Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Postapokalipsa
Zarejestruj się Użytkownicy

Sesje RPG - Postapokalipsa Świat umarł. Pogodzisz się z tym? Położysz się i umrzesz przygnieciony megatonami, które spustoszyły Twój świat, zabiły rodzinę, przyjaciół, a nawet ukochanego psa? Czy weźmiesz spluwę i strzelisz sobie w łeb bo nie dostrzegasz nadziei? A może będziesz walczyć? Wstaniesz i spojrzysz na wschodzące słońce po to, by stwierdzić, że póki życie - póty nadzieja. I będziesz walczył. O przyszłość. O jutro. O nadzieję... Wybór należy do Ciebie.


Odpowiedz
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 29-05-2019, 04:26   #1
Majster Cziter
 
Pipboy79's Avatar
 
[Neuroshima] Przesyłka

Czas: 2053.IV.01 wt, przedpołudnie
Miejsce: Nowy Jork, Zachodni Pas, siedziba Koi
Warunki: ciepło, wnętrze biura, sucho, widno






- Dobrze, że jesteś Inu. - młoda Azjatka z charakterystyczną czarno - białą fryzurą przywitała się z jak zwykle oszczędnym, azjatyckim uśmiechem i delikatnym skinieniem głowy. Tak delikatnym jak tylko etykieta wymagała gdy szef zwracał się do podwładnego. I to kogoś obcego, spoza rodziny. Czyli gdy ten ktoś nie nosił w sobie krwi starożytnego Nipponu. Tego nie dało się u nich zapomnieć. Ani przez chwilę. U tych wszystkich rodowitych Koi. Że nawet jak zwerbowali kogoś do swojej grupy to jednak ten ktoś nie jest kimś z nich. Nie jest Koi, nie jest Japończykiem. Jest obcym. Nawet jak ma ich tatuaże niczym podpisana przez rodzinę własność. Dawało to pewne prawa i ochronę bo nie było się kimś z zewnątrz, kimś obcym. No ale nie było się Koi. Dobrze wychowani i pełni azjatyckiej galanterii nie mówili tego wprost. Ale dało się to wyczuć i bez słów. Przez skórę. Przez spojrzenie, przez ton głosu, przez te traktowanie z góry jakby zwracali się do jakiegoś pariasa spoza ich zacnej rodziny który dostąpił zaszczytu aby móc im służyć ale nigdy nie będzie jednym z nich.

A jednak były też i plusy. Nawet ktoś obcy, gdy dowiódł swojej wartości i okazał się godny zaufania na jakie można było sobie pozwolić obcym, miał jakieś profity z pracy dla Kai. Względne bezpieczeństwo, życie na nienajgorszym poziomie, pomoc w drobniejszych sprawach no i solidność pracodawcy. Odkąd dwa lata temu ich drogi się skrzyżowały ani razu nie wystawili Amandy do wiatru. Zapewniali wsparcie w tym co robiła, płacili nieźle, gdy uznali, że się należy dostawała premię no i dawali sporo swobody w wykonaniu zadania. Interesowało ich głównie wykonanie zadania. Czyli w przypadku “laski od błota” odnalezienia czegoś i przywiezienia tego do siedziby głównej. Zwykle w ręcę Ayumi czyli osoby którą ją dwa lata temu zwerbowała i jakiej podlegała. Ona też wydawała jej polecenia i podejmowała główne decyzje jeśli to “Inu” przyszła z ciekawymi wieściami o jakimś znalezisku.

Współpraca opłacała się obydwu stronom. Wiadomo - duży może więcej. A chociaż japońska rodzina Koi nie należała do głównych graczy przy nowojorskim stole to nadal mieli o wiele większe możliwości niż samotna Amanda. Dzięki temu przez różne źródła informacji jakie spływały do Ayumi miała dla swojej podwładnej różne zlecenia. A poza zleceniami całkiem sporo swobody i czasu wolnego. Więc właściwie całkiem nieźle jak na kogoś kto dwa lata temu przybył pierwszy raz do Collinsowa.

I w ten pochmurny dzień, jakże typowy dla tego miejsca, Amanda znów została wezwana przed oblicze szefowej. Więc znalazła się w tym biurowcu ze zrujnowanymi podmuchem górnymi piętrami i z połową obtłuczonych szyb. Wyższe piętra zdążyła już obrosnąć rachityczna trawa. Właściwie niższe też no ale wyraźnie mniej. Cały wielopiętrowy budynek był nawet podobny trochę do tych z jej rodzimego miasta. Chociaż tutaj nie było bagna na ziemi za to było w powietrzu. Jak nie smog to mgła albo jakieś wyziewy. A nawet jak nie to po prostu było pochmurno lub padał jakiś syf z nieba. Najgorzej jak syf szedł z którejś ze Szczelin. Wtedy robiło się prawie jak nad Rzeką i lepiej było mieć pod ręką gazmaskę albo skitrać się do bezpiecznego schronienia. Całkiem inaczej niż wiecznie słonecznie niebo Florydy. Z drugiej strony tutaj nie było huraganów ani duszącego uścisku dżungli i zmywających wszystko i wszystkich powodzi po ulewnych deszczach.

Właściwie to takie porównania, chociaż nasuwały się same, wiele sensu nie miały. Nie żyli w idealnym świecie i każde miejsce miało swoje zalety i wady. Jakieś bonusy i felery. Czegoś brakowało a czegoś było w nadmiarze. Miami trzeszczało pod butem Rady Miejskiej i zarządzających nią bossów. Czyli właściwie mafiozów wedle dawnej nomenklatury. Przynajmniej w większości. A Nowy Jork trzeszczał pod butem prezydenckiej wolności i jego służb. Na południu można było zdechnąć na plantacji albo zostać porwanym przez piratów. Tutaj można było zdechnąć podczas wiecznej odbudowy albo podczas zaprowadzania prezydenckiego porządku. I to nieważne po której stronie gliniarskiej pały się stało.

- Napijesz się ze mną herbaty? - zaproponowała Japonka z uprzejmym tonem i uśmiechem. Oczywiście nie było to pytanie które mądrze było odmówić. Na pewno nie chodziło o samo picie aromatycznego naparu. Tylko o wstęp do właściwej rozmowy. I oznaka zaufania. Nieme pochlebstwo. No i widocznie chodziło o coś ekstra skoro Ayumi pozwalała na takie spoufalanie aby podejść do bocznego, niskiego stolika w swoim biurze gdzie mogły rozmawiać mniej oficjalnie. A nie jak zwykle przez barierę potężnego i solidnie wyglądającego biurka. Rzadko ktoś z tak niską pozycją jaką miała Amanda a do tego obca, dostąpił takiego zaszczytu. W końcu nie była jakimś biznesmenem, mafiozem, hersztem czy innym ważniakiem który mógłby przynieść Koi dużo większe zyski niż “laska od błota”. A teraz proszę. Japonka nalała dwie malutkie czarki herbaty prezentując starodawne zwyczaje z wyspy jaka nawet nie było wiadomo czy jeszcze istnieje. Ale jej potomkowie istnieli i skrupulatnie pielęgnowali tą tradycję.

Przez chwilę rozmawiały o niczym ważnym. Tak wymagała ich tradycja aby nie szpecić picia herbaty rozmowami o poważnych, trudnych czy nieprzyjemnych sprawach. Przez chwilę to działało, można było odnieść wrażenie, że gospodyni naprawdę lubi i interesuje się swoją podwładną a nawet jakby były po prostu koleżankami w podobnym wieku i pozycji. Jak minęła podróż? Czy Inu odpoczęła po ostatniej wycieczce za miasto? Czy wygodnie jej się mieszka? Skąd pochodzisz? Z Miami prawda? Tam podobno wiecznie świeci Słońce. Czyli dokładnie na odwrót niż u nas. No zwykłe, kobiece gadki i ploteczki jak to między koleżankami z pracy. No ale jednak nie były koleżankami z pracy tylko podwładną i szefową.

- To dobrze Inu bo mam dla ciebie zdanie. Chodź ze mną. - młoda Azjatka wróciła do omawiania interesu ledwo skończyły herbatę i lekkie tematy. Wstała dając tym samym znak podwładnej do tego samego i co było trochę nietypowe wyszły z gabinetu. Czasem tak się zdarzało gdy Inu miała kogoś poznać, rozpoznać czy wziąć coś czy kogoś na misję. Ayumi wyglądała zupełnie jak dawna bizneswoman. Żakiet, spódniczka do kolan, pończochy i buty na płaskim obcasie. Tylko ten nóż, tanto, u pasa nie pasował do takiego wizerunku a jednocześnie stanowił wyznacznik jej statusu. Sama Amanda została rozbrojona jeszcze na parterze. Zresztą schodziły przez kolejne piętra. Widocznie windy znów nie działały. Ale schodziły niżej i niżej mijając biura mniej ważnych członków rodziny i różnych pracowników, kurierów i reszty machiny Koi. Dziwne było to, że zeszły na parter a potem Ayumi skierowała się ku schodom prowadzącym do podziemnego garażu pod biurowcem. Mijały kolejne zaparkowane, niektóre od trzech dekad, samochody, kwadratowe filary i znalazły się w rejonie który był zarezerwowany dla ścisłej czołówki rodziny. Tam gdzie trzymali swoje prywatne samochody i ludzie pokroju Amandy nie mieli tutaj normalnie prawa wstępu. O tym świadczyły płoty, druty kolczaste, reflektory, strażnicy i psy. Jedną z ważniejszych postaci firmy oczywiście wpuszczono bez zastrzeżeń tak samo jak jej gościa.

Widok mógł sprawić o ślinotok i zazdrość każdego fana motoryzacji. Może to nie był garaż jak z Detroit no ale jak na warunki tego miasta każda jeden zaparkowany samochód był z górnej półki. Śmiało można było takim jechać do Manhattanu pod dom pana prezydenta. Ale jednak Ayumi nie zatrzymała się przed żadnym, nie wsiadła do niego i nie odjechała sama czy z Amandą w sobie wiadomym celu. Nie. Mijała kolejne zaparkowane pojazdy nie zwracając na nie uwagi. W końcu w tej podziemnej i pełnej cieni konstrukcji zaczęły się zbliżać do kolejnych strażników z psami. Wyglądało na to, że pilnują oni czegoś ważnego. Albo kogoś. A obie zmierzały prosto na nich, kursem kolizyjnym.

Azjaci skinęli głowami wyższej rangą a na Inu zareagowali tak jak zwykle czyli jak na powietrze. Mieli automaty na ramionach które w tych podziemnych warunkach musiały być bardzo skuteczną bronią pozwalającą zalać przeciwnika seriami ołowiu. Znaczy jakby w ogóle dostał się na teren parkingu, a potem właśnie tutaj, a wcześniej w podziemia i w ogóle do budynku rodziny Koi. - Oto twoje zadanie Inu. - gdy wyszły zza jakiegoś załomu Azjatka zatrzymała się i wskazała na pojazd który nawet na tle tych gablot jakie właśnie minęły, po prostu zapierał dech w piersiach.





Czerwona, sportowa gablota jakby dopiero co wyszła z fabryki! Stan idealny! Skąd oni ją wytrzasnęli?! Jeśli silnik i resztę miała w takim stanie jak wyglądała od zewnątrz no to… No po prostu na taki rarytas brakło słów.

Japonka dała chwilę Amandzie na ogarnięcie pierwszego i drugiego wrażenia zanim zaczęła wyjaśniać szczegóły. - To jest prezent. Od bardzo ważnych ludzi stąd. Do bardzo ważnego człowieka w Miami. Pana Hamiltona. - Hamilton. Oczywiście znała to nazwisko. Każdy z Miami je znał. Andrew Hamilton, syn Neda Hamiltona który położył podwaliny pod to jak wygląda Miami obecnie. Mógł być królem, prezydentem czy dyktatorem miasta. No ale wybrał inaczej. A jeszcze jak była w mieście kopnął jednak w końcu w kalendarz no i schedę po nim przejął jego syn, Andrew. I może nie miał takiego autorytetu jak ojciec no ale był jednym z najpotężniejszych ludzi w mieście. W końcu tak samo jak on, był szefem Miami Vice czyli ramienia zbrojnego Rady Miasta. Takie drobne płotki jak Amanda nie miały dostępu do takiej grubej ryby.

- Ci ważni ludzie tutaj, zorganizowali ten prezent dla pana Hamiltona tam. Nasza firma zobowiązała się dostarczyć ten prezent dla pana Hamiltona. To zadanie przypadło mnie a ja zlecam je tobie. Na ten ich fikuśny 4 lipca pan Hamilton ma życzenie przywitać w swoim nowym Porsche. Czyli właśnie w tym co tutaj stoi. - Ayumi zaczęła przedstawiać kolejne elementy tego zadania. Wyglądało na to, że trzeba przewieźć tą oczojebną superfurę przez pół kontynentu. I to w stanie takim w jakim jest obecnie! No ale przynajmniej nie na wczoraj. Do początku lipca to jeszcze był z kwartał.

- Inu. Nasza firma zaręczyła swoim słowem, że ta maszyna dotrze na czas, na miejsce i w stanie takim jak obecnie. Zaręczyła słowem przed bardzo ważnymi ludźmi w obydwu miastach. Dlatego porażka nie wchodzi w grę. Chodzi o nasz honor. O honor Kai Inu. - głos Japonki wydawał się ciąć powietrze jak biczem. Sprężyła się i spięła jak chyba oni wszyscy gdy mowa było o honorze rodu.

- Oczywiście, nie puścimy cię w tak daleką podróż samą. Samochód zostanie załadowany do kontenera i na ciężarówkę. Nie może się rzucać w oczy dlatego będą tylko dwa samochody eskorty. No i Kanmi z tobą. Poza tym puścimy lewy transport na podpuchę dlatego wasz nie może być zbyt duży. Pojedzie sprawdzona ekipa. Spotkasz się z nimi dzisiaj wieczorem. Oni odpowiadają za bezpieczeństwo prezentu. Ale ty Inu jesteś z Miami i masz odpowiednie talenty aby odnaleźć właściwą drogę. Pojedziesz jako główny nawigator. Twoim zadaniem jest poprowadzić konwój tak aby dotarł cało na miejsce. Odpowiadasz za to głową Inu. Porażki i wymówki nie będą tolerowane. - Japonka o dwukolorowych włosach mówiła poważnie i równie poważnie patrzyła z lodem i bez litości na tej której zlecała to zadanie. Skoro szło o honor rodu to zapewne sama by zdjęła z ramion głowę nieudolnej pracownicy. Z plotek jakie o niej słyszała Amanda wiedziała, że chyba mogła już robić takie rzeczy. Tylko z pozoru wyglądała na klasycznie cichą, uśmiechniętą Japonkę o nienagannych manierach. Tym tanto przy pasie też podobno umiała nieźle filetować. I niekoniecznie ryby.

- Możesz powiedzieć Kanmi o tym zadaniu. I tak jedziecie razem. Spotkasz się wieczorem “U Marcusa” z ekipą z którą będziecie współpracować. Pytaj o Hori. Dogadajcie szczegóły. Najpóźniej w piątek chcę mieć wasz plan na podróż, czego potrzebujecie i jaki jest stan przygotowań. Daję tobie i im wolną rękę co do przygotowań i wyjazdu. Ale nie zawiedź mnie Inu bo to będzie twój pierwszy i ostatni raz. - Japonka skończyła przedstawiać podwładnej wyznaczone zadanie. Widocznie jak zwykle, zostawiała jej wolną rękę co do detali wykonania misji. I jak zwykle była gotowa wesprzeć ją w przygotowaniach. No ale w zamian zadanie musiało zostać wykonane. Zwłaszcza takie gdzie w grę wchodził honor rodu. Knajpa, właściwie pub “U Marcusa” był znany Amandzie. Rzeczywiście sporo ludzi od Kai tam przychodziło więc nie było dziwne, że tam się zatrzymali ci którzy mieli być jej eskortą. I szefowa dawała im kilka dni aby się dograć, dogadać i przygotować wstępny raport.
 
__________________
MG pomaga chętniej tym Graczom którzy radzą sobie sami
Pipboy79 jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 02-07-2019, 21:13   #2
 
Aiko's Avatar
 

Cholerna herbatka. Od kiedy dane jej jest kręcić się w okolicy tej bandy świrów, na serio zaczęła nienawidzić tego napoju. Do tego Ayumi z tej jej pseudo życzliwością. Amanda aż zadrżała.

Wracając z dłońmi w kieszeni, starała się przeanalizować w jak głębokie gówno została wpakowana. Toż ta fura świeciła się bardziej niż psu jajca. Już widziała zajaraną twarz Kanmi, który dojdzie na samą myśl, że dane będzie mu usiąść w takie furze. Na wejściu do budynku zgarnęła swój karabin i zrezygnowana ruszyła do Marcusa. Wiedziała, że spotykają się tam dopiero wieczorem, ale była niemal pewna, że znajdzie tam Kanmi. Była niemal pewna, że młody przesiadywał między azjatami “chłonąc atmosferę”. Może i dobrze, sama chętnie napije się nieco tej atmosfery bo zapowiada się ciężka pogadanka. Swojego kierowcę znalazła jak zwykle na zapleczu wśród narkotyzujących się jakimś zielskiem Azjatów. Nie palił. Nie było go na to stać. Sączył smętnie piwo spoglądając na rozwalonych na kanapach, otulonych białymi oparami, klientów. Gdy Amanda podeszła do niego i klepnęła chłopaka w plecy niemal podskoczył.

[MEDIA]https://i.pinimg.com/564x/5a/5e/f3/5a5ef3dfd037f23497a2b709fb073feb.jpg[/MEDIA]

- Jest robota… musimy pogadać. - Wskazała na wyjście do głównej sali. Choć łatwiej dostępna, była też bardziej gwarna i łatwo było tam wymienić kilka zdań na osobności.

- Dobra, nie musisz tak zaraz się rozbijać ani ludzi straszyć. - Kanmi mówił jakby nie mógł się zdecydować czy bardziej chce się droczyć, złościć na nią czy zamaskować to, że chyba go podeszła i nastraszyła. Czy jeszcze może, że jednak jest ciekaw z jaką sprawą przyszła. Pożegnał się ze swoimi mniej lub bardziej znajomymi po czym wyszedł razem z Amandą na główniejszą część lokalu. Główniejsza część zaś wydała się luźniejsza. Pewnie przez to, że na typowo barową porę było jeszcze o wiele za wcześnie a lokal Marcusa jako jadłodajnia raczej nie słynął. Bez trudu więc znaleźli wolny zakątek. Kanmi machnął na kelnerkę gdy siadali do stołu. - No co to za robota? - zapytał widząc, że dziewczyna dojrzała jego gest i ruszyła zza baru aby przejść przez salę i dojść do ich stolika.

Inu zaczekała na spokojnie aż kobieta zbierze od nich zamówienie. Poprosiła o piwo. Musiała zabic smak tamtej “herbatki”. Gdy kobieta oddaliła się za kontuar, westchnęła cięzko spoglądając na swojego towarzysza niedoli.

- Która nas pewnie zabije. - Mruknęła niechętnie, nasłuchując odgłosu nalewanego piwa. - Byłam na pogadance u Ayumi. Chce byśmy dostarczyli towar do Miami… cholernie drogi towar. - Przerwała widząc jak kelnerka podchodzi do ich stolika i stawia na stole dwa piwa. Na spokojnie upiła nieco czekając aż ta odejdzie. - Zasrane czerwone Porsche… jakby je ktoś wyciął z przedwojennej gazetki. Mamy je dostarczyć bez jednej rysy.

- E tam zabije… - Kanmi machnął niedbale ręką patrząc gdzieś na bioderka odchodzącej kelnerki. - Daj sobie na luz i przestań krakać co? - pokiwał głową jakby zgadzał się z jakimiś wnioskami i jakoś akurat jak blat baru zasłonił większość dolnej połowy sylwetki kelnerki załapał albo po prostu odwrócił się do swojej partnerki. - Ale znaczy poczekaj, jak to czerwone Porsche? Jako co? Jakaś rozkładówka? Model? Resorak? I gdzie to trzeba dostarczyć? - kierowca najwidoczniej nie brał na poważnie, że może istnieć w tym spapranym świecie prawdziwe, czerwone Porsche. Chociaż nie było mu się co dziwić, Amanda też dopiero co widziała takie cacko pierwszy raz na swoje oczy. Może w tym legendarnym mieście motoryzacji jak Detroit to i norma ale na pewno nie tutaj, w Collinsowie no ani w jej rodzimym Miami gdzie z prywatnymi furami było krucho i większość szaraczków posługiwała się wozami, rikszami, wierzchowcami, łodziami czy własnymi nogami. No ale nie prywatnymi samochodami. A na pewno nie czerwonym Porsche.

- Jakby to była jakaś rozkładówka, to wepchnęła bym ci ją w dupę i wysłała z karawaną w moje rodzinne strony. - Amanda nachyliła się w kierunku chłopaka ponad stolikiem, tak że ich twarze niemal się spotkały. - Skup się młody. Musimy dostarczyć tą cholernie drogą, cholernie rzadką i najgorsze, że cholernie prawdziwą furę do Miami. Do zasranego błotem pachnącego Miami. - Odchyliła się i wydobyła z kieszeni paczkę szlugów po czym jeden odpaliła. - Dotarło?

- No co ty? Porsche? Prawdziwe Porsche? Ayumi ma prawdziwe Porsche? I my mamy je dostarczyć?! O ja pieprzę! - oczy kierowcy stopniowo budziły się z roztargnienia i letargu gdy widocznie prawda na czym ma polegać kolejne zadanie zaczynało drążyć mu umysł aż w końcu dotarło do jego jaźni. No i gdy dotarło to przede wszystkim nastąpiła kaskada radosnego niedowierzania. Facet roześmiał się na całego i z nadmiaru radości uderzył dłonią w stół. No tak. Co za kierowca nie chciałby poprowadzić prawdziwego Porsche.

Inu westchnęła ciężko.
- Kanmi błagam.. skup się. Wiesz ile jest z Jabłka do Miami? - Amanda niestety spodziewała się takiej reakcji. - Wiesz jaka jest szansa, że doprowadziłbyś je bez rysy?

- Do Miami? No to tak daleko? Gdzie to jest? Gdzieś koło Federacji? Przed? Po? No zresztą ty jesteś z Miami to chyba wiesz jak jechać nie? Daj spokój, damy radę. Ale muszę ją zobaczyć! Dziewczyno! Takim Porsche to śmigniemy że reszta świata będzie wąchać tylko nasze spaliny! - Kanmi widocznie łyknął bakcyla na całego bo nawet podróż na kraniec Florydy nie wydawała mu się w tej chwili czymś zbyt trudnym. Roześmiał się wesoło wyobrażając sobie pewnie jak zostawiają całe zło za tylnym zderzakiem czerwonej fury. Fury którą zapewne w tej wizji prowadził osobiście. W końcu był kierowcą prawda?

- Zobaczysz ją na pace ciężarówki, którą będziemy to auto przewozić. - Inu zrezygnowana pokręciła głową. - Młody to na serio nie jest jakaś zabawa. Niebawem powinna się tu pojawić jakaś ekipa Ayumi. Hori czy jakoś tak.

- Na pace ciężarówki?! No to jest już skandal! Nie godzi się aby takie dzieło motoryzacyjnej sztuki przewozić na jakiejś tandetnej ciężarówce! To jakby najlepszego sprintera świata wozić na wózku inwalidzkim! - Kanmi tak jak chwilę temu buszował bo niebiosach euforii tak teraz runął w czeluści oburzenia gdy sprzed nosa zabrano mu tą wymarzoną zabawkę. Na znak protestu wstał od stołu bo dopił piwo jednym haustem i poszedł do baru po kolejne. Chwilę mu to zajęło ale chyba pozwoliło też mu co nieco ochłonąć bo gdy wrócił do stolika z kolejnym piwem to był już nieco spokojniejszy chociaż nadal wyraźnie nieszczęśliwy.

Inu obserwowała go sącząc piwo i paląc bez pośpiechu papierosa. Pracowała z Kanmi już tyle czasu, że wiedziała iż chłopak momentami potrzebuje chwili. Samą ją kusiło by po rozmowie z Ayumi po prostu wystrzelać magazynek w powietrze, ale choć jedno z tego ich małego zespołu musiało być rozsądne.

- I Hori ma wziąć w tym udział? Toż to prawa ręką Ayumi. Znaczy się gruba sprawa. Ale jak Ayumi ich bierze to po co my tam jesteśmy? Przecież na pewno nie do wydawania poleceń Hori. - zapytał patrząc przez wielkość stołu na partnerkę. No ale nie mylił się co do opinii Hori dotąd Amanda z nimi zbyt wiele nie współpracowała no ale sprawiali wrażenia ekipy do zadań specjalnych. Takich akurat co można było puścić do zadania wymagającego więcej finezji i samodzielności niż ściągnięcie długu od dłużnika czy wysadzenie konkurencji. Czyli nawet pasowało do zadania przesłania przesyłki na drugi kraniec kontynentu.

- Jak już zauważyłeś ja jestem z Miami będę waszym psem przewodnikiem. - Mruknęła niechętnie. - Ty bierzesz swoją furę i będziemy sprawdzać czy ekipa ma czystą trasę. A Hori… zapewne z przyjemnością wyręczy Ayumi jak jednak coś spieprzę.

Chłopak nie odzywał się dobre dwa łyki piwa gdy trawił całą tą sytuację z nową robotą. W końcu westchnął i upił kolejny łyk. - A myślisz, że dadzą się namówić na jazdę próbną? Weź z nimi pogadaj co? Przecież trzeba sprawdzić furę czy z nią okey nie? Co jak to jakiś polakierowany szmelc? Widziałaś w ogóle tą furę? Jak wygląda? Jaki model? - Kanmi widać nie mógł odpuścić, że taka fura może mu przejść tuż koło nosa i skoro nie miał nią jechać aż do samego Miami to chciał się przejechać chociaż trochę. A to właśnie na Amandę spadała rola głównego negocjatora z ich duetu.

- Młody czy ja wyglądam jakbym się w tym orientowała? Znaczek rozpoznałam, kolor też. - Inu niemal prychnęła. - Obejrzysz sobie ją to pewnie nawet będziesz wiedział co ma pod maską, ale mnie w to nie mieszaj. A co do pogadania.. mogę spytać Hori. Ale zastrzegę, że ty mu wytłumaczysz czemu to taki zajebisty pomysł.

- No to zagadaj z nim. Jak coś to cię poprę. - Kanmi najwidoczniej nie był zbyt skóry do zagajania rozmowy z kimś kto stał w hierarchii rodziny dobre kilka pięter nad nim. A w końcu w ich gałęzi firmy Hori przyjmował polecenia tylko od Ayumi.

Amanda pokręciła jedynie ze zrezygnowaniem głową i spojrzała w kierunku drzwi oczekując pojawienia się gwiazdy programu. Nie lubiła mieć kontaktów z Hori.

Zbyt długo się nie naczekali. Przez główne wejście do środka weszło trzech Azjatów. Znanych im przynajmniej z widzenia. Najważniejszy był szef całej grupy czyli Hori. Pozostali dwaj wiekowo wydali się jak dobrani dla kontrastu. Sadao san miał wygląd pogodnego emeryta a Jack wiecznego nastolatka. No ale najważniejszy był Hori. On też szedł na czele tej trójki kierując się do stolika dwójki pracowników rodziny do jakiej należał.

[MEDIA]https://i.pinimg.com/564x/5f/b8/32/5fb8324c66b0ecdb41c6fbdee75115d5.jpg[/MEDIA]

- Dzień dobry. Ciesz się, że już jesteście. - szef przywitał się z dwójką pracownikow. Kanmi zgodnie z protokołem wstał aby go przywitać i skłonił mu się sztywnym, typowo japońskim ukłonem. Inu poszła w jego ślady i także skłoniła się głęboko. Irytował ją potwornie ten ceremoniał, ale wolała nie podpaść Hori. Wszyscy usiedli dopiero gdy szef usiadł na swoim miejscu.

- Nasza rodzina dostała zaszczytne zadanie. A z całej naszej rodziny właśnie nam przypadł zaszczyt aby je wykonać. I bez względu na cenę to zadanie zostanie przez nas wykonane. Chodzi o honor rodziny Kai! - Hori zaczął to zebrane w typowo japoński sposób. Od czegoś co można było chyba nazwać mową motywacyjna i przypomnieć o ważności tego zadania.

- Hai! - z kilku gardeł szczeknelo krótkie potwierdzenie do pełnej współpracy i zaangażowania.

- Bardzo dobrze. Jak wiecie mamy dostarczyć przesyłkę do celu w stanie nienaruszonym. Niestety to całkiem spory kawałek od zwyczajowych terenów naszego działania. Dlatego musimy się przygotować. Jak wiecie nie musimy tego zrobić do jutra czy końca tygodnia. - szef zaczął mówić o najważniejszych detalach czekajacej wyprawy chociaż unikał nazywania rzeczy po imieniu. Zapewne na wypadek gdyby ktoś miał coś usłyszeć spoza ich stolika.

- No ja już mówiłem. - odezwał się najstarszy mężczyzna przy ich stole. - Ja tam nawet byłem. I to dwa razy. No ale raz jeszcze w szkole jak byliśmy na wycieczce w Dysneylandzie to mnie wtedy bardziej dziewczyny i nowy tablet interesowały niż to jak jedziemy. A za drugim razem wsiadłem w samolot w Nowym Jorku a wysiadłem w Miami. To też za wiele nie widziałem. Może samo Miami trochę. No i to wszystko było jeszcze przed wojną. - Sadao san który był i kierowca i mechanikiem bez żenady przyznał się do swojej wiedzy na temat trasy i adresu docelowego na jaki mieli jechać. A Dysneyland! No rąk jego magia działala nawet tyle dekad po wojnie. Amanda sama kojarzyła historyjkę czy dwie z jej rodzimego miasta o gościach którzy przybyli z północy zwabieni magią bajkowego zamku. A co dopiero kiedyś jak wszystko jeszcze działało. Co tylko podkreślało jak wiekowy jest ten Japończyk.

- Tak. Właśnie dlatego mamy Inu. - szef skinął głową i przeniósł wzrok z mechanika na przewodniczkę. A za nim ten gest powtórzyła reszta mężczyzn.

- Ja byłam tam trochę ponad dwa lata temu. - Amanda wzruszyła ramionami, ale szybko poprawiła się przyjmując bardziej “pożądaną” postawę. Nie cierpiała tych ich sztucznych gadek motywacyjnych, tego ich ceremoniału. - Co nieco mogło się zmienić, ale wątpię by asfalt gdzieś uciekł, a na dziko z naszym sprzętem raczej nie pojedziemy.

- Bardzo dobrze. Czy masz już jakiś pomysł jak i którędy powinniśmy jechać? Chodzi mi głównie jak z tą Federacja. - Japończyk przeszedł całkiem szybko do bardziej detalicznych ustaleń. No tak. Federacja. Kraina sfederowanych lordów i arystokratyow. No i tych których trzymali za pysk tak samo jak pan prezydent tutaj czy oligarchia bossów Miami. Federacja, najbliższy i najpotężniejszy sojusznik Nowego Jorku. Przynajmniej tak mówiła tutejsza propaganda.

Więc rejon od południowych rubieży Nowego Jorku do północnych skrajów Appalachów był względnie przejezdny i w miarę bezpieczny. Do tego momentu można było poczuć się dość pewnie. Ale co dalej?

Podstawowe opcje były właściwie trzy. Na wschód Federacji, wzdłuż wybrzeża, przez Federacje albo na zachód od niej. Pamiętała, że do Federacji dość regularnie kursują konwoje FISTu. Kompania transportu ciężkimi ciężarówkami zwana w Miami “fistaszkami”. Więc z kolei na południe od Federacji przez Florydę aż do Miami też jakieś przejezdne drogi były. Chociaż podróż przez samą porośnięta dżungla Floryde do łatwych i przyjemnych nie należała. No i była wąskim gardłem przed samą metą.

Najmniej miała pojęcie o środku tej trasy. Czyli na szerokości Federacji i po obu jej stronach. Po przybyciu do miasta aż tak daleko się nie zapuszczała w swoich wyprawach z Kanmi a jadąc z Florydy zbyt szybko prześlizgnęła się przez tą okolice.

- Jadąc w tą stronę prześlizgiwałam się zachodnią krawędzią Federacji. Tam gdzie drogi jeszcze są, a mało jest tych idiotów. - Inu zamyśliła się spoglądając na sufit. - No ale ja wtedy jechałam z bandą na motocyklach. Niby można by podszyć się pod FIST, ale tak serio… nie zaryzykowałabym, że któryś lokalnych “władców” będzie chciał nam zagarnąć towar. Więc może zachód? Z Kanmi moglibyśmy jechać przodem i sprawdzać co i jak. Jak zrobi się zbyt dziko, zawsze można się zagłębić w kraj Appalachów.

- Zachód? - Hori popatrzył najpierw na Amandę a potem po kolei na Kanmi i dwóch swoich towarzyszy. Może coś zobaczył w ich spojrzeniach a może i nie. Przy jego nieprzeniknionej twarzy o bacznym spojrzeniu trudno było to zgadnąć. - No dobrze. Niech będzie zachód. To dobry pomysł abyście ruszyli sprawdzić jak wygląda trasa. Kiedy byście byli gotowi do wyjazdu z miasta? - szef wyprawy wrócił spojrzeniem do dwójki zwiadowców. Termin na szczęście na razie nie naglił a Amanda nie była do końca pewna w jakim stanie jej partner ma swoją furę. No i Japończyk na razie chyba robił wstępne rozpoznanie aby przygotować się do tej wyprawy więc nie naciskał.

- Tydzień. - Inu zawahała się. - Jeśli rodzina nam pomoże.

- Oczywiście. Dobrze więc w razie potrzeby zostawcie wiadomość w garażu albo w biurze. A my spotkamy się powiedzmy w poniedziałek po weekendzie. Coś już powinno się wyklarować. - szef wyprawy zgodził się na propozycję Amandy. Wiedziała, że chodzi mu o podziemny parking pod wieżowcem rodziny gdzie były warsztaty, składy i pewnie było się z nim łatwiej skontaktować niż w oficjalnym biurze w wieżowcu. No ale tam też można było zostawić mu wiadomość. Tylko tam rzadziej bywał. To stwierdzenie zakończyło oficjalną część spotkania i atmosfera zrobiła się wyraźnie luźniejsza.
Inu posiedziała chwilę, rzucając krótkie opowiastki o swojej podróży do Nowego Jorku i pozwalając by uwaga pomału zdryfowała z jej osoby. Mieli sporo roboty i pogadanki z rodzinką nie były czymś na co miała ochotę marnować czas. Po tym jak dopiła drugie piwo skłoniła się przedstawicielom rodziny dając uprzednio znak Kanmi by ruszył za nią. Odezwała się dopiero gdy opuścili lokal i odeszli dwa kroki.
- Doprowadź to swoje auto do jakiegoś stanu używalności. Zatankuj do pełna. - Inu nadal obawiała się tego zlecenia i nie zamierzała udawać, że jest inaczej. Zbyt wiele rzeczy mogło się spieprzyć przy tak długiej trasie. - Uzupełnij prowiant na kilka dni i amunicję. Ja spróbuję nieco posłuchać po knajpach i u karawaniarzy nieco plotek o trasach. - Westchnęła ciężko. - Mam nadzieję, że na południu jest cholerny spokój.
Pożegnała się ze swoim kierowcą i ruszyła w kierunku postoju karawan. Może przewodnicy przywieźli jakieś ploty z trasy. Najpewniej dowie się najwięcej w “Press Box” tyle, że tak bardzo nie lubiła odwiedzać tego miejsca. Te wszystkie fuchy, które aż prosiły się by je wziąć i wyjechać w cholerę ze zgniłego jabłuszka. Ale nie… rodzinka też miała tam swoich ludzi, a gdyby Ayumi dowiedziała się, że Inu coś kombinuje… Amandę aż przeszył nieprzyjemny dreszcz. Wsunęła ręce głębiej w kieszenie, wytartych bojówek i przyspieszyła kroku.
 

Ostatnio edytowane przez Aiko : 02-07-2019 o 21:21.
Aiko jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 05-07-2019, 12:03   #3
Majster Cziter
 
Pipboy79's Avatar
 
Tura 2 2053.IV.02 śr, popołudnie, NYC

Czas: 2053.IV.02 śr, popołudnie
Miejsce: Nowy Jork, Zachodni Pas, pub “U Marcusa”
Warunki: ciepło, wnętrze lokalu, sucho, widno na zewnątrz mżawka i nieprzyjemnie


Ostatnia doba okazała się iście nowojorska. Przynajmniej pod względem pogody. Na zewnątrz było albo niezbyt przyjemny chłód, albo zwykły chłód, albo w najlepszym razie po prostu w tak na może być. Do tego jak chmury to mżawka. Rano tylko przez chwilę było pogodnie. Jedną z niewielu rzeczy co Nowy Jork i Miami miały wspólnego to nadmiar wilgoci. No i mgły. Tutaj jednak w przeciwieństwie do południowego miasta rodzimego Amandy, zawsze wydawało się, że jest pochmurno, ponuro i mgliście. No i chłodno jak dla kogoś wychowanego na południowym cyplu Florydy. Tylko zamiast wszędobylskiej dżungli i krzaków tutaj był zbrojony beton, brudne cegły albo ich resztki czy przeróbki.

Więc i nie było się co dziwić, że trzeba było chodzić w płaszczu przeciwdeszczowym albo jakimś innym podobnym okryciu z bardzo przydatnym kapturem. Poza tym tego typu ubranie było przydatne w razie gdyby z którejś szczelin albo tak po prostu zawiało coś trującego siejąc pomór na powierzchni na wszystko co nie zdążyło się skryć. No i gazmaskę też dobrze było mieć ze sobą gdy się wychodziło na zewnątrz. Właśnie z tego powodu. Nawet teraz, w tą pochmurną porę lunchu, na zewnątrz o szyby stukała mżawka. I tak padała już chyba od południa i nie było wiadomo kiedy przestanie.

Amanda spędziła drugą połowę wczorajszego i pierwszą połowę dzisiejszego dnia na chodzeniu po knajpach i zbieraniu plotek o drogach na południe. Przyjmowaną ją raczej dość życzliwie. W końcu kierowcy w dalekich trasach to z reguły mężczyźni a podchodziła do nich młoda i całkiem atrakcyjna kobieta. Dostała więc całkiem sporo propozycji dosiądnięcia się, drinka, piwa czy bardziej bezpośrednie propozycje. W większości jednak na dość rubasznym, wesołym tonie jak zwykle mężczyźni mieli gdy wpadła im w oko jakaś niezła sztuka i chcieli być mili czy sprawić lepsze wrażenie licząc, że coś, może akurat by było z nią na rzeczy…

A niejako przy okazji czegoś się dowiedziała o trasach poza Nowym Jorkiem. Wydawało się, że pierwszy odcinek trasy trzeba by raczej pojechać raczej na zachód niż na południe. Tak, by wyminąć na południu tereny pogranicza między NY a FA. Gdzie trudno było się zorientować co należy do nowojorskiej armii a co do jakiegoś barona. No i jak miała pierwotny zamiar aby objechać Appalachy od zachodu to też właśnie trzeba było pojechać na zachód.

A jak na zachód to kierowcy dość zgodnie polecali jedną z głównych dróg czyli z miasta, przez New Alle do Fortu Harrisa. No o Forcie Amanda słyszała, nawet ze dwa czy trzy razy przejeżdżała albo nocowała w tej osadzie. Jeden z większych posterunków a właściwie to już chyba baza NYA poza Nowym Jorkiem. Taki przygraniczny fort strzegący demokracji. I gdzieś mniej więcej do tego momentu kończyła się jasna relacja co jest czyje. Do Fortu jasną przewagę miała nowojorska armia i inni ludzie prezydenta. Na tyle by mniej lub bardziej odcisnąć na ludziach i ziemi swoje piętno. Za Fortem no niby też, bo w końcu pan prezydent ogłaszał się panem prezydentem całych dawnych Stanów i nie wiadomo czego jeszcze. No ale jak zwykle, tyle każdy miał władzy ile zdołał utrzymać w garści. Pan prezydent i jego mundurowe chłopaki mieli garści całkiem duże no ale właśnie jak na razie mocny chwyt kończył się na zachodzie gdzieś na Forcie Harris. Co nie znaczy, że na zachód czy południe od tego miejsca nie można było spotkać ludzi czy osad pana prezydenta.

No więc przez New Alle do Fortu Harris droga miała być względnie porządna. Armia oczyściła drogi z wraków i trupów, prowadziła regularne patrole więc było dość bezpiecznie. Trzeba było uważać na naturalne przeszkody jak pogoda i dziury w drodze bo to było prawdziwe utrapienie. Niby powinno się tam dojechać w pół dnia. Ale wiadomo. Pogoda, postoje, kontrole, naprawy, usterki, kontrole, wozy z pierwszeństwem przejazdu, blokady, kontrole, trzepania wozu w poszukiwania trefnego towaru czy osób, armijne obławy czy inne akcje no i kontrole. Więc tak, dzięki takim atrakcjom spokojnie można było liczyć na pokonanie tej trasy cały dzień albo i więcej.

Kontrole w opinii kierowców wydawały się dość uciążliwe. Tak samo zresztą jak w mieście. Jakby każdy wojskowy co dostał odpowiednie rozkazy po prostu je wykonywał. I musiał przy tym udowodnić, że ma tą słusznie mu daną przez władzę władzę. Zwłaszcza cywilbandzie. Chociaż więc, żaden z kierowców, w większości albo kurierów albo tirowców nie odważył się narzekać na armię i jej porządki przed obcą osobą a więc potencjalnym szpiclem i prowokatorem to jednak niechęć między wierszami była bardzo charakterystyczna.

Ze dwa razy Amanda usłyszała, że boczne trasy do Harrisurga są rzadziej kontrolowane. Można było zaryzykować aby się nimi przemknąć. No ale to też było pewne ryzyko. Po pierwsze były właśnie rzadziej patrolowane więc niosło ze sobą ryzyko, spotkania czegoś nieprzyjemnego. Od nagle zarwanej drogi po gości co chcą jakąś “opłatę” za możliwość wjazdu na swoje terytorium. Do tego gdyby już jakiś patrol armii trafił się na takiej pobocznej drodze to i mógł nabrać podejrzeń, że delikwent ma coś do ukrycia przed ludźmi pana prezydenta. I wtedy dopiero mieli okazję aby sobie poużywać. No ale to była też okazja aby spróbować się przemknąć poza opiekuńczym ramieniem armii no ale ryzyko też było realne.

Dobrą stroną tego odcinka było to, że raczej nie trzeba było obawiać się napadu. Zwłaszcza większej bandy. Może ktoś odważyłby się pobrać haracz za przejazd ale co by nie mówić o armii to pilnowali z reguły uczciwie aby podróżnych nikt nie łupił bez ich zgody. No ale zawsze mógł się trafić jakiś oszołom, nerwus czy desperat albo jakaś banda mutków czy gangerów mogła wpaść z wizytą i ganiać się z wojskowymi w berka i chowanego. To było chyba najgorsze bo w całym sektorze gliniarzy i wojskowych paluchy świerzbiły na spustach i podejrzewali każdego o wszystko nawet bardziej niż zazwyczaj. Podobnie gdy robili jakąś operację przeciw jakiejś poczwarze czy buntownikom. Też było nerwowo. Na razie nic takiego się chyba nie szykowało ale właśnie problem był taki, że dla zwykłego użytkownika drogi takie akcje zdarzały się nagle i bez ostrzeżenia, po prostu łapały w drodze tak samo jak burza czy deszcz. Dlatego warto było mieć radio albo nawet CB radio w samochodzie. To była szansa, dostać jakieś ostrzeżenie od kolegów za kierownicą.

Kanmi też przyszedł do “Marcusa”. Jak większość gości, zdjął wojskowy płaszcz przeciwdeszczowy i powiesił na wieszaku przy wejściu. Sądząc po tym jaki był mokry to musiał spory kawałek przejść na piechotę w ten deszcz. - Cześć. Oddałem furę do warsztatu. Jutro pójdę zobaczyć co powiedzą. Niby wszystko w niej gra no ale tak długiej trasy to dawno nie jechałem. - powiedział gdy przysiadł się do stolika i machnął na kelnerkę aby przyszła po zamówienie. - A tobie jak poszło? Coś już wiemy? - zagaił poprawiając sobie trochę mokre na grzywce włosy i obserwując jak kelnerka podchodzi do ich stolika. Chwilę zamawiał swój lunch z piwem i wrócił do Amandy gdy pracownica lokalu wróciła za bar.
 
__________________
MG pomaga chętniej tym Graczom którzy radzą sobie sami
Pipboy79 jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 12-07-2019, 15:20   #4
 
Aiko's Avatar
 

Amanda przyłączyła się do zamówienia.
- Jak na razie wychodzi na to, że pomysł z zachodem był dobry. - Mruknęła nieco niechętnie, podkreślając że za to cała ta trasa nie jest według niej “dobrym pomysłem”. Wydobyła z kieszeni bojówek pomiętą paczkę szlugów i odpaliła jednego, obserwując uwijającą się za ladą kelnerkę. - Podobno trasa jest bezpieczna, ale od cholery na niej kontroli… przydadzą się CB radia.. no i będzie trzeba zamaskować czymś nasze cacuszko.

- Masa kontroli? No to jak zwykle. CB radio niezła rzecz no ale trzeba by gdzieś kupić albo skombinować. Ale zamaskować Porsche? No nie wiem. Zależy jaką ciężarówkę mają. Można przykryć plandeką ale będzie widać kształt. Albo jakiś kontener czy paka z plandeką. To cała osobówkę więc nic co wsadzi się w torbę czy kieszeń. - o ole Kanmi nie wydawał się poruszony warunkami drogowymi o jakich wspomniała Amanda, pomysł z radiem poparł to jednak czy da się ukryć coś wielkości auta osobowego to widocznie miał wątpliwości. Przerwał bo kelnerka wróciła z zamówieniem które rozłożyła przed gośćmi lokalu.

- Coś jeszcze będzie? - zapytała zerkając na dwójkę siedzącą przy stole. Kanmi machnął ręką na znak, że pasuje ale uśmiechnął się za to do kelnerki po czym zabrał się do jedzenia więc pewnie był głodny.

Amanda także uśmiechnęła się do dziewczynym, choć wiedziała, że jej pewnie bardziej zależało na względach młodego. Powoli zaczęła grzebać widelcem w swoim szaro-burym daniu czekając aż kelnerka odejdzie.

- Wpadnę dziś do garażu. Sprawdzę co rodzinka naszykowała, moze też skołują nam CB. - Przez chwilę jadła w milczeniu, nagle zdając sobie sprawę, że nie licząc lekkiego śniadania ma w żołądku głównie alkohol. Od razu zaczęło smakować lepiej. - Myślę, że najlepiej byłoby przewozić coś co mogłoby spokojnie być “głównym” towarem.

Kelnerka uśmiechnęła się do Amandy tak samo jak i do jej współbiesiadnika ale widząc, że więcej spraw do niej nie mają to wróciła z powrotem za bar. - Fajna sztuka. - mruknął blondyn zerkając na nią jak odchodzi. Ale gdy wróciła za bar a on do jedzenia to i wrócił do tego o czym rozmawiali.

- CB dobrze by było aby miał każdy wóz. A jak nie to chociaż jeden. Chociaż jak tylko jeden to trudno będzie przekazywać wiadomości między autami. Chyba, że jakieś krótkofalówki skołować. - mówił szybko i szybko jadł gdy zastanawiał się nad tym problemem łączności. Szybko odkroił kawałek jakiegoś nawet nieźle pachnącego mięsa i wpakował sobie do ust. Przegryzł chwilę i upił łykiem ze szklanki.

- I CB to trzeba by zamontować, antenę dostawić i takie tam. To też trochę roboty. Ale w porównaniu do zdobycia radia to chyba powinno być szybko. - oszacował poziom trudności z tym całym radiem na samochodach. Najtrudniejsze więc uważał samo zdobycie odpowiednich środków łączności.

- Coś co mogło by być do opchnięcia w Miami? No a co to by mogło być? - blondas podniósł wzrok znad talerza na siedzącą naprzeciwko kobietę. W końcu z całej wyprawy tylko ona była wcześniej w mieście docelowym na tyle aby można było to liczyć. Amanda zdawała sobie sprawę, że w jej rodzimym mieście zawsze była bolączka na paliwo którego było mało i było podłej jakości. Dlatego samochodów tam było niewiele a paliwo częściej używały łódki, motorówki czy kutry. Dobrze schodziła też broń. Bo w warunkach tropikalnej dżungli broń palna działała awaryjnie i miała krótki żywot. Więc popyt zawsze przewyższał podaż. Nie było za to zbytniego sensu wwozić tam żywności czy prochów bo te zawsze były tanie i było ich pełno. To były takie globalne tendencje w Miami. Ale wiele zależało od indywidualnych preferencji. Na przykład kliniki tropikalnego miasta słynęły z lekarzy, skomplikowanych operacji ale też jako miasto ceniło sobie różnych techników i speców których na miejscu było mało. A z drugiej strony było mało bo w tropikach elektronika słabo działała więc mało kto w nią inwestował skoro miała się psuć co chwila więc i spece od tej elektroniki nie byli potrzebni. Ale co tam się zmieniło przez te dwa czy trzy lata odkąd Amanda opuściła południowy kraniec Florydy to nie miała pojęcia. Chyba, że znalazłaby kogoś kto tam był już po jej wyjeździe i by się orientował w świeższych wiadomościach. Najlepiej ktoś kto był stamtąd lub często tam bywał aby ocenić zmiany właściwie. Ale o kogoś z Miami w Nowym Jorku mogło być troszkę trudno. Sama przez te kilka lat swojej bytności w tym zadymionym, północnym mieście spotkała ledwo kilka osób mającego coś wspólnego z Florydą.

Amanda nie skomentowała opinii młodego o kelnerce. Niech się młodzież bawi spokojnie zjadła swój posiłek pozwalając Kanmi na różne dywagacje. Będzie musiała upewnić się co też w stanie jest zapewnić rodzinka na tą wyjątkową okazję. Paliwo byłoby dobre. Nie musieliby ryzykować tankowania w dziwnych miejscach, jasne by było czemu jadą taką bandą, a też nikt nie przewalałby się przez pojemniki z benzyną by dokopać się do fury.

Chwyciła oparty o szklankę z piwem papieros i zaciągnęła się nim ponownie, wypuszczając w stronę sali kłąb sinego dymu.
- Jest kilka rzeczy… - Mruknęła niechętnie. - Co do CB.. możemy mieć je w jednym aucie, a resztę spiąć zwykłymi radiami… ewentualnie krótkofalówkami na dłuższym zasięgu. Co by nie było… mamy jeszcze 6 dni by to ogarnąć. Dasz radę, jak… dobra dam sobie czas do jutra by zdobyć te radio? Jak nie to kicha i będziemy kombinować inaczej.

- CB Radio? W jeden dzień? Wątpię. To nie jest zbyt chodliwy towar. Ani zbyt dostępny. No i jedna sztuka to raczej minimum a nie cel. Może w tydzień się coś uda zdobyć. Ciężko powiedzieć. - Kanmi mówił szybko i wcinał z talerza jeszcze szybciej. Wydawał się być jednak w dobrym humorze wbrew ponure pogodzie za oknem która wciąż bębniła o szyby swoją mżawka.

- A co to za gamble chodzą w tym waszym Miami? Bo może też trzeba pochodzić za nimi. - zapytał podnosząc wzrok na siedzącą po drugiej stronie stołu kobietę.

- Paliwo… i broń. Resztę dostaniesz na miejscu. - Inu wygasiła papieros w pustej szklance po piwie. - A co do CB… popytam. Może ktoś coś słyszał… może ktoś nie planuje już jechać dalej.

- No ok. Mam nadzieję, że z fura będzie w porządku. Zobaczymy jutro co powiedzą w warsztacie. - Kanmi nie wtrącał się w załatwianie tego radia skoro partnerka wzięła to na siebie.

- Z paliwem spoko. Ale zależy czy to mają być kanistry, beczki czy cała cysterna. No bo albo trzeba skomponować cysternę a jak mniej to zależy ile mamy miejsca na samochodach. I to raczej z Hori trzeba by pogadać bo my to możemy kupić kanister czy dwa dla siebie. - Z paliwem pomysł chyba przypadł mu do gustu. Ale bez konkretów o ładunku i pojazdach trudno było powiedzieć coś konkretnego.

- Ale z bronią to uważaj aby ludzie pana prezydenta nie pomyśleli, że jakiś przewrót planujesz. Może lepiej to załatwić w jakiejś czerwonej strefie. Albo na targu w Bronxie. - rzucił pół żartem ale coś było na rzeczy. W białych zawsze a w błękitnych zazwyczaj były ostre restrykcje co do posiadania broni przez obywateli z zewnątrz. Nie mówiąc już o handlu. Chyba, że ktoś miał odpowiedni papier a na razie go nie mieli. Zostawały czerwone strefy no albo Bronx. Czyli taki koniec nowojorskiego świata. Napromieniowany i zdegenerowany, praktycznie pozostawiony swojemu losowi. Ale nadal żyli tam ludzie. I to całkiem sporo. Z powodu nikłej kontroli i obecności władz w tym rejonie był tam prawie legalny czarny rynek a na tamtejszym targowisku można było kupić i sprzedać chyba wszystko. Podobno nawet Tornado co przecież oficjalnie Nowy Jork prowadził krucjatę. Zresztą akurat w Miami też nie było zbyt popularne.

- Myślałam o kanistrach, albo beczkach… czymś czym można by zasłonić nasze cacuszko. - Amanda wydobyła z paczki kolejny papieros i przez chwilę bawiła się nim między palcami. Powinna się wybrać na Bronx i nabyć sobie nieco tanich szlugów. - Broń może przyciągać za dużo uwagi. Nie chcę kusić ekipy od prezydenta. A benzyna.. najwyżej zgarną od nas kanister i pojadą w cholerę.

- Beczki albo kanistry? Sporo by ich trzeba aby zasłonić furę. I jakieś rusztowanie trzeba by zbudować, żeby nie spadły na maszynę. A to znów zależy od tego jaką mają tą ciężarówkę czyli znów trzeba by gadać z Hori. - Kanmi odsunął od siebie pusty już talerz i sięgnął po szklankę piwa z której upił spory łyk. Westchnął z zadowolenia gdy nasycił żołądek j gardło i chwilowo wydawało się nic mu więcej do szczęścia nie było potrzebne.

- Nikt nie mówił, że będzie łatwo. - Inu schowała papierosa z powrotem do paczki i podniosła się ze swojego miejsca. - Idę odwiedzić rodzinkę, chcesz się ze mną przejść?

- Nie, tobie lepiej wychodzą te gadki. - kierowca machnął dłonią na znak, że nie ma na to ochoty i zdaje się na talenty Amandy. Upił kolejny łyk piwa że szklanki i rozparł się wygodnie sycąc się tą chwilą.

- To widzimy się jutro i dam ci znać co i jak. - Amanda odeszła kilka kroków od stolika i obejrzała się na chłopaka. - Nie właduj się w kłopoty.

- Ty też. - Kanmi odpowiedział jej w tym samym stylu posyłając do tego całkiem sympatyczny uśmiech. No a potem czekała ją zalana mżawką ulica pod nogami i stalowe, pochmurne niebo nad głową. Nie miała pojęcia gdzie może być teraz Hori no ale sam mówił by kontaktować się z nim przez firmę w głównym budynku rodziny Koi. Więc albo garaże na dole albo jego biuro na górnych piętrach. Nawet jakby go nie było mogła spróbować dowiedzieć się kiedy mógłby być albo zostawić wiadomość dla niego.

Wychodząc Amanda nasunęła na głowę kaptur swojego wojskowego płaszcza, momentalnie zlewając się z tłumem podobnie ubranych ludzi. Wsunęła dłonie głęboko w kieszenie chowając je przed deszczem i ruszyła dobrze znaną sobie trasą. Spotkanie z Koi sprawiło, że już nie potrafiła spokojnie chodzić po ulicach Zgniłego Jabłka. Czasami urastało to niemal do paranoi. Czuła na sobie ich wzrok i wzrok pana prezydenta. Irytacja sprawiała że szła szybkim marszowym tempem delikatnie dotykając przez kieszeń płaszcza, umocowanej przy pasie broni.

Nie widziała już budynku, a jedynie ich okna lub otwory po nich i to czy nic się w nich nie porusza. Spinała się mijając kogoś. Tak… zmiana miejsca na pewno dobrze jej zrobi.

Jeszcze przed wejściem do biurowca zdjęła kaptur by ochrona rozpoznała. Włosy momentalnie nasiąkły i przykleiły się do twarzy i szyi. Oddała broń i ruszyła w kierunku garaży. Może od razu zobaczy przygotowane maszyny? Jak nie najwyżej odeślą ją do Hori.

Droga na dolne poziomy pokancerowanego ale nadal stojącego biurowca była Amandzie dość dobrze znana. Rodzina Koi i jej współpracownicy znali ją na tyle aby po zostawieniu broni w depozycie mogła swobodnie zejść na dolne poziomy parkingu pod budynkiem które zwyczajowo tubylcy nazywali garażem.

Na dole, jak to w podziemiach, panowała wilgoć, chłód i mrok. Lampy to tu to tam rozświetlały tylko mrok pozostawiając sporo cienia tam gdzie nie sięgały albo ledwo. Ale na chłód i wilgoć nie pomagały.

Na dole był dużo mniejszy ruch niż na wyższych poziomach. Ale jednak nie był bezludny i Amanda słyszała ludzkie głosy albo mijała idących pracowników. W większości skośnookich. Ale japońska enklawa była zbyt szczupła w zasoby osobowe rodowitych Japończyków aby polegać tylko na nich więc musiała zatrudniać ludzi z zewnątrz.

W końcu doszła do sektora gdzie powinien rezydować Hori. Ale szybko okazało się, że go nie ma. Był za to Sadao. Starszy Japończyk przywitał gościa grzecznym uśmiechem i lekkim skinieniem głowy w tym typowym, azjatyckim ukłonie.

[MEDIA]https://www.smokefreeworld.org/sites/default/files/fields/p/image/japan.jpg[/MEDIA]

- Cóż cię sprowadza Inu? - zagaił po przywitaniu się z gościem.

- Dowiedziałam się co nieco o naszej trasie… mam też pomysł na przykrywkę dla naszego transportu, Sadao San. - Amanda rozejrzała się po garażu szukając wzrokiem pojazdów, które mogłyby należeć do ich przyszłego konwoju. - Raczej na pewno będziemy potrzebować CB radia… co najmniej jednego, ale fajnie jakby były w każdym aucie. Zastanawiałam się czy rodzina mogłaby nieco pomóc w ich znalezieniu.

- CB radio… No tak, zapewne by się przydało… Dobry pomysł. Ale to nie takie łatwe do zdobycia… Powiem Hori może on coś wymyśli. - staruszek pokiwał głową i zamyślił się nad tym pomysłem z jakim przyszła Amanda. Wydawało się, że mu przypadł do gustu chociaż podobnie jak Kanmi nie uważał, że można taki sprzęt po prostu wejść do pierwszego lepszego sklepu i kupić.

- A czego się dowiedziałaś o trasie? - dziadek podniósł wzrok uśmiechając się łagodnie do młodej kobiety. Ta zaś zorientowała się, że garaż jest pusty. Chociaż na betonie dostrzegła ślady ciężkich opon jakie mogła zostawić jakaś ciężarówka.

- Mamy dwie opcje mniej i bardziej uczęszczaną. Na tej luźniejszej kontrole są rzadziej, ale mogą być ostrzejsze i jest szansa na napad, na drugiej kontrole to raczej chleb powszedni, ale może też będą łagodniejsze. - Inu skupiła wzrok na starszym Japończyku. - Pomyślałam że można by nabyć towar chwytny w Miami i tym uzasadnić przejazd ciężarówki. Pytanie tylko jak ona wygląda.

- Dwuosiowa ciężarówka z dużą paką. Akurat chłopcy pojechali ją testować. Na pakę władujemy przesyłkę. A o jakim chwytnym w Miami towarze myślisz? - Japończyk na razie jakoś nie ingerował w wiadomości o trasie a skoncentrował się na sprawach dotyczących pojazdów jakie miały wziąć udział w tej ekspedycji na dalekie południe kontynentu.

- Myślałam o paliwie. By zbudować za naszą przesyłką konstrukcję, na której ustawimy karnistry i beczki i zasłonimy główny towar. Nikomu nie będzie się chciało przestawiać tego by sprawdzić co jest dalej. - Inu na spokojnie objaśniała swój plan. - Pewnie trzeba by czymś obciążyć jeszcze przód naczepy. Nawet jeśli część kanistrów będzie pusta.

- Jedziemy bez naczepy. Ale pomysł z paliwem… No Może… Można coś pomyśleć… - Sadao zastanawiał się nad taką modyfikacja wozu o jakim mówiła Inu. Wydawało się, że pomysł go zainteresował.

- Musimy jakoś zasłonić naszą przesyłkę, co by nie ściągnąć sobie na głowę fanów motoryzacji. - Inu westchnęła. - Zgłoszę to do Hori San.

- Ale przesyłka będzie zasłonięta budą. Można spróbować zabudować samo wejście aby wyglądało, że cała paka jest zastawiona beczkami i kanistrami. - Japończyk doprecyzował to jak wydaje mu się, że można zrealizować ten pomysł. - A Hori nie wiadomo kiedy będzie. Przekażę mu jednak twój pomysł jeśli chcesz. Możesz poczekać no ale nie wiem kiedy wróci. - staruszek zaproponował Inu z łagodnym uśmiechem.

- To pojawię się, jutro… jakbyś mógł mu jeszcze napomknąć o tym CB… to na serio może nam uratować tyłki. - Amanda skłoniła się i pożegnała z Japończykiem. Nie chciała by poczuł, że marnuje jego czas. Po za tym… musiała zajrzeć w kilka miejsc. Planowała rozejrzeć się po warsztatach w okolicy postoju karawan, a wieczorkiem posiedzieć w pubie i zobaczyć czy ktoś nie robił ostatnio całej trasy z Miami i nie byłby w stanie co nieco jej opowiedzieć o tym co się dzieje w jej “domu rodzinnym”.
 

Ostatnio edytowane przez Aiko : 30-07-2019 o 10:37.
Aiko jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 14-07-2019, 16:17   #5
Majster Cziter
 
Pipboy79's Avatar
 
Tura 3 2053.IV.03 cz, popołudnie, NYC

Czas: 2053.IV.03 cz, popołudnie
Miejsce: Nowy Jork, Zachodni Pas, knajpa pub “U Marcusa”
Warunki: ciepło, wnętrze lokalu, sucho, widno na zewnątrz mżawka i nieprzyjemnie


Podobno łowy wymagały cierpliwości od myśliwego. Wymagały całkiem sporej ilości innych walorów i przymiotów no ale i myśliwi, i wędkarz no i ktoś kto dopiero zaczynał szukać jakiejś osoby czy towaru też musiał uzbroić się w cierpliwość. Wczoraj chociaż połowę dnia i wieczór i dzisiaj przez większość dnia Amanda schodziła zelówki na chodzeniu i przesiadywaniu po barach, sklepach, targowiskach to jednak nie znalazła nikogo a niczego co by potrzebowała.

Podejrzenia Konmi okazały się całkiem słuszne i CB nie miał nikt na zbyciu. Wczoraj nie znalazła nikogo kto by cokolwiek miał wspólnego z tą technologią mobilnej łączności. Dzisiaj na jednym z targowisk trafiła na handlarza co mówił, że czasem miewa takie cacka. No ale akurat nie teraz. Ostatnią sprzedał w zeszłym tygodniu. No trzeba się dowiadywać, może znów się coś trafi.

Podobnie z kimś z Miami albo kogoś kto tam był ostatnio. Wyglądało na to, że kierunek na południowy skraj Florydy czy na południe w ogóle nie jest w tym mieście zbyt popularny. Na zachód, do jakiś miejsc o których niezbyt miała pojęcia gdzie to jest, do Federacji było całkiem sporo interesów a więc i kursów do zrobienia, trafiła nawet na kogoś kto niedawno był aż w dalekim Detroit i St. Louis. No ale nie w Miami. Chociaż wczoraj trafiła na kogoś kto twierdził, że kumpel był niedawno na Florydzie. No ale teraz był w trasie więc tak jakby go nie było.

A do tego jeszcze panowała klasycznie nowojorska pogoda. Czyli prawie od rana coś padało z nieba. Prawie od samego rana padło poza samym południem. Bo w samo południe to tak lunęło jakby ulewa chciała powtórzyć wielki potop i zatopić całe to miasto. Wszelki ruch praktycznie zamarł na ulicach a tymi lała się woda zupełnie jak w Miami podczas ulewy. Tylko było chłodniej, o wiele chłodniej niż w Miami. Nawet teraz jeszcze padało. Tyle, że już dość nikłe resztki w postaci drobnej mżawki. Jak zwykle nie było wiadomo czy to oznacza, że opad w końcu słabnie i niedługo przestanie czy też zbiera siły przez kolejną turą pełnowymiarowego deszczu.

Wróciła więc do “Marcusa” mocno zziębnięta, zmęczona i mokra. Dobrze, że chociaż większość tej wilgoci zostało na płaszczu ale i tak było to wszystko dosć męczące i nieprzyjemne. Zwłaszcza jeśli wszędzie trzeba było latać na piechotę. Czasem tylko dało się podjechać kolejką* do dalszych dzielnic i enklaw. Na miejscu zastała swojego kierowcę. Siedział przy tym samym stoliku co wczoraj i był w trakcie obiadu. Siedział razem z wychowanką Sadao, Sato. Drobna Japonka z blond czupryną skręconą w liczne warkoczyki.

[IMG]https://video-images.vice.com/articles/5acb01ddd004d80006d34fe0/lede/1523254011529-idjapan_de2.jpeg?crop=1xw%3A0.6667xh%3B0xw%2C0.091 2xh&resize=650%3A*&output-quality=55[/IMG]

- O, cześć Amanda. - zawołał Kanmi gdy ujrzał ją jak podchodzi do stolika.

- Cześć. - przywitała się Sato uśmiechając się do niej łagodnie.

- Siadaj. Sprawa jest. - kierowca wskazał jej wolne miejsce i miał chyba całkiem dobry humor. - Byłem dzisiaj w warsztacie. Bryka jest w porządku ale pogadałem trochę i zaproponowali mi deal. - blondyn zaczął bez żenady opowiadać o tej propozycji. A mianowicie w warsztacie wiedząc, że szykuje im się długa trasa zaproponowali pewną modyfikację. Mogli zamontować lepsze zawieszenie. Bardziej terenowe no ale to by potrwało dobre kilka dni i sporo dolców. Póki jechaliby po asfalcie to nie miało aż tak wielkiego znaczenia no ale jakby zaczął się off road to już z takim zawieszeniem co proponowali powinno być lżej. Ale no to dobre kilka dni by porwało. Mogli też wyciąć dziurę w dachu i zamontować obrotnicę na broń. To znów z dzień by potrwało. No i jakąś grubszą spluwę klient musiałby zdobyć sobie we własnym zakresie. Bez tego był po prostu właz w dachu. Generalnie Kanmi był nawet gotów pójść na taki deal ale oznaczałoby to parę dni nadal bez samochodu. Przyszedł właśnie na obiad mając nadzieję, że dogada się ze swoją partnerką bo albo trzeba było jechać do warsztatu i znów zostawić Land Rovera albo nie.

- No a właśnie, coś już wiecie co i jak i gdzie? Przyszłam się dowiedzieć co i jak byście bez nas nie pojechali. - zapytała Sato z łagodnym uśmiechem widząc, że temat Land Rovera jest mniej więcej wyczerpany.


---



*kolejka - przez niektóre dzielnice i enklawy NY jeździ odremontowana kolejka.
 
__________________
MG pomaga chętniej tym Graczom którzy radzą sobie sami
Pipboy79 jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 15-09-2019, 22:07   #6
 
Aiko's Avatar
 


Inu skłoniła się Sato i opadła ciężko na siedzisko. Skinęła kelnerce by ta podeszła.
- Ktoś coś miał, ale już nie ma.. ktoś był ale pojechał… Niestety nic się nie udało załatwić. - Mruknęła niezadowolona, po czym zamówiła piwo i lunch u dziewczyny, która podeszła do ich stolika.

Kelnerka, ta sama co wczoraj, przyszła, przyjęła zamówienie i wróciła za bar aby w kuchni je zrealizowali. Kanmi popatrzył za nią i wrócił do tematu rozmowy. - No powiem ci zdziwiłbym się jakby CB radio dało się załatwić od ręki w jeden czy dwa dni. - najwidoczniej rzeczywiście tak szybkiego znalezienia tego szpeja się nie spodziewał bo nie wydawał się ani zły ani niezadowolony z wyniku poszukiwań Amandy. - A byłaś u Hori? Co powiedział? - zapytał o wizytę o jakiej wczoraj rozmawiali przed rozstaniem. Sato na razie nie odzywała się i czekała na wynik tej dyskusji.

- Hori nie było, spotkałam się z Sadao San i pomysły mu się podobały. - Inu westchnęła ciężko. - Dziś spróbuję jeszcze raz ich odwiedzić.

- W porządku. A co myślisz o tych przeróbkach wozu? - blondyn skinął głową na znak, że popiera pomysł partnerki i zapytał o to o czym mówił na początku.

- Tak długo jak nie pozałatwiam wszystkich spraw nie planuję się ruszać z miasta…. więc może i by miało sens, tylko skąd weźmiemy na to hajs, co? - Amanda wydobyła z kieszeni świeżo napoczętą paczkę papierosów. Swoją jedyną zdobycz z ostatniej doby.

- Noo taak… To może być trochę problem… Ja mam trochę no ale nie wiem czy starczy. Masz się coś dorzucić w razie czego? Inaczej trzeba będzie szybko skombinować jakąś kasę. - Kanmi westchnął gdy doszli do tego drażliwego punktu który potrafił przetrącić kręgosłup tak wielu, wspaniałym planom: brak gotówki. Okazja wydawała się niezła na te przeróbki no ale za darmo nikt im nic nie usprawni.

- Trochę to dobre słowo, a chce ci przypomnieć, że czeka nas zaraz trasa i od cholery kosztów. - Amanda zaciągnęła się mocniej papierosem wypalając go niemal do połowy i pozwalając by kelnerka postawiła przed nią lunch i zamówione piwo. - Nie wiem jaka to musiałaby być fucha by rodzinka się nie czepiła, a forsy z tego wystarczyło na te “drobne poprawki”.

- Rodzina się nie będzie czepiać o ile nie będziemy ich robić w wała. - kierowca zamyślił się nad źródłem finansowania na tą wyprawę.

- A nie dadzą nam jakiejś zaliczki? - Azjatka z blond warkoczykami wtrąciła się do rozmowy.

- W piątki są dni wypłaty to może w piątek coś nam dadzą? - blondyn wzruszył ramionami gdy się nad tym zastanowił. Rzeczywiście Koi wypłacali kasę w piątki. Więc może w piątek coś wypłacą na poczet tej wyprawy?

- A w ogóle to jak z tą fura u was? W porządku? - Kanmi zapytał Japonki o ich sprzęt.

- Tak, w porządku. - odpowiedź byla szybka i krótka. - A właściwie wiecie już kiedy i jak będziemy jechać? - zrewanżowała się swoim pytaniem.

- Poprosiłam o tydzień i zdziwiłabym się gdyby dano mi choć dzień więcej. - Amanda nie była zadowolona z tej rozmowy, z ostatniego wieczora… w ogóle z tego co udało się jej załatwić. Stała w punkcie wyjściowym, a czas znikał jak mundurowi gdy byli potrzebni. - Zaskoczyliby mnie dając nam więcej kasy na ogarnięcie auta, ale dziś chce uderzyć do Horiego.. spytam. Dobrze byłoby jednak zakręcić się za jakąś fuchą… zdobyć kasę przynajmniej na to podwozie.

- No to pogadaj, jakaś kasa by się przydała. - blondyn zgodził się z pomysłem swojej partnerki.

- To ja też z tobą pójdę, żeby zapytać się o nas. - Sato zadeklarowała się aby iść we dwie do szefa całej wyprawy.

- A robota tak, trzeba by się zakręcić za czymś. Zobaczę u swoich znajomych czy czegoś nie mają na szybko. Ty właściwie też byś mogła jak będziesz latać po mieście za tym CB i resztą. - kierowca upił łyk piwa przyglądając się jak Amanda zjada swoją porcję.

- Taki mam plan. - Inu prawie prychnęła na młodego. - Dobrze by było jakbyś się nieco ruszył, a nie tylko gapił na kelnerki. Też popytaj o te CB.

- Mówię, że się rozejrze nie? - kierowca zrewanżował się w podobnym tonie w jakim zwróciła się do niego wspólniczka. Jakby za złe miał jej to wypominanie.


Czas: 2053.IV.04 pt
Miejsce: Nowy Jork, Zachodni Pas, knajpa “U Marcusa”
Warunki: wnętrze lokalu, ciepło, widno, sucho, na zewnątrz pochmurnie i nieprzyjemnie


Ponownie spotkali się “U Marcusa” następnego dnia o podobnej porze i pogodzie. Tylko tym razem bez towarzystwa osób trzecich. Wczoraj, Amandzie razem z Sato dowiedziały się tyle, że zaliczka będzie no ale w piątek. A to by zostawal ta część piątku no i weekend aby na coś przeznaczyć tą kasę jeśli w poniedziałek mieli mieć narade w sprawie wyjazdu.

Ale i Kanmi miał też ciekawe informacje. W sprawie potencjalnej fuchy. - Jest taki jeden koleś. Ma namiar na niezłe fanty. Ale trzeba się tam dostać. Znaleźć wejście no i sprawdzić co jest w środku. No i poprowadzić tego typa. Jakiś dawny, częściowo zawalony magazyn. Powiedziałem, że ci przekażę. To co? - blondyn streścił najważniejsze detale co do tej fuchy o jakiej słyszał.

- Znasz tego typa czy ktoś z przypadku? - Inu rozsiadła się naprzeciwko chłopaka i wydobyła częściowo opróżnioną paczkę szlugów. Już chciała jeden odpalić ale coś od poprzedniego wieczora nie dawało jej spokoju. - Sorki młody za ten tekst wczoraj. To chyba nerwówka przed wyjazdem.

- Jaki młody? Jesteśmy w jednym wieku. - kierowca roześmiał się rubasznie rozbawiony tym przydomkiem jakim go obdarzyła. - I nie ma sprawy. - machnął ręką na ten wczorajszy tekst wracając do tego co mieli na tapecie.

- Typ to tak trochę go znam. Taki kolega kolegi. Szukałem czegoś jak dla ciebie albo dla mnie tak po znajomych no i mi powiedzieli, że on coś szuka do tego magazynu. I jak z nim pogadałem to rzeczywiście aktualne. No to co? Zainteresowana? - Kanmi popatrzył z zaciekawieniem na Amandę czekając na jej reakcję.

Amanda parsknęła i odpaliła szluga. Zaciągnęła się analizując fuchę, która przyniósł chłopak. Po dłuższej chwili wypuściła z ust kilka kółek.

- Brzmi dobrze… może znajdziemy tam jakieś fanty dla siebie. - Uśmiechnęła się do Kanmi. - Lepsze to niż bieganie po tym zasranym mieście.

- Dobra to powiem mu, że się zgadzasz.
- blondyn skinął głową przyjmując decyzję wspólniczki do wiadomości.

- Spotkalibyśmy się z nim jutro. Umów jakieś miejsce i zgarnij mnie rano, dobra? - Amanda dopiła swoje piwo i wstała od stołu.



Czas: 2053.IV.04 pt
Miejsce: Nowy Jork, Zachodni Pas, kompleks “Pillbox”
Warunki: wnętrze lokalu, ciepło, widno, sucho, na zewnątrz pochmurnie i chłodno

[MEDIA]http://szczecinblog.pl/wp-content/uploads/2014/09/stocznia-szczecinska-zdjecia-07.jpg[/MEDIA]

“Pillbox” był lokalem dla podróżnych. Położony na zachodnich sektorach dawnej metropolii. Tu spotykali się wędrowcy, kurierzy, tirowcy i karawaniarze. Można było się najeść, napić przed lub po podróżą. Był spory parking bo lokal był zorganizowany albo w dawnych magazynach albo supermarkecie więc przestrzeni użytkowej miał sporo. Można było wjechać do środka nawet TIRem. No i zawsze z tego trochę ciężarówek korzystało. Poza tym spora rzesza mniejszych pojazdów.

Oprócz lokalu gastronomicznego od którego wziął nazwę cały kompleks można było kupić lub sprzedać części do samochodów, całe samochody, wynająć łóżko na godziny albo dnie, samemu lub z kimś, no i posłuchać szafy grającej która zawsze grała jakiś kawałek.

Właśnie tutaj, na zachód od West Gate, symbolicznej bramy do właściwej części miasta zwanego obecnie Nowym Jorkiem, Amanda miała namiar, że ktoś tu, nie tak dawno temu, wrócił z Florydy.

Facet miał się nazywać Richard Bush i podobno tutaj bywał. Był kurierem czy kimś takim. Chyba. No jeździł w każdym razie furgonetka albo pickupem. Koleś który jej powiedział o nim nie był pewny bo słyszał, że cis mu szlag trafił pickupa i przerzucił się na vana no albo na odwrót. W każdym razie miał mieć czarne włosy spięte w kucyk.

A póki co, w ten piątkowy wieczór, tłum był całkiem spory. Skoro Nowy Jork to oczywiście nie mogło zabraknąć pana prezydenta. Wisiał na plakacie przy wejściu zapewniając, że wszystko idzie zgodnie z planem i Nowojorczycy wygrywają na wszystkich frontach. I na wojnie z robotami, i w odbudowie miasta, i licznych inicjatywach publicznych no i w ogóle wszędzie. A poza plakatami z prezydentem była ta szafa grająca przygrywająca jakieś skoczne kawałki, był tłum pstrokatych gości, bar, obsługa i cała reszta “Pillbox”.

Inu westchnęła ciężko widząc ilość ludzi, która dziś wieczór postanowiła nawiedzić “Pillbox”. Czekało ją szukanie igły w stogu siana. Zaklęła pod nosem i zsuwając z głowy kaptur weszła do środka. Jej wzrok przesunął się po głowach szukając czarnego kucyka.

To było bez sensu. Po kwadransie czy dwóch Amanda zorientowała się, że ludzi pełno z czego facetów z kucykami też widziała przynajmniej kilku. Trudno było zgadnąć który z nich jest tym którego szuka. I samo patrzenie raczej nie za bardzo moglo jej więcej pomoc. Bush mógł być każdym z nich albo żadnym. Do tego panował chaos i ruch cześć ludzi wchodziła, część wychodziła, siadala do stołów, podchodziła do baru, gadała że znajomymi lub szla za potrzebą. Nawet tych kilku podejrzanych o bycie Richardem Bushem nie sposób było mieć na oku naraz.

Inu podeszła do baru i zamówiła piwo. Jej wzrok cały czas wędrował po tłumie. Wahała się. Z jednej strony informowanie o trasie mogło nie skończyć się dobrze, a z drugiej… musiała się dowiedzieć co dzieje się bardziej na południu.
Dostając wypełniony bursztynowym płynem, skupiła wzrok na barmance.

- Szukam Richarda Busha. Podobno się tu zatrzymał.

- Rich? No tak, chyba go widziałam dzisiaj. Zobacz przy kartach, pewnie jak jest to znów gra.
- dziewczyna skinęła głową twierdząco i machnęła gdzieś w stronę wejścia do jakiegoś bocznego pomieszczenia.

- Dzięki. - Amanda zgarnęła swoje piwo i upiwszy z niego spory łyk ruszyła przez tłum w stronę sali karcianej. Mając nadzieje, że tam nie ma już zbyt wielu facetów kucykami.

No i nie było. Okazało się, że w bocznej sali jest z pół tuzina stołów zrobionych z jakichś wielkich zwojów na kable. Większość z nich była osadzona przez karciarzy. A przy jednym z nich Amanda dojrzała ciemnowlosego mężczyznę z końskim ogonem. Siedział w podkoszulku i wytartej, dżinsowej kamiselce grając z innymi w karty przy jednym z okrągłych stołów.

[MEDIA]http://1.bp.blogspot.com/-eFnkw57MzJU/T8y03GArLZI/AAAAAAAANs8/oL7UbVEPo-Y/s1600/Bono1987beerJaneBown.jpg[/MEDIA]

Inu przystanęła z boku obserwując grę i popijając piwo. Ustawiła się tak by Rich mógł ją zauważyć. To zawsze nieco ułatwiało zapoznanie.

Rich co prawda zerknal na nią raz czy dwa ale znacznie bardziej absorbowala go gra więc nie zwracał na nią uwagi więcej niż na inną osobę co tam czy tu obserwowała grę przy tym czy innym stoliku. A sądząc z tego co Amanda widziała chyba niezbyt mu szło. Na szczęście dla siebie trafiła na końcówkę partii. Jakiś facet w kapeluszu zgarnął całą pulę wywołując jęk albo przekleństwa u pozostałych oraz uśmiech u samego siebie. W każdym razie facet z końskim ogonem machnął na to ręką i wstał od stołu mówiąc, że idzie się odlać.

Inu odprowadziła go wzrokiem, dopijając piwo. Gdy zniknął w drzwiach na zaplecze stanęła nieopodal i odpaliła papieros. Spłoszyła go, czy też na serio musiał nieco zmniejszyć ciśnienie. Zdarzało się jej grywać i nie lubiła przerywać rozgrywki, ale teraz musiała pogadać.
Zaczekała aż mężczyzna na spokojnie załatwi swoje sprawy wypalając jednego szluga i zaczynając kolejnego. Wtedy go dostrzegła. Wracając do sali wciąż jeszcze zapinał rozporek. Amanda uśmiechnęła się pod nosem, ale nie odzywała się dopóki nie znalazł się tuż obok niej.
- Podobno jesteś z Miami. - Rzuciła, spoglądając wprost na Busha.

Facet spojrzał na nią z zaciekawieniem ale nie przerwał marszu. - Podobno umiem też grać w karty. - odpowiedział ironicznie przystając przy barze. - Daj mi jedno piwo Lucy. - zwrócił się do tej samej kelnerki z którą niedawno rozmawiała Amanda.

Inu westchnęła ciężko i ruszyła za Richem. Oparła się o bar tuż obok mężczyzny spoglądając na salę.
- Nie oceniam twoich umiejętności hazardowych. - Mruknęła dając znak barmance by i jej nalała piwa. - Ale potrzebuje informacji o trasie na Miami.

- No ok, potrzebujesz informacji a ja potrzebuje dolców. - Bush pochylił się aby sięgnąć po przyniesione piwo. Uchylił je w stronę sąsiadki i upił duży łyk po czym sapnął z ulga na tą drobną przyjemność.

- By je przegrać w karty? - Inu upiła własnego piwa ale też uniosła nieco kielich w niemym toaście. - Nieco słaba opcja.

- Lubię partnerskie relacje. Ja nie wnikam po co ci takie informacje to ty nie wnikaj po co mi dolce. I wiesz, ja spije to piwo i wracam do stolika.
- facet z końskim ogonem na plecach pstryknął jeszcze w większości pełna szklankę piwa i skinął głową gdzieś w stronę pokoju do gry. Wyglądało jakby sobie tylko przerwę od gry na te piwo zrobił.

- Przegrasz jeszcze z dwa razy i sam mnie będziesz szukał by pogadać. - Inu wzruszyła ramionami. - Bo ja mam forsę i zapłacę za informacje, jeśli uznam że są warte więcej niż twój talent do gry w karty.

- Chyba czegoś nie łapiesz.
- Bush uśmiechnął się gdzieś do półek przed sobą i pokręcił głową. - Ja mam info jakie ty chcesz. Ty masz forsę jaką ja chcę. Mamy pół piwa aby się dogadać zanim wrócę do gry. Teraz załapałaś? - popatrzył na siedzącą obok rozmówczynie dając jej znać, że deal jest jeszcze możliwy ale Amanda zabiera się do tego nie tak jak jego zdaniem powinna. A to nie wróżyło zbyt wielu szans na zakończenie negocjacji sukcesem.

- Problem w tym, że nie wiem czy masz to info. - Amanda przyjrzała się stojącemu przed nią facetowi. Mogła dać znać rodzince. Pewnie wyciągnęliby z niego wszystkie potrzebne informacje. Tylko czy odpowiadałoby jej, że połamią mu wszystkie paluchy… wybiją zęby. Westchnęła ciężko. - Daj mi próbkę. Trasa na Miami. Jest ok ja płacę, ty mówisz i idziesz sobie grać, ok?

- Próbkę?
- facet z kucykiem uśmiechnął się i chyba się zastanawiał chwilę upijając łyka ze swojej szklanki. W końcu wzruszył ramionami odstawiając już w większości puste naczynie na ladę. - Na początek najlepiej jechać przez New Alle i Fort Harris. Do Fortu mniej więcej rządzą nasi więc powinno być bez większych przygód. Nie ma sensu jechać przy wybrzeżu zwłaszcza przez dawny Washington DC i Baltimore. Chyba, że chcesz świecić w ciemności. - kurier odpowiedział całkiem swobodnie o początku trasy i zaczął bawić się swoją szklanką obracając ją na różne strony.

Amanda wyjęła sobie szluga i odpaliła go, po czym położyła przed mężczyzną paczkę, a na niej plik banknotów.
- Opowiadaj dalej… chyba że.. potrzebujesz do tego jeszcze jednego piwa. - Uśmiechnęła się niewyraźnie. Nie odpowiadało jej takie rozwiązanie, ale nie chciała jechać w ciemno. Nawet jeśli informacje od Busha były kijkiem na wodzie pisane, to zawsze jakieś były.

Facet w podartym, dżinsowym bezrękawniku sięgnął po plik banknotów i bez pośpiechu przeliczył je. Skinął głową i schował pieniądze do kieszeni, upił łyka piwa i nawet się rozgadał.

Mówił całkiem sensownie i tak przekonywująco, że jeśli nie wrócił niedawno z Miami to rozminął się z powołaniem i powinien zostać aktorem albo partyjniakiem. Wywalił bez ogródek, że on się zna na “swojej” trasie, na ja* sprawdzoną i nie ma pojęcia co jest za nią chociaż kawałek dalej.

A ta trasa wiodła po zachodnim pograniczu Federacji. Trasę miał obcykana bo znał już kogo trzeba i jego znali kto trzeba co bardzo ułatwiało sprawę. Zwykle jeździł do Fortu Harris. I potem zależy. Albo przez Pulasky co było bliżej Federacji więc niby krócej ale bliżej Federacji. No albo przez Charleston i Nashville co było trochę dłużej ale dalej od Federacji. Zależy kto czego szuka i potrzebuje. A dalej to już prosto, przez Atlante do Jacksnonville co już było prawie przedsionkiem Florydy. Jeszcze potem tylko skok przez ten cypel i już napisy “Miami wita”.

Gdy się tak go słuchało to brzmiało jak reklama jakiegoś dawnego biura turystycznego. Bułka z masłem. Nic tylko wsiąść w samochód, niczym się nie przejmować i jechać przed siebie aż się droga skończy w oceanie na plaży w Miami. Z drugiej strony facet się spieszyl do kolejnej tury pokera, pierwsze wrażenie wywali na sobie niezbyt dobre a sumka dolców mieściła się w zwyczajowej normie.

- Dasz mi jakieś kontakty w Charleston i Nashville? - Inu wydobyła z kieszeni na piersi dziesięcio dolcowy banknot. Nigdy nie nosiła gotówki razem. - Kogoś kto mógłby mi sprzedać info jak tam dalej trasa?

- Jasne.
- facet z kucykiem wziął jakąś serwetkę z baru, ołówek i coś zaczął tam gryzmolić. Po chwili przekazał serwetkę rozmówczyni a sam wyciągnął rękę po banknot. - To w Nashville to warsztat a w Charleston to lokal. Jak zapytasz w okolicy o te nazwy to raczej powinni cię pokierować gdzie to jest. - wyjaśnił znaczenie adresów które Amandzie w tej chwili nic nie mówiły same z siebie.

Kobieta wręczyła mu banknot, zagarniając serwetkę. To będzie musiało wystarczyć… przynajmniej na początek.

- Na długo zostajesz w NY? - Spytała zerkając na wręczone notatki i patrząc czy da je radę rozczytać.

- No jeszcze trochę będę. - facet skinął głową i machnął otrzymanym banknotem do barmanki zamawiając kolejne piwo. Ta podeszła i po chwili zrealizowała zamówienie stawiając pełną szklankę a zabierając pustą. - No a teraz wybacz, stolik czeka. - Bush przyłożył palce do skroni w niemym pożegnaniu i odszedł w stronę bocznej sali gdzie wcześniej grał w pokera. Amanda pomachała mężczyźnie i schowała serwetkę do kieszeni, w której do niedawna tkwił banknot. Uśmiechnęła się na pożegnanie do barmanki. Na zewnątrz nadal siąpiło. Cholerna nowojorska pogoda. Poczuła jak wilgoć znów atakuje jej ciało i już irytowała się na myśl o wejściu do chłodnego mieszkania. Z papierosem w ustach ruszyła w kierunku bloku, w którym udało się jej wygospodarować nieco swojego miejsca. Co by nie mówić o rodzince… dbali o nią. Tyle że… była tak cholernie samotna w tym wszystkim. Niby był ten dzieciak.. Kanmi, ale on był nawiedzony na ich punkcie, a ktoś inny prawie nie wchodził w rachubę przez ten cholerny tatuaż. Toż jakby trafiła na jakąś pieprzoną glinę zaraz wylądowałaby na sympatycznej rozmowie z lampką wycelowaną w twarz prowadzoną przez gostka który lubi bdsm ewidentnie inne niż ona.

Wyrzuciła nadpalony filtr od szluga w kałużę i przyspieszyła kroku. Jutro sobie może coś ogarnie. Podczas trasy raczej na pewno nie będzie okazji, bo banda azjatów będzie zbyt intensywnie patrzyła na jej tyłek. Nie ważne… zobaczy jak jutro pójdzie gadka z tym ziomkiem Kanmiego i resztę się jakoś ogarnie. Jak zwykle.


Obudziła się pośród zimnych ścian. Przez dłuższą chwilę wpatrywała się w obdrapany sufit nim sięgnęła po leżącą obok łóżka paczkę papierosów. Dopiero gdy wzięła pierwszego bucha podniosła się i usiadła na pościeli. Spała jak zwykle w koszulce. Wkurzał ją widok własnych pleców, a ktoś kto tu mieszkał był cholernym maniakiem luster. Powinna coś z tym zrobić, tak samo jak z cieknącym kiblem i uszkodzonym sufitem tylko… cały czas miała nadzieję, że jutro już jej tu nie będzie. A teraz na serio była na to szansa. Zaciągnęła się mocno i podeszła do niewielkiego aneksu kuchennego, który udało się jej przez ten czas w NY skompletować. Była kawa, było coś na śniadanie. Wielu ludzi na pustkowiach by ją zabiło by to zdobyć, zaraz znów będzie tam… znów będzie trzeba zrzucić bambosze i postarać się przeżyć. Nie mogła się doczekać… Zerknęła na leżący przy łóżku plecak. Spakowany od kiedy tylko dostała zlecenie. Może… uda się jej wyrwać? Odstawi tą cholerną brykę i pojedzie w innym kierunku… jeśli tylko przeżyją. Z dala od rodzinki, w miejsce gdzie nikt nie będzie łączył z nimi tego malunku na jej plecach. W miejsce, gdzie będzie mogła mieć faceta nie wyselekcjonowanego przez tą bandę azjatów. Jak tak dalej pójdzie zrośnie się jej błona dziewicza, a nie miała ambicji na jakiś czysty mariaż. Jeden narzeczony wystarczy jej do końca jej zasranych dni.

Podjęła decyzję. Po rozmowie z tym typkiem od Konmiego ogarnie sobie na Brooklynie jakieś szlugi i alko… popyta o te zasrane CB radio, a wieczorkiem… tak. Uda się do rybki, lokalu prowadzonego przez emerytowaną członkinię rodziny, który stara się zapewnić tym popapranym skośnookim coś na wzór łaźni. Spróbuje ogarnąć sobie jakiegoś faceta…. dobra jak już będzie na shoppingu popyta o jakieś gumki. Jak szaleć to szaleć, a ona na serio miała dość spania w tym chłodnym mieszkaniu, sama.. w łóżku, w którym mogłaby się zmieścić pięcioosobowa rodzina.
 

Ostatnio edytowane przez Aiko : 17-09-2019 o 10:05.
Aiko jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 16-09-2019, 10:57   #7
Majster Cziter
 
Pipboy79's Avatar
 
Tura 4 2053.IV.06 nd, popołudnie, NYC

Czas: 2053.IV.06 nd, popołudnie
Miejsce: Nowy Jork, Zachodni Pas, mieszkanie Amandy
Warunki: ciepło, wnętrze mieszkania, sucho, widno na zewnątrz nieprzyjemnie i początek burzy


Raz na górze a raz… Czy jak to tam szło. No w kratkę chyba. Jedne rzeczy się udawały bardziej, inne mniej a inne wcale. Dajmy na to te CB Radio. W końcu wczoraj udało jej się na jednym z bazarów przy East River we Wschodnim Pasie dostać te radio. Nawet nie tak drogo ale nic dziwnego skoro było zepsute. To tak w połowie drogi. Teraz pozostawało znaleźć inne mniej zepsute i z dwóch sklecić jedno i albo dosztukować to tak aby działało albo rozebrać je na części. Działającego radia na razie nie udało się dorwać ani jej ani blondasowi. No więc teraz trzeba było znaleźć kogoś kto by się znał na sztukowaniu takich radyjek. Chociaż właściwie mogła zostawić je w garażach rodzinki i tam pewnie ktoś by się tym zajął i to nawet za darmo lub za zwyczajowy napiwek. Przynajmniej od kogoś z rodziny bo obcego by skasowali po pełnej stawce.

A tak przy okazji swoich odwiedzin na Targu znów mogła się przekonać w jak wielkim mieście żyje. Macherzy, straganiarze, dziwki, dilerzy, kieszonkowcy, żebracy, dzieciaki no cały, ludzki koktajl. Gdyby zamiast szarości płaszczy przeciwdeszczowych zastąpić kolorowymi, lekkimi ubraniami no i wymienić pogodę na bardziej południową nawet byłby klimat podobny jaki pamiętała z rodzimego Little Havana albo Tahiti. Albo ten największy targ na lotnisku. Tam też klimat, że można kupić czy sprzedać wszystko i każdego też był podobny. Tylko sceneria i statyści tej sceny byli kompletnie różni.

To i udało jej się zdobyć na razie półprodukt na CBR a także wymienić rodzinne dolce z zaliczki na alk i papierosy. W porównaniu do latania za dość rzadką technologią jaką było pokładowe radio to resztę załatwiła właściwie od ręki. Wystarczyło wymienić papierki z podobizną pana prezydenta na potrzebny towar.

Tak. Więc to było na plus, była na górze. A sytuację w “Rybce” trudno było sprecyzować ale zalatywała kłopotami. Chociaż z początku nic na to nie wskazywało. Dziewczyny z obsługi, w większości przyjemne dla oka, uśmiechnięte, sympatyczne Azjatki przywitały ją ciepło jakby czekały właśnie na nią. No ale na tym właśnie ta azjatycka magia polegała, że każdy mógł się tak czuć jeśli tylko było go stać na takie zabawy. No a Amandę, jako kogoś pracującego dla rodziny i z taką sporą zaliczką, na pewno było stać. Zresztą usługi lokalu nie były zbyt drogie. Przynajmniej w swojej podstawowej wersji kąpieli w wannie lub balii. A w wersji po taniości, nawet w zwykłej misce to rzeczywiście było względnie tanio no ale na mycie się w misce to pewnie mało kto przychodził do “Fugu”.

Do “Fugu” przychodziło się na kąpiel w towarzystwie sympatycznej łaziebnej albo dwóch jeśli kogoś było stać. Na wypocenie się w saunie, na zabawy w działającym jacuzzi, na bicze wodne i na dowolny masaż przed lub po tym wszystkim serwowany przez którąś z dostępnych dziewczyn. A wszystko w przyjemnym, tajemniczym posmaku orientu. Aż chciało się tu zostawiać dolce więc ludzie zostawiali. I to nie tylko z rodziny Koi, lokal zdawał się z każdym sezonem zyskiwać na popularności. Zwłaszcza w weekendy no a przecież mieli właśnie weekend. Więc tak. W “Rybce” Amanda spędziła bardzo miły, relaksujący wczesny wieczór wart każdych zostawionych tam pieniędzy. To na pewno też było na plus.

A jednak dziewczyna jaka ją obsługiwała wywinęła jej niezły numer. Z pozoru ładna, uczynna i wesoła Azjatka a może nawet tylko z domieszką azjatyckiej puli genowej bo gdyby pracowały tutaj tylko rodowite Japonki czy chociaż Azjatki to kolejki byłby o wiele dłuższe a i klientów pewnie byłoby o wiele mniej. A więc i zysków a pod względem zysków i Koi i kapitalizm potrafili być bardzo elastyczni. Mimo powszechnej na każdym kroku tradycji ze starożytnego Nipponu to jednak biologia populacji robiła swoje i rodowitych Japończyków było zbyt mało aby obsadzić najważniejsze stanowiska w firmie. W większości więc byli to potomkowie amerykańskich Japończyków czy dzieci z mieszanych związków. Pod tym względem Koi prowadzili racjonalną politykę przyjmując do rodziny każdego kto był w stanie się dostosować w ramy japońskiej dominacji. To samo było widać wśród personelu “Fugu” gdzie może połowa dziewczyn miała azjatyckie rysy twarzy a jedną z gwiazd była ładna blondynka o niebieskich oczkach i słowiańskim pochodzeniu. Ale pracowała dla firmy i rodziny, chodziła w kimonie i na azjatycki sposób drobiła kroczkami.

A tu właśnie Maki musiała nieźle się orientować kim jest Inu bo miała do niej dużą prośbę. A mianowicie wiedziała, że Inu często wyjeżdża z miasta więc chciała się zabrać razem z nią. Była gotowa zapłacić. Ale zależało jej na czasie. Chciała zwiać jak najszybciej. No i był w tym pewien zysk. Bo ta miła i sympatyczna dziewczyna była gotowa zapłacić nawet 1000 dolców za zorganizowanie jej bezpiecznego wyjazdu z miasta. 1000 dolców piechotą nie chodzi a przed taką dużą wyprawą na pewno by się przydało. Ale było też ryzyko bo wyglądało na to, że Maki chce zwiać przed kimś. Przed kimś z rodziny. Gdyby ten ktoś dowiedział się, że Inu maczała palce w zniknięciu sympatycznej łaziebnej i masażystki mógłby jej mieć za złe. Sama mama Fugu też mogła kręcić nosem gdyby się dowiedziała, że to Inu pomogła “zniknąć” przynoszącą zyski pracownicę. No można było też w drugą stronę. Sprzedać info i zamiarach Maki rodzince. Wtedy zapewne by się nią zajęli odpowiednio a Amanda zyskałaby punkty w ich oczach za lojalną postawę. Samo szmuglowanie Maki też byłoby dość kłopotliwe gdy mieli jechać w konwoju z Hori i resztą. Zwłaszcza, że Maki właściwie nie znała świata poza miastem więc nie miała sprecyzowanych planów gdzie właściwie chce uciec i co ma zamiar robić dalej. A los takiego ślicznego dziewczątka bez opiekuńczej dłoni rodziny mógł stanąć pod znakiem zapytania. Więc tak, niespodziewanie Maki dała Amandzie parę tematów do rozmyślań. Ale jeszcze nie musiała decydować o tym ani dziś, ani jutro. Chociaż jutro, w poniedziałek, była narada z Hori i resztą. Gdyby chciała im powiedzieć byłaby świetna okazja. Taka wisienka na torcie.

A poza tą zagwostką w poprzek kratki jaki zadała jej azjatycka ślicznotka miała kolejny plus w “Fugu”. Bo gdy Maki już ją wykąpała, umalowała i pomogła zrobić się na bóstwo efekt był widoczny odrazu. Właściwie to nawet zanim skończyły bo jakiś koleś co siedział na fotelu obok i czekał aż inna dziewczyna skończy go przycinać i czesać zawiesił wzrok na Amandzie podobnie obsługiwanej przez Maki. I jakoś tak od słowa, do słowa wyszło, że ma bilety do Toxic Theatre. A wiadomo było, że w “TT” warto było być po to aby tam w ogóle być i się pokazać i by inni wiedzieli, że się tam było no i w ogóle szacun rósł na dzielni. Nawet bardziej niż za bywanie w “Fugu”.

Facet nazywał się Mason Marleau i był biznesmenem. Jakieś kontrakty rządowe ale o pracy nie miał ochoty mówić zbyt wiele. No rzeczywiście wyglądał niczego sobie, zwłaszcza jak już obsługująca go dziewczyna zdjęła z niego fartuch a on sam ubrał się w swoją marynarkę no to tak, zapewne niejedna dziewczyna piszczałaby z radości gdyby właśnie do niej uderzył i to z propozycją spędzenia sobotniego wieczoru w “TT”.

No i pojechali jego furą, też tak samo wypasioną jak i on sam, do Pasa Zachodniego gdzie nad ponurymi, brudnymi i wiecznie zimnymi wodami Hudson wznosiła się bryła Toxic Theater. A tam show na całego! Cała plejada gwiazd! Największy twardziel i amant sceniczny, Freddy Apollo odegrał prawdziwy dramat gdy miotał się pomiędzy dwoma ślicznotkami. Najładniejsza a na pewno najsłynniejsza blondyna w mieście, Chi Chi Le Star próbowała utrzymać przy sobie tego przystojniaka grając na jego uczuciach i własnej słodkiej naiwności którą aż żal było podeptać. I musiała konkurować z ciemnowłosym wampem w jaką wcieliła się Trixxy. Która z kolei specjalizowała się w rolach femme fatale i ze swoim mocnym makijażem i słabością do czarnych i skórzanych ubrań wpasowywała się świetnie. Publiczność wyła z zachwytu i oburzenia gdy czarnowłosy wamp zaczął zalecać się do słodkiej blondyny i w wielkim finale nastąpiło całkowite odwrócenie ról i to ulubiony przystojniak widowni musiał wszystko odkręcać i ratować co się da gdy dwie atrakcyjne sroczki jakie próbował utrzymać w garści zaczęły mu się wyślizgiwać z tej garści.

Całość była warta swojej ceny i gdy na koniec wszyscy aktorzy wyszli na scenę widownia długo klaskała i słała owacje na stojąco dla swoich ulubieńców. Na koniec jak zwykle była chwila dla publiczności gdy aktorzy podeszli do brzegu sceny i można było spróbować dopchać się aby zdobyć ich autograf, dotknąć ich, zapytać o coś no i w ogóle nacieszyć się z bliska swoimi idolami.

Więc nieźle pobudzeni po tym przedstawieniu pojechali do Masona. Chyba traktował to jako oczywiste by tylko zapytał czy chce a nie czy chce jechać gdzie indziej. No więc co prawda nie w swoim łóżku na pięcioosobową rodzinę ale jednak tej ostatniej nocy Amanda nie spędziła sama i Mason bardzo aktywnie pomógł jej w problemach z zarastającą błoną dziewiczą. Mieszkanie miał w jakiejś kamienicy w Pasie Zachodnim. Ale się nie patyczkował tylko miał dla siebie całe poddasze co de facto było równe całemu piętru do wyłącznej dyspocyji. Przestrzeni było tyle, że można było biegać, i grać w coś, i robić przyjęcie na dwucyfrową ilość osób. No nie mówił o swojej pracy no ale widać było, że jest dzianym gościem.

Jeszcze zjedli rano śniadanie i właściwie każde z nich musiało wracać do swojego życia. W końcu więc Amanda wróciła do swojego mieszkania w innej kamienicy akurat by się pozbierać i przygotować na ten numer z tym Ruskiem. W końcu nie była pewna jak on się właściwie nazywa. Wczoraj udało się im spotkać “U Marcusa” we trójkę i sam przedstawił się jako Kalasznikov. Ale wcześniej Kanmi mówił, że facet ma na nazwisko Kolesnikov ale no mówi o sobie jak mówi bo lepiej brzmi no i dla wielu ludzi brzmi bardziej znajomo. Co do imienia to była zgodność bo facet był Elia i w tym obaj byli zgodni. No i właśnie Elia też chciał poznać Amandę aby zobaczyć kim ona jest tak samo jak ona jego. I chyba obie strony były na tak bo ugadali się na dzisiejsze popołudnie.

No tak. Tylko ta nowojorska pogoda. Dzisiaj była paskudna nawet jak na to miasto. Od rana coś padało. Rano gdy wracała od Masona to była regularna ulewa. A po stanie ulic i sunących nimi potoków błota, śmieci i brudnej wody można było sądzić, że pada może i pół nocy albo i całą. W połowie dnia gdy już była u siebie w domu to na zewnątrz dla odmiany, zaczął padać śnieg. Chociaż wcale nie było zimno jak podczas nowojorskiej zimy. Śnieg spadał na ten ziemski padół i rozstapiał się z wodą co napadała wcześniej w smętną, szarą, zimną masę. Ale teraz już przestawało śnieżyć. Bo zbierały się nowe chmury. I grzmiało zapowiadając burzę. Cień nadziei był taki, że może ta burza przejdzie bokiem. No ale zbliżała się pora aby stawić się na spotkanie z Elią.

Według słów Eli chodziło o dawne centrum handlowe. Więc mógł tam być miszmasz od AGD i RTV po apteki, żarcie i amunicję. Czyli kokosy. Problem był taki, że ten Walmart był na parterze wieżowca a ten troszkę się posypał. Czyli zrobiła się kupa gruzów i od powierzchni nie szło się tam dostać. Trzeba by bawić się w kopalnię odkrywkową a to się nikomu nie chciało ani nie opłacało. Ale była inna droga. Pod ziemią.

Według Kalasnikova można było tam dostać się od dołu. Tunelami i kanałami. Na pewno bo parę miesięcy temu jednemu młokosowi się udało. Był tam i rozpowiadał o tym, że walący się gruz utworzył jakby kopułę czy co pod jakim zachowało się tamte centrum handlowe. I na dowód przyniósł fajne fanty. Nie rozpakowywane od dekad suszareczki, elektryczne golarki i painikllery. Cały plecak! Niestety zanim zdążył tam wrócić i sprowadzić tam Elię jakiś debil ko kropnął za długi czy za posuwanie nie tej panny co trzeba czy jakoś tak. W każdym razie meta z gamblami była, było wiadomo gdzie tamten kolo wszedł i wylazł z tej dziury trzeba było tylko odnaleźć tą drogę do tej kopalni gambli i zaprowadzić tam Elię i jego ludzi. Nagroda? Amanda miała pierwszeństwo w szabrowaniu, mogła zabrać co tylko chciała i zdołała samodzielnie wynieść z tego gamblowiska.
 
__________________
MG pomaga chętniej tym Graczom którzy radzą sobie sami
Pipboy79 jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 29-09-2019, 20:47   #8
 
Aiko's Avatar
 


Czas: 2053.IV.06 nd, ranek
Miejsce: Nowy Jork, Zachodni Pas, mieszkanie Masona
Warunki: ciepło, wnętrze mieszkania, sucho, widno, na zewnątrz deszcz i nieprzyjemnie


Jedząc śniadanie Amanda przyglądała się Masonowi. Cieszyła się, że zwrócił na nią uwagę i zapewnił rozrywkę na wieczór. Miała nadzieję, że sam fakt iż wybuliła w rybce te prawie 60 dolców będzie satysfakcjonujący jednak ta cholerna Maki… Inu miała przed oczami jej blond włosy i te rozżalone niebieskie oczka. Cholera.. toż jej tak nie zostawi. Pieprzyć nawet ten szmal, ale… Znów właduje się w bajzel i to taki porządny. Westchnęła ciężko i przyjrzała się jeszcze raz swojemu nocnemu towarzyszowi.

[MEDIA]https://i.pinimg.com/564x/d1/d3/37/d1d337ab466c1e061faca02744ed2fc4.jpg[/MEDIA]

- Daleko masz do pracy? - Chciała jakoś przerwać tą niepokojącą ciszę.. dobra chciała przez chwilę nie myśleć o pewnej łaziebnej.

- A różnie. Zależy gdzie akurat robię interesy. - ciemnowłosy mężczyzna odpowiedział lekko i przyjemnie wbijając widelec w kawałek naleśnika. Wziął go do ust i spojrzał na partnerkę przy stole. - A jak się spało? Wyspałaś się? - zapytał z całkiem sympatycznym uśmiechem.

- Tak. - Inu odpowiedziała ciepłym uśmiechem i sama zjadła jeszcze kawałek. - Jak masz jakiś interes na południu to mogę coś przewieźć. Niebawem będę ruszać w tamtym kierunku.

- Tak? Na południe? A gdzie dokładnie? - Mason wydawał się zaciekawiony tym co powiedziała rozmówczyni. Przełknął kęs naleśnika i zaczął kroić kolejny.

- Na razie do Fortu Harris, a potem się zobaczy. - Amanda skończyła śniadanie i przeciągnęła się. Powinna się ubrać, czekało ją jeszcze trochę roboty, ale było jej tak dobrze w tym ciepłym mieszkanku. - Gdzie zapłacą. Ale plan jest by potem jechać dalej na południe.

- O. Do Fortu Harris? I jeszcze dalej na południe?
- mężczyzna uniósł brwi i Amanda miała wrażenie, że musi chyba dość dobrze orientować się gdzie jest wspomniany adres. - No to dalsza trasa ci się szykuje. - pokiwał głową i wsunął do ust kolejny fragment naleśnika. - A kiedy jeśli można zapytać? - spojrzał znów na rozmówczynię z niby grzecznym a w gruncie rzeczy bezczelnym uśmiechem.

- To zależy kiedy mojemu kierowcy uda się ogarnąć auto.
- Inu wstała od stolika i nago przemaszerowała do drzwi gdzie rzuciła swoje ubranie poprzedniego wieczoru. - Na pewno w tym tygodniu.

- Mhm. Czyli dzisiaj?
- Mason przyglądał się jej z zainteresowaniem i miną niewiniątka na twarzy pewnie ciekaw jak gość zareaguje na jego żarcik.

- Och… masz mechanika, który ogarnia auto w jeden dzień? Jeszcze powiedz, że w rozsądnej cenie i chętnie wezmę namiar. - Inu wyszczerzyła się do mężczyzny naciągając podkoszulek.

- W niedzielę? No chyba przeceniasz moje skromne możliwości. - Mason roześmiał się też ubawiony ripostą swojego gościa. Rozsiadł się wygodnie na krześle i chyba skończył swoje śniadanie bo talerz miał pusty a sam sięgnął po kubek i zaczął z niego popijać.

- To po prostu nadzieja. - Inu naciągnęła majtki i tak ubrana podeszła do mężczyzny przysiadając obok niego na stole. - Tyle zleceń możnaby ogarnąć gdyby te typki się szybciej uwijały. - Sięgnęła po swój kubek z kawą i upiła z niego nieco. - A co do możliwości… załatwienie miejscówki w TT to już coś. - Amanda upiła spory łyk kawy przyglądając się Masonowi z zainteresowaniem.

- Po prostu trafiła mi się okazja. Kolega miał do opchnięcia po taniości. To wziąłem nawet nie sądziłem, że jednak tam pójdę póki wczoraj nie spotkałem ciebie. - mężczyzna dalej siedział rozwalony na krześle ale teraz skoro jego gość przysiadł się w zasięg jego rąk to skorzystał. I zaczął wodzić palcem po jej udzie w górę i w dół. Mówił zaś całkiem swobodnie i bez zająknięcia jakby wszystko było dokładnie takie jakie miało być.

- Dobry kolega, może też powinnam go poznać. - Inu zaśmiała się i wróciła do popijania kawy, spoglądając na Masona. Jego dotyk szybko przywracał wspomnienia z nocy, odsuwając jej myśli od Maki.

- Może. - coś nie zabrzmiało jakby gospodarzowi zależało na tym spotkaniu. Właściwie chyba w ogóle. - A ty? Jakie masz znajomości? Znasz kogoś ciekawego? - zapytał podnosząc głowę z ud Amandy na jej twarz która w tej kompozycji była ponad jego twarzą. Uśmiechał się do tego kpiąco jakby nie zdawał sobie sprawy, że jego palce wędrują po coraz nowych obszarach. Zahaczały za kolano na łydkę i wracały zjeżdżając stopniowo z zewnętrznej ku wewnętrznej części uda.

- Tego kogo powinien znać przewodnik. Kurierów, mechaników, karawaniarzy. Kilku handlarzy, którzy mają tanie szlugi. - Amanda odstawiła kubek i pochyliła się do przodu skracając dystans między sobą a Masonem. - Nie brzmi ciekawie, co?

- Wiesz jak to jest. Czasem jest duża różnica między tym co brzmi a wygląda ciekawie.
- gospodarz lekko wzruszył ramionami i skorzystał z tego, że się ku niemu nachyliła łapiąc ją za poły podkoszulka i przyciągając do siebie aby ją pocałować. Całował zdecydowanie i w międzyczasie pozwolił sobie wstać i zaczął zdejmować podkoszulkę Amandy którą ta dopiero co założyła.

Inu gdy tylko mężczyzna pozbawił ją podkoszulka zarzuciła mu ręce na ramiona i przytuliła się.
- Uwierz.. w większości przypadków nie chciałbyś być obok nich, a co dopiero ich widzieć. - Amanda otoczyła swoimi nogami Masona, dociskając go do siebie.

- Tak ci dobrze idzie zgadywanie czego chcę? - zapytał cofając nieco głowę aby móc na nią swobodniej spojrzeć. Dlatego dojrzała jak unosi brwi w ironicznym ale i rozbawionym grymasie. - To zgadnij czego w tej chwili chcę. - zapytał drocząc się z nią dalej.

- Nie wiem czemu.. ale mam podejrzenie, że chciałbyś bym zdjęła majtki i położyła się cyckami na stole. - Inu spróbowała powtórzyć jego minę i ton przedrzeźniając go.

- No nie wierzę. Wreszcie się doczekałem! Kobieta co rozumie faceta! - Mason zakrzyknął ku sufitowi jakby obwieszczał niebiosom i całemu światu jak wyjątkowego wydarzenia stał się świadkiem a nawet uczestnikiem. Ale nawet zabawnie mu ta parodia wyszła. Ale rzeczywiście odsunął się trochę aby Amanda mogła wykonać swoje zamierzenie.

Inu zaśmiała się tylko i zeszła ze stołu.
- Gorzej. Jeszcze kobieta, która ma ochotę spełnić jego zachciankę. - Obróciła się do Masona plecami i wypinając się w jego stronę, zsunęła majtki, wracając do stanu z początku śniadania.

- O tak, to jest właśnie coś co lubię. Rozsądna partnerka, świadoma swoich potrzeb z którą do tego można przyjemnie prowadzić konwersację. - słyszała jak się ucieszył na te przemienienie obietnicy w czyn jakie właśnie wykonała. I dalej to już bardziej czuła niż widziała bo o ile nie odkręciła głowy to widziała głównie stół i śniadaniową zastawę z perspektywą na resztę tego ogromnego mieszkania. Ale czuła tak, czuła dużo więcej. Jego dłonie które radośnie klepnęły ją w tak elegancko wyeksponowany tyłek aż poszedł odgłos klaśnięcia a jej zrobiło się od razu cieplej w tym miejscu. A potem jak jego dłonie badają te wypięte krągłości sprawnie zagłębiając się w coraz głębsze zakamarki. A na przemian buszując po jej plecach i momentami zajeżdżając aż na kark i tył głowy.

- Korzystaj.. bo ta partnerka zaraz zniknie z twojej okolicy. - Amanda ułożyła się piersiami na stole i zamruczała czując chłód blatu na rozpalonym ciele. Powinna się ruszać do roboty, ale.. chyba jeszcze raz nikomu nie zaszkodzi.

No to skorzystał. Poczuła jak się gramoli do jej wnętrza i tym razem nie palcami. Zaraz naparł na nią i mogła czuć jego uderzenia gdy jedne biodra zderzały się z jej biodrami powodując całą kakofonię przeplatających się dźwięków. Stukot naczyń, skrzypienie stołu, ich wzajemne oddechy, zduszone jęki, westchnienia i to wszystko przeplatało się ze sobą na tym stole. Mason okazał się być zdecydowanym i bezkompromisowym mężczyzną. A przynajmniej tak ją brał przyszpilając do stołu jakby momentami chciał ją w niego wgnieść. Dopiero na sam koniec się wyprostował a raczej ją. Złapał ją za ramiona ustawiając do pionu i tak w pionie doszli do momentu kulminacyjnego tej śniadaniowej dyskusji. Seria spazmatycznych wydechów, skurczy i zaraz potem ten moment błogiej ulgi, szczęśliwości i rozleniwienia. Wtedy wreszcie roześmiał się krótkim, urywanym śmiechem, pocałował ją krótko w policzek i klapnął z powrotem na swoje siedzenie pociągając ją ze sobą tyle, że na swoje uda.

- O tak… zdecydowanie lubię jak kobieta ma coś konkretnego do zaoferowania w dyskusji. - pokiwał głową i roześmiał się znowu z tego całego rozbawienia i szczęśliwości.

- Hm… chyba powinnam się obrazić. - Amanda udała zamyślenie przesiadając się wygodnie na nogach Masona. - Czyli w tym co mówiłam nie było nic konkretnego?

- Tak bym tego nie nazwał. Powiedziałbym, że były całkiem zgrabne konkrety. Dobrze ujęte.
- zdyszany mężczyzna otarł rękawem pot z czoła ale dalej prowadził bez zająknięcia tą swoją wyszukaną konwersację. Wskazał nawet wymownym gestem te zgrabnie ujęte konkrety gdy jego dłoń ujęła piersi siedzącej mu na kolanach zdyszanej kobiety i zaczęła się nimi bawić.

- Ty za to bardzo dobrze ukrywałeś swojego “Asa” - Inu sięgnęła pomiędzy nogi mężczyzny i objęła palcami jego zmalałą męskość.

- Naturalnie. Przecież po to się ukrywa te asy aby nie były z miejsca widoczne. I wtedy można nimi znienacka zagrać. - mężczyzna nie tracił ani humoru ani rezonu i wydawało się, że ten niespodziewany deser po śniadaniu przypadł mu do gustu.

Amanda roześmiała się przypominając sobie Busha i jego nieudaną grę w karty.
-Tak… szkoda, że nie wszyscy o tym wiedzą. - Puściła Masona i pocałowała go w usta.

- Ja tam nie narzekam. - gospodarz pozwolił sobie na nonszalancki ton i pozę sycąc się takim całuśnym deserem jaki siedział mu na kolanach.

- A zaczniesz jak powiem, że powinnam uciekać? - Inu odezwała się żartobliwym tonem przerywając pocałunek. Było miło, ale czekał na nią pewien Rosjanin.

- Wszyscy mamy swoje sprawy, życie i biznesy. - Mason wymownie rozłożył ramiona na znak, że świetnie rozumie tego typu sprawy i sam pewnie też ma z tym podobnie więc absolutnie nie widzi w tym żadnych przeszkód.

- Jakbyś chciał coś przetransportować na południe to wiesz gdzie o mnie pytać. - Amanda zeszła z kolan mężczyzny. Teraz jednak wcisnęła się w majtki i koszulkę i od razu ruszyła na poszukiwanie spodni.

Wyszła zanim, któremukolwiek z nich wpadło do głowy by wziąć dokładkę “deseru”. Niestety jabłuszko powitało ją jak zwykle. Wyraźnie dając znać, że ma ją gdzieś. Nieprzyjemny deszcz i wiatr sprawił, że przeszły ją ciarki. Szybko wcisnęła dłonie do kieszeni i ruszyła w kierunku swojego mieszkania.

Trasę pokonała niemal biegiem i od razu po przyjściu wzięła ciepłą kąpiel i przebrała się w cieplejsze i bardziej wodooporne ciuchy. Kanały będą zalane… będą brodzić w tym przedwojennym gównie oglądając się co chwila czy nie idzie za nimi jakiś mutas. Zaklęła pod nosem wciskając na nogi długie buty. Zgarnęła karabinek i pistolet, na plecy zarzuciła duży plecak. Zajdzie po drodze do siedziby rodzinki i spróbuje wytargować jakiś ponton. Choćby zasrany materac do asekuracji i przetransportowania towaru. No i może… da radę ogarnąć jakieś magazynki. Najwyżej umówi się, że dostarczy kilka przydatnych fantów.

Jednak najpierw… Spotkanie z Kanmi i dziwna propozycja. Może młody znów sobie ogląda tą kelnereczkę i bez trudu go znajdzie. Westchnęła ciężko, zarzucając płaszcz na broń i plecak i wyszła z mieszkania.



Czas: 2053.IV.06 nd, południe
Miejsce: Nowy Jork, Zachodni Pas, lokal “U Marcusa”
Warunki: ciepło, wnętrze lokalu, sucho, widno, na zewnątrz śnieg i nieprzyjemnie


- Coś podać? - znów ta sama kelnerka podeszła do ich stolika widząc, że lokal ma nową klientkę. Chyba już kojażyła chociaż z widzenia Amandę bo uśmiechnęła się do niej całkiem sympatycznie jakby już się znały właśnie chociaż z widzenia.

- Lepszą pogodę. - blond kierowca mruknął ironicznie zerkając za okno. Co za chlapa! Od rana coś padało z tego stalowego nieba. Jak nie mżawka to deszcz albo ulewa. Ledwo przepatrywaczka wyszła ze swojego mieszkania i udała się do wieżowca Koi i zanim tam dotarła już lało na całego. Nawet określenie tej ulewy deszczem to byłoby spore niedomówienie. A teraz dla odmiany przestało pacać i lać. Zaczęło sypać. Tym razem śniegiem. W zimie to nawet by ładnie wyglądało, śnieg przykrywał te wszystkie ruiny i pogorzelisko dawnego świata białą pierzyną. No ale w taką chlapę jak dzisiaj to nie było aż tak zimno aby śnieg się utrzymał. No ale próbował. Więc teraz na chodnikach i ulicach powstawała zimna, szara breja. Czyli mieszanina wcześniej spadłej wody, obecnie padającego śniegu i tego wszystkiego co spłynęło na dół. Od samiuśkiego nieba, przez szczyty wieżowców, dachy niższych budynków i to wszystko jeszcze poniżej.

- Oj tego chyba nie mamy w menu. - dziewczyna zażartowała robiąc udanie smutną minę. Kanmi roześmiał się i machnął reką na znak, że skoro nic nie poradzą to nie ma co się przejmować. Poczekał aż Amanda złoży u Kelly swoje zamówienie i poczekał aż odejdzie.

- I jak leci weekend? - zagaił opierając się wygodnie o oparcie krzesła i biorąc do ręki prawie pełną szklankę piwa. Zjadł wcześniej bo Kelly wraz zamówieniem Amandy zabrała jego naczynia.

A weekend jakoś schodził. U swojej rodzimej firmy Amandzie udało się załatwić broń. Z tym nie było większych problemów. Solidna, krótka Ithaka .12 Gauge była w sam raz na zamknięte pomieszczenia i krótkie dystanse. Chociaż ten firmowy obrzyn opłacił skrócenie gabarytów, skróceniem także magazynka więc mógł zmieścić pod lufą tylko 4 naboje. Gorzej było z pontonem czy czymś podobnym do pływania. Pytanie kompletnie zaskoczyło obsługę podziemnych warsztatów w trzewiach wieżowca. W końcu któryś przypomniał sobie, że ma jakąś łódź ale na wybrzeżu. Gdy dokładniej się rozmówili z Inu o co chodzi wcale nie byli pewni czy taka łódka by w ogóle weszła do kanałów. Może trzeba by płynąć aż od jakiejś rzeki albo innej podobnej szczeliny. Bo przez standardowy właz w ulicy to na pewno by nie przeszła. No a żaden z nich nie był mocny w podziemnej nawigacji kanałami. Zresztą przed spotkaniem z Kolesnikovem/Kalasnikovem Amanda sama dokładnie nie była pewna gdzie jest ten zrujnowany Walmart.

- Lepiej weź to. - jeden z mechaników przypomniał sobie o czymś i wrócił z dobry kwadrans później. Przyniósł coś co wyglądało na jakiś wór. - To marynarski worek. Wodoszczelny. Możesz ładować do niego póki nie zacznie tonąć. Wtedy póki jesteś w wodzie no to wystarczy ciągnąć albo pchać ze sobą. - wyjaśnił pokazując rzeczywiście coś co wyglądało na dość prosty worek. Ale na dotyk dało się wyczuć impregnowane płótno. Problem mógł powstać bo zamknięcie nie było do końca szczelne po tylu dekadach więc z czasem mogła się tam dostać woda i nawet mogła zatopić ten wór. No ale do tego czasu był z tego niezły pojemnik na gamble i przy okazji przyzwoity balast.

Amanda zaczekała aż Kelly przyniesie jej kawę. Przy tej chlapie miała bardziej ochotę na jakiś rum niż piwo. Podziękowała za czarny gorzki napitek i odpaliła szluga. Czuła. że jej palce nadal są lekko skostniałe od siąpu na zewnątrz, ale wiedziała, że to szybko przejdzie.
- Byłoby bosko gdyby nie to g na zewnątrz. - Upiła nieco ciepłego napoju. - Chciałam z tobą obgadać jedną sprawę… jest szansa na sporo kasy, ale cholernie ryzykowna.

- O. Dużo kasy? Ale ryzykowne. Nie mów, że kogoś trzeba zabić. Albo zwędzić coś ze Stalowego Domu. - kierowca zastanowił się zanim odpowiedział a gdy powiedział upił łyk piwa. Wziął słowa partnerki raczej na lekką nutę ale widocznie na razie czekał aż powie więcej. Na zabijanie kogoś pewnie nie miał ochoty bo nie miał natury zimnego cyngla a i włam do siedziby nowojorskich władz też z założenia nie brzmiał jak rozsądny pomysł.

- Dziewczyna jest gotowa zapłacić tysiak za wywiezienie z miasta. - Amanda nachyliła się w kierunku swojego kierowcy i odezwała się szeptem. - Problem... ucieka od rodziny.

- O kurde. - Kanmi zafrapował się słysząc o co chodzi. Podrapał się po szyi i znów upił łyka ze szklanki. Rozejrzał się po sali i postukał parę razu palcem po blacie stołu. - Znaczy od naszej rodziny? A kto to w ogóle jest? Jak ktoś ważny to będą jej szukać i pewnie nie na darmo chce się zmyć tylko komuś podpadła albo coś przeskrobała. Jak tak to jeśli jej pomożemy a rodzina się dowie to może dostąpimy zaszczytu bliższej znajomości z Ayumi. Tylko z tej bardziej przykrej strony. - blondyn podszedł do sprawy z dystansem i najpierw zaczął chyba rozważać te bardziej pesymistyczne warianty sprawy. No rzeczywiście gdyby chodziło o jakiegoś ważniaka w rodzinie to właśnie mogło tak to wyglądać. Ale jakaś tam “dziewczynka” z salonu masażu była raczej dość drobną płotką w hierarchii rodziny.

- Służąca z rybki. - Amanda westchnęła ciężko. - Ważniakiem nie jest, ale nie chce powiedzieć od kogo zwiewa. Kurwa wiesz jaka jestem… nie chce jej zostawić jak ma kłopoty. - Inu zirytowała się, jednym pociągnięciem wypaliła papierosa do końca i wrzuciła go do kubka po kawie.

- Aha. - blondyn jakby się uspokoił i przez chwilę stukał palcami po blacie stołu gdy główkował nad tą sprawą. - Tysiak piechotą nie chodzi. Tylko jak wiesz jedziemy własną furą ale z innymi od rodziny. Oni raczej też chodzą do rybki i mogą ją znać. No i będziemy jechać pewnie dłużej niż jeden dzień. Trzeba jakoś wymyślić jak ją przemycić. - wyglądało na to, że kierowca zaczął główkować nad bardziej technicznymi aspektami podróży z dodatkową pasażerką.

- Każe się jej przefarbować… ogarnę coś do makijażu i jakieś okulary. - Amanda skinęła ręką by kelnerka podała jej piwo. Rozmowa nieco ją podgrzała. - Kusi by ją zrobić na chłopaka. - Przyjrzała się swojemu kierowcy. - Byłaby prawie jak twój brat.

- Brat? Wszyscy wiedzą, że nie mam brata.
- blondyn parsknął nieco rozbawiony tym pomysłem i upił piwo. W międzyczasie podeszła Kelly i zapytała co Amanda zamawia. Zaraz odeszła do baru aby przynieść co trzeba. - A w ogóle która to? Byłem tam parę razy to może znam. - kierowca zapytał Amandę obserwując tylne wdzięki odchodzącej kelnerki.

- Maki. - Inu westchnęła. I tak nie było co tego ukrywać. Starała się nie spoglądać w kierunku Kelly. To było… dziwne. Jakby była nieco zazdrosna o swojego kierowcę. Skrzywiła się na sam ten pomysł. - niestety jest dosyć charakterystyczna. Blond Azjatka.

- Maki? Blond Azjatka? - Kanmi zmrużył oczy pewnie przypominając sobie swoje wizyty w “Fugu”. - No kojarzę jakąś… Ale nie wiem czy to ta co mówisz. - przyznał po tej chwili zastanowienia. - Ale to jak Azjatka to na pewno nie moje rodzeństwo i to od razu widać. - zaśmiał się cicho rozbawiony pomysłem. Przestał bo Kelly wróciła z piwem dla Amandy, postawiła przed nią z sympatycznym uśmiechem a w zamian zabrała kubek z pływającym petem i odeszła z powrotem w stronę baru. - Może dziewczyna? - zaproponował zerkając na swoją partnerkę.

- Chciałbyś, co? - Inu uśmiechnęła się upijając piwa. Znów poczuła to ukłucie zazdrości. Cholernie absurdalne. - Nie głupi pomysł, wyjaśniałoby czemu się za nami wlecze. To jak.. wchodzisz w to?

- A to aż taka ładna? - blondyn uniósł brwi patrząc na partnerkę i zaśmiał się rubasznie. Popatrzył gdzieś na resztę sali z wciąż rozbawionym uśmiechem na twarzy który jednak stopniowo nikł. - Można jeszcze zrobić, że to klientka. Po prostu dorabiamy na boku na transporcie osób. - wzruszył ramionami jakby chciał znaleźć jakieś rozwiązanie mniej kolidujące z uczuciami Amandy. Upił łyk piwa ze szklanki i odstawił ją na stół z głośniejszym stuknięciem. - No jasne, że wchodzę, przecież jak byśmy ją szmuglowali w mojej furze bez mojej wiedzy? - zaśmiał się rubasznie.

- Musiałabym zmienić kierowcę. - Amanda uśmiechnęła się czując tą idiotyczną ulgę. - Wobec tego klientka.

- No tak. Ale i tak trzeba będzie coś wymyślić przed resztą ekipy. Bo chociaż część z nich może ją znać z rybki. - kierowca też odwzajemnil uśmiech, upił łyk że szklanki i przypomniał, że to dopiero po części załatwia sprawę. - Właściwie to i tak trzeba by się z nią spotkać i obgadać sprawę. - doszedł do takiego wniosku ale pewnie chciał coś mieć ustalone przed takim spotkaniem.

- Pogadam z nią dziś i spróbuję się umówić w poniedziałek na mieście… a może u mnie?
- Rzuciła dwie propozycje Kanmiemu. - Myślę, że na serio doradzę jej przefarbowanie włosów i nabycie okularów. Jakieś nietypowe dla niej ciuchy i może uda się ją jakoś przemycić.

- U ciebie? Dzisiaj? - blondyn zastanowił się chwilę. - A będziesz się do czegoś nadawać po tych kanałach i Walmarcie? - mężczyzna wymownie spojrzał na zimną pluchę za oknem. Jak się było wewnątrz to był to tylko ponury obrazek za oknem. Ale tak szlajać się po podziemiach to nie zapowiadało się na nic przyjemnego. A nawet jakby wszystko poszło sprawie to ciepła kąpiel i łóżko wydawały się najlepszym rozwiązaniem. - No ale jak chcesz to możemy pod nią podjechać. - wzruszył ramionami nie chcąc chyba, mimo wątpliwości, stawiać się Amandzie okoniem.

Amanda przewróciła oczami.
- Wierzę, że możesz mieć zaburzenie czasu obserwując tą kelnereczkę, ale dziś jest niedziela. - Inu upiła spory łyk piwa, spoglądając w kierunku Kelly. - Jutro się z nią zobaczymy. Dziś tylko się z nią umówię. Uwierz, że po babraniu się w tym Walmartowym gównie jedyne co mi się będzie marzyło, to by ktoś mnie wygrzał.

Kanmi zaśmiał się rozbawiony słowami Amandy. - Szukasz kogoś kto cię rozgrzeje po tym Walmarcie? No brzmi bardzo ciekawie. - Z tej radochy upił kolejny łyk że szklanki prawie już ją kończąc. - I nie co masz do Kelly. Jest bardzo sympatyczna. Stara się być po prostu miła. Sama spróbuj. - uwaga o kelnerce też chyba go ubawila bo odstawił pustą szklankę i zamachal do Kelly aby znów przyszła do ich stolika. Tym razem z jego zamówieniem. Kelnerka dostrzegła ten ruch, skinęła głową, uśmiechnęła się i zaczęła obchodzić bar aby znów pokonać sale i wrócić do ich stolika.

- A, że jutro to słyszałem. Ale na jutro jesteśmy umówieni z Hori i resztą aby obgadać sprawy wyjazdowe. A nie wiadomo co się będzie działo. A jak jedno z nas albo oboje gdzieś wyślą? Więc no lepiej się dogadać z tą laska przed tym spotkaniem. - kierowca przestał się uśmiechać chociaż nadal wyglądał na wyluzowanego. Ale rzeczywiście jutro w południe było to rodzinne spotkanie z resztą ekipy aby podsumować na czym stoją jako całość wyprawy. To z ich dwójki lepiej by była całość bo Inu była głównym przewodnikiem wyprawy a Kanmi odpowiadał za jej transport a więc i mobilność. Reszta załóg mogła oddelegowac jedna czy dwie osoby i reszta mogła zająć się czymś innym. A w ich dwójce nie mieli takiej rezerwy. A wymóg bycia na zebraniu dość mocno nadwyrezal grafik wolnego czasu dla ich dwójki od teraz aż na około następne 24 h.

- Po pierwsze nie szukam tylko mi się marzy. - Amanda dopiła resztę piwa. - Nie mam też nic do Kelly tylko do twojego ogarniania czasu.

Inu zamyśliła się na chwilę, stukając palcem w krawędź pustej szklanki. Jak zwykle przed wyjazdem zaczynał się robić napięty grafik. Dobrze, że chociaż wczoraj udało się jej wychillować.

- To umówię ją na rano. To chyba jedyna opcja. - Powiedziała smętnie myśląc o tym, że po dzisiejszej akcji, jeśli w ogóle ją jakoś przetrwa, przyjdzie jej wstać skoro świt. - Ogarniemy to i oddamy się w ręce rodzinki.

- To daj nam Kelly jeszcze po piwku.
- Kanmi uśmiechnął się do pracującej tutaj dziewczyny wyciągając dwa palce w górę. Kelnerka skinęła głową spojrzała jeszcze kontrolnie na klientke aby sprawdzić czy ona też od siebie czegoś nie zamawia a potem skinęła głową i zaczęła swój kurs powrotny za bar.

- Rano powiadasz. - partner przepatrywaczki podrapal się kciukiem po szczęce trawiac w myślach słowa partnerki. - Noo moozna. - zgodził się z jej pomysłem chociaż z widocznym wahaniem. - Trochę nam robi koło pióra ten deal z Eliasem. Nawet bardzo. Bo tak, to najłatwiej z nią byłoby się ustawić na dzisiaj. To byśmy się dogadali na spokojnie. No ale u Eliasa może wpaść niezły gambel przed wyjazdem. - kierowca rozłożył ręce na znak, że też dostrzega tą rozbieżność obu interesów.

- A może jednak dzisiaj? Po Eliasie? Jeśli będziesz miała ochotę oczywiście i dasz radę. Bo zobacz, wtedy po Eliasie ją zgarniamy, jedziemy do ciebie i możemy gadać aż do rana. Czyli pewnie aż się pośpimy. - blondyn przedstawił alternatywny plan chociaż mówił jakby zdawał sobie sprawę, że wielką niewiadomą jest ta podziemna wyprawa do Walmartu. Głównie to ile potrwa i w jakim stanie Amanda z tego wyjdzie.

- Chcesz mni wykończyć, co? - Inu zamyśliła się. Prawda była taka, że Kanmi miał nieco racji. Wolałaby tą nockę spędzić z takim Masonem niż gadając o przemycaniu jakiejś Azjatki, ale mogli się nie wyrobić. Westchnęła ciężko. - No dobra, niech będzie. To jak chcemy się ustawić? Będziesz w rybce, ja wpadnę się ogarnąć i zwiniemy się we trójkę?

- Może poczekajmy aż wrócisz z tych tuneli. Zobaczymy w jakim jesteś stanie i wtedy się pomyśli co dalej.
- blondas uniósł szklankę z piwem do toastu i na razie chyba wolał odłożyć decyzję na później.

- I mam cię potem szukać po mieście, czy doczołgać się do twojego lokum? - Amanda zaśmiała się, ale także podniosła szklankę do toastu. - Byśmy to przeżyli.

- Nie, no, poczekam na ciebie aż wrócisz. Wtedy zobaczymy co dalej.
- Kanmi udał, że się obraża za posądzenie o taki numer o jakim właśnie wspomniała partnerka z drugiej strony stołu. A toast wypił całkiem raźno.

- Dobra to dopijamy i jedziemy do Maki.. z tego co mi mówiła ciebie też kojarzy. - Inu zamyśliła się spoglądając na piwo. Myślała czy by nie wysłać tam blondyna, ale chyba sama chciała to obgadać.
 
Aiko jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 29-09-2019, 20:57   #9
 
Aiko's Avatar
 

Czas: 2053.IV.06 nd, późne południe
Miejsce: Nowy Jork, Zachodni Pas, salon “Fugu”
Warunki: ciepło, wnętrze lokalu, sucho, widno, na zewnątrz śnieg i nieprzyjemnie


No to pojechali. Całkiem razno bo mieli dość mało czasu przed spotkaniem z Eliasem. Tak aby spotkać się i właściwie umówić na wizytę w spokoju. I jechali trochę w ciemno bo nie wiedzieli gdzie blondwłosa Azjatka może teraz być. Ale Kanmi stwierdził, że najwyżej o nią popytaja na miejscu jeśli jej nie będzie.

- Ciekawe… - mruknął blondyn skręcając już w drogę przy jakiej stał salon madam Fugu. Obraz z jadącej terenówki był chyba jeszcze bardz szary, zimny i ponury niż się go oglądało z ciepłego wnętrza lokalu Marcusa. Może dlatego, że stojąca przed lokalem terenówka mocno się wychodziła tak stojąc na zewnątrz. I chociaż kierowca włączył ogrzewanie jak tylko wsiedli to wnętrze jeszcze nie zdążyło się nagrzać. No i już nie zdąży bo dojeżdżali ba miejsce. Blondyn zwolnił aby znaleźć miejsce do parkowania.

- Myślisz, że kupi bajerę, że w ramach zapłaty chcemy od niej masaż przez drogę? Pomyśl, jakby się dała namówić to byśmy mieli osobistą dziewczynkę z “Fugu” za darmola. Przynajmniej na początku. - blondyn zamrugał brwiami zerkając na pasażerkę aby pochwalić się jaki jest sprytny i cwany. No ale zapewne rzadko ktoś miał okazję by skorzystać codziennie z usług dziewczyn z salonu za darmo. A dotąd negocjacje z Maki miały bardzo wstępny etap i obie strony więcej chyba o sobie nie wiedziały niż wiedziały. No ale kierowca zamilkł bo właśnie znalazł wnękę między samochodami i zaczął w nią wyjeżdżać.

- Wybacz wolę tysiaka. - Inu niechętnie spoglądała na pogodę wokół samochodu. Coraz bardziej miała ochoty na zejście do podziemi.

- Kurde ale chlapa… - zamarudzil gdy tylko wyszedł na ten zimny i ponury świat nowojorskich ulic zasypywanych śniegiem. Te ciepłe światła salonu, kuszące ciepła kąpielą i jeszcze cieplejsza obsługa wyglądały z perspektywy zimna, szarości i śniegu naprawdę ciepło i kusząco.

- Nic nie mów, dobra? To mnie czeka dziś wycieczka krajoznawcza. - Amanda westchnęła ciężko. - Pogadałabym z nią na razie w cztery oczy co by nie spłoszyć tamtego gostka kimkolwiek on jest.

Tyle zdążyła powiedzieć nim otuliło ich ciepło rybki. Wchodząc tu miało się wrażenie jakby weszło się do innego świata, a przede wszystkim cofnęło o kilka wieków. Drewniana podłoga wypolerowana na połysk, na wprost eleganckie biurko, za którym siedziała uśmiechnięta azjatka, w spódniczce, która gdy siedziała prezentowała niemal całe jej uda. Na prawo było wejście do salonu fryzjerskiego, na lewo do spa. Wiedziała, że to tam znajdzie Maki. Właścicielka zadbała by w wejściu znalazły się wygodne fotele i bambusy, które spokojnie mogłyby udawać przy swojej ilości las. Amanda zerknęła na salon fryzjerski, gdzie poprzedniego wieczoru spotkała Masona i zatęskniła za ciepłem jego domu. Nie miała jednak na to czasu… jak zwykle.

Podeszła do dziewczyny za biurkiem uśmiechając się.
- Chciałabym skorzystać z masażu u Maki.

- Oczywiście i witamy ponownie.
- młoda recepcjonistka czarowała uśmiechem i zapraszającym głosem swoich gości. Chyba rozpoznała Inu ale skoro byłą tutaj wczoraj to nie było aż tak trudne. Kanmi też odruchowo odpowiedział uśmiechem na takie sympatyczne powitanie.

- Ale teraz? - recepcjonistka popatrzyła na gości aby dopytać czego potrzebują. Towarzysz Amandy pokiwał głową twierdząco a pracownica w swojej bardzo krótkiej mini schyliła się aby spojrzeć w jakiś zeszyt. - Maki ma teraz klienta. - poinformowała gości lokalu. - Ale powinni niedługo skończyć. - dodała zerkając na działający zegar zawieszony na ścianie. - Możecie poczekać aż skończą albo wziąć jakąś inną dziewczynę. Mam je zawołać? - dziewczyna z recepcji bardzo nie chciała aby goście wyszli z niczym więc od razu zaproponowała alternatywę gdyby nie mieli ochoty czekać.

- Świetnie mnie wymasowała, więc poczekam, ale może… skorzystałabym z bali. - Inu nie mogła się powstrzymać przed skorzystaniem z ciepłej kąpieli. Obejrzała się na swojego towarzysza. - A ty co planujesz?

- Poczekam. Jak się rozleziemy po salonie to wieki zajmie zanim się zbierzemy razem.
- blondyn wzruszył ramionami i rozejrzał się po recepcji. - O może do pójdę się ostrzyc przed podróżą. - w oko mu pewnie wpadł fryzjer w sąsiednich drzwiach. Pewnie dlatego, że był dość blisko wyjścia więc można było go łatwo znaleźć.

- Tak się cieszę, że się pani podobało. Zaraz każe przygotować kąpiel dla pani. Czy życzy sobie pani coś jeszcze? - recepcjonistka wydawała się uszczęśliwiona, że może spełnić życzenie klientki.

- Kawy. - Inu uśmiechnęła się do dziewczyny siedzącej za biurkiem. Zdjęła płaszcz i odwiesiła go przy wejściu, po czym rozsiadła się wygodnie na sofie czekając na swoją kolej. Odprowadziła Kanmiego wzrokiem nim ten zniknął w sąsiednim pomieszczeniu.


Od strony drzwi doszło pukanie i gdy Amanda zezwoliła aby wejść otworzyły się i do środka weszła jej ulubiona ostatnimi czasy łaziebna i masażystka. - Oh witaj Inu. Tak miałam nadzieję, że to właśnie będziesz ty. - Azjatka o prostych, długich blond włosach uśmiechnęła się promiennie widząc kto okazał się jej klientką. Skłoniła się grzecznie jak zawsze gdy witała i Amandę i swoich klientów i członków rodziny o wyższej od niej hierarchii. Czyli właściwie większość.

[MEDIA]https://i.pinimg.com/564x/8e/3e/bc/8e3ebc483b4848ebfa40c4327b154925.jpg[/MEDIA]

Amanda pomachał dziewczynie i wynurzyła się z kąpieli. Niechętnie wyszła z balii wypełnionej ciepłą wodą.

- To w takim razie słucham. Czego sobie życzysz? - zapytała stając przed Amandą i czekając na życzenia swojej klientki.

- Chciałam pogadać, ale jak rozmasujesz mi przy okazji nogi to chętnie skorzystam. - Inu sięgnęła po ręcznik i owinęła się nim. - Kanmi się zgodził. Zabierzemy cię. - Rzuciła spokojnie, zajmując miejsce w znajdującym się w pomieszczeniu fotelu.

- Zabierzecie mnie?! Oh dziękuję! - dziewczyna pod wpływem impulsu z tej ulgi i radości rzuciła się Amandzie na szyję ściskając ją mocno z tych emocji. - Jesteście tacy kochani. - wyszeptała ze wzruszenia do ucha Inu. No ale po chwili opanowała się i gdy brunetka usiadła na fotelu, Maki wzięła jakieś smarowidło, niski stołek na którym usiadła, drugi na jakim położyła stopy klientki i zaczęła masaż od stóp. Nalała sobie trochę oliwki na dłonie, rozprowadziła na swoich dłoniach a następnie zaczęła dłońmi wcierać ją w skórę stopy klientki. Ta zaś zaczynała odczuwać przyjemność płynącą od stopy, przez całą nogę aż do mózgu jakie sprawiały jej sprawne dłonie Azjatki.

- Dzisiaj mam jeszcze jedną robotę, ale fajnie byłoby spotkać się we trójkę i pogadać. - Amanda czuła jak jej oczy przymykają się od ulgi. - Dałabyś radę dziś w nocy? U mnie?

- Dziś w nocy? Chyba tak. Tylko nie wiem gdzie mieszkasz. Nie sądzę abym skończyła przed 20-tą.
- blondynka o migdałowych oczach zgrabnie robiła swoją robotę wyciskając zmęczenie ze stopy Amandy kawałek po kawałku. Wydawało się, że z każdym ruchem wdziera się tam orzeźwienie, przyjemność i ulga. Mówiła cichym, łagodnym głosem aby dopasować się nim do tego co robiły jej dłonie. Ale z tego co mówiła wynikało, że może być dzisiaj ale pewnie gdzieś w połowie wieczoru najprędzej. Tylko, że Amanda sama nie wiedziała kiedy wróci do domu z roboty w Walmarcie. No ale chyba na wieczór to już raczej powinna być z powrotem.

- Zgarniemy cię od Marcusa. - Amandzie nei udało się zapanować nad rozleniwionym głosem, który teraz zabrzmiał bardziej jak pomruk. - Nie wiem, o której skończę fuchę, a głupio byś gdzieś marzła.

- Od Marcusa? Ten bar? Dobrze, to wiem gdzie to jest. To tam na was poczekam.
- Azjatka zgodziła się pogodnym głosem nie przerywając masażu stóp. Zaczęła od palców i stopniowo przesuwała się ku pięcie starannie zajmując się kolejnymi fragmentami tego detalu anatomii.

- Jutro… mamy spotkanie… możliwe że chwile po nim będziemy jechać. Fajnie jakbyś się spakowała. Dobrze jakbyś przefarbowała włosy… jedziemy z rodzinką. - Inu odchyliła się wygodnie na fotelu po czym roześmiała się. - Kanmi myślał czy by nie wytargować u ciebie masaży w trasie… ech…

- Masaży? Myślę, że nie będzie z tym problemu jeśli mnie zabierzecie ze sobą. Tylko powiedzcie jaki chcecie to taki wam zrobię.
- Azjatka o blond włosach uśmiechnęła się nawet chyba trochę rozbawiona taką propozycją jakby Inu pytała o jakąś drobnostkę. W międzyczasie jej palce zaczęły ugniatać okolice pięty i kostki Amandy wciąż serwując jej sporą dozę przyjemności.

- I jedziemy z kimś od Koi? W jednym samochodzie? Ojej no to oni na pewno mnie rozpoznają. Nawet jak przefarbuję włosy. - druga wiadomość za tą wyraźnie zmartwiła pasażerkę Land Rovera. No jeśli ktoś ją znał i by ją zobaczył na trasie z bliska to nawet w innych włosach mógł ją pewnie rozpoznać.

- Jedziemy naszym autem, oni jadą swoimi. - Amanda spróbowała chwilę skupić myśli. - Ale tak… to będzie cholernie ryzykowne dla ciebie i dla nas. Najważniejsze by nie było z nami gostka przed, którym wiejesz.

- A z kim jedziecie? I właściwie dokąd?
- dziewczynie trochę ulżyło, że chociaż w samochodzie nie powinno być innych osób z Kai ale nadal wydawała się zaniepokojona. Takiego obrotu sprawy chyba nie przewidywała bo wydawała się zaskoczona tymi wieściami. Jej sprawne dłonie w tym czasie delikatnie położyły stopę Amandy na swoich przyjemnie gościnnych udach i zaczęły nabierać kolejną porcję oliwki aby zabrać się za drugą.

- Nie znam wszystkich. Szykuje się spora karawana. - Inu nie była chętna do zdradzania informacji o rodzinie. Chwilę obserwowała sprawne dłonie Maki pieszczące jej stopę. - Słuchaj… chcę ci pomóc, ale zmuszać cię nie będę byś z nami jechała bo to na serio cholernie niebezpieczne dla nas. Powiesz z kim masz problem to zerknę jutro na spotkaniu czy go nie ma.

- Oh, nie ja bardzo dziękuję, że chcecie mnie zabrać. Zrobię co będzie trzeba. Po prostu się nie spodziewałam, że będziemy jechać jeszcze z kimś. Myślałam, że będziemy jechać sami.
- blondynka wyjaśniła szybko nie chcąc chyba sprawić wrażenia, że nie chce współpracować. No i zaczęła wcierać oliwkę w drugą stopę Amandy co nawet od samego patrzenia robiło się całkiem przyjemne.

- Chodzi o Ayumi. Dogadała się z kliniką i wykryli u mnie jakiś rzadki gen czy co. Ona chce mnie oddać w zamian za jakieś usługi czy co. Ale ja nie chcę! Oni mnie rozbiorą na części na tych swoich eksperymentach! Muszę stąd uciec zanim po mnie przyjdą! Proszę, Inu, pomóż mi inaczej mnie wykończą! Zrobię co zechcesz! - dziewczyna zaczęła mówić po dłuższej chwili milczenia. Najpierw dość monotonnie, z wyczuwalnym przygnębieniem ale w końcu poniosły ją emocje. Podniosła się na kolana i przywarła prosząco do siedzącej w fotelu Amandy aby prosić ją o wstawiennictwo w tej swojej zagmatwanej sytuacji.

- Ekhym… Ayumi z nami nie jedzie. - Inu wolała nawet sobie nie wyobrażać co mogło przyjść do głowy szefowej Koi. - Dobra… jeśli przeżyję… - Zamyśliła się. - No dobra jakby co Kanmi też cię pewnie zgarnie, mega był zajarany tymi masażami. - Spróbowała uspokoić dziewczynę lekko żartobliwym tonem. Miała za miękkie serce i była niemal pewna, że Ayumi je sobie wytnie po tym jak już się dowie, że to z nią uciekła Maki.

- Oh dziękuję! Jesteś taka kochana! Ja nie wiem jak się wam odwdzięczę! - dziewczyna aż się wzruszyła tak mocno, że łzy jej z tych emocji aż pociekły. Objęła mokrą Amandę za szyję wtulając się w nią ufnie jakby szatynka z kolczykiem w nosie była jej jedyną i ostatnią nadzieją na uniknięcie skalpela chirurga czy co tam mieli jej robić w tej klinice.

- Na razie zadbajmy by Hori cię nie rozpoznał. - Inu westchnęła ciężko i nachyliła się do ucha Maki. - Obgadamy wszystko u mnie. Te płacze mogły ściągnąć czyjąś uwagę… a ściany u rodzinki lubią mieć uszy. Ok?

- Tak, jasne. Oczywiście. Przepraszam. -
młoda Azjatka stropiła się i odkleiła się od Amandy wracając na poprzednią pozycję u stóp klientki. Chwilę potrzebowała aby otrzeć łzy i się pozbierać a potem wróciła do przerwanego masażu. - Czy życzysz sobie coś poza masażem nóg? - zapytała ze znów ujmującym uśmiechem jakby nic się specjalnego przed chwilą nie stało. Tak jak właśnie dziewczyna z “Fugu” powinna dbać o swoją klientkę.

- Uspokój się zanim stąd wyjdziesz. - Inu uśmiechnęła się do azjatki po czym westchnęła ciężko. - Ech.. najchętniej masaż całego ciała, ale nie mam na to czasu. Work.. work.. work.

- To ci mogę zrobić dziś w nocy jak się spotkamy po tym wszystkim. Zrobię ci taki masaż jaki tylko zechcesz
. - Maki roześmiała się wesoło i obietnica zabrzmiała tak samo kusząco jak i szczerze.

- Trzymam cię za słowo. - Inu machnęła ręką dając znak dziewczynie by się zbierała, a sama wytarła się do końca i niechętnie zaczęła wciągać, wciąż lekko wilgotne ciuchy. Nazbyt szybko przypomniała sobie, że za drzwiami rybki był inny… dużo mniej przychylny, świat.

Wyszła z gabinetu już lekko nadąsana, a to co zobaczyła wprawilo ją w jeszcze gorszy nastrój. Kanmi czekał na nią w przestrzeni recepcji i do cholery… wyglądał zbyt dobrze.

[MEDIA]https://i.postimg.cc/6pBxdHvY/alex-pettyfer-haircut.jpg[/MEDIA]

Przez chwilę poczuła się jak poprzedniego wieczoru, gdy poznała Masona. Tyle, że to był jej cholerny kumpel… kierowca, a nie facet do przelecenia.
- Chodźmy. - W pomruku, który wydobył się z jej ust słychać było irytację, ale miała to gdzieś. Znając jej szczęście młody jeszcze przygrucha sobie Maki w trasie i będzie miała jeszcze wiele okazji do frustracji.
 
Aiko jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 02-10-2019, 23:34   #10
Majster Cziter
 
Pipboy79's Avatar
 
Tura 5 2053.IV.06 nd, popołudnie, NYC, Bronx

Czas: 2053.IV.06 nd, popołudnie
Miejsce: Nowy Jork, Bronx , Yankee Stadium
Warunki: nieprzyjemnie, opuszczona ulica, mokro, półmrok, burza


Wydawało się, że pogoda dała dzisiaj czadu. Nawet jak na to mokre, ponure i wiecznie zamglone miasto. Opad śniegu się skończył ledwo z Kanmi wyjechali z “Fugu”. Ale tylko dlatego, że zaczęła się burza. No i dalej trwała. Zrobiło się ciemno jak w nocy a w miasto trafiały grzmoty i błyskawice. Przy takiej niepogodzie przejechali przez północny Zachodni Pas. Minęli okolice Toxic Theatre gdzie ostatniego wieczoru Amanda bawiła się z Masonem, kawałek dalej przejechali obok Columbia University gdzie ponoć pracowały najtęższe umysły na usługach pana prezydenta. A Land Rover wyczesanego blondyna jechał dalej. Raz musieli się zatrzymać gdy trafili na wojskowy outpost gdzie sprawdzano dokumenty. Chociaż jak na taką kontrolę to poszło im dość szybko. Pewnie i wojakom nie chciało się wyłazić z budki i kontrolowali tylko papiery, świecili latarkami po twarzach i jak nic im się nie uwidziało, że ktoś im nie pasuje to kazali jechać dalej. Na szczęście dla dwójki z terenówki ani u nich ani u nikogo z wozów przed nimi niczego ani nikogo wojacy się nie czepnęli więc poszło dość szybko.

- Umówiłem się z nim na Yankee Stadium. - powiedział Kanmi gdy wycieraczki równie miarowo szumiały o szybę jak krople burzy o nią stukały. Pojedynek tych dwóch sił wydawał się dość wyrównany. Kropel rozbijających się o szybę było zdecydowanie więcej i spadały non stop. Ale każda z wycieraczek miała o wiele większą powierzchnię i wycierała spory pas szyby przecierając obraz. Decydujące okazywało się tempo pracy wycieraczek i opadania kropel. A te wydawało się dość wyrównane nie dając wyraźnej przewagi żadnej z tych sił. Więc dlatego terenówka jechała dość wolno a blondyn pochylał się ku szybie i mrużył oczy próbując coś dojrzeć przez niezbyt wyraźny obraz.

No i rzeczywiście minęli ostatnie ulice Zachodniego Pasa i skierowali się na jeden z ocalałych mostów na Cieśninie Harlemskiej. Symboliczną granicę pomiędzy jeszcze względnie cywilizowanym Harlemem należącym chociaż nominalnie do Zachodniego Pasa z zrujnowanym Bronxem. No właśnie… Bronx…

Amanda nie była pewna czym Bronx oberwał ale jak chyba wszyscy mieszkańcy Nowego Jorku, wiedziała, że oberwał i to mocno. Tak mocno, że siła uderzenia zmiotła większość wyższych budynków, jakby atomowy topór ściął wątłe witki ludzkich budynków. Dlatego w miarę całe zostały tylko te najniższe kondygnacje i to też tylko na obrzeżach Bronxu. Jak właśnie Yankee Stadium który chociaż z grubsza był jeszcze rozpoznawalny dzięki swojemu wielkiemu i charakterystycznemu kształtowi. Podobno tam w centrum albo na północy Bronxu to ział olbrzymi krater po tym uderzeniu. I wszystko to było napromieniowane nadal. Jak głosił uliczny żarcik w Bronxie nie mogło przetrwać nic większego od szczura czy karalucha. No ale ten dawny stadion był na południowych krańcach Bronxu, tuż za kanałem harlemskim więc no jeszcze trochę jakby ten w miarę cywilizowany Harlem. Tylko taki dziki, bezludny i opustoszały. Już kilka ulic przed cieśniną nie widać było innych przechodniów i samochodów. No ale to może przez tą burzę.

- Są. - Kanmi wskazał głową przed maskę chociaż w świetle reflektorów Amanda też dojrzała zaparkowany samochód. Na tym pustkowiu rzucał się w oczy jak samotny demonstrant przed Stalowym Domem. No ale dzięki słowom partnera brunetka wiedziała, że to ci z jakimi się umówili a nie jakaś przypadkowa ekipa. W świetle reflektorów widać było jakąś furgonetkę zaparkowaną w bramie dawnego stadionu. Dzięki czemu można było się tam schronić przed burzą jak w jakimś tunelu. Było na tyle dużo miejsca, że Kanmi też zaparkował tam terenówkę.

- Cześć Eli. - blondyn przywitał się z facetem w zimowej kurtce i czarnej, wełnianej czapce na głowie. Był dość masywny bo przy podobnym wzroście co partner Amandy wydawał się dużo masywniejszy. Albo na odwrót, przy nim Kanmi wydawał się drobny i szczupły. W świetle reflektorów które oświetlały tunel widać było, że facet ma dość szczeciniasty zarost i jest w średnim wieku. Towarzyszyło mu dwóch ludzi ze strzelbami. Ci jednak nie wtrącali się do rozmowy więc było widać, że są podwładnymi szefa.

- Cześć Kan. - facet uściskał blondyna “na misia” i rzeczywiście miał twardy, rosyjski akcent. Aż wręcz stereotypowo rosyjski. Zupełnie jak na filmach to pokazywano.

- To jest Amanda, moja partnerka. Ta o której ci mówiłem. - blondyn wskazał na Amandę gdy przyszła kolej się przywitać. Kalasnikov czy Kolesnikov przyjrzał jej się z zaciekawieniem obrzucając ją badawczym spojrzeniem od góry do dołu jakby sprawdzał możliwości nowego pracownika.

- Witam piękną panią, Kan nie mówił, że ta koleżanka to taka ślicznotka. - Elia wyciągnął dłoń aby się przywitać z Amandą i niespodziewanie ją pocałował zupełnie jak jakiś amant z dawnych filmów. Chociaż aparycją to pasował raczej do jakiegoś mafioza albo spasionego kapitalisty.

No ale po tych grzecznościach i zapoznaniu się przyszedł czas na interesy. - To tam. - Elia wskazał na kupę gruzów w głębi ulicy. Kiedyś pewnie biegła ona pomiędzy dwoma wielo piętrowymi kamienicami. Teraz pozostało z nich kilka pięter a reszta leżała właśnie na tej ulicy. Niby nie było tak daleko. Kilkaset metrów. Ale na pewno nic by tam nie wjechało i trzeba by się przedzierać się przez te gruzowisko. Przynajmniej powierzchnią. No ale powierzchnią podobno się nie dało tamtędy dostać do owego Walmartu.





- A tam jest ten właz z którego korzystał tamten koleś co odnalazł przejście. - Elia wskazał na jeden z włazów w ulicy który niczym nie wyróżniał się na tle płynących strumieniami śmieci. No miało sens. Wydawało się, że to najbliższy wolny od gruzu właz do tego zawalonego centrum. Niby kilka przecznic pod ziemią, kilkaset metrów. Ale nikt nie wiedział czego się tam spodziewać. Może poza wodą. Bo jak tak dzisiaj lało od rana to wody na pewno tam na dole było pełno.

- No to tak. Tak jak mówiłem Kanowi. Chcę abyś znalazła przejście do tego centrum i wróciła tutaj aby mi powiedzieć. Mapę zrób jeśli dasz radę. W każdym razie chcę trafić do tego gamblowiska. W zamian możesz wynieść ze sobą co tylko dasz radę. Dam ci jednego człowieka to ci pomoże. - Elia mówił tym swoim twardym, rosyjskim akcentem gdy widocznie chciał się upewnić, że Amanda akceptuje warunki umowy. Wskazał na jednego z tych dryblasów ze strzelbą jaki widocznie miał iść razem z nią. I który pewnie miał też potwierdzić szefowi znalezisko no i trasę. No to teraz Elia czekał co na to wszystko powie Amanda która była dość kluczowa w całej tej podziemnej operacji.
 
__________________
MG pomaga chętniej tym Graczom którzy radzą sobie sami
Pipboy79 jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Odpowiedz



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 13:32.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2021, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168