![]() | ![]() |
![]() |
| |||||||
| Sesje RPG - Inne Tutaj możesz zagrać w tych światach, które zostały pominięte powyżej. Czy to rządzona przez orki Orchia, czy może kosmos w erze, kiedy słońca zaczynają gasnąć. Na pewno znajdziesz tu coś dla siebie. |
![]() |
| | Narzędzia wątku | Wygląd |
| | #171 |
![]() | Długo w noc nie mogła zasnąć, wpatrując się w ciemność. Nie chciała czuwać przy rannym towarzyszu dziecięcych zabaw. Zaraz po dostarczeniu Galdorowi athelasu usunęła się obejmując pierwszą wartę, a tym samym dając elfowi swobodę działania. Wiedziała, że to tylko spowolni umieranie, nie wyleczy... Patrząc na strażnika słyszała śpiewane przez niego pieśni i widziała oczyma duszy jego braci... Oni wszyscy są martwi... I swojego brata, który - wiedziała o tym w głębi serca, choć nie chciała tego przyznać - też leży martwy. Wiedziała też, że w końcu go znajdzie i rozpozna. Choćby niewiele z Ciebie zostało... Nie chciała o tym myśleć, więc postanowiła chociaż spróbować się przespać te kilka godzin. Zamierzała wstać o świcie. Uwielbiała patrzeć jak słońce wstaje znad horyzontu i powoli przyćmiewa swoim blaskiem gwiazdy, jak przez chwilę są na niebie wszystkie razem, po czym słońce obejmuje firmament we władanie aż do zmierzchu, kiedy oddaje go gwiazdom i księżycowi... ale dziś zza chmur nie widać gwiazd, nie będzie też pewnie widać wschodzącego słońca. I dobrze... Narfin nie miała nastroju na piękne widoki. Otaczająca ich aura doskonale pasowała do jej nastroju, a już szczególnie te najzimniejsze i najbardziej lepkie godziny przed świtem, kiedy niebo jest pozbawione barw, niezdecydowane, czy się rozjaśnić, czy pozostać ciemne - i mroczne... Nie mogąc już dłużej wytrzymać leżąc w beznadziejnej próbie przywołania snu, strażniczka postanowiła się rozejrzeć. Zauważyła, że nie ona jedna ma problemy z zaśnięciem. Teliamok - najwyraźniej również dręczony niewesołymi myślami - przysiadł się do Galdora aby czuwać nad Meadilem. Uśmiechnęła się do siebie. Zadziwia mnie ten niziołek... Niespodziewanie dla siebie, zanim zdążyła zauważyć, że hobbit już po chwili wrócił do ogniska, jeszcze bardziej strapiony, zapadła w niespokojną drzemkę. Ze snu wyrwał ją gardłowy charkot. W mgnieniu oka zerwała się z posłania złorzecząc w duchu. Mimochodem zauważyła Mafennasa wpatrującego się ze zdziwieniem w martwą wronę leżącą i jego stóp. Wrona...? - Potrząsnęła głową przekonana, że ma przywidzenia. - Na Eru! Już świta! Jak mogłam tak zaspać? Nawet hobbit już nie śpi... Co się ze mną dzieje? Ładną reputację sobie wystawiam... Rozejrzała się niespokojnie i jej spojrzenie przykuły krążące nad nimi wrony i słabe błyski w oddali. Tak słońce mogło się odbijać tylko w hełmach... Górale! Czuła narastającą panikę. Nie ulegało wątpliwości, że kierują się prosto na nich. Zachowywali się dosyć głośno, więc istniała szansa, że nie wiedzą o ich obozowisku. Jeśli ma rację, muszą zatrzeć za sobą wszelkie ślady. Nie dawało im to jednak dużej przewagi. Zwłaszcza, że poranek wstawał jasny i czysty. Będziemy doskonale widoczni... Musieli natychmiast stąd zniknąć, inaczej wszyscy zginą... |
| | |
| Reklama |
| |
| | #172 |
![]() | Machnął tylko ręką w stronę koni - potwierdzając mało paradnie to, z czego Haerthe doskonale zdawał sobie sprawę - i pognał na górę. - Nie rób tego więcej - warknął z tyłu, zaciskając na zamierzającym się kolejnym kamieniem hobbicim ramieniu stalowe, zdawałoby się, palce. Rzucił strażniczce siekierkę odebraną zwiadowcy i czujne spojrzenie. Wiedziała. - Został w krzakach. Koniarz nie śpi. Odszukał wśród tobołków swój długi miecz w owiniętej skórami pochwie. Topór został przy koniach... |
| | |
| | #173 |
![]() | Wielkie cielsko wilka legło w rozoranej drącymi darń łapami, trawie. Krótką chwilę jeszcze trwały konwulsje, zanim życie uszło całkiem z bestii pozostawiając po sobie zaledwie cień w postaci przeszklonych szeroko otwartych oczu. Tuż obok leżał człowiek wpatrujący się niewidzącym spojrzeniem w jasno pomarańczowe niebo wstającego nowego dnia. Wokoło jego głowy rosła stopniowo kałuża gęstej ciemnokarminowej krwi szybko wsiąkającej w wysuszoną glebę stepów południa. Haerthe stał patrząc na oba ciała i nie wiedząc czemu czuje tak trudne do opanowania przerażenie. Nie wiedział czego się boi. Leżącego człowieka nienawidził najszczerzej jak umiał, a wielki wilk, który pośmiertnie wykrzywił pysk jakby w drwiącym uśmiechu... kpiną... parsknięcie Łatki. Ale jakby z oddali... Haerthe otworzył oczy, by spostrzec, że już świta. Otarł spocone ze strachu czoło i podniósł się czując zwalniające kołatanie serca w klatce. Uspokajał się. Dopiero po chwili zaczęły dochodzić do niego oznaki zwiastujące nieszczęście. Krzaki tuż obok koni poruszyły się, na co też najbliższe zwierzęta zareagowały rżeniem. Potem krzyk i wyłaniający się z chaszczy Szrama. Trzymane przez niego ostrze noszące ślady świeżej krwi potwierdzało dość nietypową dla niego minę skupienia. W oddali za nim dały się słyszeć urywane głosy. Szrama nie tracąc czasu na wyjaśnienia gestem ręki wskazał wierzchowce i pognał po schodach na szczyt Amon Sul. Haerthe jeszcze przez chwilę patrzył na niego nie mogąc sobie uświadomić co mu ta postać przypomina. Bladożylaste ramiona okryte płaszczem, nad którego pochodzeniem lepiej było się nie zastanawiać tworzyły w połączeniu z całą jego sylwetką jakieś dziwne, trudne do określenia wrażenie... Możeś i ty nie góral z Dunlandu, ale mam wrażenie, że wcale nie powinno mnie to cieszyć... Sprawnie zwinął swój śpiwór i wrzucił do juków Łatki. Potem zajął się siodłaniem hobbitowych kucyków, Admusa, Czarnego i dalej w kolejności do sprawiających najmniej problemu pozostawiając konie elfów i Łatkę na koniec. Gdy skończył przyjrzał się uważnie wierzchowcom typując tego, który będzie się nadawał do utrzymania dwóch osób. Nagły krzyk, a raczej coś pomiędzy krzykiem a warknięciem, od strony zarośli uprzytomnił mu, że czas im się kończy. Szybko odpiął krótki łuk przytroczony do kulbaki Łatki i odbezpieczył włócznię. Jeden raz zdążę strzelić pomyślał wsłuchując się w schodzących w końcu po schodach towarzyszy. Zobaczywszy nieprzytomnego młodego chłopaka niesionego przez Galdora i Manfennasa rzucił szybko: - Niech Narfin jako najlżejsza weźmie chłopaka i wsiada na wałacha Valina. Jej dzianet to dobry zwinny koń, ale może nie wytrzymać długiego galopu z dwojgiem na grzbiecie. Gdy strażniczka stanęła w obronie swojego wierzchowca, nie oponował. Nikt nie zna konia lepiej od samego jeźdźca... Umocował na powrót łuk do kulbaki i pospieszył by pomoc halflingom przy możliwie prędkim zapakowaniu ich na kuce.
__________________ Beer is proof that God loves us and wants us to be happy Benjamin Franklin Ostatnio edytowane przez Marrrt : 08-05-2008 o 15:40. Powód: topór i łuk |
| | |
| | #174 |
![]() | Po raz kolejny pogratulowała w myślach Szramie. Potrafił zareagować właściwie i - przede wszystkim - szybko. Sądząc po toporku, jaki jej rzucił, zwiadowca nie żyje. JEDEN ze zwiadowców, bo zawsze jest ich więcej... Zbiegła na dół błyskawicznie spakowana, niosąc też bagaże Galdora i Mafennasa, którzy zajęli się rannym. Okazało się, że napastników było dwóch... Mogliśmy stracić konie... Skinieniem głowy pogratulowała Haerthe przytomności i refleksu. Gdyby nie on, mogliby mieć jeszcze większe problemy z umieszczeniem wszystkich na koniach, które teraz - w komplecie - czekały gotowe do drogi. - Nie martw się o Onyksa. Jest może niepozornej budowy, ale potrafi wytrzymać dużo więcej, niż Ci się wydaje. I ma łagodny galop, co jest w tym momencie najważniejsze... dla życia Meadila... Spojrzała na łuk w rękach Rohirrima - Schowaj broń. Naszym jedynym ratunkiem jest szybkość. Jeśli zbliżą się do nas na odległość strzału z łuku - DŁUGIEGO łuku, to wszyscy będziemy martwi... Ostatnio edytowane przez Viviaen : 08-07-2008 o 13:32. |
| | |
| | #175 |
![]() | Noc minęła na czuwaniu przy rannym, który wciąż nie mógł się zdecydować, czy już powinien się poddać, czy nie. *** Po powrocie Narfin z ziołami Galdor wprawnie wybrał potrzebne mu składniki i przyrządził mieszankę, która powinna powstrzymać na jakiś czas działanie trucizny krążącej w żyłach leżącego mężczyzny. Athelas miało cudowny wpływ na ludzki organizm, ale nie było wodą życia. Inne zioła były równie ważne. Po chwili Meadil miał przemytą i opatrzoną ranę, zaś elfowi udało się wlać mu do gardła kilka łyków wywaru. *** W środku nocy do ogniska, przy którym leżał ranny przysiadł się hobbit. Widać było zmęczenie na jego twarzy, ale zdenerwowanie nie pozwalało mu usnąć. ... - Nie usuną trucizny, ale spowolnią jej działanie. A reszta będzie zależała, czy znajdzie w sobie jeszcze choć trochę chęci do życia. Sprawdził opatrunek i stwierdził, że już czas go wymienić na czysty, gdyż ten właśnie przesiąkał krwią. No i przydałoby się jeszcze raz nasączyć go naparem. Rano stan chorego poprawił się trochę i rokował nadzieje na wyzdrowienie. Już miał budzić innych, gdy usłyszał zamieszanie na dole. Coś się tam działo. Widok Szramy z zakrwawionym nożem potwierdził jego obawy. Szybko wspiął się na resztki wieżycy i rozejrzał się dookoła. Od wschodu nadchodził oddział zbrojnych. Z innych kierunków nie było widać zbliżających się innych zagrożeń. To byli górale, więc nie mieli co liczyć na przyjazne przyjęcie ... tym bardziej po tym, co zrobił Szrama. Było ich zbyt wielu, by liczyć na udaną potyczkę. Musieli się wycofać. Wczoraj wieczorem gościńcem przejechali jeźdźcy. To mogła być forpoczta. Nie było chwili do stracenia. Każdy moment zwłoki powodował, że droga odwrotu mogła być odcięta. Zbiegł z murów i zobaczył, że jego towarzysze już zwinęli obozowisko i schodzą na dół, do koni. Podszedł do rannego i delikatnie wziąwszy go na ręce poszedł za resztą. - Masz rację, Narfin. Strzelanie do nich tylko ich rozsierdzi i nie odpuszczą nam szybko. Jeśli po prostu uciekniemy, nie powinni nas zbyt długo gonić, jeśli tylko stwierdzą, że nie mają szans. Popatrzył po obecnych. - Powinniśmy się rozdzielić. Narfin, hobbici, Szrama i Valin niech ruszą potokiem w dół z kucami, rannym i Admusem. My, - spojrzał na Haerthe i Manfennasa - odwrócimy uwagę tych górali. Pogalopujemy gościńcem na zachód. Powinni pomyśleć, że tylko my tu byliśmy i nie będą szukać wolniejszej reszty. A później się spotkamy w dole strumienia. Szybko, nie mamy chwili do stracenia. Ruszajcie, a my zatrzemy trochę ślady i wykonamy swoją część zadania. Spotkamy się wieczorem. Ostatnio edytowane przez Smoqu : 08-08-2008 o 20:57. |
| | |
| | #176 | ||
![]() | ![]()
Konie w galopie pędzą korytem strumienia, woda rozpryskuje się na wszystkie strony. Naprzód! Czujecie prężące się pod Wami ciała wierzchowców. Szybciej i szybciej, w galop! Gałęzie nisko pochylających się nad wodą drzew chłoszczą Was po twarzach, ale kto na to patrzy może tamci się już zbliżają? Może za chwilę zasyczy w powietrzu czerwonopióra strzała by ukąsić śmiertelnie? W konie! Szli u podnóża Wichrowego Czuba. Powoli, rozglądając się na wszystkie strony, czujni niczym dzikie zwierzęta gotowe w każdej chwili zaatakować. Twarze o ostrych rysach zdobiły paskudne, różnobarwne malunki. Było w nich coś złowieszczego, coś co sprawiało, że dłoń sama trafiała na rękojeść broni. Dzicy! Dzicy nadchodzą! Chciało by się zakrzyknąć, ale kto w tej głuszy dosłyszy wołanie na alarm? Słońce powoli znikało na zachodnim horyzoncie oblewając wszystko pomarańczowo-czerwonym blaskiem. Wszystko wydawało się być pozłocone światłem konającego słońca. Lecz nikt z Was nie wpatrywał się w słoneczne cudności. Pospiesznie rozbite obozowisko otuliła cisza. Milczenie i strach zagościły w Waszych sercach. Jeden tylko ranny Meadil od czasu do czasu wypowiadał jakieś na wpół zrozumiałe słowa, nawet dziki zazwyczaj Rajon milczał przybity ponurym nastrojem. Gdzie oni są? To pytanie kołatało się w Waszych głowach, nawet na chwilę nie dając Wam spokoju. Czyżby dopadli ich dzicy górale? A jeśli tak to co dalej? Jak poradzą sobie bez Galdora? Kto lepiej zajmie się końmi niż Haerthe? I gdy wszelka nadzieja zaczęła już gasnąć razem z ostatnimi promieniami słonecznego światła z zarośli okalających polankę wyłoniły się sylwetki dwóch jeźdźców. Konie ich były spienione po długim galopie, a oni sami wielce utrudzeni i... Ich twarze pełne były nie wypowiedzianych uczuć. Haerthe wbił wzrok ponuro w ziemie pod kopytami Łatki nie wypowiadając nawet jednego słowa. -Gdzie Mannfenas? - Zapytał Teliamok, ale nie usłyszał odpowiedzi... Do tamtej chwili wszystko szło dobrze. Ślady skrzętnie zatarto, a konie galopem pognały na zachód po gościńcu. Wszystko miało być tak jak to sobie zaplanowaliście. Ale w każdym najlepszym nawet planie tkwić może zalążek porażki i tak było tym razem. Wpadliście na nich przez zupełny przypadek. Zdawali się być tak samo zdziwieni jak i Wy. I może to właśnie uratowało Wasze żywoty. Dwunastu jeźdźców stało na trakcie, nie za szybko ich dostrzegliście gdyż zasłaniał ich masyw Wichrowego Czuba. Tylko część z nich siedziała w siodłach i Ci właśnie na Wasz widok zareagowali jako pierwsi. Nad Waszymi głowami przemknęły strzały, śpiewając sykliwą pieśń o śmierci. Zawróciliście konie i w te pędy pognaliście prosto w dzicz, a tamci byli tuż za Wami! Pochyleni nad końskimi grzbietami pędziliście na złamanie karku! I nagle stało się! Zostający nieco z tyłu koń Mannfenasa zarżał donośnie i za nic mając wodze popędził gdzieś w bok. Zdołaliście tylko dostrzec wbitą w jego zad strzałę. Jak na komendę ścigający Was się podzielili, część ruszyła tropem rannego Mannfenasowego wierzchowca, a reszta wciąż siedziała na Waszych karkach. Haerthe zmełł w ustach ostre rohirrimskie przekleństwo i wyrwawszy z juków krótki, jesionowy łuk i ledwie się odwróciwszy posłał swoją strzałę na spotkanie ścigającym. Ktoś zawył dziko, jakiś tumult się uczynił, ktoś wpadł na kogoś, pośccig został w tyle... -Nie od razu ich zgubiliśmy. - Rzekł na zakończenie opowieści Galdor - Ich konie są niewiele większe od kucyków i nie mogły dotrzymać kroku naszym wierzchowcom. Tylko dzięki nim żyjemy. A co stało się z Mannfenasem nie wiem, jeśli pozwolą Valarowie jeszcze go kiedyś zobaczymy... ![]() Wysoko na ciemniejącym niebie poruszał się maleńki punkcik. Zdawało się, że ciszę jaka zapadła gdy tylko Galdor skończył mówić, przeszył tęskny krzyk szybującego sokoła.
__________________ "Co będziemy dzisiaj robić Sarumanie?" "To co zwykle Pinki - podbijać świat..." by Marrrt Ostatnio edytowane przez Avaron : 08-11-2008 o 20:00. | ||
| | |
| | #177 |
![]() | Co przeoczyłem? Dlaczego nie wyczułem ich wcześniej? Przecież wczoraj odjechali właśnie w tym kierunku. GŁUPIEC! Galdor był wściekły, że w taki sposób naraził swoich towarzyszy. W dodatku jednego z nich stracił ... Miał tylko nadzieję, że Manfennas jednak przeżył. Niezbyt dobrze rozpoczęła się ta podróż do Elronda. Miała być zwykłą wyprawą po manuskrypt, a przerodziła się w niebezpieczną przeprawę przez tereny będące pod kontrolą wroga. Siły zła zawsze w jakiś sposób wiedziały, że coś się dzieje, gromadziły się i uderzały jednocześnie. To już nie była tylko sprawa Bree. Obecność barbarzyńców w tej okolicy zwiastowała poważniejsze kłopoty. A upiory, które zaatakowały miasteczko, były tylko wstępem. Popatrzył w zasępione twarze swoich towarzyszy. Wszyscy wydawali się być przybici stratą jednego kompana, nawet jeśli był to ktoś, kogo poznali zaledwie kilka dni temu. Hobbici wyglądali na zmęczonych i przestraszonych. Inną sprawą jest wyprawa po przygody, a inną bycie ściganym przez oddział górali. Narfin bardzo przejmowała się rannym Meadilem i tym, co spotkali pod Amon Sul. Tylko Szrama miał zwykły dla siebie, lekko kpiący wyraz twarzy. Nie było czasu na rozczulanie się nad swoim położeniem. Każda minuta zwłoki zwiększała szanse na odkrycie ich przez wrogów. A górale bez wątpienia będą ich szukać, jak odkryją ciało pozostawione przez nich pod Wichrowym Czubem. I będą szukać do skutku ... - Dziś nie możemy rozpalić ogniska, zbyt łatwo mogliby nas wyczuć. - zagaił - Już jest ciemno, więc nie ma sensu dalej podróżować, bo tylko możemy się pogubić. Rozbijmy tu obóz i odpocznijmy. Jutro wcześnie rano ruszamy dalej. Będziemy jechać na wschód po bezdrożach aż do Mitheithel, bowiem nie wiemy, czy Gościniec nie będzie patrolowany. Jej brzegiem dojedziemy z powrotem do gościńca i później ruszymy nim prosto do Rivendell. Mam nadzieję, że Ostatni Most nie będzie zajęty. To wydłuży podróż, ale nie mamy innego wyjścia. Podszedł do leżacego dunedaina i pochylił się nad nim. Stan rannego wydawał się być stabilny, ale twarz mężczyzny wyrażała rezygnację. Nie przeżyje, jeśli nie będzie chciał. Musiał w nim obudzić chęć życia, inaczej jego wysiłki będą pozbawione sensu. - Meadilu, obudź się. - Galdor delikatnie nim potrząsnął. Ranny cicho jęknął i niechętnie otworzył oczy. - Musisz mnie wysłuchać. Eriador został najechany przez górali z północnych wzgórz. Jesteś nam potrzebny. Twoja droga na ziemi jeszcze nie dobiegła końca. Nie chciej na siłę dołączyć do swoich braci. Doskonale wiesz, co oni by zrobili w tej sytuacji. Jeśli nie będziesz walczył, zdradzisz ich pamięć. Wbił płomienny wzrok w twarz leżącego czekając na jakąkolwiek reakcję ... Ostatnio edytowane przez Smoqu : 08-14-2008 o 14:13. |
| | |
| | #178 |
![]() | Siedział pod krzakiem, nogi wprzód wysunąwszy, a łokcie na zgiętych lekko kolanach wspierając. W palcach obracał solidny kąsek uszczknięty z prowiantu, jakby apetytu szukając, choć jeśli by kto się przyjrzał przez chwilę, wiedziałby, że przynajmniej Szrama tego akurat w tej urokliwej wędrówce nie zgubił. Nie był więc po całym dniu stratny, zwłaszcza, że zyskał w drodze zapas dokuczliwej, zimnej wilgoci, sięgającej co najmniej kolan, ale szczególnie zadomowionej w butach. A także pewne niezwykłe, niewymownie wręcz uporczywe uczucie tęsknoty. Sentyment za czymś, czego tak niedawno pozbywał się z dumą. To były ciężkie, toporne buciory, naprawiane tak wiele razy, że zatraciły zwyczainy kształt i przybrały jakąś pierwotną, mityczną formę, esencję butowatości. Zaimpregnowane przez czas i konieczność, i to, co nadaje lepiankom moc zamków. Taki strumień nie zrobiłby na nich wrażenia. To, co teraz miał na nogach, przemógł bez problemu. Zgrabne, porządne, podróżne buty. Prawie nowe. Przemięknięte i bulgoczące. Daj mu zdechnąć, długouchy... Honor, zdrada, pamięć... Daj mu zdechnąć... Nieśmiertelny... |
| | |
| | #179 |
![]() | Zmęczony po całym dniu szaleńczej ucieczki siedział Telio obok swojego kucyka głaszcząc równie co on zmęczone zwierze, do tego stopnia pogrążając się w swoich rozmyślaniach, że zapomniał nawet o tym, że przez cały dzień nie miał nic w ustach. "Gdzież się oni podziewają? Nie zdybali ich chyba tamci w zasadzce jak pana Meadila?" - powtarzał ciągle te same pytania od czasy do czasu jedynie spoglądając na nieprzytomnego człowieka. Zamartwiał się, ale nie miał odwagi nawet pomyśleć o tym, jak będą wyglądały ich dalsze losy, jeśli tamci nie wrócą. Na samą myśl o tym, jak wiele niebezpieczeństw na nich czeka zdejmował Teliamoka blady strach. Gdy tak siedzieli wszyscy posępnie milcząc, nagle ich oczom ukazało się dwóch jeźdźców. Dwóch... przez kilka sekund hobbit jeszcze czekał aż z zarośli wyłoni się trzeci, ale w końcu wyraz twarzy Haerthe i Galdora uświadomił mu, że się myli. - Gdzie Mannfennas? - zapytał przerażonym głosem. Być może sprawiała to wrodzona prostota rozumowania właściwa wszystkim hobbitom, a może brało się to z faktu, iż nie zdawał on sobie do końca sprawy z powagi sytuacji, ale to Telio zawsze wypowiadał na głos to, co trapiło wszystkich. Twarze towarzyszy, zwrócone ku niemu nie dawały żadnej nadziei. Hobbit mimowolnie spojrzał w stronę Meadila. "Czy i Sokolnika czeka taki los? Temu tutaj jest przynajmniej komu pomóc, a tamten?" Słowa Galdora jakby z oddali docierały do niziołka. Zrozumiał tylko, że nie mają czasu do stracenia, ale to już wiedział wcześniej. Pogrążył się w smutku nie zwracając uwagi na polecenia wydawane przez elfa i patrzył na leżącego dunedaina. I wtedy przypomniał sobie, jak jeszcze rano sam pocieszał eldara i kazał nie tracić nadziei. W tym też momencie dostrzegł na niebie krążącego sokoła, którego pisk niósł się z oddali. Telio przyjął ten widok jako dobry znak, uśmiechając się lekko. "Może żyje jeszcze pan Manfennas i swojego sokoła wysłał, żeby nas wypatrywał?" - myślał sobie, a po chwili odezwał się do towarzyszy wskazując ręką ptaka: - Czy ten ptak to nie sokół? Być może to Manfennas nas szuka, może i jemu koń uratował życie. - jego słowa brzmiały naiwnie, nawet sam Telio miał tego świadomość więc zamilkł i na powrót zasmucony podszedł do swojego kucyka i wyjąwszy z juków koc zaczął przygotowywać się do noclegu. Nie opuszczała go wprawdzie nadzieja, jak robaczek świętojański krążąca w jego sercu, ale nie miał już siły, żeby o czymkolwiek rozmawiać. "Nie wie nikt, co się z Sokolnikiem stało i nie ma co strzępić języka. Choć wszyscy mają grobowe miny, może jeszcze on żyć, ale nie pora teraz to rozważać. Z tego wszystkiego nawet apetyt straciłem, ale coś zjeść przecież muszę bo jeszcze w drodze zasłabnę." Znalazłszy zatem zajęcie dla rąk, hobbit wyjął kilka sucharów i zaczął je gryźć siedząc na ziemi. Zapadał już zmrok i szybko ogarniała go senność, a że był zmęczony, szybko zapadł w sen, odsypiając nieprzespaną noc i cały dzień jazdy.
__________________ "Kiedy przychodzimy na świat płaczemy, inni się śmieją. Umierając śmiejemy się, niech płaczą inni." - Voltaire Ostatnio edytowane przez Makuleke : 09-01-2008 o 20:37. |
| | |
| | #180 |
![]() | Przystanęli w końcu pod wielkim wiązem dając odrobinę wytchnienia koniom i sobie. Gęste witkowate gałązki zaszumiały od podmuchu wiatru gdy obaj wstrzymali oddechy i wsłuchali się w mąconą jedynie miarowym kapaniem błota z końskich boków i brzuchów, ciszę. Byli sami. Słońce powoli zaczęło opadać ku zachodniemu horyzontowi i czasu do zachodu pozostało niewiele jednak w głowach obu jeźdźców pozostawało nie dające spokoju niezdecydowanie. Czy pozostawić towarzysza w potrzebie, czy też narazić wyprawę na szwank. Haerthe obtarł ręką spocone czoło i przełożył nogi na kulbakę by móc je przez chwilę wyprostować. Pochyliwszy się pogłaskał Łatkę po parującej od zmęczenia łopatce gdy wokół nich zaczęło narastać charakterystyczne bzyczenie owadów, które zwiedziały się o nowych przybyszach. Nieodzywając się spojrzeli po sobie z elfem jakby szukając w swoich twarzach odpowiedzi na nurtujące ich pytanie. Elf wyglądał na niemniej podbitego dylematem. Po chwili podjęli decyzję i ruszyli rysią przez rozciągające się ku wschodowi pola wysuszonej kostrzewy i obficie owocujących wiciokrzewów... Ostatnie staje pokonywali już niemal bez nadziei na dogonienie grupy Narfin tego dnia. Galdor co prawda dość szybko odnalazł gościniec, z którego uciekli przed góralami jednak kluczenie w krzewach trzmieliny zajęło im trochę czasu i słońce powoli zaczęło zmierzchać ofiarowując im już tylko skromnie migoczące między gałęziami olch pomarańczowe światło. Narfin na szczęcie ich nie zawiodła i gdy Haerthe zaczynał poważnie rozważać możliwość noclegu, elf odnalazł trop ich grupy i po chwili dotarli do niewielkiego obozowiska. Dopiero teraz pod pytającym spojrzeniem pozostałych Haerthe poczuł wstyd, że nie wrócili po Manfennasa. To nie był pierwszy raz gdy kogoś opuścił w potrzebie i myśl ta zagnieździwszy się w jego głowie i przybrawszy drwiący grymas Szramy zaczęła dręczyć młodego rohirrima. Z ulgą przyjął fakt, że Galdor wziął opowiadanie na siebie i w między czasie zajął się czyszczeniem i napojeniem obu koni, które przyjęły to z wdzięcznością okazaną jedynie poprzez przymknięcie oczu i postawienie dziarsko uszu. Skończywszy czyścić pobieżnie kopyta schował kopyść i spojrzał na elfa. Równie brudny i wyczerpany co i on, nie wiele zatracił ze swej szlachetnej postawy. Niemniej siedząc i przemawiając do rannego wydawał się jak dziecko. Kogo ty chcesz oszukać? Młody strażnik leżał owinięty w koce i trząsł się pod gęsto przeszywającymi jego ciało dreszczami. Konał. Konał w bólach i jeśli on - Haerthe na jego miejscu czegoś by potrzebował w takim momencie to, ciepłych ramion Narfin, a nie mowy zagrzewającej do walki. - Galdorze... dość już zrobiłeś dla niego... Teraz wszystko już w nie naszej mocy.
__________________ Beer is proof that God loves us and wants us to be happy Benjamin Franklin |
| | |
| Reklama |
| |