Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Postapokalipsa
Zarejestruj się Użytkownicy

Sesje RPG - Postapokalipsa Świat umarł. Pogodzisz się z tym? Położysz się i umrzesz przygnieciony megatonami, które spustoszyły Twój świat, zabiły rodzinę, przyjaciół, a nawet ukochanego psa? Czy weźmiesz spluwę i strzelisz sobie w łeb bo nie dostrzegasz nadziei? A może będziesz walczyć? Wstaniesz i spojrzysz na wschodzące słońce po to, by stwierdzić, że póki życie - póty nadzieja. I będziesz walczył. O przyszłość. O jutro. O nadzieję... Wybór należy do Ciebie.


Odpowiedz
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 02-09-2018, 01:39   #1
Majster Cziter
 
Pipboy79's Avatar
 
Reputacja: 51433 Pipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputację
[Neuroshima] Bękart Diabła

Ciemność. Ruch, podmuch powietrza, huk rozdzierający bębenki, ramię desperacko próbujące zasłonić twarz, pędzący gruz, fala uderzeniowa nicująca ciało i ciemność. Ruch, pochmurne niebo, głowy dookoła. Podskakują, biegną, niosą ją, coś krzyczą. I ciemność. Ruch. Ciężarówka. Plandeka ciężarówki, nosze, kolejne, zakrwawione bandaże, puste spojrzenie faceta obok, dłoń jaka zamyka mu te oczy, skrzypienie pojazdu i ciemność. Światła na korytarzu, znowu ruch, ale tym razem płynny. Ludzie ubrani na biało, z krwawymi plamami. Coś krzyczą. Do niej? Do kogoś? Do siebie? I znów ciemność. Sufit, jasne kotary wzdłuż łóżka, kroplówki podpięte w żyły i znów ciemność. I obraz. Obrazy. Między tymi obrazami. Pomiędzy ciemnością a kolejną ciemnością.


---



Dłonie. Chyba jej dłonie. Brudne, zakurzone, pokaleczone. Pewnie od tego gruzu. Tego w którym grzebią. Gorączkowo, pośpiesznie. Bolą. Nie tylko one. Ale trzeba się śpieszyć. Nie ma pojęcia dlaczego ale wie, że trzeba się śpieszyć. Więc odrzuca i odgarnia ten gruz, te kamienie, i kolejne bryły zbrojonego betonu. Czasem w desperacji wstaje i pomaga sobie nogą usiłując któryś zepchnąć czy odepchnąć. A potem znów wraca na klęczki i pokaleczonymi dłońmi stara się…

I znak. Jak neon albo jakiś napis. “FARGO”. Ułożone w pionie. Nazwa coś jej mówi. Ale umyka jej gdzieś na pograniczu pamięci i świadomości. Ale jest ważna. Jest ważna bo… No nie pamięta… Ale pamięta, że jest ważna. Tam się coś stało. Albo stanie. Czas. Czas, czas, czas, czas… Czas! Ucieka! Zostało tak mało! Ale nie pamięta do czego… A może źle pamięta?

Twarz. Mężczyzna. Starszy, sucha, zasuszona twarz. Jak strach na wróble. Jest rozgniewany, wściekły. Wskazuje właśnie na nią. Krzyczy coś. Ma broń w rękach i odznakę szeryfa w klapie. Inni też mają broń ale bez odznaki. Słuchają. Wyczuwa nieprzyjemną niechęć skierowaną do siebie. Jest też inny facet. Stoi plecami do niej. Też w mundurze. Już sama nie wie czy ten stary krzyczy do niej czy do niego. Może do ich obojga?

Biegną. Ona wraz z nimi. Z sylwetkami w mundurach. Jakaś zagracona ulica, brzydkie, szare, pochmurne niebo, dymy, dużo dymów. Dobiegają do rogu budynku. Ona i jeden z żołnierzy lustrują ulicę. Dym. Dużo dymu. Słabo widać. Daje jej znać, że ma biec pierwsza. Reszta będzie ją osłaniać. Wybiega na ulicę. Kilkanaście metrów, chodnik, spękany brudny asfalt i chodnik po drugiej strone. A nerwy napięte do granic możliwości. Żołądek się kurczy jakby spodziewał się uderzenia. Już połowa! A jeszcze żaden strzał nie padł! Chodnik! I jest! Przebiegła! Jest po drugiej stronie! Zatrzymuje się i sprawdza. Nadal pusto. Daje znać reszcie. Kolejny żołnierz wybiega z kryjówki. Ona go osłania ze swojego zaułka a reszta ze starego. Chodnik, połowa ulicy, drugi chodnik. Ostatnie kroki! I nagle ruch! Jakby jakiś fragment gruzu ożył. Szczęka rzuca się na twarz żołnierza. Wgryza się w nią, żołnierz szaleńczo się miota próbując ją ściągnąć z siebie, i szaleńczo wyje gdy stal zaciska sie na skórze, mięśniach i ścięgnach głowy. Zatrzymuje się dopiero na kości ale i tą materię jest w stanie pokonać. To tylko kwestia czasu.

Rozbite okno. Biurko. Sus za biurko. Kolana obite ochraniaczami łagodza uderzenie o starą, zakurzoną podłogę ale golenie dostają swoje. Podobnie skóra na dłoniach nieprzyjemnie sie ociera nawet mimo ochronnych rękawic. Ale to wszystko nic. Przez okna słychać dudnienie czegoś ciężkiego. I zaraz potem budzący grozę syk. Do środka wdziera się struga żelowatego ognia. Świat w tej sali pełnej ławek staje w płomieniach. Kolejna struga. I jeszcze jedna. Krzyczy. Kaszle. Oczy łzawią. Wypluwa własny oddech. Ogień pożera tlen. Dusi się. Z trudem wstał podpierając się o biurko za jakim się chowała. Dusi się. Kaszle. Żar zdaje się wypalać oczy. Widać ściany, biurka, krzesła. Wszystko w płomieniach. Dym gryzie w oczy. Nie ma jak oddychać. Nie ma ucieczki!


---



Ruch. Ciemność. Światło. Więzy. A nie. To ktoś ją trzyma. Przytrzymuje. Uspokaja. Coś mówi. Co? Że już dobrze. Że to tylko zły sen. Mija. Oddech uspokaja się. Łóżko. Siedzi na łóżku. Chyba w szpitalu. Pewnie tak bo przytula ją jakaś pielęgniarka. Starsza o rysach topornego, naturalnego ciepła i pulchnych ramionach. Wydaje się naturalnie przyjemna, miękka i ciepła. W końcu ostrożnie kładzie ją z powrotem do łóżka. Prosi by się przespała. Bo musi odpocząć. I nabrać sił. Mówi jak ma na imię. Kilka razy. Ale wszystko się zamazuje, nie jest w stanie zapamiętać ani słowa poza ogólnym sensem tego co mówi. Wreszcie czuje pod głową poduszkę, pod sobą łóżko a pielęgniarka nakrywa ją kołdrą i opiekuńczym gestem ociera twarz z włosów. Pokazuje na mały dzwonek przy łóżku i mówi, że wystarczy zadzwonić to przyjdzie. I znów ciemność. Sen. Tym razem bez snów, bez obrazów.


---



- Dzień dobry Lamio. - facet, w średnim wieku. W mundurze porucznika. Orientuje się, że jak na jego wiek to dość niski stopień jak na zawodowca. Wcześniej znów była pielęgniarka i zapowiedziała gościa. Właśnie jego. Porucznik Rodney. Dziś czuje się dobrze. Z każdym dniem jest trochę lepiej. Mniej śpi, zaczęła jeść samodzielnie, korzystać z ubikacji więc przy okazji zorientowała się, ze jest w jakimś szpitalu. Rehabilitacyjnym, na dalekim zapleczu frontowym. Żaden przyfrontowy nie mógłby sobie pozwolić na taką czystość i luksusy. Wiec widocznie ktoś tam uznał, że jest już w na tyle dobrym stanie by się nadawać do rozmowy. Właściwie należało się tego spodziewać.

- Nazywasz się Lamia Mazzi? Starszy sierżant. Bękarty Diabła. - zapytał siedząc po drugiej stronie stołu. Na stołówce. Ale o tej porze była właściwie pusta. Od tego zaczął. Od samych podstaw. Zgodnie z procedurami. A potem nieśpiesznie zaczął zadawać kolejne pytania, czasem coś zapisując w swoich papierach. Ilu was było? Czy uratował się ktoś jeszcze? Pamięta jakie mieli zadanie? Czy udało się je zrealizować? Facet był cierpliwy i spokojny. Nawet jak nie potrafiła udzielić odpowiedzi na prawie żadne pytanie. Pamiętała wszystko do ostatnich dni, może godzin “przed tym”. Potem zaczynała się jedna wielka dziura w pamięci czasem przetykana jakimiś obrazami które nie układały się w żadną, spójną hsitorię. Właściwie pamietała dopiero teraz, jak się obudziła tutaj, w tym szpitalu. W Sioux Falls. Bywała tu wcześniej parę razy. Ale nie w szpitalu. Dalekie, frontowe zaplecze z licznymi bazami, magazynami i szpitalami właśnie. Oraz rozrywkami gdzie mogli się zabawić frontowcy na przepustkach. Dość daleko od Fargo. Miasto frontowe Fargo, zbyt cenne by się ot, tak wycofać i zostawić je maszynom. Więc się nie wycofywali. Maszyny też. I tak trwał kolejny sezon kampani o Fargo. Tam była. W Fargo. Razem z chłopakami i dziewczynami z Bękartów Diabła.

Czuła przez skórę. Przez mrok niepamięci. Że z resztą nie jest dobrze. Dlatego ten porucznik co z nią rozmawiał pytał się o innych? Bo nie miał już nikogo innego z jej oddziału? Czy może sprawdzał ją tylko? A może to tylko czarne myśli? Przecież chaos nieraz wkradał się w szeregi armii. Może reszta trafiła do innych szpitali i teraz tylko szukają? Porucznik poszedł. Ale powiedział, że wróci za kilka dni. Wiedziała, że wróci. Armia nie lubiła pustych luk w aktach. A na razie miała wolne. Aż do obiadu.

- Wszystko w porządku kochanie? Nie wymęczył cię ten oficer? - Maria, pielegniarka którą była pierwszą osobą jaką zapamiętała po przebudzeniu się w tym szpitalu przechodziła obok ze stertą pościeli w rękach. Zatrzymała się przy jej stoliku patrząc na młodszą i drobniejszą kobietę w szpitalu.
 
__________________
A God Damn Rat Pack

MG pomaga chętniej tym Graczom którzy radzą sobie sami
Pipboy79 jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 02-09-2018, 22:54   #2
 
Driada's Avatar
 
Reputacja: 43038 Driada ma wspaniałą reputacjęDriada ma wspaniałą reputacjęDriada ma wspaniałą reputacjęDriada ma wspaniałą reputacjęDriada ma wspaniałą reputacjęDriada ma wspaniałą reputacjęDriada ma wspaniałą reputacjęDriada ma wspaniałą reputacjęDriada ma wspaniałą reputacjęDriada ma wspaniałą reputacjęDriada ma wspaniałą reputację
[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=eHuqV9hbNN0[/MEDIA]
Trzask zamykanych drzwi, szybkie i energiczne kroki oddalające się od źródła problemu, a w bliższej perspektywie łagodne pytanie, kolejne pytanie, bo przecież jeszcze nie było ich dość. Słowa przelewające się przez czaszkę osiadały w jej zakamarkach tam gdzie strupy i szwy - tuż pod skórą… wciąż bolącą i pokancerowaną. Młoda kobieta w stopniu starszego sierżanta potarła mechanicznie swędzące ramię, skończyło się bolesnym impulsem przeszywającym całą kończynę. Za wcześnie na podobne zabiegi, jednak siła przyzwyczajenia robiła swoje.

Podobno nazywała się Lamia Mazzi, pracowała w wojsku i dochrapała się całkiem wysokiego stopnia jak na młody wiek… za młody w stosunku do poturbowanego na granicy śmiertelności ciała. Siedziała na tej przeklętej stołówce, bo nie miała celu, ani pomysłu co dalej ze sobą zrobić. Ta pustka. Nie da się jej opisać, tylko jej następstwa. Uczepienie się kretyńskiego życia. Bezsilność. Pragnienie przeszłości. Zacząć wszystko od nowa, uniknąć błędów, jakich błędów? Skazany na pustkę? Przeznaczenie. I wszystkie te bzdury. Najmniejszy ruch jest trudny. Oczy wbite w przestrzeń. Obojętność na wszystko… aż do wieczora - wtedy przychodził sen, a z nim korowód koszmarów z których budziła się z krzykiem, nie wiedząc co dokładnie widzi. Miała urywki, mgliste wspomnienia i żadnych konkretów. Zgubiła gdzieś parę ostatnich… świadomych dni, wcześniejsze wspomnienia przykryła mgła. Lamia błądziła w niej niczym dziecko… a dowództwo chciało odpowiedzi których nie pamiętała.
Nie pamiętała, kurwa, prawie niczego poza tym pieprzonym szpitalem.
I wielkim neonem “FARGO” pulsującym w głowie jak ostrzeżenie.

Wreszcie coś w bladej, opuchniętej twarzy drgnęło. W oczach wrócił cień świadomości i jakiegokolwiek życia. Pacjentka przeniosła spojrzenie na anioła w bieli i z czerwonym krzyżem na piersi.
- Ile tu już siedzę? - tym razem to ona zadała pytanie, dorzucając zaraz drugie - Kiedy dokładnie mnie przynieśli?

- No cóż… - starsza z kobiet zastanowiła się nad pytaniem młodszej. Na twarzy pojawił się grymas tego zastanowienia. - Oj dziecko nie jestem dokładnie pewna. Ale ze dwa czy trzy tygodnie pewnie będzie. Zapytaj doktora Brenna. On jest twoim lekarzem prowadzącym, ma kartę pacjenta to na pewno będzie wiedział lepiej. - ciemnowłosa kobieta z siwymi pasemkami w tych włosach odpowiedziała na ile umiała i podpowiedziała dalsze kroki. Doktora Brenna pacjentka też kojarzyła. Przychodził co rano na obchód. W średnim wieku, w okularach, wypisz, wymaluj lekarz z jakiegoś dawnego serialu o lekarzach. Wzbudzał zaufanie i był uprzejmy tą profesjonalną lekarską uprzejmością zarezerwowanych dla kolejnych pacjentów. Niekończącego się korowodu pacjentów. Do dwóch sąsiadów w jej sali, odgrodzonych od niej parawanami też odnosił się podobnie.

- Przywieźli mnie samą? Czy z kimś w pakiecie? - sierżant nie przestawała pytań, przełykając dławiącą kulę uciskającą gardło od środka. Patrzyła przy tym prosząco na pielęgniarkę niepewna, czy po wstaniu da radę utrzymać się sama na nogach dłużej niż minutę - do tej pory taki właśnie miała rekord. Na dobrą sprawę pierwszy raz pozwolono jej wyjść z łóżka na tyle, ale wiadomo. Dowództwo oczekiwało odpowiedzi.
- On… - spojrzenie uciekło jej do drzwi - I tak by mi nie powiedział, a… - zacięła się, próbując dopasować twarze do imion, lecz ich nie miała.. .tych drugich. Z twarzami też było nieciekawie.

- Przyjechałaś w konwoju z północy. Rzadko trafia do nas ktoś w pojedynkę. - Maria popatrzyła na pacjentkę z zastanowieniem. - Myślę, że i tak już długo u nas nie posiedzisz. Twój stan się polepszył. Więc pewnie i tak czeka cię rozmowa z doktorem Brennem. Możesz zapytać go jutro rano przy obchodzie jeśli nie chcesz dzisiaj go szukać. - pielęgniarka przesunęła trzymaną pościel na jedno ramię tak by drugim mogła wspomóc pacjentkę.

Z tym, że pacjentka “ma się lepiej” można było pewnie rozumieć dwojako. Jeśli brać pod uwagę, że już nie traciła przytomności na całe dnie i godziny, zrobiła się prawie samodzielna i mogła się sama poruszać to poprawa na pewno była. Niemniej nie był to stan pełni zdrowia jaki miała “wcześniej”. Dalej miała blizny po oparzeniach na ramionach. Ciągle schodziła z nich skóra więc ciągle je smarowali jakimiś maściami. Musiała wierzyć na słowo, że się goi i wygląda lepiej bo nie miała pojęcia jak wyglądało gdy ją przywieźli. Podobnie we włosach miała wygolone miejsca gdzie były przyczepione plastry i małe opatrunki. Też to miał być postęp bo podobno z początku miała obwiązaną całą głowę. Tego też nie pamiętała. Dalej zdarzały jej się dreszcze czasem tak silne, że przechodziły w drgawki obejmujące całe ciało. Ale znowu miały się zdarzać coraz rzadziej. I stany lękowe. I niejasne koszmary. Wszystko jako pokłosie traumatycznych wydarzeń z których praktycznie nic nie zapamiętała. Zresztą z pamięcią było chyba najgorzej z tej całej listy schorzeń. Nawet te wcześniejsze tygodnie, miesiące i lata miejscami zakrywała mgła niepamięci albo zapamiętałe obrazy miała kłopot poukładać w jakąś sensowną kolejność. Pamiętała jakąś twarz to nie pamiętała imienia. Pamiętała imię to nie mogła do niej przypasować twarzy.

- A ten doktor… doktor… - chciała zadać kolejne pytanie, przecież rozmawiały o ważnym temacie. Zaczęła gadać, szło nieźle. Jeszcze gdy wydobyła z gardła pierwsze dźwięki pamiętała o kogo ma pytać, tego prowadzącego lekarza. Maria o nim wspominała, parę sekund wcześniej. I wtedy pojawiła się ściana, tak po prostu. Luka w pamięci, gdy do jasnej cholery powinna pamiętać, ale tak się nie działo. Przez zmaltretowaną głowę przeszedł grom najpierw irytacji i zaraz rozpalił pożar paniki. Znowu… znowu coś uciekało, gdzieś za drzwiami echo kroków zmieniło się w echo eksplozji. Ktoś krzyczał, ktoś inny płakał i chyba ją wołał… a w nosie czuła ostry zapach napalmu, smaru i krwi. Palonego galaretowatą mieszanką mięsa. Coś ją dusiło, ciągnąć w dół tam gdzie ciemność.
Mrok ciągnął się godzinami, a wraz z nim wróciła trująca mgła, gruzy i niebo sine jak skóra nieboszczyka. Błyski pod zaciśniętymi powiekami, przetykane paroma obrazami których sensu Lamia nie pamiętała… i ten pieprzony strach, że jest za późno. Że coś zaraz się spierdoli. Tylko co? Tego niestety nie wiedziała.
Godziny w dusznym, lepkim koszmarze… a może to były dni? Dla sierżant wydawało się że minęła wieczność zanim otworzyła oczy już spokojnie, chociaż spuchnięte powieki piekły i były mokre, zaś gardło bolało jakby długo krzyczała. I pewnie tak było. Prócz gardła bolało całe ciało, ciepło pościeli wysysało resztki sił. Dało się tylko leżeć i patrzeć w sufit. Przesuwać samym wzrokiem po ścianach. Ile przespała? Która godzina? Chciało się jej wymiotować…zrzyganie się na siebie było upadlające, zwierzęce. Co mówiła Maria, przycisk? Przycisk na ścianie do wezwania pomocy… gdzieś tam był. Musiał. Anioł nie mógł kłamać.

Czekała. Czekała. I słuchała. Facet po lewej stronie zaczął kaszleć. Kaszlał jakby miał płuca wypluć. Co było całkiem możliwe. Jeśli dobrze słyszała nałykał się gazu na Froncie i teraz resztki płuc miał w strzępach. Nie było wiadomo ile jeszcze tak pociągnie. Usłyszała kroki, potem otwieranie drzwi. Jeszcze ze dwa kroki i zza parawanu wyszła pielęgniarka. Ale nie Maria tylko jakaś inna.
- To ty wzywałaś? - zapytała pacjentkę jednocześnie próbując wychylić głowę za parawan na drugiego jej sąsiada by sprawdzić co z nim albo czy to nie on dzwonił.

W głowie Lamii pojawiła się uporczywa myśl, że podmienili pomoc specjalnie, bo ta stara za dużo jej powiedziała… albo minęło dość czasu, aby się zmieniły. Na dokładkę miała obok umierającego.
I nagle nowa myśl pojawiła się w jej głowie, wypierając poprzednią. A może go rozpozna? Cokolwiek, co da punkt zaczepienia, zanim zacznie sie następny napad paniki.
- Maria… skończyła już? - wychrypiała pielęgniarce, podciągając się do pozycji półleżącej na poduchach.
- Rzygać… - dodała już czując falę wymiotów na wysokości obojczyków.

Pielęgniarka była młodsza i szczuplejsza od Marii i obie wydawały się być dobrane na zasadzie kontrastu. Niższa, starsza i pulchna w stosunku do wyższej, młodszej i chudej. Okazała się jednak sporą przytomnością umysłu. Schyliła się i wyjęła spod łóżka pacjentki miskę podsuwając jej pod twarz. Pomogła jej też utrzymać się w pionie by było jej lżej. Odczekała aż torsje przejdą a potem odłożyła miskę na taboret. Ten zaś przysunęła w pobliże zasięgu rąk Lamii.
- Poczekaj chwilę, przyniosę ręcznik. - powiedziała odchodząc gdzieś do szafki w sali. Zniknęła jej z pola widzenia ale nadal słyszała jej kroki i stukot otwieranej a potem zamykanej szafki. Wróciła rzeczywiście z ręcznikiem.

- Tak, Maria już skończyła zmianę. Będzie jutro od rana. - powiedziała podając ręcznik pacjentce na łóżku. - Jak się teraz czujesz? Potrzebujesz jeszcze? - zapytała wskazując głową na miskę.

- Ile spałam? - musiała zapytać, po prostu. Aby wiedzieć, przynajmniej to. Przez całą operację wymiotowania i przytrzymywania czuła się podle. Paskudnie, jak kaleka albo starucha którą trzeba się opiekować bo stoi tuż nad grobem. Niedołężny problem, kupa mięsa, gówna i flaków. Bezużyteczna, nieumiejąca sama ustać na nogach… ani się nawet wyrzygać jak człowiek.
- Dziękuję… - z ręcznikiem przy twarzy pokiwała głową, ze jest w porządku. Poradzi sobie… nie miała odwagi poprosić o wodę. - Lamia… tak - skrzywiła się i zatrzęsła, choć tym razem dreszcz nie przeszedł w dygot - Tak mi powiedzieli…

- Przespałaś obiad. Ale zdążysz na kolację.
- pielęgniarka pokiwała głową odbierając ręcznik. - Zostawię ci tutaj. - dodała kładąc materiał przy ramie łóżka tak by kobieta w piżamie mogła do niego swobodnie dosięgnąć.
- Chcesz wody albo czegoś innego? - zapytała jakby w razie odmowy miała zamiar odejść.

- Doktor… mój doktor. Jest? - tym razem brak nazwiska przełknęła bez paniki… na nią miała ostatnie parę godzin, świetnie. Dwie godziny do obiadu, obiad. Dobrze, że chociaż kolację dostanie. Marzyło się Lamii ciasto, obojętnie jakie byle miało rodzynki. Głupia, infantylna zachcianka nie do spełnienia na razie. - Porozmawiać… chcę porozmawiać. Z nim - dodała, zaciskając zęby i bardzo powoli nabrała powietrza. Odetchnęła porządnie, a potem równie powoli wyprostowała się sama, już bez pomocy poduszek. Co prawda chwiało nią, jednak tym razem nie przewróciła się na powrót na płask. Mały sukces.

- Chodzi ci doktora Brenna? Ale on też jest z porannej zmiany. Będzie jutro rano. Zmieniają się przy obiedzie. Teraz jest już druga zmiana. A o czym chcesz rozmawiać? W tej chwili jest lekarz dyżurny. Jeśli masz jakieś pytania na pewno z tobą porozmawia. - pielęgniarka wskazała głową na drzwi na korytarz. A raczej na parawan za jakimi było łóżko faceta bez płuc i potem drzwi na korytarz.

- Chcę... wyjść. Wracać - sierżant zmrużyła oczy, bo obraz zaczął niebezpiecznie dwoić się jej w oczach. Nie wróciła do pozycji leżącej, nie dopowiadając "zanim wróci tamten porucznik". Do tego wzrok uciekał jej tam gdzie kaszlący. Znała go? Nie znała? Pielęgniarkę też mogła znać... z wcześniej. Był tylko jedne sposób aby sprawdzić.
Zaciśnięcie z bólu zębów, nagła karuzela w głowie i spuszczenie nóg na podłogę. Wpierw jednej, potem drugiej. Wyrzygała co miała w żołądku, przynajmniej nie powtórzy tego przy wstawaniu na własne nogi.
 
Driada jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 03-09-2018, 04:45   #3
Majster Cziter
 
Pipboy79's Avatar
 
Reputacja: 51433 Pipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputację
Tura 2 - Diagnoza

Ciemność. Znowu. Przebudziła się znowu. W tej ciemności. Noc. Już była noc. Ciemno było. Ze swojego łóżka nie widziała okna. Ale i tak widać było, że jest noc. I w tej nocy coś było. Nie była pewna co. Co ją obudziło. Wydawało jej się, że to coś tutaj. Po tej stronie snu. Ten bez płuc tak charczał, że ją obudził? Ktoś krzyczał za ścianą? Na ulicy? Wiatr uderzył w okna? Coś ją zaniepokoiło. Nie była jednak pewna co. Po której stronie snu. Czoło jednak miała mokre od potu. Cała się lepiła od potu. Mimo, że okno było uchylone bo noc była całkiem ciepła. Pościel nieprzyjemnie zdawała się ją więzić w swoim uścisku. To było tylko głupie wrażenie, zaraz po przebudzeniu. Tak? Chyba. Chyba tak. Przecież pościel nie mogła sama z siebie omotać człowieka prawda? No nie. Nie mogła. Sama musiała się zaplątać przez sen a teraz ta pościel zdawała się jej ciążyć i więzić. Tak? Tak, chyba tak.

A jednak było coś jeszcze. Jak zwykle. Odkąd się tutaj budziła. Odkąd pamiętała. Odkąd już pamiętała i co jeszcze pamiętała. Czy kiedyś już tak się budziła w jakieś pościeli? Że nie mogła się z niej wydostać? Gdy dłonie napierały na kołdrę i nie mogły się przebić przez te zasłony? Ale była jeszcze ta druga strona. Druga strona snu.

Znowu nie mogła sobie dokładnie przypomnieć co jej się śniło. Ale to też było niepokojące. Wywoływało jakąś niejasną obawę. Jak przed utonięciem. Jakby się topiła łapiąc ostatni oddech albo jakby coś przygniatało ją coraz bardziej chcąc wydostać z niej oddech. Co to było? Głupi, straszny, bezsensowny senny majak? Zatarte wspomnienie które próbowało się przebić do świadomości? Jeszcze coś innego? Nie mogła z tego wyłuskać nic konkretnego. Tylko te wrażenie pogoni, ucieczki, zaszczucia. Jakby ścigało ją coś strasznego a sama próbowała ze wszystkich sił uciec a ta straszna, nieubłagana siła ścigała ją bezustannie i była coraz bliżej. Czas uciekał, kończył się. Nie miała pojęcia co się stanie jak się skończy ale wydawało się równie straszne jak przygniecenie wieloma tonami skał na dnie bezdennej kopalni albo upadek w bezdenną, straszną czeluść.





Z całego snu zdołała wyłuskać tylko jeden obraz. Jakiś napis. Neon albo podobny znak. Ułożony w pionie, na fasadzie jakiegoś budynku. Była pewna, że to musi być wspomnienie. Że już tam była. Nie pamiętała jak i z jakiej okazji ale przecież na pewno była w samym Fargo. Tego budynku z takim napisem nie pamiętała no ale przecież chyba musiał tam gdzieś być.

Mogła sobie przypomnieć wieczór. Chodziła i poruszała się coraz lepiej. Pielęgniarka sprowadziła lekarza. Kojarzyła go z widzenia ale nie tak jak Brenna. On chyba miał z nią tak samo. Widząc, że nic jej nie dolega, przynajmniej nie bardziej niż zwykle, wyślizgał się z konkretnych odpowiedzi mówiąc, że jest pacjentką doktora Brenna no i on nie będzie mu bruździł. Do rana niech da sobie na wstrzymanie a rano porozmawia z Brennem. Potem oboje z pielęgniarką odeszli. Chyba się zdrzemnęła bo wstała gdy ta sama pielęgniarka stawiała na jej stoliku kolację. W porównaniu do frontowego jedzenia z menażek i konserw to było prawie jak w domu. Talerze a nie menażki, sztućce a nie niezbędniki, przygotowane potrawy a nie racje MRE czy konserwy. Tylko zupa była podobna i jadło się tak samo. Potem znów przysnęła. Obudziła się teraz. W środku nocy. I choć zerwała się szamocząc z tłamszącą ją pościelą i nienazwanym lękiem to zmęczenie wykończonego organizmu wzięło górę i znów zasnęła.

Gdy się obudziła był już dzień. Znowu śniadanie. Znowu Maria. A potem znowu obchód z doktorem Brennem na czele. - Dzień dobry Lamio, słyszałem, że chciałaś ze mną porozmawiać. - powiedział i w przeciwieństwie do poprzednich obchodów tym razem przysunął sobie taboret do jej łóżka i usiadł na nim jakby zaczynała się dłuższa niż zwykle rozmowa. I rzeczywiście trochę zeszło.

- Sytuacja jest trochę skomplikowana ale nie bój się, sprawy mają się coraz lepiej. - zaczął mówić jakoś w ten sposób. Musiał się przygotować albo mieć świetną pamięć bo mówił i mówił zupełnie jakby zajmował się nią od miesiąca. Wedle jego słów tyle czasu tu była. W szpitalu polowym była bardzo krótko, tylko kilka dni. Szpital polowy 571. Rozpoznawała nazwę. To był najbliższy od Fargo szpital polowy do którego zwożono rannych z punktów opatrunkowych i innych improwizowanych ośrodków tego typu. Dopiero poważniej rannych, gdy byli zdolni do transportu a rehabilitacja nie zapowiadała się na kilka dni przewożono na dalsze zaplecze. Często właśnie tutaj czyli do Sioux Falls.

Ją też, gdy tylko udało się zorganizować transport na zaplecze razem z innymi rannymi przywieziono ją właśnie tutaj do Sioux Falls. To wszystko było z miesiąc temu, na początku sierpnia. Teraz był początek września. Dokładniej to piątek rano, 4-go września.

Data wywołała w niej rozkojarzoną myśl jaka wsiąkła zanim jej właścicielka zdążyła jej się przyjrzeć. Ale skoro dziś był 4-ty września to wczoraj był 3-ci września… Nie była pewna co to znaczy. Miała coś zrobić 3-go? Coś zacząć? Coś skończyć? Jakiś etap? Zaczął się? Skończył? Ale musiała dać za wygraną. Nie mogła sobie przypomnieć nic więcej.

Lekarz przerwał swoją relację widząc rozkojarzone spojrzenie pacjentki. Wznowił gdy znów zaczęła poświęcać mu uwagę. A zaczął mówić ciekawe rzeczy bo omawiać jej stan. Ten w jakim ją przywieziono tutaj i ten w jakim była obecnie.

- Byłaś zbyt blisko eksplozji. Pękły ci bębenki. Goją się ale przez jakiś czas możesz mieć jeszcze problemy ze słuchem. Odradzam przebywanie w pobliżu źródeł mocnego hałasu. Im większe i częstsze źródła mocnych dźwięków, jakieś wystrzały, wybuchy, dyskoteki tym wolniej bębenki będą się goić a w skrajnych wypadkach nie zagoją się nigdy a to grozi częściową utratą słuchu. - Brenn pokiwał głową pokazując na swoje uszy. Mazzi nie była pewna jak to jest z jej uszami. Zwykle najczęściej spała a przy tylu innych sensacjach od żołądka do bólów głowy i dreszczy to jakieś zaburzenia słuchu zwyczajnie mogły jej umknąć.

- Ponadto ta sama eksplozja poszatkowała ci ciało. Nie wiem gdzie to się stało ale wyjęliśmy z ciebie całe trzy słoiki kamyków i odłamków. Po większych zostały ci blizny ale z czasem powinny zniknąć lub nie być tak widoczne. Niestety przy takiej ilości drobnicy wbitej w ciało mniejsze fragmenty mogą ci wychodzić przez skórę całymi miesącami albo i latami. - teraz machnął palcem ogólnie na sylwetkę siedzącej na łóżku dziewczyny. No wiedziała, że mówi prawdę na ramionach, szyi, twarzy, nogach miała sporo drobnych blizn. Ale już zdążyły zagoić się i zblednąć. Może w końcu i zniknął.

- Najpoważniejszy uraz miałaś na głowie. Prawdopodobnie hełm ocalił ci życie. Odłamki które trafiły w głowę uderzyły ze słabsza siłą niż gdzie indziej dlatego nie zdołały przebić czaszki. Prawdziwy fart dla ciebie. Inaczej zginęłabyś tam na miejscu. - Brennan wydawał się tym fartem zafascynowany gdy wskazywał na swoim boku głowy miejsce gdzie Mazzi miała wygolone fragmenty włosów i na nich przyklejone opatrunki. - To co zostało wydobyliśmy chirurgicznie. A przy okazji okazało się, że za uchem masz mały otwór w czaszce. Nic wielkiego, można by wsadzić najwyżej szpilkę czy mały gwóźdź. Prawdopodobnie masz to od urodzenia, nie sądzę by to było od tej eksplozji. Ale otwór jest zarośnięty skórą i nie zagraża to twojemu zdrowiu więc nie ma czym się martwić. Myślę, że nawet palcem trudno to wyczuć. - by to zwizualizować wziął jej dłoń, odgarnął jej włosy i przytknął do rzeczonego miejsca. Ale chociaż szukała czegokolwiek to pod palcami czuła tylko kość czaszki tuż pod ciepłą skórą tak samo jak zawsze. Czy ta dziura tam była czy nie to nie czuła żadnej różnicy.

- Zostałaś też poparzona. Nie wiem w jakich okolicznościach ale masz poparzenia I-go i II-go stopnia. Głównie na ramionach. Niemniej rany ładnie się goją. Bardzo ładnie. Więc masz szansę wrócić do zdrowia i może nawet bez szpecących blizn. - tym razem medyk przeszedł do omawiania stanu jej kończyn górnych. Tutaj wydawał się być bardziej optymistyczny i zadowolony z przebiegu rehabilitacji.

- No i toksyny. Prawdopodobnie nawdychałaś się ich tam na miejscu. Może podczas tego pobliskiego pożaru, może przed lub po, tego nie wiem. Przeszłaś pełny proces detoksykacji całego organizmu ale możesz jeszcze przez jakiś czas odczuwać przykre skutki. Albo żołądkowe i kłopoty z przyjmowaniem pokarmów albo działające na układ nerwowy. Chociaż to trochę dziwne bo nie możemy wykryć żadnej znanej neurotoksyny no ale mogła się rozpuścić zanim trafiłaś do nas. Swoją drogą masz zaskakującą treść żołądkową więc te sensacje żołądkowe mogą być efektem jakiś wcześniejszych schorzeń. Bardzo silnie stężony kwas żołądkowy, akumulator można by tym napełniać. - lekarz uśmiechnął się pogodnie jakby chciał tym żartem jakoś uspokoić pacjentkę. Gdy relacjonował stan jej bebechów wydawał się znów mieć przed oczami te wyniki badań bo był skupiony i może nawet zaintrygowany.

- Ogólnie zostałaś poważnie ranna i straciłaś mnóstwo krwi. Kolejne życie zawdzięczasz sprawnej ewakuacji z pola walki i udzielonej pierwszej pomocy. Obecnie jednak twój stan jest stabilny i twojemu życiu nie zagraża już niebezpieczeństwo. Można by rzec, że powinno być już tylko lepiej. Do pełni fizycznego zdrowia powinnaś wrócić w optymistycznym wariancie w ciągu kilku tygodni w pesymistycznym w ciągu kilku miesięcy. - lekarz wydawał się szczerze wierzyć w taką diagnozę ale też wyglądał jakby miał do powiedzenia jeszcze jakieś “ale”. No i miał.

- Natomiast jeśli chodzi o twoją psychikę zdajesz się odczuwać przeciążenie stresem i traumatycznymi przeżyciami. PTSD. Może to być powiązane z amnezją na jakie zdajesz się cierpieć. Bo fizycznie czaszka i mózg nie jest uszkodzona. Przynajmniej na tyle na ile możemy to sprawdzić sprzętem jaki tutaj posiadamy. Czyli sugeruje to inne przyczyny no ale niestety nie mamy wykwalifikowanego psychologa który mógłby się tobą zająć. - lekarz mówił jakby wreszcie mógł wypluć z siebie żabę jaka siedziała mu dotąd w gardle. - Sugerowałby spokój, relaks i unikanie sytuacji stresowych. I porozmawianie ze specjalistą, unikanie toksycznych osobowości i ostatecznie środki farmakologiczne. - poradził kończąc tą część diagnozy.

- Dlatego myślę, że już zbyt długo u nas nie zabawisz. Na kłopoty z pamięcią i PTSD niezbyt możemy tutaj coś poradzić. Zaś ciało ładnie się goi i nie wymaga już stałej opieki. Po weekendzie będzie już można myśleć o opuszczeniu szpitala. Dam ci skierowanie do Domu Weterana. To spokojne miejsce. Większości zamieszkują je frontowcy na końcowych stadiach rehabilitacji. Będziesz wśród swoich. To niedaleko stąd, krótki spacer i możesz być z powrotem u nas. Jeżdżą też regularnie autobusy konne. Będziesz wracać do nas na monitorowanie stanu zdrowia i przedłużenie recepty i skierowania. Jeśli gorzej się poczujesz czy coś zacznie się dziać śmiało możesz do nas wrócić. Dam ci też skierowanie do naszych terapeutów. Oni dobiorą ci terapię która przyśpieszy twój powrót do zdrowia. Zwykle pacjenci bardzo sobie chwalą bo to odpowiednie ćwiczenia, kąpiele, masaże, świetna sprawa, na pewno ci się spodoba. - Brenn uśmiechnął się sympatycznie gdy snuł kolejne wizje rehabilitacji już za murami szpitala. Facet pewnie miał parcie by jak najszybciej zwolnić miejsce dla kolejnego ciężko rannego. Selekcja była bezlitosna jeśli ktoś mógł samodzielnie się poruszać to ciężko ranny nie był. Teraz gdy jej stan się poprawił wystarczało by pojawiała się na badania i po receptę. A póki co miała jeszcze tutaj pewnie z kilka dni pobytu zapewnione.

Zorientowała się też, że skoro jest piątek to pewnie ten porucznik Rodney najprędzej wróci po weekendzie. W weekend pewnie nie będzie się fatygował do niej. Ani dzisiaj skoro był wczoraj. Na razie gdy lekarz skończył swój raport i prognozy medyczne nadal siedział na taborecie by mogła przemyśleć to co powiedział i ewentualnie o coś zapytać czy porozmawiać.
 
__________________
A God Damn Rat Pack

MG pomaga chętniej tym Graczom którzy radzą sobie sami
Pipboy79 jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 06-09-2018, 06:35   #4
 
Driada's Avatar
 
Reputacja: 43038 Driada ma wspaniałą reputacjęDriada ma wspaniałą reputacjęDriada ma wspaniałą reputacjęDriada ma wspaniałą reputacjęDriada ma wspaniałą reputacjęDriada ma wspaniałą reputacjęDriada ma wspaniałą reputacjęDriada ma wspaniałą reputacjęDriada ma wspaniałą reputacjęDriada ma wspaniałą reputacjęDriada ma wspaniałą reputację
[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=UKN6IqpcAk8[/MEDIA]
Dziura w głowie, PTSD, poparzenia, amnezja… o tak. Lamia miała masę pytań, ale nie sądziła aby przyjemnie uśmiechnięty doktorek znał na nie odpowiedzi. Jego domeną było łatanie ludzi, stawianie ich na nogi, a potem fundowanie kopa w dupę żeby nie zalegali niepotrzebnie na szpitalnych salach.
- Gdzie mnie znaleźli doktorze? - spytała wreszcie, odrywając wzrok od ściany na którą gapiła się uparcie od dobrych pięciu minut. Podziwiała odpryski farby układające się w kształt przypominający jej koguta. Albo coś, co pamiętała jako te drące dziób ptaszysko - Kto… kto mnie znalazł? Oddział? Numer? Mówili że przywieźli mnie samą. Był u mnie oficer, ale nie… - zacięła się, uciekając oczami do koguciej plamy - Nie pamiętam tego, czego chciał.

- Gdzie cię znaleźli? - doktor powtórzył to pytanie jakby był zaskoczony, że padło. Potarł palcem nasadę nosa chyba zastanawiając się nad odpowiedzią. - Tego nie wiem. Dostaliśmy szczątkowe karty pacjentów z tym konwojem co cię przywiózł. Ale skoro szpital 571 to prawdopodobnie gdzieś z okolic Fargo. A w karta pacjenta koncentruje się na jego stanie zdrowia. Jego urazach albo chorobach. Raczej nie ma okoliczności zdarzenia. Przynajmniej nie takie rzeczy o jakie pytasz. - przyznał w końcu lekarz i nie wyglądał na zbyt zadowolonego, że nie może udzielić wyczerpującej odpowiedzi.

Opuścił nieco głowę tak, że przy okazji Lamia dojrzała rzednące włosy na czubku tej głowy. Chwilę popatrzył gdzieś na swoje uda po czym podniósł znowu wzrok na pacjentkę.
- Nie wiemy co tam dokładnie się dzieje w Fargo i okolicy ale dzieje się. Mamy dużo transportów z tamtąd. Gazety o tym piszą. Może jak się uspokoi to coś nam podeślą więcej. Ale obawiam się, że to raczej jeśli coś to wiedzieliby ludzie którzy zostali tam. - głos mu nieco się zawiesił gdy musiał poinformować o kolejnej niezbyt radosnej nowinie.
- Z tym oficerem się nie przejmuj. Porucznik Rodney jest z administracji. Często do nas przychodzi po prostu musi uzupełniać akta na bieżąco i zaprowadzić jakiś porządek. O tobie właściwie nic nie wiemy bo nie miałaś żadnych dokumentów. Tylko nieśmiertelnik. Ubrań właściwie też nie ani innych rzeczy. Przywieziono cię w piżamie. Więc pewnie niewiele z tego zostało jak cię na gorąco ratowali tam w 571. No więc porucznik stara się to wszystko jakoś uzupełnić. Ale porozmawiam z nim, uprzedzę go o twoich kłopotach z pamięcią. - pokiwał głową na znak, że rozumie zakłopotanie pacjentki i zaraz pośpieszył z wyjaśnieniem i pomocą.

Sierżant zamknęła oczy i potarła nasadę nosa palcami. Gdzieś z tyłu, tam gdzie oczy, zbierał się ćmiący ból migreny. Chciała sobie przypomnieć! Wreszcie pozbyć się tej pieprzonej czerni i pustki,ale im mocniej się starała, tym gorzej wychodziło.
- Dziękuję doktorze - wypowiedziała ochryple odpowiednia regułkę, błądząc myślami wokół nowych informacji. Wychodziło, że szpital 571 był jej następnym celem. Jeśli tam niczego się nie dowie… pójdzie szukać w miejscu, które prawie stało się jej grobem. Może ktoś przeżył, a może… została sama z tym tykającym zegarem w mózgu.
- Kiedy mogę wracać na Front?

- Noo myyślęę, że nie ma co o tym myśleć póki w pełni nie wrócisz do zdrowia. A myślę, że to zajmie kilka tygodni albo i miesięcy. Szczerze mówiąc wątpię byś przed Świętem Dziękczynienia była gotowa. Ale to też zależy od tego jak będą się goić twoje rany no i jak będzie ci szło z tą amnezją.
- dr. Brenn zaczął ostrożnie zupełnie jakby pacjentka za bardzo się wyforsowała to przodu w tych planach. Wydawał się sceptyczny podchodzić do tak szybkiego powrotu na Front.
- Na razie proponuję odpocznij i staraj się zrelaksować. Po weekendzie spróbuj się przenieść do tego domu weterana i zobaczymy jak ci pójdzie. Nie radzę się spieszyć z powrotem na Front bo nie zaleczone do końca kontuzje lubą się odnawiać w najmniej korzystnym momencie. Tutaj to tylko kłopot twój i otoczenia gdzie to się przydarzy. Ale na froncie może to narazić cały oddział. Dlatego zalecałbym ostrożność i nie śpieszyć się. - lekarz powiedział lekko unosząc dłonie jakby chciał pokazać, że nie ma złych zamiarów i aby uspokoić pacjentkę.

Lamia wybałuszyła oczy. Chcieli ją uziemić na trzy miesiące?! Trzy przeklęte miesiące w geriatryku dla kalek wojennych? Nie mogła tyle czekać, nie wiedziała dlaczego… ale czuła, że nie może. Albo ktoś na niej polegał i był w niebezpieczeństwie, albo miała coś ważnego do zrobienia lub przekazania. Tylko, kurwa, ciężko stwierdzić co dokładnie.
- Coś jest nie tak, doktorze - zdecydowała się na szczerość, obracając się przodem do rozmówcy. Przełknęła żółć z ust i mówiła dalej, nie bacząc na chaotyczność - Nie pamiętam… tylko urywki i sny. W snach… gruz, ogień. Neon. Ludzi… potem roboty, walkę. Napalm… znowu gruz. Ale chyba… coś się stanie. Tylko kurwa… nie wiem co - warknęła i nagle bez ostrzeżenia zwinęła pięść i gruchnęła nią o ścianę. Zabolało, ramię momentalnie przeszył ból, pięść zapiekła, a ona mówiła dalej, opuszczając głowę - Kurwa nie pamiętam, ale to ważne. Coś się stanie… niedługo. Muszę wracać. Dowiedzieć. Przypomnieć. Proszę mi pomóc. Złożyć, dać prochy. Z resztą sobie poradzę.

- Proszę ostrożnie!
- doktor zawołał widząc uderzenie pięścią w ścianę. Powiedział coś półgłosem i Maria przystąpiła do dzieła. Na początek wycofała się gdzieś poza parawan tak, że Lamia straciła ją z oczu.
- Proszę się uspokoić. Autodestrukcyjne zachowania nic, nikomu nie pomogą. - powiedział biorąc dłoń Lami w swoją i oglądając ją czy coś jej się nie stało.

- Wygląda mi na traumatyczne wspomnienia. Być może przeżyłaś szok i amnezja jest efektem wyparcia tych strasznych wspomnień. - lekarz zamyślił się wciąż trzymając dłoń pacjentki ale chyba nie widział ani jej ani trzymanej przez niego dłoni. W międzyczasie przerwała mu pulchna pielęgniarka o ciemnych, przetykanych siwizną włosach i ciepłych, brązowych oczach.

Maria wróciła i sprawnie przejęła od lekarza dłoń pacjentki zaczynając jej robić zimny okład na zbitą dłoń.
- Oj już kochanie, już, nawet nie wiesz jak mnie przestraszyłaś, proszę cię, nie rób tego więcej. - powiedziała pieszczotliwie i z wyczuwalną troską. Na chwilę wszyscy zdawali się uczestniczyć lub obserwować zakładanie tego zimnego okładu więc rozmowa urwała się aż Maria nie skończyła i nie wycofała się za plecy doktora a on sam wznowił prowadzoną rozmowę.

- Tak, etap wyparcia. - zaczął wracając do przerwanego wątku. - No mechanicznie nie widać żadnych uszkodzeń czaszki więc mózg prawdopodobnie nie doznał mechanicznych uszkodzeń. Więc przyczyna nie jest raczej mechaniczna. Pewności nie ma bo by mieć trzeba by mieć odpowiednią aparaturę jaką nie dysponujemy albo wykonać trepanacje czaszki i dokonać obdukcji. Niemniej to poważny zabieg i obecnie nie widzę powodów by ryzykować jego wykonanie na pacjentce która jest osłabiona kilkutygodniową śpiączką. - lekarz zaczął przedstawiać jak widzi to zagadnienie z medycznego punktu widzenia. Mówił dość wolno, ważąc słowa jakby zależało mu by pacjentka nie miała trudności ze zrozumieniem o czym mówił.
- To więc sugerowałoby, inne przyczyny tej amnezji. I prawdopodobnie są to przyczyny natury psychologicznej. Czyli właśnie szok i trauma. Nie jest to moją specjalnością. Ja znam się na zszywaniu ludzi do kupy by funkcjonowali tak jak to było zanim tu trafili. Nie zawsze się udaje ale robimy co możemy. Dlatego nie mogę ci powiedzieć z całą pewnością tak jakbyś mnie zapytała o uraz fizyczny. Ale wydaje mi się, że w przypadkach traumy przynajmniej część pamięci powinna stopniowo wracać. - mówił jeszcze bardziej ostrożnie gdy poruszał się po śliskim dla siebie temacie obcej specjalizacji jakiej nie posiadał.
- Porozmawiam z moimi kolegami o twoim przypadku. Może uda nam się wspólnie coś wymyślić. - obiecał lekko kiwając głowa chyba chcąc zakończyć jakims pozytywniejszym akcentem.

- Ten dom weterana… mówił pan, że tam jest terapeuta. - Lamia patrzyła tępo na opatrzoną rękę. Kolejny bandaż, ale trudno. Ciężko szło wyjaśnić jaki burdel miała w głowie, jednak nie żałowała. Brenn wydawał się w porządku. Wzbudzał zaufanie, przynosił spokój tłumaczeniem. Tak, miał sporo racji. Szkoda że dziewczyna rwała się do przodu i samo siedzenie na krześle było udręką. Chciała iść, ruszać się, a najlepiej biec. Do Fargo. Ale powoli.
- Będę wdzięczna doktorze. Czy mogę wyjść poza budynek? Chciałabym… złapać oddech - popatrzyła na niego przelotnie.

- Tak, tak oczywiście, jeśli się czujesz na siłach oczywiście możesz wyjść na zewnątrz. Na pewno ci się przyda trochę świeżego powietrza a dziś taka ładna pogoda. - lekarz wyraźnie ożywił się i nawet chyba ucieszył ze zmiany tematu. - Maria cię oprowadzi prawda Mario? - zapytał odwracając się do niej i zadzierając głowę do góry by na nią spojrzeć.

- Oczywiście panie doktorze, zajmę się tą kruszynką. - Maria pokiwała głową i prawie dosłownie załamała ręce gdy spojrzała na drobinkę na łóżku. Pod względem rozmiarów Lamia przy Marii wyglądała na kilka rozmiarów mniejsza.

- A ci terapeuci. - lekarz odwrócił się znowu w stronę pacjentki zadowolony z odpowiedzi pielęgniarki. - No cóż, szczerze mówiąc nie tak dosłownie są w domu weterana. No ale to na tej samej ulicy, jest tam gabinet. To prywatna firma, wynajmujemy ich jako podwykonawców. Ale pacjenci i weterani bardzo sobie ich chwalą więc my też jesteśmy zadowoleni. - powiedział z zadowoleniem medyk. - Dostaniesz skierowanie na te zabiegi, i tam dobiorą ci odpowiednią terapię. - dodał jeszcze kiwając twierdząco głowa.

- Ta dziura w głowie… nie jest groźna? - sierżant spytała, powoli wstając do pionu. Przytrzymała się łóżka i sztuczka wyszła, chociaż najpierw zaatakowały zawroty głowy. Przeszły dość szybko, wystarczyło oddychać. I nie poruszać gwałtownie karkiem. Nastrój się jej poprawił momentalnie. Zobaczyć słońce, poczuć wiatr na skórze.. ten dobry, łagodny. Brzmiało pięknie.

- Nie jest. Gdyby była to już pewnie dawno miałabyś jakiś obrzęk czy zakażenie. Ale jest malutka, odkryliśmy ją właściwie przez przypadek, tylko dlatego, że była w pobliżu miejsca zranienia. Gdyby coś się działo, pojawiłby się obrzęk, zaczerwienienie, może krwotok albo zabrudzenie. A ona jest tak mała i od tak dawna, że nawet skórą zarosła. Tego typu drobne defekty zdarzają się powszechnie. Na przykład praktycznie każdy ma jedną nogę trochę krótszą a drugą dłuższą. Nie ma idealnych ludzi na tym świecie Lamio, wszyscy mamy jakieś defekty. Dlatego jesteśmy ludźmi. - doktor wstał i mówił gdy odprowadzał dziewczynę do korytarza. Tam już ją zostawił i wrócił do ostatniego pacjenta przy oknie w ich sali a ona wraz z pielęgniarką ruszyła wzdłuż szpitalnego korytarza.

Na korytarzu już zdążyła być przez kilka ostatnich coraz bardziej ruchowych dni ale Maria poprowadziła ją dalej. Ku klatce schodowej po której obydwie zeszły. Czasem ich mijali różni ludzie. Lekarze, pielęgniarki, jakiś personel pomocniczy, pacjenci, mundurowi, cywile a że szły dość wolno to trochę ludzi ich minęło. Ale nikt chyba nie zwrócił na nie większej uwagi niż mija się przypadkowego przechodnia na ulicy.
Na dole okazało się, że to już parter. Maria skorzystała z wózka na kółkach by podwieźć Lamię na zewnątrz. Minęły w ten sposób recepcję, drzwi wejściowe i wreszcie znalazły się na zewnątrz. Niebo okazało się zaskakująco błękitne a Słońce było jasnym, złotym krążkiem od patrzenia na niego bolały oczy. Zupełnie inaczej niż na wiecznie zasnutym dymami, pożarami i gazami Froncie. Tam wiecznie wydawało się mglisto i pochmurnie a Słońce zdawało się zapominać o tym miejscu albo nie miało siły się przebić na ten ziemski padół.

Na zewnątrz okazało się, że szpital jest otoczony czymś w rodzaju ogrodu lub parku. Gdzieniegdzie widać było różnych ludzi. W piżamach w większości. Ale i cywili, mundurowych i obsługę szpitala. Siedzieli na ławkach, rozmawiali, czytali, palili papierosy i to wszystko wyglądało dość sielankowo. Maria bez pośpiechu wiozła na krześle z kołami swoją podopieczną pozwalając jej się nacieszyć tym spacerem i pogodą. Jedynym zgrzytem w tym sielankowym obrazku był zewnętrzny perymetr. Trochę starego muru, trochę nowego zmajstrowanego z co-wpadło-w-ręce, trochę okopów, drutów kolczastych, większych kamieni czy gruzów mogących powstrzymać rozpędzony pojazd. Na wprawne oko sierżant to szpital wydawał się całkiem przyzwoicie przygotowany do odparcia bliżej niesprecyzowanego ataku. Tyle, że prawie nie widziała obsady tej linii obronnej bo nawet ci w mundurach wydawali się być gośćmi kogoś z pacjentów, a nie pracować tutaj na stałe.

Lamia wolała nie myśleć co by się stało, gdyby nagle wpadły tu roboty i zaczęły rzeź. Poszłoby szybko... ranni, bez broni. Dużo obolałych ludzi i raptem paru zdolnych do obrony, tylko nikt nie miał broni. Ona też nie miała.
- Mario... gdzie tu można dostać wyposażenie? - spytała, oglądając się na drugą kobietę i zaraz wyjaśniła, czując lodowaty dreszcz na plecach. - Dziwnie tak... nie mieć przy sobie broni. Nie jest mi... chyba się odzwyczaiłam. Zostańmy tu chwilę, dobrze? Dawno już nie widziałam takiego jasnego słońca...



 
Driada jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 07-09-2018, 06:22   #5
Majster Cziter
 
Pipboy79's Avatar
 
Reputacja: 51433 Pipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputację
Tura 3 - Wózkiem po szpitalnym parku.





- Wyposażenie? - Maria powtórzyła pytanie pacjentki jaką nazywała kruszynką. I pytanie chyba ją zdziwiło. Wznowiły powolny spacer. Koła wózka toczyły się z cichutkim chrzęstem po żwirze jakim były wysypane ścieżki i chodniki parku wokół szpitala. Poza tym było mnóstwo krzaków, traw i drzew. W pewnym momencie dotarły nawet do jakiejś bieżni. Okazało się, że obecny szpital został otworzony w dawnej szkole średniej. Maria okazała się być świetnym przewodnikiem i źródłem informacji o mieście. Mazzi wyczuwała, że ta chyba chce ją przygotować do radzenia sobie w tym miejscu po opuszczeniu murów szpitala.

- Większość obecnego personelu pochodzi ze szpitala McKennana. Albo zostali przez nich wyszkoleni. Niestety szpital spłonął tuż po wojnie a później kto się uratował i co się dało uratować to przenieśliśmy tutaj. Straszne to było. - Maria pokręciła głową na wspomnienie tamtych wydarzeń. Przy okazji pokazała kierunek gdzie był tamten szpital McKennana. Wystarczyło iść prosto przez park i po kwadransie, może dwóch jeśli by się nie śpieszyć to by się doszło. Niestety park obecnie zarósł i zdziczał więc coraz bardziej przypominał plamę regularnego lasu pośród miejskich budynków. Ale starsza kobieta twierdziła, że gdyby tych drzew nie było albo jakby było rzadsze to byłoby stąd widać budynek szpitala. Obecnie nadal dało się go zobaczyć z wyższych pięter dawnej szkoły które sięgały poza poziom drzew. Dodała z żalem, że w szpitalu może nawet po wielu latach byłyby cenne rzeczy do zabrania, zwłaszcza dla szpitala i jego pacjentów no ale cieszył się złą sławą nawiedzonego lub po prostu niebezpiecznego budynku.

- A wyposażenie. - wróciła po jakimś czasie jakby sobie przypomniała o co dziewczyna na pchanym przez nią wózku pytała. - Tym się nie martw. Jak będziesz stąd wychodzić damy ci jakieś ubranie. Nie puścimy cię przecież w szpitalnej piżamie na ulicę. - powiedziała łagodnie pochylając się nieco by spojrzeć na twarz dziewczyny na wózku. Ta odkryła, że starsza pani uśmiecha się ciepło i troskliwie z tej okazji. Przez chwilę znowu spokojnie jechały dalej tą alejką zostawiając dawną szkolną bieżnię za sobą zanim Maria znowu zaczęła coś opowiadać. Słońce robiło się coraz pełniejsze i mocniejsze. Mimo wrześniowego miesiąca było ciepło jak w przyjemny, dzień pełnego lata. A do tego dzięki licznym drzewom przed ostrym Słońcem chronił ich cień.

- W domu weterana też na pewno coś ci dadzą do ubrania i najpotrzebniejsze rzeczy. Wiesz, ręczniki, torby i inne takie rzeczy. Pewnie trafisz na pokój z kimś. Tam zwykle są 4-ki bo to kiedyś akademik był. - Maria zdawała się mieć jakąś historyjkę o każdym budynku w tym mieście. Przynajmniej z tymi z jakimi widocznie często miała jakieś sprawy czy powiązania.

- Dopóki będziesz mieszkać w domu weterana to utrzymanie właściwie masz za darmo. Jeśli doktor Brenn mówił o Święcie Dziękczynienia to pewnie da ci skierowanie przynajmniej do tego czasu. Przynajmniej na podstawowym poziomie. No wiesz, pokój, łóżko, trzy posiłki dziennie, od nas będziesz miała darmowe wizyty u nas a tam też mają dyżurnego lekarza. Chyba jakiś ogólny, dentysta i ginekolog. Ale to się czasem zmienia więc nie wiem jak to wygląda teraz. - starsza kobieta pokręciła głową co Lamia poznała po głosie. I pewnie zmarszczyła brwi gdy się nad tym zastanawiała próbując sobie przypomnieć jak to bywa w tym domu weterana. Własne łóżko i trzy posiłki dziennie to przy frontowych warunkach brzmiało jak karnet na luksusowy hotel. I to taki bez wszy i pluskiew. Bez gazów bojowych i błota. Bez napadów artyleryjskich i min na każdym kroku. No po prostu luksus.

- A poza tym jako weteranowi i rekonwalescentowi w domu wypłacą ci zaległy żołd. Nie masz żadnych dokumentów więc będą liczyć odkąd przybyłaś tutaj. Ale to i tak będzie z miesiąc. Poza tym masz prawo do renty. Odbiera się ją co tydzień też, w domu. Ale to już tam na miejscu ci powiedzą dokładniej. - Maria musiała odsapnąć siadając na ławce gdy obok zakotwiczyła wózek z pacjentką. Teraz usiadła i przymknęła oczy ciesząc się promieniami słonecznymi w ten pogodny dzień. Przez chwilę można było odnieść wrażenie, że nawet zdrzemnęła się z tak ustawioną do ciepła słonecznego twarzą.

Mazzi miała okazję pomyśleć. Na Froncie żołd był z lekka abstrakcyjną wartością. Za specjalnie nie było go ani po co trzymać ani na co wydać. Wojacy więc często przepuszczali go grając ze sobą w karty czy robiąc głupie zakłady. Głupie dla kogoś kto był na Froncie gościem albo w ogóle. Bo gdy się tam spędziło odpowiednią ilość czasu to Front zmieniał człowieka, wsiąkał w niego a potem z wolna sączył się z niego jak pot przez skórę nawet gdy był gdzie indziej. No a z forsą zwykle najwięcej przepuszczało się w przyfrontowych knajpach i burdelach które robiły na tym kokosy. Bo właściwie nie było ani jak przechować tych bonów, żetonów, papierów, weksli, dolarów czy fantów i trofeów ani gdzie ich sensownie wysłać. Było tylko tu i teraz na Froncie albo tu i teraz w knajpie na jedno czy dwu dniowej przepustce raz na kilka tygodni. A teraz miała dostać wypłatę za cały miesiąc i była w mieście czyli miejscu gdzie można było ją na coś wydać.

- A broń. - starsza kobieta ocknęła się otwierając oczy równie niespodziewanie jak je parę chwil temu przymknęła. - Jak już będziesz gotowa i zdolna do służby to możesz się zgłosić do ratusza. Tam są najważniejsze biura w tym te wojskowe. Powiedzą ci co i jak. Wcielą cię do jakiejś jednostki albo co. Nie lubię broni. Wojska, wojny i zabijania też nie lubię. Przez to jest tyle tragedii i cierpienia. - starsza pani mówiła najpierw niechętnie jakby tylko z obowiązku czy na życzenie tej młodszej mówiła o tej broni i reszcie. Ale dość płynnie i niespodziewanie przeszła w coś co brzmiało jak osobiste wyznanie. Patrzyła chwilę na siedzącą obok młodszą kobietę jakby miała się zaraz rozpłakać. W końcu uniosła dłoń i delikatnie przyłożyła ją do policzka tej młodszej.

- Nasza córeczka też była pielęgniarką. I była taka z niej kruszynka jak z ciebie. Masz takie same policzki jak ona. - wyznała lekko gładząc dłonią policzek Mazzi. W końcu opuściła ją i popatrzyła gdzieś na skraj swojego fartucha. - Zgłosiła się na ochotnika na tą straszną wojnę. Pocisk spadł na punkt opatrunkowy gdzie pracowała. Nikt nie przeżył. Przysłali nam jej nieśmiertelnik. - powiedziała w końcu ocierając nadgarstkiem oczy. W końcu siąpnęła nosem, odchrząknęła i z głośnym stuknięciem dłonie opadły jej na kolana i wstała podchodząc znowu na tył wózka by wznowić spacer po szpitalnym parku.

- Zawsze żartowaliśmy z naszym mężem, że ktoś nam ją podrzucił. Bo taka z niej była kruszynka. A ja to jak widzisz a mój to też nie ułomek. Skąd ona się wzięła? Mój to mówił, że to z niedożywienia. My to jeszcze dorastaliśmy jak wszystko było. Ale wy, młodzi? Co wy macie z tego życia w porównaniu do nas? Same zmartwienia i straszne rzeczy. My to chociaż poużywaliśmy jak byliśmy w waszym wieku ale was to zawsze nam szkoda było. A mój umarł dwa sezony temu. Ah, cóż to był za facet! Każdej kobiecie bym życzyła takiego skarba jaki mi się trafił! Co miesiąc chodzę na cmentarz by zapalić mu świeczkę. On tyle rzeczy wiedział i wszystko umiał naprawić. No złote miał te ręce. Wszyscy do nas przychodzili by im coś naprawił albo powiedział coś, coś doradził. Taki był ten mój. - Maria trochę poweselała gdy zaczeła opowiadać o swoim mężu. Wydawało się, że dawne, ciepłe wspomnienia pozwalają jej zapomnieć o innych, ciężkich wspomnieniach. Doszły do narożnika parku i skręciły w kolejną prostą.

Przy spacerze zmęczenie i sielankowa atmosfera, spokojny chrobot kół wózka, jego delikatne kołysanie zmogły w końcu pacjentkę bo znowu przysnęła. Stwierdziła to po tym gdy znowu były na korytarzu i wjeżdżały do pokoju z jej łóżkiem. Podłoga jeszcze była trochę wilgotna od mopowania i unosił się delikatny zapach środków myjących.


---


- O, wstałaś? To dobrze, niedługo obiad. Poczekaj troszkę to przygotuję ci kąpiel. - Maria wydawała się być niezmordowana w swoim cieple, cierpliwości i uśmiechu. Zostawiła Lamię przy jej łóżku i wyszła. Przy okazji dostrzegła, że do tego od strony korytarza, co nie miał płuc przyszedł ksiądz. I o czymś cicho rozmawiali. Korzystając z tego, że mogła podjechać na wózku mogła obejrzeć i swojego drugiego sąsiada. Okazało się, że to jakiś facet. Trudno coś było powiedzieć więcej bo górną połowę głowy, razem z twarzą i oczami miał obandażowaną więc widać było tylko jego szczękę. Nieco już zarośniętą jakby od kilku dni nikt jej nie golił.

Maria wróciła po jakimś czasie i zawiozła swoją podopieczną ileś drzwi dalej. Jak się okazało do dawnej łazienki połączonej z prysznicami. Tyle, że stały tam dwie, duże balie już pewnie jako współczesne udoskonalenie. Jedna z balii była z wodą. Może nie pełną, nawet nie z połową ale tak, że dało się odczuć, że siedzi się w wodzie. W czystej wodzie. I to czystej i ciepłej wodzie. Na Froncie to by musiała się wystarać na przepustce o taki luksus. Na co dzień zwykle musiał wystarczyć dzban i miska z wodą na całe ablucje. Albo wiadro. Czasem słoneczny prysznic jeśli dało się go zorganizować. Wystawiało się w plastikowym worku czy czymś podobnym wodę by poleżała jakiś czas na Słońcu. I wtedy ta woda nagrzewała się od tego słonecznego ciepła. A tutaj ciepło słoneczne było zastąpione przez akumulatory i grzałkę. Od ciężarówek. Po 170, 180, może 200 Ah. Nie miała pojęcia skąd to wiedziała ale wiedziała. nawet jak naklejki z napisami i oznaczeniami były zdarte i nieczytelne. I wiedziała, że są ciężkie po kilkadziesiąt kilo, jak nie rozłożony na części M 252*.

Maria zostawiła ją gdy uznała, że może to zrobić. Zostawiła też czystą piżamę by jej kruszynka mogła się przebrać. Przy okazji znowu opowiedziała jej parę rzeczy. Na przykład to, że taki zestaw do kąpieli czyli akumulator + grzałka jest tutaj standardem. Że wystarczy parę minut, do kwadransa aby nagrzać zimną wodę. W zależności jak bardzo zużyty akumulator, jak duży no i ile tej wody ma nagrzać. W Sioux Falls było duże zaplecze frontowe między innymi duże warsztaty remontowe pojazdów to i tych akumulatorów było sporo w obrocie. A grzałki można było kupić prawie na każdym rogu czy stoisku.

Nie powiedziała tego wprost ale Lamia domyśliła się, że w szpitalu mają baczenie by nie dać pacjentom samemu grzebać w zestawie woda + grzałka + akumulator. Gdyby chciała wziąć kąpiel wystarczy powiedzieć i ktoś z personelu to przygotuje. Dobitym na to dowodem było to, że pielęgniarka zabrała ze sobą grzałkę.

Ale wówczas Lamia została wreszcie sama. Sama i nie miała pojęcia od kiedy, mogła się nacieszyć własną balią z własną, czystą, nagrzaną wodą. Nawet parę butelek z szamponami i żelami do kąpieli stało gotowych do użycia. Gdy wreszcie wpakowała się do środka okazało się, że woda sięga jej trochę powyżej bioder, prawie do pępka.

Wreszcie mogła się dokładnie obejrzeć i znów miała dwojakie uczucie. Z jednej strony świetnie znała swoje ciało a z drugiej też jakby widziała je po raz pierwszy. Kąpiel podziałała odświeżająco i można było się przy niej zrelaksować. A gdy z niej wyszła mogła się sobie przyjrzeć w lustrze jakie było zamontowane w drzwiach szafy. Więc widziała większość swojej sylwetki powyżej kostek. Widziała to co już dobrze znała. I sporo nowego. Głównie blizn. W zdecydowanej większości małych, pasujących do szrapneli i odłamków o jakich mówił rano Brenn. Zorientowała się, że wybuch musiał być po jej lewej. Bo lewa strona począwszy od ramion, przez bok, bodro i nogę była zdecydowanie bardziej poszatkowana drobnymi obecnie bliznami. Poza tym były też na brzuchu, szczęce, szyi, piersiach ale ogólna zasada się zgadzała, że im bliżej prawej strony tym mniej blizn. Wszystkie były dość drobne więc kto wie, może i rzeczywiście zniknął albo chociaż zbledną tak by nie rzucać się w oczy.

Z blizn największe chyba miała na głowie, z boku lewej strony głowy. Ale trudno było aż tak przechylić głowę by to samej zobaczyć. No i może wydawały się większe przez te wygolone placki włosów gdy pewnie wygolili jej by dostać się do tych odłamków. No i ramiona.

Ramiona były jedynymi większymi bliznami jakie na sobie znalazła. Trochę dziwne było, że nadgarstki i dłonie miała prawie całe. Tak samo jak końcówkę ramion powyżej bicepsów. Za to ten środek, dolną część bicepsów, łokcie i przedramiona aż do nadgarstków to była jedna wielka rana. Chociaż już w większości widać było gojącą się skórę co dawało nadzieję, na to, że też się zaleczy. Mimo to w kontakcie z wodą nadal piekło.

Była już sucha, przebrana i gotowa do wyjścia. Doszła do drzwi gotowa je otworzyć gdy nagle ktoś złapał za klamkę z drugiej strony. A gdy ta nie ustąpiła próbował pchnąć drzwi zdenerwowanym ruchem. W szczelinie między podłogą a drzwiami widziała cienie pasujące do dwóch nóg stojących po drugiej stronie.

- Gdzie idziesz? Człowieku nie zostawiaj mnie tak! To co te konowały mi dają to jakiś szajs! Wykończą mnie! - męski głos był wyraźnie proszący, może nawet nieco zdenerwowany i przestraszony ale podszyty desperacją.

- Zamknij się! - syknął z irytacją inny głos. Też męski ale ten był wyraźnie czujny i chyba zirytowany. To chyba on próbował otworzyć drzwi a ten drugi stał gdzieś obok.

- Człowieku, nie mogę czekać do poniedziałku no zlituj się! Nie przetrwam weekendu! Mówię ci to nie przetrwam weekendu i stracisz klienta! Zdechnę tutaj jak mnie nie poratujesz. - ten drugi dalej namawiał tego bliższego drzwi. Szarpanie za klamkę ustało.

- Zamknij się! Ktoś tu chyba jest. - powiedział ten przy drzwiach i nastąpiła chwila ciszy jakby obydwaj nasłuchiwali.

- To pewnie się pluska. To i tak nie wejdziesz. Albo się zacięły. Często się zacinają. Zresztą co za różnica? Człowieku muszę mieć ten odlot czujesz? Nie mogę zasnąć. Jak śpię to mi się śni wtedy. Daj mi coś na pamięć. Znaczy by nie pamiętać. Te debile w fartuchach tego nie łapią, mówią, że zwariowałem! Nie zwariowałem do chuja! Nie było ich tam gdzie ja byłem! Nie jestem wariatem! Słyszysz! Słyszysz mnie kurwa!? Nie jestem wariatem! Wszyscy mnie słyszycie?! Nie jestem żadnym cholern… - facet wydawał się być zniecierpliwiony i zniechęcony tym, że coś przeszkadza mu w osiągnięciu celu. Zaczął mówić szybko i szybciej aż w końcu gdy doszedł do bycia wariatem w parę chwil stracił nad sobą panowanie i najpierw podniósł głos a w końcu zaczął krzyczeć. Przeszkodziło mu uderzenie jakby o ścianę uderzyło jakieś ciało.

- Zamknij się idioto! - syknął wściekle ten co dotąd stał przy drzwiach. Ale było już za późno. Rozległy się pytające, podniesione głosy i tupot nóg na korytarzu. - Znów ma atak! Dajcie mu coś na uspokojenie! - odkrzyknął ten pierwszy wciąż chyba mocując sie z tym drugim. Ten jednak widać musiał się wyrwać bo odgłosy kroków, krzyków i ruchów odsunęły się od drzwi. - Łapcie go, wyrwał mi się! - krzyknął po chwilę zduszonym nieco głosem jakby dostał w żołądek czy szczękę. Przez moment odgłosy nieco przycichły dopóki gdzieś z końca korytarza nie rozległ się rozpaczliwy krzyk.

- Niee! Nieeee! Nieeeeee! Nie chcę do izolatki! Już nie będę! Chciałem tylko nie spać! Nie śnić! Nieee! Nie zamykajcie mnie! Nic wam nie zrobiłem! Puśćcie mnie! To te obrazy! To przez te obrazy! One mnie zabijają! Dlaczego!? Dlaczego mnie nie słuchacie?! Dlaczego mnie nie rozumiecie?! - odgłosy szamotaniny i krzyki cichły stopniowo aż ucichły zupełnie. Tylko przez korytarz jeszcze w jedną i druga stronę słychać było mniej lub bardziej pospieszne kroki, cichsze i mniej gwałtowne głosy.


---


*M 252 - średni moździerz piechoty kal. 81 mm, waży ok 40 kg. Do transportu się go rozkłada na trzy podstawowe części: lufę, stojak i płytę oporową.
 
__________________
A God Damn Rat Pack

MG pomaga chętniej tym Graczom którzy radzą sobie sami
Pipboy79 jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 09-09-2018, 06:06   #6
 
Driada's Avatar
 
Reputacja: 43038 Driada ma wspaniałą reputacjęDriada ma wspaniałą reputacjęDriada ma wspaniałą reputacjęDriada ma wspaniałą reputacjęDriada ma wspaniałą reputacjęDriada ma wspaniałą reputacjęDriada ma wspaniałą reputacjęDriada ma wspaniałą reputacjęDriada ma wspaniałą reputacjęDriada ma wspaniałą reputacjęDriada ma wspaniałą reputację
[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=Ib8-iA3jKNs[/MEDIA]
Ciepła kąpiel w czystej wodzie, trzy posiłki dziennie i na dokładkę łóżko ze świeżą pościelą - niepojęte, prawie zapomniane luksusy teraz otaczały Lamię z każdej strony. Nie pamiętała kiedy ostatni raz korzystała z podobnych udogodnień poza szpitalem… ale tak był lepiej. Od wygód szybko się miękło, a miękki człowiek nie miał szans przeżyć na Froncie.
- Urlop… traktuj to jak urlop. Przepustkę - mruknęła do pokancerowanego odbicia w lustrze. Piżama zakryła łaskawie najgorsze blizny i obrażenia. Samo pluskanie poprawiło sierżant humor. Dobra rzecz, taka normalność. Bez konieczności dźwigania kilkudziesięciu kilogramów szpeju… szło się uzależnić.

Gdyby oczywiście nie fakt, że musiała wracać. Na północ, do Fargo. Znaleźć odpowiedzi, innych z oddziału którego nie pamiętała. Dowiedzieć się czym jest nieznośne tykanie zegara wewnątrz głowy. Poukładać strzępki życia w jedną, spójną całość i wreszcie dowiedzieć się, co u licha ciężkiego się stało. Dowiedzieć, potem zemścić - prosty plan do wykonania na najbliższe tygodnie…

- Nieeeee! - rozmyślania Mazzi przerwało zamieszanie na korytarzu, poprzedzone rozmową. Ciekawą rozmową, bardzo ale to bardzo interesującą. Obrazy od których się wariuje… rozumiała to aż za dobrze. Wizje, flashbacki z pola bitwy. Wspomnienia okropieństw wojny, wypalone na wewnętrznej stronie powiek niczym stygmaty. Biorąc pod uwagę to, co nawiedzało ją w koszmarach, chyba powinna się cieszyć z amnezji. Wychodziło, że niewiedza jest błogosławieństwem… z drugiej strony wolałaby mieć pełen obraz i nie odchodzić od zmysłów przez niepewność.

Najgorszy hałas ucichł, kobieta zorientowała się że stoi z czołem opartym o drzwi i nieruchomo czeka na… nie miała pojęcia na co. Wreszcie westchnęła, przekręciła kluczyk i nacisnęła klamkę, powoli otwierając skrzypiące zawiasy.

Wyjrzała na korytarz. I widocznie nie tylko ona. Gdy wyjrzała widziała kilka sylwetek też stojących w drzwiach sal czy na korytarzach co patrzyły w podobnym kierunku, w stronę jednego krańca korytarza zagrodzonego dwuskrzydłowymi drzwiami. Lami zdawało się, że to w tą stronę oddaliła się większość krzyków. Ludzie jak zwykle w takich wypadkach patrzyli na siebie z dezorientacją to szeptali coś do siebie cicho. Ale szpital zdawał się wracać do swojej normy. Pierwsi ciekawscy zaczęli wracać do swoich sal albo przerwanych zajęć.

Ciekawość była pierwszym stopniem do piekła - żadna nowość dla diabelskiego bękarta. Nie musiała się obawiać niczego gorszego, co widywała już na Froncie… niczego gorszego niż to, co przepuściło ją przez młóckę wypluwając niestrawione resztki gdzieś między Ruiny.
Resztki, które teraz ruszyły za uciekającymi dźwiękami, powoli noga za nogą. Zabandażowana ręka wspierała się o ścianę żeby zachować pion, pozostałe ciało przemieszczało się powoli, uparcie do przodu. Po co? Dlaczego?
Odruch, głupi impuls… a może chodziło o szukanie odpowiedzi? Przestanie obijać się po omacku w ciemności wypełnionej samymi znakami zapytania. Przynajmniej rozwiąże tę sprawę, dobry początek.

Nikt poza nią chyba aż tak ciekawski nie był jak ona. Powoli zbliżała się do drzwi, krok za krokiem. A gdy już przy nich była o krok to chyba większość pacjentów wróciła do swoich sal i spraw. Nikt nie podążył za nią, ze dwie czy trzy osoby obserwowały ją mniej lub bardziej otwarcie ale nikt chyba nie zamierzał ingerować.

W końcu zrobiła ten ostatni krok i pchnęła te drzwi. Okazało się, że nie stawiały oporu bo są wahadłowe. Chociaż w razie czego można je było zablokować a nawet zamknąć. Po drugiej stronie drzwi był szeroki korytarz z drzwiami do sal więc wyglądało na podobny jak ten jaki właśnie opuściła. We wnęce tuż za nimi stało biurko. A za biurkiem obrotowe krzesło, przy ścianach jakieś regały i metalowe szafki z półkami, kilka standardowych lockerów i tablice korkowe z przyczepionymi ogłoszeniami i grafikami bo wyglądało jak pokwadracikowany miesiąc na tych kartkach. Biurko i krzesło było puste. Krzesło było w sporej odległości od biurka a na oparciu miało jakiś serdak. Na biurku był też kubek z niedopitą herbatą z wciąż parującą zawartością ale nikogo tu nie było.

Za to coś czego nie było widać było słychać. Odgłosy które wcześniej tłumiły te drzwi przez jakie Lamia właśnie przeszła. Przytłumione krzyki kilkorga ludzi. Gdzieś tam dalej, z końca korytarza, za którymiś z drzwi. Korytarz przed nią był bezludny.

Podeszła powoli do stolika, odruchowo zaglądając do kieszeni zostawionego na oparciu ciucha. Odruchowo… albo z ciekawości. Co mógł mieć schowane jego właściciel? Sierżant rozglądała się po okolicy, szukając kluczy, patrzyłą też na tabelki zastanawiając się czy oto ma przed sobą grafik zmian. Sczytywała go, próbowała zapamiętać imiona i nazwiska, kolejność wart. Ilość godzin. Wszelkie możliwe informacje… to też robiła odruchowo. Albo z nudów, nie wiedziała jeszcze. Ale chyba zwykle… robiła właśnie to - zapamiętywała informacje. Wiedzę. Jak o tych akumulatorach.

Dłoń w ubraniu pozostawionym na krześle znalazła coś szeleszczącego. Gdy wyjęła okazało się, że to jakieś tabletki. Paracetamol. Pewnie jeszcze przedwojenny. Z 10 pastylek została połowa. Tabletki szybko zmieniły właściciela.

Grafik okazał się bardziej złożonym przeciwnikiem. Prawie od razu zorientowała się, że jest podzielony na trzy zmiany. Nocna do 8:00, dzienna do 16:00 i wieczorna do północy. Szybko też znalazła, że chodzi o aktualny miesiąc czyli wrzesień. Znalazła w okienku na ten tydzień, do piątku nazwisko Brenn na porannej zmianie. Przez weekend go nie było i pojawiało się znów na porannej zmianie od kolejnego pn do kolejnego pt. Poza nim były na dwóch zmianach po 5 nazwisk. Tylko na nocnej były po trzy.

Poza tym dojrzała, że w każdą niedzielę jest wpisany “woln”. A w sb czyli jutro było wpisane “18:00 scena”. Dojrzała całe mnóstwo półek i regałów, samo biurko, jakaś wrzucona pod półkę biurka gazeta i leżący obok długopis. Ładna, kolorowa gazeta o błyszczącym papierze. Otwarta na stronie z krzyżówkami. Ale też usłyszała odgłosy świadczące, że chyba ktoś nadchodzi korytarzem. Odgłos jeszcze był daleki i ktoś mógł pójść przecież gdzie indziej. Ale mógł też i wracać właśnie tu albo na oddział gdzie właśnie była.

Pewnie nie wolno było tu wchodzić pacjentom samopas, a tym bardziej grzebać w rzeczach. Dlatego też sierżant zwinęła gazetę z krzyżówkami i długopis. Zrolowała magazyn i zawinęła w ręcznik, jak gdyby nigdy nic. Pisadło poszło do kieszeni. Dopiero wtedy kobieta odwróciła się, aby wyjść tam gdzie część szpitalna. Ze zdobyczną gazetą… musiała ją mieć, przecież miała nierozwiązana krzyżówkę! Lamia lubiła krzyżówki - to wiedziała na pewno.

Zdążyła obejść szybko biurko, pchnąć drzwi i właściwie rzucić za nie gazetę i długopis. Wciąż była w otwartych drzwiach gdy gdzieś z końca korytarza wyszła jakaś pielęgniarka. Miała brązowe włosy, okulary i szła energicznym krokiem. Szła środkiem korytarza przez co wydawało się, że maszeruje prosto na sierżant. Gdy odległość skróciła się dostrzegła, że kobieta jest starsza od niej. Pewnie o pokolenie ale nadal zdawała się być młodsza od Marii.
- Chciałaś coś? - zapytała pielęgniarka stojącą w przejściu pacjentki. Wydawała się trochę zdyszana i miała trochę zaczerwienione policzki. Na jednym z nich miała świeżą, krwistą smugę jaka powstała od świeżego zadrapania. Skaleczenie było jednak drobne i mogła powstać od zwykłego zadrapania paznokciem. Gdzieś tam w głębi korytarza odgłosy i krzyki już znacznie ucichły chociaż jeszcze nie ucichły zupełnie.

Wymówka pojawiła się w głowie Lamii od razu, wystarczyło tylko uchylić usta. Była rekonwalescentem w szpitalu. Miejscu gdzie nie jeździło się na urlop.
- Nie mogę podnieść ramienia - wskazała ruchem głowy na lewą rękę - Nie czuję… drętwieje i boli… znowu. Mogę dostać coś żeby przestało? - zwróciła się prosząco do pielęgniarki, a potem spojrzenie uciekło jej gdzieś w głąb korytarza - Ten człowiek, który tak wrzeszczy. Też był na Froncie?

- Niewiele do nas trafia osób które nie były na Froncie. A tamtym się nie przejmuj, zdarzają mu się takie napady.
- pielęgniarka podeszła do biurka, otworzyła jakąś szufladę i z niej po chwili wyjęła chusteczkę którą otarła sobie skaleczoną twarz. Wyrzuciła ją do śmietnika i przywołała gestem Lamię do siebie, w okolicy biurka.
- Pokaż te ramię. - powiedziała przy tym. - Kiedy to się stało? Kiedy zaczęło drętwieć? Podniosłaś coś, przewróciłaś się? - zapytała biorąc za nadgarstek pacjentki i z wolna unosząc je ku górze. Przyglądała się temu ramieniu zerkając na twarz młodszej kobiety sprawdzając jej reakcje.

- Siedziałam w wannie - sierżant skrzywiła się, gdy obca dłoń dotknęła popalonej skóry. Wzdrygnęła się też nie musząc udawać że coś nie gra - Wstawałam, za szybko. Byłam przy… wybuchu, na szczęście oberwałam w głowę - wykrzywiła usta do krótkiego uśmiechu. Drugą ręką rozpięła guziki pidżamy, uwalniając chorą kończynę do wglądu - On się boi, tego co pamięta. Nie chce pamiętać. Też… bym nie chciała - przeniosła wzrok na kubek, głos jej też ochrypł - Ale się nie da. Nie pamiętać. Rozumiem go… w nocy jest najgorzej. Gdy się śpi… wtedy nie da się bronić. Przed tym co było. Dajcie mu coś, żeby nie pamiętał. Przespał bez snów te parę godzin. Zabieracie nam grzałki przy kąpieli, sznur łatwiej znaleźć. Albo coś ostrego. Nocą… to czasem wydaje się lepszą alternatywą. Jedno cięcie wzdłuż przedramienia.

- Przestań mówić takie głupoty.
- pielęgniarka spojrzała na nią ostro na chwilę przerywając badanie. Zaraz je wznowiła. Palce najpierw delikatnie naciskały na skórę wzmacniając stopniowo nacisk. Drugą dłonią Betty, jak miała wypisane na plakietce, manewrowała stopniowo uszkodzonym ramieniem żeby zlokalizować ognisko bólu.

- Nie jesteśmy waszymi wrogami. Robimy co możemy byście wyszli na prostą i byli zdolni do samodzielnego życia. Z tobą też śpiąca księżniczko. - Betty nie przerwała badania ale poświęciła chwilę by spojrzeć na Mazzi. - Tak, wcześniej też tutaj leżałaś. To pourazówka, na ciężkie przypadku. W poniedziałek dopiero jak rokowałaś że wyjdziesz z tej śpiączki przerzuciliśmy cię do rekonwalescentów. - głowa o brązowych włosach wskazała w bok na dwuskrzydłowe drzwi gdzie kilka sal dalej była ta sala w której obudziła się podoficer.

- A tamten pacjent jest poddawany kuracji. Niestety rokowania nie są zbyt optymistyczne dla niego. Zmniejszyliśmy mu dawki i niestety efekt widać. Ale nie możemy go trzymać tutaj w nieskończoność naćpanego po dziurki w nosie. Każdy z was w końcu musi wrócić do świata zewnętrznego. - pielęgniarka zdążyła w międzyczasie sprawnie sprawdzić całe ramię pacjentki od nadgarstku aż po bark. - Straciłaś równowagę w tej balii? Gdzie dokładnie cię boli? W jakiej pozycji? - przy okazji ostrożnie manewrowała ramieniem przesuwając je to do przodu, to do tył, w górę i w dół.

Sierżant dała się pociągnąć za ramię i obracać nim, sycząc gdy podnosiło się powyżej barku, albo lądowało w pochyleniu większym niż 70 stopni od tułowia.
- Zakręciło mi się w głowie przy wstawaniu - burknęła ciągle patrząc na kubek. Chyba napiłaby się kawy. Takiej prawdziwej, nie tego zbożowego gówna dawanego w racjach.
- Wróg jest na północy. Wy sklejacie nas żebyśmy mogli do niego wrócić. - wreszcie podniosła pusty wzrok na pielęgniarkę - Jak się nazywa ten pacjent… i którego pielęgniarza zaatakował? Słyszałam, bo zaczęło się koło mojej łazienki… a to nie są głupoty. Co noc słyszę gruchot miażdżonych kości, gdy metalowe szczęki wgryzły się w twarz mojego kumpla. Albo jak… - wzdrygnęła się, kręcąc energicznie głową chcąc się otrząsnąć zanim nadejdzie panika. Odetchnęła kilka razy, zgarbiła plecy i dokończyła - Dzięki.

- Może wybiłaś sobie bark. Lepiej niech lekarz cię zbada.
- zawyrokowała w końcu starsza, brązowowłosa kobieta puszczając w końcu ramię tej młodszej. - Mamy swoje role księżniczko. Wy walczycie na Froncie gdy trzeba a my was potem składamy gdy trzeba. Wy wracacie na Front gdy trzeba a my was znowu składamy gdy znowu do nas traficie. Tak to działa księżniczko. - powiedziała pielęgniarka i popatrzyła w głąb korytarza. Słychać było kroku i nadchodził jakiś facet w fartuchu poprawiając swoje ubranie. Wyglądał jak jakiś lekarz. - Przykro mi z powodu twoich wspomnień. na to trudno coś poradzić ale też i samemu trzeba sporo się przy tym napracować. Same tabletki raczej nie załatwią sprawy. - wyszła nieco bardziej na środek korytarza a facet widząc ją odezwał się zanim ona to zrobiła.

- Znowu coś się stało. - powiedział biorąc głębszy oddech. Pielęgniarka pokiwała głową i uśmiechnęła się.

- Przewróciła się przy kąpieli. Myślę, że jest ryzyko wybicia lewego barku. Mógłby pan doktor sprawdzić? - wskazała na stojącą obok pacjentkę. Facet pokiwał głową mówiąc “oczywiście” i zaczął podobne zabiegi jakie właśnie skończyła pielęgniarka.

- Zabierz ją do zabiegowego. Myślę, że nic strasznego i sobie z tym poradzimy ale lepiej tego nie bagatelizować. Zaraz tam przyjdę. - pokiwał głową. Z bliska sierżant zorientowała się, że facet jest dość patykowaty i w podobnym wieku jak pielęgniarka.

- Pytała się o to. - powiedziała na zakończenie Betty widząc, że lekarz zbiera się do odejścia. Ten zatrzymał się odwrócił i spojrzał w głąb korytarza z którego już nie dobiegały żadne hałasy. - Chyba ma wątpliwości, że dbamy o niego należycie. - dorzuciła starsza kobieta. Facet westchnął i zmęczonym gestem potarł palcami własne skronie.

- Porozmawiamy o tym w zabiegowym. - powiedział krótko i znowu odwrócił się by odejść.

- Chcę go zobaczyć, sir - Lamia wypaliła nagle, prostując się i stając w miarę na baczność, chociaż od razu twarz wykrzywił jej grymas bólu, a ramię zapiekło porażone prądem. - Nie… mam… - zacięła się, przełykając nerwowo ślinę - Może go poznam… albo on mnie… doktor Brenn mówi że to amnezja, mechanizm wyparcia i… - zająknęła się i powtórzyła - Może… go poznam.

- Wątpię. On przyjechał do nas ze dwa miesiące temu. Długo zanim przywieźli ciebie.
- odparł lekarz po chwili gdy jednak zatrzymał się i odwrócił gdy usłyszał o co prosi go pacjentka. Chwilę jej się przypatrywał z namysłem. Betty też wyglądała na zaskoczoną. Ale czekała co zdecyduje lekarz.

- Ale właściwie chyba nie ma przeciwwskazań. Może rzeczywiście komuś z was to coś pomoże. - zgodził się w końcu lekarz. Potem kiwnął głową i Betty dała znać, żeby kontuzjowana sierżant podążyła z nią a lekarz odwrócił się po raz kolejny i odszedł. We dwie przeszły całkiem niedaleko. Zabiegowy okazał się sąsiadować z tą wnęką i biurkiem. Wnętrze okazało się podobnej wielkości jak sala w jakiej leżała Lamia. Też kolejne stanowiska były przegrodzone zasłonami i parawanami.

Betty zaprowadziła do jednej z nich, ostatniego w rogu, i posadziła na krześle. Powiedziała, że musi przygotować inhalator i zaczęła coś chodzić, wyciągać, przynosić. W końcu postawiła na ziemi niezbyt dużą butlę podpiętą pod maskę tlenową i zaczęła coś sprawdzać i czytać. Gdzieś na zewnątrz spoza tej małej przestrzeni odgrodzonej parawanami i kotarami wdarły się dźwięki. Kroki i głosy. Szybkie, zdenerwowane podszyte irytacją.

- Kurwa co za zjeb! Ugryzł mnie gnojek! - wkurzał się jakiś facet. Dało się słyszeć odgłos plusku wody i nalewania jej do naczynia.

- Nie wiem po co się z nim patyczkujemy. Powinni go wyjebać i nie byłby nasz problem. Przecież widać, że nic z niego nie będzie. Zwolniłby miejsce a nie tylko łóżko zawala. - drugi wydawał się świetnie go rozumieć. - No kurwa. Zobacz rękaw mi oderwał. - westchnął skarżąc się jakby właśnie odkrył tą usterkę w swoim wizerunku.

- A widziałeś Fincha? A jeszcze żartowaliśmy przy śniadaniu, że jak inni wracają w siniakach do domu to z baru albo burdelu no alb gliny a my? No prawie co dzień coś. - ten pierwszy parsknął ze złością ale na więcej nie pozwoliła im pielęgniarka. Wcześniej słowa i błyskawiczne tempo wkurzonej rozmowy ją też chyba zaskoczyły ale teraz przystąpiła do kontrakcji. Wstała ze swojego krzesła, odstawiła butlę i szarpnęła za kotarę jaka odgradzała tą mini salkę od reszty pomieszczenia. Dźwięk był ostry i gwałtowny więc rozmowy od razu się urwały.

- Panowie! Może wyjdziecie na papierosa omawiać swoje prywatne sprawy gdzie indziej? Tu jest zabiegówka i pacjentka czeka na zabieg. - rzuciła ostro w stronę głosów. Tamci na chwilę chyba byli zbyt zakłopotani by coś powiedzieć ale wreszcie ugodowo zaczęli coś mówić, że przepraszają i już sobie idą.

Dźwięk słowa “papieros” wywołał wspomnienie przyjemnie drapiącego w gardle dymu i posmaku nikotyny na koniuszku języka. Skojarzenie nie budziło odrazy, wręcz przeciwnie. Plan dnia powiększył się Lamii o nowy punkt: zdobyć fajka. Tak, to był dobry podpunkt.
- Mnie tam nie przeszkadzają - odezwała się ochryple, przekrzywiając tułów aby zobaczyć podwójne źródło zamieszania. Zrobiła przerwę, drapiąc się wierzchem dłoni po nosie - W każdym razie póki i mnie nie będą chcieli wyjebać - uśmiechnęła się ironicznie, a potem nagle wyszczerzyła się łobuzersko i zawiesiła niedopowiedzenie - Chociaż z drugiej strony…

Betty chyba nie była zbyt zadowolona ze słów pacjentki bo chyba dlatego zasłoniła kotarę równie nagle jak przed chwilą ją zasłoniła. Zanim kotara zasłoniła widok Lamia zdążyła dojrzeć dwóch facetów. Obydwaj ubrani mniej więcej zgodnie ze szpitalnym standardem obsługi chociaż bez lekarskich fartuchów. Obydwaj w pierwszej chwili wydawali się zmieszani tą swoją wpadką i ostrymi słowami pielęgniarki i wychodzili już z pomieszczenia gdy młoda brunetka puściła w ich stronę żurawia. Obydwaj też byli zaskoczeni tym co i jak powiedziała. Najpierw jeden się uśmiechnął a potem drugi prychnął z rozbawienia. Obydwaj byli starsi od Lamii ale chyba młodsi niż Betty. Krótko ścięte włosy, chociaż nie aż tak krótko jak zwykle pod noszenie hełmu obowiązywało. No i byli masywniejsi od niej chociaż w końcu sama nawet na tle kobiet to do gigantów się nie zaliczała. Zanim zdążyli jednak coś odpowiedzieć Betty zaciągnęła zasłonę.

- Usiądź prosto. Nie nadwyrężaj tego barku. - powiedziała oschłym, strofującym tonem do siedzącej na krześle kobiety.

- Dobra, dobra… - Lamia westchnęła teatralnie, wracając do pozycji wyprostowanej we względnym pionie - Podoba ci się któryś z nich? - kiwnęła głową za wychodzącą dwójką - Chyba… jestem z tych żartujących i nie do końca poważnych. Albo byłam - tym razem uśmiechnęła się z przekąsem, ale za chwilę znowu gapiła się martwo gdzieś na kotarę - To lepsze niż wałkowanie tego co zostało z pamięci. Syf i dziury… ale pewnie i tak nie zrozumiesz. - mruknęła na koniec i zamknęła się na głucho.

- Nie gadaj głupstw. - powiedziała pielęgniarka już nieco spokojniej. Chwilę ustawiała coś jeszcze przy butli a zaraz dały się słyszeć kroki, kotara odsłoniła się i pojawił się ten sam lekarz z którym rozmawiały na korytarzu.

- No jak? Wszystko gotowe? No to zobaczmy co my tu mamy. - lekarz przywitał się z lekkim uśmiechem i popatrzył na obydwie kobiety. Jedną siedzącą na krześle a drugą stojącą obok.

Chwilę tłumaczył co się będzie działo. Lamia miała usiąść okrakiem na krześle, oprzeć się piersią o jego poręcz czyli usiąść na nim dokładnie na odwrót niż zazwyczaj się siadało. I miała jeszcze wyciągnąć dłoń przed siebie. A Betty nałożyła jej na twarz maskę tlenową i miała się głęboko zaciągać powietrzem z butli. Trochę dymiło jak z suchego lodu. Ale nie miało smaku ani zapachu. Miała parę chwil tak się pozaciągać tym wdychanym znieczuleniem. Rzeczywiście poczuła dziwne mrowienie na karku i trochę zaczęło jej szumieć w skroniach.

W końcu lekarz uznał, że jest “już” więc zaczął się zabieg. Tak jak mówił wcześniej tak teraz robił. Czyli złapał za nadgarstek. W skroniach Lamii szumiało coraz bardziej. Teraz chyba zaczął ciągnąć jej za ten nadgarstek by staw znów wskoczył w odpowiednie miejsce.
- Już dobrze, już dobrze kochanie, już wszystko dobrze. Jak się czujesz? Możesz wstać? - szumienie w skroniach nie ustawało podobnie jak mrowienie pod potylicą. Lamia czuła się dziwnie. I nie do końca była pewna co się stało. Ale teraz leżała na podłodze tuż przy krześle na jakim przecież siedziała. Nad nią pochylali się ten lekarz i Betty. Twarze mieli czujne i zaniepokojone. Przypatrywali się jej uważnie czekając na jakąś reakcję. Sama nie była pewna co się właściwie stało. Wszystko zlewało się w jeden szumiący mętlik.

Facet złapał ją za nadgarstek. Miał nastawić jej bark. I wtedy zobaczyła coś innego. Też nadgarstek. Też ramię. Też pociągnięcie. Tylko ramię oderwało się od reszty ciała. Chlusnęła krew z przerwanych aort. Wrzask. Ktoś wrzeszczał opętańczo. Może ten co mu oderwało te ramię. Może to ona sama. Może to ten maszyno-człowiek co szarpnął za to ramię jednocześnie je odcinając. Upadli. Wszyscy upadli. Czuła jak upada. Jak leci, przewraca się, jak szumi, wszystko szumi. Oderwane czy odcięte ramię odpada, znika, ciało już bez ramienia też upada wrzeszczy i chlusta z rozerwanych aort. Ona też leci, spada, przewraca się upada. Z krzesła na podłogę a może i wtedy. Nie była już pewna. To ona? Wtedy? Z tą ręką? Czy tylko widziała, była tuż przy tym gdy to się stało? A może znów jakiś majak? Od tej narkozy.

Ale leżała. Leżała na podłodze. Wpatrywała się we wpatrujące się w nią twarze i sufit nad nimi wszystkimi. Szumienie ustawało, słabło zanikało. Leżała w zabiegówce. Dwójka medyków pytała co się stało i jak się czuje.

- R… ręka… m-moja rę-ręka… - bełkotała patrząc na kończynę przerażona. Nie widziała jej, a raczej widziała niewyraźny kontur. Krew ciągle pulsowała plamami na powidoku, rażąc czerwienią piekące spojówki. Głowę rozsadzały krzyki, raz ciche niczym szept, potem głośne jakby ktoś się jej darł do ucha w czystej agonii. Albo ona tak wrzeszczała.
- M-moja ręka… - powtarzała w kółko, a panika wstępowała w poturbowane ciało. Co się na litość boską z nią działo? Co jej zrobili?! Nie tutaj, ale tam wcześniej. Zanim straciła pamięć i przywieźli do szpitala. Słyszała pytania, ktoś wyciągał do niej dłoń, ale ona chciała już tylko uciekać. Ściana wyrosła nagle, tak jak lubiła najbardziej, a wraz z nią dziki, zwierzęcy strach zaszczutego szczura.

Próbowała powiedzieć, żeby ją zostawili, pozwolili… zebrać do kupy, przemyśleć. Policzyć do dwudziestu i wziąć w garść. Oddech przyspieszył i zaczął się kobiecie rwać, przechodząc w hiperwentylację. Zamiast mówić wrzasnęła rozdzierająco, jakby znalazła się naprzeciw juggernauta, a nie lekarzy. Strach odebrał rozum, uśpił rozsądek. Dwa cienie nad głową stanowiły zagrożenie, należało przebić się poza ich zasięg. Schować do kąta i tam lizać rany. Przeczekać słabość… ale wpierw wydostać!

Znów zaczął się chaos i krzyki. Tym razem tutaj, na miejscu, w tej otoczonej kotarami i parawanami przegródce w szpitalnej zabiegówce. Zdawałoby się drobna kobietka odepchnęła nagle od siebie kucającego przy niej lekarza. Ten zaskoczony upadł na plecy ale Betty miała trochę więcej czasu i lepszą od niego pozycję by przygnieść do podłogi pacjentkę. Przynajmniej próbować. Sierżant jednak okazała się zaskakująco zdesperowanym przeciwnikiem a strach dodawał jej mocy. Ją też udało jej się odrzucić i pielęgniarka poleciała na siebie. Ale w tym czasie powstał ponownie doktor. Krzyczał i prosił by się uspokoiła, że to nic, i będzie dobrze jeśli się uspokoi.

Lamii udało się znowu wyrwać ale wpadła na jakieś zasłony. Przewróciła się razem z nimi a materiał opadł na nią i chyba na dwójkę medyków. Materiał oplątał ją jak tłamsząca sieć. Musiała walczyć by wyzwolić się z tej matni. Z nią też walczyli. Ktoś ją złapał ledwo wydostała się spod tej kotary. Wpadła w jakieś ramiona. Próbowała się wyrwać. Ale trzymały mocno chociaż z trudem. Potem kolejne. I jeszcze jedne. Wbicia igły nawet nie poczuła. Tylko szybko nadchodzący mrok, bezwład i w końcu czarną pustkę.
Obudziła się w łóżku. Na swoim łóżku. Musiało być już ciemno na zewnątrz. Ale wewnątrz , na korytarzu, jeszcze paliły się światła. Na stoliku obok stała miseczka z jakąś zupą, chleb, kubek z kompotem i jakieś chyba płatki z kawałkami owoców. Pewnie kolacja. Za kotarą zakasłał obrzydliwie ten bez płuc. Z drugiej strony, za drugą kotarą dobiegało przytłumione chrapanie. W sali zaś panował już nocny półmrok.

Pamięć wracała powoli, opornie przebijając się przez chemicznego kaca. Tym razem sen przyniósł ukojenie, pozwalając zapaść duszy w czerń bez koszmarów. Gardło znowu ją bolało od wrzasków, ale to pewnie podrażniła w zabiegowym gdy…
Nabrała tchu i pełna obawy zerknęła na ramię. Ułamek sekundy strachu i ulga, gdy zobaczyła że wszystko jest na swoim miejscu, a ona ponownie wylądowała w znajomym wyrze… jak w tym filmie. “Dzień Świstaka”, tak się nazywał. Albo znowu coś popierdoliła.
Z ciężką głową sięgnęła po kubek kompotu, pijąc łapczywie i całkowicie ignorując drobne krople uciekające z ust na szyje i pidżamę. Pamięć wróciła, razem z nią pojawiło się zmieszanie i speszenie. Sierżant wywinęła nieszczególnie ładny numer, może i nie ze swojej winy… jednak było jej żal doktora i Betty. Jeszcze nie wiedziała, czy podczas utraty kontroli nie skrzywdziła kogoś, kto na to nie zasłużył. Istniała jedna droga żeby się przekonać.
Usiadła na materacu, potem powoli spuściła nogi na podłogę i ignorując kolację, przeszła cicho pod parawan, rozglądając się czy nie ma nikogo w pobliżu.
 
Driada jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 09-09-2018, 08:58   #7
Majster Cziter
 
Pipboy79's Avatar
 
Reputacja: 51433 Pipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputację
Tura 4 - Na krawędzi snu*

Gdy nagie stopy dotknęły podłogi ich właścicielka poczuła płaski, solidny chłód pod nimi. Ale nic się więcej nie stało. Łóżko zaszurało trochę gdy z niego zeszła ale poza tym jej dwaj towarzysze w tej sali chyba spali tak samo jak przed chwilą. Właściwie to była głodna. No ale w końcu przegapiła obiad a kolacja wciąż leżała przy jej łóżku. Jednak chociaż głód był nieprzyjemnym uczuciem to jednak nie był jeszcze dominującym. Miała w końcu inne priorytety. Ot, choćby sprawdzić czy zwędzone krzyżówki nadal leżą przed drzwiami do urazówki.

Przeszła cicho przez własną salę, otworzyła drzwi i ujrzała półmrok korytarza. Musiał być oświetlony ale dość oszczędnie. Chyba jakimiś świecami, olejakami lub karbidówkami. Musiały być ustawione gdzieś przy korytarzu ale właśnie dość oszczędnie. Więc korytarz był dość pusty jeśli chodzi o kryjówki to miał wiele plam cienia. Mogła tylko przygryźć wargi gdy w świetle lampki umieszczonej w pobliżu drzwi na drugi oddział dojrzała same drzwi. Żadnej gazety leżącej w pobliżu. Widocznie ktoś zaopiekował się jej zdobyczą jak spała. Ale po chwili w kieszeni piżamy nadal wymacała zdobyte na serdaku Betty paracetamol. Tego widocznie nie znaleźli albo może i nie szukali nawet.

Gdy tak stała w progu uchylonych drzwi własnej sali uświadomiła sobie, że dochodzą do niej jakieś dźwięki. Po chwili nasłuchiwania zorientowała się, że to chyba jakaś muzyka. Melodia. Ale dochodziła raczej gdzieś zza jej pleców. Odwróciła się i spojrzała w zaciemnioną salę. W oczy rzucał się prostokąt okna który był jedynym źródłem słabego światła w tej bezksiężycowej nocy. Okno było znowu uchylone. Muzyka nie mogła dobiegać z tej sali więc pewnie dochodziła gdzieś z zewnątrz. Po cichu poklaskała bosymi stopami aż do parapetu.





Gdy była już przy nim była już pewna. Muzyka. Jakaś gitara. Głos. Ktoś śpiewał. Otworzyła okno by słyszeć wyraźniej. Owiał ją chłód nocy. Dnie były ciepłe jakby nadal lato zapomniało, że już po typowych letnich miesiącach. Ale w nocy już zalatywało chłodem. Na samą piżamę był mało przyjemny ale nadal nie było to prawdziwe zimno. I właśnie jak otworzyła okno doszedł do niej głos. Męski, zalatujący nostalgią głos niosący nocnym niebiosom swój żal i smutek. Dochodził gdzieś z głębin nocy a jednak był na tyle wyraźny, że dało się słyszeć i zrozumieć słowa.


https://www.youtube.com/watch?v=tVlqcpvbnds


Wieża i okno, kolejna mdła noc
Za oknem pejzaż, północ i mrok



No i rzeczywiście siedziała po nocy w oknie. Mógł być nawet środek nocy to by pasowało do tej północy. I było ciemno. Panował typowy dla Ruin mrok. Za oknem widziała ciemną ścianę parku który w dzień widziała przez ogrodzenie gdy Maria oprowadzała ją po parku.


Kroki jak strzały, uciekły gdzieś w dal
Ostatni przechodzień, zdradził martwy czas



I rzeczywiście. Było pusto. Pusto nocną, bezludną pustością gdy po nocy to nie człowiek był panem stworzenia. A to wiedział i człowiek i te stworzenia. Czarna ściana lasu też wyglądała na martwą. Martwą czyli bezludną ale niekoniecznie pustą czy pozbawioną życia.


Światło neonów, zabija taniec cieni
Nagie manekiny ze swych panów się śmieją


Po nocy, bez nadmiaru bodźców umysł zdawał się pracować sam z siebie. Puszczony samopas błądził własnymi ścieżkami balansując na ulotnych wrażeniach i skojarzeniach swojej właścicielki. Ta zaczynała czuć. Coś. Zaczęły się pojawiać jakieś ulotne myśli, wrażenia, wspomnienia. Ale gdy tylko próbowała się na nich skoncentrować, chwycić w garść te rozpływały się jak dym się ponownie łącząc się z kotłującą się ciemnością. I tą na zewnątrz, za murami szpitala i tą wewnątrz, w trzewiach własnych zapomnianych wspomnień i umysłu. A puste mury, wypalone wraki, zarośnięty park, porzucone ulice zdawały się szyderczo szydzić z napuszonej potęgi i inteligencji swoich dawnych władców. A nieświadomy nocnego słuchacza facet grał i śpiewał dalej.


Ożywa martwa cisza, dźwięki jak szkło
Szalony głos syreny, gdzieś zniknął za mgłą



Lamia mimo kołowrotu myśli nadal słyszała śpiewany kawałek. Słyszała każde słowo. Rozumiała co one oznaczają. Ale jednocześnie jakoś jej umysł interpretował je po swojemu. Cisza zdawała się promieniować zza okna. Zupełnie jakby była w centrum bezkresnego oceanu wymarłych Ruin. Ostatnim żywym człowiekiem na tej skazanej na zagładę planecie. Racjonalność podpowiadała, że to po prostu noc. Środek nocy. Więc ludzie śpią w swoich domach dlatego jest pusto i ciemno. Ale irracjonalne lęki podnosiły w tych ciemnościach swój łeb i szczerzyły kły. Szalony kocioł czarownic pełen kotłujących się tam wspomnień bulgotał coraz bardziej. Musiała złapać się parapetu by nie ulec wrażeniu, że to nią tak miota dookoła.


Nie wiem co jest prawdą na krawędzi snu
Nie wiem co jest snem na krawędzi prawdy
Nie wiem co jest prawdą na krawędzi snu
Nie wiem co jest snem na krawędzi prawdy
Miasto i noc, miasto i szok
Miasto i noc, miasto i szok



Facet śpiewał dalej. Doszedł do refrenu. Słyszała w nim jakiś bunt. Niezgodę. Ale i pogodę ducha. Facet dostrzegał ten przegrany świat, nie podobał mu się on wcale, ani trochę i chociaż nie miał mocy sprawczej by to odmienić to jednak potrafił utrzymać pogodę ducha i iść dalej własną drogą.

Facet śpiewał o śnie. Krawędzi snu. Przemieszaniu jawy i snu. Obrazach które trudno jej było zakwalifikować do któregoś ze światów. Które pasowały do obydwu. Albo do żadnego. Efekt uboczny prochów? Uszkodzenie mózgu? Choroba? Może po prostu miała bujną wyobraźnie? Kocioł w głowie nasilał się. W tym kotle zaczeły pojawiać się wyraźniejsze majaki. Jakby obrazy, postacie, imiona, miejsca próbowały przez jakąś kiślowatą błonę przedrzeć do niej, chwycić ją za rękę iii… i co? Wciągnąć do siebie? Może to ona je miała wyciągnąć? Skołowana opadła na podłogę. A facet za oknem, przegrał w milczeniu kawałek po refrenie nim zaczął kolejna zwrotkę.


Słońce w zenicie i ożył martwy czas
Miasto znów walczy ze swym cieniem jeszcze raz



Tak. Walczyła. Jeszcze raz. Raz za razem. Po raz kolejny. Jeszcze raz. I jeszcze. Bez końca. Bez nadziei końca. Wszyscy walczyli. Wszyscy którzy byli “tam”. Właśnie tak to wyglądało. Nienazwane wówczas emocje wróciły teraz zupełnie jakby facet z piosenki nadał im kształt i imię. Tak to właśnie wyglądało “tam”. Jak walka z własnym cieniem.


Bezwład i próżnia, szybkość i szał
Cel został gdzieś za nami, ktoś kiedyś go zna



Tak. Tak było. Ile razy się zastanawiali? Ile razy przeklinali? Ile razy wściekali się i marotali pod nosem czy między sobą. ile razy obiecywali sobie, że to już koniec. Że więcej nie. Że to bez sensu. Głupota. Po cholerę? Po cholerę trzymać tą kamienicę, dom handlowy czy stację benzynową. Skrzyżowanie, młyn, wiatrak, ulicę, barykadę. Po co? Po co po raz kolejny odbijać jakiś hangar? Blok, dom, klub? Przecież tam i tak wszystko leżało w gruzach! Ktoś miał w tym jakiś plan? Jakiś cel? Tak na poważnie? Ludziom po coś były potrzebne te sterty gruzów? Jak się było “tam” i to “tam - tam” dokładnie “tam” na samym dnie, w błotnistym okopie, w niewiadomo ile razy bombardowanej, zbryzgiwanej krwią i flakami mieszkańców ziemiance którą za każdym razem sie odbudowywało, przy barykadzie, przy prawie samobójczej “pozycji wysuniętej”, czołgając się przez nocny błotnisty gruz ziemi niczyjej, ogrzewając się kubkiem kawy z termosu na trzech, to czy ktoś tam znał jakiś cel tego wszystkiego? Czy to wszystko, ta cała kampania, wojna toczyła się pod wpływem immersji. Ludzie wykonywali rzeczy i mówili słowa jakie ich nauczono, jakie od nich oczekiwano. Bo nie znali nic innego. Ale czy był w tym jakiś cel? Może rzeczywiście ci co go znali już dawno gryzą piach albo rzucili wszystko i machnęli na to ręką. Tylko te biedne żuczki wojny dalej toczyły tę swoją kulę gnoju po frontowych torach jak zostały tego nauczone.


Miliony sprzecznych celów, mieszają się wciąż
Świat nakręcanych lalek, zdarzenia i los



Sprzeczne cele? Tak to też świetnie znała. Jak wtedy gdy mieli zdobywać czerwony budynek. Solidna, kilkupiętrowa konstrukcja z czerwonej cegły. Dominująca nad okolicą, dająca solidny punkt oporu i bazę wypadową na okolicę kilku przecznic. Wedle planu mieli na zdobycie 12 godzin. Byli solidnie wyposażeni, uzbrojeni, mieli mocne wsparcie innych jednostek. Wydawało się, że są gotowi. Ruszyli do szturmu o brzasku. Walki praktycznie o każde piętro i każde pomieszczenie trwały dokładnie 14 dni i 14 nocy. 2 dni walk i trzeci na odpoczynek. Jak w zegarku. 2 doby walk i 3 na odpoczynek. I z wojskową konsekwencją ta maszynka do mielenia mięsa działała bezbłędnie. Kolejne ataki, kontrataki, szturmy na piętra, walki o poszczególne sale, obrona zdobytych pozycji, odwrót, powrót, manewr, bez przerwy, bez ustanku, bez chwili wytchnienia. Ale w końcu zdobyli ten cholerny czerwony dom mimo, że straty sięgały połowy stanów osobowych. Piętnastego dnia przyszedł rozkaz o odwrocie na z góry upatrzone pozycje z powodu niekorzystnej sytuacji w rejonie. Gdy dowódca przeczytał ten rozkaz a raczej gdy wreszcie przeszedł mu on przez gardło wszyscy mieli w oczach te samo pytanie. “To po co to było?”.


Prorocy krzyczą hasła, żebracy się śmieją
Bezduszne marionetki na wietrze się chwieją



Błona niepamięci zrobiła się taka cienka! Już prawie! Przypomniała sobie! Miał takie dziwne nazwisko. Jak jakaś firma kiedyś. Gerlach? Gerber? Przypomniała sobie. Strzępki. Wrócił po nią. Wszyscy po nią wrócili. Przeciez ona wróciła po nich. Przypomniała sobie. Po to biegła. Tak szybko! Tyle razy upadła. Tyle samo co się podniosła. A był taki upał, tak ciężko było nogi unieść, powstać, ten cały kurewski złom jak ciążył pancerz dusił płuca, i wydawało się, że można się w nim ugotować. Dobrze, że nie było ataku gazowego bo te gazmaski chyba by ich wykończyły na dobre w tym upale. Ale biegła! Tak bardzo! Musiała im powiedzieć! Ostrzec!

- Kurwa słyszysz co ona mówi?! Zostaliśmy tylko my! Stąd aż do rzeki nikogo nie ma! Czaisz czaczę?! Aż do rzeki jesteśmy ostatnimi ludźmi! Spierdalajmy zanim nas blaszaki odetną! - jeden z jej kumpli złapał go za kamizelkę i potrząsał wrzeszcząc w twarz. Reszta patrzyła w oszołomieniu na całą scenę i wyzierał z nich strach. Te straszne słowo jakiego bał się każdy wojak na Froncie. “Kocioł”. Ale nie było rozkazu odwrotu. A opuszczenie bez rozkazu wyznaczonej pozycji to dezercja. A za dezercję na polu walki grozi pluton egzekucyjny. Nie miał więc łatwego wyboru.

Detale zatarły się znowu ale słyszała, czuła, widziała napięcie tamtych minut. Nawet teraz. Nie pamiętała co zrobił. Co zdecydował. Co oni wszyscy zrobili. Ale z nocnych majaków pojawił się kolejny obraz.

Chwiała się. Jakoś dziwnie. Zakaszlała. Żar, gorąc. Pożar. Twarz. Nad nią. I ręce. Wyciągnięte w jej stronę. Widziała ich twarze i usta. Krzyczały coś do niej ale nic nie słyszała. Nie była pewna czy teraz majak jest niepełny czy naprawde wtedy nie słyszała. Ale z ruchu ust widziała jak krzyczą jej imię. Ponaglali. Do czego? Głowa opadła jej na dół. No tak. Któryś z chłopaków stał na ziemi, przy biurku i trzymał ją w pasie. Podawał ją tym co byli na górze. Piętro wyżej. Chyba musieli wybić otwór w tym suficie. Widziała kawałek leżącego przy dziurze bosha. No tak. Już załapała o co chodzi. Kumpel nie mógł sam z siebie jej podnieść na tyle by ci co zostali przy dziurze mogli ją złapać. Nawet jak jeden z nich, podtrzymywany przez resztę prawie do połowy wysokości zanurzył się w dziurze i wyciągnął ku niej ręce. Niewiele brakowało. Przynajmniej gdy chwiała się bezwładnie w objęciach tego na dole. Ale wystarczyło, że uniosła ramiona w górę… Tak! Złapał ją! Czuła jego dłonie na swoich nadgarstkach. Zaczęli wciągać tamtego a on ją. Wtedy wdarł się kolejny podmuch napalmu. Wpadł od dołu, rozbryzgał się po suficie przez rozwalone okna. Ściana ognia poszła po suficie. Zdążyła tylko zamknąć oczy i odwrócić głowę a chłopaki dopiero wciągali ją do dziury gdy jej ramiona ogarnęła fala gorąca jak z hutniczego pieca.

Światło na moment rozbłysło. Potem znów pożarła je chciwa ciemność. Z ciemności nie wyłoniły się kolejne obrazy. Ale pojawiły się dźwięki. Dźwięki marionetek. Głosy. Nie widziała nic. Leżała w jakimś bezczasiu niewiadomo jak i gdzie. Ale słyszała. “Prawem wojskowego sądu doraźnego, za porzucenie pozycji na polu walki, tchórzostwo, sabotaż i zdradę…” mówił nasycony zimną nienawiścią męski głos. Czuła gulę strachu w żołądku i gardle. Chciała uciekać, biec, krzyczeć, wytłumaczyć, ostrzec, powiedzieć, tyle rzeczy powiedzieć! A jednocześnie wiedziała, że to bezcelowe, skazane na klęskę jeszcze zanim ulęgło się w jej głowie. Wszystko to skończyło się odgłosem palby plutonu egzekucyjnego. Poczuła szarpnięcie jakby to kule przeorały jej ciało.


Nie wiem co jest prawdą na krawędzi snu
Nie wiem co jest snem na krawędzi prawdy
Nie wiem co jest prawdą na krawędzi snu
Nie wiem co jest snem na krawędzi prawdy
Miasto i noc, miasto i szok
Miasto i noc, miasto i szok



Znowu. Znowu nie była pewna z czym ma do czynienia. Wspomnieniami? Czy były to jej imaginacje własnych strachów? Był jakiś czerwony budynek? Był jaki Gerlach czy Gerber? Przecież to były jakieś nazwy dawnych firm. Kojarzyła akurat to. Rozstrzelali tam kogoś? Czy tylko ona obawiała się, że kogoś rozstrzelają? Przecież przez chwilę wydawało jej się, że to ona. Że to ją tam rozstrzelali. Prawie czuła kule jakie przeszywają jej ciało. Czy też to znowu jakaś imaginacja? Wszystko się mieszało. Obrazy, wspomnienia, strachy, imiona, nazwy, miejsca. Uświadomiła sobie, że klęczy przy parapecie. Z cichej, mrocznej nocy przestały dochodzić dźwięki. Facet skończył swój kawałek i teraz panowała nocna cisza. Za oknem, ponad czarną ścianą drzew wznosiło się mroczne i obojętne niebo.


---


*Na krawędzi snu - tytuł piosenki KSU cytowanej w tym poście.
 
__________________
A God Damn Rat Pack

MG pomaga chętniej tym Graczom którzy radzą sobie sami
Pipboy79 jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 15-09-2018, 19:48   #8
 
Driada's Avatar
 
Reputacja: 43038 Driada ma wspaniałą reputacjęDriada ma wspaniałą reputacjęDriada ma wspaniałą reputacjęDriada ma wspaniałą reputacjęDriada ma wspaniałą reputacjęDriada ma wspaniałą reputacjęDriada ma wspaniałą reputacjęDriada ma wspaniałą reputacjęDriada ma wspaniałą reputacjęDriada ma wspaniałą reputacjęDriada ma wspaniałą reputację
[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=_ZKIfCJZvZo[/MEDIA]
Ciemność obdarza ludzi dziwnym rodzajem wolności. Sprawia, że pozwalają sobie na bezbronność w najmniej właściwym momencie. Dają się jej zwieść, sądząc,że dochowa tajemnicy. Zapominają, że czerń to nie zasłona, a wkrótce wzejdzie słońce… niestety nie dla Lamii, nie teraz. Ona utkwiła w koszmarze, na granicy obłędu i niewiedzy. Bombardowana dziesiątkami obrazów, dźwięków z przeszłości. Zagubiona w równym stopniu co dziecko zostawione w gęstej mgle. Była żołnierzem, przez chwilę prawie dała radę dojrzeć znajome twarze reszty oddziału. Pamiętała migawki, nazwiska. Strach, ból, rozpacz… poczucie całkowitej beznadziei, potem wściekłość i znowu paniczny lęk. Podsycany przez późną porę i echo słów piosenki. Bała się otworzyć oczy w obawie, że ujrzy przyfrontowe Ruiny. Sen i jawa się mieszały, niemożliwe do rozdzielenia, ale musiała sobie przypomnieć. Pamięć i świadomość, bez względu na to, jak niewygodne i bolesne, stanowią przecież niezbędny początek każdej przemiany. W jej przypadku z amnezjowanego kaleki w... kogoś, kto miał jeszcze coś ważnego do zrobienia.

Oparła czoło o ścianę i słuchała ciszy, biorąc się bardzo powoli w garść. Poza budynkiem życie zdawało się nie istnieć. Była tylko noc, szum wiatru w koronach drzew gdzieś w parku. I mrok równie gęsty, co mętlik w głowie Mazzi. O tej porze człowiekowi wydaje się, że świat opustoszał, a on pozostaje sam w tajemniczej godzinie, gdy zwalnia i zanika rytm serca, a każdy głębszy oddech ciągnie w głąb bezdennej studni straszliwych snów i koszmarów. Nocą czuje się, że złe duchy chętniej odpowiedzą na wezwanie i nawet zwykły cień czy ubranie w dziwny sposób układające się na oparciu krzesła, mogą rozpocząć własne, wrogie życie…bądź budzić echa przeszłości. Wspomnienia zaś są gorsze niż teraźniejszość, bo już nic z nimi nie można było zrobić. Istniały i przeminęły - fakty nie do naprawienia. Krew której nie dało się na powrót wtłoczyć w ciało.

Jej ciało jednak ciągle żyło: bolało, oddychało i wyrywało do przodu. Zacisnęła zęby i opierając się o ścianę, wstała z klęczek. Przerażenie odeszło z bladej, ściągniętej bólem twarzy, pozostawiając czystą determinację. Dowie się, znajdzie odpowiedzi. Przypomni co musi i… będzie się modlić aby nie było za późno na działanie. W poniedziałek czekała ją rozmowa z oficerem, jeśli została dezerterem raczej będzie miał w to w papierach, trudno. Ona też miała swoje urywki, strzępki… weźmie nóż, koleś wyglądał na biurwę. Zacznie robić problemy, oboje wyjdą ze szpitala, ale on z ostrzem na grdyce.

Śpiewak ucichł, musiał jednak ciągle być gdzieś w okolicy. Musiała go znaleźć - to obrała za cel. Sama nie wiedziała dlaczego, może chodziło o to że jego piosenka zadziałała stymulująco, pomagając pokiereszowanej jaźni wydobyć wreszcie jakieś konkrety? Albo chodziło o coś innego. Noc, ciemność… gitara. Chyba… to lubiła. Muzykę. Kiedyś.
Albo znów chodziło o majaki.

Skok w ciemność. Przez chwilę chłodny pęd powietrza, zwłaszcza na kostkach i odkrytych ramionach a potem zetknięcie z ziemią trawnika. Na szczęście miała salę na I-szym piętrze więc z upadku wyszła bez szwanku. Teraz była na zewnątrz, w tym szpitalnym ogrodzie po jakim rano spacerowały z Marią. Tylko wtedy, w ciepły, pogodny dzień wszystko wydawało się takie przyjemne i przyjazne. Teraz, w bezksiężycową noc, ten sam ogród wydawał się składać z samych plam czerni, cieni i trochę jaśniejszych fragmentów.

Stała przez chwilę słuchając dźwięków nocy. Ciszy jeśli by liczyć dźwięki ludzi i ich cywilizacji. Ale absolutnie nie było cicho jak to w każdą noc. Odgłosy nocnego życia otaczały ją dookoła. Odgłosy śpiącego szpitala, odgłosy śpiących ulic, zarośniętego parku który właściwie był już lasem i z tego wszystkiego wyłapała jakiś odgłos. Metaliczny, jak od zamykanej bramy czy czegoś podobnego.

Ruszyła w mrok nocnego ogrodu biorąc do ręki jakiś znaleziony kij. Przeszła przez jakieś ścieżki, krzaki, drzewa i wciąż słyszała jak co jakiś czas się dźwięk powtarza. Jakby ktoś, coś zamykał. Właśnie jakiś garaż czy podobnego coś. Na przeszkodę natrafiła w postaci owego ogrodzenia, muru, zasieków jakie oddzielały szpital od reszty miasta. Po ciemku stanowiło to całkiem istotną przeszkodę nie tak łatwą do pokonania bez nożyc do cięcia drutu czy wcześniejszego odnalezienia jakiegoś przejścia. Ale przez szczeliny w ogrodzeniu, z bliska, widziała już jakiś zagracony plac. Coś podobnego jak jakaś nigdy nieukończona budowa albo może nie zaczęta. W każdym razie po ciemku trudno było temu się przyjrzeć.

Ale widziała też światło. Prostokątne, w oknach. Gasło jakby ktoś w ciemnej bryle budynku po kolei zamykał albo zasłaniał je. Budynek był wielkim, kanciastym pudłem, przynajmniej tak wyglądało po ciemku. Jak jakiś większy garaż, magazyn czy obora. I właśnie ktoś tam ją zamykał i opuszczał w środku nocy.

Co robił obcy o tej porze w opuszczonej ruderze? Grał na gitarze… albo trafiła na kogoś zupełnie innego, może złodzieja. Albo pracownika magazynu. Sierżant znieruchomiała, przestając oddychać na ćwierć minuty, nim nie wzięła się w garść odrzucając ostatni wydumany pomysł - dziecko Molocha. Znajdowali się daleko od Frontu, poza tym robot nie gasiłby świateł. W budynku grasował ktoś żywy, a ją do niego ciągnęło. Ćma lecąca do ognia…

Zasieki rozłożono w specjalnym celu - ochrony kompleksu. Docelowo nic nieproszonego nie powinno łatwo przez nie przejść, a Lamia nie zabrała cążek do drutu. Szła w ciemno, na przysłowiową pałę, zawzięta i uparta jak osioł. Podniosła głowę, rozglądając się po okolicy. W nocy pole widzenia było mocno ograniczone, ale i tak próbowała dojrzeć gałęzie nad głową, a najlepiej przechodzące ponad przeszkodą. To by ułatwiło robotę, wystarczyło wspiąć się na drzewo i przeskoczyć. Jak wróci… przyjdzie się o to martwić kiedy indziej.

Zasieki i ten muropodobny twór może nie były arcydziełem wojskowej sztuki inżynieryjnej ale po ciemku, bez wcześniejszego rozpoznania i bez narzędzi stanowiły całkiem trudną przeszkodę do sforsowania jak się właśnie przekonywała Lamia. A tam, ledwo dwadzieścia czy trzydzieści kroków stąd ktoś zamykał i chyba kończył bo cały budynek był już ciemny gdy to znalazła. Poluzowany kawał blachy czy coś takiego. Gdzieś na wysokości swojego brzucha dlatego to znalazła, jaśniało nieregularnym kształtem na tle solidniejszej części konstrukcji. Ale w tak głupiej wysokości przez tą dziurę wcale nie było tak łatwo przejść. Gdyby była niżej można się było przeczołgać, jak wyżej to podskoczyć i się podciągnąć a tak to trzeba było jakoś się przepchnąć przez ten otwór.

Udało jej się w końcu ale się zasapała, napociła i chyba coś rozdarła sobie o te metaliczne fragmenty ale wreszcie upadła na trawę po zewnętrzną stronę ogrodzenia. Tamten ktoś w tym czasie skończył co miał skończyć. Widziała już jego sylwetkę jak odchodził niespiesznym krokiem. Kierował się ku sylwetce pojazdu. Miał jakieś ciemne ubranie i w dłoni niósł charakterystyczny futerał od gitary. Może ją usłyszał czy to jej przedzieranie się przez ogrodzenie bo zatrzymał się i odwrócił. Przyglądał się gdzieś w jej kierunku ale nie widziała czy ją dostrzegł czy po prostu usłyszał ją i próbował się zorientować co jest grane.

Prócz zmęczenia Mazzi poczuła też satysfakcję. Gitara, czyli dobrze trafiła. Razem z satysfakcją pojawiła się też ulga, że cała wyprawa nie jest kolejną pogonią za cieniem albo majakiem. Mężczyzna z gitarą był jak najbardziej prawdziwy, a leżąc w trawie na plecach i dysząc ciężko, sierżant widziała jego ciemniejszą plamę sylwetki. Narobiła rabanu, teraz też nie zachowywała się cicho. Z kondycją kulała, skoro podobna przeprawa prawie odebrała jej oddech i zakręciła perspektywą wywołując zawroty głowy. Za długo w wygodzie i łóżku, zbyt dawno nie walczyła… i coś czuła że jeszcze długo nie wróci na Front. Przynajmniej nie samodzielnie.

Samodzielnie to na razie przekręciła się na brzuch, a potem podniosła na łokcie i kolana, ciągle sapiąc jak po długim biegu, albo ciężkim wysiłku. Wreszcie wyprostowała plecy, opierając stopy na palcach, a dłonie na kolanach.
- Nie wiem... co jest prawdą na krawędzi... snu - zanuciła przez urywany oddech, uśmiechając się przez czerń.

Facet stał w miejscu. I chyba nasłuchiwał. Nie widziała jego twarzy tylko sylwetkę. To jak stał, jak trzymał w jednej ręce futerał od gitary, jak ruszał głową gdy się rozglądał albo nasłuchiwał ale inne detale pochłaniała czerń nocy i jego ciemne ubranie. Chwilę tak stał słuchając aż trochę zmienił pozycję. Wpierw stał tak jakby tylko na moment się odwrócił i zaraz miał dalej kontynuować marsz do samochodu. Ale teraz odwrócił się na całego.

- No jakoś tak to szło. Jakiś palant rzępoli po nocy i ludziom spać nie daje. Ale mam tego dość i się stąd zwijam. - usłyszała jego głos chociaż nie była pewna czy ją dostrzegł czy gada w stronę słyszanego głosu. W głosie wyczuwała trochę zaskoczenia, trochę ironii, a trochę jakiegoś lekkiego, bajeranckiego tonu. Zrobił nawet ręką gest kciukiem wskazując gdzież za swoje plecy gdzie mniej więcej stała bryła samochodu do jakiego dotąd zmierzał.

- Nieźle rzępoli… jak na palanta - Lamia odpowiedziała z zastanowieniem, powoli podnosząc się do pionu. Najpierw rozprostować nogi, potem ustawić tułów w prosto. Udało się, świat od razu zyskał inną perspektywę.
- Zagraj coś jeszcze… proszę - zaczęła spacer do obcego. Z dwojga złego lepiej bić się na krótki dystans, niż pozwolić aby strzelił - To… dawno tego nie słyszałam - dodała i przełknęła ślinę aby nie chrypieć - Muzyki.

- Zagrać?
- facet powtórzył jej prośbę z zastanowieniem słyszalnym w głosie. Gdy zaczęła się zbliżać mógł już ją zobaczyć. Piżama była dość jasna i po ciemku, gdy nic nie maskowało wyprostowanej sylwetki mogła się rzucać w oczy.
- Już skończyłem. - powiedział z wahaniem. Wcześniej roześmiał sie krótko i cicho gdy kobieta wyraziła swoją opinię o tym rzępoleniu. Może dlatego jeszcze się wahał. - Jesteś ze szpitala. - powiedział gdy pewnie już dostrzegł jej strój i ogólny chociaż wygląd. Wyglądało na to, że raczej stwierdza niż pyta. Podniósł głowę do góry jakby to mu miało w czymś pomóc.
- Słuchaj, zalałem pałę i przyciąłem komara. Głodny teraz jestem. Jadę na miasto coś zjeść. Chcesz to wskakuj. Najem się to pogadamy. - zaproponował w końcu znowu wskazując kciukiem za siebie na cień pojazdu. Trochę odsunął się w bok a trochę cofnął jakby chciał jej zrobić przejście do wozu czy odsłonić na niego widok. Jak się nie myliła to chyba był jakiś pickup.

- Samotna, nieuzbrojona i ranna kobieta… ma jechać z jakimś obcym palantem. Samochodem. W nieznane i po ciemku - wspomniana kobieta kiwała ostrożnie głową w rytm wypowiadanych słów, podchodząc kolejne kilka kroków do obcego. Stanęła tuż przed nim, rozpatrując wszelkie za i przeciw aż wreszcie wyciągnęła rękę - Starsza sierżant Lamia Mazzi, a ty? Palant ci nie pasuje.

- Nie? Jesteś pewna? Kurde a zobacz, często mnie tak wołają…
- facet śmiał się cicho gdy Lamia się przedstawiała i wyciągnęła rękę na przywitanie. Podał swoją i z bliska dojrzała, że jest z pół głowy od niej wyższy. No ale w końcu do wysokich nie należała. I miał na sobie chyba skórzaną kurtkę bo z czernią kurtki kontrastowały jakieś napy, ćwieki, zapięcia, suwaki i chyba naszywki czy wpięte znaczki. Dojrzała a trochę wyczuła dłonią, że ma skórzane rękawice bez palców. Tam też miał jakieś metalowe wstawki więc jakby nimi przyłożył to by mogło boleć jak od kastetu. Ale coś nie sprawiał wrażenia by miał ochotę komuś przyłożyć. Teraz gdy zaskoczenie ustąpiło pojawiło się rozluźnienie, przekora i trochę samczego mniemania o sobie. I chyba był jeszcze rozbawiony całym tym spotkaniem i rozmową.
- No ale jak mówisz, że palant mi nie pasuje… - rozłożył bezradnie ramiona przyznając, że stanął przed siłą wyższą. - To jakie mi pasuje według pani starszej sierżant Lami Mazzi? - zapytał z ciekawością i przekorą w głosie.

- Może szarpidrut? - podpowiedziała, udając zadumę. Trzymała go za rękę i nie wyglądało że ma zamiar puścić. Zamiast tego pochyliła się do przodu, przekrzywiając głowę i oglądając go po ciemku na tyle na ile dała radę. Wreszcie zwolniła uścisk, krzyżując ramiona na piersi. Więcej w tym było udawania oraz przekory, niż szczerej zadumy - Ciężko powiedzieć, musiałabym cię lepiej…- uśmiechnęła się z niedorzeczności całej sceny, lecz nie umiała jej przerwać, zamiast tego pogrążając się bardziej - Zobaczyć. Zróbmy tak… pojedziemy coś zjeść, tam cię obejrzę i powiem co ci pasuje. Co źle, a co dobrze... na tobie leży.

- Szarpidrut…
- facet powtórzył z namysłem smakując gdzieś w głowie te słowo lub jakieś skojarzenia. - Tak, tak też na mnie wołają. - wyczuła po głosie, że też musi się łagodnie uśmiechać. Dał się jej zbadać jej dłoniom nie protestując przeciw temu.
- Więc zapraszam. - powiedział nieco się odsuwając by zrobić jej przejście do samochodu zupełnie jakby nie mogła go ominąć w wąskim przejściu. Przy okazji dotknął jej ramienia lekko ją nakierowując na właściwy tor.

Razem podeszli do samochodu. Z bliska też wyglądał jak pickup. Najpierw kierowca obszedł maskę i otworzył swoje drzwi. Potem przechylił się by odblokować drzwi od pasażera. Lamia wskoczyła do środka i słuchała jak kierowca musi dobrą chwilę zmagać się ze zużytym rozrusznikiem nim wóz odpalił. Widać wóz był typowej, klasy “Made in Pustkowia Road”. Ale w końcu ruszyli co kierowca chyba przywitał z ulgą.

Jechali przez obce sierżant ulice. Nie była pewna gdzie się znajdują, zwłaszcza po nocy miasto wyglądało całkiem inaczej niż w dzień i niz pamiętała z kilku swoich przepustkowych wizyt. Facet jednak pewnie i bez wahania skręcał na kolejnych rozjazdach czy krzyżówkach. W końcu zatrzymał się przy czymś co wyglądało na coś z płaskim dachem i właśnie taki płaski, kanciasty placek jakiegoś centrum handlowego czy magazynu. Ale od strony ulicy było widać szybę a za nią stoliki, na zewnątrz też, wewnątrz jakąś ladę więc chyba jakiś bar to był. I mimo środka nocy było widać kilka nocnych, ciem barowych. Facet bez wahania zamknął drzwi, w odwrotnej kolejności czyli najpierw musiała wysiąść pasażerka, zamknął za nią drzwi a potem sam wysiadł i zamknął swoje.

- Tamten nie działa od zewnątrz. - wyjaśnił pogodnym tonem chociaż o nic nie pytała. Wszedł ze swoja gitarą do środka dajac znać by weszła razem z nim. Facet za ladą podniósł na nich wzrok i jego przywitał z przyjaznym skinieniem głowy ale gdy odsłonił ją brwi lekko mu się uniosły ze zdziwienia.

- Nocny pit stop? - zapytał barman zwracając się raczej do gitarzysty niż jego niecodziennej towarzyszki.

- No Garry. Daj nam coś na ruszt. I wiesz, pani sierżant próbuje mnie ochrzcić na nowo to nie podpowiadaj dobra? - powiedział sadowiąc się przy stole przy oknie. Facet za barem ze zrozumieniem pokiwał głową i uśmiechnął się wesoło.

- Oj ciekawe teraz mundury mają ci sierżanci. - zauważył z przekąsem obserwując troszkę już nieco zabrudzoną i podartą piżamę Lamii. Ze trzech facetów co siedziało kilka stolików dalej też ciekawie się ku nim odwróciło i obserwowali chwilę. Ale w końcu dali sobie spokój.

- Spójrz, sami melomani. Gapią się na tę twoja gitarę jakby im klub go-go zajechał pod okna - Mazzi uśmiechnęła się krzywo, zajmując miejsce obok nieznajomego. Popatrzyła na niego krytycznie i zmarszczyła czoło - Albo jesteś poszukiwany listem gończym. - dodała nowy argument i nagle zaburczało jej w brzuchu tak głośno, że aż poszło echo. Spojrzała w dół i mruknęła ciche przekleństwo. Nie zjadła kolacji, szlag by to trafił. Dobrze, że w perspektywie bliskiej znajdowała sie szansa na żarcie - Dobra… teraz cię widzę lepiej - przekrzywiła szyję w prawo, potem w lewo i jeszcze raz w prawo - Błagam, nie mów że wołają cię Elvis. - zrobiła dramatyczną minę - Chodzisz w białych, cekinowych ciuchach i żelujesz włosy na klej do tapet…

- Tak. Na pewno ta gitara przykuła ich uwagę.
- facet siedzący między oknem a sierżant spojrzał właśnie na sierżant. Jakoś tak na pewno na jej piżamę, tak od frontu, i powiódł spojrzeniem wyżej, przez ten całkiem spory dekolt jaki się zrobił gdy gdzieś urwała najwyższy guzik, po jej szyi i w końcu spojrzał na twarz siedzącej obok kobiety.
- Tak, na pewno to ta gitara. - uśmiechnął się w końcu do jej oczu z całkiem bliska.
- Hej Garry! Daj nam coś bo wiesz, tak trudno się maślić spojrzeniami tak na sucho i głodno! - zawołał wesoło do barmana który właśnie wrócił z zaplecza i przyjął zamówienie skinieniem głowy. Sam gitarzysta jakoś mimi ruchu głowy jakby chciał ominąć spojrzeniem głowę i twarz Mazzi jakoś ostatecznie jednak oderwał to spojrzenie tylko na moment.

- Znowu będziesz motał jakąś biedną duszyczkę co myśli, że jesteś fajny a nie zwykłym palantem co wozi się z pudłem z gitarą? - odkrzyknął mu barman ustawiając dwie szklanki i szykując jakąś butelkę. Gitarzysta roześmiał się głośno i wesoło.

- Właśnie jej to tłumaczyłem! Z tym palantem i w ogóle! - odkrzyknął szczerze rozbawiony facet w skórzanej kurtce.

- Oj bo to prawda! Omijaj tego palanta z daleka dziewczyno! Z niego jest jedno, wielkie, nic dobrego! - barman pokiwał głową ale już trochę był zajęty nalewaniem do szkła napitku.

- A co, typ toksyka? Piątka dzieci, każde z inną… do tego ciężka ręka, bezrobotny i z pociągiem do kieliszka? Albo raczej wiaderka od razu - odwróciła się do barmana, zadając ciąg bardzo ważnych pytań, dłonią za to pokazując element siedzący obok. - Często mu się to zdarza? Przywozić panienki do twojego baru i wyrywać na frytki z colą? - wróciła twarzą do twarzy palanta, wychylając się aby dzieliło je może parę centymetrów - Czy może coś bardziej finezyjnego? Johnny. Jak Johnny Cash.

- Johnny Cash? -
facet siedzący obok Mazzi nieco cofnął się by mógł się lepiej jej przyjrzeć albo by ona mogła się lepiej przyjrzeć jemu. Oparł się o ścianke pod oknem tak, że teraz siedział prawie frontem do niej a tyłem do okna. Rozparł się wygodnie opierając jedne ramię o oparcie siedzenia a drugą o stół. Ta oparta na siedzeniu sięgała do ramienia kobiety więc palcami zaczął kręcić po jej piżamie jakieś wzorki.
[MEDIA]https://i.imgur.com/St2Q1dl.jpg[/MEDIA]
- Hej Garry! Czy ja wyglądam jak Johnny Cash? - zapytał do barmana który akurat szedł przez salę z tacą w dłoni, dwoma szklanicami i jedną butelką. Podniósł głowę na faceta rozwalonego na ławie i zmrużył oczy krytycznie na chwilę stojąc przy krawędzi stołu i siedzącej przy nim kobiety by zmrużyć te oczy. Dłoń już trzymała pełną szklankę ale zamarła parę centymetrów nad tacą.

- Niee… No coś ty. Johnny Cash wygląda od ciebie o niebo lepiej. - pokręcił w końcu głową i pochylił się nad stołem stawiając przed facetem jego szklankę. Gitarzystę znowu bardzo rozbawiła ta uwaga. Garry zaś sięgnął po drugą i postawił ją przed kobietą. Zajrzał jej przy tym w oczy, ale te prawdziwe a nie te pod szyją i powiedział z głębokim zastanowieniem.
- Jest jeszcze gorzej z tym palantem i z tymi dziewczynami. - pokiwał głową wciąż patrząc w jej oczy i w końcu wyprostował się znowu do pionu spoglądając na tacę i zdejmując z niej butelkę chyba wina sądząc po naklejce. Powoli powtórzył gest ale tym razem postawił butelkę na środku stołu. A gdy się znów cofał i prostował niby przelotnie i w wielkim sekrecie rzekł po cichu - Same tutaj przyjeżdżają i pytają o niego. Tak im namieszał w główkach. - udało mu się przybrać poważny i współczujący ton. Postał jeszcze chwilę z tym ostrzegawczym spojrzeniem skierowanym na brunetkę i w końcu odwrócił się i odszedł w stronę baru.

- No więc sama widzisz, palant nad palanty ze mnie. - gitarzystę dziwnie bawiło to wszystko i wesoło złapał za szklankę i upił z niej łyk zerkając ciekawie na dziewczynę obok.

- Ciężko nie zauważyć - uniosła krytycznie brew siląc się na poważną minę. Wzięła szklankę, zakręciła nią i wystawiła jak do toastu - Pewnie jesteś miejscowym celebrytą, albo innym artystą. Znanym… z fankami i jeszcze bezczelnie się nabijasz z obcego, rannego wojskowego trepa. Ale niech będzie, palancie, za spotkanie. - mrugnęła do niego - I pamiętam że masz mi coś zagrać. Tak słyszałam - dodała niewinną miną, przesuwając w międzyczasie nogę i zaczęła stukać stopą o jego łydkę w takt muzyki z jej głowy. - Masz papierosa? Chyba… chyba lubię palić. Tak… wydaje się to mieć sens - humor jej się zważył, odwróciła twarz gdzieś w bok, ale szkoło ciągle trzymała do stuknięcia.

- Celebrytą? Ja? Jaaa? W tym zmilitaryzowanym mieście? - gitarzysta przy każdym pytaniu stukał się w pierś z niedowierzania. Widocznie pomysł był tak niedorzeczny, że aż zabawny. Roześmiał się w końcu a Garry też pokręcił głową gdy to usłyszał. Też się uśmiechnął chociaż bardziej dyskretnym uśmiechem.

- Jestem Rude Boy. - przedstawił się w końcu gdy stuknął się szklanką z jakimś owocowym winem. Upił łyk i kolejny, właściwie to pociągnął prawie na raz pół szklanki. Chwilę wpatrywał się w wino w swojej szklance i w końcu podniósł wzrok na siedzącą obok kobietę. - I co niby miałbym ci zagrać? Po co ci słuchać rzępolenia jakiegoś palanta nad palantami? - wzrok mu się obniżył gdy uwagę zdawała się przykuwać jej stopa stukająca o jego nogę.

- Lubię muzykę i… dawno nie słyszałam. Tak na żywo. Z kompaktu też nie… ani z kasety. Były tylko… dźwięki wojny... i maszyn. Śmierci- Mazzi wpatrywała się niewidzącym wzrokiem w swoją szklankę, kręcąc nią odruchowo aż zawartość zmieniła się w niewielki, czerwony wir - Słyszałam cię… z okna szpitala. Wyskoczyłam żeby cię znaleźć. Zagraj coś, proszę - spojrzenie powędrowało do palanta, tym razem puste i nieludzko zmęczone - To mi pozwala pamiętać.

- Ehh… I beztroskiego bzyknięcia laski samej pchającej się w łapy nici…
- Rude Boy powiedział w końcu przesuwając kciukiem po jej policzku z żalem może inscenizowanym a może i nie. Palce mężczyzny na chwilę zatrzymały się na kobiecej brodzie.
- Palant nad planty, zawsze im powtarzam to wiecznie nie wierzą… - powiedział wstając z ławy i przechodząc ponad oparciem i drugim siedzeniem aż zeskoczył na podłogę. Po drodze złapał szklankę wina w jedna dłoń i pokrowiec z gitarą w drugą. Podszedł do baru i coś mówił do niego o podpięciu czy podłączeniu. Garry pokiwał głową, coś pomarudził, obaj się roześmiali cicho. A w tym czasie gitarzysta wydobył gitarę i zaczął wyjmować jakieś wtyczki i kable. Garry też zaczął coś szykować w jakimś panelu. Postrzykały eterem włączone nagle głośniki rozstawione gdzieś po barze. Resztka z tych paru osób zaczęła się przyglądać z rosnącym zainteresowaniem na te koncertowe przygotowania. W końcu gitarzysta jak każe tradycja wszystkich gitarzystów zaczął brzdąkać coś co pewnie miało być strojeniem instrumentu albo jakąś rozgrzewką. W końcu chyba ustawił instrument, może złapał wenę albo zwyczajnie zdecydował się co zagrać. Brzdąkanie przeszło w konkretne nuty nowej melodii.

Zamknąłem oczy i czekam czy nadejdzie
Ten sen okrutny, najgorszy mój wróg


Głos znów odezwał się ale tym razem stanowił nie tyle o kolejnych słowach tylko niósł przesłanie. Wpasowane w kolejną melodię. Facet świadomie czy nie znów się wstrzelił. Znów prawie ze startu było o śnie, i śnieniu. O obawie jaka towarzyszyła zamykaniu oczu i czekaniu czy po prostu zamknie się oczy i obudzi rano czy też jednak stanie się to. Sen. Ten najgorszy wróg, którego nie dało się uniknąć, na którego było się skazanym każdego dnia. I każdej nocy.

Przekleństwo strasznych i tak długich nocy
Męcząca dniami wizja, cierpienie i ból


Czy już tak było? Czy już miała takie noce? Takie sny? Gdy tak stała, siedziała, leżała w tej strasznej nocy i bała się zasnąć? Bała się śnić? “Przed tym”? Przed tym co stało się w Fargo? Czy wcześniej też tak się bała jak teraz czy to złudzenie i umysł próbuję czymś znajomym wypełnić lukę. A zna tylko ten strach i cierpienie, te sny i obawę przed nimi. Czy to to? Czy coś innego? Były już takie noce które zdawały się nigdy nie skończyć? Gdzie świt wybawienia miał nigdy nie nadejść? Pewna nie była. Ale przez błonę niepamięci czuła, że już miała takie nieskończenie długie noce gdy czekała na ten świt, gdy obawiała się, że go nie doczeka, gdy tak do niego tęskniła… Z obawy by skończył się sen? By już nie spać? Nie śnić? Czy coś innego?

Widzę mój kraj i pola nieorane
Nie słyszę śmiechu dziecięcych ust


Tak. Widziała to. Ile razy? Setki. Tyle pól, domów, ulic, wraków, wsi, miast, dzielnic, miasteczek, piwnic, strychów, kanałów… Tak bardzo pustych, tak bardzo bezludnych, tak bardzo porzuconych i bezpańskich. Aż zdawało się, że każdy krok jej lub jej towarzyszy jest przesadnie głośny i niesie się na setki kilometrów. Nim dotrze do jakiegoś ucha. Ile razy wędrowała przez taki krajobraz co się wydawał bardziej obcy ludziom niż srebrny glob tam, na nieboskłonie? Zupełnie jakby byli ostatnimi ludźmi na tym globie.

Snują się smutne istoty przegrane,
Co zapomniały ojczystych słów


Facet, znaczy teraz już wiedziała, że to Rude Boy, śpiewał dalej. Śpiewał a jego głos, jego słowa, jak zawleczka i łyżka granatu inicjowały eksplozję obrazów, dźwięków, słów, twarzy, miejsc. Pamięć rwała się, przeskakiwała przez kolejne zwoje mózgowe nie mogąc nadążyć za obrazami. Wykolejała się, spadała, wskakiwała na kolejny tor, znów budziły się jakieś zapomniane skojarzenia, myśli, emocje a gdy pruły za szybko, umysł nie nadążał, korkował te zwoje i znów następował przeskok i wszystko powtarzało się z chaosu w chaos.

Pamiętała. Widziała te obrazy. To chyba pamięć bo co innego? Zapomniane sny? Marzenia? Wyobrażenia? Może. Ale tak czy siak widziała je. Przegrane istoty wbite w mundur flag i regulaminów. Tak wgrane we frontową rzeczywistość, że innej zdawały się nie mieć. Nigdy nie mieć. Jakby się narodziły dopiero tu na Froncie, tu żyły, oddychały, jadły, kopulowały i zdychały gdy ten pierwszy raz udało im się ciut za mało niż było trzeba tym razem. Poprzednie życie, z odległych krain, miejsc, miast, lat, wniosek wydawało się z każdym sezonem czymś bardziej abstrakcyjnym. Czuli żal i stratę, niewytłumaczalną tęsknotę za tym utraconym światem, za domem, za twarzami jakie tam zostały. A z każdym sezonem wydawały się one bardziej ulotne, nierealne i z każdym sezonem te poczucie straty rosło. Tak jakby ktoś ograł te żałosne istoty wbite w mundur z ich własnego życia. Z własnych wspomnień. Z własnych marzeń. Z własnych snów.

Nie zapłonie nocą znicz, bo nie widzi nikt,
Że mój naród umiera
Nie zapłonie znicz i nie płacze nikt
Bez ofiary krwi mój naród umiera, umiera


Głos Rude Boy’a niósł się dalej. Widziała jak już wszyscy ludzie, wewnątrz baru słuchali tak samo jak ona jego smutnej, podszytej tragedią i złością piosenki. Śpiewał słowa o słowach. O emocjach, wspomnieniach, planach i frustracjach jakie czuli wszyscy ale rzadko kto umiał je nazwać, sprecyzować, pokazać palcem a do tego ubrać w tak czytelną i zgrabną formę. Więc facet z gitarą, w wyćwiekowanej skórzanej kurtce, kupił uwagę ich wszystkich. Ale wszyscy wiedzieli, że śpiewa tylko dla niej. Nie robiłby tego gdyby jej tu nie było, gdyby nie wsiadła z nim do samochodu, nie piła z nim tego owocowego szczypiącego w język wina i nie poprosiła go o to swoimi smutnymi oczami którym nie mógł się oprzeć.

Ale śpiewał dalej. I znów tak było. Dokładnie tak jak w piosence jaką śpiewał. Ile razy byli porzuceni? Zapomnieni? Pozostawieni samym sobie? Ile razy myśleli, że ich walka, ich ból, cierpienie, strach, głód, krwawienie, pot, zaszczane ze strachu majtki, wzajemne kłótnie, przypadki tchórzostwa i dezercji, ile razy mieli wrażenie, że nikogo innego poza nimi to nie obchodzi? Ludzkość? Jaka ludzkość? Gdzie była ta cała cholerna ludzkość? Ta za którą niby gnili w tych szkieletach miast i wiecznie zalanych wodą i błotem okopach? No na pewno nie w tych okopach. Na pewno nie na patrolach albo samotnych wartach gdzie strach szarpał nerwy każdej wiecznie długiej minucie gdzie oczy same rozszerzały się na każdy odgłos i dźwięk co mógł być zapowiedzią skradającego się morderczego czegoś co przypełzało nocą by rozszarpać samotnego wartownika. A z drugiej strony znużenie i zmęczenie tym wiecznym, otępiajacym czekaniem na nie-wiadomo-na-co. Na ludzkość? Ludzkości tam nie było. Byli tylko oni. Uwaleni krwią, syfem, błotem, zawszone istoty żałosne wbite na wieczność w mundur i regulamin. Bez prawa do snu, marzeń, snów i sytego żołądka. Bez ciepłej kąpieli, bez czystej pościeli, bez czystej kobiety której nie trzeba płacić i nie krzywi się na ich widok czy zapach. Nie. Nie było ich tam. Nikogo tam nie było. Zawsze byli sami. Nawet sztab co przysyłał rozkazy był tylko kopertami z rozkazami. Tyle lat na Froncie a nawet żadnego sztabu nie widziała na oczy. Były w ogóle jeszcze jakieś sztaby? Tak. Byli narodem frontowym, narodem smutnych istot przegranych, narodem skazanym na wieczne umieranie. Umieranie które nikogo więcej poza nimi nie obchodziło. To frustrowało i rodziło gorycz. Tak samo jak śpiewał o tym sfrustrowany i rozgoryczony Rude Boy.

I przebudzenie z okrutnym tyranem,
Co znów zapyta- jawa to czy sen?


Budziła się. Tak? Ile razy już się budziła? Z tyranem? Kto był tym tyranem? Można już było dostać pomieszania zmysłów z tym kociokwikiem myśli i wspomnień. Musiała oprzeć się o stół by chociaż fizycznie złapać równowagę. Ktoś od nich? Jakiś generał, inspektor? O to chodziło? Przybywał przypomnieć im o co w tym wszystkim chodzi? Przebudzić ich? Czy może to roboty. Roboty nadawały wszystkiemu sens. Przecież bez robotów nie byłoby Frontu a bez Frontu nie było by frontowego mięsa do przemielenia. Więc może to roboty nadawały wszystkiemu sens? One potrząsały ludźmi by zmusić ich do przebudzenia? Przecież zdarzało się tak. Że gdzieś trafiali gdzie wreszcie był spokój. I przychodził w końcu rozkaz by szturchnąć te robocie linie. Raz, i jeszcze raz, i znowu i w końcu się kończyło jak zwykle. Natarcie, manewr, nawała artyleryjska, odwrót, kontratak, obrona, natarcie, kontrnatarcie, kocioł, przebicie się z kotła, rekonwalescencja, urlop, alarm bo gdzieś znów front przerwany i trzeba ściągnąć natychmiast kogo się da… Ile razy tak było? Ile razy to ludzie inicjowali takie walki? To kto tu był tym pytającym o jawę i sen tyranem? Czuła pulsowanie w skroniach. Spojrzała na szklankę przed sobą. Nie zorientowała się kiedy wypiła większość. Może to przez te wino?

Czy tylko wizja zesłana przez szatana
Czy rzeczywistość realna już w dzień

Czy mogła wierzyć tym obrazom jakie szalały teraz w jej głowie? Pamiętała z poprzednich gdy słuchała w szpitalnym oknie. To wrażenie. Te strzały, palbę i wrażenie, jakby kule przeorały jej ciało. Ale przecież to niemożliwe. Zostałyby blizny. Po poważnych ranach zostawały blizny. I to pewnie więcej niż jedna sądząc po odgłosach palby. A nie miała żadnej blizny. Znaczy teraz akurat miała ich mnóstwo ale świetnie wiedziała jak wyglądają zaleczone blizny po pociskach karabinowych i wiedziała, że takich nie ma. No i przecież jakby ją tak trafili to by tam została. Martwa. Miałaby spokój z mieniem czy nie mieniem blizn. A tymczasem była tutaj i miała poparzone ramiona, posiekana została odłamkami, uszy już jej się goiły ale nie miała żadnego trafienia od kuli. Więc te obrazy, wrażenie były fałszywe? Jakieś imaginacje? Oczekiwania i strachy? To rozstrzelali tam kogoś innego? To kogo?

Wykłułem oczy by widzieć nie mogły
Wydarłem język, bo z żalu chciał wyć

Wykłuła sobie coś? Wyrwała? Nie była pewna. Ale pytania wywołały znowu jakieś skojarzenia. Jakieś obrazy. Znowu wrócił obraz własnych skierowanych dłoni. Jeszcze całych, niespalonych. Jak rozgrzebuje gołymi dłońmi jakiś gruz. Zupełnie jakby gorączkowo i pośpiesznie chciała coś odkopać. I kolejne. Jak wyje. Jak się kuli, jak uderza ręką w ścianę, potem pięścią, jak krzyczy i wyje, płacze, łzy ściekają po policzkach, jak upada, kuli się i w desperacji rozdziera paznokciami podłogę. A raczej jak przesuwa nimi po niej i to podłoga zdziera jej paznokcie i opuszki. I znów te nienazwane uczucie ponaglenia. Jak coś, coś co koniecznie chce się powiedzieć a jednocześnie paniczny strach dławi by to komuś powiedzieć.

I obudziłem się mokry nad ranem
I tylko ciągle powraca ta myśl


Tak, tak jak Rude Boy śpiewał. Śpiewał tylko chwilę, ona tylko siedziała na ławce a była zlana potem i zmęczona jak po nie wiadomo jakim wysiłku. I wypruta. Psychicznie i fizycznie. Wciąż powracały kolejne obrazy, mieszały się ze sobą ale gdy przypadkiem spojrzała na jednego z gości dostrzegła nóż. Miał nóż w dłoni. Obracał go leniwie i machinalnie w dłoniach, bawiąc się nim gdy słuchał muzyka śpiewającego i grającego na gitarze. Ten nóż jej nagle wbił się prosto w mózg i przybił konkretny obraz. Mimo, że facet nic nie robił, dalej siedział przy swoim stole i machinalnie bawił się nożem słuchając gitary faceta w skórzanej kurtce.

[MEDIA]https://www.gerbergear.com/var/gerber/storage/images/media/images/lifestyle30/11321842-1-eng-US/Lifestyle_fulljpg.jpg[/MEDIA]

Gerber. Jak ta firma od noży. Jakaś z Europy. Tak go nazywali. Gerber. Nie wiedziała czy to imię, nazwisko czy ksywa. Ale wiedziała, że reagował na nie i to im wszystkim wystarczało. I, że miał nóż, właśnie od Gerbera. I, że ta relacja noża z własnymi personaliami bardzo go jarała. Nosił go w charakterystyczny sposób. W pochwie wzdłuż pasa. I ten nóż miał podgumowaną rękojeść więc się nie ślizgał i dobrze się go trzymało. Tak się nazywał. Ich szef. Szef Bękartów. Tak mu mówili. Gerber. Jak ta firma od tych noży.

Nie zapłonie nocą znicz, bo nie widzi nikt,
Że mój naród umiera
Nie zapłonie znicz i nie płacze nikt
Bez ofiary krwi mój naród umiera, umiera, umiera


Rude Boy powtórzył refren. Skojarzenia nadal budziły się takie same jak przy pierwszym ale już były spokojniejsze, bardziej wyblakłe. Albo ona już była zbyt zmęczona. Pulsowanie w skroniach wydawało się ją przytłaczać. Te wino? Czy te wspomnienia? Czuła jak szumi jej w tych skroniach.

- Nudzę cię? To wiesz, już wolę być palantem niż nudziarzem. - niezbyt zauważyła kiedy i jak podszedł. Wydawało się jej, że jeszcze koczy piosenkę a on stał już przy stoliku. Tu gdzie wcześniej stał Garry jak im przyniósł wino. Gitarzysta patrzył na nią trochę kpiącym a trochę… Sama nie była pewna ale coś tam miał jeszcze na dnie oczu w tym swoim spojrzeniu. Pewnie myślał, że się znudziła czy zmęczyła. Siedziała w końcu ciężko oparta o blat stołu nad prawie pustą szklanką wina. Nawet nie zanotowała w którym momencie wykończyła tą szklankę. Czuła też, że poty ustępują ale pozostawiają po sobie nieprzyjemną, obślizgłą warstwę. No i stał nad nią z zawieszoną na szyi gitarą. Pewnie czekał aż coś powie. Te pulsowanie w głowie było straszne. Trudno było jej skoncentrować się nawet na tak prostych rzeczach kiedy wypada odpowiedzieć w rozmowie.
 
Driada jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 15-09-2018, 19:49   #9
 
Driada's Avatar
 
Reputacja: 43038 Driada ma wspaniałą reputacjęDriada ma wspaniałą reputacjęDriada ma wspaniałą reputacjęDriada ma wspaniałą reputacjęDriada ma wspaniałą reputacjęDriada ma wspaniałą reputacjęDriada ma wspaniałą reputacjęDriada ma wspaniałą reputacjęDriada ma wspaniałą reputacjęDriada ma wspaniałą reputacjęDriada ma wspaniałą reputację
Jak niby miała odpowiedzieć, gdy czerń napierała na nią z każdej strony, a głos gitarzysty tonął w innych dźwiękach? Tych spomiędzy zdewastowanych ruin, będących domem sierżant odkąd… tylko mogła sobie przypomnieć. Szalony kalejdoskop obrazów przenicował jej głowę, robiąc w niej tyle samo zamieszania, co detonacja kostki C4. Za dużo naraz, za bardzo pomieszanych obrazów, zostawiających po sobie jeszcze większy mętlik i niezrozumienie, a także strach, rosnący pod skórą, ścinający krew w żyłach.
Psy wojny, mięso armatnie - na takich jak ona mówiono różnie, często niepochlebnie i bardzo prawdziwie. Smutne, żałosne istoty znające tylko jedną rzeczywistość wiecznej walki… i po co, dla rozkazów? Chwały narodu i lepszego jutra? Walczyli o wolność, nowy świat dla ludzi? Puste frazesy i inne propagandowe bzdury? O nie... może kiedyś, za czasów których już nie umieli sobie przypomnieć to działało, ale im dłużej spędzali w okopach, tym dawne powody przestawały się liczyć, zastępowane przez nowe i równie ważne jak te wcześniejsze. Nie chodziło o ideały, przelewali krew, umierali i cierpieli dla tych twarzy obok - dla swoich braci i sióstr z oddziału. wypruwali sobie flaki, aby oni mogli przeżyć, chociaż jeszcze jeden dzień. Jedną noc, jedną akcję. Bo byli rodziną, jedyną na jaką dało się liczyć na Froncie. Braćmi i siostrami w boju. Wracali na pierwszą linię, bo nie pamiętali innego życia. Wyżymano ich z marzeń, planów i wyższych emocji. Zostawały puste, pobliźnione twory, podobne maszynom - żołnierze bez duszy. Psy spuszczane ze smyczy w konkretnym celu - atak, obrona, eskorta. Walka. Ciągła walka aż do samego, paskudnego końca, bo inny nie istniał. Nie w ich fachu.

A teraz podobnie wypalony twór został sam, bez oddziału. Nie miał już motywacji do walki… tak samo jak siły. Już nie było dla kogo zaciskać zęby i przed do przodu po trupach tych którzy nie dali rady… ale jeśli przeżył choć jeden Bękart, jeśli czekał w Fargo albo okolicy Lamia musiała go znaleźć. Może o to chodziło z tym wewnętrznym nakazem pośpiechu…
Pytania, pytania… setki nowych pytań.

Sierżant podniosła pustą szklankę, zaraz jednak odstawiła ją na stół i trzęsącą się dłonią chwyciła butelkę. Alkohol pomagał tłumić czerń, odsuwać od siebie panikę. Zobojętniał na chaos w którym się tkwiło. Odpowiednio napruty człowiek potrafił znieść każdy koszmar.
Piła więc łapczywie, a kiedy zabrakło jej tchu, odsunęła szyjkę od ust. Coś załaskotało jej policzek, dotknęła tego miejsca i poczuła gorącą wilgoć. Odsunęła palec i spojrzała na niego, dostrzegając przeźroczystą kroplę. Wtedy dopiero się zorientowała, że po policzkach toczą się jej dwie strugi, skapując na przód piżamy.
- Nie… nie nudzisz - wreszcie przełamała niemoc, odpowiadając ze wzrokiem wbitym w stół - Dziękuję… siada ci rozrusznik w aucie. Jeżeli Garry znajdzie na zapelczu parę kluczy i wd40 to mogę tam zajrzeć. Pod maskę. Zwykle… - zatrzęsła się i odstawiła butelkę - Dziękuję.

- Nie przejmuj się to i tak stary gruchot. Dziwię się, że jeszcze cokolwiek odpala. Może jak się w końcu rozleci całkiem to wreszcie kupię jakiś inny.
- powiedział pochylając się i wciskając na krawędź i przesuwając dziewczynę na swoje dawne miejsce przy oknie. Chwilę zajęło mu zdejmowanie gitary i wkładanie jej do pokrowca więc się nie odzywał zajęty tą czynnością.
- Garry zaraz przyniesie żarcie. Jak tak będziesz chlać na pusto to wino to się ululasz na dobre. A nie wiem czy w tym szpitalu przyjmują nabzdryngolone laski. - powiedział z tym swoim nieco kpiącym, krzywym uśmieszkiem zerkajac w bok na siedzacą obok kobietę.

- Nie przyjmą to się zwolni łóżko.I tak na dniach przenoszą mnie do domu weterana. Tam przynajmniej sąsiad nie będzie rzęził agonalnie przez rozpuszczone płuca - wzruszyła ramionami, wierzchem dłoni przetrała mokrą twarz - Jestem ci coś winna. Za piosenkę i jedzenie. Pamiętam… pamiętam, że… - zawiesiła się, nie mając pojęcia jak ubrać w słowa chaos wewnątrz czaszki - Wiem co się zepsuło, to nie problem rzucić okiem na furę.

- To zjedz ze mną kolację. I jak chcesz się zrewanżować to przyjdź na koncert. To co dzisiaj słyszałaś to próba. Gramy za tydzień w sobotę. Fajnie jakbyś przyszła. Wiesz, takie rozmoknięte laski z wrażenia no zawsze są dobrze widziane na koncertach. Może byśmy się wreszcie jakiejś prawdziwej fanki dorobili co maśli i kiśluje jak trzeba.
- Rude Boy wydawał się mówić tym swoim luzackim, zblazowanym tonem jakby nie mógł albo nie chciał dostrzec w jakim stanie jest starsza sierżant. Przerwał gdy do stołu podszedł Garry i postawił na talerzu dwa talerze z jedzeniem. I dorzucił sztućce. Sztućce, prawdziwe, osobne sztućce a nie uniwersalny niezbędnik mieszczący wszystko w jednym. Podał jakiś gulasz. Kupkę chyba jakiejś kaszy, kawałki mięsa, jakaś surówka i sos. Gitarzysta nie wahał się ani chwili tylko zaatakował talerz równie łapczywie jak Lamia przed chwilą butelkę.

- A jak się nazywacie? Zespół. The Palants? - wzięła widelec i podsunęła sobie talerz, biorąc po chwili pierwszy kęs po którym momentalnie wpakowała do ust drugi i trzeci. Przeżuła, przełknęła i parsknęła cicho - Gdzie gracie i ilu was jest? Musisz być zdesperowany, skoro proponujesz wejściówki każdej napotkanej byle kobiecie. Nawet jeżeli łazi w porwanej piżamie i trzeba ją karmić… a i może być alkoholiczką. Wiesz… w szpitalach też można być z powodu odwyku.

- Hmm… “The Palants”... -
widelec gitarzysty zatrzymał się tak samo jak jego szczęki przeżuwajace dotąd kolejny kęs. Oczy zmrużyły się i zapatrzył się gdzieś przed siebie. Przekręcił głowę trochę w bok, po chwili na kolejną stronę, zmrużył oczy jeszcze bardziej i w końcu z wolna zaczął przeżuwać. Po chwili szybciej a wreszcie całkiem szybko a na twarzy zagościł wyraz ożywienia.
- Podoba mi się… Naprawdę niezłe… - powiedział w końcu po czym odwrócił się energicznie w stronę baru i krzyknął - Gaaarryy! A “The Palants”?! - zawołał i czekał z wyraźną ekscytacją na twarzy. Barman chwilę międlił nazwę też mrużąc oczy ale zdecydował się znacznie szybciej.

- Jak ulał! Pasuje do ciebie i tych twoich złamasów! - odkrzyknął mu przez szerokość sali na co Rude Boy roześmiał się radośnie.

- A widzisz? I się przydałaś na coś! - spojrzał w przeciwną stronę czyli na siedzącą obok brunetkę. - Dzięki, poratowałaś nas. Od miesięcy nie mogliśmy znaleźć dobrej nazwy. - obwieścił radośnie i na koniec szybko pocałował ją w policzek.

Palant nad palanty, a potrafił poprawić Mazzi nastrój tym specyficznym stylem wypowiedzi i sposobem bycia. Do tego miał przyjemnie miękkie usta, co doskonale poczuła na skórze... i był, tak blisko. Na wyciągnięcie ręki, jeden obrót twarzy raptem aby poznać smak tych ironicznie ust... całkiem niezły, w jej typie. Zabawny, a nie nudziarz. Do tego ta gitara...
- Nie... nie ma sprawy. - uśmiechnęła się lekko nieobecnie, patrząc mu w oczy z bliskiej odległości. Naprawdę niezły gość, miał też z pewnością sprawne palce...
- Zrzeknę się praw autorskich, nazwa jest wasza - parsknęła, chowając głęboko w sercu pulsujący żal. Mogłaby z nim iść do łóżka, nawet teraz... gorzej że zaraz potem przyszedłby sen i koszmary, a ona... chyba nie chciała go przestraszyć.
- Bryka za to ma zdrowy silnik, szkoda jej dojeżdżać. Wystarczy połatać - zmieniła temat zanim zaczerwieniła się jak jakaś durna małolata - Postawię ci ją na nogi do końca tygodnia. Musisz mi dać zajrzeć pod maskę, żeby wiedzieć na czym stoimy i... przyda mi się zajęcie. - odwróciła wzrok do okna i mroku za szybą - Żeby nie zwariować do końca.
 
Driada jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 16-09-2018, 17:33   #10
Majster Cziter
 
Pipboy79's Avatar
 
Reputacja: 51433 Pipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputację
Tura 5 - Kabaret "Heca"

Wieczorna eskapada chyba jej zaszkodziła. Albo to wino. Albo właściwie kto wie co jeszcze. W każdym razie po tym jak Rude Boy odwiózł ją z powrotem do szpitala to było jeszcze ciemno. Przez okno wejść nie dała rady więc musiała wejść legalnie przez główne wejście. Tych dwóch pielęgniarzy co miało dyżur bardzo się zdziwiło widząc pacjentkę w podartej piżamie do tego od której zajeżdżało tanim winem. I odjeżdżający samochód chwilę wcześniej. Lewizny nie trudno było się w takich okolicznościach domyślić. Ale obydwaj zadowolili się poinformowaniem Lamii, że wpiszą to do rejestru, że ma więcej tak nie robić a teraz zasuwać do swojej sali. Było jej już to obojętne bo i bolały ja te pulsujące skronie i miała już mroczki przed oczami.

Nawet jeden ją odprowadził do samego łóżka w jej sali jakby chciał się upewnić, że to na pewno brakująca pacjentka albo, że znowu się gdzieś nie zawinie. Zanim jednak odszedł na dobre wrócił i zostawił jej na łóżku nową, czystą piżamę zalecając by się przebrała to rano zabiorą tą porwaną. A potem znów Lamia została sama w brudnej, podartej piżamie na sobie, nową i czystą obok siebie i dwoma sąsiadami za karawanami po obu stronach. I cholernie jej się już chciało spać, czuła się kompletnie wypruta, szumiało jej w głowie i właśnie chciało jej się spać. No to zasnęła.

Potem też nie było lepiej. Obrazy przeplatały się ze złym samopoczuciem. Złe samopoczucie z torsjami. Torsje z postawiona miską albo wizytami w ubikacji. Ubikacja z powrotem do łóżka w czym chyba pomagała jej Maria. Łóżko z kolejnymi przebudzeniami i kolejnymi zapadaniem w sen. Sen na szczęście bez snów. Marię pamiętała z wizyt przy swoim łóżku. Czasem gdy się budziła to pochylała się nad nią i coś mówiła ale albo nie zrozumiała co albo nie zapamięta.

Były też obrazy które trudniej już było jej jakoś przyporządkować. Obraz ścielonego łóżka tego sąsiada bez płuc. Pustka i groza biła z tego pustego już łóżka, pustej ramki na kartę pacjenta. Miała je gdy wracała z kolejnej wizyty w ubikacji.

Sala zabiegowa. Jak siedzi na wpółżywa na łóżku między tymi przepierzeniami dzielącymi poszczególne klitki. Chaos wokół kozetki. Na kozetce jakaś dziewczyna. - Boże, co to było? - doktor Brenn. Zaskoczony, oburzony, niedowierzający. - Chyba frytkownica albo gofrownica. - głos innego lekarza też pracującego przy tym samym. Maria zasłaniająca gwałtownym ruchem kotarę odcinając widok od tego co dalej się tam działo.

Rude Boy. Za kierownicą, jadący przez noc. Kolejne wraki, ulice, skrzyżowania, budynki wyławiane przez przednie reflektory i znikające jako rozmazane obrazy po bocznych szybach. - Ale się zrobiłaś pani sierżant. - trochę ze złośliwością, trochę z satysfakcją, a trochę jakby sam zastanawiał się co dalej zrobić z tym fantem zrobionej pani sierżant.

Kotara. Znowu. Ale tym razem w jej sali. Tam gdzie leżał ten bez płuc. Ale czuła, wiedziała, że już nie leży. Głos. Cichy, męski głos. -... Kto ci to zrobił?... Pamiętasz?... Nie bój się dorwiemy go… Już ci nic nie zrobi… ale bardzo by nam pomogło jakbyś nam coś powiedziała o tym co się stało… - facet brzmiał łagodnie ale brzmiała pod skórą wyczuwalna dawka złości lub czegoś podobnego. Głos wzbudzał zaufanie jak obietnica która może być dotrzymana. - Nikt. - głos kobiety. Jakiś pusty i głuchy. Westchnienie faceta. Teraz zmęczone i rozczarowane jakby usłyszał to czego się obawiał. Chwila ciszy. - To ktoś z rodziny? Mąż, chłopak? Wiesz, że jak to tak zostawisz to on zrobi to ponownie? Tobie albo jakiejś innej dziewczynie? Powiedz kto to był. Tylko z nim porozmawiam. - męski głos nie rezygnował próbując innych argumentów. - Nikt. - głos kobiety był nadal tak samo głuchy, pusty i obciążony jakimś niemym balastem. Znów chwila ciszy. - To co? Sama wpadłaś twarzą w tą rozgrzana gofrownice? - w głosie mężczyzny słychać było irytację i niedowierzanie. Chwila ciszy. - Tak. - krótkie, puste potwierdzenie. - Dobrze, odpocznij. Wrócę za parę dni jak poczujesz się lepiej. - u mężczyzny zabrzmiał frustracja i poczucie beznadziei. Odgłosy wstawania ze stołka i kroki na korytarz.

- Kino, stare kino. - głos gitarzysty jak i jego spojrzenie było niepewne. Jak zwykle przechodzili przez etap gdy jakiś tubylec usiłuje wytłumaczyć drogę komuś kto w ogóle nie rozpoznaje nazw i adresów o jakich mowa. A do tego tak cholernie boli głowa, że trudno utrzymać ją w pionie. O wiele łatwiej oprzeć o chłodną, boczną szybę. - Dobra, będziesz w Domu Weterana? No to tam ktoś na pewno będzie wiedział, może nawet też pójdzie na koncert. - Rude Boy w końcu darował sobie tłumaczenie drogi. Zresztą i tak już było widać szpital.

Maria. Przy łóżku. - Zjedz kruszynko. To sama zupa. Po niej poczujesz się lepiej. - mówiła troskliwym, proszącym głosem. Z początku zaczęła ją karmić łyżką ale w końcu przemogła się i dała radę zjeść sama. Starsza, pulchna pielęgniarka miała oczywiście rację. Zupa wypełniła żołądek przyjemnym, sycącym ciepłem które w prawie magiczny sposób przyniosło ulgę i dla ciała i dla ducha. Pamiętała jeszcze jak Maria po matczynemu całuje ją w czoło a potem zasnęła znowu. Ale tym razem tym zdrowym, regenerującym snem.

- Tylko niech pani sierżant nie strzeli do łba przyjść w mundurze. Nie wpuszczamy mundurowych. Piżamy mogą być. - punkowiec rzucił uwagę z tą swoją ironią dorzucając na koniec żartobliwy akcent. - I nikogo nie dryluj. Nie lubimy drylu. Dziury w pamięci mogą być. - dodał podobny zestaw w podobnym stylu.

Gdy obudziła się po raz kolejny nadal czuła się słaba i zmęczona ale kryzys już chyba minął. Dała radę sama rozejrzeć się przytomniej dookoła. Chyba było popołudnie. - Wstałaś księżniczko? - Betty. Nie była pewna czy ją jakoś usłyszała czy po prostu akurat do niej zaszła. - Chcesz się załatwić? - zapytała wskazując drzwi na korytarz. Chciała! Pytanie pielęgniarki jakby wcisnelo jakiś przycisk w ciele pacjentki bo natychmiast poczuła pilną potrzebę do załatwienia. Pielęgniarka pomogła jej wstać i ruszyły w epicka podróż do toalety.

- Tylko nie zamykaj się. I tak mam klucz. - poleciła jej ciemnowłosa pielęgniarka. Została za drzwiami. Nawet nie pamiętała czy zamknęła jakoś te drzwi czy nie. Ubikacja, sedes, ściąganie piżamy w na dół, uczucie ulgi, rozleniwienie, senność.

- Noo… Na Szczęście tylko zasnęłaś. Nie strasz mnie tak księżniczko. - znowu Betty. Trzyma ja palcami za brodę przyglądając się uważnie jej twarzy. Ale w głosie czuć oprócz delikatnej reprymendy także ulgę. W końcu pielęgniarka puszcza jej brodę, stawia do pionu i nachyla się aby nałożyć jej ściągnięta do kostek piżamę. Gdy się nachyla pacjentka czuje zapach jabłkowego szamponu z jej włosów.

- Ale przydałoby się ciebie wyprać. Orzeźwi cię. I będziesz mogła się znowu ludziom pokazać. - mówi Betty gdy znów się prostuje i przygląda się jej krytycznie. Znowu jej słowa wywołują żywą redakcję u Lamii. Dociera do niej jak tragicznie wygląda i podobnie się czuje. Ciało okryte przepocona piżama która zdaje się tworzyć wraz ze śliska skóra jedną, obrzydliwa skorupę ciążąca na ciele i duszy. W niewielkim lustrze widać skołtunione włosy częściowo przyklejone do przepoconej czaszki i czoła. Oczy zaczerwienione a powieki opuchnięte. Całościowo wygląda to żałośnie.

Podróż z ubikacji do łazienki. Już mniej epicka bo pacjentka może iść wolno ale samodzielne a pielęgniarka jej jedynie asystuje. Po drodze Betty mówi o kolejnym powodzie dla którego warto doprowadzić się do porządku. Dziś są występy kabaretu. Z opisu Betty wynika, że warto iść to raz a dwa to chyba jest taki spęd, że i tak pójdzie każdy kogo da się ruszyć z łóżka. Czyli starsza sierżant również. I nie wyglądało to na temat do dyskusji tylko do obwieszczenia. Więc w końcu wylądował w łazience.

W łazience Betty poleciła usiąść Lamii na krześle a sama zaczęła przygotowywać kąpiel dla niej. Przy okazji Lamia odkryła skąd się bierze woda w wannie. O dziwo - z kranu. Zupełnie jak kiedyś. Efekt ułudy dawnych czasów zepsuł monotonny, cichy zgrzyt dźwigni jaką pielęgniarka pompowała wodę. Szło się zmachać co było widać po niej gdy co jakiś czas zmieniała pracująca rękę, ociera pot z czoła a nawet rozpięła najwyższe guziki uniformu. W ramach przerwy w tej męczącej, fizycznej pracy wrzuciła grzałkę do wanny aby oszczędzić czas na zagrzanie wody. Pacjentka zdawała sobie sprawę że w tym stanie nie dałaby rady napompować tyle wody.

Przy okazji wyjaśniły się restrykcyjne zasady używania grzałki. Za każdym razem gdy Betty chciała sprawdzić temperaturę wody odlaczala ją z zasilania, wyjmowała z wody i dopiero wsadzala do niej rękę aby sprawdzić czy już się nagrzała odpowiednio. A potem powtarzała proces w odwrotnej kolejności czyli wsadzala grzałke do wanny a potem wlaczala napięcie. Nie było trudno sobie wyobrazić jak ktoś odruchowo wsadza rękę do wody by sprawdzić czy ciepła ale zapomina najpierw wyjąć grzałke. Zwłaszcza jak mu czy jej głowa ciąży albo się spieszy czy jest w stanie wzburzenia.

- No, myślę, że wystarczy. - powiedziała Betty z wyraźną ulga, że to już koniec. Od tego pompowania miała zaczerwienione policzki i przyspieszony oddech. Lamia miała okazję porównać obie pielęgniarki jakie wczoraj i dziś przygotowywały jej kąpiel. Obydwie wydawały się dobrane na zasadzie kontrastów jak Flip i Flap. Maria wydawała się starsza. Ale z powodu siwiejących już włosów i tej aury ciężko doświadczonej przez los kobiety wydawała się starsza. Podobnie te jej dobrotliwe, matczyne podejście jakoś naturalnie kojarzyło się z matką czyli kimś starszym. Betty zaś wydawała się wiekowo w połowie drogi między Marią a Lamią. Była zauważalnie młodsza od jednej i starsza od drugiej.

Maria była podobnego wzrostu co jej kruszynka, może nawet trochę niższa ale z powodu swojej pulchnej budowy wydawała się dominować nad nią sylwetką. Betty była ciut wyższa od nich obu i dla kontrastu z koleżanką z pracy wydawała się szczupła, może nawet koścista. Maria wcześniej miała bardzo ciemne, może nawet czarne włosy ale teraz albo spłowiały jej od słońca albo posiwiały więc jej koleżanka miała wyraźniej ciemniejsze włosy. Maria była typem osobowości do rany przyłóż z wiecznym uśmiechem, troską i dobrym słowem. Od Betty zalatywało jakimś murem zawodowej oschłości i cynizmu. Chociaż i jedna i druga wydawała się zaangażowana w to co robi w tym szpitalu.

- Chodź księżniczko, kąpiel czeka. - Betty odezwała się do Lamii lekko żartobliwym i kpiącym tonem. Wyciągnęła do niej rękę podchodząc więc trochę wyglądało jakby prosiła ją do tańca jak jakąś prawdziwą księżniczkę na prawdziwym balu. Poprowadziła ją do wanny i skinęła głową na to naczynie z parującą wodą i samą księżniczkę. - Dasz sobie radę czy mam ci pomóc? - zapytała patrząc na niemrawa pacjentkę w zmiętolonej piżamie. Z bliska Lamia dostrzegła przez ten rozpięty fartuch Betty, że ta ma chyba jakiś tatuaż gdzieś między piersią a obojczykiem. Ale za mało wystawał by dało się zorientować co to może być.


---


- Noo… Wszystkie chłopaki zakochają się w tobie… - Betty oceniła swoje dzieło z uznaniem gdy jak zwykle przyglądała się twarzy pacjentki uważnie. Kąpiel, szampon, mydło, ręcznik, suche, czyste ubranie pomogły. Lamia czuła się jak nowonarodzona. Czysta, odświeżona, zrelaksowana. A nawet umalowana. Na sam koniec Betty też chyba była pod wrażeniem przemiany jaką przeszła oblepiona śliskim potem gąsienica w pachnącego szamponem motyla, że nawet maznęła jej kredką makijaż. - Noo… Prawdziwa księżniczka… - podsumowała z zadowoleniem na koniec chowając swoje kosmetyki do torebki.

Chłopaków co wedle słów siostry Betty mieli się zakochiwać w Lamii rzeczywiście trochę było. Pielęgniarka poszła ze swoimi podopiecznymi. Lamia czuła się już na tyle dobrze, by iść sama a jej nowa sąsiadka, Amelia, chyba ładna blondynka z obwiązaną opatrunkami twarzą i głową jechała na wózku prowadzonym przez pielęgniarkę. Amy wydawała się cicha, zgaszona i obojętna. Praktycznie nie reagowała na to co się dzieje dookoła. - Zaopiekujesz się Amy? Ja muszę wrócić po resztę. - Betty zapytała Lamię i jak to często miała w zwyczaju to też chyba nie był temat do dyskusji. Zostawiła je obie w stołówce gdzie z wolna docierali inni pacjenci i opiekujący się nimi personel.

Rzeczywiście przypominało to jakąś totalną mobilizację. Wydawało się, dosłownie, że jak kogoś dało się zwlec z łóżka to był właśnie tutaj. Dlatego gwar rósł gdy pielęgniarki i pielęgniarze zwozili albo doprowadzali kolejnych pacjentów. Lamia pierwszy raz widziała tylu pacjentów w jednym miejscu. Dotąd widziała ich pojedynczo czy w grupkach na salach, na korytarzach, w ogrodzie no ale teraz okazało się, że jest ich wszystkich cała masa. Wszyscy w ten czy inny sposób przybyli na te występy kabaretowe. Dało się słyszeć tam i tu, podekscytowanie. Widocznie ci “recydywiści” co byli tu od paru tygodni już mniej więcej wiedzieli czego się spodziewać. Zresztą Betty też mówiła, że takie występy są co miesiąc. Akurat na początku każdego miesiąca.

I wreszcie zaczęły się te występy. Kabareciarzy okazała się szóstka, trzy kobiety i trzech mężczyzn. Wyszli na scenę witani oklaskami, gwizdami, owacjami i ekscytacją. Wreszcie coś się działo co przerywało szpitalną monotonię! Przedstawili się jako “Kabaret Heca” i witali się zapowiadając swoje występy ze sporą dawką autoironii. Robili jakieś odniesienia do swoich poprzednich występów, właśnie też tu w szpitalu co tych paru pacjentów co wówczas było przyjęło bardzo ciepło i z rozbawieniem gdy kabareciarze pytali o coś z poprzednich występów. Potem wykonywali kolejne skecze zjednując sobie coraz więcej uśmiechów i pozytywnych emocji. Ludzie też poddawali się tej radosnej atmosferze czekając na kolejne dowcipy, parodie, monologi i scenki.


---



- Czasem słyszę, że kiedyś było lepiej. Taa… często to słyszę… - kabareciarz zaczął jeden z pierwszych swoich skeczów. Widać pił do tej często spotykanej nostalgii za dawnymi czasami a może i pośrednio nawet do tornadowych wizji. Facet wszedł nieco między rzędy krzeseł aby mieć lepszy kontakt z publicznością.

- Bo kiedyś samochody tak się nie psuły, bo domy były ogrzane, komputery były, internet, wakacje w ciepłych krajach i takie tam… - machnął niedbale ręką idąc między ścianą a rzędami krzeseł. Lamia widziała go bardzo dobrze, bo właśnie siedziała przy samym brzegu z tej właśnie strony.

- Ale zastanówmy się… Czy wszystko było kiedyś takie cudne i fajne? - zatrzymał się o dwa czy trzy kroki od krzesła Lamii i rozejrzał dookoła po sali. Przez widownię przeszła konsternacja poganiana ciekawością co teraz zrobi i do czego będzie pił.

- No na przykład taki drobiazg. - kabareciarz rozejrzał się po sali i przez chwilę Lamia dojrzała, że spojrzał prosto na nią! I zaraz ruszył w jej stronę.

- Witaj moja droga, nazywam się Claudio Esteban, czy mogłabyś mi zdradzić swoje imię? - komik zatrzymał się tuż przy krześle Mazzi ujął jej dłoń w swoją dłoń i pocałował szarmancko. Przez salę przeszły radosne śmiechy, ktoś zaczął buczeć, ktoś zagwizdał a reszta zaczęła bić brawo.

- To jest nasza księżniczka! - odezwała się stojąca niedaleko siostra Betty. Też wydawała się rozbawiona całą sytuacją a Claudio odwrócił się do pielęgniarki słysząc tą nowinę.

- Słyszeliście moi drodzy? Mamy tutaj prawdziwą księżniczkę! Ale nie ma co się dziwić, spójrzcie na tą ślicznotkę! - zawołał do widowni wskazując na Mazzi którą trochę zachęcił trochę pociągnął by postała. Wszyscy im bili brawo i wydawali się równie szczęśliwi odkryciem księżniczki w swoim gronie.

- No ale niestety moi kochani gdyby to było kiedyś to właśnie popełniłbym straszną gafę i grubiaństwo! Dlaczego zapytacie?! Ośmieliłem się w ramach przywitania pocałować dłoń kobiety! - zawołał unosząc do góry palec. Przez salę rozeszły się albo śmiechy albo odgłosy niedowierzania, czasem gwizdy.

- A tak. Więc księżniczko, gdy cię pocałowałem w dłoń na przywitanie to nie zapominaj, że właśnie obraziłem twoją cześć, zbezcześciłem twoją godność i spuściłem w klozecie twoją dumę przez moją arogancką, seksistowską głupotę która spycha cię do zmarginalizowanej roli kobiety zniewolonej przez mężczyzn! Tak! Tak księżniczko i tak moi drodzy! Właśnie tak było kiedyś! Taki to był świat! Mężczyzna nie mógł pocałować kobiety która mu się podobała nawet jak jej to schlebiało i była tym zachwycona! I co?! To miał być taki cudny świat?! Za tym tęsknicie?! Za głupotą i durnymi zasadami?! Za moralną kastracją?! Tego chcecie?! Tego szukacie na tym świecie?! - nie mógł skończyć bo przerwały mo coraz głośniejsze okrzyki radosnego “Nie!”. Udało mu się porwać publiczność i skandowali coraz głośniej i chętniej swoją niechęć za dawnymi czasami. Chcieli! Chcieli to co było teraz! Wolność, broń w ręku, używki, seks, Rock & Roll! Bez głupich zobowiązań i zakazów!


---



- Czy jest tu ktoś z Nowego Jorku? - zapytał jeden z kabareciarzy rozglądając się po zebranych pacjentach. Zgłosiło się kilka rąk w górze ale gdzieś po przeciwnej stronie sali niż siedziała Lamii i Amelia. Ale kilka krzeseł dalej zobaczyła faceta co wymruczał coś w stylu czy artysta ma coś do NY czy coś podobnego jakby właśnie też był z tego miasta. Ale ręki ani głosu nie podniósł.

- A to dobrze, będę mówił bardziej do tej mniej nowojorskiej połowy sali. - powiedział kabareciarz nieco przechodząc na przeciwną stronę czyli tą część sali bliżej Lamii. Widownia roześmiała się tym drobnym żarcikiem.

- Słuchajcie mam takiego jednego znajomego Nowojorczyka. Nie widziałem go dłuższy czas to wiadomo, pytam się jak leci, jak żona, jak dzieci no i w końcu wiadomo jak to u Nowojorczyków doszliśmy do polityki. I wiecie co on mi powiedział? Że smucą go wyniki wyborów. Słyszeliście? Wybory? Wyniki wyborów? W Nowym Jorku? - facet podkreślił ten fakt na tyle wyraźnie, że sala gruchnęła śmiechem i oklaskami. Czasem ktoś się rozkaszlał czy zachłysnął wrażenia. Przecież wszyscy od Manhattanu po Kalifornię wiedzieli, że NY prezydenta wybranego na dożywotnią kadencję. Ale ponoć jakieś wybory tam organizowali.

- Ale nie, nie no nie śmiejcie się tak! To nie wszystko! No! To nie wszystko! W Nowym Jorku to nigdy nie jest wszystko… - niby przerwał ale znowu posłużył się zrozumianym slangiem co znowu wywołało efekt przeciwny o jaki prosił czyli ludzie zaczęli bić brawo.

- W każdym razie gadamy o tych wyborach. Bo ostatnio jak z nim gadałem mówił, że prezydent wygrał wybory z 97% poparciem… - facet przerwał bo jemu przerwała fala śmiechów i klaskania. - Więc pytam się go wtedy jak to jest możliwe w wolnym kraju, że tyle ludzi myśli identycznie. No chyba nawet Moloch miałby problem zaprogramować tyle puszek tak identycznie. A on mi wtedy na to “Nowy Jork potrafi, prezydent potrafi… “ no to co mogłem zrobić? No pytam się go czy coś mu się nie rzuciło może w oczy z tak wysoką frekwencją. A on mi mówi, że nie. Pokiwałem głową i tyle. - kabareciarz rozłożył ręce w geście bezradności. Widownia znowu zaczęła klaskać i śmiać się z tych Nowojorczyków.

- Dlatego teraz jak z nim gadam pytam się jak jest. A on mówi, że ludzie się skarżyli. Wyobrażacie sobie? Skarżących się ludzi w NY? - facet znów przerwał by dać chwilę na zadziałanie wyobraźni. Ale coś metropolia mieniąca się jako nowa stolica Stanów nikomu chyba z wolnością jednostki i swobodami obywatelskimi się nie kojarzyła. Więc ludzie znów sobie pozwolili na salwę kpin i śmiechów skoro NY był daleko i nic ich to nie kosztowało a było zabawne.

- A więc mówi mi, że ludzie się skarżyli. Coś ich chyba tknęło w tych 97%. No to myslę sobie “Idzie ku lepszemu”. Oczywiście byłem głupcem. Albo niepotrzebnie pytałem o %. No ale spytałem niestety. I co? Wiecie ile? No? Śmiało! Zgadnijcie jakie w tym roku poparcie w sondażach miał pan prezydent? - facet podpuszczał ludzi dalej i rzeczywiście posypały sie propozycje “100%!”, “50%”, “98%!”, “0%, sondaże odwołano!”

- Aaa widzę nie doceniacie pana prezydenta i jego genialnej taktyki! Otóż wszyscy się mylicie! W tym roku pan prezydent osiągnął 91% poparcia! Tak! Tak prosze pańśtwa! 91%! idzie ku lepszemu! Coś ich jednak drgnęło w tych nowojorskich komisjach! Idzie ku lepszemu! W tym tempie jeszcze z 10 kadencji i może, może się doczekamy prawdziwych wyborów! - facet zaczął krzyczeć a ludzie krzyczeli razem z nim. Tak samo jak się śmiali i gwizdali i widać było, że skecz się większości ludzi podobał. Tylko ten facet, kilka krzeseł dalej, chyba z NY, miał dość smętny wzrok i równie smętnie pokiwał głową jako niemy komentarz do tego wszystkiego. Ale ani głosu nie zabrał ani ręki nie podniósł.


---



Skecze i występy kabaretu skończyły się. Ludzie zaczęli wstawać z krzeseł, część wychodziła, część jeszcze chciała porozmawiać z aktorami, niektórzy wzięli kartki i prosili o autograf. Na zewnątrz było już ciemno. Zeszło te kilka godzin zabawy nie wiadomo kiedy. Ale rzeczywiście występy kabaretu pozwoliły zapomnieć o otaczającym świecie i problemach oraz dać się naładować pozytywną energią. Człowiekowi się wydawało, że jest jakiś silniejszy, mocniejszy, wytrzymalszy i szczęśliwszy. - I jak dziewczyny? Podobało się? Chcecie porozmawiać z aktorami? - Betty podeszła do Lamii i nadal skołowanej Amelii. Ale właśnie z tego powodu kierowała swoje słowa głównie do tej przytomniejszej.
 
__________________
A God Damn Rat Pack

MG pomaga chętniej tym Graczom którzy radzą sobie sami
Pipboy79 jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Odpowiedz



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 13:49.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2019, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167