Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Postapokalipsa
Zarejestruj się Użytkownicy

Sesje RPG - Postapokalipsa Świat umarł. Pogodzisz się z tym? Położysz się i umrzesz przygnieciony megatonami, które spustoszyły Twój świat, zabiły rodzinę, przyjaciół, a nawet ukochanego psa? Czy weźmiesz spluwę i strzelisz sobie w łeb bo nie dostrzegasz nadziei? A może będziesz walczyć? Wstaniesz i spojrzysz na wschodzące słońce po to, by stwierdzić, że póki życie - póty nadzieja. I będziesz walczył. O przyszłość. O jutro. O nadzieję... Wybór należy do Ciebie.


Odpowiedz
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 12-09-2021, 22:39   #241
 
Driada's Avatar
 
- Cześć Lamia. - Oli uściskał ją i przytulił do siebie. Widać było, że ta niespodziewana wizyta zaskoczyła go ale w ten przyjemny sposób. I dało się wyczuć, że lubi Lamię. - I macie coś dla mnie? - zapytał dziwiąc się jeszcze bardziej. Spojrzał na dwie pozostałe kobiety jakby próbował po nich odgadnąć o co może chodzić.

- No jasne że mamy, przecież ci obiecałyśmy coś, prawda? - saper dalej radośnie ćwierkała, wyciągając w jego stronę kopertę z szarego papieru - Z pozdrowieniami od Eve, Val i Di. Nie mogły wpaść bo ogarniają koncert i parę innych rzeczy, ale kazały cię pozdrowić, przytulić i ucałować - cmoknęła go soczyście w czubek brody - Oraz dać to… - dźgnęła paczuszką jego klatę.
- Oli jako jedyny tutaj miał tyle jaja by się zająć odpowiednio damami w potrzebie - wyjaśniła kumpelom.

- O, naprawdę? No to Oli, prawdziwy rycerz z ciebie. Skoro moja dziewczyna tak mówi to na pewno tak było i też chciałabym ci chociaż w ten skromny sposób podziękować. - słysząc to Wilson podeszła te dwa kroki co ich dzieliły i obdarowała serwisanta całusem w policzek.

- No to ja też nie wiedziałam, że z ciebie takie koło ratunkowe. - Larysa zawtórowała nowym koleżankom i dokuśtykała do technika całując go w podobny sposób. A ten się roześmiał a w międzyczasie zdążył przyjąć i otworzyć kopertę. Jak wziął do ręki fotografie z nim samym i składem dziewcząt z poprzedniej wizyty to się roześmiał serdecznie.

- Jej naprawdę zrobiłyście te fotki! I to dla mnie? Jej no nie wiem co powiedzieć. - śmiał się i cieszył jak mały chłopiec po otrzymaniu nowej zabawki. Z uśmiechem na twarzy oglądał te pozy i sceny uwiecznione na zdjęciach.

- No dzięki wielkie. Nie spodziewałem się, że na serio zrobicie te fotki. - powiedział już bardziej przykuwając uwagę do Lamii i jej towarzyszek niż dam uwiecznionych na fotkach.

- To my dziękujemy - Lamia powiedziała uroczyście - Uratowałeś wtedy nasz dzień, a teraz… ej, chodź Oli - pociągnęła go za rękę - Zrób sobie przerwę na obiad. Posiedzimy chwilę na stołówce, pogadamy. No i Roy z Davem tam czekają już i zajmują miejsce aby nas nikt nie podsiadł. - puściła mu oko - Słyszałam jakieś plotki o foczkach na smyczach. Ponoć trochę tu huczało… więc dawaj, idziemy coś zjeść, a przy okazji pogadać bo będziemy potrzebować pomocy, ale spokojnie. Nic wielkiego i jak mówiłam, obgadamy przy żarciu… no chooodź, nie daj sie prosić.

- Dobra. Ale poczekajcie chwilę. Muszę tu pozamykać. Nawet nie macie pojęcia na jakie “genialne” pomysły potrafią wpaść wojacy jak mają za dużo wolnego czasu na głupoty. - technika jakoś zbyt długo nie trzeba było namawiać. Właściwie wcale. Zgodził się od ręki. Tylko tak jak mówił wrócił do wózkowego podnośnika aby coś tam poprzestawiać. I po chwili we czwórkę szli korytarzami dawnej bursy zbliżając się do stołówki. Spacerowym tempem bo ani im się nie spieszyło a i Larysa miałaby kłopot aby iść szybciej. Przy okazji ją widocznie też Oli rozpoznał bo zapytał o tą klamkę w jej pokoju. Ciemnoskóra roześmiała się też chyba ciesząc się, że o tym pamiętał ale dała znać, że w porządku i jest dobrze jak jest.

Wkrótce znaleźli się na stołówce i tam zamachały do nich dwie znajome gęby. David i Roy już okupowali dwa złączone stoły więc nie było obaw, że dla kogoś zabraknie miejsca. Czwórka jeszcze musiała sobie coś wybrać z menu i jakoś nawet nikt nie pytał Lamii o kartę pobytu, przepustkę czy co. Wilmy też nie ale ona przynajmniej wyglądała jak żołnierz. Kucharze podali im to co sobie wybrały i po chwili siedzieli już razem przy wspólnym stole.

- A teraz nie macie żadnych lasek na smyczy? - zapytał Rambo po tym jak już Roy przywitał się z Lamią, poznał z Wilson no i rozpoznał Larysę. Widocznie znali się z widzenia ale dotąd nie zawierali bliższej znajomości. A ten poprzedni numer ze smyczami chyba był tak rozpoznawalny, że trochę jakby chłopaki spodziewali się po cichu, że teraz już za każdym razem Lamia będzie przyprowadzać jakieś fajne laski na smyczy.

- No nie tym razem. Tak załatwiamy dzisiaj z Lamią różne sprawy, furę nową kupiłyśmy dziś rano no i nie miałyśmy za bardzo jak z tymi smyczami i resztą. Ale widzę Rybka, że ci reputacja na dzielni spadnie jak się tu jeszcze kiedyś nie pokażesz z foczkami na smyczy. - Wilma podjęła się obrony i wyjaśnienia dlaczego dzisiaj Lamia jest tylko z nią i to bez żadnych gier i zabawek. Ale pozwoliła sobie na mały żarcik w tej sprawie. Za to chłopcy pokiwali głowami, że rozumieją i tylko tak z ciekawości pytali.

- No właśnie widzę… trzeba będzie zacząć wozić rezerwową foczkę na smyczy na pace bo bez niej chłopaki jeszcze nas następnym razem pogonią bo przecież nic ciekawego im nie wnosimy - łypnęła wymownie na wielką, pękatą torbę położoną obok nóg Willy i pokiwała powoli głową, udając że się nad czymś zastanawia. Pomysł wpadł jej do głowy ot tak, z przysłowiowej dupy… jak to najlepsze pomysły mają w zwyczaju.
- Wiesz Willy… - zaczęła niezobowiązująco, bawiąc się włosami. Skręcała lok na palcu i rozkręcała go powoli - Skoro już siedzimy w takim zacnym gronie wypadałoby walnąć kolejkę. Za zdrowie, spotkanie i piękne foczki nie tylko na smyczach… nie uważasz? - patrzyła na rudzielca z udawaną powagą - Niestety pierdoła jestem, zapomniałam szkła, a tak nie wypada damom pić z gwinta przy ludziach. Myślisz że kolejka jak ta pierwsza w niedzielę byłaby odpowiednim rozwiązaniem na nasza sytuację?

- Mhm. Taka jak ta pierwsza w niedzielę? - brwi Wilmy uniosły się z namysłem gdy widocznie załapała o co chodzi. Reszty domowników nie było z nimi wówczas więc patrzyli wyczekująco bo po minach dwóch uczestniczek tamtego spotkania i przyjemnie wibrującym, niskim głosie zapowiadało się na coś ciekawego. Zwłaszcza jak przecież mieli tylko zwykłe kubki z kompotem lub herbatą.

- Tak, myślę, że to dobry pomysł. Chętnie bym się tak napiła. - kobieta w mundurze uśmiechnęła się niewinnie i zachęcająco do swojej dziewczyny dając jej zielone światło ze swojej strony na taki numer. Reszta jednak dalej czekała na to co się stanie i to czekali z zapartym tchem wyczuwając, że zaraz coś się będzie dziać. I to coś pewnie porównywalnego z foczkami na smyczy.

Na twarzy saper pojawił się czarujący uśmiech. Przygryzła wargę, pochylając się w kierunku dziewczyny i pocałowała ją czule.
- Ale bedziesz musiała mi pomóc - wymruczała wstając z krzesła i lekko je odsunęła. Przytrzymując się dłoni Wilmy weszła wpierw na nie, a następnie na stół, stąpając ostrożnie aby nie rozgnieść talerzy albo się nie poślizgnąć. Nucąc coś pod nosem, zaczęła się kołysać sennym ruchem, wodząc dłońmi po swoich bokach, poprzez żebra i brzuch, aż po piersi i wyżej, gdzie płynnym ruchem odrzuciła włosy, stając frontem do swojej dziewczyny.
- Musisz mi z tym pomóc kochanie - powiedziała niskim, nosowym głosem, świdrując oczy tamtej własnym spojrzeniem. Powoli uniosła lekko jedną stopę pozwalając aby trzymana przed chwilą kobieca dłoń wylądowała akurat w miejscu,gdzie zaczynała się tasiemka od pończochy. - Chyba że wolisz zębami.

- Wolę. - Wilma okazała się partnerką w sam raz na takie numery. Najpierw pomogła zająć swojej dziewczynie miejsce stojące na krześle a potem na stole. I sama też wstała. Pozostali przy stole patrzyli z zapartym tchem. Cała czwórka bezpośrednio przy stole i reszta stołówki też. Nie co dzień jakaś laska w kusej sukience wiła się zmysłowo stojąc na krześle. A już na pewno nie co dzień jakaś druga podciągała jej tą kieckę jeszcze wyżej i zaczynała całować jej udo.

Wilson zaczepiła zębami górną krawędź pończochy swojej kochanki i zaczęła zsuwać ją na dół. Gdzieś z sali rozeszły się pierwsze zaskoczone “ochy” i “achy” jakby wciąż nie dowierzali co tu się wyprawia. A specjalistece z Zielonego Gekona udało się dotrzeć zdejmowanej pończosze do kolana. Tam musiała sobie pomóc dłońmi.

- Zjedziesz tak do samej stopy? - Larisa zapytała z fascynając w głosie i spojrzeniu. Jakby na jej oczach odbywał się jakiś jej ulubiony spektakl. Wilma pozezowała na nią i puściła jej wesołe oczko. Ale dalej zsuwała czarną, ozdobną pończochę na dół. Aż dotarła do kostki aż wreszcie oswobodziła ją i z buta na wysokim obcasie i z samej pończochy.

- A jak ja ubiorę pończochy to też mi będziesz ją tak ściągać? - Larisa przygryzła wargę wcale nie ukrywając, że kręcą ją właśnie takie zabawy.

- No jak już byś była u nas w gościach i miałabyś na to ochotę… - Wilma posłała jej całusa dając znać, że taki wariant nie jest niemożliwy dzisiejszego wieczoru. Sama zaś sięgneła po butelkę jaka do tej pory kisiła się w torbie z łakociami i podała ją stojącej nad nią dziewczynie.

- Polej Rybka bo mnie jakoś tak dziwnie rozgrzało, że mnie strasznie suszy. - zamruczała do niej patrząc pod górę i całując jej stopę. Widowisko zrobiło się na całego. Nie tylko dla Larisy i Oliego co siedzieli najbliżej. Także i Roy oraz David mieli pierwszorzędne widoki. No a i reszta stołówki kibicować zaczęła i zachęcać obie bekarcice na rozkręcenie tej zabawy.

Mazzi przyjęła szkło, z czułością obserwując poczynania partnerki. Zagryzała wargi i mruczała zadowolona, a w miarę jak materiał ściągał się z jej nogi, jej oddech przyspieszał. Wreszcie otworzyła butelkę, odrzucając korek gdzieś za plecy.
- Skoro takie jest twoje życzenie - odpowiedziała niskim pomrukiem, nie przerywając kontaktu wzrokowego. Pożerała drugą kobietę spojrzeniem, ocierała palcami stopy o jej policzki, brodę i włosy, a potem podstawiła butelkę ponad obnażoną nogę i polała alkohol po jasnym udzie, aż stworzył ścieżkę ściekającą wzdłuż łydki aż do kostki i niżej, gdzie stopa i usta rudej żołnierki.

Wilma zwinnie złapała ściekający strumień ustami i językiem. Spijając je z palców, stopy i pięty Lamii. Bezczelnie korzystając z okazji aby ją przy okazji wycałować. Gorączkowe napięcie narastało błyskawicznie a dwie bękarcice wydawały się być jego epicentrum. Mazzi wyczuwała, że w kochance narasta burza emocji i to chyba nawet bardziej niż niedawno w recepcji przy starym Fredzie.

- To jak takie drinki będziecie serwować u siebie to zostaję do rana. - wysapała nie mniej podniecona Larysa. Miała minę jakby sama chętnie dołączyła do tego show i skonsumowała tą nową znajomość.

- Właściwie to mnie też nieźle suszy. - Rambo przypomniał o sobie dając znać, że też chętnie dołączy do takiej metody serwowania drinków. A i Roy coś mruknął podobnego chociaż mniej wyraźnie.

Przez huk krwi w uszach Mazzi ledwo słyszała padające słowa, potrzebując na nich się naprawde mocno skupić co było trudne gdy Wilson działała. Dopiero po skończonym drinku wydobyła z siebie zadowolony pomruk.
- Och Willy, ty zawsze wiedziałaś jak traktować porcelanę - zaśmiała się, pacając mokrym palcem czubek bękarciego nosa. Posłała jej całusa i obróciła się odrobinę, tym razem frontem do Davida.
- Nie możemy pozwolić abyś nam tu taki byczek schnął bezpodstawnie - dorzuciła, puszczając czarnulce oko - Trzymamy za słowo… na razie tylko za słowo.

Zabawa zaczęła się na 102. Rambo chciwie spijał drinka ze stopy Lamii i chętnie się nią zajął. Pożądanie biło po oczach od każdego z uczestników tej zabawy. Oli i Ray też zachowywali się podobnie. A na końcu krótkowłosa Larisa też obdarzyła stopę bękarcicy swoimi ustami i językiem. Panowie w końcu podnieśli się i pomogli zejść swojej ulubionej barmance w tym lokalu. Zaś od reszty sali dobiegły wiwaty, okrzyki zachęty i gwizdy a nawet oklaski za ten krótki ale jakże podniecający spektakl który był najsłodszym deserem na dla wojskowych zmysłów.

- A bardzo się spieszycie? Bo mamy całkiem wygodne łóżka w pokojach. - rozpalenie było widoczne i czytelne na twarzy Davida i wcale nie było trudno się domyślić po co chciałby zaprosić bękarcice do siebie.

- Ja też! A mieszkam sama! - zawołała Larysa jakby obawiała się, że może zostać wyłączona z takiej zabawy.

W głębi pokręconej duszy mało wojskowa sierżant jęknęła przeciągle. Najchętniej zawinęłaby ekipę pod pachę i przeniosła zabawę piętro wyżej… ale brakowało pewnego szczegółu by to uczynić. Takiego jednego kluczowego elementu szerokiego w barach i z tym, zdawać się mogło, niezmąconym spokojem.
- W takim razie jest pomysł na mały kompromis - dziewczyna oparła się o swoja kobietę, przyklejając się do jej boku - Panowie bądźcie dżentelmenami i zaproście Larysę. Lepiej się poznacie akurat przed wieczorem, kiedy po was wszystkich wpadniemy i zabierzemy do nas na koncert. Dużo alko, tłumy kociaków w obrożach i dobra zabawa gwarantowana… i tak, oczywiście aferparty na backstage’u zagwarantowane. Oli, ciebie się też to tyczy - pacnęła technika palcem w czubek nosa - Jebniemy nie jedną taką kolejkę, a moje foczki też będa. Chyba je jeszcze pamiętacie - rozejrzała się po samcach z szerokim wyszczerzem.

Trójka domowników i jeden technik popatrzyli na nią i na siebie nawzajem trawiąc jej słowa i propozycję. Wilma położyła dłonie na ramionach swojej kobiety dając jej tym wsparcie i poczucie bezpieczeństwa. Pozostała czwórka miała miny jakby zdecydowanie woleli się bawić przede wszystkim z bękarcicami co dopiero co tak rozgrzały atmosfere nie tylko przy ich dwóch, złączonych stołach.

- To ja miałabym bzykać się z nimi trzema na raz? - zapytała ciemnoskóra w niebieskich szortach i białym podkoszulku. Panowie popatrzyli teraz na siebie bo w szóstce przy stole było akurat po równo trzech na trzy. Jakoś tak to zgrabnie samo się ułożyło. Ale jakby obie bękarcice odpadły z tych rachunków to rzeczywiście robiła się jedna kobieta na ich trzech.

- Dobra! Dawno tego nie robiłam z trzema na raz! Cholera! W ogóle tego dawno nie robiłam! To panowie, idziemy do mnie! Aha i lubię jak ktoś się zajmuje moimi stopami. Bierzcie przykład z Lamii. - niespodziewanie Larysa zgodziła się i to w buńczuczny sposób wybuchając wesołym śmiechem. Postawiła dwa dość symboliczne warunki jakie dla całej trójki mężczyzn sądząc po ich minach i okrzykach były jak najbardziej do zaakceptowania.

- No dobra to my będziemy lecieć na górę. I dzięki za wizytę dziewczyny! I za fotki! I widzimy się wieczorem! - Ray, David i Oli podeszli do obu bękarcic i uściskali je na pożegnanie ciesząc się, z takiego zakończenia spotkania. Zwłaszcza jak zanosiło się, że wieczorem znów się będą widzieć i to w jak najbardziej towarzyskich celach. Larysa też pokuśtykała do obu nowych koleżanek aby je uściskać, wycałować i pożegnać.

- A jak dacie radę to interesowałaby mnie jakaś foczka na smyczy. Same widzicie jakie robią furorę. Też tak chcę. Najlepiej taka co się umie zajmować stopami. - powiedziała cicho do obu bękarcic niby składając zamówienie ale brzmiało raczej żartobliwie. Wyglądała na ucieszoną, że wraca do towarzyskiego życia i to tak zaraz na chwilę z kolegami jak i wieczorem z nowymi koleżankami.

Po wyściskaniu, wyklepaniu i wycałowaniu nadszedł czas chwilowego rozstania, gdy Mazzi i Wilson dopingowały gwizdami i zachętami oddział do wspólnej zabawy. Przypomniały im o torbie z wałówką, posłały parę całusów i wydzieliły sprawiedliwie po siarczystym klapsie na rozpęd.
- Do wieczora, sprawdzimy czy się spisaliście przed koncertem! - Patrząc na nich obu cieszyły się pyski i zęby szczerzyły się po ósemki. To teraz tylko załatwić na mieście reszcie spraw i podjechać z powrotem pod kołchoz…
- Ciekawe ile smyczy uda się zorganizować - saper wymruczała prosto w szyję Wilmy, gdy ona też zaczęła ją ciągnąć z powrotem do stolika, gdzie przysiadła na chwilę, aby unieść nogę i założyć na nią utraconą pończochę. Następnie szybko wstała i kąsając usta swojej dziewczyny, ze śmiechem ruszyła do wyjścia, mijając po drodze tłum stołówkowych gapiów. Była w tak dobrym humorze, że nawet im pomachała, rzucając “to do wieczora”, nim nie wypadły obie z Willy prawie z drzwiami na korytarz, na wyścigi ciągnąc się do fury i rozbierając praktycznie po drodze.




Półciężarówka mimo swojej masy i gabarytów oraz lat i zgrzytania kierowana wprawną ręką Wilmy przemierzała ulice Sioux Falls o wiele sprawniej niż drobna osobówka Eve ostrożnie przez nią kierowana. Dynamiczny styl jazdy jaki preferowała Wilson bardziej przypomniał tak jak lubili jeździć Steve lub Ramsay. Teraz na koniec jazdy van zgrabnie i z werwą zaparkował przed apartamentowcem. A po trzaśnięciu drzwiami znalazły się między nim a cukiernią Mario. Już nawet było widać balkon okularnicy na pierwszym piętrze ale w tej chwili był pusty.

- Chcemy coś? - Gwiazdka zapytała Księżniczki wskazując kciukiem na cukiernię.

- No ba - ta potwierdziła zarówno słowem jak i gestem, kiwając krótko głową - Trzeba zamówić dla misiaków słodycze na jutrzejsze śniadanie. Puszczą nas te Bolty z torbami - pomarudziła tradycyjnie, zanim nie podjęła lekkim tonem - Poza tym coś dla Smoka do tej whiskey. I dla twojej ekipy. Złożymy zamówienie, zostawimy talony i szuramy po Amy. Chyba że masz ochotę na pączka przed lodami?

- Nie. Obżarłam się na stołówce. - rudzielec obeszła ich nową furgonetkę i wzięła swoją dziewczynę pod rękę jakby obie były małymi dziewczynkami i tak wesoło weszły do cukierni. - Te whisky to można kupić jak będziemy wracać od Betty. A ja dla swoich to już coś kupię. - powiedziała gdy znalazły się w środku i mogły oglądać co tam się dzieje. I niespodziewanie przy jednym ze stolików rozpoznały Amelię. Siedziała razem z jakąś dziewczyną i indyjskiej urodzie. Rozmawiały o czymś przy porcji kupionych ciastek i serników. A w samo południe to cukiernia była raczej pusta i gości było niewiele.

Obie bękarcice lekko zamurowało. Popatrzyły po sobie, potem po blondi naprzeciwko, ale to nie były zwidy.
- Siema maleństwo! - szybko podbiły do kumpeli, a Lamia objęła ją od tyłu, przytulając mocno i całując w policzek na przywitanie. Potem praktycznie się przykleiła do jej pleców, biorąc w klatkę ramion - pocierała policzkiem o jej policzek - Przeszkadzamy?

- O. Lamia? Cześć. - blondynka wyglądała na zaskoczoną tym nagłym przywitaniem się. Ale wydawała się ucieszona. Po przyjacielsku pocałowała policzek Lamii i przy okazji dało się zobaczyć, że na drugim wciąż nosi spory opatrunek. Chociaż i tak mniejszy niż na początku. Za to druga z dziewczyn jaka siedziała na przeciwko patrzyła jakby nie wiedziała co zrobić. Albo nawet trochę speszona.

- Nie byłam pewna o której przyjedziesz. A chciałam pokazać Shauri tą cukiernię. - powiedziała wskazując na swoją nową koleżankę o ciemnych włosach. Wilma podeszła do stołu ale na razie trzymała się trochę z boku.

- To jest Shauri. Betty ją wczoraj wieczorem do nas przywiozła. Teraz mieszka z nami. Ze mną, w moim pokoju. Bo w twoim to teraz mieszka Madi i Lana. Ale teraz żadnej z nich nie ma tylko my z Shauri zostałyśmy. To zaprosiłam ją tutaj na ciastka. - drobna, młoda blondynka streściła Lamii aktualną sytuację jaka panowała w mieszkaniu okularnicy. W środku dnia nie było się co dziwić, że kobiet pracujących nie ma teraz w domu. Wszystkie kończyły albo po południu albo później.

- Shauri to jest moja koleżanka Lamia. Ona też była w tym samym szpitalu co my. I wcześniej mieszkała z nami tam gdzie teraz mieszka Madi i Lana. - Amy przedstawiła Lamii swojej koleżance. A Mazzi rzuciło się w oczy, że mówi powoli i wyraźnie. Tak jak zwykle mówiło się do małych dzieci albo osób w szoku. Ciemnoskóra dziewczyna wciąż obdarzyła Lamię nieufnym spojrzeniem jakby nie wiedziała czego się po niej spodziewać.

Drugim dzwonkiem alarmowym, a nawet pierwszym w kolejności był sam początek wywodu “jej” blondyny. Ukrywając zdziwienie pod miłym uśmiechem saper przypatrywała się obcej lasce. Lasce, która zamieszkała z Betty u Betty i jeszcze spała z Amelią, więc była bardziej delikatna jak Amy, inaczej wparowała by z buta prosto do dawnego pokoju Mazzi i pary masażystek.
- No hej maleńka, miło cię poznać - uderzyła w wesoły ton, próbując pozbyć się nieufności. Nowa pacjentka w potrzebie, ciężki przypadek. Betty wszak ratowała te najcięższe.
- Masz piękne oczy, mówił ci to już ktoś? - spytała i zaśmiała się wesoło - No pewnie, takie ślepka to jak para diamentów. Nie musisz ich mrużyć, najpiękniejsze będa kiedy się uśmiechniesz o tak - zademonstrowała na sobie pogodny uśmiech po czym nagle poklepała Amelię po ramionach.
- Maleństwo, muszę ci kogoś przedstawić - dodała z przejęciem, odwracając dziewczynę twarzą do rudzielca - To moja kochana Willy, byłyśmy razem na Froncie. Też… też przeżyła i teraz jesteśmy razem, tutaj. Mieszkamy z Eve i Stevem… i - przełknęła ślinę - Pokochasz ją, jest taka jak ty. Jeden z niewielu jasnych punktów które zawsze rozświetlały mi największy mrok spierdolenia jaki mnie otaczał. - wyprostowała plecy, wyciągając do bekarcicy rękę - chodź Willy, chciałabym abyś poznała Amy. To moja młodsza siostra ze szpitala. Ogarniała mnie tutaj na samym początku i gdyby nie ona wolę… nie myśleć gdzie i jak bym teraz wylądowała. I gdzie, ale pewnie gdzieś na cmentarzu. A jakby tego było mało jest najlepszą kucharką po tej stronie pieprzonego Ścieku i jeszcze ani razu nie dostałam od niej patelnią gdy próbowała mnie nauczyć gotować, a to już sukces!

- Cześć Wilma. Miło mi cię poznać. - Amelia po przyjacielsku wyciągnęła dłoń do wojskowej techniczki i przywitały się ze sobą miło. Shauri zaś wyglądała na zdziwioną słysząc komentarz o swoich diamentowych oczach. Miała minę jakby się zastanawiała co to ma znaczyć. Ale skoro trójka kobiet poznawała się i wymieniała się uśmiechami i uściskami to ciemnoskóra nie odzywała się i siedziała cicho jak mysz pod miotłą.

- Ah, coś słyszałam. Lamia mi mówiła i Eve. Same dobre rzeczy. - Wilson uśmiechnęła się odwzajemniając przyjacielski uśmiech dziewczyny z bandażem na połowie twarzy.

- Ale nie będziesz chciała wydłubać mi oczu? A zostawisz mi chociaż jedno? - Shauri odezwała się cicho jakby bała się odezwać głośniej. Ale wszystkie trzy ją usłyszały bo były blisko. Wilma wybałuszyła swoje oczy i zamrugała kompletnie zaskoczona takim pytaniem. Amelia chyba nie była aż tak zdzwioona bo szybko przystąpiła do działania.

- Nie, nie Shauri, spokojnie. Nikt ci nic nie będzie już dłubał ani nic takiego. To jest Lamia. To z nią miałyśmy jechać na lody. Lamia jest przyjaciółką moją i Betty. I dziewczyn też. - blondynka znów mówiła powoli i chyba chciała uspokajająco położyć dłoń na dłoni tej drugiej ale ta cofnęła swoją jakby obawiała się dotyku. Pokiwała głową do słów blondyny ale nie skomentowała ich. Dalej patrzyła na całą trójkę jakby nie wiedziała co jej z ich strony grozi.

- To ja pójdę teraz z Lamią coś zamówić dla nas. A potem pojedziemy na lody. Poczekasz tu na mnie? Wilma z tobą posiedzi. Podejdziemy tylko do lady, nie zostawimy cię. - powiedziała niezmiennym tonem czekając na jakąś reakcję brunetki. Ta wpatrywała się najpierw w nią, potem w pozostałą dwójkę. W końcu skinęła głową. Amelia powoli wstała jakby nie chciała jej spłoszyć i poprosiła Wilson aby zajęła jej miejsce. Coś jej szepnęła do ucha którko a ruda głowa kiwnęła.

- Dobre te ciacha? Mogę jedno? - Wilma wesoło zagadała do Shauri a ta patrzyła na nią i na wskazane ciastka jakby nie bardzo wiedziała o co chodzi. Zaś Amy poprowadziła Lamię do baru jakby miały wybierać kolejne słodkości ale szybko wyjaśniła jej w czym rzecz.

- Betty ją wczoraj do nas przywiozła ze szpitala. Ramsey ją przywiózł. Wiesz który, ten gliniarz co prowadził moją sprawę. Odbił ją z rąk jakichś zwyrodnialców! Oni ją więzili i maltretowali! Używali jak sex lalkę! I Ramsey podejrzewa, że to może być ta sama szakjka co próbowała porwać was. Zanim się Steve i reszta nie wtrącili. No i jak wczoraj Ramsej ją przywiózł to Betty się bała, że weźmie się za przepytywanie jej. To na wszelki wypadek przywiozła ją do nas. No fizycznie to nic jej nie jest. Nie wymaga leczenia. Ale psychicznie to ona się boi oddychać bez pozwolenia. Cały czas mówi, że jest Świnia 28. Wytatuowali jej tak na tyłku! Liczbę! To straszne! Cały czas z Betty i dziewczynami mówimy do niej po imieniu, żeby się przyzwyczaiła. Betty prosiła mnie abym się nią zajęła. Bała się ją zostawić w domu samą aby nie uciekła albo czegoś nie odwaliła. Dobrze, że jesteście. Zabierzemy ją na lody. Od rana gadałam jej o tych lodach aby się przyzwyczaiła. No ale sama widzisz. Aha. Ramsey też przywiózł tego fiuta co ją trzymał. Ale Betty mówiła, że “torchę przedobrzył” jak go stłukł. Więc nie wiadomo czy będzie nadawał się do mówienia. Dzisiaj miał przyjechać albo po nią albo po niego. No i dlatego też Betty zabrała Shauri do nas. - Amelia mówiła cicho ale szybko co jakiś czas zerkając na rozmawiające ze sobą kobiety jakie zostały przy stole. Właściwie to z nich dwóch jak już to Wilma coś mówiła. A Shauri jakby nie była pewna co powiedzieć albo czy w ogóle coś powiedzieć. To milczała.

- Betty ci powiedziała że to o nas chodziło w tym środowym porwaniu, czy Ramsey wyszczekał? - saper ścisnęła kąciki oczu palcami jakby nagle dostała ataku migreny. Pomyśleć że próbowali chronić Amy, a tu chuj. Prychnęła, walczac z ochotą aby wyciągnąc fajka i go zapalić tu i teraz, ale niestety za bardzo szanowała Mario.
- Typ o ksywie Świniak, który lubi blondynki - mruknęła cicho, patrząc na młodszą dziewczynę spokojnie - Dlatego się oszpeciłaś? Aby ktoś taki jak on cię nie porwał? Bo to nie jest dobry czas i świat dla ładnych dziewczyn, pamiętasz? Powiedziałaś mi to w szpitalu pierwszego dnia kiedy zawarłyśmy rozejm i stworzyłyśmy oddział - mówiła nie przestając się patrzeć jej prosto w twarz - Twój były cię wciągnął w kłopoty, czy przez przypadek czy rozmyślnie, a potem spierdolił… chciałabym abyś mi o tym powiedziała - zrobiła krok do przodu - kładąc jej dłonie na ramionach i ściszyła głos - Mnie, nie temu gburowatemu burkowi w zdezelowanej suce. Proszę Amy, jeśli cokolwiek wiesz, albo masz podejrzenia… albo w ogóle uważasz że to niepowiązane, chciałabym abyś mi o tym opowiedziała. Kto wie, może w tym będzie jakiś ślad… do innych takich jak Shari. Ukrytych gdzieś, Bóg wie gdzie, i torturowanych w nieludzki sposób. Powiesz mi, a Ramsaya biorę na siebie, obiecuję.

- Ah, tamto… - Amelia chyba nie spodziewała się, że Lamia wróci do ich pierwszego spotkania na trzeźwo. Gdy obie były już wolne od prochów i mogły ze sobą rozmawiać. Uciekła wzrokiem gdzieś w świat makówek i drożdżówek cieszących oko na wystawie Mario.

- To nie to. To było… Co innego… To przez moją pracę… Ja się tak starałam a oni mnie zostawili… Nawet nikt z nich mnie potem w szpitalu nie odwiedził. Kij im w oko. Zamknęłam tamten rozdział. - wymamrotała markotnym tonem jakby to nie był jej ulubiony temat do rozmów i wspomnień.

- Ale nie Lamia. To są ludzie stąd, z firmy, nie mają nic wspólnego z tymi porwaniami. Przynajmniej ja w to nie wierzę. Ta sprawa z wami i z Shauri to co innego. Ten Ramsey jest jaki jest. Ale myślę, że jest dobrym człowiekiem na dobrym miejscu aby pociągnąć tą sprawę. Jak pitbull. No ale nie kosztem Shauri. Dlatego zgadzam się z Betty, że trzeba jej pomóc i zająć się nią. Można zacząć od tych lodów. - powiedziała już raźniej odwracając się w stronę dwóch kobiet o kilka kroków dalej jakie wciąż siedziały przy ciastkach i stole. Wilma chyba próbowała rozbawić Shauri robiąc jakieś sztuczki z ciastkami obracanymi między palcami. Całkiem zgrabnie jej to wychodziło i rzeczywiście skupiła na sobie uwagę swojej niemej rozmówczyni.

- Firma? Przez pracę? - saper powtórzyła niczym echo i westchnęła - To zostanie między nami, obiecuję. Muszę wiedzieć o co chodzi, aby mieć pełen obraz. Nikt się nie dowie, a ja będę wiedziała co mówić Ramsayowi… i spokojnie, tak jak nie dałam po twoim trupie rozwiązać sprawy, tak nie pozwolę aby po trupie tej biednej dziewczyny ktokolwiek zdobywał punkty w psim wyścigu za złoczyńcami.

- To z moją pracą to nic wspólnego z tymi skurwielami od Shauri. Miałam dobrą pracę. Starałam się. Miałam chłopaka. Przystojny, ambitny, samodzielny. Koleżanki mi go zazdrościły. Miałam dobrego kierownika i szefa co mnie szanowali i liczyli się z moim zdaniem. Doceniali moją pracę. Wszystko było jak w bajce. - blondynka wzruszyła chudymi ramionami a głos ociekał jej cichym smutkiem i autoironią. Jakby już teraz wiedziała, że to była tylko bajka i się otrząsnęła z tych złudzeń.

- Byłam ambitna, pracowita i zaangażowana. Zostawałam nadgodziny byle dokończyć projekt. I liczyłam na awans. Chciałam zostać kierownikiem. Wszystko się zgadzało. Miałam dobrą opinię, podejmowałam samodzielne decyzję, nie popełniałam rażących błedów, konsultowałam się z innymi działami. Wszystko się zgadzało. No i jak się zwolniło miejsce to byłam pewna, że to ja zostanę nowym kierownikiem. A został nim Adrian. Mój chłopak. - powiedziała cichym tonem i mimo to nadal gdzieś pomiędzy słowami dało się wyczuć tą ogromną żółć i złość jaka ją musiała wówczas ogarnąć gdy się o tym dowiedziała.

- Nikt mnie nie rozumiał. “O co ci chodzi Amy? Przecież Adrianowi się to należało. Jest dobrym kierownikiem. Nadaje się. I chodzicie ze sobą. Nie cieszy cię jego awans? Przecież wszystko zostaje u was w rodzinie.”. I tak dalej. Bo byliśmy już zaręczeni. Mnie się nawet ślub roił. A się mnie tak pytali jakbym była małą, zawistną, zimnokrwistą suką chciwą władzy. Zwisa mi to stanowisko. Ale mogli mnie nie mamić, że jak będę się starać i będę pracowita to dostanę tą fuchę. Więc jak się starałam i byłam pracowita uważałam, że mnie to się należy. Bo tak jakby mnie to obiecali. A nie Adrianowi. - powiedziała z wyrzutem i widocznie nadal nie zmieniła zdania w tej kwestii. Nawet jeśli już tamte emocje mocno zbladły i mogła mówić o nich spokojnie. W miarę spokojnie.

- Pytam się szefa działu co tu jest do cholery grane. Wściekłam się. Wygarnęłam mu. A im bardziej się wściekałam t docierało do mnie, że tylko potwierdzam ich opinię. Że mają mnie za jakąś szurniętą. Więc wściekałam się coraz bardziej. W końcu szef działu powiedział mi, że jak mnie “motywował” to ja kiedyś tam otrzymam to stanowisko. No ale po prostu nie teraz. Teraz dostał to Adrian. Pytam się chujka czemu jak mnie motywował to mi o tym nie powiedział. A on się tak do mnie mentorsko uśmiechnął z wyższością jakby był nie wiadomo jakim mądralą i powiedział, że tak działa system. Tak działa firma. I jak popracuję tu dłużej to zrozumiem. Docenię. I sama będę tak robić. Dałam mu w pysk. I wyszłam. Potem w domu rozmawiałam z Adrianem. Przekonywał mnie i przepraszał. Wściekł się, że uderzyłam szefa. Ale właściwie mnie przekonał. Potem kochaliśmy się. Szybko i gwałtownie. Jak na początku. Poprosiłam go aby mnie obsikał. Kręci mnie to. Zrobił to. I był pod wrażeniem. Nie spodziewał się tego po mnie. Ale spodobało mu się. Mnie też. No i myślałam, że jednak to tylko kryzys. Że będzie dobrze. Że zostanę tam i będę taką cwaną suką jaką tam trzeba być aby do czegoś dojść. - Amy mówiła szybko i cicho. Emocje stopniowo przejmowały nad nią kontrolę i znów dawała znaki wzburzenia, rozpaczy i desperacji jakie wówczas nią targały. Tylko teraz jak już znała koniec tej historii to była ona podszyta gorzką autorionią.

- A potem był ranek. Ubieramy się do pracy. Ja mu robię jajecznicę, kanapki i gofry na drogę. Bo on miał wtedy wyjazd w trasę. Dużo jeździ za miasto. Często go nie ma. No i się ubieramy i ja coś tam zaczęłam mówić. Już nawet dokładnie nie pamiętam co. Coś o tym awansie. Kiedy bym mogła na to liczyć, że jak on teraz został kierownikiem to może by nam było łatwiej. Przecież wie, że ja się nadaję na to stanowisko. I jestem w te klocki lepsza od niego. Bo on właśnie dużo wyjeżdża a ja nie więc na miejscu mam lepszą orientację. A on się tak do mnie ładnie uśmiechnął, pogłaskał mnie po twarzy, pocałował i myślałam, że powie mi coś miłego. Albo chociaż takie “no zobaczymy”. Cokolwiek. A on powiedział, że jestem tylko ładną laleczką i żebym się nie wychylała i robiła to co mi każą. On i kierownik. I, że kierownicze stanowiska nie są dla bab i żebym nie robiła więcej histerii jak wczoraj. I wyszedł. I pojechał. A ja zostałam sama. No jakby mi zdzielił w żołądek. Czułam się taka pusta, że nawet się nie wściekałam. Już nie pamiętam jak ale wróciłam do kuchni. Ta gofrownica jakoś wpadła mi w oko. Wciąż była gorąca. Więc zabrałam im tą ładną laleczkę. To nie jest świat dla ładnych laleczek. Więc nie chcę tam wracać. Olać ich. Ale to nie oni Lamia. Sama to sobie zrobiłam. Ale przez nich. Rozumiem, że Ramsey mógł podejrzewać Artura albo kogoś z nich. Ale to nie oni. I nie wierzę, że wyłapują jakieś dziewczyny aby robić z nimi to co z Shauri. To co innego. - powiedziała na koniec jak to było z jej historią po jakiej wciąż miała zeszpeconą twarz. I chyba jej ulżyło bo spokój znów wrócił na jej lico. Popatrzyła jeszcze dookoła jakby zastanawiała się czy coś jeszcze dodać ale chyba nie znalazła. Bo wzruszyła swoimi ramionami i uśmiechnęła się blado do swojej szpitalnej kumpeli.

Nastała cisza, przedłużająca się do tego kulminacyjnego momentu, kiedy w starszej sierżant coś zwinęło się i pękło z hukiem, sypiac szrapnelami dookoła. Sama nie wiedziała co się stało najpierw: czy jęknęła z ulgą że jednak żaden pierdolony zwyrol nie polował na jej maleństwo, czy ze smutku ile maleństwo wycierpialo przez bandę zjebów, choć nie takiego kalibru jak skurwysyn polujący na dziewczyny i zmieniający je w cholernie wieprzowe numery. A może najpierw porwała drobniejszą dziewczynę w ramiona i nie przycisnęła do siebie, chcąc schować przed zewnętrznym światem. Oparła czoło o jej ramię, zaciskając palce na drobniejszych barkach. Trochę trwało nim nie podniosła głowy i nie pocałowała Amelii w środek czoła.
- Dziękuje że mi powiedziałaś - wymruczała jej gdzieś w czubek jasnowłosej głowy, kołysząc ją w ramionach. Masz całkowitą rację, jebać ich. Jesteś od nas, któryś z tych cweli do ciebie podbije to się im zrobi zbrodnię wojenną. Jezu Amy… - westchnęła, a potem wyprostowała się, patrząc z uśmiechem prosto w twarzyczkę blondi - To co, pomożesz mi wybrać coś dla misiaków i Tygryska? Rano jedziemy do Waters na środowe śniadanie… i tylko z tygodnia na tydzień coraz więcej Boltów mamy wbitych w książeczkę wojskową - uniosła teatralnie oczy ku niebu miną “puszczą nas z torbami” - Zamówimy i lecimy na lody. Bez obaw, będę delikatna.

- O. No tak. Bo wy w środy jeździcie do Steve’a. No tak. To chodź, coś mu wubierzemy. - Amelia dała się wyściskać i wycałować. Jak kochana młodsza siostra starszej kochanej siostrze. Potem jakby nigdy nic zaczęła wybierać makowce, ciastka i drożdżówki jakby właśnie po to tu przyszły. W końcu wróciły do Wilmy i Shauri a ruda pochwaliła im się, że Shauri pozwoliła jej wziąć jedno ciastko. Ta zaś chyba chociaż z Wilmą się oswoiła na tyle, że nie miała już miny jakby dumała czy już zrywać się do ucieczki czy jeszcze chwilę poczekać. Ale dalej dało się wyczuć, że jest nieufna i spięta. Bliskość drobnej blondynki wydawał się uspokajać.

- Chodź Shauri teraz pojedziemy na lody. Tam pracuje nasza koleżanka. Jamie. Ona też jest naszą przyjaciółką i Betty. Jest bardzo miła i sympatyczna. I serwuje najlepsze lody na mieście. - Amelia wskazała na furgonetkę dziewczyn za oknem jak już wiedziała czym będa jechać. Ale pytała ciemnoskórą dziewczynę o zdanie. A na niej imię okularnicy zdawało się działać jak talizman. Jakby pielęgniarka ze szpitala miejskiego co była wręcz znana ze swojej surowości i oschłości kojarzyła jej się z czymś kojącym. W końcu Shauri skinęła głową i Amelia ostrożnie wzięła ją za rękę i poprowadziła jak młodszą siostrę w stronę vana. I chwilę później już we cztery jechały przez miasto. Tym razem Wilson chyba już wyczuwając sprawę jechała znacznie wolniej i łagodniej jakby nie chciała wystraszyć Shauri jakimiś gwałtownymi manewrami. Aż zajechały przed najlepszą i najsławniejszą lodziarnię w mieście. A tam niespodziewanie spotkały za ladą Jamie. Chociaż ta powinna tu pracować tylko w weekendy.

- O! Cześć dziewczyny! - długowłosa Latynoska preferująca tylko kobiety przywitała ich od progu ledwo przeszły przez drzwi.
 
__________________
A God Damn Rat Pack
'Cause at 5 o'clock they take me to the Gallows Pole
The sands of time for me are running low...
Driada jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 12-09-2021, 22:41   #242
 
Driada's Avatar
 
Ciemne brwi Mazzi podjechały do góry, ale równie szybko jej twarz rozjaśnił szeroki uśmiech. Otworzyła usta aby rzucić zaczepnym tekstem na przywitanie… tylko rzut kątem oka na najnowszy nabytek Betty ten zapał ostudził. Zamiast w koszarowy sposób wyrazić radość ze spotkania tak sympatycznej mordki po drugiej stronie lady, należało postawić na trzymanie poziomu. Jakiegokolwiek bez rubasznych odniesień, przynajmniej na tę chwilę.
- Jamie musisz mi pomóc bo nie wiem czy zachlałam pałę i już sobota, czy mnie moje piękne oczy mylą i mi się tu mały cud zespawnił? - rozłożyła ramiona i podeszła pod ladę aby wychylić się i po przyjacielsku uścisnąć lodziarę, cmokając ją w policzki.
- Świetnie wyglądasz, aż nie wiem czy patrzeć na lody czy na ciebie - dodała szeptem, bo jednak jęzor zdradliwy sam się pchał gdzie nie trzeba - Chociaż to drugie pamiętam jest o niebo słodsze.

- Oh Lamia! - lodziara zaśmiała się ciesząc się z takiego słodkiego powitania. Dała się cmoknąć i sama też cmoknęła policzek sierżant. A rączki jakoś jak ją objęły to nie chciało im się opuszczać tego życzliwego ciała obleczonego w małą czarną. Wilma też do nich podeszła i cmoknęła się krótko a Amelia przywitała się uśmiechem i sympatycznym skinieniem swoje blond głowy. Shauri za to patrzyła na nie wszystkie jakby nie do końca wiedziała co się dzieje albo co się zaraz stanie.

- I nie mylisz się ja tu pracuję tylko w weekendy no ale poprosili mnie bo się koleżanka pochorowała no to jestem. A mieszkam ze wszystkich najbliżej bo prawie przy samym placu. - wyjaśniła latynoska szatynka co tu robi poza swoją standardową zmianą.

- Ale dobrze, że cię widzę! I tak miałam jakoś z wami się spotkać, zwłaszcza z tobą. Masz chwilkę skoczyć na zaplecze? - zagaiła jakby sobie coś nagle przypomniała skoro już Lamia ją odwiedziła.

Mazzi przyjęła minę jasno mówiącą, że jest to poświęcenie na które jest gotowa.
- Dla ciebie wszystko - odparowała wachlując rzęsami i już widziała jak zatyka te latynoskie usta jej własnymi gaciami w znajomym kibelku na zapleczu. Dzień od razu zrobił się lepszy, więc i tę radosc uzewnętrzniała że prawie jej sie skraplała porami skóry
- Dasz naszym dziewczynom po tej duzej misie żeby się nie nudziły jak skoczymy obgadać parę tematów na zapleczu? - wskazała na Shuri i Amy, przyciągając do siebie Willy aby było wiadomo, że bękarcice są w pakiecie na tę rozmowę.
- Amy znasz, a to Shuri. Jeszcze nie czuje się dobrze, niedawno wyszła ze szpitala więc ją tu przyprowadzamy - wskazała na Hinduskę - Bo nic tak nie nadaje sensu życiu jak lody. Zwłaszcza z twojej zdolnej rączki - posłała całusa czarnuli za ladą.

- Tak, tak oczywiście. Wam też zrobię. - Jamie okazała pełną wolę współpracy przy tych lodach a na tą wzmiankę na zapleczu z obu bękarcicami to tak się uśmiechnęła jakby sobie wyobrażała to bardzo podobnie jak Lamia.

- Te są dobre. Chcesz spróbować? Czy wolisz inne? - Amelia widząc, że jest okazja zamówić to po co przyszły starała się nową koleżankę wciągnąć w rozmowę. Problem z wyborem dla Shauri był taki, że na wszystko o co ją zapytano czy pokazano na wystawie grzecznie kiwała głową zgadzając się bez namysłu. Jakby bała się podać niewłaściwą odpowiedź. A jak żadna z koleżanek nie chciała ja ponaglać to trochę to trwało. Z bękarcicami poszło o wiele sprawniej i wkrótce Amelia została z Shauri w sali głównej i czterema pucharkami zamówionych lodów. A Jamie zbabrała obie żołnierki na zaplecze.

- Dzisiaj mam luźniej bo środek tygodnia no i sama urzęduję jak widzicie. - powiedziała Latynoska już normalnym tonem. - Chodźcie pokażę wam coś! - dodała jakby wreszcie miała okazję zacząć temat dla jakiego je tu ściągnęła.

- Będziesz się rozbierać? Nieźle się zaczyna. - Wilma zaśmiała się cicho widząc jak lodziara szybko zaczyna rozpinać guziki swojej koszuli. Latynoska też zareagowała podobnie.

- I co myślicie? Jak wam się podoba? - zapytała Jamie gdy rozchyliła swoją koszulę i pod spodem miała tylko stanik. Dlatego wymalowany markerem napis “Lesbian Bitch” rzucał się w oczy jak neon na jej płaskim brzuchu. Zaś wzrok brunetki patrzył na nie z ekscytacją oczekując jakiejś reakcji.

Bękarcice spojrzały na siebie synchronicznie i kiwnęły głowami, by zaraz wrócić do dokładnego oglądania nowego dodatku do ich znajomej... Równocześnie zmrużyły oczy przekrzywiając karki Lamia w prawo a Willy w lewo, przez co stuknęły się głowami choć wydawało się to im nie przeszkadzać.
- Pasuje ci jak karcer do dekownika - saper wyraziła swoje zdanie robiąc mądrą minę i wydęła usta wyraźnie się nad czymś zastanawiając
- Zajebiście ci pasuje - dodała gdy na jej gębie pojawiał się coraz szerszy wyszczerz - Lesbian Bitch, brzmi jak tytuł filmu akcji - przytakiwanie powtórzyło się - Co nie, Willy?

- Mhm. Odpowiedni napis na odpowiednim miejscu. A pokażesz nam dół? - Wilma przygarnęła Rybkę do swojego boku łapiąc ją za biodro a sama zapytała lodziary wskazując brodą na jej brzuch. Rzeczywiście z dwóch wyrazów jeden był powyżej a drugi poniżej pępka. I ten dolny, “Bitch” był nieco przycięty przez górną krawędź spódniczki.

- Pewnie. - Jamie roześmiała się ucieszona z wrażenia jakie wywarł to napisane markerem hasło. Aby zaprezentować je w pełni bez wahania zaczęła rozpinać tą czarną mini jaką miała na sobie. Ale też ruszyła w stronę szafek i otworzyła jedną z nich wyjmując mały plecak.

- To Karę dzisiaj poprosiłam aby mi zrobiła. Bo jak się obudziłam w poniedziałek to miałam coś takiego na brzuchu. Tylko szminką. No ale jak czarne to lepiej widać. - lodziara ze spiętymi w kok włosami i rozpiętej koszuli położyła mały plecak na krzesło a po chwili grzebania wyjęła z niego jakąś książkę. A z niej luźną, złożoną kartkę. To widocznie było to bo z ekscytacją podeszła z nią do obu bękarcic.

- Zobaczcie na to. To jest “Lesbian Bitch”! - zaśmiała się wesoło podając im tą kartkę. Była złożona na pół ale jak się ją rozwinęło widać było… Jamie. Narysowaną węglem na zwykłej kartce z bloku. W bezczelnie, wyuzdanej pozie, w porwanych pończochach, narzuconej niedbale skórzanej kurtce i rozwiązanych glanach. Patrzyła prowokująco na obie bękarcice spod zmrużonych powiek. Albo na jakąś dominę jaka musiała stać tuż przed kamerą bo widać było tylko jej zgrabne nogi. No i smycz jaką trzymała w dłoni a prowadziła do obroży jaką Lesbian Bitch miała na sobie. No i właśnie ten napis miała na brzuchu tak samo jak teraz miała żywa Jamie. Jeszcze jakiś stylizowany podpis w rogu pewnie artysty. Pewnie na “D” a dalej trudno było odczytać. I z dedykacją. “Lesbian Bitch, dla Jamie”. I data. Chyba poniedziałkowa.

- No, no… To ty? No, no… - Wilma która wydawała się całkiem zainteresowana rozbierającą się lodziarą teraz chłonęła ten szkic i widocznie jej się spodobał.

- No i to jestem ja jako Lesbian Bitch. Kolega mi narysował. I no właśnie chciałam z tym iść do was. Znaczy do ciebie Lamia. Myślisz, że można by zrobić jakiś taki film z Lesbian Bitch? Bo ona ma supermoce! Lesbijskie! Znaczy jak jakaś kobieta ma takie tendencje no to Lesbian Bitch ma takie feromony, że może ją namówić na numerek i w ogóle fajne rzeczy. Aha i jeszcze z Madi muszę pogadać. Bo chyba sobie zrobię taki tatuaż. Jak myślicie? - Jamie była wyraźnie rozradowana i podekscytowana. Ćwierkała jak nastolatka co właśnie wróciła z pierwszej wizyty w kinie albo jakiejś wycieczki i na gorąco opowiadała jak było. I to z entuzjazmem. Stanęła przy obu partnerkach i wreszcie dała im się wypowiedzieć.

Saper wyciągnęła paczkę fajek, odpalając dwa i jednego podając Wilson. Kiwała powoli do słów Latynoski zachowując poważną minę, a jej głowa opadła na ramię dziewczyny bo tak się lepiej myślało.
- Nie będzie takiego filmu - powiedziała wreszcie tonem jakby mówiła że sorry, ale nie ma teraz poczęstowaćszlugiem. Zrobiła specjalnie przerwę, zaciągając się z premedytacją ale zanim nabrane nagle przez lodziarę powietrze nie zmieniło się w litanię pytań “dlaczego nie?”, dodała - Serial jebniemy, bo to ma potencjał - wreszcie się uśmiechnęła półgębkiem, łypiąc na żywą modelkę to na obrazek i nawijała pewnym tonem - Kostium ci się pierdolnie aby był znak rozpoznawczy, wymyślimy parę epizodów i w sumie już parę bym miała pomysłów ale to na razie szkice - wyszczerzyła się pełnoprawnie - Chętne na nawracanie foczki zawsze się znajdą. A tu mamy gotowca - wskazała na obrazek - Ale z tym tatuażem poproś Madi o zmywalny. Henna albo coś, na tusz i igły zawsze jest czas a tak sama sobie zobaczysz jak to na tobie wygląda na dłużej i czy za pół roku się nie znudzi, albo by nie pasowało w innym miejscu - pyknęła fajka z wyraźną przyjemnością. O tak, węglowy szkic działał jak okienko przez które zaczęła dostrzec mnogość pomysłów na ten konkretnie projekt i aż zacierała mentalnie szpony z radości.

Jamie jak usłyszała, że nie będzie takiego filmu to zrobiła tak zaskoczoną minę, że aż wyglądała głupiutko i zabawnie. Zamrugała oczami patrząc na panią reżyser z niedowierzaniem a potem na Wilson jakby sprawdzając czy ta słyszy to samo. Zresztą Wilma też spojrzała na Lamię jeszcze raz chociaż lepiej nad sobą panowała albo lepiej niż Jamie znała sierżant w stanie spoczynku. Dopiero jak reżyser Mazzixxx wspomniała o serialu lodziara klasnęła w dłonie z radości i roześmiała się na całego.

- O tak, serial! Oh dzięki Lamia jesteś najlepsza! - Latynoska z tych emocji aż objęła szyję czarnulki przytulając się do niej i ściskając mocno aby okazać jej swoją radość i wdzięczność.

- Ja nie muszę za to brać, żadnych papierów, mnie wystarczy promowanie lesbijskiej miłości i aby kobiety a zwłaszcza lesbijki były ukazane w pozytywnym świetle. A na resztę się zgadzam. O rany serial! Słyszałaś Willy!? Lesbian Bitch będzie miała swój serial! - wydawało się, że ich profesjonalna i żarliwa lesbijka zaraz rozpłacze się ze szczęścia i wzruszenia od nadmiaru tych dobrych wieści. Patrzyła to na jedną, to na drugą bękarcicę i aż chyba nie wiedziała co powiedzieć. To Wilma jej pomogła.

- A z tym tatuażem Rybka ma rację. Pogadaj o czymś na próbę z Madi. Ona się zna to na pewno coś ci mądrego doradzi. - wojskowa specjalistka podchwyciła pomysł swojej pierwszej dziewczyny i Jamie grzecznie kiwała główką aby dać znać, że tak właśnie zrobi.

- Słyszysz co Gwiazdka mówi? - saper dołączyła do dialogu, obejmując obie kobiety i przyciskając je do siebie. Patrzyła na lodziarę, ruchem głowy wskazując tą trzecią - Zna się i ma łeb na karku, w końcu to Willy, no nie? Więc ogarnij z Madi temat, potem niech Kara ci się pomoże dokładnie zmierzyć… - cmoknęła -... zdjąć miarę na ten kostium. I mam nadzieję że po robocie wpadasz na koncert RB? Będzie u nas wieczorem w magazynie - zakończyła z uśmiechem sprzedawcy marzeń.

- O. Rude Boy gra jakiś koncert? Dzisiaj wieczorem? No ja zamykam o 18-tej. Potem muszę wracać do domu, przebrać się i tak dalej. Ale wieczorem mogę być już do waszej dyspozycji! - Jamie uściskała jedną i drugą bękarcicę. Trochę się zdziwiła tym niezapowiedzianym koncertem punkowców ale z drugiej strony przy ich anarchistycznej i chaotycznej naturze jakoś to nie dziwiło aż tak, że dają koncert bez zapowiedzi. A okazja była w sam raz aby znów się spotkać to lodziarze było na rękę.

- I jej, będziemy robić serial o Lesbian Bitch! Cudownie! Już się nie mogę doczekać! Kiedy zaczynamy!? Rany ja to bym mogła już teraz zaczynać! - latynoska szatynka aż nie mogła się nacieszyć swoim szczęściem jakim ja obdarowała pani reżyser. Cieszyła się jak dziecko z wymarzonego prezentu.

- Pogadaj z Karą i myślę od przyszłego tygodnia będziemy zaczynać to ogarniać. Kostium się parę dni szyje w tym czasie rozpiszemy konspekt scenariusza, poszukamy aktorów i aktorek przede wszystkim abyś miała kogo nawracać i obracać. A w ogóle słyszałam że masz kontakt do kolesia którego wołają Niagara. Przydałby się do tej drugiej, mniej ładnej części filmów - Mazzi zaśmiała się, całując ją krótko i czule - Zobaczysz, odjebiemy taki serial że nawet temu cwaniaczkowi Donowi języka w gębie zabraknie - pacnęła ja palcem w czubek nosa - Od przyszłego tygodnia ruszamy z tematem, teraz mamy od pyty na łbach z remontem… do niedzieli się ogarnie wszystko co trzeba. Ale - podniosła palec do góry aby zaznaczyć bardzo ważną kwestię - To nie za darmo takie rzeczy i obietnice. Coś za coś - parsknęła - Mówiłaś że masz te pudełka żeby przewieźć lody bezpiecznie do domu i z domu pod jednostkę tygryska… powiedz proszę że nie zapomniałas.

- No mam takie pudełka. A co? Potrzebne wam? To mogę wam pożyczyć. Tylko jakoś mi je podrzućcie przed końcem tygodnia aby się szef mnie nie czepiał. No a jak nie to trudno, spławię go jakoś. - aktorka mająca odgrywać Lesbian Bitch mówiła jakby była gotowa Lamii nieba uchylić gdyby tylko mogła. Na te pudełka na lody to tylko machnęła ręką dając znać, ża takie coś może załatwić od ręki.

- A ten kostium… - trochę puściła obie dziewczyny aby jeszcze raz przyjrzeć się postaci swojej bohaterki narysowanej na kartce.

- Glany to mam… Chociaż wiesz co? U was, u Eve w studio widziałam takie bicuory z takimi, dużymi, srebrnymi klamrami. Myślę, że nadawałyby się do takiego kostiumu. Tylko wtedy ich nie przymierzałam to nie wiem czy by pasowały. Rajstopy to też nie problem… Skórzana mini też się znajdzie… I kurtkę to też jedną mam… O… I obroża… A mogę mieć obrożę z napisem “Lesbian Bitch”? Bo takiej nie mam. Musiałabym zamówić. Ale znam jeden sklep z kolczykami i innymi takimi to tam chyba by mogli mi zrobić coś takiego… - Jamie patrzyła na kartkę pod kątem kostiumu dla siebie i na gorąco relacjonowała co ma, czego nie ma, co chyba ma lub mogłaby mieć.

- Aha ale po co nam jakiś facet w filmie o Lesbian Bitch? To nie będzie film o samych kobietach? - nagle jakby przypomniała sobie co Lamia mówiła przed chwilą. Zamrugała oczami dopytując się o to i wciąż stała w rozpiętej mini i koszuli nie bardzo wiedząc po co im jakiś facet w scenie z taką superbohaterką.
- To do innych produkcji - uspokoiła ją Lamia - W twoich też będa, ale raczej jako złe charaktery żeby im dać w zęby i wyratować foczkę z opresji i ją przeprowadzić na stronę gładkich ud i miękkich łon. A obroża to genialny pomysł. Pasuje do Lesbian Bitch - cmoknęła ją w policzek na uspokojenie - Ten pojemnik ci podrzucimy w czwartek tylko czy chcesz tu czy do domu. W ogóle pogadaj z szefem jakbyś mogła, czy możemy na weekend taki wypożyczyć oddamy w całości, kaucje zostawimy wiec niech sie nie martwi pierdołami.

- To wy się nie przejmujcie pierdołami! - roześmiała się Jamie i oddała znów rysunek Lamii a sama zaczęła zapinać swoją koszulę. - Teraz dam wam jeden a oddacie kiedy i gdzie wam wygodnie. W czwartek do 18-tej jestem tutaj a potem idę do siebie. To mnie łapcie jak nie tu to tu. Na pewno was przywitam i ugoszczę i zajmę się wami i w ogóle. Jak u mnie to może nawet Kara będzie. Ale nie jestem pewna. - powiedziała sprawnie zapinając ostatni guzik. I zaczęła wsadzać koszulę w swoją mini która ładnie podkreślała jej zgrabną figurę i długie, smukłe nogi.

- A na weekend nie ma problemu. Kiedy byście przyjechały? O której? To mogę wam już naszykować zamówienie. Będzie gotowe do odbioru. Tylko powiedzcie co chcecie. A oddacie po weekendzie. A szefem się nie przejmujcie. Jestem jego najładniejszą lodziarą to takie drobiazgi to drobiazgi właśnie. Zwłaszcza jak po weekendzie oddacie te pudełka. Więc to żaden problem. - pokręciła głową i puściła bękarcicom oczko kończąc poprawiać swój wygląd. Wyglądała jakby na tym zapleczu nie rozpięła ani jednego guzika.

- A ten Niagara? - znów przypomniała jej Wilson o co pytała ją Rybka.

- A. Niagara. No tak. Właściwie to ja go znam dość słabo. Wiem który to i nic więcej. Koleżanki mi o nim mówiły. A na kiedy go chcecie? Właściwie to nie wiem gdzie mieszka ani co robi. Musiałabym popytać. Ale jak jest jeszcze w mieście to pewnie go w końcu znajdę. A dokopać facetom na ekranie to pewnie! Do Lesbian Bitch na pewno pasuje! - roześmiała się znowu nie mogąc się nacieszyć tą produkcją jaką miały zacząć w przyszłym tygodniu.

- Na luzie - saper schowała obrazek do torebki - Jakoś na nie ten tydzień co będzie, a następny. Masa czasu, nic na hurra i już teraz. Miej rękę na pulsie i popytaj, a będziemy cholernie wdzięczne - Wyciągnęła rękę żeby wygładzić lodziarze kołnierzyk i poprawić włosy. Po krytycznym spojrzeniu zatwierdziła mundur bez poprawek.
- Wpadniemy w sobotę rano… ale takie nasze rano to koło pewnie 9 - zaraz dodała resztę - Super, zaraz ci rozpiszemy… zresztą ty jako specjalistka na pewno dobrze wiesz jakie lody najbardziej lubi tygrysek, które najczęściej zamawia… no i coś dla nas - wzruszyła ramionami - Wszystko się spisze zaraz coby nic nie uciekło. Zjemy i jeszcze chwile posiedzimy. Dzieciakom sie należy troche oddechu - łypnęła na salę i dodała cicho - Tą Shuri wyciągnęli z miejsca gdzie nas chcieli porwać w środę.

- Oh! - Jamie co do tej pory kiwała głową i uśmiechała się, wydawała się skora do pomocy i nic nie wydawało jej się nie do zrobienia słysząc wieści kim jest nowa hinduska dziewczyna jaka została w sali głównej wraz z Amelią żachnęła się zaskoczona.

- Ojej… Biedactwo… - lodziara załamała dłonie nad losem skrzywdzonej dziewczyny.

- Wydaje się, że jest w jakimś szoku czy co. No to z nią trochę jak z dzieckiem. Trzeba ostrożnie i delikatnie. Ona teraz mieszka z Amelią u Betty. - rudowłosa brunetka dopowiedziała coś jeszcze o nowej znajomej.

- Ojej, biedactwo… Można jej jakoś pomóc? - Jamie zapytała jakby naprawdę żal jej się zrobiło Shauri i losu jaki ją spotkał. A jakie o mało wraz z Lamią i dziewczynami sama nie podzieliła.

- Jak bedziesz czasem w okolicy to wpadnij do Betty i do nich - poprosiła saper. Miała w pamięci słowa lodziary podczas porwania, jeśli ktoś mógł dogadać hinduskę bez traumy, to prócz Amy, była to Jamie.
- Jesteś dziewczyną, ładną i spokojną. Fajnie jakbyś wpadła pogadać albo dam ci parę talonów to i kwiatki po drodze kupisz całej trójce. - nawijała dalej - będzie im z pewnością miło. Teraz jednak chodźmy do nich powoli. Póki nie wpadną na pomysł aby się ewakuować bez nas.

- Tak, tak, oczywiście. Może jutro. A nie, czekaj… Jutro to chyba mam być u was? A właściwie to mam coś wziąć czy się jakoś ubrać? Jak to będzie wyglądało. Bo z tego co Di mówiła to chyba mamy robić gangbang Eve czy coś takiego. Ale nie wiem czy nie żartowała. A w ogóle to ja bym też tak chciała taki tatuaż i przyjęcie do gangu. To jakbyście kiedyś coś planowały to ja bardzo chętnie. - Jamie popatrzyła przez krótki korytarz na główną salę. Ale tam widać było wciąż dwie głowy. Blondynki i brunetki. Skoro jeszcze nie uciekły to lodziarze się jeszcze przypomniało parę rzeczy na jutro i nie tylko.

- Załóż coś w czym sama poczujesz się jak Lesbian Bitch - doradziła saper i z ulgą odnotowała stan pełen oddziału. Zamarudziły więc w progu, a ona sięgnęła po kajet i ołówek aby skreślić na nowej stronie zamówienie na dziś i na weekend.
- Weź też coś co byś chciałą w Eve wpakować. - wyrwała kartkę i puszczając oczko podała lodziarze - Dobra, to jesteś następna w kolejce na chrzest. Mamy to umówione.

- Jasne! I jej ja to tylko tak mówię, że bym chciała też taką imprezę. Ale nie chciałabym się wpychać i mieszać. Mogę poczekać. - brunetka w firmowej koszuli lodziarni ucieszyła się słysząc to co mówi szefowa ich paczki ale jednak zrobiła zastrzeżenie nie chcąc wyjść na taką co się rozpycha łokciami.

- No to pogadamy jeszcze dziś wieczorem albo jutro. A mogę zabrać Karę? - już stały w przejściu i Amy pozdrowiła ich ruchem blond głowy i ciepłym uśmiechem. Pokazała łyżczeką na czekające na nich lody. Ona i Shauri już prawie swoje zjadły.

- Smakowały? Chciecie jeszcze raz? Na koszt firmy! - widząc to Jamie zapytała ich ciepło i wesoło.

- Shauri chcesz jeszcze jedne lody? Dasz radę zjeść? Jamie ci zrobi coś pysznego. - drobna blondnka zapytała nową koleżankę siedzącą naprzeciwko. Ta po chwili wahania ostrożnie i niepewnie skinęła krótko głową.

- No to widzimy się wieczorem. Tam gdzieś koło szpitala miejskiego. Ja to tam chyba jeszcze nie byłam ale Lamia wie gdzie to mnie pokieruje. Chyba, że jak chcesz to możemy podjechać tutaj. I tak jedziemy po ekipę do domu weterana. Bo vana kupiłyśmy dziś rano, ten co o tam stoi. - Wilma widząc, że Jamie zaraz będzie musiała wrócić do swoich lodziarskich obowiązków dorzuciła coś od siebie na te propozycje na dzisiejszy wieczór.




Furgonetka zaskrzypiała gdy zatrzymała się w strugach deszczu w wąwozie jaki prowadził od ulicy ze starym kinem do innej. Bo w międzyczasie pogoda się zepsuła i zachmurzyło się a w końcu zaczęło padać. Ale nadal było w miarę ciepło, że nawet w pończochach i krótkiej kiecce nie było specjalnie chłodno. Nawet jak się przebiegało od samochodu do drzwi.

- Trzeba będzie więcej kluczy dorobić. Steve ma swoje? - zapytała Wilma o prozę codziennego życia. O ile się orientowała Lamia to ich mężczyzna chyba nie miał kluczy od właśnie wspólnie tworzonego gniazda. A ona sama miała po prostu zapasowe klucze Eve. Chociaż jak dotąd nie było to zbyt wielkim problemem bo zawsze ktoś z ich czwórki lub bliskich przyjaciół był w domu.

- O. Zobacz. Chyba coś robili. - zauważyła Wilma jak weszły na krótki korytarz który rozdzielał się na drzwi prowadzące do garażu po lewej i schody prowadzące na zamieszkałe piętro po prawej. Były zawalone jakimś pyłem który ktoś zamiótł ale wciąż był widoczny. Kojarzył się z jakimś remontem albo pracami rozbiórkowymi. Weszły po schodach i Lamia znów otworzyła obite blachą drzwi kluczem. Co by nie mówić o Eve to nieźle się tu zabezpieczała przed przygodnym włamaniem.

- Oho. Ktoś posprzątał zwłoki. - rudowłosa specjalistka zaśmiała się cicho pod nosem. Bo gdy rano opuszczały lokal to właśnie tutaj zalegały nagie i półnagie niedobitki wczorajszej imprezy. Teraz nie było nikogo. Ale też dało się rozpoznać ścieżkę prowadzącą w lewo, tam gdzie Eve miała swoje studio i gdzie planowali pobudować pokoje mieszkalne dla ich powiększającej się rodziny. I drzwi były otwarte. Gdy tam podeszły usłyszały odgłosy prac i kobiece głosy. Pracował odkurzacz. A wewnątrz zastały żeński oddział sprzątający kierowany przez Eve.

- O! Wróciłyście! I jak było? Aha. I jak wam się podoba? Tak miało być? - fotograf uśmiechnęła się i podeszła do obu swoich dziewczyn całując je skromnie na przywitanie. A widząc powrót głównej projektantki reszta dziewczyn też przerwała prace porządkowe i przywitała się choć już mniej bezpośrednio niż krótkowłosa blondyna.

Oprócz Eve była tu jeszcze Di. Która obwiązała głowę bandaną i w samej koszulce wyglądała jak dziewczyna gangera. Albo członkini gangu. Były obie kurierki, Meg i Kimberly. Wyglądało na to, że wszystkie porządkują lokal po remoncie. A ściany jaka do tej pory oddzielała oba mniejsze pomieszczenia używane dotąd jako zapasowe magyznki teraz nie było. Została po niej blizna na suficie, podłodze i ścianach. Ale poza tym nie było po niej śladu. Nawet gruz został wyniesiony. Dziewczyny właśnie porządkowały te nowe pomieszczenie przed dalszymi pracami.

- No i zajebiscie - spacer kiwała głową, chodząc po pokoju i oglądając dzieło zniszczenia w wykonaniu chłopaków. Gdzieś po drodze zgarnęła obie swoje dziewczyny i przywitała się buziakiem z każdą z pozostałych foczek.
- Widać, że jednak do czegoś się te szarpidruty nadają jeśli nimi dobrze pokierować rozsądną damską ręką - kiwała głową, szczerząc zęby do Di i kurierek, a potem cmoknęła blondynę i rudą w skronie - Jest świetnie, teraz tylko gips, szpachla, siatka. Załatać, naciągnąć i pomalować gruntem na biało, a potem pierdolnąć szlaczki w palemki - odkleiła się od partnerek i zapaliwszy fajka, zaczęła krążyć po sporym teraz pomieszczeniu.
- Tu pierdolniemy wyro - wskazała przeciwległy do drzwi wejściowych kąt - Od ściany do ściany. Mocna drewniana rama, albo na paletach. Żeby pod spodem dało się choćby schować pościel. Na wszystko materace… - kiwała głowa - Ale najpierw wykuć dziury pod kable i gniazdka. Po cholerę sie spuszczac na wykończeniem jak za pół roku zrobi się zwarcie. Lepiej od razu nowe położyć - mruczała pod nosem aż do chwili gdy stanęła plecami do ściany i frontem do towarzystwa - Trzeba skołować meble. Ze dwie duże szafy, porządną komodę, albo dwie żeby miał gdzie trzymać swoje gamble. Jest wysoki, więc stabilne półki wzdłuż jednej ze ścian będą pasować, a sobie bez problemy ściągnie… i haki - pokiwała mądrze głową - Haki koło i nad łóżkiem muszą być. Wieczorem zanim Oliemu uderzy do łba klimat imprez pogadam z nim jak on to widzi i ile chce za pomoc. Fajnie jakby jakiś kumpli ściągnął… no od biedy ja mu pomogę, ale wtedy będzie potrzebna wasza pomoc w kupnie mebli gdzieś na targu. Vana też kupiłyśmy z Willy, łatwiej się to poprzewozi… i farby. Dużo farb - na koniec uśmiechnęła się delikatnie - A sie mu pierdolnie niespodziewajkę.

- Aha… To palety… Dużo? I dwie szafy… I nowe kable… Ale to bym musiała wiedzieć ile… I haki… A ile tych haków? Jakie to mają być haki? Dużo ich potrzeba? Bo materac i pościel to jakieś mam. Ale jak ma być kucie ścian na kable to na razie chyba nie ma co. Jakieś lampy i stojące i biurkowe też mam. Chociaż nie wiem które mogą działać, trzeba by sprawdzić. - reporterka wyjęła notes i zaczęła szybko notować zamówienie Lamii. Przy okazji dopytała się o parę rzeczy.

- Haki ze cztery, dwa wkręcane do w sufit, dwa w ściane. Takie jak te w magazynie - ta mamrotała, łypiąc na szybko sprokurowane notatki, aż pocałowała krótką blondynkę i przejęła zeszycik. Równie szybko zaczęła pisaninę, to marszcząc brwi, to mrużąc oczy.
- Tak… sprawidzmy te lampy Kociaczku - dodała, puszczając jej psotne oczko.

- To jednak dali radę? No popatrz. Jak zostawiałyśmy ich to myślałam, że przebimbają jako zwłoki cały dzień. - Wilma była pod wrażeniem. Chyba najbardziej takim, że punkowcy wbrew niezbyt solidnemu wrażeniu jakie sprawiali rano jednak się wywiązali z zadania.

- No. Pogoniłam ich trochę. No i Rude Boy. Zrobił robotę. Głupio im było być gorszym od niego. Zresztą jak sam zaczął rozwalać ścianę to trochę nie bardzo dało się spać. No i jakoś to poszło. A ja z dziewczynami nosiłyśmy ten drobniejszy gruz albo robiłyśmy im coś do picia. Bo pyliło strasznie i pić się cały czas chciało. Szma się skończyła to poleciałyśmy do sklepu. I ogarnęłyśmy obiad. - Diane streściła co się działo w domu po wyjeździe trójki gospodyń o wczesnym, deszczowym poranku.

- Jeszcze byli jak ja przyjechałam. Ale już kończyli i gruz nosili na dół. Jakiś złom tam leży to tam ich prosiłam aby wywalali gruz. No i pomogłam dziewczynom z obiadem. Głodni byli. I Alfę musiałam zamknąć w naszej sypialni bo cały czas wariował. I bałam się, że ktoś go rozdepcze albo zwieje gdzieś. To teraz już chyba można go wypuścić. - Eve dorzuciła swój kawałek historyjki co zastała po powrocie z pracy. Przy okazji wyjaśniła dlaczego Alfa się tu nigdzie nie pęta jak to miał w zwyczaju.

- Oni nie tak dawno pojechali. Wymyć się i szykować ten koncert. No a Lisa i Tina pojechały z nimi, żeby im pomóc. - dorzuciła Kimberly przeczesując swoje czarne włosy z pyłu.

- Aha! Umówiłam się z Tashą. Właściwie to powiedziała, że tak koło południa to jest prawie zawsze na tej siłce co Hale. To tam możemy ją łapać. No albo u niej w domu. Dała mi adres. Tylko prosiła, żeby nie z samego rana o ile to możliwe tylko tak chociaż o 9-tej. - Eve jakby przypomniała sobie co jeszcze rozmawiała z gwiazdą nocnych klubów zanim ta wróciła do siebie aby przygotować się na kolejny występ.

- I jeszcze mówiła, że w przyszły poniedziałek też może będzie miała wolny. - gangerka porozumiewawczo zabujała brwiami do Lamii jakby już czuła Tashę pod sobą w ten przyszły poniedziałek.

- No. Tak mówiła. Myślę, że to przez to jak ją rano tak ładnie zbajerowałaś. - fotograf pokiwała głową potwierdzając słowa Indianki i śmiejąc się wesoło na myśl, że sławna Tasha Love chyba ich poulbiła i nie ma oporów aby spędzać z nimi swój wolny czas.

- I mówiła jeszcze, że lubi jak się ją bierze w kuperek. Czaicie!? Tasha lubi w kuperek! No jest niesamowita! Nie mogę się doczekać aż powiem Madi! Oj też bym ją chętnie zapięła w ten jej śliczny, wypielęgnowany blond kuperek! - Diane roześmiała się także jak przypominały jej się kolejne detale dzisiejszych rozmów z tancerką erotyczną. I brzmiało jakby im więcej się o niej dowiadywała tym bardziej ona przypadała jej do gustu.

- Kupiłyście jakąś furę? - Meg za to zwróciła uwagę na co innego. Ale jako zawodowy kierowca mogło to być zrozumiałe.

- Dobrze że Tygrysek nas znalazł i regularnie bawi się w kominiarza albo montuje optykę, bo coś czuję że jeszcze trochę to nasze kuperki już was będą obchodzić tyle, co zeszłoroczny żołd - saper popatrzyła ironicznie na Indiankę, na moment odrywając się od pisaniny. Słuchała pilnie całej rozmowy i relacji, wciąż nie mogąc wyjść z podziwu, że RB i reszta tak zajebiście ogarnęli temat. Pokolorowana na zaimponowany dodała do mentalnej listy kolejny podpunkt, mianowicie zadośćuczynienie dla pewnego szarpidruta za pomoc w organizacji prac i całej reszcie zresztą też. Pomyśleć że cała ta chryja z powodu jednego byle tam ledwo jakiegoś niby kapitana paraspecjalsów. Który jeszcze nie postanowił uciec… znaczy oddalić się na z góry upatrzoną pozycję.
- Tak, mamy vana - Mazzi popatrzyła na kurierkę chociaż jej nie widziała. Przed oczami stanął jej pewien dobrze odkarmiony byczek o spokojnych orzechowych oczach. Uśmiechnęła się do niego czując gdzieś w głębi piersi przyjemnie buzujący koksownik.
- Nic co dupę urywa, na razie byle się toczyło - drgnęła, wracając na planetę Ziemia i do dziewczyny z Det - Będzie chwila to się ogarnie części to zrobi z tego porządną furę. Nawet mam namiary na całkiem zajebisty warsztat - wyszczerzyła się wyjątkowo wesoło już widząc minę Travisa jak wpadnie czystym przypadkiem na przyjacielską flachę i po prośbie. Wreszcie zyska okazję oraz pretekst aby go odwiedzić, bo nic poradzić nie mogła, że dziada polubiła. Eda hipisa zresztą też.
- Ale to jak już się trochę uspokoi - machnęła ręka - na razie się toczy, ropy nie gubi i da się nim wozić gamble. Przydatne przy przeprowadzkach i przewozach - pokiwała głową na koniec rżąc jak wyjątkowo radosna kobyła.
- Co do Tash, tez bym ja tu chętnie widziała jak najczęściej. Najlepiej gdzieś… jakoś tu - złapała za sporą piłkę gdzieś z przodu i na wysokości swoich bioder i mrugnęła do swojej blondi - Wtedy by pewna leniwa blond wywłoka wreszcie mogła zaznać porządnej musztry. Znam pewną zajebiście zdolną w tych tematach specjalistkę, o ile akurat nie będzie zajęta zabawą w rybaka gdzieś na pylistym poboczu parkingu - na koniec posłała szeroki wyszczerz do swojego rudzielca, pijąc do zabaw w budzie fury po opuszczeniu gościnnych progów kołchozu.
 
__________________
A God Damn Rat Pack
'Cause at 5 o'clock they take me to the Gallows Pole
The sands of time for me are running low...
Driada jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 12-09-2021, 22:44   #243
 
Driada's Avatar
 
- Taakk? - Eve chyba z miejsca wyczuła atrakcyjny trop bo się uśmiechnęła ciepło i zalotnie najpierw do swojej dziewczyny numer jeden a potem do tej drugiej. A ta druga posłała w odpowiedzi jej albo im obu obiecującego buziaka.

- Ojej no jak tak to ja się spróbuję umówić z Tashą jak najszybciej. I te kostiumy na Halloween to i tak nas zaprosiła to może jakoś uda mi się ją zwabić tutaj. - fotograf z miejsca okazała sporą dozę zapału przylegając do swojej dominującej pary jak na wdzięczną foczkę przystało. I luźna uwaga rzucona przez Lamię nie wiadomo jak i kiedy przekształciła się w coś co panna Anderson była chyba gotowa zrealizować jak najprędzej skoro za to miała ją czekać taka atrakcyjna nagroda.

- A z tą zabawą kuperkami to się nie przejmuj. Właściwie to rzeczywiście dawno się nie zabawiałyśmy. Aż chyba zapomniałam co tam masz pod spodem. - Diane słysząc to “narzekanie” Lamii uśmiechnęła się i korzystając z tego, że Eve ją nieco zaabsorbowała podeszła do czarnulki od tyłu i wymruczała jej swoje trzy gamble do ucha. Przy okazju dłonie Indianki przesunęły się po je bokach i biodrach aż w okolicy ud zawinęły się pod czarną mini aby sprawdzić co tam gospodyni ma pod spodem. Zaś gospodyni czuła jej dłonie na swoich biodrach i pośladkach jak tam leniwie zaczynają sobie poczynać.

- A z tą furą to ja mogę rzucić okiem jak coś. Wiecie jesteśmy z Kim kurierami. Jak coś wam będzie potrzeba to możecie nam dać znać. Może się uda sprowadzić. - Pinky zgłosiła swoją chęć pomocy koleżankom na tyle na ile mogła. W końcu robiły trasy także poza miasto więc mogły coś przywieźć po drodze.

- No chyba, że nas nie będzie akurat w mieście. To wtedy możecie zostawić wiadomość w “Krakenie”. No ale na razie jesteśmy no to jak Pinky mówi. - Kimberly potwierdziła słowa partnerki i nieco je doprecyzowała.

- Byłoby zajebiście - saper wymruczała, w sumie nie wiadomo do kogo dokładnie. Albo ogólnie do wszystkich foczek w okolicy, zgadzając się z ich kwestiami i ciężko w duchu westchnęła. Niby miała od cholery spraw do ogarnięcia. Cholera, wszystkie miały od cholery… ale jakaś przerwa nawet podczas manewrów się należała.
- A jebać to - przycisnęła mocniej pośladki do bioder gangerki, a ręka wskazała w stronę salonu z kanapami - Zapierdalamy od rana jak małe motorki, trzeba przysiąść i chwile odsapnąć. Browara spić i złapać oddech - dodała, puszczając drugiej bękarcicy oko - Albo trzy setki śliwowicy na głodnego.

Te krótkie przedstawienie jakie zrobiła Lamia z Diane spodobało się chyba wszystkim obecnym kobietom. Lamia naparła pośladkami na biodra Indianki a ta zdążyła podwinąć jej mini ukazując atrakcyjne pośladki opięte już tylko bielizną. Czując przyzwolenie gangerka złapała dłońmi za biodra czarnuli jakby chciała zademonstrować jak ma się z nią ochotę zabawić. Dziewczyny zaś uśmiechały się i patrzyły z zaciekawieniem na te ich wspólne manewry.

- O tak. Zerżnę cię. Tylko musicie mi dać te zabaweczki od Madi bo ja nie wzięłam. - mruknęła nakręcona już gangerka odchylając do tyłu głowę Lamii i mrucząc gdzieś do jej ucha i szyi przeczesując je swoimi ustami. Na koniec jeszcze dała jej klapsa ale słysząc, że zabawa przenosi się do salonu puściła ją i przejęła rolę przewodniczki stada. Po chwili zajęły rozproszone pozycję od aneksu kuchennego po fotele i sofę wokół stoły przy jakim zwykle jadało się posiłki i toczyło się życie towarzyskie. Eve z Kimberly poszły przygotować coś do picia a pozostałe obsiadły okolice stołu. Szybko jednak znalazły się na i pod stołem, oraz i jego najbliższych okolicach.
Jak to na babskich spotkaniach.



Nim w studio fotograficznym ponownie zapanował względny spokój minęło trochę czasu który przeleciał zebranym tam dziewczynom gdzieś obok zupełnie niezauważony, a gdy wreszcie padły zasapane na kupie, dysząc ciężko i przecierając mokre nie tylko od potu twarze, przyszedł też czas na refleksje i wewnętrzne zadumy. No przynajmniej u Mazzi.
Leżała na plecach, trzymajac głowę na brzuchu Indianki, mając obok siebie swoje dziewczyny, a te z kolei wciąż obejmowały parę kurierek z Det. Gdzieś od sypialni doszło ich uszu ciche miauczenie, jedna jeszcze żadna nie miała siły iść aby to sprawdzić.
- A w ogóle to nie uwierzycie - zaczęła saper, odpalając po kolei papierosy i częstując zalegające wokół foczki - Wiecie że tym jebanym kołchozie są jednak normalne mordki, a nie tylko sami zjebani emeryci?

- Aha. - Wilson potwierdziła słowa swojej dziewczyny unosząc do góry dłonie i robiąc z nimi znany kształt butelki Coca Coli. Sama leżała opierając się o nagie ramię Pinky i pozwalała Eve głaskać swoje stopy.

- O. Jakaś foczka? Jakaś fajna? A lubi z dziewczynami? - Diane wydmuchała dym i z kolei pieszczotliwie głaskała czarne włosy Lamii pozwalając jej leżeć na swoim brzuchu. Zupełnie jakby zapomniała, że jest zimną, bezwzględną kobietą gangu. Jak to dawała okazać jeszcze niedawno gdy zajmowała się Lamią na tej kanapie. Chociaż wówczas nie dało się powiedzieć o niej “zimna”. Wręcz dokładnie na odwrót.

- Niezła foczka i znaszych klimatów - przytaknęła Mazzi i opowiedziała o porannej wizycie w domu weterana, spotkaniu czarnulki i starych znajomych oraz wspólnym obiedzie i drinkach. Nie szczędziła szczegółów, gestykulowała i raz jeszcze przerabiała udany wypad.
-... i właśnie mniej więcej za takie akcje mnie z kołchozu wyjebali - skwitowała opowieść, gdy dopowiedziała o rozdzieleniu kiedy to czarnulka poszła się rypać z trzema chłopami, a bękarcice rozbierając się po drodze dopadły do fury i tam trzeszczaly resorami aż echo szło.
- Ogarniemy się tu i pojedziemy po nich… i tu sie nasuwa pytanie. Czy oprócz jednej leniwej dziwki któraś ma ochotę polatać na smyczy, podkurwić trepowe świętojebliwe pizdy typu Carol i wyciąć numer o którym będą tam gadać przez nastepny miesiac? - rzuciła luźną propozycją.

Opowieść Lamii ze wspólnych bękarcich przygód w domu weterana dziewczęta przyjęły z entuzjazmem i zrozumieniem. I w pełni je zaaprobowały zwłaszcza jak miało to przyciągnąć takich fajnych kolegów o jakich Mazzii opowiadała no i do tego jeszcze fajniejszą koleżankę.

- I ta Larysa to mówisz Lamia lubi mieć foczki na smyczy i jak się zajmują jej stopami? No popatrz jaka przebojowa dziewczyna. A jest fotogeniczna? - Eve odwróciła się w stronę swoich dziewczyn zafascynowana tą nową znajomą jaką dzisiaj spotkały. Słysząc to Gwiazdka roześmiała się wesoło, złapała ją za szczęki i pocałowała mocno w usta. Po czym spojrzała na Rybkę z kosmatymi ognikami w oczach.

- No wiesz Eve tak właśnie potem rozmawiałyśmy, że tobie i Val to pewnie Larysa przypadłaby do gustu. A fotogeniczna tak, raczej tak. Jak sądzisz pani reżyser? - Wilma wydawała się też rozbawiona i tamtą akcją w domu weterana jak i obecną rozmową. Pani reżyser za to energicznie przytaknęła, robiąc minę pedofila czającego się pod przedszkolem.
- Ma śliczną buźkę i świetne cycki. Stópkę też niczego sobie. W skali od jednego do dziesieciu: bedziemy ją ruchać - dodała jako przyklepanie tematu.

- E tam co tu gadać! Jesteśmy Kosmiczne Kociaki! Gang najgorętszych kociaków w mieście! No i jeszcze z “Mazzixxx”! No a ja jestem gwiazdą, będę bzykać Tashę Love i resztę. Mogę jakąś wziąć na smycz. Ale jak chcecie to mogę iść na waszej smyczy. Jak wam narobili boruty to chuj im w oko. Chętnie im dokopię. - Indianka nie przebierała w słowach i zachowywała się jakby już była gwiazdą filmów akcji i to pierwszej wielkości. Wydawała się tak naturalna i chaotycznie wesoła, że było to całkiem zabawne i większość dziewczyn się roześmiało rozbawione tym popisem. Dwie kurierki popatrzyły po sobie naradzając się spojrzeniami.

- A co tam. Brzmi kozacko. Jak numer z Det. Będzie potem o czym opowiadać. - Kimberly przeczesała palcami swoje prawie czarne włosy gdy wyraziła zdanie za siebie i swoją partnerkę. Pinky powierdziła to kiwaniem swojej różowej czupryny uśmiechając się chochlikowato.

Bękarcice naradziły się spojrzeniami i też zarechotały jak para zwyroli. Szkoda że chłopaków z Mason nie było, ale nie dało się mieć wszystkiego.
- Znowu wypadną z papci i dobrze tak złamasom, zresztą powinni być wdzięczni że wprowadzamy do ich egzystencji jakiekolwiek pozytywne bodźce. Wiadomo do czyjego obrazu będą dziś walić przed snem - rozłożyła ręce w geście “no co ja mogę, drogie panie?” i patrzyła na zebrane twarze aż nagle klasnęła głośno.
- To zbieramy dupska, robimy na baletowo i wycinamy w miasto - zarządziła, zaczynając się podnosić - Czas komuś wypierdolić skalę przed kolacją.

- Dobra! - przez nagą kotłowaninę kobiecych ciał przeleciał elektryczny dreszcz przyjemności na myśl na co się porywają. A potem trzeba było się podnieść, zebrać, ubrać i spakować na drogę. Jeszcze na dole chwila była zamieszania na zastanowienie się iloma wozami mają jechać. W końcu były do dyspozycji nowa fura bękarcic, osobówka Eve i rajder kurierek. A kurierki, zwłaszcza Meg, były ciekawe nowej fury to jeszcze trochę o niej z Willy pogadały i pooglądały. Koniec końców Wilma zdecydowała za wszystkich, że pojadą vanem i tyle. Wóz okazał się aż za duży na pół tuzina osób. W samej szoferce zmieściły się wszystkie dziewczyny Krótkiego. A pozostała trójka obsiadła boczne, składane ławeczki na kufrze. Gwiazdka kierując z werwą bez trudu pokonała całą trasę pomimo deszczu jaki się rozpadał pod koniec dnia. Właściwie to lało całkiem nieźle.

- Dobra to podjadę tak blisko jak się da. A wy się szykujcie. - rzekła kierowca gdy zaczęła parkować tuż przy bramie. Niestety do pokonania na piechotę miały jeszcze kilka długości vana od bramy do głównego wejścia. Ale dziewczynom jakoś zdawało się to nie przeszkadzać.

- Lamia… Zapniesz mnie? - zapytała krótkowłosa blondynka podając swoją szyję aby jej Lamia mogła dopiąć obrożę i smycz. Pozostała trójka na kufrze też wydawała się już prawie gotowa gdy Wilson zatrzymała wóz i zgasiła silnik.

Saper za to uśmiechnęła się czule. Gdy blondynka tak ładnie prosiła jak można było jej odmówić? Podniosła dłoń i zapięła łańcuch w kółku przy skórzanej obręczy, ściskającej drobną szyję. Po niej przyszedł czas na dwie kurierki, a gdy trzy łańcuchy znalazły się w saperskiej dłoni, dała znać aby zaczynać.
- Sezamie otwórz się - mruknęła kiedy drzwi zaczęły się rozsuwać - To moje panie cycki do przodu, uśmiechy na usta i niech wypadną z laczków na wstępie!

- A ty Di weź parasolkę. Bo Rybka to będzie miała zajęte ręce jak widzisz. - Wilma rozpięła swoją parasolkę jaką wzięły ze sobą z domu na takie właśnie okazję. Dlatego i Diane wyszła przez boczne wejście wozu jako pierwsza a po nich obu pozostała czwórka.

- To może pójdźmy do drzwi normalnie i przed drzwiami się ustawimy prawilnie. - zaproponowała Eve. Całkiem trzeźwo. Chociaż jej oczka i usta zdradzały ekscytację nie mniejszą jaką niedawno okazywała Jamie gdy dowiedziała się, że będą kręcić serial o jej ulubionej superbohaterce. Jak powiedziały tak zrobiły a na zewnątrz przez tą ulewę i tak nikogo nie było widać. Podeszły szybkim krokiem do drzwi wejściowych i tam już chronione przez daszek udającego starożytny portyku mogły złożyć parasolki. Jeszcze chwila ustawiania się i Lamia niczym woźnica trzyosobowego rydwanu skinęła głową. Więc Eve nacisnęła klamkę i pchnęła drzwi. I cała szóstka weszła do środku.

- No tak… Fred… - sapnęła cicho Wilma nieco rozczarowanym głosem. Bo wejście miały świetne! Trzy pary zgarbnych, obciągniętych pończochami kobiecych nóg stukało wysokimi obcasami krzycząc głośno, że nadchodzą kobiety. I to jakie! Lamia zaś prowadziła trzy, różnobrawne klacze. W środku na smyczy szła blondwłosa Eve a po jej bokach Pinky, też z krótkimi ale różowymi włosami oraz ciemnowłosa Kimberly. Zaś po bokach samej admirał szły wierne przyboczne, Wilma i Diane. Wciąż z parasolkami. No ale tego widowiska jakoś nie miał nikt kto oglądać. Bo poza Fredem za biurkiem nikogo tu więcej nie było. A ten był spokojny, wręcz flegmatyczny jak zwykle.

Sytuacja się zmieniła na korytarzach. Gdy cała szóstka Kosmicznych Kociaków ruszyła na podbój domu weterana. Do pokoju Larysy gdzie się umówiły z pozostałą czwórką jaka tam miała na nich czekać. Pod koniec dnia korytarze były całkiem ludne. I takie zjawiskowe widowisko jakie mijało domowników wprawiało ich w osłupienie. Praktycznie wszyscy się zatrzymywali aby popatrzeć i prawie wszyscy byli zbyt zaskoczeni aby coś powiedzieć albo zrobić.

- Ty stary, zobacz jakie sobie ktoś dziwki zamówił! - powiedział jeden z wojaków szturchając sąsiada gdy cała szóstka ich mijała. Obaj byli pod nisemawitym wrażeniem. Jakby jakieś półboskie istoty zeszły z niebios czy innego świata na ten ziemski, ulewny padół. Niestety półboskie istoty też miały półboskie zmysły a ta o indiańskich rysach także buzię. I umiała jej używać.

- Sam jesteś dziwka! My jesteśmy Kosmiczne Kociaki! Gang najgorętszych kociaków w mieście! Bujaj się złamasie! - warknęła mu uskrzydlona energią Di. Buńczucznie i bez zawahania. Tak szybko, że ci dwaj ani ci co to widzieli nawet nie zdążyli coś powiedzieć. Właściwie to ktoś tu czy tam się roześmiał. Ale w końcu znalazły się na piętrze przed właściwymy drzwiami na piętrze. Eve zapukała a ze środka rozległo się zaproszenie gospodyni. Reporterka więc otworzyła drzwi i cała czereda kociaków wlała się do środka. Wrażenie było tak samo piorunujące jak przed chwilą na korytarzach. Larysa, Oli, Rambo i Roy gapili się z rozdziawionymi gębami, mrugali oczami i nie wiedzieli co zrobić albo powiedzieć gdy zaprzęg półnagich modelek w szpilkach, pończochach i bieliźnianych gorsetach stanął na smyczy prowadzonej przez swoją admirał i jej przyboczne.

- O mój Boże! Naprawdę macie foczki na smyczy! A myślałam, że oni mnie bajerują! - pierwsza odzyskała głos czarnoskóra gospodyni gdy przyłożyła dłonie do twarzy i pisnęła z radosnego zaskoczenia jakby przyszły jej wręczyć główną nagrodę miliona gambli z jakiejś loterii. Ta spontaniczna reakcja wyzwoliła też śmiechy i uśmiechy u męskiej części towarzystwa.

- Słyszałyśmy z kociakami że się tu całkiem prawilne dupeczki marnują wśród tych smętnych ścian… więc przybyłyśmy z ratunkiem - Tym razem pierwsza odezwała się Mazzi, posyłając czarujący uśmiech spomiędzy okrążenia foczek wśród których czuła się jak w przeręblu. Też przeszywają dreszcze przy każdym ruchu, wyłapanym oddechu i spojrzeniu.
- Eve siad - syknęła ostrzej choć minę wciąż miała przyjemnie uśmiechniętą.

- Ona się ciebie słucha!? - mimo, że Dave odezwał się pierwszy to chyba poza kociakami wszyscy byli zaskoczeni. Tak nagłym, ostrym poleceniem brunetki w czerwieni jak i tym, że krótkowłosa blondynka w szpilkach bez wahania wykonała to polecenie. Posłusznie uklękła na podłodze i cieszyła oko wszystkich tak samo i odwzajemniała ten uśmiech. A skorzystała by z dołu posłać Lamii spojrzenie pełne satysfakcji i uwielbienia. A Larysa aż sapnęła z wrażenia jak była domowniczka wyciągnęła dłoń ze smyczą do tej posłusznej blondynki.

- Ojej! To ja też mogę!? - czarnoskóra gospodyni wydawała się tak samo zachwycona tą zabawą jak i Eve albo Jamie pomysłem nagrywania nowego serialu.

- Eve, Larysa lubi jak ktoś zajmuje się jej stopami. - mruknęła Wilma podbijając piłeczkę. Mulatka popatrzyła z przejęciem na nią, na wciąż klęczącą przed nią Eve, znów na Lamię co się wyróżniała czerwienią na tle barw bielizny jej towarzyszek i na resztę towarzystwa.

- Tak? To ja też mogę? - fotoreporter zapytała grzecznie powtarzając pytanie gospodyni. Widząc radosne kiwanie czarnej główki ujęła jedyną łydkę byłej wojskowej i pocałowała jej wierzch stopy jaki wystawał spod płaskiego pantofelka.

- Ojej aż nie wierzę, że to się dzieje naprawdę! - pisnęła zachwycona Larysa i pod wpływem impulsu nachyliła się do blondynki i pocałowała ją w usta. Po czym uściskała.

- Miałaś rację Lamia. Lubi z dziewczynami. Jest dobrze. - Di niby szepnęła do admirała w czerwieni ale i tak słyszeli ją wszyscy. I znów wybuchła fala śmiechu i radości.

- A jak było z trzema mężczyznami na raz? - Wilma wtrąciła się do rozmowy wracając do sceny w jakiej się rozstawały z domownikami przed paroma godzinami.

- Oj cudownie! Chłopcy byli cudowni! No dawno się tak dobrze nie bawiłam! - roześmiała się Larysa obdarzając męską część drużyny przyjemnym spojrzeniem i uśmiechem. A panowie aż pokraśnieli z dumy słysząc taki komplement i to przy takich gorących kociakach jakie ich odwiedziły.

- Myślę, że lepiej ruszać i pogadamy po drodze. Bo jak zostaniemy to chyba nie pojedziemy na żaden koncert. - Pinky dorzuciła swoje trzy gamble bo towarzystwo w parę chwil tak się ze sobą zgrało i spodobało, że groziło pozostaniem w pokoju na dłużej aby dopełnić tej integracji.

Integracji, która by się raczej prędko nie skończyła, a ich goniły terminy i cała reszta obowiązków w najbliższej skórzano-jabolowej perspektywie.
- Oddział, czas do wymarszu dwie minuty - sierżant szczeknęła patrząc na wojskowych wzrokiem szkoleniowca, a potem znowu powrócił szeroki, czarujący uśmiech.
Wychyliła się do Di i pocałowała w ironicznie skrzywione usta.
- Weź naszych dzielnych foczków pod swoje skrzydła - wymruczała teatralnym szeptem, wskazując na chłopaków ze szpitala. Uwolnionym ramieniem wskazała miejscowego technika, kiwając przyzywając palcem. Skoro zwolnił się jeden czerwony bok należało braki uzupełnić.
- Uśmiechy na mordki, skarby - dodała z miną napasionego po czubek wąsów kota - I idziemy wam robić fejm na dzielni.

- Ta je! Kompania! Wymarsz! - Wilma krzyknęła jakby była sierżantem musztry co drze się na placu apelowym na nową dostawę rekrutów. A cała pstrokata hałastra była jak najdalej od tego aby być karnym, regulaminowo umundurowanym wojskiem. Ale za to nadrabiała hałasem i entuzjazmem. Wyszli na korytarz ale musieli nieco zastopować aby Larysa mogła zamknąć pokój. A potem już bez skrępowania pruli przez schody i korytarze ku wyjściu na świat zewnętrzny. Pierwsza paradowała trójka z na wpół roznegliżowaną gwiazdą filmów akcji o indiańskim typie urody. Diane naprawdę zachowywała się i wyglądała jak gwiazda z przylepionymi po bokach fanami. Ale cała trójka świetnie się kompletowa i bawiła. Potem Larysa poprzedzona przez kroczącą w szpilkach i pończochach Eve. Właśnie ze względu na domowniczkę musieli iść dość spacerowym tempem. Zwłaszcza jak korzystali ze schodów. Ale na prostych było to mniej uciążliwe a i okaleczona przez eksplozje weteranka zdawała się nie zauważać swojego kalectwa dumnie prowadząc swoją blond suczkę na smyczy. Eve zresztą też podobała się taka zabawa sądząc po tym jak obie ćwierkały do siebie przez drogę. I pochód zamykały dwie kurierki w bieliźnie idące na smyczy brunetki w dumnej, krwistej czerwieni. A ta szła u boku cichego technika który jednak promieniał z dumy i szczęścia. Zwłaszcza, że po drugiej stronie też miał zgrabnego rudzielca.

Tak przeparadowali przez sale i korytarze aż do recepcji i drzwi zewnętrznych. Tu znów trzeba było nieco zmienić szyk aby użyć parasolek w krótkiej drodze do minibusa. I wśród pisków i śmiechów cała załoga zapakowała się wreszcie do środka.

Większość ekipy wpakowała się na tył paki, ćwierkając do siebie i widać było dobranie pod względem charakteru i zainteresowań. Bękarcice za to wsiadły do szoferki, biorąc technika między siebie, ale w końcu i tak Mazzi usiadła Oliemu na kolanach, obejmując go ramieniem za kark.
- No i tak nam leci to życie na wojskowej emeryturze weterana w naszym Sioux Falls - rozsiadła się, drapiąc go po włosach i patrzyła na kierowcę - To teraz nic ci nie uciekło, ani niczego nie przegapiłeś - puściła oczko technikowi - I połowa kołchozu też. Jak ci z tym?

- A nie narzekam. - odparł serwisant domu uśmiechając się wesoło. Wilma prowadziła brykę przez kolejne zalane ulewą ulice kierując się ku centrum gdzie był szpital miejski. A na pace trwał radosny harmider gdzie chyba każdy mówił do każdego, śmiał się, żartował lub coś sobie opowiadał. Trudno było się w tym połapać jak się siedziało w szoferce tyłem do nich.

- Niezłe z was numery. Jeszcze takich jak wy to tu chyba nie było. - roześmiał się gładząc udo wystające spod czerwonego rozcięcia spódnicy.

- Jesteśmy jedyne w swoim rodzaju - saper przytaknęła, śmiejąc się cicho i założyła nogę na nogę aby mężczyźnie wygodnie się siedziało. Żeby przykładowo nie musiał za bardzo ręki męczyć aby sobie ją opierać o saperskie udo.
- I mamy nadzieję tu trochę się pobujać, bo całkiem niezłe tu macie miasto. A jeszcze lepsze towarzystwo - popatrzyła na twarz obok swojej - I skoro mamy cię tu samego, jeszcze trzeźwego to mamy ogromną prośbę. Nic skomplikowanego ani trudnego dla takiej złotej łapki jak ty - wyciągnęła ze schowka fajki i tym razem odpaliła trzy sztuki po czym rozdała.
- Potrzebujemy wyremontować na cito jeden pokój. Ścianę działową już wyburzyłyśmy. trzeba to załatać, położyć nowe kable, pomóc wnieść meble i pojeździć za kablami… - wzruszyła bezradnie ramionami przybierając twarz marznącego basseta - Jakbyś rzucił swoim złotym okiem i nam w tym pomógł. Wycenił ile talonów byś chciał za fuchę. Żarcie, faje, alko i różne atrakcje oprócz roboty zapewnimy oczywiście. Tylko… - westchnęła - chodzi o czas i jakość. Mało czasu, bardzo dużo do ogarnięcia więc tylko ty byś to mógł w stanie zakończyć na czas, bo skoro ten kołchoz jeszcze stoi mimo wszystkich tych geniuszy… to co to dla ciebie takie kilkanaście metrów kwadratowych? - powachlowała rzęsami - Ja też pomogę z remontem i noszeniem…

- A… Aha… Remont tak? Aha… Ale no ja to bym musiał najpierw zobaczyć jak to wygląda. A jak na czasie to na kiedy by to miało być? - Oli wydawał się zafascynowany czarną pończochą tak interesująco wyglądającą z czerwonego rozcięcia sukni. Albo kontrastem z bielą skóry jaka wyglądała ciekawie spod głęboko wciętego dekoltu kobiety jaka siedziała mu na kolanach.

- Najlepiej od jutra. Jakby się udało skończyć do piątku to by było świetnie. A jak chcesz zobaczyć to zaraz tam pojedziemy. - Wilma wcięła się w tą rozmowę wyjaśniając majstrowi o co chodzi.

- O. Od jutra? Do piątku? No mało czasu. Jeszcze zależy co tam trzeba zrobić. Musiałbym zobaczyć. Wtedy bym powiedział coś więcej. - pasażer powtórzył swoje ale chyba jednak się zdziwił trochę, że to aż tak krótki termin na te roboty. Wilson bez słowa zmieniła kierunek jazdy kierując się ku wspólnemu domowi. I w jej dynamicznym systemie jazdy niedługo potem zahamowali w wąwozie zaułka zalanego ulewą. Tuż przed drzwiami domofonu.

- Eve zabawisz gości? My pokażemy Oliemu ten pokój do remontu. Zaraz wracamy i jedziemy na balety. - Gwiazdeczka odwróciła się do tyłu prosząc ich trzecią dziewczynę o opiekę nad towarzystwem. A ci trochę się zdziwili, że wrócili do domu zamiast pod magazyn w jakim “The Palantas” zwykle mieli swoje próby.

- Jasne lećcie. Zajmę się tu wszystkim. - fotograf okazała pełną wolę współpracy w takim zadaniu a reszta towarzystwa też jakoś nie narzekała. Więc trójka z szoferki wyszła pod ochroną parasoli na ulewę i przebiegła szybko pod drzwi. Parę chwil potem byli już w remontowanym pokoju na piętrze.

- Aha. No faktycznie wyburzone. A co poza tym tu trzeba zrobić? - Oli pokiwał głową widząc, że jest tak jak to wstępnie mu opisała Lamia. Ale teraz jeszcze chciał wiedzieć jakie ma plany co do tego połączonego pokoju.

Raz jeszcz, tym rzem na spokojnie, Mazzi wyjaśniła o co się im rozchodzi, pokazując poszczególne części pomieszczenia, a w głowie odnotowałą by kupić jakąś lampę pod sufit aby nie wisiała tam goła żarówka.
- Z takimi barami wykucie udarówką paru linii pod kable to pryszcz - nawijała spokojnie - My nawet udarówki nie mamy, ani kątowników, siatki, gładzi… no nic - rozłożyła smutno rączki - Ty wykujesz, ja zagipsuje i potme się pierdolnie siatką i na to szpachlę żeby było równo i dołów nie było jak sie kinkiet powiesi - pokiwała głową - Moglibyśmy zacząć jakoś jutro i do wieczora walić, a potem cały czwartek...no jakbyś sie zgodził to by sie jutro skoczyło poszukać jeszcze materiałów. Nie jest tego dużo - rozłożyla ręce - jeden pokój. Ale bez ciebie sobie nie poradzimy.

- Aha. No to nowe kable… Kontakty i gniazdka… No tak… I coś na suficie jedno albo dwie… Tak, znam się na elektryce to nie ma sprawy… Hmm… - technik kiwał głową gdy tak pochodził sobie po tym na nowo połączonym pomieszczeniu z dwoma parami drzwi na korytarz. Kiwał głową jak słuchał Lamii a Wilma się nie wtrącała w tą rozmowę pozwalając im się namyślać i negocjować do woli.

- A macie te kable, gniazdka i resztę? - zapytał zwracając się do obu dziewczyn. Widząc przeczący ruch głową to swoją skinął. Znów chwilę dumał. W końcu powiedział jak to widzi.

Tak, mógł przyjechać jutro rano i zacząć robotę. Miał swoje narzędzia. Kable, kontakty i wtyczki też. Jak nie wyjdą jakieś siupy to w jeden dzień powinni skończyć. No chyba, że właśnie wyjdą jakieś siupy. Ale to się jutro zobaczy. Lamia mogła mu pomagać jeśli chciała ale w sumie niekoniecznie. Miał kolegę mógł go zabrać ze sobą do roboty. Będzie borowanie i wiercenie ścian więc będzie dużo gruzu i pyłu. Ale na dwie czy trzy osoby mogą to ogarnąć w jeden dzień. No chyba, że wyjdą jakieś siupy. Ale to zawsze wychodzi w trakcie roboty. Za taką dniówkę no to mógłby wziąć jak dla siebie to z 50 papierów. Jakby był z kolegą no to dla niego trzeba by dać drugą 50-tkę. Wilma dorzuciła, że w sumie to jutro jeszcze będzie to jakby trzeba to też może coś pomóc.

Kiedy padła cena Mazzi szybko kiwnęła głową i zaraz ze śmiechem wyściskała technika, całując go po policzkach. Podał kwotę chyba za samą robociznę jakoś, kurde, symbolicznie.
- Bierz kumpla, my wam wałówkę zapewnimy - szybko powiedziała - To zaczniecie, my skoczymy po meble i jakieś lampki i żarówki - westchnęła radośnie - I wrócimy żeby pomóc. Dzięki, jesteś najlepszy!

- Jasne. Nie ma sprawy. Nie śpieszcie się my to ogarniemy we dwóch. Potem pewnie malować będziecie? No to już pewnie pojutrze. Macie farbę, wałki i resztę? W sumie szpachli by się tu trochę przydało… Może jutro jak się wyrobimy to coś wyrównamy… - pokiwał głową odwzajemniając ciepły uśmiech i zapytał o dalsze plany co do tego pomieszczenia. Widząc, że wałków i reszty też gospodynie nie mają wziął od czarnowłosej notes i zapisał jej tam adres sklepu z materiałami budowlanymi. Tam powinny dostać co potrzeba do takiego malowania.

- Ja nie wiem gdzie to jest. Ale to już sobie znajdziemy. Dzięki za adres. Eve pewnie wie ona długo tu mieszka. - Wilma spojrzała na adres ale nic jej nie mówił. Jednak jak miały teraz własną furgonetkę to miasto jakby zrobiło się jakieś mniejsze. I znalezienie tego sklepu nie zapowiadało się jakoś zbyt trudno.

Mazzi tez mu podziękowała, szczególnie za te malarskie namiary i przytaknęła, a potem wyjaśniła, że wystarczy pomalować na biało, bo potem sama dokończy “swój plan”.
Deal został przybity, przyklepany i mogli wrócić do vana.
- A coś do żarcia chcecie? - dodała kontrolne pytanie, odliczając zwitek stu papierów zanim zobaczy reszta. - Co lubicie? Oprócz kociaków oczywiście - dodał, wciskając zwitek w kieszenie.

- No rano to będziemy po śniadaniu to nie trzeba. No ale na obiad to coś by się przydało. Coś ciepłego. I coś do picia bo będziemy pruć ściany to pyłu będzie pełno. Jakaś kawa czy herbata. I tyle. Do wieczora chyba skończymy. No chyba, że wyjdą jakieś siupy. - technik nie miał jakichś wygórowanych wymagań kulinarnych i chyba chodziło mu o to aby nie robił na głodnego cały dzień. I tyle. Poza tym zdawał się tutaj na opiekę gospodyń. Talony wsadził do portfela a ten do kieszeni. I spojrzał po nich obu czy coś jeszcze mają do załatwienia i omówienia przed dzisiejszym wieczorem i jutrzejszym porankiem.

Więcej jednak obie bękarcice nie miały genialnych pomysłów. Zamiast tego złapały technika pod boki, prowadząc z powrotem do reszty ekipy.
- W takim razie teraaaz idziemy na balet. - saper ćwierkała z podekscytowania - Czwartek to taki mały piątek. Na logikę dzisiaj środa, a wczoraj był poniedziałek co jak stypa… lecimy!
 
__________________
A God Damn Rat Pack
'Cause at 5 o'clock they take me to the Gallows Pole
The sands of time for me are running low...
Driada jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 17-09-2021, 02:20   #244
 
Driada's Avatar
 
Wtorek; wieczór; garaż “The Palantas”; koncert

Wesoła wycieczka minibusem przez miasto wydawała się być odporna na kaprysy pogody. Dzień miał się już ku końcowi i wciąż lało jak z cebra. Ale mieszanemu towarzystwu kompletnie to nie przeszkadzało. Słychać było śmiechy i żarty nawet jak jeszcze nikt nie łyknął nawet kropli alkoholu. Jak Wilma zdała Eve relację jak się z Olim ustawiły na jutro ta właśnie siedziała frontem do Larysy i gościła między udami jej stopę. Ku obopólnej uciesze ich obu i satysfakcji reszty towarzystwa. Na wieści z szoferki krótkowłosa blondynka zamyśliła się na chwilę.

- To wiecie co? To ja też się jutro urwę i pomogę wam. Tylko będę musiała po Wild Water zajechać do biura aby im powiedzieć, że mnie nie będzie. A potem mogę jechać z wami. - powiedziała ochoczo zgłaszając się do planów na jutrzejszy dzień. Na razie jednak van minął miejski szpital w którym wcześniej leżała i Lamia, i Roy, i Dave a na co dzień pracowała pewna surowa siostra przełożona w okularach jaka trzęsła całym oddziałem rehabilitacji. Ale o tej porze pewnie już była w domu. Chwilę później van zjechał w jakąś boczną bramę prowadzącą do zdezelowanego magazynu. W oknach obiecująco paliły się światła. Ale, że były wysoko to nie dało się z ziemi zajrzeć do środka. Przed magazynem stało więcej wozów niż zazwyczaj a do wnętrza zapraszały otwarte drzwi i odgłosy muzyki. Czy raczej strojenia instrumentów.

W całym tym rozgardiaszu Lamia wydawała się zamyślona, patrząc gdzieś w dal poprzez szybę na garaż i chyba trochę poza niego. Dźwięki gitary coś przypominały, wspomnienia kotłowały się na krawędzi widoczności ale nie wychodziły. Ot siedziały nie dawały o sobie zapomnieć. Wypadało więc się skupić na czym innym, bardziej przyziemnym.
- Jechać po śniadanku na Tygrysku do ratusza żebyś dała DWŻ’ta? - spytała blondynki wciąż patrząc w ten sam punkt. Dobry pomysł, obecność blondi dużo ułatwi i pomoże.
- Do ratusza… - powtórzyła, a potem wciągnęła ze świstem powietrze, obracając twarz w stronę fotograf - To pójdziemy z Gwiazdką ci potowarzyszyć - przeniosła wzrok na Wilmę - Kociaczek ma jakieś prącia w robocie co tam potrzebują aby im podbić oczy argumentami coby łapy i wszelkie wypustki trzymali nam od Kociaczka z daleka bo kurwa łapy mu się odgryzą przy samej jebanej dupie - wyszczerzyła ząbki w uśmiechu - Odjebane jak woźne w dzień nauczyciela i tak będziemy, a spod ratusza blisko na bazar po klamoty i ten adres od Oliego.

- Taakk? - brwi rudowłosej skoczyły do góry słysząc co jej pierwsza dziewczyna powiedziała o drugiej. Druga zaś pocałowała stopę Larysy, puściła ją grzecznie i odwróciła się teraz aby być przodem do szoferki.

- Oj to tylko tam takie głupie gadanie. Nie ma co się przejmować. - fotograf w obroży wychyliła się przez ramę oddzielającą kufer od szoferki jakby nie chciała robić swoim dziewczynom jakiegoś kłopotu jutro rano.

- A chciałabyś, żebyśmy tam pojechały i poszły z tobą? - zapytała blada plama twarzy kierowcy która rozglądała się za miejscem do zaparkowania na tym zagraconym podwórzu.

- No tak. Byłoby mi miło. Pochwalić się z kim chodzę. Szkoda, że Steve’a nie będzie. On to w ogóle by wszystkim pozamykał gęby jakby się tylko pojawił. - blondynka uśmiechnęła się ciepło na taką myśl i chętnie przystała na taki pomysł.

- No tak. Pewnie tak. Na jego widok to nie tylko nam miękną kolana. Pewnie nawet by nie musiał wiele mówić. - głowa Wilmy pokiwała się gdy też się uśmiechnęła na myśl o wrażeniu jakie potrafił wywołać kapitan specjalsów z jakim chodziły. I zaczęła parkowac vana tuż przy wejściu. - Tu was wyrzucę a potem zaparkuję i do was dołączę. Szkoda byście mokły. - powiedziała zatrzymując się o dwa kroki od otwartych drzwi.

- Dzięki Gwiazdko - saper z wdzięcznością pocałowała kierowcę prosto w ten słodki dzióbek, ale zanim zaczęły wysiadać spojrzała na Eve.
- Steve kończy w piątek wieczorem - rzuciła patrząc na reakcję blondynki, a kątem oka patrzyła na rudzielca - Możemy się z nimi umówić pod ratuszem w lodziarni. Widziałam że mają też gorącą czekoladę. Zabierzemy nasze dwa bolty na lody i czekoladę, a potem na chwilę wpadniemy do ciebie do roboty przed zamknięciem redakcji - wzruszyła ramionami jakby to było całkowicie do ogaru, choć jeszcze nie gadała o tym z Tygryskiem. Czuła jednak że się zgodzi, był przecież taki kochany i dbał o te swoje babskie stadko.
- Poprosimy go o to jutro rano - teraz zaczęła się pełnoprawnie szczerzyć - Nie wiem jak wy, ale jakby trzy takie jak wy mnie zaatakowały z rana, wysiedziały jajka i do dziobka karmiły to by mi serduszko zmiękło. Poza tym… a chuj - machnęła ręką - Przecież to Tygrysek, na pewno się zgodzi.

- Ano tak! W piątek wieczorem! No racja! Jej, żeby tylko te moje głąby jeszcze byli w pracy! Ale Lamia, jesteś genialna! Kocham cię! - Eve krzyknęła zachwycona takim pomysłem, wstała na ile mogła, wychyliła się do szoferki aby objąć i uściskać swoją czarnowłosą dziewczynę i cmoknąć ją mocno w usta.

- Ciebie też! No i Steve’a oczywiście! - zaśmiała się ściskając też ich kierowcę i całując podobnie. A po chwili trzeba było otworzyć boczne drzwi i wyjść na ten deszcz. Jednak dwie parasolki i ledwo dwa kroki do otwartych drzwi to nie była wielka przeszkoda. Wilson jeszcze im machnęła rączką na pożegnanie i powoli ruszyła szukać jakiegoś miejsca do zaparkowania. Pozostała grupka skoncentrowała się przy wejściu i mieli już wgląd na to co działo się wewnątrz.

A to kiedyś był pewnie jakiś magazyn albo hurtownia. Długie pomieszczenie z małymi oknami pod sufitem. W większości obecnie nadal zajmowała go pusta przestrzeń. Pod ścianami i dźwigarami stały czasem jakieś graty. A tam, w przeciwnym końcu hali pęczniał pstrokaty tłumek. Może dwa lub trzy tuziny gości jakie zdołały jakoś się dowiedzieć i przybyć na ten improwizowany koncert. I gdzieś pomiędzy nimi widać było kawałek perkusji, ktoś tam chyba stał czy chodził. Wszędzie dominowały skórzane kurtki, podarte podkoszulki i parę nastroszonych irokezów.

- No! I to są moje klimaty! Wreszcie jak w domu! - zawołała wesoło motocyklistka chłonąc tą atmosferę nawet jeśli koncert się jeszcze nie zaczął.

- Co ty pierdolisz Di? W domu jeszcze trzeba było uważać na kule i czujniki blaszaków! - saper zaśmiała się wesoło, czując jak jej uśmiech zaczyna już przypominać uśmiech zębatego rekinka idąc śmiało przed siebie. Nie pasowały tu na pierwszy i nawet drugi rzut oka, z drugiej strony do cholery były na punkowym koncercie, gdzie raczej mocno wywalone ludzie mieli na konwenanse wszelkie.
- Spójrzcie na nich, już te druty szarpią chociaż jeszcze nie zaczęli - ciągnąć dziewczyny i chłopaków szła w kierunku sceny chcąc namierzyć palantów albo ironów i dalej zobaczyć czy przypadkiem im się żaden palant nad palantami nie zagubił.

Reakcja na pojawienie się grupki Kosmicznych Kociaków w pełnej krasie była bardzo podobna do tej jaką niedawno wywołały w domu weterana. Niedowierzanie i szok. Oraz zaciekawienie i fascynację. I jeszcze mieszaninę zazdrości i podziwu. Jakby skądeś na ziemię zstąpiły jakieś anioły albo diablice. I w drugą stronę też to działało podobnie. Byli pacjenci szpitala miejskiego czerwienieli jak indory z tej radości, że idą wspólnie z taką gorącą laską jak Diane. Larysa ponownie mogła się nacieszyć prowadząc Eve na smyczy a tej ponownie to cholernie odpowiadało. A i jeszcze obie kurierki poprzedzające Lamię i Olivera też dopełniały obrazu nawet machając komuś rączkami jakby naprawdę były gwiazdami jakiegoś show.

- Rozstępują się przed nami jak morze. - roześmiał się rozbawiony serwisant ale tak właśnie było. Weszli w sam środek tego tłumu a wszyscy im ustępowali z drogi. Ale reakcję były żywsze i bardziej spontaniczne niż w domu weterana.

- Hej, zobaczcie jakie foczki przyszły! - zawołał jakiś typ w skórzanej kurtce rechocząc się z dzikiej radości na te seksowne ślicznotki jakie przyszły na koncert. Ktoś gwizdnął ktoś to podchwycił.

- O. Tam jest Tina! - Di odwróciła się do nich pokazując na nową znajomą jaką poznały wczoraj w “41” a dziś po wyburzaniu ściany pojechała z chłopakami pomóc im z koncertem. A koncert był już chyba prawie gotowy. Nie było żadnej sceny ani barierek. Więc granica między muzykami a publicznością była dość iluzoryczna. Po prostu przy ścianie były rozstawione instrumenty a przy nich zasiadała mieszanina “The Palantas” i “Iron Fist”. No i był albo wylazł zwabiony przez te gwizdy, ochy i achy sam największy palant w tym mieście.

- No, no… Ale mieliście wejście. Lepsze niż my. A wydawało mi się, że to my mamy być gwiazdami wieczoru. Dobrze. Skupicie na sobie ich uwagę to może zapomną rzucać kamieniami i butelkami. - Rude Boy wyszedł im naprzeciw i zatrzymał się przy tej symbolicznej granicy estrady. Obrzucił ich ciekawym spojrzeniem i chyba mu się podobało to co widział jak można było sądzić po błysku w oku.

- Och RB nie przejmuj się! - saper oddała swojej siostrze smyczki i podeszła pod drugą stronę graniczną. Wyciągnęła rękę, kładąc ją na piersi muzyka i poklepała powolnym ruchem.
- Zanim zaczniecie szarpać te druty widownia już dawno się znieczuli na tyle, że twoja gra będzie im nawet przypominać coś jakby… - wydęła usta w dzióbek, udając że się zastanawia, a jej palce drapały skórę gangera przez koszulkę ni to celowo, ni to przypadkiem.
-.... muzykę - dokończyła wreszcie, chichocząc uroczo - Ale nie bój się, wszelkie nietrafione tony będziemy zagłuszać piskiem, bo co to za koncert bez rozpalonych fanek pod sceną piszczących do swojego idola… poza tym wyjdziesz się tu przywitać porządnie czy będziesz zgrywał systemowca co sie nie brata z plebsem z widowni? - zakończyła pytaniem raczej retorycznym, zapraszająco rozkładając ramiona.

Objął ją i uściskał mocno. Mogła poczuć bijące od niego ciepło rozgrzanego ciała i zapach papierosów. Trzymał ją mocno i bez oporów jakby pewnie każda jego fanka chciała aby się z nią tak właśnie witał. I to na oczach innych!

- Świetnie wyglądasz w tym czerwonym. I na górze i na dole. Ładny materiał. No ale nie tylko materiał. - powiedział jak puścił ją i przyjrzał się z bliska. Sprawdził na dotyk ten czerwony materiał. Jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności na krańcach dekoltu więc przez chwilę Lamia mogła poczuć jego palce właśnie w tym miejscu. A on uśmiechał się bezczelnie jakby nic wielkiego się nie działo.

Potem niejako dostrzegł resztę grupki. To przywitał się ściskając Eve i Di. Chłopaków pytał jak leci i klepnął ich po przyjacielsku w ramię. Zaciekawił się Larysą jak się nieco zawstydzona przyznała, że pierwszy raz jest na koncercie i trochę tak zabrzmiało to niepewnie jakby nie wiedziała czego się spodziewać.

- Nie dygaj. Jak chcesz to możesz tam sobie klapnąć. Tam chodzimy na szluga i takie tam. - powiedział wskazując na boczną stronę “sceny” przy jednej ze ścian gdzie chyba było miejsce dla obsługi technicznej. A przynajmniej jakby to był bardziej oficjalny koncert to tak by było.

- Świetne kostiumy macie dziewczyny, naprawdę świetnie. Świetnie w nich wyglądacie. Bo wy chłopaki to takie brzydale jak my wszyscy. To wiadomo. - powiedział z bezczelną beztroską jak już mniej więcej ogarnął kto doszedł a w międzyczasie Wilma zdążyła do nich wrócić to też się przywitali.

- Ale z tym piciem to może być trochę ciężko. No mieliśmy trochę zajęty dzień to nie było co skołować. Iron z chłopakami pojechał do Garry’ego po browar. Powinni zaraz wrócić. Dlatego czekamy z koncertem. - wyjaśnił RB jak to się stało, że jeszcze nie zaczęli grać.

- A w ogóle co z tą ścianą? To tak miało być? Bo no ja z rana to trochę słabo pamiętam co tam mówiłaś do mnie. - zapytał ponownie zwracając się do Lamii.

Gdzieś podczas poznawania reszty oddziału Mazzi wyłapała wzrokiem wzrok swoich dziewczyn i czekała na dogodny moment a ten się wreszcie nawinął wraz z bezczelnie pozytywnym pytaniem punka.
- Oj RB, no właśnie tak, dokładnie tak to miało lecieć! Dziękujemy, zrobiliście kawał solidnej roboty - saper ucieszyła się wyraźnie i pełna werwy podkicała te dwa kroki, wieszając się mu na szyi i całując wdzięcznie w każdy z policzków.
Zaraz też z prawej flanki zaczęła go osaczać druga bękarcica.
- Słyszałyśmy że ich pogoniłeś i zainspirowałeś - dodała wdzięcznym i szczerze wzruszonym tonem, robiąc miejsce aby z lewej strony oflankowała cel Eve. Trzy pary kobiecych rąk jak na zawołanie zaczęły jeździć po torsie, ramionach i twarzy szarpidruta, a te które akurat nie całowały go grzecznie w policzek, całowały się między sobą tuż przed jego nosem.

- Jasne. Nie ma sprawy. Żaden problem. - gitarzysta i wokalista i lider “The Palantas” pokiwał głową ale te wszystkie rączki jakie lądowały na nim albo na tej drugiej tuż przed nim i jeszcze jak to Lamia się na przemian całowała z Wilmą lub z Eve i to tak na wyciągnięcie ręki sprawiło, że muzyk zrobił się jakiś taki jakby rozkojarzony. Za to widownia dała do wiwatu.

- Rude Boy, jesteś naszym największym i najlepszym idolem! - Eve oświadczyła uroczyście nim objęła go i ponownie nie pocałowała. Tym razem w usta. Chociaż był to całus a nie pełnoprawny pocałunek. Uwagę ich i widowni przykuło jakieś zamieszanie od strony miejsca gdzie stały instrumenty. Punkowiec odwrócił się a widownia zawyła z entuzjazmu.

- Piwo! Mamy piwo! Jest piwo! - wydarł się Iron trzymając dumnie aluminiową baryłkę z piwem. Po nim weszło jeszcze kilku innych mężczyzn każdy z jednym, podobnym pakunkiem. Przy nich drobna blondynka z dredami wydawała się jakby zagubiona i nie na miejscu. A na twarzy Val wykwitł uśmiech jak niespodziewanie rozpoznała nie tylko swojego idola punk rocku ale też i swoje kumpele jakie go otaczały.

- Cześć dziewczyny! Wow! Ale świetnie wyglądacie! - zawołała kelnerka z “41” podchodząc do nich bliżej i korzystając z chwili gdy beczki browara chwilowo odwróciły uwagę większości muzyków i publiczności.

Zaraz otoczył ją krąg roześmianych kobiet, ściskając po kolei, a gdy pierwsze powitania poszły im sprawnie, równie sprawnie przeszli do reszty.
Na pierwszy rzut poszła jednonoga weteranka, którą przy podejściu saper czule cmoknęła na powitanie.
- Zobacz Val jakie cudo się udało wykopać z kołchozu- powiedziała wesoło - Ma na imię Larysa i coś czuję że bardzo, ale to bardzo się polubicie - nachyliła się dredzikowi do ucha i dodała teatralnym szeptem - Uwielbia jak się jej dobrze dba o nogi i obuwie. Tego tutaj przystojniaka chyba nie muszę ci przypominać co - wskazała na Oliego i też dodała konfidencjonalnie - Ten po prawo to Rambo, po lewo jest Roy. Kumple ze szpitala i ponoć dobrze sobie radzą w duecie. Chłopaki, to moja ptaszyna Val - przedstawiła chłopakom spod dawnej trzynastki kolejną foczkę - Kręci kuperkiem w “41” więc jak nie będzie teraz mogli spać po nocach z wrażenia to wiecie gdzie jej szukać.

Val aż zamrugała rzęsami jak usłyszała na ucho co lubi ta zgrabna czekoladka jaką jej właśnie przedstawiono. I jakoś nie dała rady aby nie spojrzeć w dół w kierunku jej butów. Potem jednak jak Lamia przedstawiała jej resztę towarzystwa trochę ją to odciągnęło od tego interesującego celu. Ale i krótkowłosa weteran z jednym sztucznym okiem patrzyła z zaciekawieniem na kelnerkę.

- I ty jesteś Val? Miło mi cię poznać. Na żywo znacznie ładniejsza niż na zdjęciu. - wyglądało na to, że blond dredziara też przypadła drugiej stronie do gustu chociaż tym pierwszym wrażeniem.

- Robisz w “41”? To my wiemy gdzie to jest. To może wpadniemy tam. Dobrą szamę macie? - Rambo pytał jakby też mu się spodobała drobna kelnerka. Przy niej wydawał się znacznie większy. Jak zresztą taki się wydawał gdy stał przy większości kobiet.

- Tak, mamy bardzo dobrą szamę. I zapraszam was serdecznie. Zwłaszcza ciebie. Mamy otwarte do późna to nawet po północy możecie do nas przyjeżdżać. - pracownica Garry’ego wyróżniła w tym zaproszeniu Larysę ale nie pominęła też chłopaków.

Rozmowa z Val i o Val jeszcze chwilę trwała. Ona i Larysa tak się momentalnie zgrały ze sobą, że jak się okazało, że weteranka ma kłopoty z mobilnością i opuszczaniem domu weterana to kelnerka ochoczo zaoferowała się, że ją odwiedzi. O ile ją wpuszczą. No i w dzień bo wieczorami pracuje. I prawie od ręki obie się umówiły na jutrzejszą wizytę w pokoju Larysy przed robotą. Ale w końcu padło pytanie co sama Val tu robi.

- Garry mnie wysłał abym podłączyła te beczki. No i mam dopilnować aby wróciły do nas i nikt inny przy nich nie majstrował. - wyjaśniła kelnerka z wyczuwalnym żalem, że jest tu w sumie służbowo a nie dla przyjemności. A beczki ustawiono pod ścianą i tam też zaczęła się robić gęstwa jakby spora część widowni i muzyków chciała zamoczyć dzioba w świeżym browarze.

Kobieco-żołnierska grupa też udała się w tamtą stronę, ciągnąc do wódopoju jak po sznurku.
- To co, odstawisz beczki i lecisz z nami na afterek, co nie? - sierżant popatrzyła na kelnerkę radośnie - Moglibyśmy zrobić powtórkę… choć mniejszą … albo i zostać tutaj lub się do “41” przenieść. Garry na pewno by nie narzekał na bandę pianych punków kupujących u niego alkohol. Albo lecimy do nas na afterek - wzruszyła pogodnie ramionami. Dla niej każda opcja była spoko.

- Afterek? - szły we dwie ku gromadzie punkowców. Tym razem zaszły ich od tyłu ale też jakoś nikt im nie blokował drogi jak tylko zorientował się, że chcą go czy ją minąć. Kelnerka zaś zatrzymała się czekając aż Ironi i Palanty się nacieszą i nabajerują z tych browarów.

- Oj Lamia z wami to zawsze i wszędzie! I w każdej pozycji! - roześmiała się wesoło kelnerka a widząc, że to mierzenie sobie browarów jeszcze mężczyznom trochę zajmie ustawiła się frontem do Mazzi aby mogły swobodniej rozmawiać.

- To znaczy teraz to ja muszę być tu za barmankę i pilnować tych browarów. Garry mnie zabije jak nie wrócę z wszystkimi beczkami albo któraś będzie rozwalona. To tak trochę jestem tu uwiązana. Ale po koncercie… Możemy pojechać… Do was albo do nas… Tylko te beczki musiałabym jakoś odstawić do “41”. No albo gdzieś zamknąć tutaj. Będą już pewnie puste to nie będą takie ciężkie. I jak to będę miała z głowy to potem mogę z wami balować do białego rana! A kto to jest ta Larysa? Wygląda mi na bardzo gorący towar! - blondynka dumała na głos jak to można by zorganizować ten koniec wieczoru tak aby mogła wywiązać się ze zobowiązania wobec Garry’ego a jednocześnie załapać się na imprezę w swoim ulubionym towarzystwie. No i zapytała o nową koleżankę jaka na niej zrobiła bardzo oszałamiające pierwsze wrażenie.

- Pojedziemy do was, wszyscy razem i w jednym tempie - opowiedziała po chwili namysłu i dodała - Lepiej mieć kontrolę nad imprezą, a pamiętam że Garry ma całkiem wygodne zaplecze jakby ktoś się pointegrować bliżej. Zresztą da nam to kontrolę nad imprezą, choćby symboliczną. Rano musimy wcześnie wstać żeby jechać do Tygryska więc nie możemy chlać do czwartej rano bo tak siara jechać do niego ledwo się na nogach trzymając. - sapnęła krótko, a potem nachyliła się nad kelnerką - To weteran, z mojego kołchozu. Jeden z tych wyjątków potwierdzających regułę o tej geriatrii. Coś czuję że będzie się z nami bujać częściej, na imprezę Halloween też ją zaprosimy, no nie? - zawinęła dredziarę pod ramię - Cieszę się że do niej wpadniesz jutro. Niedawno dopiero wstała na nogi, przyda się jej pomoc przy rozchodzeniu protezy. Żeby potem śmigała niczym rącza gazela razem z nami wszystkimi, nie? Przyznaj, że zajebiście byłoby z nią balować regularnie.

- Oj tak! Ta buzia, cycuszki, nóżki no stóp jeszcze nie widziałam ale jak ma takie jak całą resztę no to mam cichą nadzieję, że już dzisiaj będę miała okazję się nimi pobawić bo ta nowa czekoladka wygląda na strasznie gorącą i słodziutką! - Val roześmiała się wesoło i sądząc po głosie, uśmiechu i spojrzeniu to zdążyła się nakręcić na te zabawy z Larysą i resztą imprezy na całego. Odwróciła się za plecy aby zobaczyć czy jest już potrzebna przy beczkach ale panowie chyba mieli etap profesjonalnej wymiany opinii o browarze. Czy tym co był w właśnie w beczkach czy innym to już nie dolatywało do blondynki i czarnulki.

- Dobra to po koncercie zwijamy się do Garry’ego. Zwiedzimy sobie pięterko. Ja zostawię te beczki to będę miała spokojną głowę. A to byście chciały wracać do siebie jakoś w nocy, rano czy od razu jedziecie na koszary? - kelnerka przyjęła plan działania Lamii jak swój i jeszcze tylko była ciekawa kilku porządkowych rzeczy.

- Tak, naprawdę gorący towar - saper skwitowała słowa Val kiwaniem głowy i zaśmiała się serdecznie. Tak oto przy następnym babskim spotkaniu u Betty pojawi się jeszcze jedna dusza, ku uciesze i radości obu zainteresowanych stron.
- Musimy się zwinąć w nocy, jakoś o 3 najpóźniej - dodała tonem wyjaśnienia - W domu mamy wszystkie ciuchy i mazidła, wannę do szorowania latawic. Alfa też lepiej żeby nie zostawał sam, jest jeszcze malutki. Od E jest bliżej pod jednostkę, a i tak będziemy nadkładać trasy żeby zajechać do Mario po odbiór zamówienia… no i jeszcze lody musimy z domu zabrać - jęknęła boleśnie, równie zbolały wzrok wieszając na blondynie - Wiesz ile misiakowe głodomory potrafią opierdolić, a jest ich dwunastka… nawet trzynastka bo Cesowi też coś zamówiliśmy u Mario żeby się pokrzywdzony nie czuł. Poza tym jeszcze się spakować trzeba i niczego nie zapomnieć, choćby zdjęć z imprezy. Parę ich już Kociaczek wydrukował to polecą na jednostkę. Niech sobie chłopaki przypomną nas i zatęsknią… a w niedzielę wieczorem i tak wpadamy na drinka do Honolulu, więc jak masz ochotę znajdziesz nas w tej sali co zwykle… ale to potem. Teraz chodź - pociągnęła ja w stronę beczek - Wiem że jesteś w pracy, ale praca na trzeźwo jest wbrew karcie praw obywatelskich i prawom człowieka.

- To was pracowita noc czeka. Ale nie sądzę aby koncert trwał do północy. Pewnie skończą wcześniej. - odezwała się dredziara współczującym tonem jak wysłuchała całej litanii jaka trójka dziewczyn Krótkiego miała do załatwienia na wieczór, noc i rano. Dała się złapać za rękę i razem podeszły do beczkowatej gromady. Z bliska kelnerka nawet przyspieszyła i wyprzedziła Lamię bo wyglądało jakby Iron coś kombinował z zamknięciem jednej beczki.

- Chyba mi tam nic nie grzebiecie co? - zapytała drobna blondynka z pogodnym uśmiechem i łagodnym tonem.

- O! Tu jesteś! No weź to otwórz bo ludzie czekają o suchym pysku. - Iron wstał i odsunął się od beczki.

- Dobra to Val już to ogarnie. - Rude Boy klepnął go w ramię dając znać, że jak przyszła specjalistka od takich spraw to beczki są w bezpiecznych rękach. A dredziara rzeczywiście zajęła miejsce Irona i całkiem szybko podpięła przenośny kranik pod beczkę i chwilę potem bar został otwarty.

- Panie i panowie! Punki i punk girls! Piwo za darmo dla wszystkich! - Iron wziął mikrofon do ręki i swoim ogłoszeniem wywołał kolejny aplauz publiczności. Val znalazła się w istnym oblężeniu pod zmasowanym atakiem wyschniętych gardeł. A gdy te zwilżane kolejnymi porcjami piwa nieco się rozwydrzyły rzuciły hasło jakie powtarzało się na wszystkich koncertach Rude Boy’a na jakich do tej pory była Lamia.

Punki grać! Kurwa mać! Punki grać! Kurwa mać!

Skandowało punkowe stadko. I to zmobilizowało muzyków do wyjścia na scenę. Czyli właściwie to stojących mikrofonów bo żadnej prawdziwej sceny nie było. Wszyscy stali na podłodze.

- Cześć wszystkim! Znacie mnie! Jestem największym palantem w tym mieście! - RB zrobił z tej pół żartem wymyślonej pewnej nocy ksywy swój popisowy numer. I wierna widownia z miejsca dała się porwać jego bezczelnej charyzmie wiwatując i drąc się na całego.

- Dziś niesamowity wieczór! Będziecie sędziami! Wydacie wyrok! Która z kapel jest lepsza! My, “The Palantas”?! Czy nasi dzisiejsi goście! Koledzy z naszego bratniego zespołu! Przywitajcie ich gorącymi brawami, gwiazdy prawdziwego punk rocka! “The Iron Fists”! - jak chciał to ten zblazowany grajek potrafił być prawdziwym wodzirejem. Tak podgrzał atmosferę tym krótkim wstępem, że jak Iron podszedł do drugiego mikrofonu dostał taki sam aplauz jak ulubiony punkowy band w tym mieście.

A w międzyczasie znalazły się Jamie i Kara. Przyszły w sam raz na początek koncertu. I nie było im trudno znaleźć grupkę rzucających się w oczy kobiet w bieliźnie.

- Cześć Lamia! I jak wyglądam?! Właśnie o tej kurtce myślałam! I obroży! - Jamie musiała mówić głośno do ucha Lamii aby przez wrzawę i muzykę ta ją usłyszała. A przyszła w czarnej, skórzanej mini i też czarnej, skórzanej kurtce. Ale damskiej bikerce. Zgrabnie wyglądała w tym zestawie a obroża na szyi pasowała do takiego klimatu a w połączeniu z mocnym makijażem sprawiała drapieżne wrażenie. No i pod podartą koszulką było widać płaski brzuch lodziary i kawałek napisu zrobionego markerem.

Po minie byłej sierżant łatwo dało się odczytać, że widok jej się podoba, a nawet bardzo. Z drapieżnym wyszczerzem przygarnęła do siebie lodziarę, łapiąc ją w pół ramieniem przez plecy i pociągnęła, aż ich fronty się zderzyły. Wtedy też zmrużyła oczy jak polujący kocur.
- No cześć maleńka, często tu bywasz? - zmrużyła jedno oko jeszcze mocniej. - Wyglądasz jak ktoś dla kogo serio przemyślałabym zostanie lesbą… albo chociaż bi. - ścisnęła pośladek latynoski - Może nawet na dłużej niż jedna noc.

- Ojej no popatrz! To zupełnie jak ja! To co? Jedziemy do mnie czy do ciebie? - Jamie chyba nie do końca spodziewała się tak frontalnego i łapczywego powitania ale odnalazła się w tym biegle. Dłoń Lamii miała za co ściskać te opięte skórzaną spódniczką pośladki a i Jamie reagowała na takie zabawy bardzo chętnie i wesoło. W rewanżu objęła mocno sierżant odzianą dziś w czerwienie i nie pozwalała na zwiększenie dystansu. Więc ich fronty ładnie spoczywały na sobie nawzajem i ocierały się przyjemnie. Zaś lodziara udała wdzięczną foczkę jaka poleciała na taki bajer od nieznajomej i teraz już tylko trzeba ustalić parę ostatnich detali przed skonsumowaniem tej nocnej przygody.

- A to musimy gdziekolwiek jechać? - spytała saper, przechodząc dotykiem prawej dłoni z pośladków na przód spódniczki, wślizgując palce pod jej dolną krawędź żeby zbadać cóż to druga brunetka ma pod spodem.
- Tu i tu za daleko - dodała dysząc jej w kark tuż przy uchu. - Zróbmy przystanek, przypuśćmy zwiad - przy tym palce z pomalowanymi na czerwono paznokciami wślizgnęły się pod bieliznę i dalej zaczęły zagłębiać się w ciepłym ciele - Zobaczymy na czym stoimy, hm?

- O… Tutaj? Właśnie tutaj chcesz? - Jamie czule obejmowała kark Lamii i patrzyła na nią zdradzając, że ta z tymi swoimi manewrami trafiła w sedno i ich zadeklarowana lesbijka jest w siódmym niebie. Jakoż akurat zapytała jak dłoń drugiej kobiety wślizgnęła się jej pod spódniczkę i bieliznę trafiając w to przyjemne, cieplutkie miejsce. Lodziara nawet starała się na ten moment wciągnąć swój płaski brzuch aby ułatwić jej te manewry. Sama przyjemnie gładziła palcami kark czarnuli wzrokiem, tonem i uśmiechem zachęcając ją do dalszych zabaw.

- Myślisz, że mają tu jakieś zaplecze? Kible czy coś? To może rzeczywiście byśmy się poznały lepiej. Dawno cię nie gościłam u siebie. - zapytała Jamie machajac głową gdzieś w bok gdzie może był jakiś ciąg dalszy w stylu zaplecza tego magazynu. Cholera wie bo żadna z nich tu wcześniej nie była. A Latynoska wyglądała jakby miała ochotę na Lamię jak najszybciej a najlepiej natychmiast.

- Zaplecze… - ta wytężyła mózg, a było to ciężkie. Dla ułatwienia polizała szyję lodziary- To chodź do fury, vana kupiłyśmy, stoi tu zaparkowany obok - zrobiła krok do tyłu, ciągnąc za sobą dziewczynę zakotwiczoną na jej dłoni i patrząc jej prosto w oczy, zagryzała pełne wargi. Ten van rzeczywiście nie był aż tak daleko…

Jeszcze tylko Lamia musiała wziąć kluczyki od Wilmy ale to trwało chwilę. I zaraz razem z Jamie przedzierały się przez tańczący i rozkrzyczany tłum raczący się darmowym browarem. Potem przez pustą raczej przestrzeń frontu magazynu i jeszcze przez zawalony różnymi pojazdami i ulewą parking. Ciemno było ale Wilma mówiła, że zaparkowała przy bramie. To było łatwo go namierzyć. A jak pogoniły pod tą zimną ulewą do wozu to już tam mogły się schować w bezpiecznej ciemności. Teraz to Latynoska wykorzystała Lamię gdy ta po ciemku gmerała aby wsadzić kluczyk w zamek. A dłonie lodziary chciwie zaczęły błądzić po jej pośladkach i biodrach. Aż nagle drzwi boczne się odsunęły i mogły wskoczyć do środka.

- Ślicznie wyglądasz w tym czerwonym. I w ogóle jesteś śliczna. - wyszeptała nakręcona na zabawę Jamie gdy popchnęła Lamię na boczną ławkę vana niedawno obsadzonego przez znacznie liczniejsze towarzystwo. Teraz jak miały ją tylko dla siebie było trochę wąsko ale w alternatywie była tylko zabłocona podłoga wozu. Jamie zaś chciwie po ciemku szukała ust kochanki aby się w nie wpić zaś dłonie zaczęły buszować po jej krągłościach okrytych czerwoną suknią starając się je wyzwolić z tego więzienia.

- Na pewno nie jesteś superbohaterką? - Mazzi sapała, pomagając na wyścigi rozbierać siebie i całować tak przyjemnie miękkie gorące usta. Wstała w pewnej chwili aby całkiem zrzucić sukienkę przez głowę i odłożyć na ławkę obok.
- Przyznaj się - wysapała natarczywie, podciągając koszulkę Latynoski i zaczynając sprawdzać wargami smak jej piersi - Wyszłaś z komiksu aby spełnić moje fantazje - dodała i zamilkła, zasysając lewy sutek między wargi. W międzyczasie namierzyła dłonią poprzednią pozycję i wznowiła zabawę.

- Tak, tak, właśnie tak… Jestem Lesbian Bitch… I jestem tu by spełnić twoje fantazje… - Jamie pod wpływem tego rozbierania się i zabiegów jakie na niej Lamia czyniła dyszała urwanym oddechem jakby miała już troszkę kłopotów z koncentracją. Ale dzielnie próbowała się trzymać roli swojej ulubionej superbohaterki. Sama ściągnęła sobie koszulkę i ta jako bezkształtna, jasna plama wylądowała gdzieś na kufrze vana. Zaraz potem chętnie podciągnęła do góry stanik aby oddać kochance swoje piersi do zabawy. A jak ta właśnie ponownie odkrywała u lodziary to rzeczywiście był atut i było się czym bawić ku obopólnej satysfakcji. W ciemnościach wozu czarnowłosa słyszała i czuła szybki oddech Latynoski. Jej dłonie zaś zaczęły błądzić po ciele Mazzi. Najpierw po włosach jakby chciała ją przytulić i zachęcić do zabawy swoimi piersiami. Potem po odkrytych plecach i pośladkach. Albo przesuwała je na przód aby odwzajemnić pieszczoty przednich atutów jakie serwowała jej Lamia.

Pachniała obłędnie, czymś słodkim czego saper nie umiała nazwać, choć nazwę miała na końcu języka. Niestety był on zajęty, więc pozostawało chłonąc smak rozgrzanej skóry, jej zapach i dotyk drugiego ciała tak kontrastującego do zimnych deserów zwykle przez Jamie serwowanych. Mruczała przy tym, czując na własnym ciele zręczne, miękkie dłonie.
- Już je spełniłaś - wyszeptała na sekundę odrywając się od zabawy i znów zaatakowała, schodząc coraz niżej wzdłuż mostka. Całowała skórę aż do pępka, znacząc jasne ciało czerwonymi śladami szminki aż doszła do końca tułowia i tam się zagnieździła, pomagając dłoni zatopionej w lepkim, gorącu.

Jamie co wydawała się taka oschła, wręcz zimna dla większości mężczyzn oraz myśl o kochaniu czy dotykaniu się z mężczyzną wydawała się jej wstrętna to w miłości z drugą kobietą zmieniała się nie do poznania. Była czułą, oddaną kochanką a jej zadbane i gibkie ciało wydawało się stworzone do takich zabaw. Teraz już właściwie rozebrana do rosołu poza samymi glanami położyła się na wąskiej ławce. Jedną nogę uniosła gdzieś wysoko do góry, drugą spuściła na podłogę aby dać kochance jak największe pole do manewru.

Lamia też miała wprawę w takich zabawach. Więc pomimo chłodu i ciemności świetnie wyczuwała, że kochanka jest rozpalona do czerwoności. Jej brzuch oddychał coraz gwałtowniej a z ust dochodziły stłumione jęki znamionujące potęgującą się rozkosz. Tam w środku lodziara też okazała się gorąco, mokra i gościnna. A zręczna stymulacja tego wrażliwego miejsca dawała słyszalne efekty. W pewnym momencie gdy zbliżała się koniunkcja tych zabaw Jamie przyszpiliła jedną nogą plecy Lamii do siebie a jednocześnie zanurzyła palce w jej włosy przyciągając ją do siebie. A chwilę potem wydała z siebie serię krótkich, spazmatycznych jęków zaś jej partnerka mogła z satysfakcją czuć i słuchać efekt swoich starań.

- Ojej Lamia… - wciąż zdyszana lodziara odezwała się po chwili łapania oddechu po omacku wyciągając rękę i trafiła na nadgarstek Mazzi. Pociągnęła ją na siebie tak, że znalazły się twarzą w twarz. Po ciemku Lamia widziała tylko blady owal twarzy Latynoski ale za to poczuła na swoich ustach jej całujące podziękowania.

- Jakbyś jeszcze gdzieś, kiedyś chciała tak w vanie czy gdzie indziej to na mnie możesz liczyć. Mam nadzieję, że jak najprędzej. Strasznie mi się podobało. - brunetka czule głaskała twarz i włosy swojej partnerki a ta mogła wyczuć, że Jamie w takim stanie błogostanu mogłaby pewnie z miejsca umawiać się na powtórkę gdziekolwiek by to miało nie być.

- Było świetnie… bo ty jesteś świetna - saper wtuliła się w drugie ciało, przygarniając je do siebie i trwały tak, czerpiąc ciepło z siebie nawzajem, jakby na przekór panującemu dookoła zimnu. Stan rzeczy nie mógł trwać długo, jednak jeszcze parę chwil powinny mieć. Nim trzeba będzie się zebrać i wrócić do reszty i całej palanciej imprezy z darciem mordy oraz szarpaniem drutów.
- W sumie Jamie, tak się spytam - zaczęła cicho - Nie chciałabyś w piątek wieczorem nam trochę pomóc? Nic wielkiego, zwłaszcza dla ciebie. Byłabyś jak prawdziwa Lesbian Bitch, uratowałabyś jednego kociaka z opresji… a nawet cztery kociaki. - westchnęła cicho, po omacku szukając paczki fajek.

- Ojej… To był mój pierwszy raz jako Lesbian Bitch! - w ciemnościach Lamia wyczuła drgania śmiejącego się pod nią jędrnego ciała. To chyba tak się Jamie spodobało, że ponownie objęła ją, przytuliła do siebie i pocałowała w usta w kolejnym podziękowaniu.

- I w piątek coś byś chciała? Też od Lesbian Bitch? No to brzmi super! A co takiego? - powiedziała przytulając ją do siebie i leniwie głaszcząc jej nagie ciało. Dłoń Lamii zaś znalazła jakiś obiecujący, pudełkowaty kształt gdzieś na zimnej podłodze.

- Nic wielkiego, Lesbian Bitch poradzi sobie z tym bez mrugnięcia okiem - odpowiedziała, wyłuskując fajka. Podpaliła go i zaciągnęła się po czym kontynuowała - Chodzi o zaopiekowanie się i uratowanie jednej uroczej pani komandos z opresji samotności i pustego domu gdy wróci z roboty na przepustkę weekendową. Chcę zrobić niespodziankę Eve i Tygryskowi i w piątek zabrać ich do “Olimpu” na obiad. Takie rodzinne wyjście, żeby było… chyba romantycznie. Taka odskocznia od codzienności i wiecznego chaosu jaki panuje przy naszych weekendach. Żadnego gotowania, po prostu najlepsza knajpa w mieście i godzina czy dwie żebyśmy się mogli sobą pocieszyć. No ale… Karen też wraca do domu. Nie chciałabym aby czuła się samotna i pominięta. Więc jakbyś nie miała planów na wieczór to wpadaj, zostawimy wam jakąś szamę i lody. Wydaje mi się, że dobrze się dogadałyście w niedzielę. Stąd pytanie i prośba w jednym.

- Ah, Karen! O to pewnie! Bardzo chętnie. To może Karę też zaproszę? O. Albo my też zaprosimy Karen do nas albo gdzieś na miasto. Karen jest świetna! Bardzo ją lubię. - Lamia nie widziała uśmiechu ale czuła po głosie, że lodziara się uśmiecha jak się dowiedziała kim ma się zająć w piątek. I pomysł na takie spędzenie wieczoru z panią snajper bardzo jej przypadł do gustu.

- I tak, rozumiem, wypad rodzinny. Dobry pomysł. I niezręcznie albo zabrać Karen albo ją zostawić samą. Ale mówię ja i Kara chętnie zadbamy o jej zachcianki i potrzeby. A “Olimp” dobry wybór. Spokojnie tam no i ten wasz Steve to oficer to dobre miejsce dla niego. Kiedyś też zabrałam taką jedną właśnie tam i było wspaniale. Można się tam poczuć jak prawdziwa dama i w ogóle ktoś z wyższej półki. I jedna kelnerka mi wpadła w oko. Ciekawe czy jeszcze tam pracuje. Irma się nazywała. - Jamie okazała pełne zrozumienia i aprobatę dla przyjaciółki w jej piątkowych planach. I cały czas promieniowała ciepłem tak z ciała na jakim się tak przyjemnie leżało jak i życzliwością jakiej się tak przyjemnie słuchało.

- Jak wygląda? Jeśli pracuje to się za nią rozejrzę i kto wie? Ściągnę nam na imprezę którąś albo przy weekendzie na lody do ciebie. Albo w ogóle do ciebie do domu. Albo do nas i tam się nią zajmiemy… tak. Brzmi jak plan, kelnerki są urocze. Lubię kelnerki, ale najbardziej panie z lodziarni. Te to mają złote łapki… i serduszka… i usteczka… i cycuszki… i wszystko, z dupeczką na czele. Czyste złoto - bękarcica odruchowo spytała o ważną informację, gładząc Latynoskę po twarzy i włosach aż w końcu pocałowała ją czule, wzdychając z ulgą - Dziękuję, naprawdę jesteś moją bohaterką… i jeszcze z Karą ją na miasto zabierzecie? Matko, Jamie… - przytuliła ją jeszcze mocniej - Nie noś peleryny bo kuperek i nogi zasłoni, ale na nią, cholera, w pełni zasługujesz.

- Ojej Lamia! Może chodź się zaczniemy ubierać bo jak tak mnie będziesz dalej bajerować to zaraz zrobimy to jeszcze raz! - pani reżyser widocznie znów udało się sprawić przyjemność tymi komplementami wobec swojej przyjaciółki i specjalistki od ról tylko z kobietami. Lekko klepnęła nagie pośladki leżącej na niej kobiety.

- A Irma ma świetną figurę i nogi do samej podłogi. Była w mini ale trochę dłuższej niż ta moja co teraz mam. I pończochy. I ciemne włosy. I rozpięte dwa guziki koszuli i ładny dekolt. I ładnie się do mnie uśmiechała. No ale nie byłam sama tylko z koleżanką a ona akurat to była strasznie zazdrosna o każdą fajną laskę w moim pobliżu. W końcu miałam jej dość a potem trafiła mi się Kara. No ale do “Olimpu” już jakoś nie wróciłam. Aha, warkocz miała. Irma. Taki długi jak Lara Croft. - szatynka zamyśliła się gdy próbowała przypomnieć sobie to przypadkowe spotkanie z jedną z kelnerek z restauracji o jakiej rozmawiały. I podała parę szczegółów jake mogły pomóc Lamii zidentyfikować ową kelnerkę.

Sierżant zaśmiała się na tego klapsa.
- Nie mam nic przeciwko repecie… ale tak. Lepiej się zbierajmy bo przyszliśmy na koncert, nie? - westchnęła teatralnie, ale zaczęła powoli rozglądać się za ciuchami - Dobra, jak się nawinie nam ta Irina to zagadam i zobaczę co z niej za ziółko - obiecała i dodała jeszcze raz - Dzięki Jamie, jestem twoją dłużniczką.

- Oj tam, zrobisz ten serial z Lesbian Bitch to będzie cacy. - Jamie zaśmiała się także, jeszcze raz uderzyła nagie pośladki Lamii skoro tak wdzięcznie przywitała poprzedni ale podniosła się do pionu. Po czym nastąpił mniej wdzięczny etap szukania swoich ubrań. Pomocna okazała się mała lampka pod sufitem wozu. Trochę gimnastyki i wróciły mniej więcej do poprzedniego wyglądu.

- Zabawne nie? Jak się rozbierasz to szast prast i gotowe. A jak się ubierasz to rany, z 10 razy dłużej. No i wszystko trzeba znaleźć. - zaśmiała się cicho lodziara bo ona w przeciwieństwie do partnerki nie bardzo dbała gdzie wylądują jej ubrania podczas gorączkowego rozbierania się to teraz miała nieco chodzenia i zbierania swojej skórzanej kolekcji. Ale wreszcie udało się znów wyglądać jak pełnokrwista Lesbian Bitch. Jeszcze trochę poświęcenia aby przebiec przez nocny parking zalewany ulewą i mogły wrócić do wnętrza nieogrzewanego magazynu punkowców. A koncert trwał nadal. Zaś pod sceną dalej gęstniał krzyczący i skaczący tłum. A w nim znajome sylwetki.

Zaczęły przeciskać się w ich stronę co nie było łatwe gdy miało się na nogach szpilki a okolica założyła glany. Na szczęście Jamie miała swoje cięzkie buciory, więc torowała drogą, a Lamia trzymała się jej w pasie i przeciskała się za żywym, bohaterskim lodołamaczem aż pod grupkę w skórzanych kieckach i obrożach. tam też szybko przykleiła sobie do boków swoje dziewczyny, całując każdą na powitanie.

 
__________________
A God Damn Rat Pack
'Cause at 5 o'clock they take me to the Gallows Pole
The sands of time for me are running low...
Driada jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 17-09-2021, 02:24   #245
 
Driada's Avatar
 
- I jak było? - Wilma zapytała z uśmieszkiem jakby świetnie się domyślała gdzie i po co jej dziewczyna zniknęła na kilka kawałków z lodziarą. Eve chyba też ale wzięła swój smartfon i cofnęła się o krok.

- To ustawcie się razem do tej rozwodówki! - zaśmiała się wesoło prosząc aby Lamia z Jamie ustawiły się do wspólnego portretu. Kara zaś widocznie odbierała to podobnie jak blondynka i brunetka numer swojej czarnulki tylko ona tak miała z Latynoską. Więc też raczej była ciekawa relacji i wrażenia niż zazdrosna czy wkurzona. Pracownica najlepszej lodziarni w mieście chętnie przysunęła się do czarnulki aby zapozować do wspólnego zdjęcia.

- Właściwie to mam nadzieję na kolejny numerek u nas na zapleczu! Albo potem u nas w domu! Jakbyś znów była w lodziarni! - Jamie musiała podnieść głos przy uchu Lamii jakby sobie przypomniała, że już są tak w połowie umówione na kolejne spotkanie to widocznie jakby się skończyło jak wizyta w vanie to byłaby bardzo rada.

Saper też nad wyraz chętnie ją objęła, wdzięcząc się do superbohaterki. W sercu zrobiło się jej cieplej, zwłaszcza na widok Wilson. Znów złapała się na tym, że rozumieją się w lot i bez słów. Eve również ją rozczulała, jej cholerny blond Kociaczek.
- Musimy w tygodniu się umówić wszystkie i na spokojnie zrobić babski wieczór! - zaśmiała się, posyłając Karze całusa. - Jak Gwiazdka wróci z trasy, a Kociaczek znajdzie ze dwa dyski do nagrywania. Walnie się parę materacy na glebę i do rana się z nich nie podniesiemy!

- To chyba na jutro jesteśmy troszkę jakby umówione. - Eve przypomniała z ciepłym uśmiechem i podeszła do swoich dziewczyn i przyjaciółek aby im pokazać jak wyszła ta fotka. A wyszła całkiem przyjemnie. Ze trzy komplety fotek Jamie i Lamii. Potem jeszcze z Karą i resztą dziewczyn co złowiły okazję aby się znaleźć na planie zdjęciowym.

- No to jutro! Ale pojutrze też może być! I kolejnego dnia no taka impreza, że ja zostaję do środy! - zawołała Diane już nieźle rozochocona i tym koncertem i darmowym piwem i roznegliżowanymi kociakami na smyczach i w pończochach. Wydawała się gotowa iść na każdą imprezę w takim albo podobnym składzie a im szybciej tym lepiej.

- A właśnie a jutro to będą same dziewczyny? I będziemy coś nagrywać? - Jamie skorzystała z okazji aby podpytać o plany jutrzejszego wieczoru.

- Tak, jutro sto procent samic, żadnych włochatych brzydali. Tylko gładkie uda i jędrne cycuszki - Mazzi zaśmiała się - Jasne że nagram, żeby była pamiątka! Inna niż zakwasy między nogami! I ej, Di! We mnie możesz zostać i do grudnia! Albo na mnie! Bierę każdą opcję!

Latynoska uspokoiła się i ucieszyła z wieści, że jutro szykuje się wyłącznie damski wieczór. A i pozostałe koleżanki śmiały się i żartowały jakby już nie mogły się go doczekać. Motocyklistka zaś znów zajęła strategiczną pozycję tuż za Mazzi. I ta mogła poczuć na łopatkach jej krągłości a na pośladkach napór jej spodni. Kołysała się tak w leniwym, tanecznym rytmie przesuwając dłońmi od bioder po piersi okryte czerwienią.

- Jak tak zapraszasz to może rzeczywiście tutaj zacznę roznosić swoją plechę. Tylko będę musiała jeszcze pojechać do swoich chłopaków aby się nie martwili. A potem będę rżnąć laseczki przed kamerą. I ciebie. Z kamerą lub bez. - mruczała jej do ucha i Lamia mogła być pewna, że żądza znów zaczyna bulgotać w młodej Indiance. I niezmiennie rola gwiazdy filmów akcji w “Mazzixxx” ją kręci i właśnie to chce robić.

Obok Wilma podobnie złapała Eve i tak się tuliły do siebie w leniwym tańcu. A dłonie rudzielca leniwie krążyły po okrytym tylko pończochami i bielizną swojej drugiej dziewczyny. Jamie podobnie zaczęła tańczyć z Karą zaś Meg z Kimberly.

Lamii przypomniało się wesołe wołanie Pereza przy sobotnim spotkaniu rodzinnym w Mason. “Dziewczyny się miziają, czas iść do burdelu!”. Nie były jednak w burdelu, ani w okolicy, a na koncercie. Z improwizowanej sceny dolatywała muzyka, dookoła tłum ludzi aż kipiał endorfinami, a saper opierała się o gangerkę, kładąc jej potylicę na ramieniu.
- Masz to jak w banku - zaśmiała się - Cholera, muszę korzystać póki się kolejki jeszcze nie ustawiają bo potem będzie ciężko cię dorwać. Będę musiała się zaczajać gdzieś przy drodze i cię brać z zaskoczenia. Dzięki że zgodziłaś się przyjechać Di. Cieszę się że tu jesteś. Bez ciebie to by nie było to samo.

- Oj no coś ty dla mojej ulubionej pani reżyser zawsze będę otwarta. - Di zaśmiała się cicho i skorzystała z okazji aby pocałować szyję i policzek tulącej się do niej kobiety.

- No i dla mojej ulubionej pani kamerzystki. Muszę dbać o swoją przyszłość w tej naszej nowej firmie nie? Aha a ona to nam ma jeszcze chyba załatwić kuperek Tashy. Nie, żebym sama tego nie mogła załatwić no ale jak obiecała to niech kombinuje. Lubię was. Was wszystkie. I lubię was zapinać oczywiście. Świetnie rozumiem Madi dlaczego też was tak lubi. I zapinać was. Ej. Może się jakoś z nią ustawimy? Wy, ja i ona. Aha i Lana. Bo one teraz razem są. - wyglądało na to, że gangerka trochę popłynęła na fali tych przyjemnych wspomnień, planów i zamiarów. Jakby starała się wyjść na racjonalną bizneswoman ale raczej słabo jej wyszło. Dało się wyczuć, że żywi sympatię tak do Lamii jak i całego jej sąsiedztwa. No i firmy jaką starały się zbudować i otworzyć.

- Sprawdzę grafik - saper udała zamyślenie, ale kijowo jej to wyszło. Tuliła się do Indianki czując jak myśli powoli odpływają i zostaje jedynie czyste, ciepłe szczęście. Uwielbiała ciemnooką diablicę, naprawdę bez niej życie w Sioux byłoby mniej barwne. Zresztą miały stworzyć gang…
- W poniedziałek wieczorem - szybko znalazła wolny termin - Będę też potrzebowała w przyszłym tygodniu drobnej pomocy. Nie mogę ci robić siary, siostra. Pomożesz mi ogarnąć motor, mówiłaś że znasz kogoś kto je sprzedaje. Fura jest, ale to cztery kółka. Motor to podstawa. Skórę już mam… nie mogę ci robić siary na mieście, nie?

- A motor! No tak motor! No jak mamy być w jednym gangu to bez motoru się nie da! I motory są sexy! A sexy foczki na sexy motorach są jeszcze bardziej sexy! - Di podchwyciła pomysł z kupnem motoru momentalnie i z miejsca zdobył on jej uznanie i serce. Aż pocałowała w policzek przytulającą się do niej kobietę a potem jeszcze raz w usta.

- A to ja pogadam z Madi na ten poniedziałek. Ale już teraz ci mówię, że będzie kozacko. W weekend we dwie zapinałyśmy jej Lanę no i naprawdę polecam. A ty i Eve przecież nie jesteście od niej gorsze. A. Chyba, że jutro Madi będzie? To można by z nią wtedy pogadać. Albo podjadę do niej do salonu i ją złapię. Może zapnę Lanę w pracy jak tak to zawsze zachwala? - motocyklistka mówiła luźno i wesoło, trochę niby żartem, trochę na poważnie. A jej dłonie równie leniwie przesuwały się po czerwonym materiale z przodu i z boku. Albo tam gdzie go nie było. Albo nawet wsunęły się między własne spodnie a tylne krągłości przytulającej się czarnulki.

- Jutro wieczorem ją przydybiemy, albo pojedziemy do niej obie - saper oparła ciężar ciała na jednej nodze, aby ułatwić zwiad Indiance - Wypindrze się aby siary nie było wieźć trefną foczkę przez miasto… i wszystko załatwimy. Będzie zajebiście - zgodziła się i przytaknęła, przymykając oczy. Słyszała muzykę, chrypiące głosy i nisko nastrojone gitary Ironów. Więc ich kolei grać… tylko ciężko się szło skupić na koncercie. Oj ciężko.


Właściwie nie do końca było pewne czy jest trochę przed czy po północy. Szczęśliwi czasu nie liczą. A wracający mini konwój przez ulice deszczowego miasta wydawał się być pełen szczęścia. Męskiego, kobiecego, punkowego, muzycznego. Wszyscy przemieszali się ze sobą. Ale rokowania Val z początku koncertu wydawały się w miarę trafne. Obie kapele grały swoje i cudze kawałki bawiąc swoją publiczność. Ta konkurencja i wyzwanie jakie doprowadziło do tego koncertu już zdawała się zanikać wczoraj na domówce u bękarcic i spółce. Wspólna robota przy rozwalaniu ściany dzisiaj w dzień jeszcze ich do siebie zbliżyły. A koncert był jakby wisienką na torcie. Pod koniec obie bandy zachowywały się jak starzy kompanii z bratnich narodów. I podobnie się razem pakowali do samochodów gdy publiczność opuszczała ten stary magazyn idąc do swoich czekających samochodów albo do domów. Śpiewali, darli ryja, chyba ktoś tam z kimś złapał się nawet za chabet. Ale raczej nie dotyczyło to samych muzyków i koncertu. Oni po kolei nosili puste już beczki do samochodów zwalniając wreszcie Val z obowiązków barmanki. Jeszcze tylko policzyła czy którejś nie brakuje i mogła wskoczyć do swojego ulubionego towarzystwa pod przewodem Lamii.

- Ja to nie będę długo zostawał. Jak jutro mam przyjść na robotę. Na kacu to ciężko się te kable kładzie a nie chcę byście potem mnie przeklinały. - Oli powiedział w półmroku jadącego vana zalewanego nocnym deszczem.

- My możemy zostać. Nam się nigdzie nie śpieszy. - Rambo dał znać jak to z czasem stoi on i Ray. Kuternoga mruknął coś na potwierdzenie a na koncercie nie oszczędzał swojego gardła jakby chciał wykorzystać darmowe piwo do oporu. I teraz był już troszkę niemrawy.

- Ojej ale to był koncert! Dawno się tak nie wybawiłam! Oni zawsze tak grają? - za to Larysa zdradzała młodość i witalność i radość z tak owocnego wieczoru.

- Pójdziemy sobie na pięterko. Tam mamy pokoje gościnne. Jest gdzie spać jak ktoś głodny to w barze serwujemy jeszcze jedzenie. Kto chce może zostać do rana. - Val powiodła spojrzeniem po tyle furgonetki przejmując rolę gospodyni.

W pewnej chwili złapała spojrzenie wyszczerzonej od ucha do ucha saper, siedzącej z blond fotograf na kolanach i jak gdyby nigdy nic, w najlepsze bawiącej się jej krótkimi włosami. Cała atmosfera wspólnej zabawy, muzyka subtelnie napieprzająca z głośników przez ostatnie parę godzin i takie nie do końca nieznane teksty piosenek darte do spółki z resztą kompanii sprawiły, że humor dziewczyna miała iście szampański. Śmiała się do otaczających ją ludzi, do nocnego nieba i samych muzyków, a potem do sufitu vana i wewnętrznej ferajny.
- Jasne i tak super że dałeś się wyrwać chociaż na trochę - klepnęła technika po udzie i zaraz zarechotała do kompanów ze szpitalnej sali numer trzy.
- Widzicie, te życie weterana ma masę plusów - pokazała im język i nawijała dalej, ogólnie patrząc na całą grupę - Zajebiście że daliście się porwać, ale to jeszcze nie koniec. Koncert za nami a teraz pora na afterek! - zakołysała trzymaną blondynką - My posiedzimy, ale za niedługo też musimy się wycofać na z góry upatrzone pozycje. Jutro środa! - dodała a na jej twarzy pojawiła się ekscytacja małej dziewczynki i dodała dwa słowa wtajemniczenia dla niewtajemniczonych, praktycznie śpiewając a nie mówiąc - Z samego rana lecimy do Tygryska zawieźć mu śniadanie i coś słodkiego żeby nam nie zmarniał w tych kamaszach, a że to solidnie odkarmiony misiak, to żre za trzech - zachichotała, kręcąc głową - Ale na parę drinów jeszcze zostaniemy, bez obaw, nie jesteśmy wam potrzebne. Sami się już zajebiście integrujecie i chyba nam wybaczycie że zawiniemy mandżur zrobimy wypad coby jeszcze się wyszykować, co nie? Zresztą przy następnym sobie odbijemy z nawiązką bo przecież jeszcze nas nie przenoszą!

Roześmiana i rozwrzeszczana hałastra wypadła z furgonetek przechodząc przez główne wejście “41”. Ironi solidarnie z Palantami przenosili też puste beczki po piwie jakie tak zawracały głowy najpierw Val a i pewnie Garry’emu. Było tych punkowców na tyle, że jak każdy wziął ze sobą taki baniaczek to właściwie wystarczyło. Za barem czekał na nich główny właściciel i barman tego lokalu. Najpierw podeszła do niego blond dredziara pewnie zdając mu relację i rozliczenie jak to poszło z tym browarem i beczkami. Rude Boy też podszedł ale raczej z nim barman gadał jak ze stałym klientem i kolegą. I nie miał nic przeciwko daniu noclegu komu by był potrzebny.

- To szama niedługo będzie. To poczekacie tutaj czy mam wam przynieść na górę? - zapytała Val głównie muzyków bo okazało się, że to darcie mordy na trzy akordy nie tylko wysusza gardła ale i opróżnia żołądki. Panowie solidnie zgłodnieli ale aby to naprawić byli w dobrym miejscu.

- To nie zostaniecie z nami na noc? - Larysa zapytała chętnie siadając na jednym ze stołków przy bramie. Patrzyła na Lamię i pozostałą dwójkę dziewczyn Krótkiego.

- Ja to nie będę szedł na górę. Dzięki za dzień i wieczór. Ale zaraz będę się zbierał. I tak się pewnie będziemy widzieć jutro. Aha a tam w ogóle ktoś będzie aby nam otworzyć? Bo głupio by było jakbyśmy pod drzwiami stali jak mośki jak macie gdzieś tam jechać. - Oli wyglądał na uśmiechniętego i zadowolonego a do tego w miarę trzeźwego. I sądząc z tego co mówił to nawet zachował trzeźwość umysłu i chyba na poważnie traktował swoje zobowiązania i zaliczkę jaką dziś mu Lamia wypłaciła.

- A my to moszemy sostać, dla nas to nie ma szadnego problemu. - Roy już za to wyglądał na mocno wstawionego, chwiał się jak siedział obok koleżanki z Domu i chyba nie do końca ogarniał co się dzieje dookoła niego dalej niż parę kroków ale dzielnie próbował uczestniczyć w dyskusji.

- Ty to chlorze zaraz pójdziesz lulu jak na grzecznego chłopca przystało. - mruknął rozbawiony Rambo klepiąc go w ramię. Z nich dwóch rzeczywiście wyglądał, że koncert niewiele uszczuplił jego siły i ochotę na dalszą zabawę.

- Dawaj Oli, rozchodniak musi być obowiązkowy! - Mazzi złapała technika pod ramię i nie wydawała się na chętną do ustępstw. - Jedna kolejka na rozchodne, a potem cię grzecznie puścimy, pocałujemy na dobranoc i się widzimy rano. Nie martw się, umówimy się na dziewiątą to będzie git. My zdążymy wrócić, wy przespać i zaczniemy dzień jako szczęśliwi, wypoczęci ludzie - puściła oko chłopakom ze szpitala - Nie ma odpadania chłopaki. Musicie potrenować jak mamy was zabierać na balety w Honolulu… właśnie! Dawać wódkę i na górę! - zakończyła śmiechem.

- No skoro tak stawiasz sprawę… - serwisant z Domu Weterana wydawał się być rozbrojony i rozbawiony taką propozycją. Wypili jeszcze ostatnią kolejkę na parterze nim się uściskali, pożegnali i pomachali na do widzenia. Dziewczyny też wydawały się miło go kojarzyć bo większość się z nim pościskała. A nawet Jamie i Kara widząc, zachowanie koleżanek to mu chociaż pomachały chociaż do ściskania się z mężczyzną nawet nie podchodziły.

- To zawijamy na górę! Brygada Anarchii za mną! - wydarł się Rude Boy przejmując inicjatywę i rolę lidera stada. Co spotkało się z wesołymi okrzykami i cała czereda ruszyła najpierw na zaplecze a potem na pokoje które już chociaż Lamia kojarzyła z wcześniejszej wizyty. Ale teraz wylądowali w większym pomieszczeniu co wyglądało jak mniejsza wersja na dole. Też był bar chociaż znacznie mniejszy, trochę sof i foteli wiec trochę jak jakiś pokój dla VIP-ów. Męsko - damska mieszanina w skórzanych kurtkach, bieliźnie, obrożach, szpilkach i glanach obsiadła co się tylko dało. Val jeszcze nie było bo miała przyjść z dołu z zamówioną kolacją ale tutaj już były i drinki, i butelki, i browary to już można było zaczynać bal.

Różniło się od ostatnich baletów w Honolulu jak dzień różnił się od nocy. Tam blichtr, przepych i prestiż podbijały oczy… a tutaj było tak domowo. Normalnie, swojsko, codziennie… a jednocześnie wyjątkowo. Jakby Mazzi trafiła na imprezę rodzinną, gdzie rodzinkę serio się lubi, a nie toleruje przez zgrzyt zębów. Tu nie spinała się jak w weekendowe przyjęcia. Niczego nie pilnowała, nie układała planów i nie obserwowała czujnie czy każdy dobrze się bawi. Teraz sama była gościem pośrodku praktycznie domówki.
- To co, za naszych utalentowanych chłopaków ze srogimi instrumentami - powiedziała głośno, łapiąc za butlę wina marki wino i rocznik środa. Uniosła ją do góry w toaście i dodała z niewinnym uśmieszkiem - I… no dobra, za tego palanta też.

- Ta je! Za naszego idola! - krzyknęła Diane podchwytując toast a wraz z nimi rozweseliła się cała banda. Tak bez liczenia i na oko to na kilka wozów uzbierało się tu ze dwa tuziny fanów i fanek lokalnego punk rocka i ich gości. Teraz jak członkowie obu zespołów już nie musieli grać koncertu mogli się zająć sobą nawzajem oraz tymi wszystkimi sympatycznymi kociakami jakie ich otaczały. Więc od serca wznieśli toast i poszła pierwsza kolejka na piętrze.

- To za spotkanie! I afterparty! I za najlepszy zespół rockowy jaki dziś zagrał w tym mieście! - Rude Boy zrewanżował się toastem jakby wcale na opinii najlepszych, punkowych wymiataczy mu nie zależało. A tym zdobył sobie chyba uznanie Ironów którzy wciąż chyba byli trochę zaskoczeni, że chłopaki z “The Palantas” okazali się tacy znośni, gościnni i życzliwi. Zwłaszcza, że jeszcze w poniedziałek to się zanosiło przy pierwszym spotkaniu, że prędzej sobie dadzą po zębach niż będą wspólnie pić i gościć wspólne fanki. Wkrótce na górę wróciła Val niosąc pierwszą porcję gorącej kolacji i prosząc dziewczyny aby pomogły jej tutaj wnieść resztę.

Przy drzwiach zaraz zaroiło się od wesołego, stukającego obcasami tłumku, który w try miga poprzejmował talerze i wniósł do sali, z szerokimi uśmiechami wręczając rozwalonym po pańsku muzykom.
- To co, kiedy robicie repete? - Lamia spytała lidera Ironów, siadając mu na kolanach i podstawiła pod nos talerz, do ręki wciskając widelec - A w ogóle ile zostajecie?

- No w sumie to może w weekend jeszcze damy jakiś koncert… - Iron na chwilę zagapił się na te dwa cuda wystające spod czerwonego materiału sukienki jakie teraz miał wystawione do wglądu. Ale spojrzał w końcu na lidera tubylczego zespołu.

- Pewnie. Można coś zrobić. Nawet tutaj. Albo w starym kinie. - największy palant w mieście zgodził się bez oporu i okrasił to przyjemnym uśmiechem. Sam też był adorowany przez Di i Eve. Val zaś wreszcie miała okazję aby spocząć więc dziwnym trafem spoczęła koło Larysy.

- No to zrobimy! A gdzie to już zostawiam tobie. Jak coś trzeba będzie pomóc to pogadamy. Właściwie mogę pójść z tobą. - brodacz wyglądający raczej jak rockmen jakiegoś metalowego zespołu roześmiał się słysząc takie wieści.

- No ale widzisz ślicznotko za długo nie możemy tu zostać. Po weekendzie będziemy wracać do siebie. Ale chyba rozumiesz, że jesteś zawsze mile widziana. Załatwię ci wejściówki i miejsce w pierwszym rzędzie. My jesteśmy po sąsiedzku. W Sioux City. - powiedział gładząc z przyjemnością ramiona i uda siedzącej mu na kolanach czarnulki. A ta kojarzyła, że to faktycznie niedaleko. Jak się miało samochód to było może ze trzy godziny jazdy na południe.

Adorowana bękarcica zaśmiała się, rzucając wdzięczne spojrzenie rockmanowi i równie wdzięcznie objęła go ramionami za szyję. Sioux City… tam jeszcze nie miała znajomości. Chyba do tej chwili właśnie.
- Jasne, jak tylko mnie tam zawieje to wpadnę wam popiszczeć pod sceną i powzdychać. A jak znów będziecie w mieście to nie zapomnijcie się odezwać. Inaczej z kociakami bardzo nam połamiecie serduszka - obiecała, przytulając się do mężczyzny, aby w pewnej chwili nagle wstać. Z tajemniczym uśmiechem popatrzyła na towarzystwo.
- Zapomniałam czegoś z dołu, zaraz wrócę - posłała muzykom buziaka i szybkim krokiem ruszyła do wyjścia na korytarz.

- Mam iść z tobą? - zapytała Eve jakby też nie była pewna co oznacza to nagłe powstanie jej dziewczyny. Reszta też się trochę zdziwiła ale Wilma szybko opanowała sytuację.

- Dajcie dziewczynie trochę prywatności. Normalnie przypudrować sobie noska w spokoju nie można. - powiedziała niby fukając na towarzystwo ale podziałało na tyle, że panowie i panie przestali dociekać co tak nagle pogoniło ich panią reżyser i jeszcze tylko pani fotograf w obroży posłała jej pytające spojrzenie.

Jak Lamia opuszczała pokój dla gości to do jej pleców docierały wesołe rozmowy i perzkomarzania się. Potem to ucichło jak zamknęła drzwi i znalazła się na korytarzu, schodach i znów w sali głównej. Tu z kolei Garry posłał jej pytające spojrzenie nie wiedząc co ją ponownie sprowadza na ten poziom.

Ulewa i zimnica na zewnątrz oraz dość późna pora sprawiły, że z jednej strony miała ułatwione zadanie bo gości było znacznie mniej. Ledwo tu czy tam ktoś siedział. Więc miała mniejszą populację do przeczesania. Z drugiej no właśnie populacja była mniejsza więc szanse na coś ciekawego były proporcjonalnie mniejsze. Ale prawie od razu dostrzegła coś obiecującego.


Przy barze siedziała młoda dziewczyna w bejsbolówce i wojskowej kurtce. Ale nie wyglądała ani na wojaka ani na fankę punk rocka. Miała jednak nietypową urodę wskazującą na jakichś Indiańskich albo Azjatyckich przodków. I spotkały się spojrzeniem. W końcu w okolicy baru czarnowłosa kobieta w czerwieni i na szpilkach wychodząca z zaplecza była trudna do przegapienia.

Sierżant puściła barmanowi uspokajające oczko i w przeszkleniu za barem poprawiła włosy, a potem kołysząc biodrami ruszyła prosto do dziewczyny której pewnie patrzyła w oczy. Przepłynęła przez salę, stukając obcasami i jakby nie działo się nic wyjątkowego, zakotwiczyła tuż obok celu, opierając się o kontuar łokciem. Zmierzyła obcą spojrzeniem a na jej twarzy pojawił się wyraz czystego, głębokiego zadowolenia.
- Nie wiem na kogo czekasz, ale to chyba byłam ja. Mówią mi Lamia. Nie ścigają cię przypadkiem żelazne łby, albo lokalni stróże prawa? Takie piękno powinno być nielegalne, ale nie bój się - wymruczała niskim głosem, ujmując jej dłoń i podnosząc aby ucałować wierzch - Jestem gotowa zedrzeć ostatnie pończochy, byle dalej się nim cieszyć… nie tylko oczy. To co, uratujesz mój dzień i serce, mówiąc jak ci na imię i z obrazu którego antycznego mistrza uciekłaś?

- Colette. Ale wszyscy mi mówią Cole. - dziewczyna widziała jak Lamia idzie prosto na nią i chyba ją to zaintrygowało. Ale jak się przysiadła i odezwała to brunetka w białej czapce przez chwilę nie wiedziała co powiedzieć. Otworzyła usta raz i drugi ale nic z nich się nie wydobyło. Roześmiała się przez chwilę trochę nerwowo jakby to miało zamaskować zakłopotanie. I patrzyła z zafascynowaniem jak ta kobieta w szpilkach i czerwieni z głębokim dekoltem unosi jej dłoń do ust składając na niej pocałunek. Ale wreszcie wybąkała swoje imię nieco zawstydzonym i zakłopotanym tonem. A mimo to Lamia odniosła wrażenie, że ta nowa jeszcze nieznajoma jest pod wrażeniem takiej serii komplementów pod swoim adresem.

- Emm… Ty mnie podrywasz? - zapytała z mieszaniną niedowierzania i fascynacji. Pewnie gdyby zamiast Lamii był jakiś mężczyzna i tak się zachowywał jak ona to byłoby to klarowniejsze. Ale to, że robi to tak elegancka kobieta musiało Cole zbić z pantałyku.

- Podrywam? Nie wypada podrywać takiej perełki - Mazzi zmarszczyła brwi w udawanym zdziwieniu i zaraz dodała z czarującym uśmiechem, nachylając się do przodu i położyła dłoń na jej dłoni - Takie perły się adoruje. Masz piękny uśmiech, wiesz? Za każdym razem, gdy się do kogoś uśmiechasz, jest to akt miłości, prezent dla tej osoby, piękna rzecz. Dziękuję ci za ten prezent. Pozwolisz się mnie, puchowi marnemu, zrewanżować choć w promilu i zaprosić na drinka? Mamy tu z przyjaciółmi w sali na górze małe przyjęcie… miałam… - udała smutek i zagubienie - Miałam po coś zejść, ale z wrażenia kompletnie zapomniałam, ale to nie szkodzi. - zacisnęła dłoń na jej dłoni - Tak jest o wiele… przyjemniej.

- No tak, widziałam jak wchodziliście i poszliście gdzieś na zaplecze. - Cole pokiwała głową w bejsbolówce i spojrzała gdzieś w kierunku z jakiego przyszła jej nowa znajoma. Wciąż wydawała się być pod wrażeniem tego co ona mówiła. Patrzyła na twarz Lamii, na jej dłoń lądującą na jej dłoni i jakoś jej nie cofnęła.

- Noo… - zamrugała oczami i rozejrzała się po raczej pustej niż pełnej sali jakby to wszystko działo się dla niej za szybko i potrzebowała trochę czasu aby się zdecydować.

- No dobrze. Ale ja nie mam zbyt wielu doświadczeń z kobietami. - powiedziała cicho ale wstała ze swojego stołka i ruszyła za Lamią. Nie zdążyły obejść jeszcze baru wracając do drzwi prowadzących na zaplecze a potem na górę gdy otworzyły się wejściowe drzwi i weszły przez nie jakieś dwie, młode kobiety. Obie w skórzanych kurtkach i trochę pasowały do fanek jakie mogły być na niedawno zakończonym koncercie. Weszły szybko rozglądając się jeszcze szybciej dookoła. Ale znów niewielka populacja gości pozwoliła tak samo jak niedawno Lamii na szybką ocenę sytuacji. Jedna z nich klepnęła drugą w ramie i wskazała wzrokiem właśnie w kierunku Lamii i Colette. Wtedy obie podeszły do nich bez wahania.

- Cześć. Ty chyba byłaś na koncercie co? Na “Palantas” i “Ironach”? Nie wiesz gdzie oni są? Bo mieli być tutaj no ale nam furę zalało i kućwa dopiero teraz mogłyśmy przyjechać. - westchnęła rozżalona kasztanka z narysowanymi, czarnymi sznytami wokół ust. Druga z kolczykiem w nosie i dolnej wardze pokiwała głową potwierdzając słowa koleżanki.

Saper obejrzała dwie dziewczyny uważnie, obejmując opiekuńczo Cole aby się nie poczuła samotna i zagubiona w jesiennym zimnie.
- Spójrz jaki ten świat mały - westchnęła z nostalgią, a potem pocałowała nową zdobycz w policzek, nim nie odezwała się do parki gangerek - Siedzimy na górze, ale to impreza zamknięta, tylko dla fanów i przyjaciół… chociaż wy mi wyglądacie na oddane fanki. Wyglądają, prawda Perełko? - rzuciła pytanie trzymanej brunetce i udała że się zastanawia, a następnie wyciągnęła zapraszająco drugie ramię w stronę tamtych - Zobaczę co da się zrobić, chodźcie z nami. Ta perełka to Cole, ja jestem Lamia… a wy kochane? Jakie są imiona w zestawie do tych uroczych buziek?

- No jacha, my jesteśmy fankami! Byłyśmy na koncercie! Tylko nam furę zalało to nie zdążyłyśmy od razu tutaj! - ta z meksykańskimi ustami przejęła się chyba, że Lamia chce ją spławić bo mówiła żarliwie chcąc ją przekonać do swoich intencji i tego, że jest fanką obu zespołów.

- No! Rose ma rację. No i ona jest Rose a ja jestem Zoe. I cześć dziewczyny. - ta z podgoloną jedna strony głowy też chyba się zestresowała, że może je ominąć spotkanie na afterparty z ulubionymi zespołami bo też wydawała się trochę rozkojarzona. Cole zaś dała się pocałować w policzek kobiecie w czerwieni ale wyraźnie oddała jej pałeczkę w tej dyskusji z dwiema nowymi na sali.
 
__________________
A God Damn Rat Pack
'Cause at 5 o'clock they take me to the Gallows Pole
The sands of time for me are running low...
Driada jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 17-09-2021, 02:39   #246
 
Driada's Avatar
 
Nie musiały długo się stresować, bo kobieta w czerwieni zrobiła przyzywający ruch dłonią, uśmiechając się czarująco.
- Nie pozwolimy chyba, aby złośliwa fura zniweczyła plany poznania chłopaków z zespołów, prawda? - zadała pytanie, ale nie czekała na odpowiedź - Mam oko do ludzi, a wy wyglądacie na interesujące osobowości. - zaprosiła je pod drugie ramię - Nie będziemy się nudzić coś czuję. Chodźcie, wprowadzę was i zapoznam z RB, Ironem i ich kumplami.

Obie fanki punk rocka zapiszczały z radości prawie klaszcząc w dłonie na taką informację. I tak cała kobieca czwórka przeszła przez drzwi na zaplecze a potem schody. Już tam dało się słychać dźwięki gitary.

- O! Grają coś! - ucieszyła się Zoe idąca za kobietą w czerwieni i jej Perełką. Jak wyszły na piętro a potem do drzwi było słychać jeszcze wyraźniej. A jak wróciły do środka to powitały ich zaciekawione spojrzenia pań i panów. A Rude Boy przerwał brzdąkanie ciekaw wieści ze świata na dolnym poziomie. Zaś Wilma gwizdnęła przeciągle.

- No, no Rybka! Widzę, że nie wychodzisz z wprawy! - zaśmiała się wesoło widząc, że jej dziewczyna wyszła sama a teraz wróciła z trójką nowych dziewczyn. I to bardzo ładnych.

- Och Willy, wyszłam tylko przypudrować nosek - druga bękarcica przewróciła teatralnie oczami, podchodząc do rudzielca i przekazała mu dziewczynę w czapce pod ramię.
- Ale spotkałam tę perełkę przy barze - wyjaśniła z przejęciem, ciesząc się do Wilson oczami - Ma na imię Cole i zgodziła się na drinka. Popilnujesz żeby się jej nic nie stało, a ja przedstawię laski szarpidrutom? - wychyliła się, całując czule Wilmę w usta i zaraz zmieniła układ, biorac pozostałe dziewczyny pod swoje boki. Tak przeszły razem parę kroków aż stanęły tuż przed RB i Ironem, oraz ich kumplami z zespołu.
- Wiecie chłopaki jaki niefart? - zaczęła nawijkę, łypiąc na największego palanta i brodacza - Laskom furę zalało i nie mogły się z koncertu za nami wydostać… ale na szczęście dojechały cało i bardzo chciały by wam coś powiedzieć. - puściła kociaki po kolei - To Zoe, a to Rose. Dawajcie - trzepnęła je lekko w tyłek na rozpęd.

Armijna specjalistka wprawnie przejęła migdałooką brunetkę pod swoje skrzydła z miejsca proponując jej drinka. Co jakoś było całkiem naturalne i pozwoliło im obu wsiąknąć w sytuację i atmosferę. Zaś Eve i Di jakie nadał flankowały najlepsze miejsca przy liderze Palantów popatrzyły na Lamię i te nowe tak samo z zaciekawieniem jak i on.

- Eee… To mamy coś powiedzieć? - Rose obejrzała się na Lamię, potem na koleżankę a potem na siedzącą przed nimi trójkę. Ich ulubieniec na tym fotelu i z gitarą na kolanach wyglądał iście po książęcu i majestatycznie.

- Mhm. Mogą być wasze tajne ksywy i skrytki, kluczyki do fury jak taka felerna to sobie zachowajcie. - Megan wtrąciła się słodkim głosem jakby podpowiadała im dalszą rolę i pomogła o tyle, że się towarzystwo roześmiało.

- Ona żartuje. Fajnie, żeście do nas wpadły. - Jamie chyba chciała jakoś pomóc nowym koleżankom przemóc się i wyjść ze stuporu. Ale ostatecznie pomogła im kobieta w czerwieni popychając Zoe na kolana Irona. Ten się ucieszył z takiego prezentu tak samo jak popchnięta. Płynnie objęła jego szyję ramionami a to też jakoś odetkało Rose.

- Ano tak! Bo my byśmy chciały prosić o autograf! - brunetka w skórzanej kurce z czaszką z cekinów na plecach jakby przypomniała sobie po co tutaj przyjechały z takimi przygodami. A nawet zademonstrowała wyciągając z kieszeni marker i wręczając go muzykowi. Po czym zaskoczyła towarzystwo unosząc do góry koszulkę i odsłaniając swoje przednie atuty na jakich prosiła o ten autograf. A, że na stojąco było ciężko to usiadła obok Di aby muzykowi było wygodniej.

- O! Cycki rozdają! Ale fajne, szkoda, że tego nie widzicie! Zamawiam! - Indianka z miejsca skorzystała z okazji aby pobudzić atmosferę i emocje. Chyba tak szybko widoków takich ładnych krągłości na wierzchu nikt się nie spodziewał. Ale największy palant w mieście bohatersko poświęcił się dla swojej fanki, wziął ten mazak i zaczął podpisywać swój autograf.

Potwierdzało się powiedzenie, że nie wszyscy bohaterowie noszą peleryny niektórzy mieli na grzbietach skórzane kurtki. Towarzystwo wyglądało na zainteresowane sobą, co saper cieszyło. Lubiła patrzeć jak ludzie się do siebie zbliżają i zawiązują więzi.
- Chcecie to Kociaczek wam pstryknie fotkę i kiedyś do nas wpadniecie po odbitki - powiedziała pogodnie, biorąc fotograf za rękę i pomagając jej wstać, a gdy tak się stało, ujęła jej twarz w dłonie, patrząc w oczy rozognionym spojrzeniem. Obserwacja trwała krótko,wygrały hormony, nakazujące posmakować ust blondynki, podczas gdy dłonie bez skrępowania podziwiały dotykiem tylne krągłości skryte pod skórzaną spódniczką.

- Łooo! Dziewczyny się całują! - zawołał któryś z chłopaków na cieszące oko i zmysły widowisko. Krótkowłosa fotograf przylgnęła chętnie do ust i ciała swojej dziewczyny jakby czekała na to cały wieczór. I wreszcie się doczekała! Lamia przez materiał czerwonej sukni czuła na sobie te ciepłe i jędrne kształty. A przede wszystkim mokre i słodkie usta. Eve bowiem zaczęła od pocałunku ale szybko zaczęła zachłannie całować się na całego przyciskając do siebie bardziej ubraną partnerkę.

- Moje dziewczyny jakby co. - gdzieś tam z boku Wilma napuszyła się jak paw widząc jakie wrażenie jej panny zrobiły na towarzystwie więc nie omieszkała przypomnieć o sobie. Nawet Rude Boy co już miał markera przy tych ładnych, odkrytych cycuszkach Rose i sama Rose też z przyjemnością oglądali ten pokaz całuśnej sztuki miłosnej w wykonaniu dziewczyn Wilmy i Krótkiego.

- Tak… To zdjęcie mam zrobić tak? - Eve sapnęła gdy wreszcie puściła usta swojej pierwszej dziewczyny ale jeszcze obejmowała ją ramionami głaszcząc po przyjacielsku po karku i łopatkach.

- To jakby można to ja bym też poprosiła. - odezwała się Larysa unosząc nieco rączkę do góry.

- O zdjęcie czy całowanie? - zapytała Jamie z chytrym uśmieszkiem i znów przez towarzystwo przeszła fala rozbawienia.
Błysnął flesz, raz drugi i trzeci. Szybko jednak aparat poszedł w odstawkę, lądując na stoliku koło gitary Rude Boya. Mazzi nie wiedziała kto zaczął pierwszy - czy Rose i Zoe rzuciły się na swoich idoli chcąc im udowodnić swoje oddanie, czy dwie bękarcice wzięły w okrążenie nową zdobycz dzieląc się nią na partnerskich warunkach z Eve. Potem wtrąciła się Di i nagle gdy saper się zorientowała, widziała Cole przy jej szpitalnych kumplach, zaraz obok Kary i Jamie bawiących się z Val i Larysą. W tym wszystkim najwięcej ruchu było jednak przy chłopakach z kapeli, a impreza przeniosła się na podłogę, skądś ściągnięto narzuty i koce, ale niestety wszystko co dobre ma swój kres. Z bólem serca i niechęcią trzy dziewczyny kapitana Mayersa wycofały się w pewnej chwili po angielsku, zostawiając rozbuchane i zajęte sobą towarzystwo. Ubrały się na korytarzu, po zejściu na dół pomachały Garry'emu na pożegnanie i wyszły w zimną mokrą noc, żegnane echem imprezy na piętrze.
- Jeśli się sprężymy zdążymy jeszcze przespać się godzinę - Lamia spojrzała na swoje kobiety, gdy zasiadły w ciepłej szoferce, a one pokiwały główkami.
Wciąż pozostawał margines czasu na potrenowanie powieki, nim nie trzeba będzie wstać, ubrać niebotycznie i niedorzecznie wysokich szpilek i nie jechać po prowiant do piekarni, aby wciąż ciepłe śniadanie trafiło jednemu byle tam oficerowi z przypadku prosto na stół.
Przesuwający się za oknem krajobraz uśpionego czernią miasta usypiał, myśli brunetki zaczęły błądzić gdzieś poza blaszaną puszką wozu. Nagle drgnęła uświadamiając sobie, że gładzi trzecia blachę nieśmiertelnika zawieszonego na szyi.
-Prędzej piekło zamarznie... - wyszeptała bezgłośnie, tuląc jednym ramieniem Eve, a swoją głowę składając Willy na ramieniu i przeszedł ją dreszcz zimna.
Przed oczami stanęła jej kasztanka w okularach i pewno deszczowe popołudnie, gdy jechały niebieską landarą przez miasto. Wtedy właśnie rzuciła tym tekstem wątpiąc we własne ustatkowanie. Przełknęła ślinę, nie wierząc że od tej chwili minęło raptem trzy tygodnie.
I jedno globalne zlodowacenie.
 
__________________
A God Damn Rat Pack
'Cause at 5 o'clock they take me to the Gallows Pole
The sands of time for me are running low...
Driada jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 17-09-2021, 20:13   #247
Majster Cziter
 
Pipboy79's Avatar
 
Tura 48 - Wizyta rodzinna

Czas: 2054.09.30; śr; ranek; 05:30
Miejsce: Sioux Falls; Dom
Warunki: jasno, ciepło, cicho, wnętrze mieszkania; na zewnątrz szarówka, pogodnie, chłodno, cicho



Godzina piąta! Minut trzydzieści!
Kiedy pobudka zagrała!
Grupa Bękartów! Bękartów Diabła!
Na Froncie raźno ćwierkała!
Claymore* i Betty! Skaczące Betty**!
Blaszanym chujko stawiała!



Ranek zaczął się właśnie tak. Od dzwonka pobudki. Wygrywał go dzwonek jaki wieczorm a właściwie już w nocy Eve ustawiła po powrocie do domu. Bo jak mówiła sama sobie nie wierzy no a głupio by było zaspać na wizytę do chłopaka. No to ustawiła. I dobrze, że ustawiła bo rano powieki nie chciały się rozkleić a łóżko wydawało się wyjątkowo przytulne a podusie mięciutkie. Wczorajsza noc, wieczór, dzień i poprzednie dni dawały się całej trójce we znaki. Ciała domagały się odpoczynku. Może dlatego jak Wilma jednak otworzyła oko i spojrzała na budzik na którym rzeczywiście była 05:30 nowego dnia to szybko skojarzyła tą porę z popularną, wojskową piosenką. I zaintonowała ją. Chociaż w zmodyfikowanej, bękarciej wersji. To rzeczywiście podziałało jak pobudka bo jakoś z miejsca zrobiło się raźniej i weselej.

- Pamiętasz to Rybka? - zagaił rudzielec obejmując swoją czarnowłosą dziewczynę. Ta jednak nie pamiętała. Chociaż coś jej skrobało pod czaszką, że mogło coś być na rzeczy. Echo zamglonych wspomnień ale zbyt ulotnych i niewyraźnych aby dało się coś z tego wyciągnąć. Nie na tyle by pamiętać choćby kolejną zwrotkę tej przeróbki.

A potem było istne urwanie głowy. Wydawało się, że szarówka świtu za oknem współdziała z budzikami i zegarkami co lecą jak szalone do przodu. A tu tyle do zrobienia! Umyć się, ubrać, umalować, sprawdzić wygląd, doczekać się na swoją kolej w łazience, łyknąć kawy a tu już się robiła prawie 6-ta! A jeszcze Alfa się dopominał o swoją porcję atencji i szamy.

- A jak będziemy jechać? Na dwa samochody? Bo ja bym potem chciała pojechać do redakcji i powiedzieć, że mnie nie będzie przez resztę dnia. - pytała Eve ubierając pończochy na swoje smukłe nogi.

- To pojedziemy vanem. Trzeba go rozjeździć. No a potem cię podrzucimy. Gdzie ty masz tą redakcję? - Wilma załatwiła to jednym machnięciem ręki gdy akurat skończyła ubierać swoje pończochy i przeglądała się w lustrze czy wszystko leży jak należy. A jak jeszcze się dowiedziała, że Eve ma tą redakcje w budynku ratusza to w ogóle nie było o czym mówić. Potem jeszcze już prawie na koniec wyszła niezła heca ze znoszeniem materaca po schodach, do garażu a potem do paki furgonetki. I jeszcze go ułożyć na podłodze aby mógł spełniać swoje materacowe funkcje.


---

- *Claymore - przeciwpiechotna, mina kierunkowa: https://pl.wikipedia.org/wiki/M18A1_Claymore

- **Skacząca Betty - pierwotnie niemiecka wyskakująca mina p.piech z okresu II WŚ ale dająca bazy do budowy amerykańskiej miny M 16: https://pl.wikipedia.org/wiki/M16_(mina)

---



Czas: 2054.09.30; śr; ranek; 06:30
Miejsce: Sioux Falls; cukiernia Mario
Warunki: jasno, ciepło, cicho, wnętrze mieszkania; na zewnątrz szarówka, pogodnie, chłodno, cicho




https://storage.needpix.com/rsynced_...88335_1280.jpg


Jak furgonetka zaskrzypiała resorami i hamulcami na parkingu przed apartamentowcem w jakim mieszkała pewna surowa siostra przełożona w okularach na co dzień pracująca w szpitalu miejskim to na ziemi jeszcze panował półmrok ale niebo już było jasne. Zapowiadał się całkiem słoneczny poranek. Aż dziwne po tak ulewnej zimnicy jaka panowała wieczorem i w nocy gdy wracały do domu. Po niej zostały tylko błoto i kałuże.

- Oho. Betty już chyba nie śpi. I jej kombi jeszcze stoi. - powiedziała Eve nachylając się ku przedniej szybie aby spojrzeć na znajomy balkon na pierwszym piętrze. A kila miejsc dalej rzeczywiście Lamia też dostrzegła znajomą, błękitną kalabrynę kombi jaką jeździła okularnica. W części okien już paliły się światła gdy ci co mieli na poranną zmianę, jak Betty właśnie, szykowali się do kolejnego dnia w pracy. Cukiernia była jeszcze zamknięta. Ale nie piekarnia w jakiej pieczono te wszystkie słodkości.

Przeszły przez ulicę i dalej do tylnego wejścia. Poranek chociaż słoneczny to jednak był zbyt chłodny aby biegać na krótki rękaw. A tak jak się wczoraj z Mario umówiły minęły front cukierni i poszły od tyłu. Sklep ze słodkościami był jeszcze zamknięta ale skoro były klientki na poranne zamówienie to mogły zapukać i je odebrać. Przywitał ich wąsaty, uśmiechnięty cukiernik.

- O moje stałe klientki! Jak zwykle o czasie. Proszę, proszę, wejdźcie. Wasze rzeczy już czekają. - powiedział wpuszczając do środka trzy, młode kobiety w płaszczach. W środku pachniało pieczonym pieczywem. Ten charakterystyczny aromat kojarzący się z domem i spokojem. I może świętami. Bo to jednak była cukiernia i pieczono tu wszystko od rogalików po ciasta. I od kuchni mimo tak wczesnej porze praca trwała na cały etat aby za godzinę czy pół jak cukiernia stanie otworem można było podać gościom świeżo upieczone wypieki.

Zamówienie było spore. I sporo kosztowało. We trzy miały co nieść do furgonetki. Ale też i jak we trzy złożyły się na zapłatę to wyszło po kilkanaście papierów na drogę. Jak pożegnały się z Mario i pakowały swoje słodkie prezenty dla ulubionych komandosów to Lamia z Eve dostrzegły na znajomym balkonie znajomą sylwetkę brunetki w szlafroku. Oparła się o poręcz, paliła papierosa, w drugiej dłoni miała kubek i pomachała do nich wesoło.

- Co tu robicie gołąbeczki!? - zapytała na tyle głośno aby być słyszalną ale nie krzyczeć na całą ulicę.

- Jedziemy do Steve’a! - Eve zeszła z chodnika i pomachała jej także. A jak stanęłą pod balkonem szatynki odwiązała płaszcz i rozchyliła pokazując co tam ma pod spodem. Betty roześmiała się i pokręciła głową.

- Na pewno się ucieszy! A jak nie to zdajcie mi raport i ja już sobie z nim porozmawiam w cztery oczy! - okularnica chyba nie wierzyła w to, że Mayersowi mogły by się nie spodobać takie kostiumy seksownych pokojówek jakie przygotowały na dzisiaj jego dziewczyny ale zabrzmiało to jak takie przyjazne wsparcie.

- Uuuu, Betty mówi, że sobie porozmawia z kimś w cztery oczy! Zabrzmiało groźnie! - Wilma podeszła do Eve aby też chociaż na chwilę porozmawiać z szatynką. Na razie ulica była prawie pusta i rzadko gdzieś widać było sylwetkę przejeżdżajacego pojazdu albo idącego przechodnia.




Czas: 2054.09.30; śr; ranek; 07:00
Miejsce: Sioux Falls; koszary Wild Water
Warunki: jasno, ciepło, cicho, wnętrze mieszkania; na zewnątrz szarówka, pogodnie, chłodno, cicho


- Patrzcie jaki ładny poranek. A wczoraj taka chlapa była jak wracałyśmy. - powiedziała fotograf i nie oparła się pokusie aby wyjąć aparat i nie spróbować cyknąć kilku fotek. Wilma i tak musiała się zwolnić gdy mijała jakąś furmankę a z przeciwka akurat coś jechało.



https://townsquare.media/site/481/fi...1&s=0&a=t&q=89

Poza tym droga była pusta jak i reszta widnokręgu. Minęły jakieś wraki pewnie od dekad dekujące się na poboczu przy wyjeździe z miasta. I właściwie dopiero teraz miały nieco czasu aby pomyśleć i pogadać o tym co się działo wczoraj albo o planach na dzisiaj i jutro.

- Radio trochę nawala. W sumie nie ma co się dziwić. Antena jest urwana. Jak to tylko to to pół biedy. Wystarczy jakiś pręt czy drut wstawić. Jak nie to potem zajrzę do tego radia. Albo je mogę zabrać to będe miała czas to je sprawdzę. Widzę, że jest też miejsce na kasety i CD. Masz Eve jakieś? Byśmy sprawdziły czy działa. - rudzielec wskazała palcem na miejsce gdzie wóz miał zamontowany sprzet audio. Niestety radio trzeszczało tak, że właściwie było bezurzyteczne. Mogła to być kwestia anteny a może wada samego odbiornika. No i było razem z odtwarzaczem ale akurat nie wzięły ze sobą nic by włożyć i sprawdzić czy działa.

- Oj nie wzięłam nic. Ale jak będę w domu to coś wrzucę. - krótkowłosa blondynka westchnęła rozkładając ręcę. Nie pomyślała o tym wczoraj a i dzisiaj rano miały tyle na głowie aby się wyrobić, że nie było kiedy pomyśleć o tym radiu.

- A właśnie Eve. Nie wiesz gdzie są na mieście jakieś sklepy z elektroniką aby kupić takie radio? Albo nawet takie wojskowe, wiesz takie co żołnierze na plecach noszą. Można by pogadać. - Wilson machnęła do drugiej bękarcicy aby dać jej znać, że to to o czym rozmawiały wczoraj tylko wtedy Eve z nimi nie było.

- Hmm… No znam parę miejsc. Tam zwykle szukam kamer i aparatów albo laptopów i odtwarzaczy. No ale jakieś radia też chyba powinni mieć. Mogę też pogadać z Seanem. On u nas pracuje. I zna się na radiach. To taki radioamator, nawet chciałam go namówić na wywiad ale się nie zgodził. Dozorcą u nas jest, kawę rozwozi i takie tam. Lubię go. - blondynka myślała na głos nad tym radiowym problemem i jak go rozwiązać. Okazało się, że może jej znajomość miasta byłaby tutaj przydatna.

- A potem, po tym ratuszu i jak odstawię was do domu będę musiała pojechać do siebie. Sprawdzić co i jak ze Smokiem i w ogóle. Zostawiłam adres kontaktowy a nikt się nie zgłosił to pewnie wszystko w porządku. No ale muszę się pokazać na oczy no i zobaczyć jak wygląda sytuacja. Ale to myślę, że godzina, góra dwie i powinnam być z powrotem. To mam wrócić do domu czy gdzieś się umawiamy na mieście? - Wilma widocznie miała skonkretyzowane plany na dzisiejszy początek dnia. Ale chciała go skorelować ze sowimi dziewczynami.

Ale już prawie były na miejscu. Wilma była znacznie sprawniejszym kierowcą od Eve i ta odległość do koszar umiejscowionych z kilkanaście kilometrów za zachodnimi rogatkami miasta pokonała z werwą. I podobnie zajechała na wojskowy parking przez już całkiem nieźle znajomą dla jej dziewczyn bramę.

- To co dalej? On wyjdzie czy trzeba tam iść? - zapytała była bękarcica swoich pasażerek jak zgasiła silnik. Eve mruknęła, że ostatnio to spotkali się w tej budce dla gości ale najpierw trzeba było podejść do stróżówki, przedstawić się, zapytać o kapitana Mayersa i tak dalej. Więc wyszły z wozu przez chwilę piętrząc się przy bocznych drzwiach aby wziąć te wszystkie paczki i torby od Mario. Po czym Wilson zamknęła furę i trzy kobiety w płaszczach stukając obcasami ruszyło na przełaj parkingu ku stróżówce. Zdążyły podejść na kilka ostatnich kroków gdy drzwi od miejsca spotkań otwarły się i wyszedł przez nie on. W wojskowych butach, spodniach i jakiejś brązowej bluzie od dresu. Uśmiechał się stonowanym, ciepłym uśmiechem swoich orzechowych oczu wychodząc swoim kobietom naprzeciw.
 
__________________
MG pomaga chętniej tym Graczom którzy radzą sobie sami
Pipboy79 jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 25-09-2021, 15:09   #248
 
Driada's Avatar
 
[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=dHqbuJOd7Y0[/MEDIA]

Środowy poranek, jak ostatnio było w zwyczaju, zaczął się wybitnie wcześnie, nim słońce nie do końca jeszcze przemyślało koncepcję pojawienia się na horyzoncie. Trzy kobiety mieszkające w starym magazynie przerobionym na studio fotograficzne ledwo otworzyły oczy a już były spóźnione. Powtarzał się scenariusz z zeszłego tygodnia z tą różnicą, że teraz o jedna więcej dusza skakała po mieszkaniu aby skompletować ekwipunek, spakować prowiant, wyszykować się i jeszcze pamiętać aby nakarmić kota. Minuty przeciekały im przez palce, ale udało się - wykonały poranny plan co do joty, wiec gdy wreszcie podjechały pod bramę numer jeden jednostki Wild Waters mogły z czystym sumieniem uścisnąć sobie łapki i czuć zadowolenie.
Przynajmniej teoretycznie nie zapomniały o niczym, choć przez większość trasy Mazzi raz po raz sprawdzała cz aby na pewno uszykowały wszystko i wszystko dopięły na ostatni guzik... przecież musiało być idealnie, jak zawsze. Powtarzała w głowie listę tematów do omówienia, głowiąc się jak przekazać prośby i informacje w sposób przystępny, skrótowy aby zostało im jak najwięcej czasu na cieszenie sobą.
Silnik zamruczał po raz ostatni, a do saper dotarło że za bardzo się spina i westchnęła ciężko. To nie była kolejna impreza do zorganizowania, ale rodzinne spotkanie.
Zwykłe rodzinne spotkanie przed weekendem, nic wielkiego. Skąd więc niepokój? Może chodziło o niewyspanie, może o lekkiego kaca zamaskowanego porannym klinem i tabletką od bólu głowy oraz podwójną warstwa tapety. Przecież była szczęśliwa z Willy i Eve u boku, do tego z perspektywą rychłego zobaczenia ich rycerza w kevlarowej zbroi.
A może to wszystko było o kant dupy potłuc, wygłupiała się i w dalszej perspektywie reszta wreszcie stwierdzi, że nie ma sensu bujać się z kaleką... a jeśli nigdy nie odzyska pamięci?
- Nie wariuj - upomniała się niemo, łapiąc za jedną z paczek prowiantowych. Trzymając na twarzy pogodny uśmiech grała swoją rolę nie umiejąc pozbyć się natrętnej myśli, że wszyscy pragną szczęścia i bardzo o nie zabiegają. Ale kiedy już przyjdzie, zaczynają rozglądać się trwożnie za rachunkiem, jaki przyjdzie za nie zapłacić.

Dalsze rozmyślania przerwało skrzypnięcie drzwi i z boku byłej sierżant rozległy się radosne piski, ona zaś zamknęła na chwilę oczy, zbierając się w sobie i za pomocą mentalnego kija przegoniła smętnego basseta poza aktualną piaskownicę. Razem z nim eksmisję dostała beczka czarnego syfu zalegającego w jej głowie - nie potrzebowali ich, nie teraz. Smutku i stresu mieli przecież dość na co dzień.
Kiedy otworzyła oczy ponownie aż westchnęła, a pozostałe smutki uleciały w diabły jakby nigdy ich nie było.Wystarczyło że zwalisty kloc w wojskowym drelichu wyłonił się jak saper z okopu i nagle cały świat zyskał absolutny sens. Wystarczył jeden ciepły uśmiech.
- Tygrysek! - z opóźnieniem dołączyła do radośnie ćwierkającego chórku, truchtając na niebotycznie wysokich obcasach prosto do celu. Na szczęście stupor dało się zwalić na zaskoczenie, bo zwykle to one czekały na niego, a teraz?

- Już jesteś? Stęskniłeś się za nami?! Bo my za tobą bardzo! - śmiejąc się dopadła pod pozycję chłopaka i zastopowała na moment, aby odłożyć ciężkie pakunki. Dopiero z wolnymi rękami zapiszczała wesoło, rzucajac mu się na szyję.

- No cześć dziewczyny! - Steve roześmiał się biorąc Lamię w objęcia a nawet podniósł ją do góry jakby była małą dziewczynką. Potem opuścił i pocałował w usta bo już pozostała dwójka też się chciała przywitać.

- Ja też tak chcę! - zapiszczała rozbawiona Wilma jakby w ogóle zapomniała, że jest frontową weteranką, poważną panią podoficer na służbie i w ogóle kobietą po przejściach. I zapiszczała z radości tak samo jak Lamia gdy solidne męskie ręce objęły ją, uniosły w górę a potem znów objęły a usta pocałowały.

- No to chodź ty też Eve. - Mayer już sam przyzwał blondynkę do siebie aby z nią też dopełnić tych samych formalności powitalnych. A reporterka lokalnej gazety cieszyła się podobnie jak jej dziewczyny z tego powitania.

- A co tam macie tyle tych toreb? Pomóc wam? I co to za fura? Coś się z osobówką stało? - zapytał trzymając Lamię i Wilmę pod każdym bokiem a Eve wdzięcznie stanęła przed nim. Zapytał o te tajemnicze paczki co w pośpiechu położyły na ladę stróżówki i furgonetkę jaką widział pierwszy raz na oczy. Ale przede wszystkim widać i czuć było, że się cieszy wspólną bliskością tak samo jak one.

- Nic się nie stało z furą, kupiłyśmy z Willy drugą, aby mieć czym wozić sprzęt na plany filmowe i przecież musimy też czymś foczki przerzucać, prawda? Trzeba mieć własne cztery kółka - nadawała wesoło sierżant, wtulając się ile sił w większe, nabite ciało i oparła głowę o jego ramię, zadzierając kark aby móc patrzeć prosto w te łagodne, orzechowe oczy. Jednym ramieniem przyciskała się do jego boku, a wolną dłonią gładziła go po torsie, to twarzy i szyi, sprawdzając czy wszystko w porządku i czy nie jest to przypadkiem jedynie senna mara. Ciepła skóra pod palcami jak najbardziej dobitnie świadczyła, że oto tuż obok stoi jak najbardziej żywa i materialna osoba.
- Poooozaaa tym - zaczęła, a jej twarz przybrała niewinny grymas gdy wachlowała rzęsami - Musisz koniecznie zobaczyć wyposażenie na pace. Pomyślałyśmy że ci się spodoba - stanęła na palcach żeby pocałować mężczyznę w policzek, a potem przez długą chwilę zamknąć mu usta swoimi ustami i językiem. Dłoń też jakoś czystym przypadkiem weszła mu pod rozpięty polar.
- Ale... - wysapała gdy przerwali - ... ale najpierw śniadanie! Przywiozłyśmy ci coś dobrego kochanie i chłopakom z Karen też. I Cesowi. Dlatego tyle tego wyszło - rzuciła wyjaśniająco-przepraszajacym tonem - Na waszą trzynastkę jednak trochę tego potrzeba.
- Aha to to coś do jedzenia? - brwi komandosa uniosły się do góry gdy palcem wskazał na czekające torby. A widząc potwierdzające ruchy trzech, różnobarwnych główek roześmiał się wesoło.

- Dobra to skoro tak to rzućmy na to okiem. - powiedział biorąc swoje dwie dziewczyny i kierując się do pozostawionych torebek. A trzecia grzecznie podreptała razem z nimi. Puścił w końcu i Lamię i Wilmę ciekawie zaglądając do środka.
- O! Ale żarcia! Jesteście genialne no nas tu nieźle karmią, nie wypada narzekać no ale takich słodkości to nam nie serwują. - roześmiał się ucieszony tym odkryciem i wgryzł się w jakąś drożdżówkę słuchając szczebiotu uszczęśliwionej blondynki, że to od Mario bo on ma zawsze najlepsze rzeczy a sam zapukał do okienka i przekazał te paczki sierżantowi pod opiekę. Ten gładko przyjął to polecenie jakby od wieków brał od specjalsów albo przynajmniej tego specjalsa jakieś paczki na przechowanie.
- Dobra to chodźmy zobaczyć tą furę. - kapitan w wojskowej bluzie wskazał brodą na kanciasty kształt czekający na parkingu z jakiego dopiero co wysypała się trójka jego kobiet.
- A co tu masz? - zapytała Wilma widząc podejrzane zaczerwienienie na szyi. Wyglądało jak zadrapanie albo lekkie oparzenie.
- A nic takiego. Pokazywałem nowym co to jest zaufanie do partnera podczas strzelania. Kawałek tarczy mnie uderzył ale to drobiazg. - machnął ręką dając znać, że nie ma się czym przejmować. No ale chyba nie było bo wyglądało właśnie jak mówił, na drobiazg. A Wilson puściła go bo doszli do fury więc wyjęła kluczyki aby ją otworzyć.

Za to miejsce obserwacyjne pod ranną stroną zajęła Mazzi. Patrzyła na ubytek na Mayersie i wydęła usta w smutny dzióbek.
-Nie mów tylko że znowu Don coś spierdolił... ten to dostanie dwie żelazne kulki to jedną zgubi, drugą połamie i jeszcze wszystko zwali na koty - westchnęła teatralnie i dodała poważnym tonem - W takim razie zanim zjesz swoje śniadaniowe lody z lodziarni przy ratuszu i wypijesz kawę to trzeba cię obejrzeć. Mam przeszkolenie paramedyka, jesteś w dobrych rękach... - pokiwała główką, a jej ramię zjechało na tyle fragmenty poniżej pleców komandosa - Zaczniemy kompleksowo od dołu, a ty opowiesz co się dokładnie stało... i co jeszcze się działo. - łypnęła mu w twarz z uśmiechem, chociaż oczy miała zaniepokojone i czujne.
- Na pewno nic poważnego ci nie jest Tygrysku? - musiała zapytać.

- Na pewno skarbie. - Steve uśmiechnął się ciepło i uspokajająco pocałował ją w usta. A Wilma w tym czasie otworzyła boczne drzwi furgonetki i odsunęła się aby można było tam puścić żurawia.

- I nie, to nic z Donem. A w ogóle to z niego jest taki bajerant jak to o sobie mów. Dobrze, że jest z nami. O. Materac? - komandos z ciekawością zajrzał do środka i dojrzał pewną modyfikację na podłodze wozu. Odwrócił się i spojrzał pytająco na swoje dziewczyny. Ale wtedy te wepchnęły go do środka tak, że ten wleciał i upadł na ten materac.

- Wiesz Steve, właśnie nie mogłyśmy się z dziewczynami zdecydować czy ten materac jest odpowiednio miękki i w ogóle na nasze potrzeby. To pomyślałyśmy, że zapytamy eksperta o zdanie. - Wilma trzymała fason przejmując pałeczkę i wesoło uczepiła się krawędzi otwartych drzwi zaglądając do środka.

- Mhm. To mam wydać opinię? Na temat materaca. Tak? - zapytał układając się już całkiem wygodnie na samym środku owego materacu. Nieco na boku i podpierając się łokciem. Wilma z przekonaniem pokiwała swoją rudawą głową śmiejąc się do niego i swoich dziewczyn.

- Mhm. A to sam mam sprawdzać ten materac? Pod jakim kątem mam go sprawdzić? - Mayer też podjął tą grę zupełnie jakby już w weekend się umawiali właśnie na taki numer.

- Jesteś naszym bohaterem Tygrysku... wiesz że bardzo boimy się pająków - Mazzi dorzuciła swoje bękarcie dwa gamble stając obok Wilson i powoli objęła ją od tyłu w pasie i ponad jej ramieniem patrzyła ufnie na bruneta - Dlatego śpimy po parę... ale widzę że wszystkie już chyba uciekły. Widzisz? Znowu nam ratujesz dzień - domruczała, pocierając policzkiem o policzek rudzielca, jednocześnie rozplątując troczki jej płaszcza aby pokazała co ma pod spodem. Dała znać Eve aby zrobiła to samo.
- Wiesz... trzeba sprawdzić czy nie ma tam żadnych ziaren grochu... Księżniczki są bardzo delikatne... Kociaczki też. A Gwiazdki to już w ogóle kosmos… pomożesz nam, prawda? Bez ciebie zginiemy marnie - stanęła między swoimi dziewczynami i też zdjęła płaszcz pozwalajac by spłynął jej z ramion prosto na beton. Rozognionym wzrokiem wpatrywała się w rozwalonego po pańsku Mayersa i sama łapała się na tym, że przestępuje z nogi na nogę, pożerając go wzrokiem jakby to ona tu przyjechała na śniadanie, nie odwrotnie. Oddychała coraz ciężej, wodząc dłonią po przodzie krótkiego fartuszka pokojówki poprzez brzuch, aż doszła do gorsetowej bluzki i wślizgnęła palce pod materiał, ugniatając znajdujące się pod spodem ciało.
- Aha. Takie rzeczy. Mhm. - leżący na środku materacu brunet pokiwał głową z uznaniem gdy zobaczył najpierw co jedna jego dziewczyna skrywa pod płaszczem. A potem druga i trzecia. Pokiwał mądrze głową i zrobił mądrą minę jakby wyjaśnienia Lamii trafiały mu do przekonania i z tym materacem, pająkami i całą resztą. Zastanawiał się ale chyba raczej tak na pokaz aby przeciągnąć sytuację. Bo widać było, że aż oczka mu się śmieją jak zobaczył trójkę ślicznotek w seksownych wdziankach.
- No cóż, skoro tak stawiacie sprawę… No szkoda abyście potem jakieś niewyspane chodziły jak śnięte przez jakieś niedopasowane materace. - westchnął rozkładając dłonie na boki dając znać, że z powodu wyższej konieczności i w trosce o ich dobro i wygodę jest gotów przetestować ten materac. Z nimi. Bo nie podnosząc się z parteru wezwał je do siebie gestem palca i uśmiechem niepoprawnego urwisa.
Zaraz wyciągnęły się ku niemu trzy wdzięczne pary rąk, gdy dziewczyny po kolei wchodziły do środka, patrząc na niego jak najwspanialszy gwiazdkowy prezent. Szybko opadły mu po bokach, na wyścigi badając smak jego skóry ust i policzków swoimi ustami, dłonie synchronicznie rozpinały guziki i suwaki, wydobywając mężczyznę z ubrania.
-Kochamy cię Steve, wszystkie cię kochamy... - saper szeptała mu do ucha odrywając się na moment od pieszczenia boku jego szyi. Wreszcie pociągnęły go dosiadu, aby zdjąć wygodnie podkoszulkę, spodnie też poleciały gdzieś z boku pod ścianę.
-Ale my najbardziej - dodała, całując gorąco nim nie zamieniła się z Wilmą miejscami. Druga bękarcica klęknęła boltowi za plecami, obejmując go od tyłu aby mógł wygodnie się oprzeć, a w tym czasie pozostałe dwie kobiety zajęły miejsce z drugiej strony. Z radosnymi minami, złapały jego kolana, rozsuwając je na boki.
-Najbardziej na świecie... - pochyliła się, a obok niej to samo zrobiła Eve. Całowały skórę od piersi poprzez brzuch aż po podbrzusze. Tam się zakotwiczyły, biorąc się wspólnie do roboty podczas gdy od góry Wilson pomagała ich mężczyźnie rozluźnić barki masażem, mrucząc mu coś do ucha.

Obie dziewczyny Stev’a zamruczały coś na potwierdzenie słów Lamii. Ale raczej wspólnie pozwoliły aby to czyny przemawiały bardziej niż słowa. Sam bolt też poszedł z nimi na pełną współpracę. I dawał zdejmować z siebie kolejne warstwy ubrania. I bluzę, i koszulkę, i spodnie i buty które jakimś dziwnym trafem miał wojskowe patrolówki ale nie zawiązane więc dały się dość łatwo ściągnąć.

- Też was kocham. Was wszystkie. Jesteście wspaniałe! - mruczał Steve to pomagając coś zdjąć z siebie to całując się z jakimiś ustami, ciesząc oczy i dłonie piersiami w tak seksownych okryciach albo udami odzianymi w pończochy. Trochę wyglądał jakby od tego nadmiaru łakociu aż nie wiedział gdzie ma skierować swój wzrok i oczy. W końcu uspokoił się gdy niejako zaległ w objęciach Wilmy a czarnulka z blondynką zajęły się tym co wydobyły ze spodni i bokserek. Zamruczał od tej przyjemności pozwalając im działać. A one miały pole do popisu aby pokazać co potrafią.

- To tak, żeście się zabawiali zanim do was trafiłam? - zapytała gdzieś z wysoka Wilma opierając się o bark swojego mężczyzny. Ten coś skinął głową i odwrócił ją w bok aby móc się z nią całować. Było to trochę niewygodne więc Wilson przekręciła się bardziej ku jego bokowi i zaczęli się całować tak namiętnie, że Steve w końcu wylądował na wznak na tym testowanym materacu.

Trzy to jednak był tłok, ciężko z początku szło wyczuć siebie i zgrać w jakiejś formie niewywołującej zgrzytów. Należało się dzielić, choć najchętniej wzięłoby się i zgarnęło chłopaka tylko dla siebie, no ale... nie można było być chciwą i zaborczą. Wszak to jemu miało być najlepiej, aby umilić czas do piątku.

- Willy, spójrz na niego - Mazzi przerwała na chwilę zabawy z lizaniem boltowego lizaka wzdłuż trzonu i podniosła głowę. Zaraz jej miejsce zajęła Eve, łykając cały osprzęt z uczuciem i oddaniem, a bękarcica pomogła jej ręką, chwytając za włosy i dociskając do męskich bioder - Wygląda na głodnego, przyszedł na śniadanie, nie? Wypada aby dostał coś ciepłego do jedzenia - zaśmiała się krótko, nim nie wróciła do pochylania nad kroczem i zabawą kapitańska torbą. Splunęła na dłoń, rozprowadzając wilgoć wokół tylnego wyjścia i zaczęła powoli pieścić to miejsce czubkiem palca.

- Coś ciepłego mówisz? - rudzielec przerwała całowanie się z ich mężczyzną i spojrzała filuternie na Rybkę oraz pracującą ustami Eve. Blondynka na ile dała radę z pełną buzią uśmiechnęła się do niej i posłała jej swoje psotne, firmowe oczko. Wilson zaś pogłaskała stopą piersi do jakich dosięgła i pokiwała mądrze głową.

- No tak, coś ciepłego. Masz rację Rybka. Ten poranek to dość chłodny, w końcu październik za pasem. - zgodziła się z czarnowłosą jakby chodziło o podanie jakiegoś syropu pokasłującemu chłopcu. Pocałowała jeszcze raz Mayersa w usta po czym znów się podniosła i siadła mu okrakiem na twarzy. Mężczyzna złapał ją za boki mrucząc coś z zadowolenia i zabrał się za smakowanie tego ciepłego i wilgotnego miejsca. Ruda wytrzymała tak chwilę z miną satysfakcji na twarzy nim pochyliła się nad nim aby być bliżej swoich partnerek.

Mazzi zaśmiała się cicho, widząc że pierwsze danie wylądowało na stole i po reakcji dało się poznać zadowolenie i konsumenta i samego dania. Posłała rudzielcowi uśmiech, a potem nagle chwyciła blond włosy, odrywając ją od pracy.
- A ty co leniwa dziwko? - syknęła jej prosto w twarz, zlizując energicznym ruchem nitkę śliny z jej policzka i popatrzyła jej w oczy - Przydaj się do czegoś i zabierz się za zaplecze! - fuknęła ostro, puszczając uścisk i ruchem pospieszyła aby ta wślizgnęła się pod nią. Sama za to wróciła uwagą do stojącego drąga, pochłaniając go aż sztywny koniec zadrapał ją głęboko w gardle. Bawiła się kulami, ściskając je rytmicznie i od czasu do czasu odrywając dłoń aby zagłębić palce we wnętrzu blondynki.

Kufer wozu wypełnił się przyspieszonymi jękami i oddechami. Skrzypieniem materaca gdy ugniatała go czwórka dorosłych osób na raz. A te osoby kompletnie na to nie zwracały uwagi zajęte sobą. Oraz braniem i dawaniem sobie wzajemnej przyjemności. W tak różnych rolach i pozycjach tej zbiorowej kompozycji a wciąż zmierzające ku temu samemu celowi.

Gdy ktoś wyzywał przeciętną kobietę od leniwych dziwek to raczej nie brzmiało to przyjazne i było zarzewiem awantury. Ale tym razem i akurat z tą krótkowłosą blond kobietą było inaczej. Eve aż przygryzła wargę i oczka jej się zaśmiały jak Lamia się tak do niej zwróciła i potraktowała. Posłusznie też zajęła wyznaczoną jej rolę i pozycję wcześniej z ochotą odwdzięczając się swojej czarnowłosej partnerce za ten komplement. A potem zaległa na plecach niejako na waleta w stosunku do leżącego na wznak Krótkiego. Chwilę potem Lamia mogła poczuć na swoich udach i ich złączeniu te utalentowane rączki i usta pani fotograf która tak dobrze sprawdzała się w roli osobistej dziwki.

Sama Lamia miała przed sobą ten ponoć najważniejszy organ każdego mężczyzny. A na pewno najbardziej charakterystyczny. I w takiej pozycji miała go do swojej wyłącznej dyspozycji. A zajmując tą kluczową pozycję przy biodrach swojego mężczyzny i swojej blondynki była niejako w centrum uwagi. Mogła się częstować i jednym i drugim. A jeszcze była Wilma. A dokładniej jej usta.

- Chodź tu do mnie Rybka! - wysapała podniecona specjalistka jaka już została w samym pasie do pończoch i pończochach. Nachyliła się ponad torsem ich mężczyzny aby móc pocałować swoją Rybkę. I pomóc jej w obrabianiu ulubionego berła. Zaś sam właściciel tego berła dla Lamii był głównie słyszalny. Gdzieś tam spod ud Wilson. Ale wreszcie i on przejął inicjatywę.

- Dobra! Zmiana warty! - krzyknął wesoło trzaskając wypięty pośladek Wilmy aż ta pisnęła rozkosznie. A on ściągnął ją z siebie i podniósł się z powrotem do pozycji siedzącej. Spojrzał z góry na Lamię co właśnie obrabiała mu klejnoty i trochę przekrzywił głowę aby dojrzeć chociaż kawałek twarzy znajdującej się pod nią Eve. Ta zaciekawiona co się dzieje wyjrzała spod jej ud i pomachała mu rączką.

- Dobra to ty chodź. - komandos w negliżu jak ocenił sytuację co jest co to zdecydował się całkiem szybko. Złapał Lamię za nadgarstek, pocałował krótko po czym popchnął ją na ławeczkę. Chyba tą samą co wczoraj gościła ją i Jamie. Teraz wylądowała na niej rękami wypięta do niego tyłem. A on sam zajął pozycję za nią i wszedł w nią wydając pomruk zadowolenia. Z jednej strony Wilma a z drugiej Eve wciąż leżąca na materacu obserwowały z fascynacją tą zmianę w tej kompozycji.

- O taak... - z piersi saper wyrwało się rozedrgane westchnienie, gdy poczuła jak jednym ruchem nadział ją na siebie, dociskając biodrami do wypiętych wdzięcznie pośladków. Było głupio przyznać, że brakowało jej tego rozkosznego wypełnienia i uścisku mocnych dłoni na biodrach. Jedna z nich oderwała się łapiąc ją za włosy i szarpiąc do tyłu przez co wygięła z jękiem plecy, gdy zaczął rżnąć dziewczynę jakby miał zamiar rozerwać ją na pół, a ona jęczała pod nim coraz głośniej, mając w nosie kto spoza vana to usłyszy. Dla niej liczył się dotyk na i w ciele, mocne pieszczoty na granicy brutalności przez które coraz ciężej szło się skupić, a dodatkowo skaczący obraz utrudniał orientację. Wystarczyło parę chwil by zaczęła mieć kłopoty z oddychaniem, przez jej ciało przeszła pierwsza, a potem druga fala elektrycznych impulsów, zalewając widok przed oczami rozbłyskami jasnego światła i gorąca o zapachu po goleniu i tego charakterystycznego zapachu drugiego człowieka.
- Op... opt-ptyk... a - wyrzęziła, z oczami wywróconymi w głąb czaszki i szerokim uśmiechem nie schodzącym z twarzy.
- Aha. Optyka. - wysapał zdyszany mężczyzna i nieco zmienił zasady gry. Bez większych trudności złapał za mniejsze i gładsze ciało przenosząc je ponownie na materac. Przez co Lamia wylądowała tuż obok swojej blond dziewczyny. Na chwilę spotkały się spojrzeniami i Eve posłała jej rozbawiony uśmiech. Ale Mayers nie dał im za bardzo czasu na coś więcej. Znów się wepchał w Lamię. Ale tym razem od tyłu w to mniej standardowe wejście. Wepchał się, rozepchał po całości. I zaraz potem zaczął znów zabawę w tartak.

- Eve no nie leż tak jak jakaś leniwa dziwka. No weź się do roboty. No sama słyszałaś, że tu trzeba coś mieć ciepłego w buzi na taki chłodny poranek. - Wilma trochę przejęła z tego strofującego tonu Lamii poganiając blondynkę to czegoś więcej niż cieszenia oka zabawą głównej pary.

- Już, już! - obiecała naga pani reporter z miną kogoś dla kogo gwiazdka przyszła wcześniej w tym roku. Troszkę się gibnęła, troszkę się przesunęła i zaraz potem twarz Lamii znalazła się pomiędzy jej gościnnie rozchylonymi udami.

- O, Wilma a co ty robisz? - zapytała Eve bo okazało się, że ruda ma własne pomysły na dołączenie do tej zabawy. Jak zaczęła montować na sobie jedną z tych zabaweczek jakie tak bardzo uwielbiała ich ulubiona masażystka.

Saper widziała to kątem oka, wciskana pneumatycznym młotem w materac a świat jeszcze mocniej skakał jej przed oczami. Dostrzegła że rudzielec staje nad nią w rozkroku, pakując zabaweczkę fotograf do ust. Ona za to czuła że zaraz Mayers przebije się jej do żołądka, albo połamie miednice, jednak jedyna myśl jaka jej kołatała w głowie to ta, aby nie przestawał. Kończyny miała jak z waty, nogi trzęsły się w delirce. Po omacku odnalazła wilgotne ciepło praktycznie podstawione jej pod nos, zagłębiając się w nim zarówno palcami jak i językiem. Atakowała z równą zaciekłością, co gorący tłok wychodził z niej tylko po to, aby opaść z siłą owego młota. Resory skrzypiały, bękacica jęczała zatapiając się w Eve aby nie krzyczeć na głos, szczególnie od chwili gdy ręce blond fotograf złapały ją za pośladki rozchylając je na boki aby ułatwić penetrację ich wspólnemu mężczyźnie co go zmotywowało do jeszcze mocniejszej zabawy.

- Czekaj Steve. Bo ciebie jednego to ta Rybka zajeździ. - Wilma niczym starsza siostra i opiekunka rodziny zwróciła się do swojego partnera po tym gdy ostatecznie wyjęła ociekajacą wilgocią z ust blondynki. Ta aż momentami krztusiła się od tego naporu ale widocznie podobnie jak Lamia absolutnie nie życzyła sobie aby przerwać taką zabawę. Co akurat czarnowłosa saper miała dobitny dowód tuż przed sobą. Z tej strony Eve też była cała mokra i to niekoniecznie tylko od tego co jej kochanka tam robiła ustami. Ale jak się Wilma wtrąciła w ten ambaras to zwróciła na siebie uwagę Mayersa.

- A co? - wysapał nie do końca przytomnym tonem widząc, że Wilma coś knuje. Ta zaś nachyliła się aby pocałować blondynkę w usta w podziękowaniu za jej oralną gościnę po czym na kolanach podeszła do Steve’a jego też całując w usta.

- Odpocznij sobie chłopaku bo nam się zasapiesz no i szkoda by było. Sam widzisz ile tu jeszcze materiału do obrobienia. - nie wychodziła z tego troskliwego tonu od jakiego Eve się cicho zaśmiała z rozbawienia. A sama Wilson sprawiła, że zaciekawiony jej postępowaniem mężczyzna faktycznie wyszedł z tak gościnnego kuperka Lamii i czekał co ta ruda wykombinowała.

- A ty Rybka taka nie zagospodarowana jesteś no aż szkoda patrzeć. - Wilma pogłaskała czule policzek drugiej bękarcicy i ją też pocałowała w usta kończąc to turnee po ustach swoich partnerów i partnerek. Sama zaś położyła się na plecach z bojowo sterczącą zabawką którą Eve dopiero co tak solidnie nawilżyła. Po czym spokojnie ale zdecydowanie nasunęła na siebie Lamię. Ta zaś poczuła tą zabawkę w sobie a pod sobą widziała piersi i twarz rudzielca.

- Chodź teraz Steve! - Wilson trzasnęła nagi pośladek kochanki i zawołała zapraszająco ich mężczyznę do powrotu do tej galopady.

- Aa! Taka zamiana! Brzmi świetnie! - Steve roześmiał się widząc na co się zanosi i zaraz potem wrócił ponownie do wypiętego kuperka Mazzi. Znów się wepchał ale tym razem to robienie kanapki ćwiczył razem z Wilmą.

- Ale ślicznie razem wyglądacie! - Eve która jako jedyna znalazła się poza tą kompozycją jęknęła zachwycona bo z tej okazji miała najlepszy pogląd na całość. I musiało jej się podobać co widzi bo aż zaczęła szukać czegoś w torebce i po chwili wyjęła smartfon.

- Och Willy... - Mazzi zdążyła westchnąć z uśmiechem wdzięczności, aby już za chwilę dźwięki wydobywające się z jej krtani nie miały nic wspólnego z artykułowaną mową. Znowu zapomniała jak się oddycha, nie mogąc złapać tchu. Złapała mocno piersi drugiej bękarcicy, ściskając je mocno i gdzieś na granicy rejestracji ogarnęła że jej krtań ściska żelazna okowa odcinająca dopływ tlenu. W amoku jaki fundowała jej pozostała dwójka nie do końca łapała czym jest owa obręcz. Była ciepła i to zaciskała się, to rozluźniała aby kobieta do końca się nie udusiła, a przy uchu słyszała ciężki, chrapliwy oddech Steve'a. Po plecach szorował jej swoją mokrą od potu piersią, drążąc na spółkę z Wilson wspólną kochankę, aż półprzytomna zawisła między nimi. Skurcze kolejnego orgazmu przeszywały całe jej ciało, zmieniając je w rozdygotany worek wrzącej masy. Od strony Eve doszły jakieś jasne błyski, albo to wybuchy spełnienia wypalały jasne błyski nim oczy się nie wywróciły aby podziwiać wybuchy gwiazd wewnątrz czaszki.

Chwilę to trwało. Zanim Lamia zaczęła trzeźwiej rejestrować co tu się dzieje dookoła. Leżała sobie wygodnie na drugiej bękarcicy a ta czule głaskała jej po twarzy odgarniając czarne kosmyki i pozwalała jej leżeć na sobie. A najfajniej leżało się na jej przednich autach. Po tej galopadzie wszyscy chyba potrzebowali trochę odpoczynku dla złapania oddechu. Więc właściwie nic nie straciła. Akurat zbliżyła się do nich Eve aby się pocałować z jedną i drugą partnerką.

- Nagrałam wszystko! Ale będzie filmik! - ucieszyła się pokazując swój smartfon. Włączyła go i pokazała koleżankom dopiero co zakończoną akcję na tym małym ekranie.

- A ty Willy nie potrzebujesz czegoś? - gdzieś tam z tyłu i z góry odezwał się męski, zasapany głos. Wilson uniosła swoją rudą głowę aby ponad ramieniem Lamii spojrzeć na pytającego.

- Czego? - zapytała trochę zdziwiona nie bardzo wiedząc czego się spodziewać. Ale brunet nie trzymał jej zbyt długo w niepewności. Właściwie to wcale.

- A myślałem o czymś takim. - mruknął i co prawda Lamia tego osobiście nie widziała. Ale czuła ich oboje i widziała jak reagują. Ich mężczyzna powoli wsunął się w Wilmę wywołując jej mruczący jęk zadowolenia.

- Eve… Bądź tak dobrą dziwką i… - Wilma czując, że ta powolna zabawa zaczyna przyspieszać przywołała palcem do siebie blondynkę i coś jej szepnęła do ucha. Eve z początku zaintrygowana nachyliła się nad nią a jak usłyszała o co chodzi zaśmiała się cicho, pokiwała głową i pocałowała jeszcze raz jedną i drugą po czym zniknęła im z widoku. A zaraz potem usłyszały zaskoczony jęk Krótkiego. I znów nie widziały co ich blond dziewczyna tam porabia. Ale klęczała tuż za Stevem i łapała go za biodra jakby robiła mu laskę. Tylko, że tam z tyłu. To wszystko ponownie rozkręciło zabawę na pełne obroty. Lamia doszła do siebie na tyle aby wspomóc zabawę swojemu ukochanemu i ukochanej wsuwając jedną rączkę gdzieś tam w dół ku złączonym zabaweczką kobiecym podbrzuszom. A Wilma zaczynała zdradzać potęgującego się w niej podniecenia jak tak była stymulowana z tylu stron na raz.

Jej oczy robiły się coraz większe i coraz bardziej zamglone, cała konstrukcja poruszała się rytmicznie we wspólnym tempie zmierzającym do wspólnego celu.
Mazzi nachyliła się nad twarzą rudzielca, całując ją czule w rozchylone usta.
- Kocham cię - wyszeptała patrząc jej w te zielone ślepia i coraz szybciej pracując palcami między jej udami tuż nad tłokiem żołnierza drącym teraz drugą bękarcicę od środka na maleńkie kawałeczki. Wolną dłonią pogłaskała ją po twarzy, przejeżdżając wierzchem po policzku, po czym dała jej do ssania swój kciuk, schodząc ustami niżej, na piersi, gdzie język i wargi dołaczyły do zabawy sutkiem. Szeroko rozwarta dziura opuszczona przez Steva pulsowała tempo w rytm uspokajającego się oddechu. Saper w całej konstrukcji powoli zaczęła poruszać własnymi biodrami z wciąż tkwiącą głęboko zabawką.

- Też cię kocham Rybka! - wystękała Wilma atakowana z obu stron. I wyglądało na to, że wkrótce polegnie i ulegnie pod takim niezmordowanym, brutalnym naporem. Jej ciało wygięło się podnosząc też przy okazji leżącą na niej Lamię a z gardła rudej wyszedł długi jęk błogości. To na chwilę powstrzymało szturmana ale tylko na chwilę. Musiał też już być blisko swojego momentu szczęścia bo wyszedł z rudej bękarcicy i ponownie rozgościł się w czarnej. Znów w tylnym wejściu skoro to właściwe wciąż zajmowała zabaweczka Wilmy.

Lamia znów go w sobie poczuła jak ją dopełnia i wreszcie wypełnia. Przez jego ciało i gardło przeszedł skurcz gdy poczuła jak w niej eksploduje. Zacharczał coś łapiąc ją mocno za skórę na pośladkach. Aż poczuła jak to wspólnie dzielone szczęście wypływa z niej i po niej. A zasapany kochanek wreszcie odpuścił i ciężko zwalił się na materac opierając się o ławeczkę wozu.

- O! To teraz ja! Mogę? - Eve zwolniona ze swoich przyjemnych obowiązków ujrzała przed sobą dwie pary gościnnie rozchylonych ud swoich dziewczyn i ich najciekawsze miejsca właśnie opuszczone przez ich mężczyznę. Uklękła i opadła na czworaka a Lamia i Wilma mogły poczuć jak usta i paluszki pani fotograf doprowadzają tam sprawy do porządku.

Zapanował bezruch i moment szczęścia, gdy na twarzach całej rodziny wykwitły szczęśliwe uśmiechy, rwane przez ciężkie sapanie i dopiero uspokajające się piersi. Patrzyli po sobie, ocierając czoła z potu i chłonąc moment wspólnej radości, do tego przy złączonych biodrach bękarcic wdzięcznie pracowała Eve, czyszcząc co ich chłopak nabrudził. Cudownie było patrzeć na najbliższych mając w sobie i na sobie echo dopiero co skończonej zabawy.
- Chodź kochanie... jesteś brudny - Mazzi wyciągnęła rękę, chwytając dłoń dyszącego żołnierza i przyciągnęła go do siebie i rudzielca. Klęknął przy ich twarzach, a one wspólnie i sumiennie językami i ustami czyściły go tak jak blondynka czyściła je. Gdy skończyły, pchnęły bruneta na plecy, opadając na niego z każdej strony. Lamia przytuliła się do prawego boku, Wilma do lewego a najlżejsza i najmniejsza Ee ułożyła się mężczyźnie na piersi.

- Dziękujemy Tygrysku, jesteś dla nas taki dobry i kochany - mruczenie saper było ciche i leniwe, gdy drapała ukochanego po mokrych od potu włosach. Drugą ręką głaskała plecy i pośladki fotograf, aż nagle bez zapowiedzi wbiła palce w oba jej otworki, puszczając Stevowi oczko. Ręką dała znać Willy, aby pomogła jej z zabawką od Madi. Zostawała jedna z ich zestawu, aby było sprawiedliwie. Mogła się tym zająć póki ich chłopak odpoczywał i zbierał energię na właściwe śniadanie.

- Ojej Lamia jaka ty jesteś kochana! - zajęczała rozkosznie blondynka gdy poczuła jak się ładują w nią paluszki czarnowłosej kochanki. Oparła brodę o spoconą, męską pierś i ładnie się wypięła aby ułatwić swojej dziewczynie manewry na sobie i w sobie.

- Widzisz Lamia? Ona to tak tylko na ciebie leci a o nas to w ogóle nie dba. - Wilma pokręciła głową patrząc ironicznie na twarz blondynki i pokazując ją palcem. Fotograf skorzystała z okazji i zaczęła lizać jej te palce.

- Oj bo Lamia o mnie dba. Widzisz? - wolną ręką blondynka wskazała kciukiem za swoje nagie plecy i jeszcze niżej gdzie na dobre już buszowały palce czarnulki.

- No widzę, widzę. - ruda głowa pokiwała się jakoś w gruncie rzeczy raczej rozbawiona niż obrażona. Zdołała odpiąć swoją uprząż z zabawką i przejść nad blondynką jaką trzepnęła w wypięty tyłek na co ta pisnęła rozkosznie. A sama zaległa za plecami Lamii. I zaczęła zakładać na jej biodra uprząż jakiej do tej pory tak sprawnie używała. Eve obserwowała tą wymianę z wielkim zainteresowaniem i oddychała coraz szybciej w miarę jak palce w jej wnętrzu pobudzały ją coraz bardziej.

Saper podziękowała jej głębokim pocałunkiem i potarła czubkiem nosa jej nos.

- Odpocznij kochanie - wskazała wzrokiem wolny bok dogorywającego Mayersa, a sama ustawiła się tuż za blondynką, wodząc końcówką sztuczniaka po jej pośladkach i dolnych wargach, stukając w nie sztywnym czubkiem.
-Te leniwe dziwki są niereformowalne - mruknęła ponuro, strzelając klapsa w wypięty kuperek i weszła w niego od razu aż po jajka sprzętu. Od razu zaczęła pompowanie, zachowując tempo trenowane na niej parę chwil temu przez bruneta w zdekompletowanym mundurze.

- Dobrze... że cię... żaden sierżant musztry... nie widzi - zaśmiała się w sumie do wojskowej części rodziny, ale do fotograf też pasowało. Na jej czole pojawiły się krople potu, ale nie zwalniała chcąc dorżnąć ostatnią z ich trójki zanim Steve dojdzie do siebie na tyle by kontaktować z rzeczywistością.

Eve grzecznie i pokornie czekała zdradzając ekscytację i zniecierpliwienie jak się zapowiadało, że wreszcie ktoś z rodziny zajmie się jej potrzebami. Zamruczała z zadowolenia jak kotka z tych wstępnych zabaw. Ale nagłe i ostre wejście Lamii chyba ją zaskoczyło bo jęknęła przeciągle jakby ją zabolało. Jęk jednak płynnie przeszedł w oznakę przyjemności. I więcej nie protestowała gdy Lamia zaczęła jazdę na ostro ujeżdżając ją od tyłu jak rasową kobyłę. A ujeżdżana blondynka rewanżowała się kolejnymi jękami i regularnym sapaniem zdradzającym, że podoba jej się taka dzika jazda tak samo jak ujeżdżąjącej.

- To teraz was mam obie. - zaśmiała się Wilma biorąc do ręki porzucony przez fotograf smartfon i włączając nagrywanie. Miała widok wręcz pierwszorzędny na podskakującą twarz z charakterystycznym jasnym blond kędziorkiem i trochę dalej na podskakujące w tym samym rytmie piersi swojej drugiej dziewczyny. Odsunęła się nieco aby uchwycić całokształt z profilu. Po czym znów opadła na kolana i wystawiła dłoń przed twarz blondynki a ta bez zastanowienia zaczęła całować i lizać jej palce.

- Wiesz co Rybka? Będziemy musiały tak ją pojechać we dwie. Tylko nie mamy teraz drugiej zabaweczki. Ale będziemy musiały. - zamruczała Wilma nakręcona od samego patrzenia na to widowisko.

- O tak, bardzo tak! Bardzo chętnie! - wyjęczała rżnięta przez Lamię blondyna z miejsca zgłaszając swój akces do takiego projektu. Ale moment szczytowy jaki zaczął się do niej zbliżać skutecznie zalepił jej gardło. Podobnie jak usta Wilmy jej własne. Doszła trzymana w jej ramionach i wtulona w piersi rudzielca. I po seriii spazmów znów zrobiło się ciszej i spokojniej. A spocona i zdyszana Lamia opadła tuż obok swojego mężczyzny który zaczynał znów zdradzać oznaki powrotu świadomości.

- Oh Lamia, to było takie piękne! Takie cudowne! - Eve pocałowała z wdzięczności policzek czarnowłosej chociaż dopiero co ta pruła ją w niewłaściwą dziurkę jakby chciała się przebić na wylot. Ale coś panna Anderson wcale nie miała jej tego za złe. Wręcz przeciwnie chociaż była czerwona na twarzy i zziajana jak pies to wydawała się najszczęśliwszą blondynką na świecie.
 
__________________
A God Damn Rat Pack
'Cause at 5 o'clock they take me to the Gallows Pole
The sands of time for me are running low...
Driada jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 25-09-2021, 15:13   #249
 
Driada's Avatar
 
Po omacku saper wymacała płaszcz, a w nim paczkę fajek. Zapaliła jedną, puszczając blondynce ciepłe oczko i przetarła jej twarz wierzchem dłoni. O tak, musiały to powtórzyć we trzy, najlepiej jak najszybciej. Dobrze że dziś w planach było kocenie fotograf.
-Wszystko co najlepsze dla moich foczek - mruknęła całujac blondynkę i po przyciągnięciu to samo zrobiła z rudzielcem. Następnie poczęstowała ją fajkiem, dając ostatniemu z rodziny czas na ogar, a sobie chwilę na oddech.
- To co… chcecie kawy? - spytała z głową na boltowym ramieniu i popatrzyła mu w twarz - Zaraz...hm. Teraz nasza kolei abyśmy ci coś pysznego wcisnęły - skończyła wychylając się i pocałowała ostatniego z kwartetu.

- O tak, kawy. Dobry pomysł. - Steve przetarł dłonią oczy przeganiając to przyjemne zmęczenie jak się było “tuż po”. Chociaż to widowisko jakie im z Wilmą zafundowały Lamia i Eve też mu musiało przypaść do gustu i przyjemnie mu się oglądało i słuchało.

- To wam rozleję. - powiedziała Wilma chwilowo najbardziej na nogach z całej czwórki. Sięgnęła do torby i wyjęła termos. Nalała do nakrętki parującego płynu i w pierwszej kolejności uhonorowała ich mężczyznę. Ten przyjął podarek dziękując skinieniem swojej ciemnej głowy i aby lepiej pić usiadł opierając się o krawędź bocznej ławeczki.

- A w ogóle co tam na mieście po weekendzie? Bo my to tutaj jak pustelnicy. Całkiem odcięci. - zapytał zerkając na trójkę swoich dziewczyn i popijając pierwsze łyki kawy. Zrobiło się trochę spokojniej to można było wreszcie pogadać.

- Kiedy ostatnio patrzyłyśmy to jeszcze stało - z leniwym uśmiechem saper też się podciągnęła, siadając obok bruneta i obejmujac go w pasie, złożyła mu głowę na ramieniu. Zaraz się ruszy, jeszcze tylko chwilka. Miały być pokojówkami, wypadało głodnego nakarmić... ale tak przyjemnie siedziało się obok statycznej góry rozsiewającej aurę spokoju i ciepła. Dziewczyna chonęła je, pykając fajkę mechanicznym ruchem.

- Z Sioux City zjechali Iron Fist, taki zespół rockerboyów. Wyzwali RB na gitarowy pojedynek bo słyszeli że jest najlepszym szarpidrutem po tej stronie Ścieku. Więc RB na swój zblazowany sposób przyjął wyzwanie - zaczęła relacjonować chyba to co najbardziej interesujacego się wydarzyło przez te trzy dni z perspektywy kociaków Mayersa - Ev ma gdzieś nasze wspólne foty, bo jakoś tak wyszło żeśmy im pomogły topór wojenny zakopać i jak wczoraj wieczorem robili koncert byli już niczym stare, dobre małżeństwo - zaśmiała się cicho i pacnęła żołnierza w nos palcem - Och Tygrysku! Koniecznie musisz poznać wreszcie RB! W niedzielę wieczorem grają w starym kinie razem z Ironami. Przekaż naszym chłopakom żeby się przytoczyli... przyda się im przerwa od Honolulu do którego mogą iść w sobotę, a nam będzie miło razem się pogibać bo grają też covery starych hitów. Bo oczywiście będziemy tam. - zrobiła wymowną przerwę - Razem z foczkami. Poza tym... raczej spokój. Trochę remont ogarniamy powoli, byłyśmy w domu weterana, na zakupach, na lodach u Jamie. Kupiłyśmy furę, rocekroboye nam wyburzyli jedną ścianę... tak o... a! I wreszcie dotarłam do Rodneya z dokumentami. Powiekszą mi rentę kaleczniaka, dostałam też formularz do wypełnienia co bym mogła pomóc w razie czego aby to armijne wykształcenie nie poszło na marne - dokończyła z krzywym uśmiechem. - Poza tym jedziemy jeszcze dziś z Gwiazdką do jej jednostki zobaczyć czy Smok jechał i mu flaszkę dać za pomoc, a wieczorem mamy takie babskie spotkanie z chrzcin Ev na Kosmicznego Kociaka... i tak, tak - poklepała go po udzie - Pamiętamy o filmiku do poduchy. Lepiej mów czy wam się udało z misiakami odpocząć zanim musieliście robić te tajne rzeczy. Jak u Karen, co u chłopaków? Dingo ma nową maczetę? Don nadal sie wozi? Cichy mu jeszcze nie wpierdolił? Jak ty się czujesz? Dadzą ci odpocząc przed weekendem?

- O. No to działo się. - podsumował siedzący w środku mężczyzna flankowany z każdej strony przez swoje kobiety. Trzymał z jednej strony Lamię z drugiej podobnie miejsce zajęła Eve a Wilma klapnęła naprzeciwko nich z termosem i jak Steve jej oddał nakrętkę to nalała kolejną tym razem dla Rybki. Zrobiło się jakoś tak leniwie, swojsko i domowo jak tak rozmawiali ze sobą i słuchali się nawzajem o tych sprawach rodzinnych i sąsiednich jakie w ten czy inny sposób dotyczyły ich wszystkich.

- I Rodney mówił, że coś ci skapnie jeszcze? To dobrze, dobrze. Lepiej mieć więcej niż mniej a ci się należy, za darmo tego ci nie dają. I ten Rude Boy? Hmm… No koncert mówicie? W niedzielę. To chyba tak. To wrócimy do miasta wcześniej. To może z godzina drogi. Nic specjalnego. Na którą ma być ten koncert? Powiem chłopakom. - mówił jakby to wszystko plus kawa pokrzepiły go i zastanawiał się jak już rozplanować te drobne modyfikacje planów na najbliższy weekend.

- Aha i jedziecie teraz do Harmodon, do ciebie? - zapytał po kolei powtarzając te punkty o jakich mówiła czarnowłosa partnerka. Wskazał na rudzielca a ta skinęła twierdząco głową.

- Tak ale raczej formalność. Będę spokojniejsza jak pojadę i się przekonam, że mnie nie chcą i tylko nudna rutyna. Bo jutro to już w trasę jedziemy. No i o to też chcę się dopytać. - Wilson wyjaśniła po co chce zajechać do swojej rodzimej jednostki. Komandos skinął głową na znak, że rozumie.

- A ten remont? - zapytał jeszcze głaszcząc leniwie swoją czarnulkę i blondynkę.

- Ładnie idzie. Wczoraj wyburzyli chłopaki ścianę no a dzisiaj jak wrócimy z biura to ma przyjść nasz kolega z domu weterana. On się zna na elektryce. To położy nowe kable i resztę. To jak dziewczyny pojadą do Wilmy to ja zostanę aby go wpuścić i pokazać co i jak. - tym razem Eve poczuła się wywołana do odpowiedzi i trochę też improwizowała mówiąc do obu dziewczyn swoją propozycję na “po wizycie w Wild Water”.

- Aha. No to ładnie wam idzie, ładnie. A u nas też ładnie. Ja w tym tygodniu kończę kiblowanie z nowymi to od poniedziałku wracam na stare śmieci. Ale pozbyliśmy się Grubego! - tłumaczył leniwie co się działo u nich przez te pół tygodnia ale niespodziewanie tak się ożywił, że aż się rozmyślił.

- Grubego? - Wilma zmrużyła oczy nie bardzo wiedząc o kogo chodzi. Odebrała pustą już nakrętkę od Lamii i nalała ją podobnie przekazując blondynce.

- Taki fiut. Czepiał się nas. Ale przegiął pałę w poniedziałek jak mi się wpieprzył w kompetencje. No kurwa cały mój pluton jebał na placu jak jakichś kotów! Najbardziej Karen. Ale to już poszło do starego. No i Gruby dostanie zasłużony awans. I zaszczytne stanowisko. W północnej Minnesocie. - przez tą krótką wypowiedź kapitanem Mayersem targały sprzeczne emocje. Jak wspomniał o zachowaniu Grubego wobec jego ludzi od razu było widać jak bardzo osobiście odebrał to ich kapitan. W końcu dość rzadko unosił się i przeklinał. Ale zaraz potem roześmiał się z mściwą satysfakcją jak wspomniał jaką cenę za to zapłacił drugi oficer.

- A co jest w północnej Minnesocie? - Eve jako jedyna nie wtajemniczona w wojskowe sprawy zapytała swoich wojaków o to co dla niej nie było jasne.

- Wojna - Mazzi zaciągnęła się po raz ostatni, a papieros wylądował w puszce po konserwie postawionej koło nóżki ławki. Patrzyła niewidzącym wzrokiem na przeciwległą ścianę i robiła się coraz bledsza - Strefa przyfrontowa i front. Sam pierdolony front. Moloch i jego maszynki, ciągła walka.... dają go między Molocha, a jego enklawy. Tak gdzieś między Fargo a Sm...- przełknęła głośno ślinę, a temperatura wokół spadła zauważalnie,gdy podjęła nową próbę. Kolory zaczęły blaknąć, skądś pojawił się zapach dymu - ... Small Detroit. - drżacymi rękami odpaliła nowego papierosa - Tam gdzie moi... opaleni chłopcy. - wypluła, pociągając fajkę kilka razy aż praktycznie spaliła ją do połowy.
- Byliśmy tam, gdy roboty się przedarły. Zginęli wszyscy: oddziały stacjonujący, wsparcie artylerii... moi chłopcy i inne Bękarty. - znów się zaciągnęła - Ziemia była ruda od krwi, tam gdzie nie spalili jej na węgiel razem z... - pokręciłą głową, przymykając oczy - To nie jest takie spokojne miejsce jak tutaj. Tam ciągle jest jatka i jedna wielka maszynka do mielenia mięsa. Duża szansa na wyrok śmierci. Ale zasłużył sobie chuj.

- Ale teraz jesteś tu z nami Rybka. - Wilma przesunęła się nieco aby znaleźć się obok swojej ukochanej bękarcicy i objęła ją i pocałowała w skroń i policzek głaszcząc kojąco jej włosy.

- Byłyście tam razem? - Eve nachyliła się do przodu aby zapytać obu bękarcic siedzących z drugiej strony ich komandosa.

- Nie. Wtedy w Small Det to nie. Oberwałam parę dni wcześniej i mnie ewakuowali na tyły. Jak wróciłam to już było po wszystkim. - rude sprężynki na głowie Wilson pokręciły się dając znać, że nie dzieliła tamtych niebezpieczeństw i losu swojej bękarciej siostry.

- Dobrze, że z tego wyszłaś. Teraz możesz być z nami tutaj. - Steve pocałował czubek czarnej głowy chłonąc zapach tych włosów.

- No i Gruby właśnie tam dostanie przeniesienie. Dostanie majora i jest zaopatrzeniowcem no to po okopach pierwszej linii biegał nie będzie. Ale nie sądzę by miał tak wygodnie jak tutaj. A przede wszystkim my się go pozbędziemy i przestanie nam bruździć. Ale jeszcze z miesiąc to potrwa. Formalności i przenosiny. Mam nadzieję, że jest na tyle cwany aby nas zostawić w spokoju na tą końcówkę. - Mayers wrócił do tematu swojego wojskowego adwersarza zdradzając, że taki scenariusz mu odpowiada. Jak się pozbędą tego kłopotu to sytuacja powinna wrócić do normy.

- A co do Cichego i Dona to pokłócili się wczoraj. No jak dzieci. - roześmiał się jakby chciał opowiedzieć coś lżejszego i zabawniejszego. Co prawda jego samego przy tym nie było ale spotkał ich wieczorem przy kolacji to mu opowiadali. Grali w jakąś strzelankę na czwórkę. No i Karen była z Dingo a Don z Cichym. Cichy za bardzo dobry w te klocki nie był to Don i Dingo grali tu główne role. No i jak się okazało znalazł jakiś granatnik i chciał zobaczyć jak strzela. Fajnie strzelał. Niestety nie dość, że strzelił ich grupie w ścianę tak, że ich prawie załatwił to jeszcze wykryli ich Dingo i Karen i właściwie rozstrzelali na miejscu. No i Donnie się bardzo przejął i przeżywał cały wieczór jak to przez Cichego, co jak się okazało z tym granatnikiem wcale nie jest taki cichy, przegrali ten mecz.

- I wtedy przy kolacji Cichy chyba już się trochę zirytował na Darko bo się go pyta czy słyszał kiedyś o cichych granatach. - roześmiał się ich dowódca trochę jak ojciec na wybryki swoich dorastających pociech. Brzmiało zabawnie bo i słuchające go dziewczyny też się roześmiały.

Opowieść działała również kojąco na byłą sierżant. Słuchała w ciszy, a z każdym zdaniem przyklejała się bruneta coraz mniej panicznie aż praktycznie się uspokoiła i tylko drżenie rąk pozostało. Mieli rację, to była przeszłość, teraz mieli przed sobą teraźniejszość i przyszłość. Trzeba było się pogodzić, ale było ciężko. Zwłaszcza gdy wspomnienia wyskakiwały znienacka, ledwo parę dni wstecz i czuła się jakby to w poniedziałek koleś z Byczych Czaszek rzucił do niej ten tekst z "puk, puk", kończąc trzydniową gehennę samotnej walki bez cienia nadziei na ratunek, kiedy miała wrażenie bycia ostatnim żywym człowiekiem na ziemi opanowanej niepodzielnie przez roboty... wtedy.

- Wild Waters... środa rano, teren zabezpieczony, rodzina... jest bezpiecznie... - mamrotała bezdźwięcznie do chwili, gdy ściana paniki cofnęła się poza teren parkingu, a smród palonych ludzkich zwłok i prochu zastąpił zapach kawy, babskich perfum i wody po goleniu.

- Don nie umie przegrywać - odpowiedziała wreszcie cicho, przywołując na twarz blady, ale jednak uśmiech. - Niech się cieszy że mu Cichy nie wsadził tego granatu tam, gdzie słońce nie dochodzi. Wtedy by śpiewał o wiele cieńszym głosem i już tak kinola nie zadzierał. Serio nie czaję jakim cudem jeszcze nie macie w sufitach dziur wydrapanych - parsknęła, wrzucając drugiego papierosa do puszki.

- Wild Waters... środa rano... teren... - powtórzyła raz jeszcze i drgnęła, bo doszło do niej, że tym razem powiedziała to na głos. Poczuła na siebie złość, przecież mieli się cieszyć spotkaniem, odpocząć. Dać swojemu żołnierzykowi podładować baterię, a nie słuchać wycia kalekich bassetów cudem jeszcze drepczących po tym pylistym padole.

- Wiesz w ogóle jakie te koncerty punkowe są niebezpieczne? - spytała nagle Tygryska, a jej dłoń z szerokiej piersi zjechała na brzuch, gdy podjęła tonem skargi rozkapryszonej Księżniczki - Wczoraj po wszystkim pojechaliśmy do "41" i okopaliśmy się na piętrze. W pewnej chwili stwierdziłam, że muszę przypudrować nos, więc wyszłam na sekundę, zostawiając towarzystwo same... i wiesz co? - zawiesiła pytanie, patrząc mu w oczy z nadąsaną miną - Ledwo do baru zeszłam i już musiałam wracać. Mówię ci... niebezpiecznie tak chodzić tam samemu, bo nim się człowiek nie obejrzy już jakieś foczki się nagle pojawiają. Wczoraj też taką spotkałam... a na dobrą sprawę wróciłyśmy razem na górę - wzruszyła ramionami - We trzy. A raczej we cztery, kto by zliczył…

- O. No proszę. A jakieś ładne i fajne te nowe foczki? - Mayers czule głaskał ramiona, włosy i piersi Lamii jak tak słuchał co im opowiadała. Z przeciwnej strony przylgnęła do niej Wilma więc czuła jej piersi na swoim ramieniu i usta przy policzku albo uchu. A zza głowy i piersi ich specjalsa wyglądała krótko ostrzyżona blondynka.

- Oczywiście, że ładne i fajne! Przecież Lamia je podrywała! - Eve żartobliwie fuknęła na ich mężczyznę jakby pokładała całkowitą wiarę i zaufanie w możliwości swojej pierwszej dziewczyny. Słysząc to i Wilma i Steve roześmiali się wesoło.

- A to jakby Lamia wyrwała jakąś pannę i tak byś miała się z nią umówić albo kochać w ciemno to byś się zgodziła? - Wilson spojrzała z zaciekawieniem na ich eksperta od filmów i fotografii.

- Jakby to było z Lamią to pewnie. - odpowiedziała z prostotą Anderson pochylając się ponad nagim, męskim torsem aby pocałować swoją dziewczynę. A jak już się tak wychyliła to pocałowała też Wilmę. No a wracając to też Krótkiego aby nie czuł się zaniedbany.

- A w ogóle Steve szkoda, że nie widziałeś Lamii w akcji jak nam rano zbajerowała Tashę. Bo w ogóle to Tasha nas odwiedziła. Wolny dzień miała. No i została na noc. I rano się budzimy i Lamia podbiła do niej i tak jej nawijała, że mówię ci! Normalnie Tasha jadła z jej ręki i nas zaprosiła do siebie! Możemy ją odwiedzać kiedy chcemy. No oprócz wieczorów bo wiadomo, występy ma. - Eve też dorzuciła swoją historyjkę z ostatnich dni a Wilma wesoło pokiwała głową potwierdzając jej wersję. Steve zaś roześmiał się i przeniósł spojrzenie z blondynki na czarnulkę.

- O. To masz taką bajerę, że wyrwałaś Tashę? Tą Tashę Love z “Neo”? Tą gwiazdę show i estrady? Że was tak zaprasza teraz w ciemno do siebie? - brwi Mayersa uniosły się do góry i chociaż trochę przyjął żartobliwy ton to chyba mimo wszystko był pod wrażenie. W końcu nie chodziło o jakąś tam kelnerkę czy barmankę tylko o Tashę Love co dawała show, że całe miasto przychodziło do “Neo” właśnie w sporej mierze aby ją oglądać na estradzie. A tu Eve mówiła, że teraz miały zaproszenie od niej tak prywatnie w odwiedziny i w ogóle.

- No to ja cię kręcę. Musisz mnie tak nauczyć bajerować foczki Lamia. - komandos westchnął i spojrzał w dół na przytulającą się do niego bękarcice jakby była mistrzynią flirtu i podrywu skoro tak w parę chwil zbajerowała taką gwiazdę jak Tasha Love.

- Wybacz Tygrysku, ale to tajne przez poufne techniki prawdziwych Bękartów - saper przybrała poważną minę, chociaż chciało się jej po wariacku śmiać choćby do puszki po kiepach, plamy na suficie... czegokolwiek. Z trójką partnerów tuż obok na czele. Pokiwała mądrze ciemna głową i wyciągnęła dłoń aby pogłaskać kapitana po policzku.

- To tak tajne techniki, że nawet moi przełożeni nie znali ich do końca... poprzedza je mordercze szkolenie którego większość nie przeżywa - dorzuciła konfidencjonalnym szeptem, podrażniając kącik jego ust opuszkiem kciuka - A szkoda by było takiej ślicznej buźki, o wielkim... ekhem - wyszczerzyła się i dodała po wyczuwalnej przewie - sercu. No dobra, nie tylko sercu - dłoń zjechała na męskie biodra, nakrywając wspomnianą część anatomii, a bękarcica mówiła dalej, odzyskując rezon sprzed Small Detroit i podobnych klimatów. - Mówiłam ci, pokazujesz palcem, a ja przynoszę w zębach. Poza tym nie za dużo byś chciał, kochanie? Nie wystarczy, że laski mdleją na twój widok i ci padają pod nogi zanim jeszcze im wpakujesz lody do buzi? - przypomniała z poważnie niepoważną miną po czym przewróciła oczami - To nic takiego, naprawdę. Zagadałam do niej, a ona się zgodziła... choćby na imprezę Halloweenową do nas wpaść. I jak kociaki mówią, mamy jej adres, więc wiemy gdzie dokładnie nachodzić. Naprawdę kochana z niej dziewczyna, cieszę się że będziemy się razem bujać. - westchnęła, patrząc na Willy - To może lepiej nie wspominajmy o Larysie, co?

- O Larysie? - Krótki wychwycił nowe imię jakie wcześniej nie padało. I przeniósł spojrzenie z czarnowłosej panny na dwie pozostałe. Zaś Lamia czuła, że się rozbudził, powrócił do życia i zainteresował nie tylko na twarzy. Ale to co miała w dłoni też przyjemnie rosło i czuła postęp w ręku.

- No tak! Bo jest jeszcze Larysa! Jest śliczna! Lamia pozwoliła mi chodzić na jej smyczy i wiesz, że ona lubi jak się ślicznotki zajmują jej stopami? I nie tylko z tego co wczoraj widziałam wieczorem no ale już musiałyśmy iść. Ale jej ma nadzieję, że znów się z nią spotkamy. Szkoda, że ma tylko jedną tą stopę no bo ma tylko połowę drugiej nogi ale i tak jest śliczna! I ślicznie umie prowadzać suczki na smyczy! - Eve wybuchnęła takim nieokiełznanym entuzjazmem, że na chwilę zdominowała całe towarzystwo gładko opowiadając wczorajsze przygody z nową koleżanką. Sądząc z tego entuzjazmu bardzo jej musiały przypaść do gustu.

- Ma tylko jedną nogę? I prowadzała cię na smyczy? - brwi kapitana znów powędrowały do góry ale skoro go wczoraj przy tym nie było to radosna ale nieco chaotyczna opowieść blondynki nie wyjaśniła mu wszystkich szczegółów. Nawet jak ta blond główka teraz radośnie przytaknęła mu na te pytania.

- Bo byłyśmy wczoraj w Domu Weterana z Lamią. I właśnie spotkałyśmy Larysę. I jakoś nam przypadła do gustu to ją zaprosiłyśmy na wieczorny koncert. I afterparty. A ona chyba oberwała szrapnelami bo urwało jej nogę przy kolanie no i na twarzy jej też trochę tego zostało. Ale Eve ma rację, śliczna dziewczyna. Dopiero się uczy chodzić na protezie ale bardzo żywiołowa i pozytywnie nastawiona do życia. Też ją polubiłam. A no i jak wieczorem przyjechałyśmy po nich to Lamia dała jej smycz do Eve. Na moje oko trudno było rozróżnić która się bardziej cieszy. - Wilson byłą bardziej stonowana i opanowana od blondynki i wyjaśniła chociaż najważniejsze detale pominięte przez nią. Ta bez skrupułów znów pokiwała głową na znak potwierdzenia.

- I dobrze. Dobrze, że wam się tak wiedzie. Trzeba się cieszyć każdą chwilą póki je mamy. - stwierdził Steve aprobując takie zabawy i na dowód pocałował każdą ze swoich trzech dziewczyn w usta.

- A właśnie - to o czymś saper przypomniało. Popatrzyła uważnie w twarz ich wspólnego chłopaka, jednocześnie pracując ręką w niższych rejonach jego ciała. Zostały im jeszcze lody od Jamie, ale przedtem mogli zrobić dogrywkę, brzmiało dobrze. Tak dobrze, że brunetka znów poczuła jak robi się jej gorąco, a między udami pojawił się znajomy ucisk. Łowiła zapach Mayersa szeroko rozwartymi chrapami, dysząc mu lekko prosto w tę uśmiechniętą buźkę.

- Jakbyś słyszał że w kołchozie odchodzą jakieś dantejskie sceny to absolutnie nie nasza wina. Po prostu ludzie lubią gadać. - wydęła usta w dzióbek - Wpadłyśmy tam z dziewczynami parę razy. Były jakieś smycze, picie z raciczek na stołówce bo nawet kieliszków nie mieli, karmienie, lizanie butów... no wiesz jak jest z tymi foczkami i kociakami - wzruszyła ramionami trochę bezradnie i nagle poruszyła się, pochylając wpierw do przodu, a potem przełożyła jedną nogę przez mayersowe biodra, siadając na nim okrakiem.
- Co złego to nie my - dodała ochrypłym szeptem poruszając własnymi biodrami przez co mokrym, gorącym pęknięciem ocierała się o sztywniejące ciało pod spodem.

- Mhm. Co złego to nie wy? I te smycze i reszta to tylko takie głupie gadanie? - Krótki zapytał na wszelki wypadek leniwie przesuwając dłońmi po obojczykach, piersiach i bokach siedzącej na nim kobiety. Ale na wszelki wypadek spojrzał też na wspólne sąsiadki po bokach.

- Mhm. No tak. I jakby co to w “41” to też tylko głupie plotki. My tylko pomogłyśmy się przenieść chłopakom na pięterko bo Ironi to pierwszy raz byli a my musiałyśmy jeszcze dziewczyny podrzucić. - Eve gładko weszła w rolę i też kontynuowała wątek podjęty przez jej pierwszą dziewczynę. Więc Mayers spojrzał na nią a ona przylgnęła do niego zaś jej rączka wodziła to po jego nagiej piersi to po piersi Lamii.

- No. Tak jak dziewczyny mówią. W tym magazynie “Palantów” to też tylko takie gadanie. Że co? Potańczyć już sobie ze swoją dziewczyną nie można? Albo z fajnymi koleżankami? Albo wyjść z Jamie do wozu przypudrować nosek? - Wilma też dołączyła do tej zabawy aby już ich wspólny chłopak miał pewność, że są całkowicie niewinna i wszelkie plotki na ten temat są kompletnie bezpodstawne. Ten spojrzał teraz na nią a ona przylgnęła do niego z drugiej strony i pocałowała w usta.

- Mhm. To mówicie, że to tylko takie głupie, zazdrosne gadanie i zwykłe plotki? Jakby co? - Steve wrócił znów dłońmi i uwagą do czarnulki jaka się o niego tak ciekawie ocierała. I mogła wyczuć, że on już też jest gotowy do kolejnych manewrów.

- No cóż. Skoro tak mówicie to nie ma się czym przejmować. - powiedział wesoło jakby wierzył bez zastrzeżeń w to wszystko co mu powiedziały. A sam złapał za boki czarnowłosej saper i nasadził ją sobie na siebie wznawiając zabawę w rodeo.

Saper zamruczała, przymykając oczy a po jej plecach wzdłuż kręgosłupa przeszedł przyjemny dreszcz. Równie przyjemne było samo rozpychanie wewnątrz ciała od którego szybko zaczynało się kręcić w głowie.
- My tylko sprawdzamy... foczki, zanim ci je... podamy - nachyliła się do przodu łapiąc go za ramiona dla stabilności ruchów i wybiła się do góry, aby z impetem opaść na kolana aż po wnętrzu vana rozniosło się echo mokrego klaśnięcia, a po nim jeszcze jedno i kolejne. Coraz szybciej, natarczywiej. Nieprzytomnej, podobnie jak nieprzytomny wzrok saper skakał po twarzy tuż przed swoją nie mogąc się nacieszyć widokiem. Pocałowała go mocno, głęboko, wrzynając się językiem w jego usta jakby znaczyła teren i szykowała przyczółek za linią wroga.

- Tak, tak… Sprawdzajcie, sprawdzajcie… - wymamrotał mężczyzna ale rozmową raczej nie był zainteresowany. Znacznie bardziej interesowała go zabawa z tą gorącą i namiętną kochanką jaka właśnie nad nim górowała. Resory skrzypiały jak tak oboje wystukiwali na nich wspólny rytm wymieszany z gorącymi, urywanymi jękami i oddechami. Lamia widziała pod sobą swojego mężczyznę. Czuła go pod swoimi dłońmi i czuła go tam w środku. Wszystko wymieszało się i jakby straciło na ostrości gdy fale przyjemności zalały ich oboje. Na koniec opadła na niego zdyszana tak samo jak on ją przyjął do siebie obejmując solidnymi ramionami w bezpiecznej klatce. Gorączka powoli ustępowała, oddech się uspokajał a i wracała ostrość widzenia. Wciąż byli na pace ich nowej furgonetki a po bokach mieli dwie, przyjaźnie uśmiechnięte ślicznotki w pończochach.

- Ślicznie razem wyglądacie. - powiedziała Eve odgarniając czarne włosy swojej dziewczyny aby ją pocałować w usta. Podobnie jak swojego chłopaka.

- No. Aż przyjemnie popatrzeć. - przytaknęła Gwiazdka opierając głowę na łokciu obok pleców Mayersa wspartego o krawędź ławeczki.

Mazzi zaśmiała się przez urywany oddech, całując po kolei każde z trójki partnerów i na koniec opadła ciężko Mayersowi na pierś. Zrobiło się cicho, bezpiecznie. Dało się odnieść wrażenie, że poza metalową puszką vana nie istnieje żaden zewnętrzny świat, a oni utknęli w bezpiecznej przystani mogąc tak trwać póki nie zgaśnie słońce. Była to ułuda, ale jaka przyjemna...

- Chyba... - zaczęła po paru minutach, wracając mniej więcej na planetę Ziemia. Potrząsnęła głową - Chyba miałyśmy być twoimi pokojówkami. Przywiozłyśmy lody i ciasto żebyś nie był głodny. Kociaczku, skoczysz po tę czarną torbę? - poprosiła blondynkę, a następnie pocałowała rudzielca w czoło - Willy, polejesz Tygryskowi kawę? Bo nam tu zaraz zejdzie z głodu i pragnienia.

- Ah… No tak bo ona została tam na wartowni… A wydadzą mi ją? - Eve zmrużyła oczy i skinęła głową, że wie o jaką torbę pyta Lamia ale spojrzała na bruneta jaki ją tulił czy ma sens iść po nią sama. Ale ten skinął głową, że tak więc wstała i zaczęła się rozglądać gdzie są te szpilki i płaszczyk jakie gdzieś walnęła na początku wizyty. Wilma jej pomogła wskazując gdzie co leży i po chwili do środka fury wdarł się słoneczny blask poranka i chłodny powiew nim blondynka nie zasunęła za sobą bocznych drzwi. Jeszcze było słychać cichnący stukot jej obcasów gdy raźno szła w stronę bramy jednostki.

- Tygrysku - odezwała się sierżant, gdy teren był już bezpieczny od blond uszu. Poprawiła się na gościnnych kolanach jeszcze nie wstając ani nie uwalniając z siebie więdnącej oficerskiej buławy. Przybrała za to poważną minę, gładząc go po policzku i szczęce. - Wiem że za tym nie przepadasz, ale mam ogromną prośbę. Ubierz się ładnie na piątek, tak jak tylko ty potrafisz - dla poparcia słów położyła mu wolną dłoń na piersi po lewej stronie, gdzie pod skórą biło mocno serce. Westchnęła.

- Odwdzięczę się, zrobię co będziesz chciał... to naprawdę bardzo ważne. Dla Ev - zaczęła cicho nadawać - Ma w robocie jakieś problemy z lambadziarzami którzy z niej szyderę kręcą że taki kaszalot nie ma nikogo i nikt by go nie zechciał. Ja bym tam najchętniej wpadła z łomem i im połamała kolana, albo zdetonowała kostkę C4 w ryju, ale Kociaczek lubi tę robotę, a mojej interwencji pewnie by ją wywalili... ale ty - skrzywiła się, spoglądając z ufnością psiaka w oczy ukochanego - Ty wywalasz wszelkie skale i normy, nie musisz mieć bajery aby robić wrażenie nie tylko na foczkach ale i całej okolicy. Kochanie, proszę... - zagryzła wargę, dokładając na jego pierś drugą rękę - Jeden krótki wypad w piątek do jej biura niby przypadkiem i się od słoneczka odpierdolą, a po wszystkim zabieram was na obiad do “Olimpu”. O Karen się nie martw, ugadałam Jamie i Karę, wezmą ją ze sobą, do siebie i w siebie z wielką chęcią. Będzie zaopiekowana i nie poczuje się jak piąte koło u wozu... a z Gwiazdką pójdę tam w tygodniu gdy już wróci z trasy - wychyliła się aby cmoknąć drugą bękarcicę, a potem wróciła uwagą do mężczyzny z wyczekiwaniem. Znała jego podejście do munduru i zdawała sobie sprawę że prosi, wbrew pozorom, o dużo.

- Mówią, że Eve do kaszalot? Szyderę z niej kręcą? - wieści jakimi obdarzyła siedząca mu na biodrach czarnulka były dla mężczyzny tak zaskakujące, że z niedowierzaniem na nią popatrzył. Zamrugał oczami. I wziął kolejną nakrętkę termosu pełną kawy jaką mu wręczył rudzielec. I łyknął jakby chciał to przetrawić czy dobrze to usłyszał i zrozumiał.

- No. Dokładnie nie wiemy bo coś nie bardzo chce o tym gadać. Ale w poniedziałek to wróciła stamtąd jak struta. I tam smęci po kątach, że jakbyś tylko się pokazał, że ma kogoś no to by się wszyscy zamknęli. - Wilma dopowiedziała szybko unosząc nieco rudą głowę aby sprawdzić czy blondynka już nie jest tuż tuż.

- Że nasza Eve to kaszalot? I bekę z niej kręcą? - powtórzył prawie to samo tym samym tonem. Po czym spojrzał gdzieś ku przedniej szybie i łyknął jeszcze kawy.

- Już wcześniej wspominała że w robocie ma nie teges - Mazzi pokręciła głową - Miałam do niej wpaść, ale pojawiłeś się ty, wiec juz nie mam podjazdu, bo "Steve i Steve". Nie dziwię się - wzruszyła ramionami - Też bym wolała ciebie niż siebie.

- Dobra. Ja to z nimi załatwię. Nie dygajcie, nie podniosę na nich ręki. Ale ja to załatwię. - pokręcił głową ale dało się wyczuć, że tak jak w pierwszej chwili nie mógł w to uwierzyć w to co usłyszał tak teraz coś tam w jego głosie i rysach twarzy stwardniało. Niby dalej leżał spokojnie jak do tej pory i nie podniósł głosu ale dało się to wyczuć.

Bękarcice popatrzyły na siebie i synchronicznie rzuciły się mu na szyję, zajmując strategiczne pozycje po obu jego bokach. Uważały tylko aby nie rozlać kawy, chociaż jedna z nich po powstaniu z siedziska jęknęła głucho, ale to było chwilowe. Szybko wtopiły się wdzięcznie w większe ciało, wyrażając niewerbalnie swoje uczucia. Cudownie było czuć, że można liczyć na tego wielkoluda nieważne co się nie dzieje.
- Naprawde jesteś naszym rycerzem ratującym z opresji - wydusiła wreszcie, wciskając twarz w zgięcie jego karku i barku. Nabrała powoli powietrza. - Dziękujemy kochanie, wiemy że zrobisz tak, aby było dobrze, najlepiej. Bo jesteś najlepszy... i nasz. A my jesteśmy twoje. I tylko twoje, cokolwiek by się nie działo i jakby się nie ułożyło. Póki nam nie karzesz spadać to będziemy obok i przy tobie. - przełknęła ślinę, a przed oczami stanął jej Travis, potem Roy, Rambo, Larisa i nawet Daniel.

- Cokolwiek by się nie stało - powtórzyła głucho, pociągając nosem. Następny oddech na uspokojenie i podjęła wesołym tonem nie pasującym do cienia gdzieś w głębi serca.
- Z tym “Olimpem” to mam nadzieję że się nie gniewasz. - ścisnęła go mocniej - Takiej eleganckiej szamy jak tam nie jesteśmy w stanie zorganizować, a może i Heca znowu będzie? Uwielbiam ich, są świetni. I Claudio znam, więc zawsze będzie można sobie strzelić pamiątkową fotkę i chwilę pogadać... poza tym... no nie bądź zły, dobrze? - łypnęła bassetem prosto w orzechowe oczy.

- Nie jestem zły. Dobrze, że mi powiedziałyście. No same widzicie, jak mnie ciągle nie ma to ile mnie omija. - rozłożył ręce a potem znów każdą z nich przytulił do swojego boku. Odstawił pustą już nakrętkę na ławkę i poklepał je po plecach i ramieniu.

- A “Olimp” jest w porządku. Na kolację czy obiad z wami w sam raz. Nie tak tłoczno i gwarno jak w “Honolulu”. Więc w sam raz. A do Eve możecie pojechać do tej roboty. Na pewno się ucieszy. No ja tam ich odwiedzę w piątek ale pokazać się możecie. - powiedział zerkając w stronę drzwi bo słychać było powracający stukot obcasów. Spojrzał na zegarek.

- My już też musimy się zbierać. - powiedział wzdychając z rozżaleniem, że zbliża się nieuchronny koniec tego rodzinnego widzenia. A Eve otworzyła boczne drzwi i wróciła do środka obdarzając ich takim samym promiennym uśmiechem jak słoneczko na zewnątrz.

- Mam! - zawołała triumfalnie stawiajac torbę przed pozostałą trójką i biorąc się za wyjmowanie z niej pudełek z lodami.

- Ale chyba jeszcze lody dasz radę na szybko wsunąć, co Tygrysku? - cudem, ale udało się saper utrzymać na twarzy uśmiech. Patrzyła też jak w międzyczasie Willy doprowadza ich chłopaka do porządku w rejonach poniżej pasa, bo znowu się uświnił. Śmiejąc się odrobinę za głośno, wzięła od blondynki pudełko z lodami, a z niego wyjęła szklaną czarkę z udekorowanym deserem o smaku pistacji i czekolady.
- Może po prostu umówmy się w piątek w lodziarni pod ratuszem? - zaproponowała lekkim tonem - Jamie i Kara też będą, to zabiorą Karen na miasto i wieczorem się wszyscy spotkamy w domu... i właśnie! - ożywiła się, nagle zmieniając minę na tajemniczy uśmieszek - Wolisz wschód słońca? Zachód czy lazurowe niebo w samo południe? Gdybyś miał wybierać.

- Lodziarnia brzmi super. I jeszcze jak załatwicie towarzystwo dla Karen to się na pewno ucieszy. A coś mi się zdaje, że polubiły się z Jamie. I to te lody od Jamie z lodziarni? No to one są najlepsze w całym mieście. - Krótki nie dał po sobie poznać o czym rozmawiali przed chwilą. I ucieszył się zarówno z tego, że jego dziewczyny pomyślały o jego koleżance z plutonu jak i z tych lodów co przyniosły. A i pewnie Wilma robiąca mu loda po tym jak się ubrudził po harcach z Lamią też pewnie miała coś wspólnego. W końcu wyprostowała się, otarła usta dłonią i uśmiechnęła się wesoło i do niego i swoich dziewczyn. A Eve wręczyła mu pudełko z lodami.

- Mogły się już troszkę rozpuścić. - ostrzegła blondynka w płaszczyku ale on tylko machnął dłonią. Wbił łyżeczkę w rzeczywiście trochę rozpuszczoną masę. Ale uniósł kciuk do góry na znak, że jest takie jakie powinno.

- A powiedz Steve macie może jakieś opony na jednostce? Bo kupiłyśmy tą furę no ale opony to z miejsca do wymiany. - Wilma gładko zmieniła temat na ten co i tak miały z nim obgadać.

- Zapisz mi rozmiar. Zobaczę. - powiedział wcinając z zapałem kolejną porcję zimnych słodkości.

- W torbie masz też uchwyty na kubki z kawą do twojej fury, powinny pasować - brunetka dorzuciła znad miski, kopiąc go symbolicznie w kostkę - I nie odpowiedziałeś na moje pytanie. Wbrew pozorom ma sens.

- Tak? Jakie? O! Uchwyty na kawę! - Steve spojrzał na nią zdziwiony ale słysząc, że w torbie są nie tylko lody spojrzał na nią. A raczej na Eve co je wyjęła z tej torby. Wziął je oglądając jak chłopiec nowego resoraka.

- Pamiętałaś? Jej przecież tak tylko mówiłem. To nic pilnego. - zaśmiał się gdy obejrzał je a potem uśmiechnął się do Lamii, objął ją, przytulił i pocałował w usta. Widocznie udało jej się go pozytywnie zaskoczyć tym małym prezentem.

Przyjęła więc z wprawą te wyrazy wdzięczności, nie ukrywając że radość Bolta jej samej sprawia ogromną radochę. Oddała uścisk i skorzystała że patrzy jej w twarzy i na chwilę się oderwał od lodów.
-Wolisz wschód słońca? Zachód czy lazurowe niebo w samo południe? - powtórzyła i cmoknęła go w nos, posyłając w eter ciepły uśmiech - Jasne że pamiętałam. Wszystko co najlepsze dla mojego foczka. A teraz wybieraj, bo jak sie nie zdecydujesz to będą teletubisie.

- Wiesz jak to by były jakieś pornotubisie z wami to by nawet to mogło być całkiem ciekawie. Chociaż jako pokojówki to też jesteście na mega. Wyborowa obsługa. - cmoknął robiąc kółko z kciuka i palca wskazującego aby pochwalić całą trójkę w roli swoich osobistych pokojówek. Po tym jak już sobie podywagował na luzaku o specjalnej edycji teletubisiów.

- Ale to nie jest takie proste pytanie. Wschód słońca ładny jest ładny. Ale trochę za bardzo robotę mi przypomina. - zaśmiał się wbijając łyżeczkę w rozmazanego nieco loda. Ale w woju faktycznie w z pół roku to pobudki mogły się ścigać jak równy z równym ze wschodami Słońca a w zimie nawet wygrywać.

- No ale ładne są wschody Słońca. Zachody też. I zwykle jest wieczór i można iść do klubu albo gdzie. No a środek dnia jak ładny to też ładny. - zadumał się nad tym niespodziewanie ciekawym tematem.

- A to do czegoś ci potrzebne? - zapytał zerkając z zaciekawieniem na Lamię czemu nagle wyciągnęła ten temat.

- Chciałam poznać profesjonalną opinię surfera z samej Kalifornii, który ma słońce i ocean we krwi - odpowiedziała, głaszcząc go po głowie bardzo troskliwym gestem, a pod czarnowłosą kopułką zapisała się odpowiednia informacja. - Będzie zachód, bo dobrze się kojarzy... cudownie. Tak jak mówiłeś u Travisa. Zachody słońca są w dechę bo potem przychodzi noc i mogą się dziać różne ciekawe rzeczy - parsknęła, puszczając dziewczynom dyskretne oczko.

-Nie przejmuj się Tygrysku, to nic strasznego - doćwierkała wesoło - Ale bardzo, bardzo, bardzo nam pomogłeś! Teraz już... a zobaczysz - zaśmiała się - A pornotubisie może i kiedyś będziesz miał na żywo. Kwestia czasu, bo i tak jesteś rzeczny, że mucha nie siada.

- Aaa! Surfowanie! - Steve znów się dał zaskoczyć. Ale tym razem pozytywnie a nie tak jak się dowiedział o kłopotach reporterki w pracy. Tym razem nawet tym jednym słowem dało się poznać, że to coś mu bliskiego i zdecydowanie pozytywnego.

- Surfowałeś kiedyś? Na takich falach i w ogóle? - Wilma zapytała go z zaciekawieniem bo się zanosiło na to, że się coś dowiedzą o swoim chłopaku.

- Pewnie! Od małego. Jestem z Kalifornia! Tam każdy kto może to gna nad ocean a ja nie chwaląc się byłem całkiem niezły w te klocki! - roześmiał się beztrosko jakby wspominał jakieś złote, szczenięce lata z domowych stron. I rozgadał się rzeczywiście. Siedział wciąż nagi oparty o krawędź ławeczki vana, po trochu jadł te już mocno roztopione lody i opowiadał o deskach, falach, oceanie, piasku, plażach jakby leżały zaraz za rogiem. Trochę westchnął z żalem, że tu, w środku kontynentu to ciężko znaleźć taką dużą wodę z falami co by się dało surfować. A na surfowanie i plażę każda pora doby była dobra. Rano bo pusto i można mieć całą plażę dla siebie. I nie przejmować się gównianymi pobudkami i capstrzykami. Krótki jak na zawodowego żołnierza jednostki specjalnej zdawał się momentami okazywać zaskakująco sporo niechęci do armii i tych wszystkich rygorów z jakimi wiązało się życie żołnierza. A w dzień też dobrze surfować bo wtedy na plażę przychodzi cała ekipa. No i foczki! W bikini albo jak się zbajerowało to nawet toples. Ale one leciały na surferów! Surfer w Kalifornii to był król życia! No i wieczór. Też dobrze. Wieczorem zaczynały się ogniska, kluby, imprezy, tańce no i laski oczywiście. Więc tak, dla surfera w Kalifornii to cała doba była dobra.

- Jak już byłem tutaj to się czasem zastanawiałem jak by się w nocy surfowało. Z noktowizorem. Tylko trzeba by wodoodporny nokto mieć. Musiałoby być kozacko! - roześmiał się kończąc swoją opowieść i pudełko z lodami. Spojrzał jeszcze raz na zegarek ale czas gnał nieubłaganie.
 
__________________
A God Damn Rat Pack
'Cause at 5 o'clock they take me to the Gallows Pole
The sands of time for me are running low...
Driada jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 25-09-2021, 15:19   #250
 
Driada's Avatar
 
Pusta foremka została mu odebrana, a w jej miejsce kobiece dłonie wcisnęły mu ostatnią porcję kawy z termosu. Pod saperską kopuła za to zaczął układać się kolejny, szalony pomysł. Popatrzyła po dziewczynach, z których jedna zaczęła kompletować ubrania żołnierza, a druga ich własne. Wszystkim oczka się śmiały po opowieści rodem z zachodniego wybrzeża.
- Widzę tylko jedno rozwiązanie - Lamia przekrzywiła główkę, mrużąc do kompletu lewe oko i tak się ich mężczyźnie przyglądała zanim nie wypaliła - Ty załatwiasz sobie dłuższy urlop, a my ci ogarniemy wodoodporne nokto i razem kopniemy się do Kalifornii. Pokażesz nam podstawy surfowania, my ci nagonimy foczek i będziemy biegać topless po plaży, a wieczorem umyjemy ci plecki w oceanie - powiedziała to takim tonem, jakby mówiła o wyprawie po nowy zapas bułek do Mario. Zupełnie jak o czymś do ogarnięcia na miękko, a nie podróży przez pół kontynentu.
- Nie wiem jak kociaki, ale ja nie przypominam sobie abym widziała ocean - rozłożyła ręce z parodią smutnego uśmiechu - A ty śmigający na falach to musi być widok dla którego warto oddać ostatnią parę stringów i kamaszy.

- Mielibyśmy pojechać do Kalifornii? - pomysł musiał się wydać brunetowi kompletnie z czapy. Bo zginając się nieco aby naciągnąć z powrotem swoje spodnie spojrzał zdziwiony na pomysłodawczynię.

- Do Kalifornii? - Wilson też zamrugała oczami chyba zastanawiając się czy i tym razem Rybka przypadkiem sobie nie żartuje.

- Ja też nie widziałam nigdy oceanu! Ani nie byłam w Kalifornii! - za to Eve niewiele się zastanawiając z miejsca podchwyciła pomysł swojej pierwszej dziewczyny i aż klasnęła w dłonie z uciechy.

- Cholera… - Steve zaczął dopinać sobie spodnie i chwilę główkował nad tym wszystkim. Usiadł na ławeczce aby ubrać skarpety a potem buty.

- U mnie ciężko z urlopami. Zwłaszcza z dłuższymi. Same rozumiecie. Trochę trudno tu znaleźć drugiego takiego kapitana specjalnej troski jak ja. - zaśmiał się wesoło unosząc do góry głowę. Ubierał się szybko i machinalnie. Jak żołnierz zawodowy.

- Ale jak nie będzie żadnego syfu na święta to zwykle dają nam ze 2 tygodnie wolnego. To kto wie… - powiedział błaznując nieco głową gdy nakładał brązową koszulkę.

- Pojechałbyś z nami do Kalifornii? Przecież to pół mapy stąd. - Wilson jako kierowca i to wojskowy chyba aż za dobrze mogła sobie wyobrazić jak długa i niebezpieczna może to być podróż.

- Jak nie z wami to z kim? Jak nie na te święta to kiedy? - zapytał ją z prostotą i łagodnym uśmiechem. Po czym ją objął i pocałował w usta.

- Ojej naprawdę?! Naprawdę byśmy pojechali do Kalifornii?! - Eve mimo wszystko też chyba była zaskoczona takim pomysłem. Ale tak ją ucieszył, że uściskała Lamię a potem Mayersa i też za to dostała całusa w usta. Na koniec ich kapitan specjalnej troski pocałował swoją czarnowłosą autorkę tego szalonego pomysłu.

Autorkę, której pierwszą myślą było "gdzie ja, cholera, znajdę wodoodporne nokto?" Następnie przed oczami stanął jej obraz sklepu firmowego Posterunku, gdzie i tak miała przecież dziś iść się podpytać czy może przypadkiem mają już gotowy zegarek. Przy okazji się spyta o ten szpej, a jak nie zawsze idzie zamówić.

"Do świąt się wyrobimy, na spokojnie" - pomyślała, gdy pierwsza fala technicznych szczegółów przetoczyła się przez jej głowę. Dopiero gdy zaczęła się zastanawiać czy w bibliotece dadzą jej skopiować mapę, czy lepiej iść po prośbie do Rodneya lub nawet spytać Gwiazdki... wtedy do niej doszło.

- Jedziemy? - powtórzyła i gdy głowa Mayersa odsunęła się, dopiero się zaśmiała w głos, rzucając do przodu aby wpaść na niego. Po drodze zgarnęła też Eve i razem we trójkę wylądowali z powrotem bardziej w poziomie niż pionie.

- Jasne, że jedziemy, do diabła! - zarechotała, ciągnąc Wilmę za rękę. - Będzie zajebiście! Foczki, plaże i złote piaski. Drinki z palemką i zero kamaszy! To nie może się nie udać!

- O tak! Zero kamaszy! Na bosaka, w klapkach no może w jakichś tenisówkach. Ale zero kamaszy! - pomysł przypadł do gustu Mayersowi i znów okazało się, że jak nie musiał i miał czas wolny to omijał mundur i pochodne szerokim łukiem. Radość zapanowała niesamowita. Wszyscy zdawali się mówić coś na raz, żartować, śmiać się i błaznować jakby już w następny weekend mieli jechać do tej Kalifornii a w ogóle to była ona zaraz za zakrętem niknącym na rogatkach miasta. Ale teraz nikt tym się nie przejmował i radość trwała w najlepsze.

- No dobra, dziewczyny. Ale ja muszę dokończyć ubieranie się. Już zaraz 8-ma będzie. - powiedział ich mężczyzna ściskając jeszcze każdą z nich ale sam podniósł się i sięgnął po bluzę. Już był prawie ubrany jak do wyjścia.

- Oj Tygrysku! Ale tak wyglądasz lepiej! - Mazzi zachichotała jak mała dziewczynka i przekręciła się tak, że zamiast na materiale ciucha, jego dłoń zacisnęła się na jej stopie. Nie była jednak świnią i drugą stopę wsadziła w rękaw bluzy i podniosła mu ją na wysokość oczu.
-Niech będzie, ale musisz nam obiecać, że przez większość weekendu będziesz chodził bardziej bez, niż w ubraniu i dasz sobie porobić fotki - dała swój warunek, sięgając po płaszcz. Szukać własnych ciuchów nie zamierzała, będzie na to czas gdy już pójdzie a one ruszą do miasta.
- I umyjesz nam plecy, bo same mamy problem aby tam siegnąć - szczerząc się, przekręciła ciało na kolana. - Pozdrów od nas Karen i chłopaków, i o Cesie nie zapomnij. I bułki i ciasto niech zjedzą, chyba jeszcze będą lekko ciepłe. Jak chcą to koncert RB i Ironów będzie chyba koło 20, ale wcześniej idzie się tam dobrze zbetonić… poza tym kojarzysz Olgę, tę królową śniegu co była… wtedy w niedzielę na seansie? Ma całkiem ciekawy pokój w piwnicy, jeśli zagadamy to go udostępni przed koncertem, albo po. A w ogóle masz każdego ucałować z misiaków, albo chociaż grabę im uścisnąć! Spytamy się jak ich zobaczymy, nie ma przebacz!

- Mam się z nimi całować? Z tymi włochatymi brzydalami? No chyba serca nie masz Lamia. Karen mogę pocałować. - Steve popatrzył z góry na prawie nagą Lamię u jego stóp co go tak ciekawie zaczepiała i spowalniała. Sam stał nieco przygięty bo było zbyt nisko aby mógł się wyprostować. Zadumał się nad tą całuśną propozycją ostatecznie zgadzając się na kompromis co do Karen. I na koniec pocałował stopę Lamii.

- To jak ją będziesz całować to powiedz, że to od nas! - Eve roześmiała się gdy kolejny pomysł wpadł do jej blond głowy.

- Dobrze, przekażę. A mam jej mówić o Jamie i tej drugiej w piątek? - zapytał głaszcząc stopę saper w stanie spoczynku.

- A co to za ciekawy pokój co chcesz nas tam zabrać? Gdzie to jest? Albo dobra, potem pogadamy. - Wilmę zaciekawił ten trop ze specjalnym pokojem o jakim wspomniała jej czarnulka.

- To chyba w starym kinie. Tam gdzie będzie koncert Palantów i Ironów. A Olga nie jest taka zła. Właściwie to poznałyśmy się z Lamią dzięki niej. - fotograf starała się jakoś nakreślić specjalistce od elektroniki kim jest szefowa ochrony starego kina skoro nie spotkały się wcześniej.

- Tak? Jej ale ja już muszę lecieć. W piątek mi opowiecie. - Steve ostatni raz pocałował stopę Lamii nim ją puścił. A sam jeszcze objął jedną i drugą swoją dziewczynę i rozejrzał czy czegoś nie zostawił.

Na razie miał wszystko, ale zaraz musiał zostawić za sobą trzy elementy wyposażenia, z których co najmniej jeden starał się nie wygladać jakby mu miało zaraz pęknąć do końca serce. Niby niewiele, dwa i pół dnia, a znowu go zobaczą. Tylko przez ten czas mogło dużo się zdarzyć.

- Daj spoko, misiaki nie są aż tak bardzo owłosieni, brzydcy tym bardziej - mówiąc to Lamia wzuła buty i widząc że pozostała część rodziny jest już ogarnięta, otworzyła drzwi, wytaczając się na zalany wrześniowym słońcem parking.

- Co prawda do takiego jednego kapitana specjalsów spoorooo im brakuje, ale tragedii nie ma. Zresztą nie dziwota, bo takiego drugiego się nie znajdzie - wzruszyła ramionami, chowając smutek za maską szerokiego wyszczerzu. Wyciągnęła ręce po partnerów - W piątek ci wszystko opowiemy ze szczegółami. O której się pod lodziarnią umawiamy?

- O której… - Mayers też wysiadł z wozu i stanął na słonecznym, porannym asfalcie parkingu. Pomimo słonecznego blasku początek dnia był dość chłodny. Przez tą godzinę ruch się zrobił większy, ktoś parkował, ktoś wjeżdżał na jednostkę, zaczynała się codzienna rutyna w koszarach.

- Jak mi nic nagle nie wyskoczy to postaram się być na 16-tą. - powiedział jakby musiał w głowie coś tam sobie policzyć i poukładać.

- Dobra. To widzimy się w piątek. - powiedział ściskając się z nią i całując po raz ostatni. Potem Eve. I wreszcie Wilmę. To mu o czymś przypomniało. - Aaa… Ciebie nie będzie… No to może za tydzień Willy. Zapraszam serdecznie. - powiedział gdy uświadomił sobie, że jak jego nie ma w ciągu roboczego tygodnia a ruda bękarcica wyjeżdża z miasta na weekendy to nieco komplikuje to możliwości ponownego spotkania.

- Jasne, nie przejmuj się. Też jestem trepem. W środę za tydzień brzmi świetnie! - Wilson roześmiała się wesoło, objęła go i ucałowała. On poklepał ją po tyłku, ona jego, oboje znów się roześmiali no i odkleili od siebie. Machnął im jeszcze posyłając swój zadowolony, ciepły uśmiech i odwrócił się w stronę jednostki ruszając do wartowni.

Nie uszedł daleko, gdy za plecami usłyszał krzyk saper.
- Ej Tygrysku, nie pomyliło ci się coś? - razem ze słowami zlało się szybkie stukanie obcasów po chodniku, a gdy się odwrócił coś czarnego i koronkowego oplotło mu się wokół karku. Coś, co przy bliższym zapoznaniu okazało się pończochą. Mazzi trzymała za jeden koniec, właśnie łapiąc drugi i pociągnęła mocno przyciągając jego kark do siebie. Sama stanęła na palcach, więc spotkali się w pół drogi zderzając ustami. Tym razem mało było w tym subtelności, więcej głodu i kotłujących się tuż pod skórą emocji i hormonów parujących z jeszcze nie przetrzeźwioniej głowy.

Chyba nie do końca tego się spodziewał chociaż odwrócił się na ten krzyk i stukot zbliżających się obcasów. Ale tej pończochy to chyba się nie spodziewał. Jednak jak przystało na komandosa szybko się znalazł właściwą strategię działania. Na tak napastliwy atak odpowiedział własnym. Złapał za kobiece udo unosząc je gdzieś do swojego biodra a drugą dłonią objął kark i zanurzył palce w czarnych włosach. Całował mocno, zdecydowanie i szaleńczo jakby się mieli spotkać nie wiadomo jak i kiedy. Gdy Lamia zakotwiczyła się swoim udem gdzie trzeba złapał ją jak jakiś filmowy amant, przechylił w pół i całował do końca. Do utraty tchu. Po czym przestał, z bliska puścił jej oczko i uśmiech.

- No. I taką chcę cię zapamiętać. - powiedział cicho, pacnął ją palcem w czubek nosa i się wyprostowali. Zarzucił sobie pończochę na szyję jakby to był elegancki szal po czym cofnął się tyłem krok i drugi nim się odwrócił i pewnym krokiem ruszył ku wartowni. Dopiero gdy zniknął za załomem rudzielec razem z blondynką wzięły saper pod ramiona i poprowadziły tę trzecią z powrotem do vana aby już nie szczerzyła się i nie machała w próżnię.


- Ty to masz rękę ja to bym to przegapiła. - zaśmiała się Wilma jadąc już przez miasto. Już nie było tak wcześnie jak jechały do jednostki to i gwarniej i tłoczniej się zrobiło na ulicach. A i trójka dziewczyn Krótkiego miała jeszcze czas aby się pozbierać na parkingu po jego odejściu a potem przez drogę powrotną do miasta. No i jak już były z powrotem ubrane w swoich płaszczykach i tak siedziały znów we trzy obok siebie to okazało się, że Eve nie na darmo jest fotografem i operatorem kamery a nawet reporterką. Starczyło jej refleksu i trzeźwości umysłu aby nagrać to pożegnanie Lamii i Steve’a przed bramą no i co chwila je oglądały przed ruszeniem w drogę i po. No Wilma z racji tego, że prowadziła to najmniej ale pozostałe dwie jej dziewczyny mogły się cieszyć tym nagraniem do woli.

- Oj po prostu miałam smartfona pod ręką, żadna sprawa. - powiedziała skromnie blondynka ale chyba przyjemnie jej się zrobiło, że rudzielec to doceniła.

- To jak będziesz jechać to się zatrzymaj przed ratuszem. O. Albo przed lodziarnią! To ja tam szybko skoczę do swoich, powiem, że spadam i tyle mnie będą widzieć. - powiedziała szybko i gładko jakby to jej parę chwil miało zająć w tej redakcji i potem znów mogłaby wrócić do swoich dziewczyn.

- A nie chcesz żeby się z tobą przejść, Kociaczku? - Mazzi przetrzeźwiała na tyle, by nie gapić się już w ekran jak ciele na malowane wrota, tylko po prostu sobie tak o, patrzyła na ich żołnierzyka z pończochą na szyi i dodatkiem z weterana na przodzie munduru...eh, Steve.
Westchnęła, wracając do mniej więcej realiów aktualnych i odpaliła dwa papierosy. Jeden z nich wylądował u rudzielca na wardze.
- Może masz coś do przeniesienia, albo zobaczymy potem czy ten twoj spec od radia znalazłby dla nas chwile jakoś w nastęnym tygodniu czy coś - łypnęła na drugą bękarcice z ukosa - Zresztą lać mi się chce, a nie będziemy tak Willy samej zostawiać.

- No właśnie. Bo znasz się na radiach? - Wilma skinęła głową potwierdzając słowa czarnowłosej bękarcicy a blondynka roześmiała się i potrząsnęła głową, że nie. - No właśnie. To my to mamy z Lamią obcykane to sobie z nim pogadamy. Będziemy wiedzieć co mówi. Mówiłaś, że jak on się nazywa? - kierowca spojrzała w bok na siedzącą z drugiego brzegu reporterkę. Już wjeżdżały na ulicę jaka prowadziła na plac.

- Sean. Lubię go. Tylko… No wiecie on to chyba nie wszystko ma tam na tip top z prawem. Mówił, że wojsko czy policja to by mieli wąty jakby się dowiedzieli, że ich podsłuchuje. - blondyna pokiwała głową ale dała znać, że jest pewne “ale” co do tego radiowego tematu jej kolegi z pracy.

- Spokojna głowa. Nam potrzebne tylko radio. Zwisa nam co on tam ma i kogo podsłuchuje. Nawet nie musi nam swoich dawać czy pokazywać, możemy kupić od niego czego nie potrzebuje albo niech nas podeśle do kogoś. Bo byśmy miały jedno CB tutaj, drugie w domu no i zobacz, już byśmy mogły sobie nawijać do siebie. - Wilson gładko zagadała Anderson tak, że ta ze zrozumiem kiwała blond kędziorkiem dając znać, że to ją uspokaja i ma do nich zaufanie.

- Dobrze to was przedstawię. Powinien już być. On właściwie to jest u nas dozorcą. - dała znać, że się zgadza a kierowca zaczęła szukać miejsca do parkowania. Znalazła gdzieś w połowie drogi między lodziarnią a ratuszem.

- Dozorca? - uniosła pytająco brew i pokiwała głową zadowolona - Czyli ma gdzieś swoją cieciówkę, aby zejść ciekawskim z oczu i uszu, zajebiście! - zatarła ręce, puszczając chmurę dymu pod sufit i potarła ramię obejmowanej blondynki - To pójdziemy z tobą na górę jakby się jakiś frajer miał sapać to dostanie kolanem w wątrobę i się go zglanuje - wzruszyła ramionami z miną że żaden problem - A potem zajdziemy do Seana... i w sumie jak jesteśmy w okolicy to zajrzymy jeszcze do sklepu ze szpejem Posterunku, dobrze? - łypnęła po obu dziewczynach i dodała - Miałam wpaść w środę bo może już będzie gotowy jeden gambel co go zamówiłam i przy okazji byśmy się spytały o te wodoodporne nokto, skoro i tak jesteśmy w okolicy - pyknęła znowu fajkę i dmuchnęła dymem do góry - A w ogóle to co dalej robimy? Gwiazdka odwozi swoje foczki na kwadrat, Kociaczek zostaje aby pokazać Oliemu i jego kumplowi na czym sytuacja stoi, a jeden czarny kurw idzie robić dobre wrażenie pod Hammond? Czy chcesz sama jechać? - tu popatrzyła na rudzielca - A my w tym czasie z Kociaczkiem ogarniemy Oliego i pojedziemy na ten budowlany targ kompletować szpej do remontu i meble?

- Oj nie mów tak brzydko o sobie Lamia. Jesteś najpiękniejsza na świecie! I najbardziej fotogeniczna! - Eve prychnęła jakby chciała się nadąsać za taki język ale zaraz objęła mocno czarną bękarcicę i pocałowała też mocno.

- No i ty też Willy! Ciebie też kocham! - szybko dodała jakby sobie uzmysłowiła, że są we trzy a nie dwie.

- Ja was też moje wy śliczności. A teraz wysiadka, muszę zamknąć furę. - ruda pogoniła je z auta aby mogła je zamknąć i chwilę potem szły we trzy stukając obcasami po placu.

- Myślę, że do tego sklepu budowlanego to lepiej pojechać naszą furą. To może ja pojadę z Lamią. A ty Eve ich przypilnujesz na chacie. Będzie pewnie trzeba coś załadować z tych farb i resztę to fura jest w sam raz. - zaproponowała swoje rozwiązanie spoglądając w bok na obie kobiety.

- No dobrze to ja zostanę z Olim a wy jedźcie. Jak będziecie wracać z Hordmodon to możecie zajechać do tego sklepu. - fotograf zgodziła się na taki plan ale jeszcze spojrzała na tą trzecią jak ona się na to wszystko zapatruje.

-Jezu, Ev...i jak ja mam mieć przy tobie kompleksy? - saper zaśmiała się, mocno obejmując blond słoneczko i naprawdę zrobiło się jej miło. Stały tak wklejone w siebie póki Wilson nie zakluczyła klapy i nie dołączyła na trzecią do grupowego przytulasa.

-Dobra, może być. Dla mnie w porządku - pocałowała obie dziewczyny i dodała do tej jaśniejszej - A ty w tym czasie poszukaj mi pędzli, farb i płótna, mówiłaś że są gdzieś w rupieciarni przy studio. Wrzucimy do pustego pokoju obok tego Tygryskowego. Przydadzą się... i więcej farb - westchnęła - Zdecydowanie więcej farb, ale to potem. Teraz, kompania, cycki do przodu i wymarsz! Kierunek ratusz!

- Ta je! - Wilson zawadiacko zasalutowała i faktycznie wyprężyła swoją klatkę piersiową. Widząc to Eve postąpiła podobnie i w takiej wesołej atmosferze wspięły się po kilku schodkach jakie prowadziły do głównego wejścia ratusza. Potem był hal jaki Lamia poznała bo tutaj też przychodziła po swoje tygodniówki jako emerytowany weteran wojenny. Tylko szło się tam dalej po schodach. Blondynka co powinna się najlepiej z ich trójki orientować w tym lokalu zatrzymała się jednak rozglądając się gdzieś po kątach.

- O! Jest Sean! To tamten w gablocie. Chodźcie, przedstawię was. - powiedziała raźno biorąc każdą z nich pod ramię i prowadząc do jakiejś przeszklonej budki wyglądającej jak okienko informacyjne no albo cieciówka. Anderson jednak podeszła do drzwi omijając okienko i zapukała. Już przez szyby widać było mężczyznę. Niezbyt duży ani mały. Nieco pulchniutki o szatynowych włosach i łagodnej twarzy. Pomachał do Eve gdy ta go mijala jeszcze przez szybę ale widząc, że coś chce wstał, podszedł do drzwi i szczęknął zamkiem. Po chwili stał w progu naprzeciwko trójki młodych kobiet w kusych płaszczykach, pończochach i szpilkach. I chyba usilnie próbował się nie gapić zbyt nachalnie i być naturalnym.

- Cześć Eve. - przywitał się chyba nie bardzo wiedząc na co się zanosi. Spojrzał na dwie jej towarzyszki po każdym jej boku.

- Część Sean! Poznaj moje dziewczyny. To jest Lamia a to jest Wilma. Widzisz? Mówiłam ci, że mam kogoś! No Steve’a nie ma bo jest w pracy. Ale właśnie od niego wracamy, nic mu nie jest, dobrze go było znów zobaczyć! Aha, Sean my szukamy jakiegoś radia. Coś byś wiedział jak można jakieś znaleźć gdzieś? Dziewczyny ci to dokładniej powiedzą bo ja akurat na radiach to się nie bardzo znam a one wiedzą o co chodzi. - blondynka ćwierkała rozkosznie i radośnie. Widać było, że ten niepozorny mężczyzna musiał jakoś zdobyć jej sympatię jak się tak śmiało chwaliła i swoimi dziewczynami i chłopakiem nawet jak go teraz z nimi nie było. A Lamia złapała dyskretne, ulotne spojrzenie drugiej bękarcicy gdy Eve tak radośnie podkreśliła, że jednak kogoś ma.

- Aha. Radia? Aha. No tak. A to co właściwie szukacie? - Sean chyba próbował jakoś wyjść na prostą od tych rewelacji bo zaczął od tematu w jakim czuł się pewnie najlepiej. Trochę się zarumienił i przeczesał palcami rzedniejące włosy zerkając po trochu na całą trójkę jakby nie był pewien do której powinien mówić.

-Oczywiście że nic mu nie jest, przecież to nasz Tygrysek. Zawsze spada na cztery łapy i pręży dumnie ogon - Mazzi mruknęła do blondyny, pocierając nosem jej skroń, a potem założyła najbardziej czarujący ze swoich uśmiechów i wychyliła się, cmokając dozorcę w policzek.
-Miło cię poznać, Eve nie mogła się ciebie nachwalić. Bardzo cię lubi, chyba wiem dlaczego - zmrużyła jedno oko - Wyglądasz na porządnego gościa, do tego z głową na karku. Słuchaj, jesteśmy w rozjazdach, takie życie i niestety nie zawsze dajemy radę się spotkać w jednym miejscu. Na przykład Willy często wypada z konwojami w trasę, więc by się nam przydało mieć ze sobą kontakt. Krótkofalówki odpadają bo to badziew i na większe odległości nie zdają rezultatu, ale radio cb, albo plecakowe lub radiostacja pokładowa byłyby jak znalazł. Coś o zakresie częstotliwości pracy 30,000 – 87,975 MHz i mocy 25, albo i 50W. - westchnęła cicho - Wiemy że do tego są potrzebne papiery, pozwolenia i inne pierdoły, ale przychodzimy z przyjacielską prośbą. Poratujesz damy w opresji? - spytała patrząc mu prosto w oczy - Wiesz jakie mamy czasy i jak to jest jak się nosi na grzbiecie mundur. Bywa różnie, a tak przynajmniej byłybysmy spokojniejsze, wiedząc że wszystko u nas po obu stronach gra i buczy.

- Aha. Takie coś. - Sean skinął głową gdy rozmowa wróciła na bardziej stabilne i znajome tematy. Spojrzał na roześmianą blond koleżankę z pracy co wyglądała jak najszczęśliwsza blondynka w mieście. A ta chyba nieco opacznie zrozumiała jego spojrzenie.

- Dobrze to wy tu sobie pogadajcie o tych radiach a ja szybko skoczę na górę, powiem, że mnie nie będzie i już do was wracam! - oświadczyła radośnie cmokając w policzek każdą ze swoich dziewczyn a Wilma szybko rzuciła kontrolne pytanie na Lamię.

Nigdzie jednak daleko nie udało się jej odskoczyć, bo po błyskawicznej wymianie spojrzeń obie bękarcice zakleszczyły ją między sobą, obejmując w pasie i przyciskając do swoich boków.

- No chyba cię gnie Kociaczku jeśli myślisz że cię puścimy gdzieś samą... zwłaszcza w tym co masz pod spodem. - saper wymownie łypnęła w dekolt kusego płaszczyka blondyny, ściągając usta w dzióbek i marszcząc nos - Jesteś naszym słodkim milionem gambli, nie możesz się tak bezpańsko szwendać. Jeszcze się jakiś szmaciarz nawinie i nie da spławić, to go będzie trzeba obić. A dopiero co rano paznokcie robiłam, poza tym Willy musi odpocząć przed trasą i nie mamy odpowiedniego obuwia żeby delikwenta zglanować to się jeszcze bidulka spoci i po co? - pocałowała ją czule i domruczała - Poczekaj chwilkę, nie pali się. Ogarniemy tu z Seanem i pójdziemy na górę. Może po drodze pokażesz nam gdzie ta toaleta, hm? - nachyliła się, doszeptując resztę - Taka odpowiednio brudna.

- Oo, taka? Aha, no taka… No tak to… No dobra to ja tu z wami poczekam, nie pali mi się, mogę tam pójść za chwilę. - Lamia miała wrażenie, że od jej słów, dotyku i spojrzenia Eve daje się jej lepić ja rozgrzany wosk. A w oczkach pojawiło się takie mokre spojrzenie sugerujące, że może nie tylko w oczkach zaczyna jej się robić mokro. Zwłaszcza, że Wilma też ją przytuliła od tyłu więc się blondynka zrobiła w samym ich środku. I zdradzała takie podekscytowanie, że musiało jej się to strasznie podobać.

- Ano właśnie… Bo tym razem zapomniałyśmy zjechać na pobocze. Jak ostatnio. No ale to z tą toaletą to tak, ja wam wszystko dam i pokażę. - sapnęła Eve zerkając obiecująco to na jedną to na drugą swoją partnerkę. Trochę tak jakby nawet była gotowa spławić Seana i właściwie całą resztę byle tylko zostać sam na sam ze swoimi dziewczynami. No ale Sean był i patrzył i słuchał i znów nie wiedział gdzie oczy ponieść.

- To miałbyś coś takiego Sean? - zapytał rudzielec widząc, że już ich blondyna opanowała się na tyle by zamilknąć i tylko cieszyć się ich bliskością i dotykiem.

- Eee.... Tak, chyba tak… To rozumiem byście chciały coś tak na całe miasto? I może okolice? - zapytał na wszelki wypadek a Wilson skinęła głową zerkając na drugą bękarcicę.

- Tak, chodzi nam o radio. Jakąś antenę to najwyżej same z Rybką zmontujemy. Nic trudnego. No ale musimy mieć radio. Miałbyś coś takiego? - rudzielec złapała blondynę w opiekuńczych objęciach splatając swoje dłonie na jej brzuchu.

- Musiałbym zobaczyć. Mógłbym mieć. - bąknął radioamator znów przeczesując swoje przerzedzone nad czołem włosy.

- No byśmy mogły odkupić od ciebie jakby ci to nie było potrzebne. - zaoferowała Eve nie chcąc chyba aby pomyślał sobie, że chcą od niego coś wyłudzić. Wilson gładko potwierdziła jej słowa kiwaniem głowy. To samo zrobiła Lamia.

- Aha. No ja mam jedną. Ale to dawno jej nie używałem. Musiałbym sprawdzić czy działa i czy się nadaje. To nie wiem… Może na jutro? Jakbyś Eve przyszła jutro to bym ci powiedział czy z tego radia coś będzie. - wieść, że nie chcą tego za darmo chyba go uspokoiła i zwrócił się do nich pytająco czy mogą pójść na taką opcję o jakiej mówił.

Brzmiało legitnie, czarnowłosa głowa pokiwała powoli na zgodę.
- Super, będziemy wdzięczne. - Zobacz co tam masz, nawet jak nie będzie w pełni sprawne to sypniesz garść części i same je już w domu naprawimy. Jesteś kochany, dzięki - dziewczyna wyszczerzyła się do Seana i łypnęła na rudzielca - W razie czego pokombinujemy na spokojnie z szyfrowaniem, ale to w swoim czasie. Jutro podejdziesz tutaj, dobrze? - następnie zwróciła się do blondynki, głaszcząc ją wierzchem dłoni po żuchwie - Odstawimy Gwiazdkę do jednostki i przyjedziemy obie. Skoczę przy okazji do porucznika zdać mu papiery. Tylko mi przypomnij, bo wiesz że mam dziurawą pamięć.

- Dobrze, to przyjedziemy razem. - grzecznie zgodziła się reporterka “Daily Sioux” promieniując swoim blond szczęściem.

- Dzięki Sean. Bardzo nam pomogłeś. To dziewczyny wpadną do ciebie jutro. A my musimy już spadać bo nas strasznie ciśnie w kroku. - elektronik powiedziała wdzięcznie i wymownie spięła ze sobą kolana i wsadziła pięść w podołek jakby ją już strasznie spinało w tym kroku. Chociaż może niekoniecznie to co zwykle się określało w takich sytuacjach.

Pomachały mu jeszcze na pożegnanie i raźno ruszyły strzelając obcasami do góry. Tam Eve przejęła rolę przewodniczki i skierowały się jakimiś korytarzami do drzwi z napisem redakcji w jakiej pracowała.

- To tutaj. Tu pracuję. To tylko im powiem, że spadam na miasto i pocztę zobaczę czy coś jest i już jestem wasza! - Anderson machnęła pokazując jedne z wielu drzwi na tym korytarzu. A, że było to jej biuro potwierdzał napis z jej nazwiskiem. Otworzyła je i weszła jak do siebie. Zachłysnęła się i podskoczyła trochę gdy Lamia trzepnęła ją znienacka w jej zgrabny tyłeczek. Aż się odwróciła do niej uśmiechając się z zadowolenia. Ale już były w środku. Wilma zamykała ich mały pochód i została przy drzwiach. W środku nie było to pokaźne pomieszczenie. Do tego centrum było zajęte przez cztery złączone biurka. Z czego jedno, najbliższe drzwi było puste i chyba nikt tu nie urzędował. Do kolejnego podeszła blondynka w kusym płaszczyku a naprzeciwko siedziało dwóch mężczyzn w koszulach i marynarkach. Spojrzeli zdziwieni na taką procesję ale chyba im się spodobało, że takie ślicznotki stukające obcasami ich odwiedziły.

- Dzień dobry chłopcy. Poznajcie się. To jest Lamia i Wilma. Moje dziewczyny. Steve, musiał zostać w pracy ale może kiedyś go poznacie. A to jest Martin i Erik. Pracujemy razem. - Eve ćwierkała wesolutka jak skowronek gdy nachyliła się nad jakąś przegródką w swoim biurku sprawdzając papiery. Brzmiało naturalnie i po przyjacielsku. Tak właśnie wypadało się zapoznać jak jest okazja kolegów z pracy i swoją dziewczynę czy dwie. A jednak gdzieś tam przez skórę Lamia wyczuła, że Eve jest dumna jak paw i udało jej się wcisnąć mściwą satysfakcję. I zresztą na jej kolegach też to było widać bo spojrzeli szybko na siebie zaskoczeni takimi wieściami. Obaj musieli być w podobnym wieku co blondynka, może nieco starsi. Z czego Martin co siedział naprzeciwko Eve wyglądał całkiem nieźle a Erik był pulchnym pączkiem przy którym Sean wyglądał jak chudzielec.

- No to miło nam was poznać. - skinął im głową Martin co sprawiał wrażenie bardziej wygadanego. Erik tylko coś mruknął potwierdzającego i pokiwał głową.

- Cześć chłopcy, więc to o was Kociaczek mówił że razem pracujecie - saper jak gdyby nigdy nic podeszła do wolnego biurka i usiadła na nim, ściągając sobie na kolana rudowłosą ślicznotkę. Objęła ją ramionami w pasie gdy ta usiadła i nadawała dalej wesołym tonem. - Ale tu macie piekarnik, nie gorąco wam? Przecież to się idzie ugotować - lekko ścisnęła Wilmę w pasie, posyłając jej psotne spojrzenie, nim nie wróciła uwagą do dwóch kolesi za biurkami, następnie rozejrzała się ciekawie po pokoju.
-Więc tak Kociaczku pracujesz... nieźle. Lepsze niż koszary albo okopy. Ty to wiesz jak się ustawić - posłała blondi całusa, bujając rudzielcem na kolanach - Trzeba ci coś przenieść? Nie ma sensu żebyś sobie tą śliczną dupeczkę nadwyrężała, bo jak Tygrysek zleci z jednostki do domu to będzie niepocieszony - zrobiła smutną minę - I wcale mu się nie będę dziwić.

- No rzeczywiście jakoś tu gorąco. I te schody jakieś takie strome i długie. Cholera na zewnątrz było jakoś chłodniej. - Wilma wymownie powachlowała się ale nie pomogło bo rozpięła jeden i drugi guzik swojego płaszcza ujawniając całkiem ciekawy dekolt. Zwłaszcza, że poza biustonoszem i resztą bielizny to nic pod tym płaszczem nie miała więc widoki były całkiem ciekawe. Nie tylko dla Lamii no ale ta miała z nich wszystkich najlepsze widoki. Eve aż zacisnęła mocno usta aby się nie roześmiać i spojrzała na swoich kolegów. Ci zaś mieli miny podobnie jak przed chwilą Sean. Ale nagle Lamia dojrzała jak coś przykuło uwagę blondynki. Coś na biurku Martina.

- Lamia a tobie nie jest gorąco? - reporter zapytała patrząc i pytając ją niewinnie ale jakby chciała aby jej było podobnie gorąco jak rudzielcowi.

- A daj spokój... - jęknęła, aby nagle domruczeć niskim tonem - Jestem cała mokra... - na potwierdzenie tych słów zdjęła Wilmę z kolan, sadzając ją obok siebie i rozpięła płaszcz, guzik po guziku, aż poddał się całkiem, rozchylając na boki i pokazując strój pokojówki z ultrakrótką skórzaną mini z fartuszkiem i podobnie gorsetowym stanikiem jak miała Wilma.
- No spójrz Gwiazdko, mówiłam że jestem cała mokra - poskarżyła się Wilson, przejeżdżając palcem po dekolcie. Następnie mokry od potu palec podetknęła jej prosto pod usta.

- Ojej biedactwo jeszcze mi się tu przeziębisz zaraz. - Wilma troskliwie pogłaskała Lamię po policzku a potem przejechała palcami przez jej czarne włosy jednocześnie biorąc w usta jej podstawiony palec. Po czym spojrzała na przeciwną stronę biurka i z premedytacją zaczęła obciągać tego palca. W górę i w dół. Panowie poczerwienieli jak buraki ale nie mogli oderwać wzroku.

- Bo ten… To ja… To może… Bo my tu okno mamy. I no… Można otworzyć… - Martin próbował być męski i zdecydowany i pomocny. Ale był niejako na rozkroku. Bo okno było po przeciwnej stronie niż widowisko na pustym biurku więc musiałby się poświecić i coś przegapić. Na szczęście mieli w biurze blond koleżankę.

- Ja otworzę! - zaoferowała się Eve prawie zrywając się do tego okna. Co panowie przyjęli z ulgą bo nie musieli się oderwać od tych pół rozebranych dziewczyn na biurku co się tak seksownie zaczynały zabawiać ze sobą. Blondyna bez problemu otworzyła okno po czym potknęła się i wpadła na biurko zrzucając jakieś papiery Martina na podłogę. To zróciło jego uwagę bo spojrzał na nią ale był trochę rozkojarzony to miał nieco spowolnione reakcję.

- Ojej przepraszam, już poprawiam! Niezdara ze mnie. - Eve machnęła ręką, że nie potrzebuje pomocy i szybko uklękła przy biurku zbierając chyba te papiery. I po chwili już były z powrotem na biurku we właściwym miejscu. Jeszcze tylko fotograf się otrzepała a Lamia zorientowała się, że nagle pod jej biurkiem pojawił się jakiś biały kawałek. Chyba jakiś papier.

- Aha chłopaki ja mam dzisiaj dużo spraw na mieście. To mnie nie będzie. Ten artykuł to ja dokończę w domu. Musze jeszcze jeden wywiad zrobić. No i te zdjęcia obrobię to też będą. - mówiła do nich jakby sobie przypomniała po co tu przyjechała. Siadła na swoim miejscu pakując coś do torby. A jak się schyliła to wpakowała tam też kopertę spod swojego biurka. Po czym wstała, zasunęła krzesło i pomachała im na pożegnanie posyłając słodki uśmiech.
 
__________________
A God Damn Rat Pack
'Cause at 5 o'clock they take me to the Gallows Pole
The sands of time for me are running low...
Driada jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Odpowiedz



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 18:20.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2021, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168