Spis Stron RPG Regulamin Artykuły POMOC Kalendarz Blogi
Wróć   lastinn > RPG - Play By forum > Sesje RPG - Inne
Zarejestruj się Użytkownicy Oznacz Fora Jako Przeczytane

Sesje RPG - Inne Tutaj możesz zagrać w tych światach, które zostały pominięte powyżej. Czy to rządzona przez orki Orchia, czy może kosmos w erze, kiedy słońca zaczynają gasnąć. Na pewno znajdziesz tu coś dla siebie.


Odpowiedz
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 08-04-2008, 08:29   #171
 
Zapatashura's Avatar
 
Reputacja: 3 Zapatashura ma w sobie cośZapatashura ma w sobie cośZapatashura ma w sobie coś
$: 53 116
do Derricka Talbitt

czerwiec, miasto Aldersberg, Aedirn


- Jakiż problem sprowadza pana w nasze niskie progi, młody człowieku? - spytał bibliotekarz. Wyraźnie jednak było słychać w jego głosie zadowolenie z owych progów. Kapłan tymczasem wyszedł, zamykając za sobą drzwi. Najpewniej spieszyło mu się, by sprawdzić czy wierni zrezygnowali już z próby wymuszenia mszy.
- Chciałbym się dowiedzieć czegoś na temat wampirów. A dokładniej - jak się przed takim wampirem zabezpieczyć - powiedział Derrick.

- Najlepiej omijać z daleka - bibliotekarz odparł niemal od razu i to bynajmniej nie żartując. Wstał też ze swojego zydelka i ruszył do półek z księgami. Staruszek był przygarbiony, a na dodatek niski. W efekcie jego wzrost upodabniał go do krasnoluda.- A jaki to wampir? Niższy, czy wyższy?

- Wyższy - mało entuzjastycznym głosem odpowiedział Derrick. - Wampirzyca - dodał.

Bibliotekarz skrzywił się na te słowa. Zbliżył sie do jednego z regałów i po chwili zdjął z niego księgę. Przewertował szybko, zbyt szybko aby mógł cokolwiek przeczytać.
- Powiadają, że wampiry nie odbijają się w lustrach i boją sie ich zwierzęta. Są dość odporne na plugawa magię, jaka posługują sie czarodzieje. Wampiry wyższe wyglądają jednak jak ludzie i trudno ich od nich odróżnić. Nie boją się słońca, wiele nie boi się nawet ognia. Są bardzo odporne i wytrzymałe, w ogóle ich możliwości fizyczne przekraczają ludzkie, a na domiar złego dysponują różną, zwodniczą magią.-Najpewniej pamiętał dobrze treść trzymanego tomu, o ile ten faktycznie traktował o wampirach.

- A dokładniej? Jaką magią dysponują wampiry?

- To głównie uroki i możliwości zmiany postaci - powiedział bibliotekarz. - Podobno potrafią się zamieniać w nietoperze, szczury...
Siłę uroku wampirzycy Derrick miał już przyjemność poznać. Miał tylko nadzieję, że zmiana postaci ograniczy się do takich stworzeń... A nie na przykład do innego człowieka...
- Czy one się kiedykolwiek męczą? Sypiają? Tak jak głoszą plotki...

- Właśnie. Plotki. Nie wierz plotkom - odparł ostrzegająco brat Albertus. - Nikt nigdy nie widział zmęczonego wampira. Ani śpiącego.

- Jak pokonać takie paskudztwo? Nie ma jakichś talizmanów?

Bibliotekarz znowu przewertował trzymaną księgę. Tym razem zatrzymał się na trochę na jednej stronie. W końcu jednak pokręcił głową.
- Sam raczej takiego wampira nie pokonasz. A jak pokonać, to ino najsilniejsi z łowców potworów wiedzą.
- Talizmanów też nie ma - dodał bibliotekarz. - I nie kupuj czasem żadnych świecidełek, bo to tylko wyrzucenie pieniędzy.

- A modły? - spytał Derrick.

- Podobno ludzie silni w wierze potrafią odganiać wszelkie potwory, nawet wampiry - i choć w głosie bibliotekarza zabrzmiało przekonanie co do prawdziwości tych słów, jednocześnie Derrick mógł wyczuć jego powątpiewanie co do siły wiary medyka. A Talbitt musiałby mu przyznać rację.

- Czy to, co mówią o srebrze, to prawda?
Bibliotekarz skinął głową.
- Każdego potwora pokonasz srebrem.-Zaraz jednak dodał mało pocieszające słowa.- Jeśli zdążysz go trafić.

- A czy słyszał pan, bracie Albertusie, o owej elfce, której poszukuje pan hrabia? Kapłance Lionorze Aelbedh?
Bibliotekarz nawet przez moment się nie zastanawiał.
- Elfka? Z pewnością nigdy nie słyszałem.- Starzec powiedział to zdanie w sposób nie pozostawiający żadnych wątpliwości co do tego, czy chciałby być dłużej pytany o jakiś nieludzi.

- Jeszcze jedno pytanie, bracie Albertusie... Co to za zamieszanie w świątyni?
Starzec zwlekał tym razem z odpowiedzią. Odstawił księgę na miejsce i skierował powolne kroki ku swemu stolikowi.
- Przybył do świątyni ważny rycerz. Rzadki gość...

Miecze i hełm, które widział przechodząc przez główną salę świątyni potwierdzały tą wersję, ale widać było, że nie będzie zbyt łatwo wyciągnąć z bibliotekarza coś więcej. A w gruncie rzeczy wiedza ta nie była Derrickowi do niczego potrzebna. Nie sądził, by jakikolwiek rycerz miał ochotę mu pomóc.

- Dziękuję, bracie Albertusie - Derrick skłonił się nisko. - W jaki sposób mogę się odpłacić za wiedzę?

Bibliotekarz uśmiechnął się. - Podziękuj panu naszemu, wielkiemu Kreve. A jak skończy się ta historia, to wróć tutaj i wszystko opowiedz.

(...)

Idąc przy wewnętrznym murze do posiadłości Lyvenbrooków, medyk natknął się na herolda miejskiego. Wykwintnie ubrany mężczyzna stał przy jednym z budynków. W dłoniach trzymał rozwinięty zwój, którego treść donośnie czytał.
-Mocą dekretu miłościwie nami rządzącego hrabiego Wolfganga de Aldersberga, ogłasza się co następuje. Jakikolwiek mąż czy niewiasta, stanu i urodzenia niskiego czy wysokiego, rasy ludzkiej czy nieludzkiej, jeśli odnajdzie i nakłoni do przybycia do grodu Aldersberg Lionorę Aelbedh, kapłankę Dany Meadbh, elfkę rasy Aen Seidhe, otrzyma tedy tysiąc nobli i tytuł szlachecki.

To te same słowa, a raczej niemal te same, które hrabia dyktował swemu skrybie, gdy medyk był na zamku. Derricka nie dziwiło wcale, że przechodzący mieszkańcy wysłuchiwali herolda z uwagą. A już na pewno łowili uszami ten fragment o tysiącu nobli.
Głos umyślnego dotarł uszu Talbitta jeszcze kilka razy nim dotarł do wewnętrznej bramy. Cóż, taka praca- czy skwar czy ulewa, należy rozgłaszać to, czego sobie hrabia zażyczy.

(...)

Medyk był już przy bramie posiadłości Lyvenbrooków, gdy zobaczył wychodzącą z wnętrza dziewczynę. Była ubrana w lekką, jasnobłękitną sukienkę sięgającą połowy łydki i osłaniającą ramiona. Trzeba przyznać, że kreacja pasowała jej do koloru włosów.
- Dzień dobry, panno Heleno - powiedział Talbitt.


- Pan Derrick? Co pan tutaj robi? - w znajomym głosie dźwięczała nuta zdziwienia, ale także radości. - Przecież miał pan...

- Idę właśnie do państwa sprawdzić, jak się ma pani ojciec. I faktycznie... Miałem być daleko stąd, ale los lubi płatać figle...

- Proszę wejść - dziewczyna cofnęła się, otwierając drzwi. - Ojciec się ucieszy.
- Zostanie pan na kolacji? - dodała po chwili ciszej i spuszczając wzrok. - Jeśli, rzecz jasna, nie jest pan z nikim umówiony...- Dodała szybko i wyraźniej.

Cóż, nie był. A gościna, której udzieliła mu rodzina Lyvenbrooków z całą pewnością była miłym wspomnieniem. W dodatku wcale nie odległym.
Helena prowadziła Derricka najwyraźniej do tego samego pokoju, w którym ostatnio widział Ottona.
-Ojciec nabiera sił i na nic się nie uskarża. No, może nie do końca na nic... - nim jednak medyk zdążył nabrać jakichś podejrzeń co do procesu gojenia, dziewczyna uzupełniła. -Narzeka, że nie może doglądać swoich interesów.

(...)

Kupiec faktycznie wyglądał nieźle. Leżał w swoim łóżku, a obok niego sterta dokumentów. Cóż, taka praca- mężczyzna najwyraźniej nie mógł wytrzymać bez sprawdzenia jak idzie jego handel, przynajmniej na papierze. Jego twarz nabrała normalnych kolorów, na stoliku przy łóżku leżała miska owoców, a także zalecone specyfiki: liście babki i allionia nyctaginea.

-Och, pan Talbitt. Miło z pańskiej strony, że jednak pan wrócił doglądać swego pacjenta.- Powiedział radośnie. To dobrze, że dopisywał mu humor. -Choć jak się domyślam, doglądanie to będzie przejściowe. Noga trochę dokucza, ale to nie jest żaden uciążliwy ból. Ot, takie pulsowanie.
-Moja żona wróci po południu, na pewno każe przygotować panu jakiś pokój. I nawet niech pan nie próbuje się teraz wykręcać od naszej gościny.
Nie było takiego powodu. Derrick i tak musiał poczekać, aż krasnoludzki kowal wykona jego zlecenie.
-A jak poleceni przeze mnie zielarze? Skorzystał pan z ich usług?- Otton był wyraźnie rozmowny. Kolejny dobry znak.

do Folkena Legary

czerwiec, wieś w Aedirn

No i pięknie, w sakiewce zostało już zasadniczo tylko dno i powietrze. A jeśli Folken miał doścignąć Francesce i Nesse, to z próby załatwienia sobie szybkiej robótki mógł z miejsca zrezygnować. Świetnie! Jakoś fakt, że Legara odzyskał swego konia go nie pocieszał.
No, ale złość trzeba wepchnąć gdzie słońce nie dochodzi, bo inaczej wieśniaczka gotowa się przestraszyć i niczego nie powie. A to już byłoby fatalnie.

(...)

W polu były głównie kobiety, chociaż naturalnie gdzieniegdzie słychać było dzieci. W teorii zapewne, miały się one przyuczać do pracy na roli. W praktyce jednak na pewno przeszkadzały, ale w końcu to nie sprawa łowcy jak się tutejszą hałastrę wychowuje. Trzeba było jednak znaleźć Anię, wśród tych wszystkich chłopek i bab.
Nie zajęło to nawet tak dużo czasu. Folken wypatrzył młódkę pogrążoną w swej pracy. Ponieważ słońce stało już niemal w zenicie, skwar był nieludzki, a mimo to wieśniacy pracowali na polu z werwą. Że też nie czują się wykończeni? Dopiero kiedy łowca podszedł bliżej, zobaczył że dziewczyna jest cała spocona. Żółta koszulina lepiła się do jej pleców, podciągnięta spódnica odsłaniała apetyczne łydki. Ania była tak pochłonięta swoim zajęciem, że nawet nie zauważyła nadejścia Legary. Dopiero jego chrząknięcie zwróciło jej uwagę.
-Możemy porozmawiać? W bardziej ustronnym miejscu, jeśli łaska. – rzucił do niej cicho.
Chłopka usłyszawszy pytanie wstała i odwróciła się do Folkena, zapewniając mu całkiem ładny widok. Zielony, rozsupłany z powodu upału kubraczek ukazywał głęboko rozpiętą koszulę, odsłaniającą dolinkę między kształtnymi piersiami dziewczęcia. Same piersi też zresztą były całkiem nieźle widoczne, gdyż przepocony materiał przylepił się do nich ciasno. Ania zauważywszy to, zasłoniła się skromnie rękami, aby mężczyzna przynajmniej nie patrzył się na jej sutki. Uśmiech który pojawił się na jej twarzy nie wydawał się jednak łowcy taki znowuż zawstydzony.


-W bardziej ustronne? Może stajnia, teraz nikogo tam nie ma?

-Czemu nie. Jak dla mnie pasuje - pomyślał Folken. Stajnia..idealne miejsce do prowadzenia...hmm..wszelakiego typu spotkań, zaczynając od schadzek, kończąc na mordach.

-W takim razie stajnia. Mam nadzieję, że nie będzie panu przeszkadzał kuń, co go tam trzymamy?- spytała przekornie. Folken był prawie pewien, że chłopka wie iż niewiele rzeczy byłoby mu w stanie przeszkodzić w nadchodzącej...ekhm... rozmowie.
W drodze do stajni, dwójce towarzyszyły zainteresowane spojrzenia wieśniaczek. Ciekawe, co sobie wyobrażały? Dzieciaki jednak na samych spojrzeniach nie poprzestawały. Kilka podbiegło do Folkena i dziewczyny, pytając dokąd idą.
-Ten pan potrzebuje informacji o tutejszych szlakach. Chce mu je pokazać- zgrabne kłamstewko wystarczyło dla najmłodszych. Może co głupsze wioskowe baby też w nie uwierzą?


W końcu dotarliście do owej "stajni", czyli chaty z której przed paroma chwilami wróciłeś. Ciekawe, czy Śnieżka okaże się grzeczną pannicą i nie będzie przeszkadzać? Chłopka otworzyła drzwi i puściła Legarę przodem.
-Anna..tak? Dobrze, piękna-dziewczyna zachichotała słysząc komplement.- Chciałbym zamienić z Tobą kilka słów. Słyszałem, że widziałaś dwójkę jeźdźców, niedawno przejeżdżających tędy, prawda? Możesz mi dokładnie powiedzieć jak wyglądali i dokąd zmierzali? - zapytał Folken wygodnie siadając na sianie. Gestem wskazał jej miejsce obok siebie.

Teraz, gdy już byliście sami, dziewczyna opuściła ręce po bokach, najwyraźniej nie krępując się tym, co odsłaniał jej strój. W sumie faktycznie nie miała się czego wstydzić. Ba! Miała być z czego dumna. Podeszła do łowcy i usiadła metr od niego, rozprostowując długie, bose nogi.
-Nikt nie woła mnie tutaj Anna, wystarczy Ania, panie. I widziałam tylko jednego jeźdźca, wczora. Choć miał towarzysza.

Możesz opowiedzieć mi coś więcej o tym jeźdźcu, Aniu? - Legara uśmiechnął się lekko, wpatrując się w jej oczy.
A oczy jej również były piękne- ciemne, roześmiane. I pełgały w niej młodzieńcze ogniki.
-Cóż, to dosyć nietypowy był jeździec. Kobieta, panie. Ubrana jak do konnej jazdy, alem nie widziała by miała jakiś towarzyszy. No, poza tom drugą kobietom. Rudowłosom takom.

~A to kurwiszcza dwa..~ pomyślał Folken i zamknął oczy. Po chwili znowu obejrzał dziewczynę z delikatnym uśmiechem rysującym się na jego obliczu - Jeszcze jedno, ostatnie pytanie, piękna. Dokąd zmierzały?

-Drogom na Mahakam, panie. Ale tutaj dużo dróg odchodzi od traktu.- Dziewczyna zaczęła bawić się kosmykiem swych blond włosów. -Któraś z nim, to pana... przyjaciółka?- Spytała nagle.

-Przyjaciółka? W żadnym wypadku. Podróżowaliśmy w tym samym kierunku, dopóki jedna z nich mnie nie obrobiła i uciekła kiedy spałem. - rzucił, trzymając nerwy na wodzy. Samo wspomnienie jak został wyrolowany budziło w nim agresję - Jestem Ci stokrotnie wdzięczny, Aniu. Jestem Twoim dłużnikiem. Powiedz zatem, jak mogę Ci się odwdzięczyć, za pomoc?

lastinn player

-Odwdzięczyć? Hmm... coś wymyślimy- odparła chłopka i przygryzła kusząco wargę. Rozejrzała się po wnętrzu stajni. Cóż, było tu głównie siano, kilka lin wiszących na palikach wbitych w belki podtrzymujące strop, no i oczywiście przywiązana Śnieżka. Ania wstała i otrzepała się powoli ze źdźbeł, naprężając suknię na swych kształtnych pośladkach. Podeszła kołysząc biodrami do klaczy i pogłaskała ją po chrapach.
-Strasznie tu gorąco, prawda?- pytanie powiedziała wprost do ucha Śnieżki, choć było bez wątpienia skierowane do Folkena. Nagle pochyliła się i podniosła wiadro z wodą, które stało przy koniu.
-Nie obrazisz się, jeśli z niej skorzystam, prawda?- to pytania już chyba jednak było skierowane do klaczy. Która okazała się zresztą bardzo miła, gdyż nie protestowała. Ania podniosła też czerpak, po czym podeszła do wygodnej kupki związanego siana, na którym usiadła. Nabrała wody i napiła się.

-Chłodna- powiedziała tylko, mrugając do Folkena.
Chwilę później zaczerpnęła wody raz jeszcze, tym razem jednak nie piła. Całą zawartość czerpaka wlała za swój dekolt. -Mmm... bardzo chłodna.


Ania wolną ręką poluzowała zielony kubraczek i zsunęła go trochę. Potem zaczęła rozpinać koszulę, wpatrując się w Legarę, którego wzrok wędrował po całym ciele tej wiejskiej kusicielki. Żółty materiał odchylił się na boki odsłaniając okrągłe piersi. Dziewczyna nabrała kolejną porcję wody i wylała ją powoli na swój soczysty biust. Łowca mógł dostrzec jak jej różowe sutki zaczynają twardnieć. Od chłodu, podniecenia? Czy może mieszaniny obu?

-Nie napiłby się pan ze mną?- wyszeptała zachęcająco.
 
__________________
"Diabeł nie śpi... z byle kim." S. J. Lec

Cudowny okres kolokwiów do 2.12. Moja frekwencja w sesjach na ten okres może gwałtownie spaść.

Ostatnio edytowane przez Zapatashura : 08-04-2008 o 10:58.
Zapatashura jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Reklama
Stary 08-12-2008, 13:41   #172
 
Kerm's Avatar
 
Reputacja: 7 Kerm jest po prostu świetnyKerm jest po prostu świetnyKerm jest po prostu świetnyKerm jest po prostu świetnyKerm jest po prostu świetny
$: 193 776
Wyglądało na to, że zaskoczenie jest przyjemne, a zaproszenie - szczere. Poza tym... Nie był z nikim umówiony, zaś wspomnienia o gościnie jakiej mu udzielono, nie dość, że tkwiły świeżo w pamięci, to jeszcze w dodatku były bardzo miłe.

Helena prowadziła Derricka najwyraźniej do tego samego pokoju, w którym ostatnio widział Ottona.

- Ojciec nabiera sił i na nic się nie uskarża. No, może nie do końca na nic...

Derrick z zaniepokojeniem spojrzał na dziewczynę, nim jednak zdążył zadać jakiekolwiek pytanie ta mówiła dalej:

- Narzeka, że nie może doglądać swoich interesów.

Derrick uśmiechnął się. To był akurat bardzo dobry objaw.

(...)

Kupiec wyglądał nieźle. Nawet lepiej, niż można było się tego spodziewać po dość ciężko rannej osobie. Na wpół siedział na tapczanie, a przed nim, na specjalnie zrobionej tacy, piętrzyła się sterta papierzysk. Widać było, że mężczyzna najwyraźniej nie może wytrzymać bez sprawdzenia jak idzie jego handel, przynajmniej na papierze. A porządek w dokumentach to, jak przynajmniej wszyscy mówili, to połowa sukcesu.

Twarz chorego nie była już taka blada jak dwa dni temu. Można by powiedzieć, że nabrała normalnych kolorów. Widać służyła mu dieta. Oraz wypoczynek.
A kupiec zdecydowanie rozjaśnił się na widok Derricka.

- Och, pan Talbitt. Miło z pańskiej strony, że jednak pan wrócił doglądać swego pacjenta.

Otton powiedział to dość żartobliwie, a oznaka humoru to bardzo dobry objaw.

- Choć jak się domyślam, doglądanie to będzie przejściowe - kontynuował kupiec. - Noga trochę dokucza, ale to nie jest żaden uciążliwy ból. Ot, takie pulsowanie.

Derrick tylko pokiwał głową. Przy takiej ranie nie było to nic dziwnego.

- Moja żona wróci po południu, na pewno każe przygotować panu jakiś pokój. I nawet niech pan nie próbuje się teraz wykręcać od naszej gościny.

Derrick nie miał najmniejszego zamiaru unikać zaproszenia. Do chwili, gdy krasnoludzki kowal wykona jego zlecenie i tak musiał siedzieć w mieście. A zdecydowanie przyjemniej było spędzić ten czas w gościnie u Lyvenbrooków.

- A jak poleceni przeze mnie zielarze? Skorzystał pan z ich usług? - Otton był wyraźnie rozmowny. Kolejny dobry znak.

Derrick przysunął krzesło i przysiadł przy łóżku Ottona.

- Wprost rewelacyjnie. Mieli wszystko, o czym można sobie zamarzyć. Uzupełniłem zapasy i teraz jestem, na pewien czas, niezależny od miast. A to, dla takiego obieżyświata jak ja, ma duże znaczenie. Chociaż muszę stwierdzić, że Alemik, jak na kupca, zachowuje się dość... dziwnie.

Otton roześmiał się.

- To fakt. Jak powiadają, ważniejsze są dla niego te wszystkie księgi, od których prawie nie odrywa oczu, niż klienci. Powinien zostać alchemikiem, a nie kupcem jak jego ojciec. Ale towar ma najlepszej jakości.

- Słyszałem - Derrick zmienił temat - że narzeka pan na nudę. - Wskazał leżące przed Ottonem stosy papierów. - I że nie może się pan doczekać powrotu do sklepów i magazynu...

Kupiec skinął głową.

- Zawsze mam wrażenie, że beze mnie wszystko runie, że ktoś o czymś zapomni, zepsuje, nie dopilnuje... Oszukają moich ludzi, stracę pieniądze i reputację... Panie Derricku, nie da się jakoś przyspieszyć tego całego leczenia?

- Nie, przyspieszyć to nie... Kości trzeba dać czas na prawidłowe zrośniecie się. To tak, jak z budowaniem domu z cegieł. Jak za szybko murarz pójdzie do góry z warstwami, to się wszystko rozleci, bo cement nie zwiąże jak trzeba.

Kupiec wyraźnie posmutniał. Widać miał nadzieję na szybkie opuszczenie łóżka.
Derrick kontynuował:

- Gdybym pozwolił panu teraz wstać, to natychmiast popędziłby pan do sklepu i do magazynów. A z tydzień znalazłby się pan znów w łóżku, tyle tylko, że w dużo gorszym stanie. Za to jeśli spokojnie pan poczeka, to za parę dni pójdzie pan do tego swojego sklepu. A za miesiąc będzie pan chodzić prawie tak samo szybko, jak przed wypadkiem.
- Gdyby to było złamanie, to dostałby pan kule i mógłby pan od biedy chodzić. Ale najpierw musi zaleczyć się rana - tłumaczył Derrick. - Dopiero potem można założyć opatrunek. Taki specjalny, twardniejący... Bandaże nasycone mieszanką wosku, wapna, żywicy, białek jaj... Powstanie jakby pancerz usztywniający nogę.
- Jeśli chodzi o wizyty w sklepie... Nie wiem, czy chciałby pan być tam noszony w lektyce... Siedzieć na specjalnym krześle i tylko patrzeć, jak wokół wszyscy się kręcą...

Otton westchnął ciężko. Widać było, że taka sytuacja niezbyt mu odpowiada.

- Wydam zalecenia co do kolacji - powiedziała Helena - i zaraz wracam.

Derrick odprowadził ją wzrokiem, a gdy za dziewczyną zamknęły się drzwi spytał:

- Nie pora rozejrzeć się za następcą?

Otton pokręcił głową.

- Jej najwyraźniej się nie spieszy. Znalazłoby się kilku starających, ale ona nie jest zainteresowana.

- Może marzy jej się pójście w ślady ojca - zażartował Derrick. - I podróże w interesach.

- Niech pan wypluje te słowa, Derricku - odparł kupiec. - Co to za kariera dla dziewczyny? Jak na nią będą patrzeć? Kobieta...

Urwał, gdy drzwi się otworzyły i stanęła w nich pani domu.

- Dzień dobry, panie Derricku - powiedziała z uśmiechem na ustach. - Nie chciałam wprost wierzyć, że pan do nas wrócił.

- Dzień dobry, pani Tereso - Derrick zerwał się z krzesła i pochylił nad wyciągniętą w jego stronę dłonią. - Różnie układają się losy ludzkie.

- Mój drogi - te słowa Teresa skierowała do Ottona - zabieram pana Derricka na kilka chwil, żeby mógł się przygotować do kolacji. A ty pozbądź się tych papierzysk, to zjemy tutaj. I porozmawiamy troszkę, żebyś się tak nie nudził...

(...)

Pokój był ten sam. I te same dwie służące przyniosły mu miskę z woda i ręczniki.

>>>Całkiem jakbym już to kiedyś przeżył<< - pomyślał rozbawiony.

I tak jak się spodziewał, ledwo zdążył się przebrać nadeszło zaproszenie na kolację. Tym razem przekazane ustami panny Heleny.
Korzystając z tego, ze korytarz był pusty, dziewczyna spytała cichutko:

- Panie Derricku... A czy będzie pan mógł powiedzieć, co takiego stało się, że pan wrócił do Aldersbergu?

Derrick uśmiechnął się widząc płonącą w jej oczach ciekawość.

- Oczywiście, panno Heleno. Jeśli obieca pani zachować tę opowieść dla siebie.

Ciekawość w oczach Heleny zapłonęła jeszcze jaśniej.

(***)

Kolacja trwała w najlepsze. Derrick zachwalał jakość podawanych dań, równocześnie wyjaśniając Ottonowi, jakich potraw powinien unikać i dlaczego. Oraz z jakiego powodu powinien zwiększyć ilość spożywanych brokułów czy kopru, oraz jaki wpływ na zrastanie się kości mają pestki dyni.

Służba opuściła komnatę, a Derrick wreszcie przestał ignorować wpatrzone w siebie oczy Heleny.
Skinął ledwo dostrzegalnie głową.

- Po drodze do Mahakamu mieliśmy ciekawe spotkanie - zaczął. - Wraz ze mną podróżowała...

Opowieść trwała dość długo. I, jak to czasem w prawdziwych historiach bywa, nie miała szczęśliwego zakończenia. Chociaż, z drugiej strony, źle też się nie kończyła...

- Jeszcze tego samego wieczora - kończył relację - obie panie wymknęły się chyłkiem i ruszyły same na poszukiwanie elfki. Być może czarodziejka uznała, że ktoś rzucający uroki będzie bardziej przydatnym towarzyszem podróży. A może...

Przerwał. Poruszanie tematu ewentualnej zmiany preferencji seksualnych Nessy w obecności pań nie wchodziło w grę.

- ...może po prostu była chciwa i wolała dla siebie zagarnąć więcej złota.

- Świnia - Helena jednym słowem skwitowała postępowanie czarodziejki. - Jak...

Zamilkła pod dość ciężkim spojrzeniem matki.

- Ona z pewnością by się z panią nie zgodziła, panno Heleno - powiedział Derrick. - Poza tym to dorosła kobieta i ma prawo sama decydować o tym, z kim chce podróżować.

O tym, że jej postępowanie nie miało nic wspólnego z honorem, nie chciał wspominać.

Jeśli Helena chciała coś powiedzieć na temat czarodziejki, to najwyraźniej ugryzła się w język, bo nie rzekła już ani słowa.

- Czyżby pan zrezygnował z poszukiwań? I kim była tamta kobieta? - pytania Teresy i Ottona padły równocześnie.

Derrick pokręcił głową.

- Nie... W końcu poszukiwania Lionory Aelbedh mogę prowadzić sam. Jakby nie było hrabianka ciągle jest chora. A ja ciągle jestem medykiem. Zaś tamta rudowłosa...

Derrick zamilkł na moment

- Wróciłem do miasta by dowiedzieć się, jak poradzić sobie z tymi urokami. I dowiedzieć się, z kim lub z czym miałem do czynienia. Pewien mag, mistrz Savarass, powiedział mi, że miałem do czynienia z wampirem.

Wpatrzone w niego, pełne zgrozy i odrobiny fascynacji spojrzenia, były jedyną reakcją na na słowo "wampir".

- Dokładniej była to wampirzyca. Jak powiadał ów mag, miałem dużo szczęścia. >>>Którego nie powinienem nadużywać<<< - dodał w myślach. - Ale jakoś żyję...

- Co jeszcze powiedział ów mag? - spytał Otton. - I co radził?

- Podobnie jak kapłani, z którymi też rozmawiałem, stwierdził, że na rzucane przez wampira uroki nie ma sposobu, zaś by pokonać wampira trzeba wynająć łowcę potworów, czyli wiedźmina.

Mina Ottona wskazywała, że jego zdanie o wiedźminach jest lepsze, niż opinia mistrza Savarassa.

- Powiedział mi jeszcze - kontynuował Derrick - że wampira można pokonać srebrem. I że powinienem go unikać. To pierwsze jest do kupienia, a to drugie... To już zależy od szczęścia - uśmiechnął się.

(...)

Po kolacji Derrick obejrzał nogę kupca. Rana goiła się wspaniale i, prawdę mówiąc, pomoc medyka nie była do niczego potrzebna... Przynajmniej w tej dziedzinie.

- Nie jest źle - powiedział Derrick po założeniu nowego opatrunku. - Za trzy, cztery dni może pan zacząć stawiać pierwsze kroki. O kulach i pod eskortą silnego służącego. Dokładne wskazówki zostawię pani Teresie. Jestem pewien - uśmiechnął się lekko - że dopilnuje, by starannie wypełniał pan wszelkie zalecenia swego medyka.

W pierwszej chwili Derrick nie potrafił określić, co Otton sądzi o tych zaleceniach, ale po paru sekundach twarz kupca rozjaśniła się.

- Panie Derricku - powiedział radośnie - nie mam pan pojęcia, jak bardzo się cieszę. Niektórzy pewnie by byli zachwyceni możliwością wylegiwania się w łóżku dwadzieścia cztery godziny na dobę, ale ja tak nie potrafię.

- Mam nadzieję, że pan rozumie, co mam na myśli... To nie będzie żadne biegania... Powolne spacery i długie odpoczynki. Poza tym cały czas dieta i to bezwzględna.

(***)

Rozmowa z Ottonem nie trwała długo. Kupiec, chociaż ogólnie robił dobre wrażenie, nie odzyskał jeszcze sił, w związku z tym Derrick pożegnał się i wyszedł.
Ledwo zdążył wejść do swego pokoju, gdy rozległo się pukanie do drzwi.


- Kąpiel gotowa - powiedziała służąca. - Proszę za mną.

Ta oferta była bardzo pociągająca i Derrick zgodził się bez wahania.

(***)

Wanna to świetny wynalazek, a Derrick nie należał do tych, którzy nie doceniali uroku kąpieli po podróży w upalny dzień.
Pokojówka położyła stos ręczników, a potem uśmiechnęła się zachęcająco.

- Pomóc w czymś? Umyć plecy?

Derrick odpowiedział uśmiechem i skinął głową. Co prawda zawsze uważał, że jeśli ktoś nie potrafi sobie poradzić w tak prostej sprawie, jak porządna kąpiel, to w zasadzie powinien siedzieć w domu, przy kominku, a na szlak nie ruszać nawet na krok, ale... Prawdę mówiąc nie miał nic przeciwko niewielkiej pomocy...

(***)

Odświeżająca kąpiel sprawiła, że Derrick postanowił nie kłaść się od razu. Zasiadł w wygodnym krześle i przy zapalonej lampie oliwnej zaczął przeglądać strony od lat towarzyszącej mu w podróżach "".
Pogrążony w lekturze nie zwracał uwagi na płynący czas.
 
Kerm jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 08-12-2008, 21:04   #173
 
Zaelis's Avatar
 
Reputacja: 1 Zaelis wkrótce będzie znany
$: 11 754
Legara obserwował z półuśmieszkiem na ustach zachowanie Ani, jego oczy pożądliwie wpatrywały się w jej obfite kształty. Z nieukrywaną przyjemnością obserwował jak dziewczyna rozlewa wodę po piersiach. Legara wstał i podszedł do dziewczyny, pożerając wzrokiem jej wyeksponowane wdzięki. Słysząc jej pytanie nie czekał. Przyklęknął przy niej i zaczął całować ją po szyi, piersiach, łapczywie spijając wodę je pokrywającą. Jednocześnie objął ją w pół jedną ręką, drugą zaczął masować jej pierś, bawiąc się sutkiem, ugniatając go, podczas gdy jego zęby gryzły a język wodził po miękkiej skórze. Dziewczyna zajęczała delikatnie z rozkoszy i wtedy Legara wpił się łapczywie w jej usta, delikatnie przygryzał wargi. Ułożył dziewczynę na sianie, samemu kładąc się obok i zaczął ją rozbierać, rozwiązywał mocowania spódnicy i zdejmował kubraczek, podczas gdy ona pomagała mu pozbyć się koszuli. Jedna ręka legary, wodząc po ciele delikatnie łaskotała dziewoję, zmierzając wzdłuż jej łona, aż po to, co skrywała kępka włosów. Pieścił dziewczynę, na przemian będąc delikatnym co bardziej zdecydowanym, szorstkim. Wgryzał się w jej bladą skórę, zostawiając sine ślady, miętosił w dłoniach biust Ani, zaś ręka miarowo pieściła ją w najdelikatniejszych miejscach. W tym samym czasie, ona, pojękując z rozkoszy majstrowała przy jego rozporku, aż udało się jej pozbyć Legarę dolnej warstwy ubrania i uwolnić jego męskość. Teraz nadszedł jej czas na pieszczoty, choć i brązowooki nie pozostawał jej dłużny. Pieszczoty trwały tak jeszcze kilka minut, po czym rozochocony Folken wszedł w nią gwałtownie. Od tego momentu czas dla nich obojga płynął o wiele wolniej.
***
Po dłuższym czasie, leżeli obok siebie, spoceni, głośno oddychając. Dziewczyna leżała wtulona w Folkena, ten tylko uśmiechał się pod nosem, trzymając jedną dłoń na jej talii. Z satysfakcją obserwował jak ślad po ugryzieniu na jej piersi zaczyna sinieć. ~Pamiątka~ pomyślał i omal się nie roześmiał. Leżał tak jeszcze chwilę przy niej, po czym ucałował ją jeszcze w czoło i wstał.
-Wybacz, moja droga, ale na mnie czas. Muszę złapać te dwie i dać im nauczkę. – powiedział Folken, ubierając się. Dziewczyna chciała go zatrzymać, lecz ten tylko pocałował ją i ubrał się w całości. Wyprowadził konia z stajni i wyruszył dalej. Niemniej jednak nie pognał za dziewczynami. Zaczekał do nocy, by odebrać swoje pieniądze, za swojego konia..
 
Zaelis jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 08-13-2008, 21:58   #174
 
Zapatashura's Avatar
 
Reputacja: 3 Zapatashura ma w sobie cośZapatashura ma w sobie cośZapatashura ma w sobie coś
$: 53 116
do Folkena Legary

czerwiec, wieś w Aedirn

Cóż, to było... ciekawe doznanie. Dziewoja była zaskakująco doświadczona w sztuce miłości. Folken nie mógł na ten fakt narzekać. Niestety wszystko co dobre, szybko się kończy. No, może nie tak znowu szybko, ale jednak było po wszystkim. Hmm... ile czasu mogło minąć? Kochankowie stracili rachubę czasu już jakiś czas temu. Trzydzieści minut, pięćdziesiąt? A zresztą, kogo to obchodzi. Grunt, że nikt im nie przeszkadzał. Nawet Śnieżka grzecznie się odwróciła i skubała siano.

Legara leżał wpatrując się w strop. Ania wtuliła się w jego ramię i dyszała jak kotka. Cóż, nie tylko dyszeć potrafiła jak kocica. Folken też będzie miał przez parę dni pamiątki na plecach: dziewczyna strasznie drapała szczytując.
W końcu, gdy krew w łowcy zaczęła płynąć równomiernie po całym ciele, a nie tylko po pewnych jego okolicach, ten ucałował Anię w czoło i wstał.
-Wybacz, moja droga, ale na mnie czas. Muszę złapać te dwie i dać im nauczkę.- Kiedy się ubierał, dziewczyna przeciągnęła się, po raz kolejny w ciągu ostatnich minut eksponując swoje wdzięki. Och, doprawdy była z niej cudowna kusicielka.

-Tak szybko mnie opuszczasz? Mogłabym ci pokazać jeszcze wiele wiele uroków wiejskiego życia.- Przy tych słowach chłopka powiodła powoli dłonią od swych piersi, aż po kraniec podbrzusza, gdzie wplotła koniuszki swych palców w skręconą kępkę włosków. Sukkub, po prostu Sukkub!

I choć część Folkena wyraźnie dawała mu do zrozumienia, że powinien jeszcze chwilę zostać, to bardziej świadoma część kazała mu się w końcu ubrać. Pocałował jeszcze Anię na dowidzenia i wyprowadził swą klacz.
Która, co warto zauważyć, trochę się boczyła. Kobieca zazdrość jest widać uniwersalna, nawet wśród innych gatunków...

(...)

Jak dotąd wszystko szło zgodnie z planem, a nawet o wiele lepiej. Wszystko wskazywało na to, że Nessa i Francesca podążały dokładnie tam, gdzie spodziewał się Talbitt. Ponadto Folken odzyskał swoja klacz. A jakby tego całego szczęścia było za mało, to jeszcze przygoda na sianie znacznie poprawiła mężczyźnie humor. A że apetyt rośnie w miarę jedzenia, Legara postanowił jeszcze odzyskać swoje srebro.

Poczekał więc na nastanie nocy, a że akurat był czerwiec, to poczekał sobie długo. Ale cierpliwość zazwyczaj popłaca.
Po zmierzchu wieś nie wyglądała już tak malowniczo i sielankowo. Pola były zupełnie puste, nie licząc kilku groteskowych sylwetek strachów na wróble. Chaty, które wyglądały źle nawet w dzień, w nocy były paskudne. Skąpane w świetle księżyca i gwiazd w dziwny sposób przypominały kurhany. Ale to tylko gra wyobraźni. Ta sama, która z łysego drzewa stojącego przy jednym z domów, tworzyła chwiejącego się potwora. Ale takimi bajkami można straszyć dzieci, nie łowców nagród.


Wieś jednak przedstawiała sobą zagrożenie realniejsze, niż wytwory wyobraźni. Mianowicie psy. Wypuszczone na noc z chat, przywiązane do płotów i palików. Typowe zabezpieczenie biednego chłopstwa przed złodziejami i niechcianym towarzystwem. I choć z całą pewnością biegające wolno mogłyby kogoś zagryźć, to nawet uwiązane potrafiły być utrapieniem. Po prostu głośno szczekały, jeśli zbliżył się do nich ktoś nieznajomy.


do Derricka Talbitt

czerwiec, miasto Aldersberg, Aedirn

Czas zaś zupełnie nie przejmował się Derrickiem i gnał swoim zwyczajem. Lampa paliła się leniwie, strony wędrowały jednostajnie z prawej na lewą. W końcu jednak dał o sobie znać zegar biologiczny. Przeciągłe ziewnięcie podsunęło medykowi sugestię, że najwyższy czas skorzystać z pościelonego łóżka.

(...)

Ranek nadszedł nie dość, że niespodziewanie, to w dodatku za szybko. Medyka obudziły delikatne, kobiece dłonie i pogodny głos pokojówki.


-Panie Talbitt, czas wstać. Niedługo śniadanie.

Cóż, do takiego budzenia można się było przyzwyczaić, ale Derrick zdecydowanie przeholował z nocnym czytaniem. Z łóżka zwlekł się kompletnie nieprzytomny. Biorąc pod uwagę to, że pokojówka z trudem powstrzymała śmiech, medyk musiał sobie poczynać bardzo nieporadnie.
-Czy w goleniu też mam panu pomóc, sprawia pan wrażenie kogoś, komu lepiej nie dawać brzytwy.- Służąca najwyraźniej droczyła się z Talbittem, choć nie można było odmówić uroku jej żartom.

-Brzytwa w rękach pięknej kobiety - powiedział Derrick z uśmiechem - to może być niebezpieczne. Ale jeśli masz wprawę...

-Proszę się nie obawiać, poderżnięcie gardła gościowi państwa Lyvenbrooków źle wpłynęłoby na moją płacę. Postaram się stanąć na wysokości zadania.- Służąca zachichotała i poszła po miskę z wodą i przyrządy do golenia.

Kiedy wróciła, Derrick zdążył się trochę rozbudzić, choć bliskość wygodnego łóżka nakłaniała go do króciutkiej drzemki. No jeszcze z dziesięć minut... Ale przecież nie opuści śniadania z gospodarzami.
Dziewczyna pomogła medykowi zdjąć koszulę. Zaraz potem namoczyła pędzel w wodzie z mydlinami i naniosła pianę na jego twarz. Kiedy wzięła w końcu brzytwę, ujęła ją w dwa palce i przez chwile patrzyła na nią, jakby pierwszy raz w życiu widziała taki przedmiot.
-Ciekawe, którym końcem się goli?- wypowiedziała te słowa tak teatralnie, że nie sposób było w nie uwierzyć.
I, oczywiście, służąca ogoliła Talbitta szybko, sprawnie i bez żadnego zacięcia. Otton doprawdy ma szczęście, że udało mu się znaleźć taką służbę.

(...)

Podczas śniadania Derrickowi towarzyszyły jedynie panie. Zapytane, czemu nie jedzą z kupcem, tak jak wczorajszą kolację, odpowiedziały ze śmiechem, że Otton już dawno jest po jedzeniu i zakopał się w swych papierach. Ten człowiek naprawdę nie potrafił leżeć w łóżku.
Po posiłku medyk miał doskonałą okazję, by chwilę porozmawiać z Teresą. Pani domu, jak zwykle gustownie ubrana i uśmiechnięta, miała chwilę wolnego czasu przed początkiem codziennych obowiązków.


-Tak, o czym chciał pan ze mną porozmawiać?
Cóż, jutro Talbitt najpewniej opuści Aldersberg, instrukcje dotyczące opieki nad Ottonem musiał więc wydać dzisiaj.

(...)

No i przyszedł dzień wykonania zamówienia. Gościna u Lyvenbrooków była bardzo miła. Ciekawe, czy ta rodzina jest aż tak życzliwa, czy też po prostu widzi korzyść z trzymania medyka na zawołanie, gdy mężczyzna ją utrzymujący jest w takim sobie stanie? Derrick wolał wierzyć, że to pierwsze.

Idąc przez miasto, Talbitt chcąc nie chcąc widział, jak straż ściągała z wewnętrznych murów pierwsze trupy. Nawet z daleka wyglądały paskudnie, w słońcu połyskiwały obżarte do czysta przez kruki kości. Jakim cudem zbrojni wytrzymywali ten smród? Z drugiej strony, pola bitew też śmierdzą.
Po przekroczeniu murów było jakby trochę lepiej. Z tej strony było widać tylko wisielców jeszcze nie w pełni zjedzonych. No i widziani po raz wtóry nie byli aż tak odrażający.

Nim Talbitt dotarł do getta nieludzi natrafił na kilka interesujących rzeczy. Po pierwsze na kilku domach zobaczył wiszące rysunki Legary i Franceski, z adnotacją o nagrodzie za ich ujęcie. Podobizny nie były może szczególnie udane, ale podobieństwo było wyraźne. Jeśli dwójka będzie miała pecha i natknie się na jakiegoś samozwańczego stróża porządku, może mieć kłopoty. A przynajmniej Folken, wampirzycy pewnie nic nie zrobią. Ot, nie daliby rady.
Po drugie, dwaj minięci umyślni, choć ogłaszali jeszcze informacje o Lionorze, nie wzbudzali już niemal żadnego zainteresowania. Najwyraźniej wszyscy, których to jakkolwiek obchodziło wzięli się do roboty, albo zapomnieli o całej sprawie pogrążeni w codziennych obowiązkach.
Trzecia i najbardziej interesująca rzecz, miała miejsce niemal u granicy getta. Dwóch mężczyzn w białych opończach i czerwonych płaszczach wlokło jakiegoś wyrywajacego się elfa. Nie pół-elfa, ale właśnie elfa, czystej krwi. Talbitt nawet nie wiedział, że mieszkają oni w Aldersbergu. Po bitwach w Dol Blathanna, Aen Seidhe umknęli wszak w góry. Ale to było przecież dawno temu... Za tą dziwną trójką szedł zaś ciężkozbrojny rycerz. Stukanie jego pancerza było dostatecznie głośne, by zauważyć jego obecność z daleka.


Zaprawdę, niecodzienny to widok.

(...)


-No, cała robocizna gotowa. Sztylet i pięć pocisków, jakoś pan chciał.- Ton głosu krasnoluda zdradzał zdenerwowanie. Kiedy wykładał przed Talbittem zamówiona broń, robił to szybko i z roztargnieniem. Do tego stopnia, że zamiast przynieść zamówiony sztylet, przyszedł z mieczem. Kiedy obaczył co zrobił, zaklął pod nosem i wymienił żelastwo na to, które chciał medyk.



-Należy się brakujące pięćdziesiąt monet. I jakbyś pan chciał rady, to za sztylet łap się pan w ostateczności. To zdradziecka broń.
 
__________________
"Diabeł nie śpi... z byle kim." S. J. Lec

Cudowny okres kolokwiów do 2.12. Moja frekwencja w sesjach na ten okres może gwałtownie spaść.
Zapatashura jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 08-16-2008, 11:31   #175
 
Kerm's Avatar
 
Reputacja: 7 Kerm jest po prostu świetnyKerm jest po prostu świetnyKerm jest po prostu świetnyKerm jest po prostu świetnyKerm jest po prostu świetny
$: 193 776
Derrick ziewnął. Szeroko. Potem drugi raz...
Oderwał wzrok od książki i przeniósł go na lampę. Poziom oleju zdecydowanie się obniżył, a to by znaczyło, że medyk przeholował nieco z lekturą. Nie pierwszy zresztą raz...
Z westchnieniem zamknął księgę. Rozebrał się, zdmuchnął lampę.
Sen przyszedł natychmiast.

(...)

Delikatny dotyk kobiecych rąk wyrwał go ze snu, którego w żaden sposób nie potrafił sobie przypomnieć.

- Panie Talbitt... Czas wstać... Niedługo śniadanie.

Głos był zdecydowanie znajomy. Podobnie jak twarz, którą ujrzał, gdy otworzył zaspane oczy. Śliczna twarzyczka pokojówki pełna była ukrywanego śmiechu.

- Dzień dobry - powiedział, z pewnym trudem powstrzymując ziewnięcie. - Miłe przebudzenie...

Cóż... Do takich pobudek bardzo łatwo byłoby się przyzwyczaić. Chociaż z drugiej strony... Mając takie towarzystwo z pewnością nikomu nie chciałoby się wychodzić z łóżka.

Usiadł, ale ciągle musiał wyglądać na nieco nieprzytomnego, bowiem pokojówka spytała:
- Czy w goleniu też mam panu pomóc? Sprawia pan wrażenie kogoś, komu lepiej nie dawać brzytwy.

Derrick potarł podbródek. Golenie z pewnością by mu się przydało. W końcu nie wypadało iść na spotkanie z pięknymi paniami wyglądając jak włóczęga...

- Brzytwa w rękach pięknej kobiety - odpowiedział z uśmiechem na zaczepkę - to może być niebezpieczne. Ale jeśli masz wprawę...

- Proszę się nie obawiać. Poderżnięcie gardła gościowi państwa Lyvenbrooków źle wpłynęłoby na moją płacę. Postaram się stanąć na wysokości zadania. - Służąca zachichotała i wyszła.

Derrick przeciągnął się i wstał. Z pewnym żalem spojrzał na opuszczone przed chwilą łóżko. Ale opuszczenie śniadania z gospodarzami nie wchodziło w grę.

Ledwo Derrick zdążył się nieco przyodziać pokojówka znów stanęła w drzwiach.

- Może lepiej zdjąłby pan koszulę - powiedziała z uśmiechem. - Nie chciałabym pana oblać... Kiepsko by się pan prezentował...

Pomogła Derrickowi ściągnąć koszulę, a zaraz potem namoczyła pędzel w wodzie z mydlinami i naniosła pianę na jego twarz. Kiedy wzięła w końcu brzytwę, ujęła ją w dwa palce i przez chwile patrzyła na nią, jakby pierwszy raz w życiu widziała taki przedmiot.

- Ciekawe, którym końcem się goli? - wypowiedziała te słowa tak teatralnie, że nie sposób było w nie uwierzyć.

I, oczywiście, ogoliła Derricka szybko, sprawnie i bez żadnego zacięcia.

- Jesteś prawdziwym skarbem - powiedział, gdy dziewczyna skończyła.

- Dziękuję panu, panie Talbitt - służąca dygnęła z wdziękiem i z uśmiechem wyszła.

Derrick dokończył ubieranie się i poszedł na śniadanie.

(...)

- Pan Otton nie jada z paniami? - spytał.

Helena roześmiała się.

- Ojciec jest już dawno po śniadaniu. W tej chwili siedzi obłożony swymi papierami.

- Nie potrafi żyć bez swojej pracy - dodała Teresa.

Derrick uśmiechnął się lekko.

- Jedni siedzą po nocach, inni wstają skoro świt. W sumie to się wyrównuje - powiedział żartobliwie. - Ale - spojrzał na panią domu - nie powinna pani pozwolić, by się przepracowywał. Powinna pani zapewnić mu inne zajęcia, przynajmniej w okresie rekonwalescencji. Ale o tym możemy porozmawiać po śniadaniu...

(...)

Śniadanie było równie dobre, jak wszystkie inne posiłki w tym domu.

- To było przewyborne - powiedział Derrick kończąc jedzenie. - Proszę pogratulować kucharce. Ale muszę stwierdzić, że coś takiego zdecydowanie źle wpływa na charakter człowieka.

Teresa uśmiechnęła się tylko, zaś Helena spojrzała na Derricka z zaskoczeniem.

- Można się przyzwyczaić do takich luksusów, a wtedy trudno wyrwać się na szlak, gdzie jedzenie zwykle pozostawia wiele do życzenia. Suchary są twarde, suszone mięso ma kiepski smak, w przydrożnych gospodach jedzenie monotonne, a jak człowiek sam sobie coś szykuje przy ognisku, to zwykle wychodzi to nie tak, jak by sobie wymarzył. I człowiek zaczyna się zastanawiać, co takiego go opętało i wygnało z domu...

Helena spojrzała na niego. "Ale to pana nie powstrzymuje?" - zdawała się pytać.

Derrick nie odpowiedział na to niezadane głośno pytanie. W zasadzie nie wiedział, czy potrafiłby odpowiedzieć.



Gdy po śniadaniu zostali samu, Teresa powiedziała:

- Tak, o czym chciał pan ze mną porozmawiać?

Bez wątpienia trzeba było zostawić instrukcje. I warto to było zrobić jak najwcześniej.

- Jak zajmować się raną już mówiłem i nie trzeba tu nic zmieniać. Dieta również nie powinna ulec zmianie tak długo, dopóki pani mąż w pełni nie stanie na nogi. A i później warto ją stosować, bo po prostu dobrze wpływa na zdrowie - uśmiechnął się.

- A zatem? - w głosie Teresy zabrzmiała ciekawość.

- Do tego wszystkiego dochodzi gimnastyka. I nauka chodzenia. Pani mąż musi się dużo ruszać, ale przy okazji powinien bardzo na siebie uważać. Innymi słowy - dużo, często, z przerwami. Spacer, odpoczynek, spacer, odpoczynek. Kule do ręki i silny i niegłupi sługa za plecami. I koniecznie musi pani towarzyszyć mężowi, przynajmniej dopóki pan Otton nie wpadnie w odpowiedni rytm, a pani się przekona, że w tych pierwszych dniach zachowuje on dostatecznie wiele rozsądku.
- Poza tym...

(...)

Wszystko, co dobre kończy się prędzej czy później. A czas pod przyjaznym dachem płynie dwa razy szybciej, niż normalnie.
Parę godzin po następnym śniadaniu Derrick wyruszył w stronę dzielnicy nieludzi.
Może wybrał nieodpowiednią porę, bo trafił akurat na moment "porządkowania".
Sceny ściągania zwłok z murów zdecydowanie nie były najmilszym widokiem, jaki trafił mu się w życiu...

Mieszkańcy miasta obojętnie spoglądali na żołnierzy, którzy ściągali zwłoki. Z podobną obojętnością przechodzili obok umyślnych, którzy ciągle rozgłaszali wezwanie do poszukiwań Lionory. Najwyraźniej ci, którzy byli zainteresowani olśniewającą nagrodą ruszyli już w drogę.

Niewiele większym zainteresowaniem cieszyły się wiszące tu i ówdzie kartki.




Najwyraźniej ktoś wierzył, całkiem naiwnie, że ktoś z poszukiwanych wróci do miasta. Z drugiej strony... Wiele takich listów ruszało w świat i wiele razy każące ramię sprawiedliwości dosięgało winnych setki kilometrów od miejsca przestępstwa.
Chociaż podobieństwo portretów do oryginałów nie było olśniewające, to jednak Derrick nie miał wątpliwości, kogo przedstawiają rysunki. A jeśli jakiś łowca nagród zechce zapolować na kogoś z tej dwójki, to z pewnością zdoła rozpoznać swoją ofiarę. Zakładając rzecz jasna, że da sobie radę...

Scena, na jaką Derrick natknął się w okolicach dzielnicy nieludzi, nie napawała optymizmem. Elf, czystej krwi, co w mieście nie było zjawiskiem częstym, wyrywał się z rąk prowadzących go, przyodzianych w czerwone płaszcze mężczyzn. Za nimi kroczył zakuty w stal rycerz, którego kroki rozlegały się w całej okolicy. Podobny hełm rycerz widział w świątyni. Czyżby to "gość świątyni"? Przybył do miasta po tego elfa?

Derrick westchnął ciężko, a potem ruszył dalej. Dla elfa nic nie mógł zrobić. Co prawda pojmany mógł wiedzieć coś o Lionorze, ale nie było sposobu, by mu zadać jakiekolwiek pytania...

Kowal był zdecydowanie nie w humorze.
- No, cała robocizna gotowa. Sztylet i pięć pocisków, jakoś pan chciał - ton głosu krasnoluda zdradzał zdenerwowanie.
W dodatku zamiast noża usiłował wcisnąć Derrickowi jakiś miecz. Klnąc pod nosem wymienił broń na właściwą.
- Należy się brakujące pięćdziesiąt monet. I jakbyś pan chciał rady, to za sztylet łap się pan w ostateczności. To zdradziecka broń.
Derrick podziękował i za robotę, i za radę. Z której zamierzał skorzystać...
Położył pieniądze na ladzie, a potem spytał:

- Co to za historia z tym elfem? Widziałem przed chwilą, jak go prowadzili... Zrobił coś? Elfy mają zakaz przebywania w mieście?

Krasnolud z ponurą miną pokręcił głową.

- Skąd... Oficjalnie nie ma żadnych zakazów. Ten elf, Cairbre, to porządny chłopak. W przeciwieństwie do swoich pobratymców nie biega po lesie i nie morduje drwali, tylko próbuje iść z duchem czasu i zasymilować się z ludźmi. I taka go spotyka nagroda. Nie zrobił oczywiście zupełnie niczego, capnęli go za niewinność. Cholerni rycerze Białej Róży - kowal splunął z nienawiścią. - Przeklęci rasiści...

Derrick skinął głową.

- Głupota ludzka nie zna granic - powiedział. - A takie zakute pały są najgorsze.

W tym momencie nie był dumny z tego, ze jest człowiekiem.

- Jeszcze raz dziękuję, mistrzu - powiedział Derrick. Schował zakupy i wyszedł.

Czekała go prosta droga do domu Lyvenbrooków. I pożegnanie z kupcem i jego rodziną.
 

Ostatnio edytowane przez Kerm : 08-16-2008 o 15:39.
Kerm jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 08-27-2008, 08:49   #176
 
Zaelis's Avatar
 
Reputacja: 1 Zaelis wkrótce będzie znany
$: 11 754
Legara wyjątkowo wynudził się, czatując w lesie, ale jak mawiają – cierpliwość popłaca. Nocą, kiedy ludzie zasypiają snem sprawiedliwych on wkroczył do działania. Oglądał wioskę zastanawiając się, jak to noc działa na ludzką wyobraźnię. Zwykły człowiek, po ujrzeniu widoku który miał on teraz przed oczami zaraz zacząłby wszędzie widzieć dybuki i inne diabły. Każdy cień wydawałby się zbyt głęboki, a w każdym kącie kryłaby się mara. Choć prawdą jest, że noce są niebezpieczne, to jednak głównym zagrożeniem był tu teraz on. A jego cel – srebro, którym płacił za swojego konia. Stary dziad miał dziś gorzko pożałować, że nie oddał konia po dobroci, zmuszając Legarę do zapłacenia za niego. Legara spojrzał na biegające na uwięzi 4 psy. Dużo. O wiele za dużo jak na jego gust, ale cóż – czego się nie robi dla pieniędzy.

Nim ruszył w stronę wioski wpierw zostawił ciężki osprzęt w cieniu drzew, zostawiając sobie jedynie 4 noże i łańcuch. Zbroja, miecz i plecak zostały w jukach przywiązanego do drzewa konia. Pogłaskał jeszcze śnieżkę po boku i ruszył, cichy jak śmierć. Wpierw trzeba było zająć się tymi uwiązanymi. Na jego szczęście, w drodze znajdował się blisko dwóch psów, pozostałe dwa były trochę bardziej oddalone. Szedł ostrożnie, starając się nie wzbudzić uwagi psów. Szedł od zawietrznej, nie chcąc by czuły węch czworonogów zawczasu ostrzegł je o jego obecności. Po kilkunastu metrach delikatnie klęknął, wyjmując nóż. Długo celował w psinę, nie chcąc zmarnować noża. Czekał na odpowiedni moment, kiedy ten wreszcie usiądzie. Kiedy tylko zad kundla dotknął ziemi, Legara zamachnął się trzymanym za rękojeść nożem, ciskając nim w zwierzę. Ostrze wirowało, błyskawicznie zbliżając się do psa, raz zabłysło upiornie oświetlone przez księżyc. Ząbkowana klinga wbiła się tuż nad oko psa, przebijając czaszkę i docierając do mózgu. Cichy skowyt był ostatnim wydanym przez tą istotę dźwiękiem. Zwierzę padło martwe, nie wzbudzając alarmu, choć pies mu najbliższy podniósł głowę i zastrzygł uszami. Coś wyczuł. Legara z sercem w gardle odliczał czas, powoli celując w stojącego kundla. Cisza. Jak na razie cisza, choć kundel węszył. Nie miał wiele czasu więcej. Zawirował jednokrotnie łańcuchem nad głową, posyłając go w psinę. Ostrza wbiły się głęboko w gardło kundla, ten zaszczekał po czym zamilkł na wieki. Łowca nagród omal nie wyskoczył w powietrze, słysząc tamten dźwięk, lecz widać był to zbyt krótki dźwięk by zaalarmować wieśniaków. Szczęście dziś sprzyjało Folkenowi. Ostrożnie stąpał w kierunku martwych psów, bacznie obserwując czy gdzieś w pobliżu nie ma innego psa. Na razie spokój. Dwa zabite. Podkradłszy się wreszcie do truchła wyrwał nóż i schował go do pochwy, równie szybko uwijając się z łańcuchem. Droga do domu burmajstra byłą czysta. Cicho jak śmierć podszedł do chałupy spod której nie świeciło się światło. Musiał już spać.

Idealnie.

Nożem podważył skobel i otworzył drzwi. W samą porę. Gdy tylko wkradł się do domu usłyszał głośne szczekanie psa, nieopodal miejsca gdzie zabił dwa inne kundle. Wskoczył więc do środka, zamykając drzwi na skobel. Ta sama izba, to samo wejście zasłonięte prymitywną kotarą i pochrapywanie burmajstra. Rozejrzał się po pomieszczeniu i jego wzrok natrafił na leżące na stole pudełko. Otworzył małą skrzynkę i wyszczerzył zęby w uśmiechu – jego sakiewka tam była. Ostrożnie podniósł ją, dbając o to by nie wydać najmniejszego dźwięku. Schował za pazuchę swoją własność i stąpając na palcach podszedł do okna, zamkniętego od wewnątrz grubymi, dębowymi okiennicami. Gdy tylko je otworzył szczęście, do tej pory trwające przy Folkenie postanowiło opuścić go. Pod jego stopą zaskrzypiała deska, starzec przestał chrapać i powiedział głośno i wyraźnie – Kto tu jest!?
Nie było już więcej czasu na podchody. Legara wyskoczył z domku, przeturlał się na trawie i rzucił się biegiem. Jeden z psów które latały na wolności zauważył to i rzucił się za nim głośno ujadając, zaś skowyt ten szybko odnalazł odpowiedź w wściekłym ujadaniu psów z wioski. Słyszał krzyki i wrzaski wieśniaków, podczas gdy ten cholerny pies dopadł go, skacząc na plecy łowcy nagród i gryząc go w bark. Folken wbrew swej woli zakrzyknął z bólu i zaskoczenia, ciosem łokcia odtrącając bestię. Ciepła krew szybko pokrywała jego ubranie, sącząc się z barku. Zdążył ledwo się obrócić, gdy ten pieprzony kundel znów się rzucił na niego, chcąc dorwać się do gardła Legary. Człowiek siłował się z psiną ze wszystkich sił chroniąc swoje gardło pokiereszowaną ręką. Pies wgryzał się coraz mocniej, krzyki wieśniaków były coraz bliższe. Ale wtedy jedna z rak Folkena napotkała na nóż przy boku, Wyrwał go błyskawicznie z pochwy i wpakował w oko kundla, niestety nie na tyle by zabić go. Psina zaskowyczała z bólu i zaskoczenia, odskakując od Łowcy. Ten postanowił nie zmarnować danej mu szansy, rzucając się do panicznej ucieczki. Dopadł Śnieżki, odwiązując prosty węzeł w trymiga i wskakując na siodło. Uderzył w boki konia i trzepnął lejcami, zmuszając klacz do galopu. Szybko oddalał się od wioski wraz z jego gotówką, ale za to z rozoranym ramieniem, będąc pewnym, że wieśniacy mu tego nie zapomną. Im szybciej się stąd wyniesie tym lepiej dla niego a najlepiej – by nigdy tu nie wracał.
 

Ostatnio edytowane przez Zaelis : 08-27-2008 o 08:58.
Zaelis jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 08-28-2008, 14:06   #177
 
Asmorinne's Avatar
 
Reputacja: 3 Asmorinne wkrótce będzie znanyAsmorinne wkrótce będzie znany
$: 25 462
Opowieść natychmiast ją wciągnęła, oparła sobie brodę na dłonie i tkwiła tak bez ruchu. Musiała przyznać, ze artyści byli naprawdę świetni. Wokół nich zaraz zebrał się tłumek słuchaczy, Liskowi to oczywiście nie przeszkadzało. Często łamała prawo w wielu miastach była poszukiwana listem gończym, nasyłano na nią najlepszych najemników lecz nigdy nic sobie z tego nie robiła, czując się zawsze bezpieczna i chroniona jakimś nieistniejącym czarem obronnym. Nikt tak naprawdę jej nie ścigał, nie miała przed kim uciekać, nawet nie było dla niej odpowiedniego przeciwnika. Więc tak siedziała spokojna, uśmiechnięta i spoglądała na artystów.

>>>Lionora...<<< myślała i straciła nadzieje, ze kiedykolwiek ja spotka, jednak nic ciekawszego nie miała do roboty, uganianie się po świecie za być może wymyśloną postacią też jest dobrym zajęciem. Szczególnie dla kogoś kto ucieka od monotonności. Poza tym lubiła towarzystwo czarodziejki i jej magicznych mocy, które okazały się niezbędne przy zdobywaniu informacji o elfce.

Nie była zła na Nesse iż wypaplała wszystko artystom i tak w końcu dowiedzieli się wszystkiego gdy zajechali by do Aldersbergu.
- Ja również musze wypocząć, przed nami daleka droga, dziękuje wam i miło było was poznać – powiedziała Francesca, wstała i od razu ruszyła na górę

Czuła się jakoś dziwnie jakby zrezygnowana, jakby coś się stało, coś nie dawało jej ciągle spokoju. Może to ten cel? Gdyż nie zdarzało jej się obierać, celów których nie może osiągnąć, zawsze miała to czego zapragnęła. A teraz? Teraz było jakoś inaczej, postanowiła odpocząć, gdyż w końcu doszła do wniosku iż jest po prostu zmęczona.>>> Tak to na pewno zmęczenie<<<. Nie podzieliła się swoimi wątpliwościami z czarodziejką, nie chciała wzbudzać wątpliwości.
 
__________________
Cisza barwą mego życia Szarość pieśnią brzemienną, którą śpiewam w drodze na ścieżkę wojenną istnienia...
Asmorinne jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 08-29-2008, 12:04   #178
 
Zapatashura's Avatar
 
Reputacja: 3 Zapatashura ma w sobie cośZapatashura ma w sobie cośZapatashura ma w sobie coś
$: 53 116
do Derricka Talbitt

czerwiec, miasto Aldersberg, Aedirn

Droga powrotna była jednak długa, choć Derrick pokonywał ją krok w krok jak w drugą stronę. Ale tym razem każdy mijany mieszkaniec getta zdawał się posyłać w stronę medyka wrogie spojrzenia. Talbittowi mogło się nie podobać to, w jaki sposób został potraktowany Cairbre, ale nieludzi to nie interesowało. Dzisiaj do skrywanej nienawiści wystarczyło to, że medyk miał dwie nogi, dwie ręce, ponad pięć stóp wzrostu i zaokrąglone uszy.
Opuszczenie getta przyniosło ulgę, choć tylko trochę.

(...)

Pożegnania niemal zawsze są ciężkie. Nawet jeśli Derrick znał Lyvenbrooków bardzo krótko, to zdążył polubić tą rodzinę. Rzadko wśród kupieckich rodów znajdowało się ludzi tak sympatycznych. Nie wiedzieć czemu wyobraźnia podsunęła medykowi obrazek rodziny Alemika. Talbitt wzdrygnął się nieświadomie.


-Może jeszcze pan nas kiedyś odwiedzi, panie Derricku? Na pewno panu uda się odnaleźć Lionorę. Wtedy jako aldersberdzki szlachcic musi pan zaszczycić nas swym towarzystwem.- Helena uśmiechała się szczerze, choć trochę smutno. Było jej naprawdę żal, że medyk wyjeżdżał.


-Popieram córkę. Stanowczo zapraszam pana w odwiedziny, jeśli będzie pan przejeżdżał przez Aldersberg.- Gdy tylko powiedziała te słowa, jej twarz rozpromienił uśmiech i wyraźnie powstrzymywała się by nie wybuchnąć śmiechem. Nim jednak Talbitt mógł pomyśleć, że pani sobie z niego żartuje, wytłumaczyła powód nagłej wesołości.
-Szczególnie, jeśli otrzyma pan nagrodę. Otton godzinami proponowałby wtedy panu inwestycję w jego interesy.

Ze wspomnianym panem domu medyk pożegnał się chwilę wcześniej. Otton na razie był przykuty do łóżka, nie mógł więc pożegnać swego gościa u progu domu, tak jak jego żona i córka.

-Szerokiej drogi- słowa kobiet dobiegły jeszcze Derricka, gdy minął bramę posiadłości i skierował się do Bramy Zachodniej.

(...)

I kolejny raz medyk kierował się do tej samej bramy. Mijał te same drewniane budynki, te same stragany, te same konwisarnie. Miasto miało swój urok, w głównej mierze dzięki naprawdę ładnej fortecy nad nim górującej, ale Talbitt nie mógł dzisiaj nie zastanowić się jak wyglądało, gdy na ziemiach tych panowały jeszcze elfy.


Cóż, prawdopodobnie w ogóle nie było tutaj wtedy miasta.
Derrick odebrał w końcu Sadzę ze stajni. Tak jak poprzednim razem, tak i teraz obsługa była godna swojej ceny. Koń był wyczyszczony, wypoczęty i najedzony. Gotowy do dalekiej drogi do Mahakamu. Nim jednak medyk zdążył w ogóle opuścić miasto, natknął się na kolejną bardzo ciekawą scenę.

Na placu przed Zachodnią Bramą stał jakiś konny. Chociaż akurat słowo stał jest nieodpowiednie, gdyż wierzchowiec stąpał w miejscu, ruszał się na boki, a od czasu do czasu lekko stawał dęba- powiedzieć, że zwierzę było zdenerwowane byłoby eufemizmem.
Dopiero przy bliższym przypatrzeniu się, konny okazywał się być konną. Dwa splecione, czarne warkocze podskakiwały dziko jakby nie chciały pozostawać w tyle za koniem. Dodatkowo dziewczyna nie była człowiekiem, wykluczały to lekko zaostrzone czubki uszu- półelfka, ubrana w czerwony kubrak i czarne, obcisłe bryczesy do jazdy. Do siodła przytroczone były nie tylko juki, ale także miecz i łuk.


Dziewczynie drogę blokowało dwóch strażników uzbrojonych w halabardy i w wyraźnie paskudnych nastrojach.

-Nie macie prawa blokować mi drogi, niczego nie zrobiłam!- krzyczała półelfka wściekłym głosem.

-Może nie zrobiłaś, może zrobiłaś bękarcie. Zsiadaj grzecznie z konia- warknął wyższy z halabardników.

-Takiego wała! To bezprawie!

Na placu, jak zwykle gdy dzieje się coś interesującego, zaraz pojawił się tłumek gapiów: dzieci przyklejone do spódnic swych matek, okoliczni kramikarze, mieszkańcy pobliskich domów wyglądali zaciekawieni przez okna. A przejazd przez bramę był chwilowo zablokowany.

do Nessy z Thanedd i Francesci de Riue

czerwiec, miasteczko Krzyki, Aedirn

- Piękno, szczerość i otwartość, cała ja – roześmiała się Nessa – Bo chyba nie skłoniłam Panów do zmiany kierunku podróży? Te dwadzieścia tysięcy, to znaczy dziesięć – mrugnęła do Francesci - to i tak za mało na moją wymarzoną wieżę.
Muzycy spojrzeli po sobie. Peter uśmiechnął się szeroko, Frank pokiwał jedynie głową i wzruszył ramionami. Coś w tym geście musiało być nad wyraz śmiesznego, gdyż długowłosy parsknął śmiechem.
- Dobranoc. Jeszcze tylko zajrzę do Ogara i spać. Francesco, Panowie – czarodziejka ukłoniła się wstając –zachowujcie się przyzwoicie.


-Dobranoc, piękna panno- grajek wstał i ukłonił się dwornie.-Co do dalszej prośby, nie mogę niczego obiecać.
Starszy z artystów westchnął i przewrócił oczami.

do Nessy z Thanedd

Rześkie wieczorne powietrze było wspaniałą odmianą po dziennym upale i zaduchu karczmy. Miasteczko tonęło w wieczornym mroku i ciszy. Jedynie w kilku domach paliły się jeszcze światła. Gdzieś w oddali miauknął kot, ale nie doczekawszy się odpowiedzi zamilkł.


Normalnie Żmijka pewnie uznałaby, że okolica jest po prostu nudna. Ale teraz była w zbyt dobrym nastroju, by pomyśleć o Krzykach cokolwiek gorszego niż "miła mieścina".

Miła mieścina, w której miły stajenny dobrze zaopiekował się umiłowanym koniem Nessy. Ogar nawet nie zauważył przyjścia swojej pani- spał. Jego chrapy rozdymały się miarowo, do wtóru podnoszącej się i opadającej klatki piersiowej. Widok śpiącego ogiera przypomniał Nessie o prostym fakcie- sama była bardzo senna. Nie zwlekając dłużej wróciła do "Jutrzenki", skierowała się do swego pokoju i już po paru minutach słodko spała.

do Francesci de Riue

Mimo słów Petera, pozostała przy stole trójka zachowywała się bardzo przyzwoicie. Nie minęło wiele czasu, gdy i Francesca postanowiła opuścić grajków.
- Ja również muszę wypocząć, przed nami daleka droga, dziękuje wam i miło było was poznać.

-Cała przyjemność po naszej stronie.- Zapewnił z miejsca Peter.-Lecz zasmucasz nas wielce, nadobna Francesco, pozbawiając nas swego towarzystwa.


-Nie słuchaj panno, tego podrywacza. Jemu jedno w głowie. Miłych snów.- wtrącił się Frank, czym zapewnił sobie gniewne spojrzenie towarzysza.

(...)

Karczemne łóżko było bardziej wygodne, niż Lisek się spodziewała. Puchowa poducha, wyprany koc. Nawet nogi nie skrzypiały. Nie ma się tedy co dziwić, że wampirzyca usnęła dość szybko.

Chociaż nie na długo. Obudziło ją ciche skrzypienie drzwi. Było to jeszcze bardziej podejrzane, niż powinno, gdyż Francesca była pewna, że je zamykała. Dłoń Liska od razu powędrowała do przezornie schowanego pod poduszką sztyletu. Dziewczyna otworzyła lekko jedno oko, by zlokalizować włamywacza i ujrzała...

Cóż, nie był to włamywacz. Chyba. W końcu Peter grał i śpiewał wystarczająco dobrze, by być prawdziwym muzykiem. Blondyn położył palec na swoich ustach by zawczasu uciszyć wampirzycę.


-Frank potwornie chrapie- wyszeptał. -Nie przenocowałabyś mnie?
Czego jak czego, ale uporu facetowi odmówić nie można.
 
__________________
"Diabeł nie śpi... z byle kim." S. J. Lec

Cudowny okres kolokwiów do 2.12. Moja frekwencja w sesjach na ten okres może gwałtownie spaść.

Ostatnio edytowane przez Zapatashura : 09-02-2008 o 09:56.
Zapatashura jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 08-29-2008, 16:28   #179
 
Asmorinne's Avatar
 
Reputacja: 3 Asmorinne wkrótce będzie znanyAsmorinne wkrótce będzie znany
$: 25 462
Ciche skrzypienie drzwi wyrwało ją ze snu, chwyciła za sztylet by pozbawić śmiałka jakiejś części ciała. W ostatniej chwili opamiętała się widząc znajomą sylwetkę, Peter przyłożył palec do ust, chcąc ją uciszyć. Lisek nie była z tych kobiet co krzyczą jak się wystraszą, tak naprawdę to wcale nie zdarzało jej się krzyczeć, no prawie wcale, ale to już zupełnie inna sytuacja.
Francesca była ubrana w zwiewną czerwoną koszulkę do spania idealnie uwydatniająca jej walory.




Wampirzyca przymrużyła oczy, już wiedziała czego jej brakowało.
- Frank potwornie chrapie Nie przenocowałabyś mnie?- powiedział mężczyzna
- Tam w kącie jest całkiem fajne miejsce...- uniosła podbródek i spojrzała w bok, poczekała chwilę na reakcję Petera i zaczęła się śmiać.
Następnie wstała i nie spuszczając z oczu mężczyzny zaczęła powoli iść w jego stronę, w między czasie wodząc małym palcem po ustach. Następnie włożyła dłoń pod jego koszulę, dotknęła brzucha i delikatnie przesunęła ręka po klatce piersiowej, Druga ręką zaś wodziła nieco niżej w spodniach, cały czas patrząc mu głęboko w oczy i uśmiechając się. Gdy oddech mężczyzny przyśpieszył zaczęła zdejmować z niego ubranie i popchnęła go w stronę ściany. Zaraz do niego podeszła i zaczęła całować w usta, na początku delikatnie, lecz zaraz coraz szybciej i łapczywiej aż w końcu Peter poczuł w ustach słodki smak krwi. Francesca zaraz przestała, oblizała swoją pełną wargę w której kąciku ukazała się kropla krwi zaraz spłynęła po brodzie, kobieta nic sobie z tego nie robiła. Tylko się wytarła i oblizała dokładnie palce.
 
__________________
Cisza barwą mego życia Szarość pieśnią brzemienną, którą śpiewam w drodze na ścieżkę wojenną istnienia...

Ostatnio edytowane przez Asmorinne : 08-29-2008 o 16:41. Powód: się:)
Asmorinne jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 08-29-2008, 19:00   #180
 
Zapatashura's Avatar
 
Reputacja: 3 Zapatashura ma w sobie cośZapatashura ma w sobie cośZapatashura ma w sobie coś
$: 53 116
do Francesci de Riue

lastinn player

Mężczyzna przez cały wieczór był bardzo wygadany, ale przejęcie inicjatywy przez Francescę najwidoczniej pozbawiło go słów. Patrzył na nią gdy się zbliżała, wędrow