![]() | ![]() |
![]() |
| |||||||
| Sesje RPG - Inne Tutaj możesz zagrać w tych światach, które zostały pominięte powyżej. Czy to rządzona przez orki Orchia, czy może kosmos w erze, kiedy słońca zaczynają gasnąć. Na pewno znajdziesz tu coś dla siebie. |
![]() |
| | Narzędzia wątku | Wygląd |
| | #151 |
![]() | Wczesna pobudka, kiepska pogoda, a nade wszystko brak śniadania według pojęcia hobbita sprawiły, że jechał on przybity i milczący, pomału żując twardego suchara. Co to też takie ponure miejsce potrafi zrobić z porządnego nawet hobbita. Tak przynajmniej można było porozmawiać z kimś takim jak pan Leonard, a teraz co? Znowu jedziemy jak kondukt żałobny. Że też nie mogliśmy się w jakąś lepszą pogodę wybrać. Kiedy któregoś z kolei dnia podróży nagle wszyscy się zatrzymali, młody Brandybuck podjechał szybko do przodu, licząc, że wreszcie wydarzyło się coś ciekawego. Ale niestety, mimo że miał rację i natrafili na coś niezwykłego, widok wcale go nie ucieszył. Telio cofnął się z obrzydzeniem, podczas gdy inni radzili co zrobić. Namierzyli? To ktoś tu jest? - zdziwił się, dopiero teraz dostrzegając małą smużkę dymu nad horyzontem. - Znowu zostawiają nas z tyłu, ale chyba mości Haerthe ma rację, tym razem możemy nie mieć tyle szczęścia. Wystraszony, że może paść ofiarą zbójców Teliamok wycofał się w ukrycie razem z osłaniającymi ich ludźmi mając, kolejny już raz nadzieję, że wszystko skończy się dobrze.
__________________ "Kiedy przychodzimy na świat płaczemy, inni się śmieją. Umierając śmiejemy się, niech płaczą inni." - Voltaire |
| | |
| Reklama |
| |
| | #152 |
![]() | Manfennas odziany w nowy płaszcz obszyty futrem jechał jako jeden z ostatnich. Jadąc w nie do końca suchym ubraniu stracił humor i ani myślał się zaśmiać, nawet na myśl o przygodach Admusa z psami na szlaku. Komary i deszcz nie poprawiły mu nastroju. Siedział cicho w siodle z nasuniętym na głowę kapturem i patrzył przed siebie myśląc o tym co może ich jeszcze spotkać na szlaku. Kolejne dni były dla Sokolnika bardziej pogodne. Odrzucił troski, przypominając sobie, że jest tam gdzie zawsze chce być- na szlaku, z chyba najbardziej zróżnicowaną kompanią na świecie. *** Zmierzch zapanował już wszędzie, kiedy dotarli do podnóża Amun Sul, gdzie znaleźli martwego konia z jukami i uprzężą na sobie. Rodak Manfennasa wyciągnął ze zwierzęcia jedną ze strzał i zaczął snuć teorie dotyczące jej pochodzenia. Wszystko naprostowała Narfin, opowiadając o tym, że strzała prawdopodobnie należy do ludzi z północy. Samego Sokolnika sytuacja zdenerwowała. Uważał, że strzelanie do konia zamiast do jeźdźca jest oznaką tchórzostwa i strachu, a nie przebiegłości. Kiedy zobaczył, że elf chce iść sprawdzić ruiny, kiwnął głową na znak, że też idzie. *** Chwilę później Galdor i Narfin ruszyli w górę, aby sprawdzić źródło dymu wylatującego ze szczytu ruin. Manfenns wypuścił Avargonisa, aby krążył wokół szczytu, sam zsiadł z konią i przekazał go Haerthe, który miał się oddalić ze zwierzętami. Już po chwili Sokolnik ruszył w ślad za towarzyszami, doganiając ich. Biegł najciszej jak potrafił, jednocześnie nasłuchując pisku swojego przyjaciela. Dzielny Sokół nie raz ocalił mu życie, ostrzegając go przed niebezpieczeństwem. W jego głowie znowu zawitała myśl, że to naprawdę mistrz Avargonis…
__________________ Do wszystkich sesji postaram się odpisać w sobotę |
| | |
| | #153 |
![]() | Koniec to było bardzo dobre miejsce. Niestety, ostatnio robiło się tam coraz ciaśniej. Coraz więcej wędrowców doceniało jego ewidentne zalety. Wyniosły elf, posępny sokolnik, tylko patrzeć, jak przegalopuje tam jakiś Rohirrim albo wreszcie rozgoszczą się hobbici. Co prawda z drugiej strony początek wciąż nie pozostawał pusty, choć przecież jego atrakcyjność magła budzić zrozumiałe wątpliwości. Dlatego Szrama ulokował się gdzieś w środku, który - jeśli tendencje miałyby się utrzymać - już wkrótce powinien opustoszeć zupełnie, choć natura hobbitów rzeczywiście mogła trochę spowolnić ów proces. Zresztą ich kompania nie była tak przykra, jak można by się spodziewać, bo warunki podróży wyraźnie zmniejszyły przynajmniej ogólną sumę dobrego humoru. Czy im odpowiadało towarzystwo Szramy - to już była ich sprawa. Trup w wykrocie, choćby i koński, nie był czymś, co podróżnik chciałby spotkać na swej drodze, chyba, że zewłok ów niósłby ze sobą pewną wartość, która mogłaby zrekompensować negatywne wrażenia, a podróżnik byłby człowiekiem praktycznym. Ten konkretny trup niósł ją być może w sakwach. Gdy zwiadowcy udali się na zwiad, Szrama zsiadł ze swojej cholery i skwapliwie zabrał się za werfikowanie swoich przypuszczeń. Cicho, właściwie bezgłośnie - tak, jeśli wytężyć słuch - nucąc pod nosem... |
| | |
| | #154 | ||
![]() | ![]()
Ku szczytowi: Zarośla u podnóża Wichrowego są gęste i zajadle bronią się przed ciekawskimi wędrowcami. Raz po raz na twarzy czujecie dotyk zimnych i mokrych od wieczornej rosy liści. Gałęzie niczym szpony złośliwych bestii zahaczają to o włosy, to znów o ubrania, szarpiąc i złowieszczo głośno trzeszcząc. Ścieżki ku szczytowi wiją się co raz przecinając głębokie jary i szepczące cicho o nadchodzącej nocy strumienie. Ciemności powoli brały las w panowanie i chyba tylko sam Galdor wiedział dokąd zmierza. Ciemność... Tak, zrobiło się jakby inaczej. Zmieniły się barwy i głosy jakimi przemawia las. Przyjemny zielony zagajnik, który w ostrym słońcu południa dawał otuchę i cień teraz zdawał się być czarnym pełnym złowieszczych cieni borem. Zamilkł szczebiot ptaków, tylko czasem dało się słyszeć ponury głos przedwcześnie rozbudzonej przez Was sowy. I te cienie... Każdy tak zwodniczy, tak zdradziecki. Czy to omszała gałąź? Czy raczej przyczajony łucznik gotów posłać ku Wam zatrutą śmierć o czerwonych piórach? ![]() Aż nagle zarośla urywają się. Wychodzicie na nagi teren niczym nie osłonięty i jasno oświetlony przez budzący się, blady księżyc. Przed Wami górują ponure ruiny dawnej arnorskiej strażnicy, wiecznie w posiadaniu zimnych wichrów Amon Sul. Szybko przemykacie między samotnie rosnącymi krzakami głogu w kierunku ruin czując jakby zaraz obok twarzy przelecieć miała strzała. Lecz nie. Wciąż jest cicho i jedynie szmer Waszych kroków zakłóca niezmącony spokój opuszczonej twierdzy. Aż w końcu spotykacie się przy wyciętych w skale zarośniętych stopniach, prowadzących na sam szczyt wzgórza, do samego serca ruin i tajemniczego ogniska... Kamienne schody, są wąskie i zdradliwe. Tak łatwo poślizgnąć się na kruszącym się kamieniu... Spoglądacie w dół na najeżone ostrymi skałami urwiska i cierniste zarośla raz po raz wyrastające na zboczu. Serce bije mocniej, gdy przed oczami staje Wam co by mogło się stać gdyby postawić stopę w niewłaściwym miejscu... I wtedy schody doprowadzają Was do wykutego w skale korytarza. Ponura brama, która otwiera się przed Wami niczym ciemna paszcza, musiała niegdyś być pięknie zdobiona rozlicznymi płaskorzeźbami jednak wiatr i deszcz starły je niemal doszczętnie, pozostawiając jedynie ledwie widoczne wypukłości. Korytarz czeka na Was, otwarty i zapraszający, a wewnątrz jest cicho i ciemno. "Zasadzka..." Przemyka Wam przez myśl, ale nie ma innej drogi na szczyt tylko ta. W końcu Galdor rusza powoli i bezszelestnie naprzód rozglądając się czujnie na wszystkie strony, nie wiedzieć kiedy w jego dłoni błysnęło ostrze. Po chwili już znika w ciemności, a za nim podążają niepewnie Narfin z łukiem gotowym do strzału, a tuż za nią Sokolnik... ![]() Przed Wami otwiera się rozległy, okrągły dziedziniec Amon Sul. Niewiele zostało już z wieńczącej go kolumnady, której gruzy zasłały wszystko wokół. Oto serce dumnej niegdyś twierdzy Arnoru. Wokół panują migotliwe, zwodnicze cienie co raz rozrywane przez blask ogniska... Tak ognisko dotarliście do niego. Siedzi przy nim samotna, szczelnie okryta płaszczem postać. Już z daleka dostrzegacie iż tamten ledwo w stanie jest siedzieć, co raz wstrząsany atakami gorączkowych dreszczy. Powoli podchodzicie bliżej i nagle Was zauważa - cienie zmierzające do ognia. Podrywa się odrzucając płaszcz, próbuje dobyć miecza, lecz po chwili pada z głuchym jękiem. Momentalnie Galdor dopada do niego, a na widok twarzy elfa wykrzywione w bólu rysy tamtego na chwilę się rozjaśniają. Jego cichy szept niesie się echem wśród pustego dziedzińca: -Galdorze... Czy to naprawdę ty? Valarowie tak dobrze... Ale za późno, dlaczego nie przybyłeś wcześniej Galdorze... Oni zginęli... Wszyscy zginęli Belegnar i moi bracia... Tam w jarze zginęli... Ja nie mogłem, nie mogłem im pomóc... Dopadli ich, tak wielu ich było nie mogliśmy nic... Nic zrobić... Mnie też zabili... - Ledwie widocznym gestem wskazał na leżącą przy ogniu ułamana strzałę o czerwonych piórach, jej drzewce oblepione było czarną, zaschniętą krwią. Mężczyzna, a raczej młodzieniec raz jeszcze spojrzał w jasną twarz elfa połyskującymi od gorączki oczyma i omdlał. Oddychał jeszcze płytko i niespokojnie... Przy koniach: Gdy tylko tylko tamci zniknęli, Herthe kiwnął na Valina i razem sprowadzili konie ze szlaku. Opodal gościńca przepływał żwawo strumień, który swój początek brał u szczytu Wichrowego Czuba. Nad jego brzeg rohirrim sprowadził całą tą czeredę nad którą opiekę zlecił mu Galdor. Byli tam osłonięci zaroślami zarówno od strony szlaku jak i szczytu. Zaciszne to było miejsce i choć cichy szmer potoku powinien uspokoić wędrowców to jednak coś dręczyło ich nerwy. Było w tej nocnej ciszy coś niepokojącego. Każdy szelest, czy to wzbudzony przez wiatr czy przez nerwowo stąpające konie sprawiał, że wszystkim włosy jeżyły się na karkach. Spoglądacie po sobie, nerwowo się uśmiechając jakby zdziwieni własnymi odczuciami i wtedy... Gdzieś z oddali rozlega się wilczy zew. Głuche wycie ruszających na polowanie drapieżników przeszywa nocną ciszę niczym zimny sztylet. Konie rżą i parskają przestraszone, rzucając w zdenerwowaniu łbami. Ale wilczy głos raz jeden tylko zabrzmiał, a po chwili powróciła cisza, zmącona jedynie łomotem Waszych serc. I wtedy Herthe rozgląda się wokół i coś do niego dociera, ale to nie on lecz zdziwiony i pobladły Teliamok wypowiada pytanie łamiącym się głosem: -A gdzie jest pan Szrama? ![]() I nim przebrzmiały na dobre jego słowa łomot końskich kopyt niesie się przez las. Szlakiem przemknęło kilku jeźdźców, przez zarośla dostrzegacie jedynie ich zamazane ciemne sylwetki. Zamarli słuchacie jak zatrzymują opodal swoje wierzchowce i krzyczą ostrymi głosy, a potem znów rozlega się tętent i cisza. Wszystko trwało nie więcej niż kilka chwil lecz Wam zdawało się wiecznością. I wtedy tuż obok Was rozlega się szelest rozgarnianych gałęzi i nim ktoś zdąży złapać za broń w zaroślach pojawia się... Pobladła bardziej niż zwykle twarz Szramy.
__________________ "Co będziemy dzisiaj robić Sarumanie?" "To co zwykle Pinki - podbijać świat..." by Marrrt Ostatnio edytowane przez Avaron : 09-01-2008 o 23:52. | ||
| | |
| | #155 |
![]() | Z zarośli wyłoniła się twarz Szramy - w nieprzyjemnie dosadny sposób przypominająca nagle, dlaczego nosi takie miano - a zaraz potem cała jego reszta, poruszająca się zwinniej i ciszej, niżby się można było spodziewać. Widać takie dyskretne spacery wcale nie były dla niego pierwszyzną. Przebiegł oczyma po kryjówce towarzyszy, im samym nie szczędząc czujnego ale też - z przyzwyczajenia chyba - lekko szyderczego spojrzenia. Poczym rzucił im pod nogi czerwonopióry szyp i splunął wymownie w oddzielające ich od traktu krzaki. O trzymanym w drugiej ręce - aż kłykcie zbielały a żyły spęczniały - niechlujnym tobołku, z którego niezręcznie wystawała rzeźbiona fletnia i fragment tubusu, zdawał się w tej chwili nie pamiętać zupełnie... |
| | |
| | #156 |
![]() | Skryty za osłoną krzaków i drzew Telio szybko odzyskał nieco pewności siebie, lecz równie szybko ją stracił, gdy zaczął wsłuchiwać się w panującą dookoła pozorną ciszę. Na myśl przyszedł mu Stary Las, z którym graniczyła jego rodzinna okolica jednak, mimo wszystkiego, co mówią o Starym Lesie, ten przed chwilą zaledwie przyjazny zagajnik wydał się hobbitowi daleko bardziej niebezpieczny. W tym pierwszym, jak mawiają co bardziej przesądni, drzewa potrafią ożywać i pożerać podróżnych, ale to tylko dziadowskie bajania przy kominku, a tu widział na własne oczy konia zabitego bynajmniej nie przez jakieś drzewo, ale przez zbójców, którzy nieopodal rozbili swoje obozowisko i najpewniej już ostrzą sobie zęby, a raczej noże, na kolejnych nieostrożnych wędrowców. Z-zaraz, czy t-to był wilk? Oczywiście, że to był wilk, co innego mogłoby tak wyć? Wokół robiło się coraz straszniej, a każda chwila ciszy stała się oczekiwaniem na nadchodzące niebezpieczeństwo. Czy do samotnego wilka, którego słyszeli przyłączą się inne? Czy otoczy ich zaraz zgraja wygłodniałych bestii, które przecież nie tak dawno temu podchodziły pod granice Shire, a może, co jeszcze gorsze, zamiast wilków otoczy ich zgraja zbójców, którzy zabijają dla samej uciechy zadawania bólu? Do głowy hobbita przychodziły najczarniejsze myśli, nie potrafił zapanować nad ogarniającym go strachem. Doprawdy, też mi się trafili kompani. Jak tylko spotyka nas jakaś przygoda tylko by się rozdzielali zamiast trzymać się... razem, właśnie... A gdzie jest pan Szrama? - ostatnie słowa wypowiedział na głos, zwracając uwagę reszty na to, co dotychczas umknęło im w pośpiechu. Jednak na żadne rozmowy nie było czasu, gdy tuż obok przegalopowała grupa jeźdźców. Zbójcy? Może coś słyszeli, może nie trzeba było tak głośno mówić, może... Przejechali obok, już po wszystkim... Nie, ktoś się podkradł, ktoś idzie. To muszą być oni, zawrócili i teraz już ich mają, już po nich. Nie to tylko zagubiony po drodze Szrama... Telio odetchnął z ulgą i, już zupełnie swobodnie, zapominając nawet zniżyć głos, zwrócił się do przybyłego: - Co tak panie Szramo zamarudziliście po drodze, my tu... - urwał nagle hobbit spostrzegając niesiony przez mężczyznę worek. - A to co? Wy chyba... nie wzięliście tego od tego... wy chyba nie... - wyjąkał i umilkł. Był wyraźnie oburzony czynem Szramy, ale najwidoczniej czekał na poparcie innych w tej kwestii.
__________________ "Kiedy przychodzimy na świat płaczemy, inni się śmieją. Umierając śmiejemy się, niech płaczą inni." - Voltaire |
| | |
| | #157 |
![]() | Umocowawszy luźno wodze wszystkich koni i nieszczęsnego osła, Haerthe zamilkł wsłuchując się w głuchy tętent kopyt. Dopiero teraz przyszło mu do głowy, że wszyscy, którzy znali drogę do Rivendell i samo Rivendell wyruszyli na zwiad. Przymknął oczy zastanawiając się co też będzie należało uczynić jeśli elf, oraz strażniczka z sokolnikiem nie powrócą. Światła pochodni migotały hipnotycznie między gałęziami krzewów gdy konni mijali ich kryjówkę. Nie mieli szansy ich wytropić. Nie przy zmroku i wyraźnym pośpiechu... Oby tylko ten głupi osioł nie zaczął ryczeć jak zawsze... W końcu światła zniknęły, a tętent ucichł pozostawiając po sobie tylko przyspieszone bicie serca u młodego rohirrima. Sam bardzo rzadko podróżował po nocy, nie mówiąc już o galopowaniu po mokradłach. Coś wisiało w powietrzu... - Ruszyli do Bree... a może i dalej. Strasznie im się spieszyło - rzekł do towarzyszy dopiero teraz zauważywszy brak Szramy. Uciekł gnida? Panujący półmrok uniemożliwił mu stwierdzenie tego na pewno, ale wcale by się nie zdziwił gdyby okazało się, że ma rację... Hobbit pierwszy zareagował na szeleszczenie krzaków dzikiej leszczyny, z której po chwili wyłonił się ich brakujący towarzysz. Obdarzywszy obecnych tym swoim cynicznym spojrzeniem świńskich oczu splunął siarczyście. Haerthe osobiści pożałował, że w rozważaniach minął się z prawdą tym bardziej gdy spostrzegł nowy nabytek Szramy. - Zdajesz sobie sprawę, że właściciel tych rzeczy może jeszcze żyć, prawda? - to były chyba pierwsze słowa jakie wypowiedział do tego człowieka i nie wiedzieć czemu w ustach pozostał mu jakiś taki gorzki posmak, jakby aż prosiło się by powiedzieć, lub nawet zrobić więcej.
__________________ Beer is proof that God loves us and wants us to be happy Benjamin Franklin |
| | |
| | #158 |
![]() | Przeprawa na górę okazała się bardziej dokuczliwa i męcząca, niż Manfennas mógł się spodziewać. Biegnąc za dwójką towarzyszy, co chwilę ocierał się o jakieś zarośla, które co rusz zostawiały na jego twarzy delikatne skaleczenia, lub strzępiąc jego zniszczony, stary płaszcz. Cień, jaki został rzucony na okolicę zmienił ją nie do poznania. Wszystko zatonęło w mroku, tworząc iście przerażający krajobraz. Nawet ptaki ucichły w tym przygnębiającym miejscu. Mężczyzna nie słyszał nawet pisku swego przyjaciela- Avargonisa, który krążył gdzieś nad nimi. Sokolnik uznał, że przywołanie go gwizdem było by jedną z głupszych rzeczy, jakie mógł teraz zrobić. W końcu znaleźli się na otwartym terenie, gdzie Manfennas poczuł się jeszcze gorzej niż w zaroślach. Tutaj byli odsłonięci i wystawieni na atak. W dodatku blask księżyca ułatwia zadanie ich potencjalnym wrogom. Po chwili dotarli do kamiennych schodów, które prowadziły do ich celu- szczytu Amon Sul. Śliskie schody okazały bardziej niebezpieczne niż wyglądały. Sokolnik stawiał kroki ostrożnie, patrząc pod nogi. Nie chciał, aby jego życie skończyło się przez nieuwagę i pośpiech. Po chwili dotarli do kamiennego korytarza, który teraz wydawał się być jedynie cieniem dawnego blasku tego miejsca. Manfennas, co jakiś czas spoglądał na pozostałości dawnych płaskorzeźb i innych zdobień, wyobrażając sobie jak to musiało kiedyś wyglądać. Jego rozmyślania musiały poczekać, ponieważ miejsce to było idealnym na zasadzkę. Wyciągnął miecz i ruszył przed siebie, starając się dotrzymać kroku Galdorowi i Narfin. W końcu, zobaczyli przed sobą okrągły dziedziniec Amon Sul, zniszczony i zaniedbany. Na samym środku siedziała jedna postać, po której widać było, że nie jest wstanie się nawet podnieść. Manfennas ruszył za elfem, rozglądając się niepewnie, szukając kogoś, lub czegoś ukrytego w ruinach, czekając na sygnał do ataku. Jednak jedynym, który zaatakował był mężczyzna siedzący przy ognisku. Zerwał się, dobywając miecza, którego ciężar okazał się za duży, dla osłabionego napastnika. Chłopak momentalnie padł na ziemię. Sokolnik nie zdążył zareagować, gdy przy nieznajomym znalazł się Galdor, na którego widok leżący się ucieszył. To, co przekazał elfowi, zaniepokoiło najemnika. Nic nie wiedział o żadnym Belengarze, ani o jego towarzyszach… -O czym on mówi?- zapytał elfa- Kim on jest Galdorze? W głowie Manfennasa kłębiło się jeszcze wiele pytań i niejasności wynikających z sytuacji, w jakiej się znaleźli. Nagle stanął nieruchomo, oglądając się za siebie. -Niewykluczone, że jest ścigany- powiedział zaniepokojony- Przez tych, co mu to zrobili… Prawdopodobnie tu zmierzają- dodał patrząc na towarzyszy- Powinniśmy udać się na dół i dołączyć do naszych kompanów. Nie wiadomo czy już teraz nie są w niebezpieczeństwie- jego spojrzenie utkwiło na rannym- Można go przenieść w tym stanie?- zapytał zaniepokojony, widokiem ledwo dyszącego nieznajomego.
__________________ Do wszystkich sesji postaram się odpisać w sobotę |
| | |
| | #159 |
![]() | Narfin po raz kolejny tego pechowego dnia doznała wstrząsu. Gwałtownie opuszczony łuk omal nie wypadł z nagle wilgotnej dłoni. Znała mężczyznę konającego przy niewielkim ognisku. Znała bardzo dobrze - razem z jej bratem i jego braćmi bawili się, jako dzieci, na słonecznych polanach i w lasach Rivendell. Później ćwiczyli razem szermierkę, chociaż on - najmłodszy z rodzeństwa, miał talent raczej do poezji i śpiewu, niż do miecza. Tym razem z niewesołych rozmyślań wyrwało ją pytanie Mafennasa. Mimo, że nie było skierowane do niej, odpowiedziała, z początku głosem cichym jak tchnienie wiatru, później szeptem. Czuła, że jeśli zacznie mówić głośniej, po prostu się rozpłacze, a na to nie mogła sobie pozwolić - nie w towarzystwie... - Ma na imię Meadil. Był... jest... Strażnikiem Północy... Razem z braćmi służył Elrondowi. Belegnar to sługa Kirdana, elf z Szarych Przystani... Znaliśmy go wszyscy, często był gościem w Rivendell... - tu w zielonych oczach pojawiły się łzy. Słowa, początkowo skierowane do Sokolnika, zabrzmiały głucho, jakby kierowała je do swojego wnętrza. Spojrzenie też było nieobecne - spoglądała w przeszłość, w złote i radosne dnie, spokojne noce. Ale to było zanim straciła brata, przyjaciół... kogo jeszcze przyjdzie jej stracić? Zamrugała gwałtownie i skupiła spojrzenie na Galdorze. Powoli podeszła do nieprzytomnego Meadila i ujęła delikatnie jego dłoń. - Spotkałam się już z takimi strzałami na dalekiej północy. Scigaliśmy wtedy oddział orków, ale nie oni używali tych strzał. To wyrób jakiegoś dzikiego górskiego plemienia, które wspierało ich w walce. Mieli dziwne, wytatuowane twarze. Wiem o nich tylko tyle, że to bardzo dzikie i brutalne plemię. Służyli przez wiele lat Czarnoksiężnikowi z Angmaru. Najbardziej miłują ciemność... Nie wiedziałam, że ich strzały są zatrute, dopóki mój towarzysz nie został trafiony jedną z nich. Rana była niegroźna, a mimo to słabł z każdym dniem i w końcu się udusił. Dopiero wtedy zbadałam te strzały dokładniej... ale nie to jest teraz istotne - mimowolnie pokręciła głową odganiając tamte wspomnienia. - Trucizna jest wytwarzana ze szczególnego rodzaju mchu, który rośnie tylko w najwyższych partiach północnych Gór Mglistych. Jeśli jest jej niewiele, zabija powoli, osłabiając, a w końcu odbierając oddech. Jeśli trafi cię kilka strzał, umrzesz natychmiast. Ale umrzesz na pewno. Nie ma przed nią ucieczki. Na dłuższą chwilę zamilkła i wpatrzyła się w twarz Strażnika. Przelotnie spojrzała też na ranę. Wiedziała, że czasu jest zdecydowanie za mało i że muszą się dowiedzieć jak najwięcej. Wiedziała też, że przysporzą tylko bólu młodemu mężczyźnie w ostatnich chwilach jego życia. Że też zostawiła swoje zioła w jukach... Głupia... głupia... głupia... Nie mieli jednak wyjścia. Musieli zdobyć wszystkie możliwe informacje... - On już nie pożyje długo. Grot nadal tkwi w ranie, co tylko potęguje działanie trucizny. Trzeba go ocucić, bo sam się już raczej nie ocknie - Nikt nie chce wracać do bólu. - Może posiada jakieś cenne informacje. Na pewno wie więcej od nas, co jest niezwykle ce... W połowie słowa zamilkła i spojrzała na Galdora, z nagle pobladła twarzą. W jego oczach dostrzegła potwierdzenie swych obaw - jeźdźcy. Słychać było dziwne pokrzykiwania, które zmroziły jej krew w żyłach. To ONI... Ale skąd...? Jak...? Dlaczego...? Błyskawicznie zgasiła ognisko nakrywając je własnym płaszczem. Nie mogą nas tu znaleźć... Nie mogą! Ostatnio edytowane przez Viviaen : 07-29-2008 o 11:17. |
| | |
| | #160 |
![]() | Galdor szybko dotarł do ruin starożytnej strażnicy. Dopuszczał możliwość, że będzie tam obozował ktoś ocalały z napaści, jednak był trochę zaskoczony widokiem, jaki na nich czekał na szczycie. Rozpoznając młodzieńca natychmiast rzucił się mu na pomoc. Klęknął obok bezwładnego ciała i delikatnie uniósł jego głowę. -Galdorze... - ostatkiem sił wyszeptał ranny ... ...Mnie też zabili... - zakończył i omdlał. - Kto to zrobił? - z bezsilnością czuł, jak życie opuszcza dunedaina. - Nie, tak łatwo nie odejdziesz. Jesteś za młody. Ogień zapłonął w oczach Noldora. Wciąż istniała szansa ... nadzieja, że uda się strażnika wyrwać z objęć śmierci. Najpierw trzeba wyciągnąć drzewce. Na grocie jest trucizna i wciąż się przedostaje do krwi ... Narfin po chwili wypowiedziała na głos jego obawy. Elf spojrzał na znajdujących się przy nim ludzi. - Niestety, w tym stanie nie przeżyje do jutra. Musimy natychmiast znaleźć antidotum na tę truciznę albo chociaż na tyle wzmocnić jego organizm, aby wytrwał do Rivendell. Nie pozwolę mu tak tutaj umrzeć. - powiedział z uporem w głosie. - Manfennasie, idź po resztę drużyny i poprowadź ich na zachodni stok Wichrowego Czuba. Jest tam zaciszna kotlinka, która dobrze nadaje się na obozowisko. Tutaj nie wprowadzimy wierzchowców. I zbierzcie wszystko z tego padłego konia. Później sprawdzimy, czy jest coś, co nam da wskazówkę. Idź już. - powiedział tonem nie znoszącym sprzeciwu. W tym momencie usłyszeli dobiegający z dołu tętent i Narfin zamierzyła się, aby stłumić ognisko własnym płaszczem. - Nie. - prawie krzyknął. - Już dostrzegli poblask. - jednak kobieta nie słuchała i zgasiła ognisko. - Teraz są pewni, że ktoś tu jest i tym bardziej wejdą. Mamy mało czasu. Muszę usunąć drzewce, żeby móc bezpiecznie go przetransportować. Pilnuj wejścia. - kiwnął głową w kierunku schodów, którymi się tu dostali. Następnie delikatnie zdjął podtrzymywaną głowę ze swoich kolan, zdjął płaszcz i zwinąwszy podłożył pod głowę rannego, po czym odsunął rzucony na ognisko płaszcz i zabrał się w milczeniu za badanie rany. Bijąca od żaru poświata była słaba, ale nie było innego wyjścia i musiała wystarczyć dla elfich oczu. Hmmmm, drzewce ułamane, nie będzie łatwo wyciągnąć, ale na szczęście nie wygląda, żeby przebite było płuco. Wyciągnął sztylet i trzymając delikatnie za rękojeść zanurzył ostrze w żarze, aby choć prowizorycznie je odkazić, odczekał chwilkę, aby ostygło, po czym szybko wykonał precyzyjne nacięcie rany tak, aby ułatwić wyciągnięcie tkwiącego w niej drzewca. Krew popłynęła obficiej, ale to był dobry znak, ranny wciąż żył. Możliwie delikatnie elf wsunął swe smukłe palce w powstałe nacięcie, aby lepiej chwycić tkwiący w ciele ułamek i ostrożnie zaczął wyciągać resztę strzały. Ranny szarpnął się, gdy ból dotarł do jego osłabionego umysłu i osunął się w ciemność zapomnienia, na granicę życia i śmierci ... Był nieprzytomny ... Ostatnio edytowane przez Smoqu : 07-29-2008 o 15:24. |
| | |
| Reklama |
| |