![]() | ![]() |
![]() |
| |||||||
| Sesje RPG - Inne Tutaj możesz zagrać w tych światach, które zostały pominięte powyżej. Czy będzie to rządzona przez orki Orchia, czy może kosmos w erze, kiedy słońca zaczynają gasnąć.. Na pewno znajdziesz tu coś dla siebie. |
![]() |
| | Narzędzia wątku | Wygląd |
| | #251 |
![]() | - Zaiste złe wieści przynosisz. Oblicze Galdora, przed chwilą rozjaśnione radością ze spotkania z dawno nie widzianym druhem, znów spochmurniało. Pojawienie się smoka tak blisko zamieszkałych terenów nie stanowiło dobrego znaku. A najgorsze było to, że smoki zawsze stanowiły najgorsze plugastwo wyhodowane przez Nieprzyjaciela. Były silne, przebiegłe i władały magią, a ich woli rzadko kto potrafił się oprzeć. Ich najsłabszym miejscem zwykle bywało podbrzusze, a i to tylko u młodych osobników. Starsze potrafiły w ten lub inny sposób zabezpieczyć swoje słabe punkty. Tak, pojawienie się smoka w okolicy zwiastowało kłopoty. Poważne kłopoty, pomimo, że smok musiałby przebyć Mroczną Puszczę i Góry Mgliste, aby dotrzeć do doliny. Mimo wszystko był zbyt blisko. - Niestety, Elronda nie ma w domu. Wyruszył z wyprawą i nie wiadomo, kiedy wróci. Dziś nie ma sensu roztrząsać wszystkich wieści i zastanawiać się nad ich znaczeniem. Jesteśmy zbyt zmęczeni po podróży. Oblicze elfa rozpogodziło się. - Odpocznijmy i spotkajmy znów tutaj jutro, po śniadaniu. Aegilionie, czy pokoje są gotowe dla gości? Popatrzył jeszcze znacząco na Sindara. - Dartho, Thule. |
| | |
| Reklama |
| |
| | #252 |
![]() | Sindar rozpromienił się na widok Galdora. Zawsze podziwiał starszych eldarów. Tych, którzy pamiętali dawne dzieje, stąpali w blasku dwóch drzew, stawali naprzeciw armiom Morgotha, albo ucztowali na dworze króla Thingola. Thule mógł o tym tylko pomarzyć. Nie czuł zawiści. Teraz trwały nowe, równie fascynujące czasy. - Galdor, Narfin. Cóż za spotkanie. Witajcie, jedzcie, jak to u siebie w domu. Dobrze, że wróciliście. Brakowało nam was. Przydacie się w Dolinie. Zwłaszcza teraz, kiedy pozostała zaledwie garstka obrońców, a coś złego wisi w powietrzu. Naprawdę się cieszę. Thule uścisnął rękę Galdora. Następnie skłonił się przed Narfin i złożył delikatny pocałunek na jej dłoni. Zdawałoby się, że strażniczka wyrwie rękę i zwymyśla zbyt śmiałego elfa. Przynajmniej tak wyglądała w oczach drużyny, po wspólnej wędrówce. Nic z tego. Narfin obdarzyła go bardzo ciepłym, przyjaznym spojrzeniem. I tyle. Nic. Wyszła z altanki. Nawet nie zwróciła większej uwagi na krasnoluda. - Witaj, mości Naugrimie, jestem Galdor. Cóż Cię sprowadza do tej doliny? - zadając to pytanie rzucił jednak szybkie spojrzenie na Sindara z milczącym pytaniem. Dowódca straży wzruszył ramionami. Spojrzenie skierował w stronę Balthima, również oczekując na odpowiedź. Opowieść wywołała w nim mieszane uczucia. Z jego twarzy wyczytałoby się więcej ciekawości niż zmartwienia. Dopiero na koniec, gdy krasnolud przedstawił tragiczne skutki zdarzenia, ze zrozumieniem pokiwał głową. Chciał coś powiedzieć, lecz cisza zadziałała przytłaczająco. Nawet Rajon wyczuł atmosferę. Nie zawarczał, nie zaszczekał. Wydał z siebie jedynie ciche skomlenie, po którym odezwał się Galdor. - Odpocznijmy i spotkajmy znów tutaj jutro, po śniadaniu. Aegilionie, czy pokoje są gotowe dla gości? - Oczywiście. Mogą się do nich udać kiedy zechcą. Ktoś ich zaprowadzi. Tymczasem ja zajmę się tym malcem. Aegilion wskazał Rajona wyprostowanym palcem i zwrócił się do Leona. - To twój krewniak? Poprowadź go za mną. Noldor opuścił altankę razem nimi. Drogi nieszczęśliwego rodzeństwa już nigdy nie skrzyżowały się z drogami śmiertelników obecnych na sali… Wkrótce nadeszło kilku elfów, którzy zaprowadzili gości do komnat w różnych punktach Rivendell. Każdy otrzymał to czego mu brakowało. Czystą pościel, wygodne łoże, odzienie, świeżą wodę, czy też przygotowane zawczasu podwójne śniadanie. W Dolinie niczego nie brakowało, a dobrym zwyczajem w niej panującym było goszczenie każdego tak, jak na to zasługuje po trudach podróży, lub jeszcze lepiej, z nawiązką. Sen przyniósł ukojenie. Zgodnie z życzeniem Galdora, Thule zaczekał jeszcze chwilę. Dopiero teraz, chociaż lekki uśmiech nie schodził z jego twarzy, pojawił się na niej wyraz zmęczenia. |
| | |
| | #253 |
![]() | Narfin wciąż dręczył jakiś nieuzasadniony niepokój, przez który nie mogła znaleźć sobie nigdzie miejsca. Cieszyła się z powrotu do domu, ale ta radość była ciągle przyćmiona i niepełna... Liczyła na pomoc Elronda - jak wszyscy, którzy przybyli do Rivendell i jego nieobecność mocno ją zaniepokoiła. Nie rozumiała zachowania Aegiliona, ale tą sprawą nie zamierzała się dręczyć. Wiedziała, że wszystko prędzej czy później się wyjaśni... Rzeczywiście po chwili Aegilion poprosił Galdora na rozmowę. Narfin nie zwlekając wyszła za nimi do ogrodu. Czuła, że powinna być obecna właśnie tam... Nie miała nic szczególnego do powiedzenia, a o bracie nie chciała wspominać Aegilionowi - coś ją zmuszało do zachowania tajemnicy, niemniej jednak potrzebowała informacji. Nie wiedziała jeszcze dlaczego, ale czuła, że sprawy nie są do końca takie, na jakie wyglądają. Musiała to przemyśleć. Po powrocie do altany lekki uśmiech rozjaśnił jej twarz. Rzeczywiście, ucztujący hobbici stanowili widok rozgrzewający serce... ale jeszcze milszy okazał się widok kolejnego elfa... Thule... Na lekki pocałunek złożony na dłoni zareagowała zupełnie inaczej, niż planowała, czym wywołała zdziwione miny na twarzach niedawnych towarzyszy podróży. Za długo byłam daleko od domu... Za dużo straciłam... Oczy same zaczęły napełniać się łzami, więc odwróciła się na pięcie i nie widząc, dokąd idzie, opuściła pomieszczenie. Wydawało jej się, że przy stole siedzi krasnolud, ale sama nie była pewna, czy to rzeczywistość, czy po prostu jeden z hobbitów rozmył się w jej oczach... Nie dbała o to teraz. Najpierw musiała dojść do siebie, odnaleźć spokój serca i duszy... i opłakać w samotności śmierć bliskich. Niedługo później znad rzeki rozległ się czysty, dźwięczny głos, śpiewający żałobny lament do wtóru szemrzącej wody... |
| | |
| | #254 | ||
![]() | ![]()
Czy to doliny tej czar, czy też lekki, łaskoczący podniebienie smak elfowego wina to sprawił? Któż to wie? Ja na pewno nie... Prawdą jest jednak to, że strudzeni wędrowcy, jeden po drugim zapadali w głęboki, spokojny sen. Wśród nieskończonej, zdawało by się białej miękkości, jedwabistej pościeli zostawili daleko za sobą długą pełną zgrozy drogę. Lecz czarowna dolina nie jedną skrywała tajemnicę, a i ścieżki snów prowadziły dalej niźli można by się spodziewać. Kiedy zasnął? Sam tego nie mógł wiedzieć. Może wtedy gdy czyjeś dłonie opatuliły go lekkim, acz ciepłym płaszczem? A może wtedy już gdy te same zdawało by się dłonie bez trudu uniosły go w nie znanym kierunku? Ha! I tego Teliamok nie wiedział, a szczerze mówiąc wiedzieć nie chciał. Gdy na jedną chwilę odzyskał jako, taką świadomość okazało się, że leży w wielkim łożu a tuż obok niego przewraca się i pochrapuje rumiany Olegard. W ciemności ledwo widział misternie wykonane kolumny, podtrzymujące rozciągający się nad jego czupryną baldachim. Przez chwilę nawet ciekawość zdawała się brać górę nad przytłaczającym zmęczeniem i Telio już chciał z łoża wyskoczyć by resztę wspaniałej zapewne komnaty zbadać gdy... ![]() - Spij mały wędrowcze... - Usłyszał lekki niczym powiew wiatru szept, ledwie zarys delikatnej twarzy mógł w ciemności dostrzec i połyskujące niczym gwiazdy oczy. - Długa za tobą droga, a jeszcze wiele przed tobą. Odpoczywaj jesteś bezpieczny... - Czy to sen? - Zapytał Telio, przymykając z nagła ciążące mu powieki. - Jeśli tak, to jest to dobry sen. - Rzekła, a ostatnie co Teliamok poczuł było delikatne dotknięcie na swoich kędzierzawych włosach. A potem widział już tylko gwiazdy tańczące nad swą głową, roześmiał się i niczym mały hobbit skoczył między nie by razem z nimi zapląsać... Zbudził ich śpiew, czysty i radosny - hymn ku chwale wstającego na wschodzie słońca. Znikło gdzieś ciążące od tak dawna znużenie. Jasny był umysł, a duch jakby lekki. Czekały już nań misy z wodą i czyste odzienie elfowej roboty. Roześmiani przewodnicy prowadzili jakże odmienionych wędrowców wprost do głównej sali gdzie oczekiwał ich Aegilion wraz z Galdorem. Zastępujący gospodarza noldor z bladym uśmiechem wskazał gościom miejsca przy wielkim stole gdzie już czekało jadło wraz z napitkiem. Ostatnia do sali weszła Narfin i to ona okazała się być najbardziej zjawiskowa pośród wszystkich cudów domu Elronda...
__________________ "Co będziemy dzisiaj robić Sarumanie?" "To co zwykle Pinki - podbijać świat..." by Marrrt Ostatnio edytowane przez Avaron : 10-22-2008 o 21:00. | ||
| | |
| | #255 |
![]() | Pod nieobecność Galdora, Narfin, Haerthe i ich gospodarza Aegiliona, biesiada w altanie toczyła się coraz weselej. Mimo, że Szrama swoim zwyczajem siedział ponuro rozglądając się po reszcie towarzystwa, a Manfennasowi ledwo udawało się przezwyciężyć senność, przy stole nie panowała cisza. Hobbici, nasyciwszy tak pierwszy, jak i drugi głód, jęli zaspokajać trzecie, po jedzeniu i napitku, pragnienie, a mianowicie pragnienie rozrywki. Dłużące się dni na szlaku były wprost nieznośne, zwłaszcza, że cała podróż odbywała się w ciszy powodowanej żalem po stracie towarzyszy i strachem przed orkami. Teraz natomiast, gdy naokoło było bezpiecznie, a cała Dolina witała wędrowców swoim kojącym nastrojem, języki niziołków rozwiązały się, dodatkowo pobudzane winem. Szybko porzuciwszy innych towarzyszy, którzy mniej byli skorzy do rozmów, Olegard i Teliamok, zaczęli tylko między sobą dyskutować, choć trzeba przyznać, że nie ściszali przy tym głosów i słychać ich było doskonale zapewne nie tylko w altanie. - Czy wiesz, drogi Olo, co mi przed chwilką zaledwie stanęło przed oczyma? - zapytał kompana Brandybuck. - Otóż gdy tak tutaj pałaszujemy te, najprzedniejsze przecież potrawy i popijamy najlepsze wino - tu hobbit wykonał głęboki, choć nieco już po owym winie krzywy ukłon w stronę Thule. - Więc kiedy się tak zajadałem, na myśl mi przyszło Shire. Tak, mój drogi, nasze piękne, zielone Shire. Ale czy wiesz, co dokładnie mi się przypomniało? Nic innego jak nasze własne jedzenie. O tak, choć i mięsa i jarzyn nam tutaj nie braknie - niziołek powtórzył ukłon. - a trunki najwyborniejsze, to doszedłem do wniosku, że nie ma nic nad kuchnię Shire. Bo powiedz mi, drogi Olo, czy jadłeś gdzieś, nawet tu, lepszy placek ze śliwkami niż w domu? Albo czy zdarzyło ci się pić lepsze piwo niż „Pod Zielonym Smokiem”? No powiedz, zdarzyło ci się? Olo purpurowy niczym śliwki na placek o którym była mowa zastanowił się i rzekł: - Telio mój drogi przyjacielu! Shire mam sercu mocniej niż sobie wyobrażasz, z każdym rokiem mojej tułaczki coraz większą tęsknotę czuję do tych ukochanych pagórków, łąk i lasów! A za kęs placka mojej babuni dałbym się pokroić! Ale cóż zrobić… tak już mój los!- tu złapał się za głowę podkreślając jaki to straszny ten jego los. Teliamok kontynuował wywód: - Ale wiesz, czego mi tu najbardziej brakuje? Tu nie ma ani jednej hobbitki! - powiedział Teliamok. - Tak dawno już nie byłem na porządnej zabawie. A powiem ci mój Olo, że jak pomyślę o ostatniej zabawie dożynkowej, na jakiej byłem w tym roku, to doprawdy nie ma nic lepszego dla hobbit niż śpiewy i tańce przy ognisku. Olegard upijając potężny łyk wina uśmiechnął się: - Doprawdy, wybornie by było, gdyby tu choć parę urodziwych hobbitek było! Te elfki nie powiem - ładne, ładne, ale jakieś takie wielkie i niedostępne! Zupełnie nie wiem czemu!- puścił oko w kierunku najbliżej siedzącej mieszkanki Rivendell co ta skwitowała ironicznym uśmiechem. Jak tylko wyjdziemy cało z tej całej awantury to zaproszę cię drogi Teliamoku na dożynki do Naparstka! Daję głowę, że nie wytrzeźwiejemy przez tydzień!- w tym miejscu potężnie beknął. Czas na rozmowie płynął szybko, a regularnie uzupełniający swoje puchary hobbici byli coraz bardziej rozmowni. Tymczasem przy stole Haerthe zmienił Manfennasa, ale żaden z niziołków tego nie dostrzegł. Natomiast Olegard natychmiast dostrzegł pojawienie się pani Narfin… i o dziwo ona płakała! Mimo, iż był już mocno podpity hobbit poczuł potężne ukłucie w sercu. Podążył za strażniczką i odnalazł ją przy strumyku nad którym cicho snuła strasznie smutną, bynajmniej z dźwięku pieśń, Olegard niestety nie znał słów tego jak się domyślał pradawnego języka. Splótł ręce za plecami i nieco się krępując odchrząknął i rzekł: - Em..proszę pani…. ja wiem, iż zapewne jestem ostatnią osobą, którą życzyłaby sobie Pani widzieć w tej chwili… ale mimo to czuję, że to wręcz mój obowiązek wesprzeć Panią w tejże chwili! Mało wiem o sprawach wielkiego świata, o czarnoksiężnikach i upiorach! Ba, nie znam nawet przyczyny Pani smutku, lecz tam skąd pochodzę nauczyłem się, że po burzy zawsze nastaje tęcza, a po mrocznej nocy słoneczny dzień! Wszystko co złe, ma swój koniec niech mi Pani wierzy! O powód tego smutku nie śmiem nawet pytać, bo zapewne są inni, którzy lepiej Panią zrozumieją… ale mimo to musiałem tu przyjść, niech mi Pani wybaczy!- po tych słowach jakby się skrępował i zaczynając się wiercić dodał: - Cóż..nie będę Pani już dłużej zabierał tej chwili samotności …w razie czego jestem przy stole z innymi biesiadnikami. Z tymi słowami odszedł, wciąż mając w sercu dziwny smutek. Olegard nie lubił, gdy ktoś się smucił, a szczególnie tak piękne kobiety. Po paru chwilach był z powrotem na uczcie. Wtem Teliamok wstał i wznosząc swój kielich, zawołał uroczystym głosem: - Mili moi towarzysze, jako, że po długiej drodze byliśmy i przyjemności stołu tak mocno nas pochłonęły, jest jeszcze przecież w nas ta odrobinka manier, z których Shire na cały świat słynie. Wznieśmy zatem zdrowie naszego gospodarza, choć nie ma go dzisiaj pośród nas. Podczas gdy Telio wygłaszał toast, Olegard pospieszył napełnić puchary innych biesiadników. Po spełnieniu tego, jakże słusznego toastu, obaj hobbici wrócili do przerwanej rozmowy. Teraz jednak mówili ciszej i dopiero po dobrej chwili znów rozległ się energiczny głos Teliamoka: - Ależ mój Olegardzie, nie daj się prosić! Wiem ja, że nie jesteś pierwszy-lepszy grajek tylko artysta jak się patrzy, Pasopust z Pasopustów. Pokaż szlachetnym elfom w Rivendell i naszem drogiemu krasnoludowi, jak bawią się mieszkańcy Shire! No dalej, zagraj coś, zaśpiewaj, a ja zatańczę, bo mówię ci, nie mogę się wprost powstrzymać! Olegard z pysznym uśmiechem odpowiedział: - Ach na takie pochwały głuchym pozostać nie mogę! Wyciągnął bandolinę i rozpoczął śpiew: Kielichy już puste, gdzie się podziały te potrawy tłuste?! Nam wciąż mało trunków, tudzież innych rynsztunków! Bo my pić lubimy i żadnej butelki nie zgubimy! Dla niektórych mogą to być puste zabawy, ale my tylko z tego ubaw mamy! Więc weselmy się dziś, bo jutro głowa będzie boleć jakby nam przyłożył dziki miś! Dalejże Brandybucku, narób tu nieco huku! Olo chciał dośpiewać dalszą część ballady, ale potężnie zakręciło mu się w głowie. Upadł…..i obudził się dnia następnego w łóżku. Głowa bolała go nietęgo, ubranie podróżne było schludnie złożone na krześle, a obok leżało nowe, uszyte przez elfów. Zobaczył, że nieopodal niego śpi Telio. - Hej! Pora wstawać proszę pana! Nie godzi się żebyśmy przegapili śniadanie Telio mój drogi! Nie powiem, bal wczoraj był udany niemal taki jak w rodzinnym Naparstku! A ty jak się czujesz? Może śniło ci się coś miłego? Bo ja bynajmniej nic, a nic nie pamiętam! Teliamok obudził się o dziwo bez niemal żadnych dolegliwości, co przy tej części ostatniej nocy, którą jeszcze pamiętał, należało zaliczyć do kolejnego cudu „elfiej magii”. Ta sama magia sprawiła zapewne, że oto teraz czekało na niego zupełnie nowe ubranie i zapewne sute śniadanie. Przypomniały mu o tym słowa przyjaciel, po których zdecydował się wreszcie podnieść z miękkiego łóżka. -O tak, Olegardzie, najzupełniej się z tobą zgadzam - mówił w międzyczasie przymierzając nowy strój. - Co jak co, ale na śniadaniu zabraknąć nas nie może. Tyle tu wszak cudów, że nawet z sypialni wychodzić się nie chce. Umywszy się i przyodziawszy, hobbici czym prędzej udali się za swoimi przewodnikami do sali, gdzie czekali już inni ich kompani. Powitawszy wszystkich raźnym „Dzień dobry”, Olo i Telio zasiedli do stołu pilnie przysłuchując się temu, o czym mówili inni. Większość z tego, co mieli do powiedzenia, powiedzieli już wczoraj, więc teraz tylko ciekawie spoglądali znad swoich talerzy.
__________________ May the Bounce be with You.... |
| | |
| | #256 |
![]() | Zdziwiła się słysząc głos i to konkretnie TEN, należący do Olegarda... Przerwała swój lament, nie do końca świadoma wypowiadanych przez hobbita słów. Czy nawet w takiej chwili nie mogę mieć odrobiny spokoju...? Westchnęła cicho i już miała przepędzić natręta, kiedy głos uwiązł jej w gardle. - ...po burzy zawsze nastaje tęcza... Przed oczyma jak żywy stanął jej Borand, który nie tak dawno temu niemal w tym samym miejscu pocieszał ją tymi samymi słowami po śmierci ojca... To nie mógł być przypadek... Och, Elbereth, przysłałaś go tu do mnie? Masz rację... Muszę przestać żyć przeszłością i spojrzeć w przyszłość... Nie wróciła tej nocy do domu ani też nie szukała wygodnego łoża. Znalazła zaciszną polankę i jeszcze długo w noc wpatrywała się w gwiazdy, jakby zamierzała z nich wyczytać losy całego świata, a przynajmniej swoje... Zasnęła dopiero wtedy, gdy niebo różowiło się już na wschodzie i zabrzmiały pierwsze poranne pieśni. Śniła o tęczy, o tym, że jako mała dziewczynka biegnie po jej łuku aż do gwiazd... Gdy się obudziła, bez zdziwienia znalazła obok siebie nowy strój i wszystkie akcesoria potrzebne do porannej toalety. Czuła się wypoczęta mimo tylko kilku godzin snu. Umyła się w strumieniu i przebrana w nowe szaty ruszyła na śniadanie. Pogodzona z przeszłością czuła się jak nowo narodzona. Nareszcie znalazła spokój... Gdy doszła do altany okazało się, że wszyscy już są i zaczęli posiłek, niemniej jednak z chwilą jej pojawienia się nawet hobbici oderwali się od jedzenia... *** Ubrana była w suknię koloru wiosennej trawy przy świetle księżyca. Wykonana ze zwiewnego materiału delikatnie otulała jej postać, odkrywając jedynie ramiona i dekolt. Delikatne jak pajęcze nici sznurowanie na plecach podkreślało zarys talii i piersi, dodatkowo uwydatnionych przez taśmę tej samej srebrzystej barwy wszytą tuż pod biustem. Spódnica ciemniała ku dołowi, przechodząc w kolor igliwia, zaś maleńkie perełki rozsiane na rękawach i przy rąbku sukni sprawiały wrażenie, jakby jej właścicielka dopiero co przeszła się po rannej rosie. ![]() Całości dopełniał delikatny makijaż oczu, srebrny diadem na rozpuszczonych włosach i nieodłączny wisior mieniący się ogniście w świetle poranka... - Mae aur. - po czym z ciepłym uśmiechem zwróciła się wprost do oniemiałego hobbita - Mae govannen Olegardzie. |
| | |
| | #257 |
![]() | Siedział w głębi sali, odsunięty od stołu pod scianę, dość dobrze już zapoznany z salą, a zapewne zwłaszcza z towarzystwem obciążającym bezlitośnie stół. Trudno zgadnąć, jakich argumentów użył, żeby się znaleźć w sali przed wszystkimi, ale niczym musiały być przy tych, które pozwoliły mu - choć popracował solidnie z wodą, mydłem a nawet brzytwą - zostać przy starym ubraniu. A gwoli ścisłości przy własnym obuwiu i starych portkach, bo wszyscy wchodzący - gdyby mieli akurat taki kaprys - mogliby szegółowo zapoznać się z górnymi partiami jego ciała. Elfie koszule widać nie zaskarbiły sobie jego uznania, a skórzana kurta zamiast na jego plecach, spoczywała akurat na kolanach. Czubkiem noża wiercił pracowicie dziurki wzdłuż rozcięcia na rękawie i ściągał brzegi rzemykiem wyplecionym z uprzęży. Uwagę dzielić się zdawał między ową precyzyjną robotę a obfity dzban, posłusznie czekający na swoją kolej przy nóżce krzeszła. Zabrakło jej widać dla innego rozcięcia, wystarczająco paskudnego, żeby wciąż jeszcze nieść w środku sugestię ciemnej lepkości, ale najwyraźniej nie dość bezczelnego, by wywalczyć sobie pierwszeństwo... Dzban podjął właśnie swą cykliczną wędrówkę do góry, dając na chwilę wytchnienie ostrzu, rzemykowi i palcom, pociągając natomiast za sobą wzrok. I nagle towarzysz ów okazał się nad wyraz kłopotliwy, bo bezpardonowo zatrzymał całe przedsięwzięcie, natrafiwszy na... Dwoje szeroko otwartych, lśniących oczu, oprawnych w delikatną jak sen twarzyczkę. - Pozwólcie, że ja to zrobię, panie. Szrama zamknął usta, a zaraz potem otworzył je znowu, żeby z lekkim przestrachem odpowiedzieć najmędrzej, jak tylko w tej chwili potrafił: - Co? - Pozwólcie, że naprawię wam kurtkę, panie - powiedziała ciszej, a niepewność ożywiła elfie nuty w mocno akcentowanym Wspólnym. Wyciągnęła szczupłą rękę ostrożnie, wszak pierwszy raz zbliżyła się tak do półdzikiego i półnagiego w dodatku ludzkiego wojownika. Któż by zgadł, do czego zdolnego. - Nie, ja... jaki ja tam pan - syknął desperacko Szrama odchylając się na to nagle i hojnie rosząc podłogę trunkiem oraz upuszczając z głośnym brzękiem nóż, co przeraziło go nie mniej niż uczynną elfkę, która czym prędzej schowała rękę za siebie i jeszcze szerzej otworzyła oczy. - Przepraszam - szepnęła jeszcze i zarumieniona ruszyła lekko jak społoszona sarna do wyjścia a Szrama, przestraszony, mokry gdzie niegdzie od piwa i wyraźnie zdezorientowany Szrama, zebrał się w sobie, odchrząknął i wymamrotał bezradnie coś, czego chyba nikt z obecnych się nie spodziewał: - Dziękuję. Ostatnio edytowane przez Betterman : 10-26-2008 o 21:11. |
| | |
| | #258 |
![]() | Rozeszli się w ciszy. Galdor miał rację, że o pewnych sprawach lepiej rozmawiać w świetle dnia i wypoczętym, a nie strudzonym i zmartwionym. Stary krasnolud ledwo powłóczył nogami, dlatego był bardzo szczęśliwy gdy w końcu dotarli do pokoi przygotowanych dla nich. Balthim nieskładnie podziękował swojemu przewodnikowi i zamknął drzwi. Ostatkiem sił zdjął kolczugę oraz buty, po czym legł na łóżku i zasnął natychmiast ze zmęczenia. Obudził się w dużo lepszym nastroju niż zasnął. Owszem nadal czuł zmęczenie trudną i długą podróżą, jednak nie dało się ukryć, że porządnie wypoczął. Jedyną rzeczą, która go naprawdę martwiła był fakt, że nie otrzymał odpowiedzi na pytanie z którym przybył do doliny. Zamiast tego usłyszał wiele niepokojących nowin, choć zdawało mu się, że Galdor i pozostałe elfy nie powiedziały im wszystkiego, pozostawiając część tajemnic tylko dla siebie. Balthim nie zamierzał się jednak zastanawiać nad znaczeniem tego co usłyszał, a przynajmniej nie przed zjedzeniem porządnego śniadania. Wstał szybko, odkrywając przy tym, że jego ubranie - a przynajmniej ta jego część, którą zdążył zdjąć przed pójściem spać- znikła. Zamiast zniszczonej kurty i butów czekały na niego pięknie haftowany szarozielony kubrak i pantofle. Obok nich leżały też nowe spodnie i reszta odzienia, którego mógłby potrzebować. Przez chwilę stary krasnolud zastanawiał się czy nosić elfie ubranie czy też zostać przy swoim. W końcu uznał jednak, że nie wypada mu chodzić w łachmanach, gdy gospodarze okazali się tacy hojni. Niezbyt szczęśliwy ubrał się w to co przygotowały dla niego elfy. Otworzył drzwi i miał właśnie wyjść gdy przypomniał sobie, że nie wyjął z kieszeni spodnie żelaznej figurki przedstawiającej krasnoluda z młotem – jedynego skarbu jaki posiadał, cenniejszego dla krasnoluda niż cokolwiek innego, ponieważ był to prezent dla niego wykonany przez jego młodszego syna. Zły na siebie wrócił po nią, a gdy się odwrócił w drzwiach stał młody człowiek, wyraźnie rozbawionym widokiem jaki zastał. *** Obudził się w iście marnym nastroju. Łóżko po prawdzie było chyba najwygodniejsze na jakim zdarzyło mu się spać, niemniej z jednej strony dziecinna wesołość mieszkańców Rivendell, a z drugiej jakby na siłę utrzymywane przez Aegiliona i Galdora tajemnice, o których z byle kim się nie rozmawia, sprawiły, że Haerthe nie mógł się doczekać opuszczenia doliny. Dopiero gdy śpiew ucichł, a młody rohirrim wyjrzał za okno gdzie rozpościerał się widok na góry zza, których widać było budzące się słońce, stwierdził, że być może to on stał się już taki gburowaty, że nic go nie cieszy. Dzień wszak zapowiadał się bardzo ładny, a i jakby się zastanowić to właściwie niczego mu nie brakowało. Postanowił, że nie będzie dziś się z takim uprzedzeniem do wszystkiego podchodzić. Z niesmakiem spojrzał na jasnego koloru elfie spodnie, które od kulbaki zapewne szybko się poprzecierają. Nie chcąc jednak sprawiać zawodu gospodarzom, prędko się umył i przywdział nowe ubranie. Zaskoczenie jego było nie małe gdy się okazało, że tkanina pozostawiając swobodę ruchu, nie była też zbyt luźna na jaką zresztą wyglądała. W nowym przyodzieniu, opuścił niewielka komnatę i ruszył za parą młodych elfów pokazujących mu gdzie ma się kierować. Nim jednak parę kroków zrobił, drzwi otwarte minął i chcąc nie chcąc zajrzał do wnętrza gdzie z miną wielce nieszczęśliwą stał ów stary krasnolud patrzący na swoją sylwetkę w pękatej koszuli z tegoż samego materiału co nowa odzież Haerthe. Kontrast ciemnej brody do jasnej tkaniny był mimo iż widoczny, na swój sposób również łagodny, co rzec trzeba było, pasowało do noszącego jak bez mała kozi łeb do kasztanki samego Helma. Nie mogąc powstrzymać się, parsknął śmiechem, a zobaczywszy ponury wzrok krasnoluda, pokręcił tylko głową przepraszająco: - Wybacz, ale po prostu, niecodzienny to widok. - Psia jucha - zaklął krasnolud - rzeczywiście niecodzienny mości... - próbował sobie przypomnieć imię człowieka, ale widocznie nie dosłyszał go wczoraj. - ... Haerthe. Chyba nie byliśmy sobie przedstawieni - przestał się śmiać, ale pogodny uśmiech pozostał mu na twarzy. - Haerthe - powtórzył cicho Balthim - Moje imię to Balthim - ukonił się nisko, w pas - miło cię poznać moście Haerthe. Ubranie nie jest takie złe - stwierdził krasnolud próbując przekonać samego siebie - cieszę się, że nie ja jeden nie wyglądam w nich nie najlepiej - spojrzał się przyjaźnie na młodego człowieka, po czym szybko dodał - choć lepsze to niż łachmany w których tu przybyliśmy. Śmiesznie musieliśmy wyglądać wśród dostojnych elfów siedząc przy stole Elronda Półelfa. - Taak. Teraz zdecydowanie nabraliśmy powagi - młodzik przez chwilę wahał się co zrobić, ale w końcu zdecydował się przekroczyć próg. Pozostał jednak cały czas przy nim. - Choć pech, nie wiedzieć, czemu chciał, że sam Elrond nie będzie mógł tego ocenić. - Hmm... - zamyślił się stary krasnolud - stanowczo nie doceniasz elfów. Jeszcze nie raz cię zaskoczą - spojrzał za okno na budzący się dzień - ale chyba czas na śniadanie. Może nie jestem hobbitem i nie mam ich apetytu, ale chętnie coś bym przekąsił. Prawdę powiedziawszy nie pamiętam kiedy ostatni raz jadłem porządne śniadanie - po głosie można było poznać, że krasnolud kłamie, lecz wydawało się, że nie należy przerwać - proponuję byśmy ruszyli w stronę jadalni, pewnie po drodze zbłądzimy, ale to nic nie szkodzi. Chętnie się dowiem o przygodach twoich i twoich towarzyszy. Może będziesz mniej tajemniczy niż wczoraj wieczorem, przy elfach - ostatnie zdanie było powiedziane żartobliwie, bez cienia złośliwości. Ruszyli w drogę do jadalni, a przynajmniej tak im się zdawało, ponieważ żaden z nich nie pamiętał jej za dobrze - wczorajszego wieczoru byli zbyt zmęczeni długą drogą do Rivendell by zapamiętać skomplikowany układ korytarzy dworu Elronda. Po drodze mijali wiele wspaniałych komnat pełnych pięknych obrazów i rzeźb przedstawiających dawno zapomnianych bohaterów. Hearthe nie znał większości, a i Balthim, choć wielokrotnie starszy, rozpoznał tylko część. Obaj jednak odnosili wrażenie, że Dom Półelfa, podobnie jak cała dolina, był magicznym miejscem. Było jednak coś smutnego w opustoszałych salach, które wyglądały jakby ktoś porzucił je wczoraj. Widocznie nawet Rivendell nie mogło oprzeć się sile przemijania. - Oczywiście Balthimie - rzekł gdy ruszyli - Wybacz moje wczorajsze zachowanie. Nie zwykłem jednak do... dworów i elfów. Bliższa mi noc pod otwartym niebem gdzie potrafię się znaleźć. A co do przygód to... Czy my aby na pewno dobrze idziemy? - Haerthe nie przypominał sobie tej drogi i głowę by dał iż elfy wskazały inny kierunek. Niemniej podążał dalej za krasnoludem - Mnie i większość moich towarzyszy los splótł w karczmie w mieście nazywanym Bree. Ktoś podjudził przeciwko niemu zjawy z kurhanów na zachodzie. Pojawienie się czarodzieja Orendila i elfa Galdora prawdopodobnie uratowało nam wszystkim życie... - westchnął - nie umiem opowiadać. To właśnie za sprawą czarodzieja tego podążyliśmy tu do Rivendell gdzie miała nas czekać rada Elronda. Szczerze mówiąc nie wiem co teraz będzie... - Nie masz za co mnie przepraszać. Droga z Bree do Rivendell jest zapewne równie daleka i niebezpieczna, jak droga z Samotnej Góry. Miałeś prawo być zmęczony i zdenerwowany - odpowiedział krasnolud - podobnie jak wszyscy, którzy przybyli po radę do Elronda i go nie zastali. Nie należy jednak popadać w czarnowidztwo. Wydaje mi się, że Galdor i pozostali dworzanie coś wymyślą - Balthim zatrzymał się na skrzyżowaniu dwóch długich korytarzy i zamilkł na chwilę, po czym uśmiechając się do Hearthe powiedział - prawdę powiedziawszy chyba zbłądziliśmy. Nie pamiętam byśmy mijali wczoraj te korytarze... widać jeden z nas tęskni za otwartym niebem, a drugi za porządnymi jaskiniami... Nie skończył mówić jeszcze gdy weszli do dużej komnaty gdzie słońce docierało z bardzo niewielkiej ilości przestworów. Co rzucało się najbardziej w oczy w sali to pięknie wykonane malowidło przedstawiające walkę dwóch postaci. Samotnego człowieka z wielką, okutą w czarną zbroję istotą. Jakiekolwiek było zamyślenie artysty, tchnął w tę postać coś bardzo złego. - Ach! - zachwycił się krasnolud widząc malowidło o którym jedynie słyszał - mamy dużo szczęścia, że tu dotarliśmy. - Witaj ponownie Haerthe... i to nie sam tym razem jak widzę - obaj usłyszawszy jedwabisty głos odwrócili się do zaciemnionej części sali skąd dochodził cichy szum fontanny - Balthim spod Samotnej Góry, prawda? Krasnolud nieco zaskoczony wytężył wzrok, który przyzwyczaił mu się do półmroku znacznie prędzej niż rohirrimowi. Elfka o delikatnych, choć nadal podkreślających elfią szyję, rysach siedziała przy niewielkim karłowatym drzewku, jakiego żaden z nich nigdy wcześniej nie widział podlewając je wodą z misternie zdobionej konwi. Nim jednak odpowiedział ciągnęła dalej - Masz rację Balthimie, choć mile mnie zaskoczysz jeśli wiesz co przedstawia to malowidło. - Isildura i Saurona - odparł szybko krasnolud uniesiony dumą - Jednak łatwo czasem zaskoczyć elfa. - Na imię mi Idiel, Balthimie - rzekła podchodząc do nich z uśmiechem. Krasnolud usłyszawszy w jej łagodnym tonie swój nietakt, chrząknął coś pod nosem speszony i odrzekł. - Wybacz. - Nic się nie stało. Słyszałam już wieść o tragedii jaka spotkała wasz dom. Nikt nie będzie Cię tu o nic winił... Tymczasem czyżbyście zbłądzili? Sala, w której zwykliśmy częstować gości jest w zupełnie innym miejscu. Obaj mężczyźni spojrzeli po sobie dość bezradnie, że oto kobieta musi im pomóc się odnaleźć. - Mogłabyś nas zaprowadzić tam Idiel? - Haerthe jako pierwszy w końcu się odezwał. Jej otwartość trochę go onieśmielała. - Oczywiście. Chodźcie proszę za mną - To rzekłszy skierowała się ku drzwiom, którymi tu weszli. Przez chwil parę podążali za nią w milczeniu, Balthim podziwiając prosty, choć na swój sposób zmyślny plan architektoniczny Rivendell, a Haerthe intrygującą elfkę. - Jesteś inna niż pozostałe, mieszkające tu elfy Idiel - rzekł rohirrim w końcu zdobywając się na to osobiste pytanie. - To dlatego, że to nie jest mój dom Haerthe. Pochodzę ze Złotego Lasu. - Z Dwimordene? - Młody rohirrim nie mógł sobie wyobrazić, że w miejscu tym mogą mieszkać takie istoty. Zaklęty Las zawsze był miejscem gorszym nawet od Fangornu. Krasnolud na wszelki wypadek zwiększył dystans pozostając bardziej w tyle. - Tak, ale nie wrócę tam... I proszę, już jesteśmy. To boczne drzwi do jadalni. Teraz was opuszczę choć myślę, że jeszcze się zobaczymy - Ukłoniła im się grzecznie i odwróciwszy się zniknęła za rogiem, w którymś z licznych korytarzy zaprojektowanych wokół wewnętrznych ogrodów. Krasnolud jako pierwszy wszedł do jadalni gdzie wszyscy pozostali raczyli się już na dobre śniadaniem.
__________________ Uważaj, znam straszliwy czar: Większe Życzenie Kononowicza! "Niszczysz wszystko tak, że nie ma nic" - by Marrrt Avatar wykonany przez Zersena (patrz strona domowa), na podstawie mojego pomysłu. Ostatnio edytowane przez woltron : 10-28-2008 o 11:49. Powód: literówki, życzliwe uwagi Marrrta |
| | |
| | #259 |
![]() | Galdor przyszedł na śniadanie później niż inni. Większość zdążyła dotrzeć do altany przed nim i była właśnie w trakcie smakowitego śniadania przygotowanego przez domowników. Jako jeden z nielicznych miał na sobie dokładnie to samo ubranie, co poprzedniego wieczoru. - Witajcie, przyjaciele, smacznego. - przywitał się ze wszystkimi i usiadł skromnie przy końcu stołu. Zjadł jedynie kilka owoców i spokojnie czekał, aż inni zaspokoją głód na tyle, żeby móc skupić uwagę na czymś innym niż jedzeniu. W końcu pracowite stukanie sztućców o talerze przycichło i pytające spojrzenia zaczęły częściej wędrować w kierunku elfa, który jednak milczał uparcie, jakby na coś czekał. Po jakimś czasie do altany przyszedł Aegilion, pełniący rolę gospodarza Imladris pod nieobecność Elronda. Na jego widok Galdor wstał, jakby czekał właśnie na niego. - Witaj, Aegilionie. - po czym zwrócił się do zebranych. - Teraz możemy zacząć. Usiadł na swoim miejscu robiąc miejsce dla dopiero co przybyłego. Jako gospodarz miał on prawo pierwszy zabrać głos ... |
| | |
| | #260 |
![]() | Dziś Aegilion zdawał się być w lepszym nastroju. Uśmiechnął się lekko do Galdora, chociaż co uważniejszym obserwatorom ten uśmiech mógł wyglądać na wymuszony. Noldor ubrany był w rubinową kamizele, bogato zdobioną złotymi haftami i niebieskimi kamykami. Co charakterystyczne, zamiast równie kosztownych spodni naciągnął na nogi kolczugę z przyciemnianej stali, a przy pasie wystawała misternie wykonana rękojeść miecza. Jak się okazało, Aegilion potrafił pokazać, że ma fantazję. Po jego lewej stronie siedział Galdor, a po prawej Thule. Ten wyglądał dużo skromniej. Oliwkowa tunika, ciemne spodnie wpuszczone w wysokie buty i spięty złotą klamrą w kształcie liścia szary płaszcz szczelnie okrywały jego ciało. Jak gdyby nigdy nic sączył wino z małego srebrnego kubeczka. Do gospodarzy dołączyło jeszcze kilku pierworodnych. Odziany jedynie w białą koszulę, ciasno opiętą na niemal idealnie wyrzeźbionych mięśniach Erumelmo. Jeszcze kila minut po przybyciu oddychał głośno jak kowalski miech. I istotnie, wspomniał coś o pracy w kuźni. Wraz z nim przybył Archalon. Przybył, lecz był całkowicie nieobecny. Wpatrywał się w jakiś punkt za oknem i wzdychał na przemian. Raz ciężko, z wyraźnym żalem, a raz lekko, pełen nadziei. Dobitnie świadczyło to o tym, że zapadł na chorobę, przed którą nie obroni się ani najmniejszy hobbit, ani najpotężniejszy z elfów. Jaką? Dobrze wiecie. Dalej, chociaż nie na uboczu usiadło trzech pobratymców Thula. Świadczyły o tym między innymi identyczne złote klamry, chociaż taką miał też obecny Strażnik Północy, Athir. Szczególną uwagę poświęcił Narfin. Chciał coś powiedzieć, gdy przechodził obok niej, lecz umilkł. Skinął tylko głową. Żal mu było strażniczki i jej brata. Aegilion powstał z miejsca, lewą dłoń wspierając o rękojeść, a prawą zataczając małe koła w powietrzu, gdy mówił. - A więc dopełniając obowiązku pana domu, którego teraz nie ma, lecz stoję w jego zastępstwie, przyszło mi zabrać głos. Prawdę mówiąc, wczoraj odmówiliśmy go Balthimowi, więc dziś jego sprawa ma pierwszeństwo. - Aegilion skłonił się lekko, w kierunku krasnoluda i dodał znudzonym głosem: - Thule. Thule również powstał i skłonił się w kierunku brodacza, robiąc przy tym przesadnie nadętą minę. Z jego oczu błyskały iskierki rozbawienia. Opanował się prędko i wyłożył wszystko z całą grzecznością jakiej nauczył się w ciągu życia. - W nocy dość długo rozmawialiśmy o tobie. Szkoda, że Elronda nie ma w dolinie. Na pewno pocieszyłby cię mądrym słowem. Jednak.. Nie dowiesz się tutaj niczego, czego byś już nie wiedział. Najsłabszym punktem smoka jest jego gadzie podbrzusze, w trzewiach gromadzi się ogień, a jedno spojrzenie potrafi zniewolić osoby znaczniejsze niż ja czy ty. Za przestrogę służy historia Túrina. Niestety nie możemy poradzić ci niczego więcej, niż zachowania nadziei, pogodzenia się z losem i nie czynienia głupstw. Wybacz Balthimie, ale myślę, że Elrond powiedziałby to samo, tyle że ładniej i mądrzej ubrałby to w słowa. Erumelmo chrząknął w zaciśniętą pięść. - Niedawno, może miesiąc temu spotkałem na szlaku jednego Naugrima. Był w strasznym stanie. Pierwszy krasnolud bez brody jakiego widziałem. Jego ubranie zawierało ślady ognia, jednak nie zdołałem wydobyć z niego jaka krzywda go spotkała. Mówił całkiem bez sensu. Między innymi coś o królu spod Góry z którym miał spotkać się w Dunlandzie. Użyczyłem nieszczęśnikowi kilku lembasów, z tych które przywiózł nam Thule od pani Galadrieli i pozwoliłem ruszyć swoją drogą. W jego słowach może być ziarno prawdy. Nie kłamał, a przynajmniej święcie wierzył w to co mówi. - Zastanawiające. Co o tym sądzić? - Athir rzekł to sam do siebie, lecz niechcący powiedział pytanie na tyle głośno, że zawisło w powietrzu. Aegilion z wyczekiwaniem spojrzał na Galdora, Narfin i gości których przyprowadzili. - No właśnie. Co? Ostatnio edytowane przez Keth : 10-31-2008 o 20:27. |
| | |
| Reklama |
| |