![]() | ![]() |
![]() |
| |||||||
| Sesje RPG - Inne Tutaj możesz zagrać w tych światach, które zostały pominięte powyżej. Czy to rządzona przez orki Orchia, czy może kosmos w erze, kiedy słońca zaczynają gasnąć. Na pewno znajdziesz tu coś dla siebie. |
![]() |
| | Narzędzia wątku | Wygląd |
| | #161 |
![]() | Uniósł tobołek i popatrzył nań jakby go w życiu nie widział, poczym uśmiechnął się krzywo i powiedział chrapliwym półgłosem: - On już raczej na tej fletni nie zagra, jabłkowy hobbicie. Uchwycił ogniste spojrzenie Haerthe wzrokiem nieprzyjemnie spokojnym, inteligentnym i wyraźnie kpiącym. Ileż łatwiej by było, gdyby patrzył rzeczywiście wściegle, bezmyślnie i zwierzęco... Nie wiem, com ci winien... Nie wiem, co winnien im wszystkim byłem... Nie wiem... Wziąłem, bo nikt inny nie wziął... Bacz, żebyś mi kiedy czoła chylić nie musiał... Bacz, bo teraz ci złość oczy przesłania... Nie wiem, com ci winien... Bacz, bo chociaż nie winien, mogę kiedy oddać, com nie tobie dłużny... - Jeśli żyje, przechowam mu te skarby, żeby nic nie zginęło, koniarzu. Szansa niewielka, bo z jego pleców ma sterczeć tak - wskazał krótkim spojrzeniem czerwonopióry pocisk, który chyba umknął uwadze Rohirrima - przybrana brzechwa. |
| | |
| Reklama |
| |
| | #163 |
![]() | Na hobbiciej twarzy pojawił się grymas. Leon usiadł sobie dość dużym kamieniu nieopodal rzeczki i rozmyślał. Rajon w tym czasie przybierając pozycję konia... małego kucyka, gasił pragnienie w strumyku. - Hej Rajon.. zostawże tę rzeczkę w spokoju, nie zachowuj się jak obleśne zwierze! Grupa, która pozostała tutaj, przy strumyku wraz z końmi była dosyć.. dosyć słabo zapewniająca bezpieczeństwo. A przecież chwilę stąd leży martwy koń, jeszcze świeży. Znów twarz hobbita wykrzywiła się w jeszcze większym grymasie. Brat.. co się z nim stało.. Rajon Powe.. nosi tak dumnie brzmiące nazwisko, a jak się zachowuje.. Leon myślał, że ta choroba.. czy to w ogóle jest choroba? Jakiś, psia krew, urok czy inny czar, minie w trakcie podróży.. - Nadaremne myślenie, robienie sobie nadziei, panie Powe Hobbicia natura podpowiedziała mu, że nastał czas na kolejny posiłek. Tęsknota.. tęsknota za domem, za Shirem. Sam ten strumyk przypominał niziołkowi o jego sąsiadce - rzeczce Baranduina, ta złota rzeka.. siedzieć nad wodą i rozkoszować się smakiem świeżych palonych ziół, z ulubionej fajki. Zawyło stado wilków. Hobbit natychmiast porzucił myśli, dało się usłyszeć szelest liści, jakby ktoś wpadł w jakiś krzak czy zahaczył o gałązkę drzewa. Głód.. pora na posiłek zdecydowanie. Jednak strach i rożne myśli o tym co może się zdarzyć odbierały chęci na podejście do osiołka.. Tupot kopyt! Zbóje! Dźwięk nadjeżdżającego konia już całkowicie unieruchomił niziołka. Żołądek już podchodził do gardła, a serce człowieczka waliło jak oszalałe, a Rajon ciągle chlipał.. |
| | |
| | #164 |
![]() | Wiedziała, że dla rannego człowieka nie ma już ratunku, jednak w oczach elfa dostrzegła taką determinację, że postanowiła pomóc przynajmniej zmniejszyć ból młodzieńca. Ostatecznie zamierzali jeszcze dowiedzieć się wszystkiego, co on sam wie, a nie godziłoby się wypytywać go w takim stanie. Na pewno by co chwilę tracił przytomność, co spowolniłoby przebieg rozmowy i przysporzyło zarówno jemu - jak i im - dodatkowego cierpienia. - Ja pójdę do naszych towarzyszy a Ty, Mafennasie, zostań tu z Galdorem. Mam w jukach zioła - również athelas, przyniosę je. Przy okazji się rozejrzę. Sprawdzę, jak wielkie niebezpieczeństwo nam grozi i skąd. Nie czekając na reakcję towarzyszy zniknęła w wejściu do tunelu i w ciągu kilku minut dotarła do podnóża góry. Przez kilka uderzeń serca z niedowierzaniem nasłuchiwała oddalającego się tętentu kopyt. Nie widzieli nas? Dlaczego nie przeszukali terenu...? Co z pozostałymi!? Szybko znalazła resztę wędrowców bezpiecznie ukrytą w zaroślach i dowiedziała się tego samego - jeźdźcy przejechali pospiesznie zatrzymując się tylko na moment i nawet nie rozglądając się zanadto. Wyraźnie dokądś im się spieszyło... Dowiedziała się też, że nie musi przeszukiwać juków martwego konia, co przyjęła z ulgą - nie chciała ponownie oglądać zwłok Mildasa. Poważnie skinęła głową Szramie, wyrażając tym samym nieme podziękowanie i uznanie dla jego czynu. Nie wiem jakie motywy Tobą kierowały, ale cieszę się, że sama nie muszę tego robić... - Chodźcie ze mną do ruin. Mamy tam rannego przyjaciela. Potrzebujemy ognia i wody... jest tu jakiś strumyk? Konie musimy uwiązać przy schodach - dalej nie wejdą, więc weźcie ze sobą wszystkie rzeczy potrzebne do wygodnego spędzenia nocy. - znów na jej ustach błąkał się lekko ironiczny uśmieszek, ale zaraz spoważniała - weźcie też broń. Nie wiemy, czy odjechali wszyscy. Musimy być ostrożni... Ostatnio edytowane przez Viviaen : 07-30-2008 o 19:41. |
| | |
| | #165 |
![]() | Wiem ja jak ty przechowasz. Jużem w Bree widział jak cudzą własność traktujesz... - Jeśli nie żyje to wnoszę, że też mu ją przechowasz i oddasz rodzinie do której zmierzamy, prawda? - Mierzyli się przez chwilę w milczeniu spojrzeniami. Haerthe zaciskając zęby i mrużąc złowróżbnie oczy, a Szrama lekceważąco, by nie rzec, że z wymalowaną na skrzywionych ustach siarczystą kpiną. Gdyby nie nagłe pojawienie się Narfin, przed końcem tego dnia mogłaby na tej ziemi spłynąć krew jeszcze jednej osoby. Strażniczka najwyraźniej nieświadoma swojej roli zaczęła żywo wypytywać o jeźdźców, którzy przed chwilą minęli wzgórze i w sposób zauważalny podziękowała Szramie widząc jego nowy ekwipunek. Wracaj, do elfów dziewczyno, bo o ludziach to chyba nic nie wiesz... a może to ja na tej północy tak jakoś nijak? Szlag by z nimi... No ale zarobić trzeba. Strażniczka wydała szybko dyspozycje co mają zrobić jakby do smardów mówiła, co też Haerthe zbył wzruszeniem ramion, jednak uwagi o koniach już nie zdzierżył i odparł cicho: - W pobliżu są wilki więc nie zamierzam zostawiać koni nigdzie samych. Zostanę z nimi na dole. W razie czego, zawołam was. Tylko przydałaby się pomoc w przeprowadzeniu wszystkich pod te schody - spojrzał na Teliamoka, którego zwierzęta te zdawały się mimowolnie lubić. To rzekłszy podszedł do koni popijających wodę z wartko płynącego strumienia i zaczął odbezpieczać wodze poczynając od Admusa i Łatki, która na widok zbliżającego się rohirrima machnęła łbem przeciągle.
__________________ Beer is proof that God loves us and wants us to be happy Benjamin Franklin |
| | |
| | #166 |
![]() | Elf nie zwracał specjalnej uwagi na jeźdźców, którzy tak niepokoili Narfin. Był całkowicie skupiony na swoim zadaniu. Nie mógł sobie pozwolić na żaden błąd, gdyż kosztowałby on życie dunedaina. Ostrożnie, milimetr po milimetrze ułamane drzewce wysuwało się z krwawiącej coraz obficiej rany. Trzeba było się pospieszyć, gdyż kawałek drewna stawał się coraz bardziej śliski. W pewnym momencie grot zaczepił o kawałek spuchniętego mięśnia i ból spowodował, że ranny drgnął, pomimo utraty świadomości. Noldor wypuścił powietrze. Sam nie zwrócił uwagi, ale do tej pory je wstrzymywał, zajęty wyciąganiem strzały. Odetchnął szybko kilka razy i znów złapał za ułomek, tym razem już uspokoiwszy oddech. Już było niedaleko. Delikatnie przekręcił zaklinowane ostrze omijając sploty mięśnia i wyciągnął drzazgę z rany. Krew zaczęła płynąć jeszcze mocniej. Przytknął usta do rany i zassał krew, po czym wypluł ją na ziemię obok. Musiał jak najszybciej usunąć maksymalnie dużo trucizny, aby nie przedostawała się dalej do organizmu. Narfin odchodząc wspomniała o ziołach i athelas. Ta informacja mocniej rozjarzyła światełko nadziei. Athelas! To może pomóc utrzymać go przy życiu. Ale na jak długo? Elf rozejrzał się za czymś, co mogłoby mu posłużyć za opatrunek. Niestety, jedyną rzeczą, która mogło jako tako posłużyć temu celowi była jego własna koszula. Nie zwlekając ułożył rannego na boku, aby nie udusił się i żeby krew z rany wypływała z niej, a nie gromadziła się, po czym wyciągnął koszulę ze spodni i oderwał dość szeroki pas na samym dole. Przydałaby się gorąca woda. Jego działania przyniosły w końcu ulgę cierpiącemu, gdyż Meadil odzyskał świadomość i szepnął. - Po co to robisz? ... Zawiodłem ... zawiodłem całkowicie moich braci i mistrza Elronda ... Chcę umrzeć ... Po czym wyczerpany zamknął oczy. Na twarzy Galdora odmalowało się zdziwienie, które szybko zostało zastąpione przez srogość. Stracił nadzieję i chęć życia. To coś, na co nie znaleziono lekarstwa. Jak on nie będzie chciał wyzdrowieć, to żadna siła mu w tym nie pomoże. Ale on ma po co żyć ... Lekko potrząsnął leżącym budząc go z omdlenia. - Nie mów tak. Nikogo nie zawiodłeś. A właśnie teraz musisz tym bardziej żyć. Przez pamięć twoich braci. Doskonale wiedział, że nie ma szans na wzbudzenie pozytywnych uczuć teraz. Jedyne, co przyszło elfowi do głowy, to znalezienie celu, który przekonałby rannego, że warto jeszcze żyć. A teraz jedynym silnym uczuciem, które mógł wywołać było pragnienie zemsty. Takie niskie, ale jeśli uratuję go teraz, może w przyszłości czas zdoła zabliźnić tę ranę. Dunedain chciał coś powiedzieć, jednak zabrakło mu sił i znów omdlał. Noldor oderwał następny kawałek od swojej koszuli i, złożywszy go na czworo, przytknął do rany lekko ją uciskając, i tamując krwawienie. - Manfennasie, potrzebuję twojej pomocy. Rozpal ogień i zagotuj trochę wody. Chcę ją mieć gorącą, gdy Narfin wróci z resztą. Z niepokojem czekał na jej powrót, a właściwie to na zioła, o których mówiła. W nich była jedyna szansa dla tego młodzieńca. |
| | |
| | #167 |
![]() | Athelas uśmierzył ból. O tak. O tym właśnie musiał marzyć każdy umierający. Nie pragnął życia. Pragnął odpocząć. Młody strażnik przymknął powieki. Jego dłonie były bardziej przywykłe do delikatnego dotykania strun lutni niż rycia paznokciami brudnej, kamiennej posadzki. Nareszcie przestał to robić. Dunedain otrzymał to, czego najbardziej potrzebował. Oddychał płytko, lecz miarowo. Odchodził w spokoju. Z poczuciem beznadziejności przyglądaliście się niewysłowionej radości, która zdawała się ogarniać jego blednące lice. Śmierć miała zapach gnijących kwiatów. Mocny, pozornie ładny, lecz duszący i paskudny zarazem. Czy uda się wyrwać Meadila z jej cuchnących szponów? To nie była dobra noc. Spaliście wtuleni w płaszcze i koce, jak najbliżej ogniska. Wiatr brutalnie wdzierał się do środka i przeszywał was niczym lodowa włócznia, lub wody w górskim strumyku- do szpiku kości. Zimne płyty za nic nie chciały się nagrzać. Lepiej było nie ryzykować podtrzymywania większego ogniska. Ranny zdawał się przemierzać swoją ostatnią drogę. Czasem się budził, by dojrzeć blask oczu czuwającego nad nim Galdora, poczym znów padał bez tchu. Nawet eldar zdawał się być przygnębiony tą sytuacją. Ciężar wart wzięli na siebie duzi ludzie. Nikt nie wierzył w możliwości hobbitów. Może i słusznie? Strażnicy zmieniali się u podnóża schodów, przy zwierzętach. Tam też spał Haerthe, po skończeniu pierwszej warty. Wicher łupił niemiłosiernie. Ciemność nie pozwalała dostrzec skłębionych wysoko chmur. Świadczył o nich jedynie brak gwiazd na nocnym niebie. ![]() Ktoś był w pobliżu. To można wyczuć stojąc na samotnej warcie. Gdy liście przestaną szumieć, deszcz na chwilę ustanie i ucichną zwierzęta coś jakby mrowienie przechodzi po plecach. Pełznie powoli, by zatrzymać się na karku, a potem zniknąć, jakby miało już nigdy nie wrócić. Wraca. To zawsze wraca. Godzina świtu. Dunedain oddycha jeszcze ciszej. Przynajmniej krwawienie ustało. Prowizoryczne bandaże przestały nasiąkać tak mocno jak dotychczas. Sokolnika obudził Avargonis. Ptak czekał tuż przy nim, a w szponach trzymał martwą wronę. Dziwne, nigdy sam z siebie nie atakował innych ptaków. Wpatrywał się w Manfennasa przekrwionymi, widocznie od wysiłku niedawnego starcia, oczyma. Pierwsze promienie słońca niosły nadzieję. Meadil uśmiechnął się przez sen. Do tej pory majaczył tylko coś o zasadzce i śmierci. Promienie przegoniły te wizje. Przegoniły też deszcz i ten paskudny wicher. Przegoniły kogoś jeszcze. Ostatnia warta przypadła Szramie. Znudzony wpatrywał się gdzieś między krzaki. Robiło się coraz jaśniej. Ktoś zdał sobie sprawę z tego, że ciemność już nie zapewnia mu wystarczającej ochrony. Czuł na sobie spojrzenie Szramy, tak jak Szrama od dawna czuł jego spojrzenie. Szrama był doświadczonym wilkiem, to ten drugi nie wytrzymał. Jakaś duża sylwetka poderwała się z ziemi i rzuciła do biegu… Nad wzgórzem krążyły wrony Ostatnio edytowane przez Keth : 08-04-2008 o 19:00. |
| | |
| | #168 |
![]() | Kolejna noc spędzona w dziczy była dla młodego hobbita naprawdę okropna, tym razem nie mógł schować się przed wichrem nawet za spróchniałą ścianą starej karczmy. Pomijając zawodzenie wiatru i przejmujące zimno, Telio nie mógł spać głównie z powodu leżącego obok rannego. Mimo, że go nie znał, serce Brandybucka było pełne współczucia dla tego człowieka. Kiedy dochodziła już pewnie trzecia nad ranem hobbit całkowicie zrezygnował z prób zaśnięcia. Podniósł się ze swojego posłania i siadając przy ognisku otulił się szczelnie kocem, na którym wcześniej leżał. Gdy tak siedział, dopiero po jakimś czasie zorientował się, że oprócz niego nie śpi także elf, postanowił więc odwrócić się od wątpliwego ciepła ognia i przysunął się bliżej czuwającego nad rannym. - Wyleczycie go panie Galdorze? Te zioła, które mu daliście, usuną truciznę? - zapytał szeptem eldara. W jego głosie była nikła zaledwie nadzieja a i ta rozwiała się na widok zasępionej twarzy towarzysza. Hobbit spuścił głowę, nie chcąc patrzeć na jego znękaną twarz, a po kilku kwadransach wrócił do ogniska, przy którym spędził resztę nocy dalej nie mogąc zasnąć. ”Co ja tu robię? Wkoło zbójcy, nawet takich dzielnych mężów jak pan Meadil mordują, a ja co? Nawet do pełnienia warty się nie nadaję. Że jajecznicę potrafię ugotować albo konia panu Szramie pomóc uspokoić, nic wielkiego, i beze mnie by sobie poradzili. Ech, po co to było z domu wyjeżdżać, za przygodą gonić?” - posępne myśli goniły jedna za drugą, ale Telio nie dał się im długo trzymać. - ”A choćbym i zupełnie wszystkim zawadzał, ale pojadę za nimi aż to się wszystko skończy." - postanowił z nową determinacją. - Ma się roznieść po szerokim świecie, że hobbici nic nie warci i tylko jeść i spać potrafią? Niech nawet znowu z tymi upiorami przyjdzie się zmierzyć, to nie ucieknę; raz już się z nimi spotkałem i żyję. Niech i wszystko co najgorsze się przeciw mnie zbiegnie, ale pojadę za imć Galdorem, który raz mi życie uratował i dług mam wobec niego do spłacenia i za panią Narfin, która brata szuka i niech mnie wszystkie upiory porwą, jeśli im nie dopomogę. Zobaczą wszyscy, ile warci mieszkańcy Shire, zobaczą, że nie byle kto miano Brandybuck'ów nosi.” Czynione przed samym sobą obietnice podniosły najwyraźniej niziołka na duchu i uspokoił się on nawet na tyle, by na dwie godziny przed świtem zasnąć i śnić o bohaterskich czynach, które wciąż na niego czekają. Kiedy wstał i zobaczył pogodniejszą twarz dunedaina, jego humor również się poprawił. - Żyje, a więc jest jeszcze nadzieja, panie Galdorze, nie poddawajcie się za niego, bo nie byle kto to jest i nie wiadomo, jakie jeszcze siły w nim się kryją. - powiedział z nieoczekiwaną nawet dla samego siebie stanowczością, ale i prawdziwą nadzieją w głosie. Po tych słowach zabrał się za pakowanie własnych rzeczy nie wspominając nawet słówkiem o śniadaniu. Najwidoczniej krótki sen przywrócił hobbitowi utracone siły, ale także noc spędzona na rozmyślaniach umocniła jego ducha. Jedynym, co go niepokoiło, było stado wron krążące w górze. "A wy czego tu?! Nie myślcie sobie, że imć Meadila dostaniecie, padlinożercy jedni! I jeszcze sokoła pana Manfennasa podziobały, wynoście się stąd, niech was wiatr postrąca!" - złorzeczył im, a znalazłszy odpowiedni kamień cisnął nim w ich stronę tak wysoko, jak tylko mógł przy swoich siłach. "Tego popróbujcie, a podlećcie bliżej to więcej się takich znajdzie!"
__________________ "Kiedy przychodzimy na świat płaczemy, inni się śmieją. Umierając śmiejemy się, niech płaczą inni." - Voltaire |
| | |
| | #169 |
![]() | Tej pory nie znosił. Nie znosił szarzejącego nieba, nie znosił tej przedsłoneczej, zimnej jasności. Słabej a natrętnej. Zdradliwej. Uśmiechnął się paskudnie do chaszczy. Ileż milsza była noc. Przytulna, wierna ciemność. Ciepły mrok wieczoru... - Szlag... Wolałby tak do wieczora mierzyć się spojrzeniem z cieniem w krzakach, niż zrywać się nagle z niemiłym chrzęstem stawów. Nie żeby nie był gotów, nie żeby się nie spodziewał... Po prostu by wolał... Gdyby jeszcze kubek kawy... Albo i czegoś lepszego na rozgrzewkę... Chciał obudzić trochę wcześniej strażniczkę, dopiero nad świtem, żeby jej nie przerywać odpoczynku. I żeby przechytrzyć świtanie. Powiedzieć o pieczętowanych pismach, zapytać... A nie gnać przez wertepy na złamanie karku, pod chłostą gałązek, żeby wreszcie - teraz - rzucić się wprzód, wyciągnąć jak struna i zwalić na ziemię, przygnieść... Topór by zawadzał, długi miecz nie lepiej, o krótkim któż by pamiętał. Ale w rękawie czeka stary przyjaciel. W mgnieniu sięgnie gardła. Gotowy... |
| | |
| | #170 |
![]() | Haerthe Nie obudził Cię ani trzask nadepniętej przez zwiadowcę gałęzi, ani wrzask wron, ani biegnący Szrama. Obudziło Cię parsknięcie Łatki, wyraźnie poruszonej całym zdarzeniem. Szrama niknął już gdzieś między chaszczami. Zaraz potem usłyszałeś gardłowy wrzask. Mina powracającego wartownika nie pozostawiła żadnych wątpliwości co do tego, że trzeba gotować się do drogi, a raczej natychmiast ruszać. Szrama ![]() - Czarnoksiężnik wraca. Wszyscy wy… śmierć! Były to jedyne artykułowane słowa, jakie wymówił we wspólnym. Patrzyłeś w jego dogasające oczy i rozchlastaną tętnicę. Nawet nie musiałeś się zbytnio wysilać. Gdy za pierwszym razem targnął się pod Twoim ciężarem atak szedł już na bark. W ostatniej chwili targnął się ponownie, niemal samemu wciskając swoje gardło w nienasycone krwią ostrze. Ty mu tylko lekko dopomogłeś… To był stary, dziki wojownik. Duży i potwornie niezdarny. W regularnej walce miałby jeszcze jakieś szanse, ale starość nie była dobrą partnerką do leśnych biegów. Rozerwana o jakąś gałąź koszula ukazywała wytatuowany tors. Poza niewielką siekierką za pasem na swoje podchody nie zabrał niczego. Zastanawiałeś się gdzie są jacyś jego zbrojni towarzysze. Niedobre przeczucie kazało Ci zerknąć do przodu, trochę wyżej. Oho… zbrojni idą. Kilka jaśniejszych plam między drzewami. Czyjeś swobodne zawołanie. Blask pierwszych promieni słońca odbitych od hełmu. Włócznia, której grotem ktoś niezgrabnie zahaczył o gałąź. Są jeszcze daleko, ale kierunek ich marszu nie pozostawia wątpliwości. Amon Sul… |
| | |
| Reklama |
| |