnął do sakiewki i położył przed krasnoludem żądaną kwotę. - Do zobaczenia, mistrzu - powiedział. W porównaniu z temperaturą panującą w kuźni na dworze panował przyjemny chłód. Derrick odetchnął z ulgą, a potem ruszył na poszukiwanie świątyni. Bez wątpienia łatwiej było odszukać Świątynię Nieustającego Płomienia, niż małą kuźnię w dzielnicy nieludzi. Już pierwsza zapytana osoba potrafiła wskazać kierunek. Wrażenie chłodu powoli opuszczało Derricka, gdy ten wędrował przez miasto, z każdym krokiem zmniejszając odległość dzielącą go od świątyni. W końcu przekroczył wysoki, strzeżony mur oddzielający dzielnicę świątynną od reszty świata. Pierwsze wrażenie nie było najlepsze. Budynki, bardziej przypominające wiejskie chaty niż zabudowania charakterystyczne dla miasta, nie prezentowały się najlepiej. Dalej było może nie tylko lepiej, ale i ciekawiej. Ilość kobiet zajmujących się zawodem zwanym najstarszym na świecie również zdecydowanie przekraczała średnią krajową. Zamiast kamieniczek mieszczan pojawiły się budynki o zdecydowanie jednoznacznym przeznaczeniu. >>>Burdele<<< - pomyślał Derrick. - >>>W takiej ilości? Czyżby własność świątyni?<<< - Może jak będę wracać - uprzejmie podziękował panience, hojnie wyposażonej przez naturę i w zachęcający sposób prezentującej swe wdzięki. W rewanżu otrzymał spojrzenie sugerujące, że jeśli skorzysta z oferty to z pewnością nie pożałuje... Mimo wszystko nie zamierzał skorzystać z tego zaproszenia. Nie wątpił w profesjonalizm dziewczyny, ale nigdy nie uważał za słuszne płacić za coś, co można było, przy odrobinie starań, dostać za darmo... Stojącą na masywnym postumencie świątynia wyglądała zdecydowanie nietypowo. Czerwona cegła kojarzyła się być może z płomieniem i to nawet nieustającym, ale poza wielkim witrażem w całej budowli nie było nic świątynnego. Budynek był przysadzisty i, przynajmniej jeśli chodzi o Derricka, nie zachęcał do modłów. Nie tylko wygląd świątyni zdecydowanie obiegał od tradycji. Podobnie nietypowy był tłum kłębiący się przed wejściem. Oczywiście Derrick nieraz widywał tłumy wiernych tłoczące się u wrót przybytku, ale nigdy nie spotkał się z przypadkiem, by kapłani nie wpuszczali do środka tych, którzy chcieli się pomodlić... Zwykle zachęcali... Nie wnikając w podłoże owego nietypowego podejścia do wiernych Derrick skierował się do starszego z dwóch stojących przed bramą kapłanów. - Chciałbym... - zaczął Derrick, ale tamten mu przerwał. - Mówiłem już, że teraz nie można wejść. Nabożeństwo odbędzie się później. Kapłan głos miał kulturalny, ale brzmiało w nim zdecydowanie. Derrick nie dał się zbyć takim stwierdzeniem. - Chciałbym porozmawiać z kapłanem zajmującym się biblioteką - powiedział. Równie kulturalnie i zdecydowanie jak kapłan. |
| | |
| | #167 |
![]() | Ballada, mimo, że niewyśpiewana, zrobiła na czarodziejce olbrzymie wrażenie. Zresztą jak i na reszcie zebranych. Żmijka zastanawiała się, czy ten fakt niepokoi jej nową, poszukiwaną przez prawo przyjaciółkę, ale doszła do wniosku, że chyba nie za bardzo. Sama uwielbiała wzbudzać zainteresowanie, i nie wyobrażała sobie kobiety pozbawionej tej potrzeby, choćby i wampirzycy. Pewnie by się głośno nie przyznała do tej słabości, ale przecież była czarodziejką, jeździła na srebrnogrzywym Ogarze, a ubrania szyła u najlepszego krawca w Novigardzie. Gdyby Krzyczanie nie zwrócili na nią uwagi czułaby się… zszokowana. Natomiast zaniepokoiły Nessę inne aspekty ballady. Lwica jawiła się w niej jako postać mityczna. Złoty smok, feniks, ktoś, kogo nie da się dogonić. Nie wróżyło to najlepiej poszukiwaniom. Oczywiście uznała, że talent bardów zasługuje na nagrodę. Wręczyła Peterowi hojny napiwek. - Dziękujemy. Piękna opowieść. Mam nadzieję, że znajdziecie dla niej odpowiednią melodię. - Przydałoby nam się imię tego minstrela półelfa, i nazwa miejscowości, gdzie śpiewał balladę, jeśli Panowie pamiętają. Będziemy gonic legendę – mrugnęła do Francesci – może kiedyś ktoś o nas zaśpiewa kanconę. - Swoją drogą ciekawa jestem, czego Panowie dowiedzą się w Aldersbergu. Spojrzała na przysłuchujących się rozmowie ludzi. - Nie macie nic przeciw temu, że zapewnię nam pewne minimum prywatności. Jeszcze dziś nie czarowałam, czas rozruszać palce. Zaklęcie sprawiające, że odtąd słyszeli się tylko we czwórkę było bardzo proste. We wspólnych sypialniach Aretuzy dziewczęta opanowywały je, jako jedno z pierwszych. - To właściwie nie miejscowość – powiedział Peter – tylko górniczy obóz krasnoludów. Nie trzeba prawie odbijać od szlaku – dokładnie tłumaczył położenie osady – na zachodnim zboczu góry, nowy szyb, na jakichś 50 metrach wysokości. - A minstrel – kontynuował – zwie się Yonem z Lan Exeter, choć moim zdaniem wcale nie mówił z kovirskim akcentem. Wytłumiona magicznie rozmowa trwała jeszcze trochę. Nessa, wzór dyskrecji i powściągliwości, z przyjemnością rozgadała się o swoich próbach uzdrowienia hrabianki, jako tajemnicę traktując jedynie wytyczne konfraterni. Powiedziała również, dlaczego szuka Lionory. - Piękno, szczerość i otwartość, cała ja – roześmiała się na koniec – Bo chyba nie skłoniłam Panów do zmiany kierunku podróży? Te dwadzieścia tysięcy, to znaczy dziesięć – mrugnęła do Francesci - to i tak za mało na moją wymarzoną wieżę. - Dobranoc. Jeszcze tylko zajrzę do Ogara i spać. - Francesco, Panowie – ukłoniła się wstając –zachowujcie się przyzwoicie. Podkreślmy, że tego wieczoru Nessa była absolutnie trzeźwa. Po prostu w dobrym humorze. |
| | |
| | #168 |
![]() | do Derricka Talbitt czerwiec, miasto Aldersberg, Aedirn -Nie skusiłbyś się na mnie przystojniaczku?- pytanie zostało zadane przez dziwkę kuszącym, a jakżeby inaczej, tonem. - Może jak będę wracać - Derrick uprzejmie podziękował panience, hojnie wyposażonej przez naturę i w zachęcający sposób prezentującej swe wdzięki. Odpowiedź oczywiście nie usatysfakcjonowała ladacznicy. Lubieżny uśmieszek zniknął jej z twarzy, podciągnęła dekolt sukni i odwróciła twarz. Najwyraźniej wiedziała, kiedy facet nie miał na nią ochoty. (...) Tłum wiernych nie był może specjalnie wielki, najwyżej trzydziestoosobowy, ale nadrabiał zapałem. Prośby dwójki kapłanów o rozejście się nie trafiały na podatny grunt. Ludzie domagali się mszy, choć niezbyt gniewnymi głosami. W końcu nie wypada besztać ziemskich przedstawicieli swojego boga. Talbitt nie był jednak zainteresowany mszą, jedynie informacjami. Dlatego też ostrożnie wyminął zebranych ludzi i zbliżył się do starszego kapłana. - Chciałbym... - zaczął Derrick, ale tamten mu przerwał. ![]() - Mówiłem już, że teraz nie można wejść. Nabożeństwo odbędzie się później. Kapłan głos miał kulturalny, ale brzmiało w nim zdecydowanie. Derrick nie dał się jednak zbyć takim stwierdzeniem. - Chciałbym porozmawiać z kapłanem zajmującym się biblioteką - powiedział. Równie kulturalnie i zdecydowanie jak kapłan. Takich słów mężczyzna najwyraźniej się nie spodziewał, gdyż przez chwilę patrzył na medyka ze zdziwieniem. -Biblioteką? Kim jesteście panie, że chce się spotkać z naszym bibliotekarzem? - Jestem poszukiwaczem wiedzy - powiedział Derrick. - I medykiem równocześnie. A teraz poszukuję informacji - ściszył głos, tak by jego słowa dotarły jedynie do kapłana - jak zabezpieczyć się przed wampirami. Słowa Talbitta wprawiły kapłana w jeszcze większe zdziwienie. Kilka razy otwierał i zamykał usta. Najbliżsi wierni patrzyli na rozmawiającą dwójkę z mieszanką irytacji i zainteresowania. -Wampirami powiadacie, panie. Och, zaprawdę Kreve ustanowił ten dzień jako czas próby. Poczekajcie chwilę panie. - Dobrze, kapłanie - odparł Derrick. - Czas, choć zwykle cenny, nie ma w tej sprawie znaczenia. Starszy mężczyzna odszedł kilka kroków w stronę tłumu i przemówił raz jeszcze. -Dobrzy ludzie, rozumiem wasze szczere pragnienie kontaktu z naszym dobrym panem Kreve, lecz niestety nie możemy odprawić teraz mszy. Proszę przyjdźcie popołudniu, a nasza świątynia na pewno będzie stać przed wami otworem.- Tak, oczywiście. Teraz też pewnie miała "stać przed wiernymi otworem" w tej porze. Niektórzy ludzie faktycznie jednak zaczęli się rozchodzić, może kapłan ich przekonał, a może po prostu znudziło ich już bezowocne czekanie. -Akolito- rzekł kapłan. -Dopilnuj, aby inni poszukujący łaski naszego Pana, nie czekali niepotrzebnie przed bramami świątyni. Po wydaniu wytycznych młodemu, starszy mężczyzna szerokim gestem ręki poprosił medyka, bym ten za nim podążył. Kapłan otworzył drzwiczki w o wiele większej bramie i oboje weszli do środka. Wnętrze zaś było o wiele bardziej okazałe niż zewnętrze. Po pierwsze wszystkie cegły były otynkowane, choć to wcale nie oznacza, że były białe. Pokrywały je bowiem freski, z których duża część przedstawiała ogień, pomiędzy którego jęzorami widniały postacie mężczyzn i kobiet: najpewniej świętych Kościoła. ![]() Sufit był zaś ciemnobłękitny, niemal granatowy od wymalowanego na nim burzowego nieba, przecinanego gęsto błyskawicami. ![]() Na ołtarzu zaś stał posąg. Ale nie jakiś zwyczajny, nawet jak na standardy świątynne. Po pierwsze był niemal tak wysoki jak nawa główna. Całkiem możliwe, że wyrzeźbiono go jeszcze zanim wyrosła wokół niego sama budowla. Przedstawiał mężczyznę odzianego w zbroję. Lewą rękę wyciągał do przodu w geście błogosławieństwa, w prawej trzymał błyskawicę, atrybut swej boskości. Jego twarz przyozdabiała aureola płomieni. A wszystko to w kolorach czerwieni, srebra i błękitu. Posąg bowiem był pomalowany jakąś emulsją, co skutecznie utrudniało zidentyfikowanie kamienia, z którego został wyrzeźbiony. Derrick nie miał jednak wątpliwości, że jakikolwiek kruszec był podstawą dla tego kolosa, na pewno kosztował ogromne pieniądze. Po chwili jednak medyk zaczął rozglądać się trochę uważniej i nie minęło dużo czasu, gdy jego wzrok napotkał trzy pochwy z mieczami oparte o ławy świątyni. Na jednym z siedzisk leżał pozostawiony przez kogoś hełm. ![]() Talbitt nie zdążył jednak zauważyć niczego więcej, bowiem kapłan skierował go do bocznej nawy. Idąc wśród jej kolumn, medyk mógł obejrzeć jeszcze kilka mniejszych rzeźb stojących w alkowach. Ostatecznie jednak kapłan poprowadził Derricka do schodów prowadzących do katakumb świątyni. -Nasza biblioteka znajduje się pod główną świątynią. Brat Albertus podzieli się z panem naszą wiedzą. Czy mogę jednak wiedzieć, jakiegoż to wampira się pan obawia? Derrick skrzywił się nieco. - Prawdopodobnie był to wampir wyższy. A raczej wampirzyca, bowiem była to kobieta. -I potwór ten lęgnie się w tym mieście? Derrick pokręcił głową. - Spotkałem ją na drodze z miasta i sądzę, że tu nie wróci. Niestety, podąża w tą samą stronę, w którą i ja jechać muszę, chcąc znaleźć lekarstwo dla hrabianki. Kapłan zatrzymał się w miejscu jak wryty. Odwrócił się ku Talbittowi i kolejny raz w zdziwieniu otwierał i zamykał usta szukając czegoś do powiedzenia. W końcu wydusił z siebie tylko. -Nie ma tego wampira w mieście? Derrick spoglądał na niego zdumiony. W końcu powiedział: - Chyba nie. A czemu pytacie, kapłanie? Kolejną chwilę mężczyzna patrzył jedynie zdumiony. -To chyba oczywiste, że jako kapłan Kreve, troszczę się o bezpieczeństwo moich wiernych. -Wydawało się, że chciał powiedzieć coś jeszcze, ale najwyraźniej zrezygnował i ruszył dalej. Katakumby znajdowały się ledwie jakieś trzy metry pod nawa główną i były dość niskie. Nie dało się w nich nawet wyprostować rąk nad głową, by nie uderzyć nimi o czerwone cegły. Kapłan otworzył przed medykiem drewniane drzwi i gestem zaprosił do środka. Pomieszczenie wypełnione regałami było z całą pewnością biblioteką, choć sprawiało wrażenie bardzo surowej. Po pierwsze regały nie miały nawet pięciu stóp wysokości, po drugie zapełniały je głównie zwoje, po trzecie biblioteka była dosyć mała, a po czwarte wnętrze było raczej ciemne, rozświetlone jedynie przez cztery lampy ustawione w kątach. Pod jedną ze ścian stał stolik, za którym na prostym krześle siedział zakapturzony starzec. -Bracie Albertusie, ten człowiek szuka wiedzy, która mogłaby mu pomóc w jego szlachetnym zadaniu ratowania hrabianki Antoinette. Bibliotekarz podniósł głowę i spojrzał raz na kapłana i raz na medyka. Jego czoło przecięte było zmarszczkami, siwa broda opadała na ciemny habit. Mrużył oczy, aby dostrzec coś w ciemności. A może po prostu słabo widział? ![]() -Wiedzy? Udzielimy więc młodzieniaszkowi wiedzy, udzielimy.- Powiedział suchym, choć dość entuzjastycznym głosem.
__________________ "Diabeł nie śpi... z byle kim." S. J. Lec Cudowny okres kolokwiów do 2.12. Moja frekwencja w sesjach na ten okres może gwałtownie spaść. |
| | |
| | #169 |
![]() | Łowca nagród ze spokojem słuchał słów dziada, do momentu usłyszenia wczoraj rano. Omal nie zawył z wściekłości, ale w porę się pohamował. Przeczesał jedynie swoje czarne włosy dłonią i gestem wskazał starszemu wioski by kontynuował. Uśmiechnął się lekko, słysząc kto ma informację, ale szybko zasłonił twarz ręką, udając że drapie się po brodzie. Będzie musiał wydobyć od tamtej dziewczyny informacje, a już ma kilka pomysłów jak to zrobić. Gdy dotarła do niego wiadomość o koniu z siodłem i lejcami rzucił twardo do burmistrza – Prowadź. – i wyszedł za nim z chaty. Kilka minut później byli na miejscu. Folken, ujrzawszy śnieżkę omal nie zawył ze szczęścia. Jego klacz znowu była przy nim. Niemniej jednak, cała ta euforie opadła wraz z usłyszeniem ceny. -Kurwa.. – warknął i potrząsnął głową. Przybrał swój najbardziej elokwentny i przymilny wyraz twarzy. -Panie, nie uważasz że 300 denarów to za dużo za tą szkapę? W mieście wzięliby za niego góra 200! Niemniej jednak, w drodze łaski mogę Ci zapłacić, powiedzmy 250 denarów. Zważ na to, że nawet w mieście tyle nie dostaniesz! -powiedział ze spokojem w głosie Folken i oczekiwał na reakcję starego Stary popatrzył na Legarę ze śladem politowania. - Może i my tu som chłopomi, ale ceny inwentorza znomy. Trzysta to okazja za takiego ogiera. – Folken omal nie zawył z wściekłości w umyśle jedynie klął ~A żeby Cię czarną kuśką po dupie dybuk macał, pacanie jeden! Żeby Ci kurwa franca przyrodzenie zjadła! Żebyś zdechł, psie! ~ krzyczał w głębinach swej jaźni ale powstrzymał złość i rzucił znowu – Panie, przykro mi powiedzieć, ale was oszukali. 270 denarów to najwyższa cena za jaką można kupić tego konia. Starzec chrząknął i splunął na ziemię. -Ten kuń wart jest najmniej pół tysiunca. Nie jestem idiotom. Albo pan dacie trzysta, albo pan nie kupujcie. -Dobra, kurwa, dobra. Dam te trzysta. – warknął Folken i skinął na starca, by poszli do jego chaty. Gdy się tam znajdą brązowooki odliczy 300 denarów i poda małą sakiewkę z pieniędzmi dla starego. Uściśnie mu jeszcze rękę po czym pójdzie szukać dziewczyny. Gdy tylko znajdzie ową Anię skinie jej głową i rzuci – Możemy porozmawiać? W bardziej ustronnym miejscu, jeśli łaska. – rzucił cicho do niej, stojąc wraz z nią na polu. Ostatnio edytowane przez Zaelis : 08-02-2008 o 11:54. |
| | |
| | #170 |
![]() | Najwyraźniej nie takich słów spodziewał się się kapłan, bo wyglądał na nieco... zaskoczonego. - Biblioteką? Kim jesteście panie, że chce się spotkać z naszym bibliotekarzem? - w jego głosie również brzmiało zaskoczenie. - Jestem poszukiwaczem wiedzy - powiedział Derrick. - I medykiem równocześnie. A teraz poszukuję informacji - ściszył głos, tak by jego słowa dotarły jedynie do kapłana - jak zabezpieczyć się przed wampirami. Kapłan wytrzeszczył oczy. Ale w miarę szybko doszedł do siebie. Przynajmniej na tyle, żeby uporządkować nieco panujący przed świątynią bałagan. A potem ruszył wraz z Derrickiem do biblioteki. Szedł na tyle szybko, że Derrick tylko zdążył rzucić okiem na malowidła i ogromny posąg, a potem znaleźli się przy wejściu do katakumb. - Nasza biblioteka znajduje się pod główną świątynią - powiedział kapłan. - Brat Albertus podzieli się z panem naszą wiedzą. Czy mogę jednak wiedzieć, jakiegoż to wampira się pan obawia? Derrick skrzywił się nieco. - Prawdopodobnie był to wampir wyższy. A raczej wampirzyca, bowiem była to kobieta. - I potwór ten lęgnie się w tym mieście? Derrick pokręcił głową. - Spotkałem ją na drodze z miasta i sądzę, że tu nie wróci. Niestety, podąża w tą samą stronę, w którą i ja jechać muszę, chcąc znaleźć lekarstwo dla hrabianki. Kapłan zatrzymał się w miejscu jak wryty. Odwrócił się ku Talbittowi i kolejny raz w zdziwieniu otwierał i zamykał usta szukając czegoś do powiedzenia. W końcu wydusił z siebie tylko: - Nie ma tego wampira w mieście? Derrick spoglądał na niego zdumiony. W końcu powiedział: - Chyba nie. A czemu pytacie, kapłanie? Kolejną chwilę mężczyzna patrzył jedynie zdumiony. - To chyba oczywiste, że jako kapłan Kreve, troszczę się o bezpieczeństwo moich wiernych. Ruszyli dalej. W przeciwieństwie do właściwych pomieszczeń świątyni w podziemiach panował przyjemny chłód. I chociaż były wyjątkowo niskie, to Derrick zdecydowanie wolał mieć strop parę cali nad głową, niż gotować się na górze, w świątyni. Bibliotekarz okazał się starym człowiekiem, zdecydowanie konkretnym. Jego pytania i odpowiedzi były zdecydowanie zwięzłe... - Bracie Albertusie, ten człowiek szuka wiedzy - powiedział kapłan, gdy stanęli przy stoliku, przy którym siedział bibliotekarz - która mogłaby mu pomóc w jego szlachetnym zadaniu ratowania hrabianki Antoinette. Stary człowiek, który pewnie pół życia spędził przy otaczających go księgach, przeniósł wzrok z kapłana na Derricka. - Wiedzy? Udzielimy więc młodzieniaszkowi wiedzy, udzielimy. Głos, choć stary, był dość entuzjastyczny. - Jakiż problem sprowadza pana w nasze niskie progi, młody człowieku? - spytał, gdy kapłan wyszedł, zamykając za sobą drzwi. Derrick uśmiechnął się w duchu. Już dawno nikt nie nazwał go młodym człowiekiem. - Chciałbym się dowiedzieć czegoś na temat wampirów. A dokładniej - jak się przed takim wampirem zabezpieczyć - powiedział Derrick. - Najlepiej omijać z daleka - bibliotekarz wcale nie żartował. - A jaki to wampir? Niższy, czy wyższy? - Wyższy - mało entuzjastycznym głosem odpowiedział Derrick. - Wampirzyca - dodał. Wyraz twarzy bibliotekarza daleki był od optymizmu. - Powiadają, że wampiry nie odbijają się w lustrach i boją sie ich zwierzęta. Są dość odporne na plugawa magię, jaka posługują sie czarodzieje. Wampiry wyższe wyglądają jednak jak ludzie i trudno ich od nich odróżnić. Nie boją się słońca, wiele nie boi się nawet ognia. Są bardzo odporne i wytrzymałe, w ogóle ich możliwości fizyczne przekraczają ludzkie, a na domiar złego dysponują różną, zwodniczą magią. Derrick z trudem opanował uśmiech słysząc niezbyt pochlebne określenie magii czarodziejów. Pozostałe słowa nie były już tak wesołe... - A dokładniej? Jaką magią dysponują wampiry? - To głównie uroki i możliwości zmiany postaci - powiedział bibliotekarz. - Podobno potrafią się zamieniać w nietoperze, szczury... Siłę uroku wampirzycy Derrick miał już przyjemność poznać. Miał tylko nadzieję, że zmiana postaci ograniczy się do takich stworzeń... A nie na przykład do innego człowieka... - Czy one się kiedykolwiek męczą? Sypiają? Tak jak głoszą plotki... - Właśnie. Plotki. Nie wierz plotkom - odparł brat Albertus. - Nikt nigdy nie widział zmęczonego wampira. Ani śpiącego. - Jak pokonać takie paskudztwo? Nie ma jakichś talizmanów? Bibliotekarz pokręcił głową. - Sam raczej takiego wampira nie pokonasz. A jak pokonać, to ino najsilniejsi łowców potworów wiedzą. >>>Czyli wiedźmini<<< - pomyślał Derrick niezbyt zadowolony. - Talizmanów też nie ma - dodał bibliotekarz. - I nie kupuj czasem żadnych świecidełek, bo to tylko wyrzucenie pieniędzy. - A modły? - spytał Derrick. - Podobno ludzie silni w wierze potrafią odganiać wszelkie potwory, nawet wampiry - w głosie bibliotekarza zabrzmiała wyraźna wątpliwość, czy Derrick do owych silnych w wierze należy. A Derrick musiałby mu przyznać rację. - Czy to, co mówią o srebrze, to prawda? Bibliotekarz skinął głową. - Każdego potwora pokonasz srebrem. Jeśli zdążysz go trafić. To też była prawda. Szczególnie z tym "jeśli". W zasadzie nie pozostało wiele pytań. - A czy słyszał pan, bracie Albertusie, o owej elfce, której poszukuje pan hrabia? Kapłance Lionorze Aelbedh? Bibliotekarz nawet przez moment się nie zastanawiał. - Efka? Z pewnością nigdy nie słyszałem. Widać było, że Lionora, nie będąca człowiekiem, w ogóle go nie interesuje. - Jeszcze jedno pytanie, bracie Albertusie... Co to za zamieszanie w świątyni? Tym razem bibliotekarz nie palił się do udzielania odpowiedzi. I była ona dość enigmatyczna... - Przybył do świątyni ważny rycerz. Rzadki gość... Miecze i hełm, które widział przechodząc przez główną salę świątyni potwierdzały tą wersję, ale widać było, że nie będzie zbyt łatwo wyciągnąć z bibli |