Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Postapokalipsa
Zarejestruj się Użytkownicy

Sesje RPG - Postapokalipsa Świat umarł. Pogodzisz się z tym? Położysz się i umrzesz przygnieciony megatonami, które spustoszyły Twój świat, zabiły rodzinę, przyjaciół, a nawet ukochanego psa? Czy weźmiesz spluwę i strzelisz sobie w łeb bo nie dostrzegasz nadziei? A może będziesz walczyć? Wstaniesz i spojrzysz na wschodzące słońce po to, by stwierdzić, że póki życie - póty nadzieja. I będziesz walczył. O przyszłość. O jutro. O nadzieję... Wybór należy do Ciebie.


Odpowiedz
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 16-11-2019, 11:46   #1
Dział Postapokalipsa
 
Ketharian's Avatar
 
[DG:R] Błogosławiona Krew [18+]




BŁOGOSŁAWIONA KREW



Montpellier, czerwiec 2595

Promienie słonecznego światła przebijały listowie gęstej roślinności w delcie Rhone na podobieństwo złocistych oszczepów, migotały w pomarszczonej toni płynącej leniwie wody. Niczym klejnot ułożony na zielonym kobiercu mangrowców, białe Montpellier pyszniło się śnieżną barwą swoich wysokich obronnych murów. Czerwone płaszcze patrolujących wały Sangów przypominały z oddali krople rozpryśniętej po pasie bieli krwi, tak symbolicznie ważnej dla zamieszkujących wielkie miasto Franków. Strzeliste dachy pałacu neolibijskiego konsula wznosiły się wysoko w pogodne letnie niebo, widziane z pokładów setek pracujących na odnogach delty rybackich łodzi.

Montpellier - klejnot czystej frankańskiej krwi strzeżony pieczołowicie przez afrykańskich protektorów miasta. Kolebka odradzającej się potęgi dawnego dumnego kraju. Siedziba wykształconych i układających dalekosiężne plany ludzi o wielkich ambicjach. Nadzieja na odzyskanie utraconej bezpowrotnie chwały i wpływów mogących zadecydować o losach całej Europy.

Montpellier - gniazdo mrocznych intryg i skrytobójstw, bezwzględnej walki o przychylność starej arystokracji, wyrachowania, zimnego okrucieństwa i gotowości do poświęcenia wszystkiego w imię dobra własnego rodu.

Dwie strony tej samej monety, jakże obojętne dla prostych ludzi mozolących się w pocie czoła na łodziach do połowu ryb i małży, w portowych magazynach, w fabrykach i warsztatach, przy krosnach, hydraulicznych prasach i tartacznych piłach. Dla maluczkich, pełnych szacunku wobec błękitnokrwistej szlachty, oczarowanych egzotyką neolibijskich rezydentów i głęboko wdzięcznych wielkim tego świata za ochronę przed potwornościami Wynaturzonych, ważny był każdy przeżyty w sytości i spokoju dzień.

Montpellier czuwało nad nimi niczym troskliwy rodziciel, chroniąc przed zakusami feromanserów, zapewniając rynek zbytu na plony i pozwalając snuć pełne optymizmu plany na przyszłość.

Tajemnice innych planów, układanych w sekretnych pokojach narad, za zamkniętymi oknami albo w głębokich kazamatach rodowych rezydencji, miały na zawsze pozostawać tajemnicą dla tych, którzy swą ciężką pracą utrzymywali błękitnokrwistych suzerenów.
 
Ketharian jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 16-11-2019, 18:56   #2
 
Surelion's Avatar
 
Montepllier, kilka tygodni wcześniej

Jak mógł mu to zrobić. Jego własny ojciec, swojemu pierworodnemu synowi. Abdel siedział przy swoim biurku, a w właściwie zwisał z niego, psychicznie przygnieciony tragedią jaka go spotkała. Rozpięta biała koszula z najlepszego zamorskiego jedwabiu unosiła się miarowo, kiedy nie wiadomo po raz który analizował ogrom nieszczęścia jaki spadł na jego barki. Przez chwilę miał ochotę rzucić się na kryte baldachimem łoże i płakać. Ale czyż nie to właśnie robił przez cały dzisiejszy poranek? Łkał aż do południa, wówczas uznał, że wypłakał już chyba wszystkie łzy.

Abdel popatrzył na swe odbicie w lustrze. W zmęczone, lekko podkrążone oczy na które wprawnym ruchem pędzelka kończył kłaść pudrowy tuszujący podkład. Na to szły delikatne kolory wprost z zamorskiej palety, jaką nabył za pokaźną sumę.

- Mój boże, jak to wszystko zniszczyło mi cerę. - Kolorowa kredka zatrzymała się w pół ruchu. Zbliżył twarz do zdobionego lustra oglądając dokładnie niezauważalne dla każdego niewprawnego oka straty. Chwilę to trwało, nim doprowadził swój urok osobisty do zadowalającej go jakości. Kilka psiknięć perfum i już zarzucał długi zdobiony płaszcz. Podszyte szkarłatnym płótnem, oficjalne odzienie rodu Sanguine idealnie dopasowało się do smukłej sylwetki młodzieńca. Poprawił lekko pofalowane, długie blond włosy i postawił kołnierz. Nie chciał by prości ludzie z ulicy spoglądali w jego szlachetne oblicze, tego dnia piękno nie było dla byle plebsu.

Ze zdobionej kozetki zabrał jeszcze dwa zalakowane listy. By ich nie pomylić przy wyciąganiu każdy włożył w osobną kieszeń swego misternie zdobionego płaszcza. Po raz ostatni obrócił się w drzwiach, starając zachować w pamięci obraz tego pomieszczenia takim jakie je kochał. Nie było to mu dane. Niegdyś urządzone z przepychem, obecnie niemal ograbione ze wszystkich pięknych przedmiotów jakie zgromadził. Część ostatnio sam sprzedał, aby w cyklu niekończących się zabaw zapomnieć o dramacie jaki go spotkał. Część została zaś zniszczona, właśnie podczas owych upojnych orgii, przesączonych muzyką i dymem z zakazanych źródeł. Resztę rozebrali mu dłużnicy, którzy postanowili ostatnio ze zdwojoną siłą odzyskać pieniądze, jakie był im winien. Przyszli i zabrali właściwie wszystko co oprócz nazwiska posiadał. Zbiegli się do niego nagle wszyscy jak zlatują się na raz sępy. Nic dziwnego. Każdy kto miał czułe uszy w mieście już wiedział, że jego wysoko postawiony ojciec uruchomił maszynę biurokratyczną, która właśnie wypychała go poza mury miasta, w wyprawę z której mógł już nigdy nie powrócić. Daleko od wystawnego życia jakie do tej pory prowadził w Montepllier. W odległą i niebezpieczną podróż, która z dużą pewnością zakończy się jego zgonem. Abdel czuł podskórnie, że jego kości miały zbieleć gdzieś pośród zapomnianych przez bogów bezdroży przeklętego Purgare.
I to właśnie było przyczyną jego wielkiego dramatu.

Szedł ulicą, nie zwracając uwagi na schodzących mu z drogi przechodniów. Karmazynowy pałasz rodu i sztywna sylwetka to wszystko co dostał od ojca. No i garść drobnych, które ledwo starczyły na raptem kilka miesięcy wystawnego życia.

Stary sknera. Bodaj by sczezł na jaką przywleczoną z za murów sepsę. Odziedziczyłbym wtedy dość dóbr by nie martwić się o topnienie środków, aż do końca świata.

Pomyślał, lecz zaraz się skorygował w myślach.

Jak mogę tak myśleć o własnym ojcu. Przecież, gdyby ten pomarszczony wór zachorował, mógłby niechcący zarazić również i mnie.

Poczuł obrzydzenie. Myśl o chorobie na jego doskonale wypielęgnowanym ciele wzdrygnęła nim dogłębnie.

O! Święta krwi, którą noszę w sobie...

Rozpoczął w myślach modlitwę do królewskiej krwi jaką miał w sobie, nie wierzył bowiem w nic innego. Myślenie o wzniosłości tego co płynęło w jego żyłach działało uspokajająco. Pomagało zebrać myśli. Skoncentrować się na nowo. Wspiął się szybko po marmurowych schodach mijając dwóch Sangów*, strzegących wejścia do siedziby rodu. Wewnątrz starej gotyckiej katedry przerobionej na siedzibę i pałac rodu, zawsze czuł się nieco dziwnie.


W półmroku świętego miejsca nie czekał długo, aż młody Baisse** przyprowadzi kogoś wyższego stopniem. Nie liczył, że uda mu się dostać do głowy rodu by bezpośrednio na jego ręce złożyć petycję. Sam jeszcze zresztą nie był pewien który z listów przekaże. Były sprzeczne.
W prawej kieszeni było zrzeczenie się klanu. Wolność, jak kto woli. Jednak wolność okupiona wydziedziczeniem, nędzą i kto wie czym jeszcze gorszym. W lewej zaś lista rzeczy niezbędnych do wyprawy. Wyprawy, która jak przewidywał miała stać się jego wyrokiem i grobem za razem.

Dlaczego. Dlaczego mnie właśnie wysyła, a nie tą jego ukochaną sukę. Moja siostra jest wprost stworzona do tego, by gnić w błocie i okopach. Nie JA. Przecież wie, że nie jestem kimś do owych niebezpiecznych zadań za murami, czemu więc nie pośle tej pizdy. Wredny stary pryk.

Kroki rozchodziły się echem pośród korytarzy. Stanął przed Vertebre***. Głębokie oczy starego sługi rodu, zmierzyły go bacznie. W półmroku zdawało się, że jego oczodoły wypełnia ciemność nie oczy, ale były tam. Czujne i ostre jak sztylety.

Garnitur białych zębów Abdela błysnął na powitanie, nie było tam nawet śladu gniewu, który nadal brzęczał w jego duszy drżąc niczym stal sztyletu. Wszystko doskonale skryte pod maską etykiety.

- Ekscelencjo... - Abdel jednym wyuczonym ruchem bezbłędnie wykonał dworski gest szacunku - ...oto lista skromnych potrzeb niezbędnych do wyprawy aby godnie reprezentować nasz szlachetny ród. Mam nadzieję, iż nie okaże się nazbyt licha w oczach naszego czcigodnego Ventricule****. - powiedział uprzejmym aksamitnym głosem. - I by nie zabierać więcej niż potrzeba, twego jakże cennego czasu, pozwól, że się oddalę w tejże chwili. Niech krew naszych przodków rośnie w tobie i w twej rodzinie z siłą, mój panie.

Skłonił się i nie czekając na odpowiedź obrócił na pięcie. Nie chciał być świadkiem złamania pieczęci i gniewu Vertebre. Lista była bowiem długa.

Przecież, nie pozwolili by mi odejść z klanu. Zdrajców się nie zostawia samych sobie. Zdrajców się usuwa. Niezwłocznie. Nie zamierzam dawać im takowej satysfakcji.

Rozmyślał zbiegając po schodach.

A więc, zostało mi zaledwie kilka dni normalnego życia przed wygnaniem. Pora tedy zażyć prawdziwego życia raz jeszcze, pókim jeszcze żywy i póki jeszcze w trzosie coś zostało. Zatem... Oto nadchodzę nierządnice i kurtyzany, muzykanci i wy zdradzieccy przyjaciele, którzy mnie opuściliście. Za ostatni grosz i na mój koszt, kupcza miłość i zabawa wszelaka, abyście mnie zapamiętali dobrze...niech zatem zawiruje raz jeszcze świat!

Podkład.



* żołnierz służący rodom Sanguine
** najniższy rangą członek klanu
*** dyplomata i doradca rodu
**** głowa jednego z trzynastu wielkich rodów
 
__________________
"Gdy chcesz opisać prawdę, elegancję pozostaw krawcom. " A. Einstein

Ostatnio edytowane przez rudaad : 11-10-2020 o 16:32.
Surelion jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 17-11-2019, 13:01   #3
 
Kargan's Avatar
 
Siedziba rodu Sanguine, Montpellier

Płomyki świec migotały w półmroku rozległego pomieszczenia. Angeline Léa Sanguine znała wnętrze sali audiencyjnej dostatecznie dobrze, by nie potrzebować ich słabego światła, ale świadoma piękna słonecznego dnia po drugiej stronie grubych okiennych kotar, zżymała się w duchu na jedno z wielu dziwactw swego ojca.

- Usiądź przy mnie - polecił oschłym tonem Ventricule, kiedy szeleszcząca suknią kobieta ukłoniła się dwornie przed jego tronem - I podaj mi wino.

Angeline Léa ucałowała zdobiący rękę ojca sygnet, usiadła na wskazanym miejscu i sięgnęła po ustawioną na trójnogu srebrną paterę z kryształowymi karafkami.

- Nie sądzę, abyś przywołał mnie tutaj spragniony trunku, ojcze - powiedziała podając Emmanuelowi napełnioną karafkę - Widziałam na dole posłańca Piquetów. Coś się stało?

- Otrzymałem korespondencję od cereaux - odrzekł Ventricule i szlachcianka zastygła natychmiast w bezruchu, nadstawiając bacznie uszu - Wyraziła zgodę na zmieszanie krwi, aczkolwiek pod pewnymi warunkami. Abdel musi dowieść swej wartości dla całego klanu, dla Montpellier. To dlatego wysyłam go do Bergamo. Zawiąże dla nas sojusz z Białym Wilkiem, obłaskawi Purgaryjczyków i otworzy ich rynki na nasze towary. W nagrodę będziemy mogli związać go małżeństwem.

- Kim jest szczęśliwa wybranka, ojcze? - pożerana ciekawością Angeline Léa przechyliła się do przodu w krześle, próbując wyłowić w półmroku wzrokiem ostre rysy twarzy Emmanuela - Czy już dokonaliście wyboru?

- Tak - odparł patriarcha - Maria Antonina Picard. To dobra partia.

W ciemnej sali przez krótką chwilę panowała pełna zdumienia cisza przerwana w końcu niepohamowanym perlistym śmiechem młodej kobiety, zupełnie nie pasującym swą radosną nutą do posępnej atmosfery pomieszczenia.

- Maria Picard? Ojcze, ona jest po czterdziestce! Urodziła swemu zmarłemu mężowi pięcioro dzieci! I waży tyle, co dwóch twoich kucharzy razem wziętych! Powiedz proszę, że to żart.

- Nie podoba mi się drwina w twoim głosie- odparł nieprzyjemnym tonem Ventricule - Cereaux dokonała słusznego wyboru. Maria Picard jest wciąż płodna i może rodzić dalsze dzieci, potwierdziły to badania przeprowadzone na życzenie dworu przez specjalistów Szpitalników. Co więcej, ma dość doświadczenia w porodach, by nie groziły jej żadne poważne komplikacje. A jeśli o jej wygląd idzie, nie dbam o to. Wygląd zewnętrzny nie przesądza o czystości krwi.

- Ty może nie dbasz, ojcze, ale mój brat może mieć odmienne zdanie - Angeline Léa podjęła rozmowę poważnym i wyzbytym emocji tonem, nie chcąc dłużej drażnić surowego rodzica - Nie wiem jak przyjmie te wieści...

- Na razie nie przyjmie - przerwał jej Emmanuel - Nie dowie się do chwili powrotu z Bergamo i nie dowie się tego od ciebie. Jego męska duma i rozczarowanie urodą żony są kwestią drugorzędną. Wszystko, co robimy, robimy dla dobra rodziny Sanguine. Dlatego chcę, abyś dołączyła do niego w tej podróży.

Zdumienie ponownie odebrało Angeline Léi mowę, chociaż tym razem inny był tego powód.

- Chcesz, żebym pojechała do Purgare - stwierdziła bardzo ostrożnym tonem - Mam opuścić bezpieczne zacisze tego domu i mury Montpellier, by wyjechać do sąsiedniego kraju. Ja, która musi prosić po dziesięć razy o zgodę na wyjazd do Tulonu. Czyżbyś przestał mnie kochać, ojcze?

- Twój sarkazm drażni mnie równie mocno, co wcześniejsza drwina - patriarcha odłożył karafkę na tacę i pochylił się w stronę córki - Ciężar przewodzenia temu dumnemu rodowi sprawia, że nie mogę ufać nikomu, wszelako wiesz, że ciebie darzę najmniejszą podejrzliwością. Pojedziesz wraz z Abdelem, by pokierować jego krokami. Będziesz go chronić przed błędami mogącymi sprowadzić porażkę na misję w Bergamo. Dopilnujesz, aby dowiódł, że jest godzien wzmocnić ród i przekazać nasienie następnemu pokoleniu.

- Sądzę, że on przekazał już dostatecznie dużo nasienia bez zgody cereau - mruknęła Angeline Léa sięgając po własną karafkę i butelkę wina - Ale mniejsza z jego dziwkarskimi bękartami. Spełnię twe życzenie z wielką przyjemnością, ojcze. Prawdę mówiąc, wciąż nie potrafię uwierzyć w twą decyzję. Sądziłam, że przyjdzie mi dokonać żywota w tych pięknych białych i nie do zniesienia nudnych murach.

Ventricule milczał przez dłuższą chwilę. Rozbawiona małżeńskimi perspektywami brata Lea upiła nieco wybornego trunku, rozkoszując się bukietem rozlanych po języku i podniebieniu smaków.

- Kiedy powrócicie z Purgare, będziemy mogli poświęcić się ustaleniu szczegółów ślubów - patriarcha przerwał w końcu ciszę.

Tym razem to Angeline Léa milczała dłuższą chwilę, Emmanuel zaś tkwił pogrążony w głębokiej zadumie.

- Ślubów, ojcze? - w głosie szlachcianki czaiła się jakaś niedopowiedziana zgroza, wymieszana w równych proporcjach z niedowierzaniem i podejrzliwością - Skąd ta liczba mnoga?

- Cereaux nie poprzestała na jednej zgodzie - wyjawił beznamiętnym tonem Emmanuel Geoffroy Sanguine - Kiedy zwiążemy już Abdela z Picardami, sama wyjdziesz za mąż. Czas najwyższy, byś poszła w ślady innych szlachetnie urodzonych dam Montpellier. Ale zapewniam cię, że to nie będzie ślub podobny do tego, który czeka Abdela. Pisany jest ci inny los. Kto wie, czy nie najważniejszy w historii naszej rodziny. Wyjdziesz za mąż za syna króla Oppulusa z Brestu.

Niedopita kryształowa karafka roztrzaskała się o marmurową posadzkę, drobinki szkła prysnęły na wszystkie strony, zazgrzytało odsuwane krzesło.

- Ojcze, raczysz sobie ze mnie drwić! - Angeline Léa podniosła mimowolnie głos, pod wpływem ogromnego wzburzenia zapominając o należnym patriarsze szacunku - To nie może być prawda! Chcesz mnie oddać jakiemuś pośledniemu watażce z północy?! Łowcy morsów, który cuchnie starym tranem i ubiera się w zwierzęce skóry?! Czystą krew Sanguine?! Podeszły wiek zaczyna odbierać ci trzeźwość osądów...

- DOSYĆ!

Wykrzywiona w gniewnym grymasie twarz Ventricule wychynęła z półmroku, jego zapadłe oczy zalśniły wściekłym blaskiem, a palce obu dłoni zastukały w drewno podłokietników. Zmrożona tym widokiem Angeline Léa zadała sobie pytanie, czy właśnie taki widok ujrzała jej matki w nocy swej śmierci. Czy te wściekle płonące oczy były ostatnią rzeczą widzianą w jej życiu?

- Bacz, bym nie musiał przywołać cię do porządku na sposób przynależny rozkapryszonemu bachorowi - lodowaty głos Emmanuela Geoffroya Sanguine ciął niczym brzytwa, paraliżując stojącą z uniesionymi w geście protestu rękami córkę - Wypełnisz moją wolę tak samo skrupulatnie jak Abdel. Wyjdziesz za mąż za dziedzica tronu Brestu, będziesz grzała jego łóżnicę i rodziła jego dzieci. A kiedy przyjdzie na to czas, zasiądziesz obok niego na tronie Bretonii. Montpellier będzie nadal szukało najczystszej krwi, błękitnej krwi nowego króla Franki. To potrwa wiele lat, najpewniej nawet twoje dzieci nie doczekają tego momentu. Lecz my, Sanguine, nie będziemy czekali na decyzje, które ktoś podejmie za dwie albo trzy dekady. Nim władcy Montpellier się obejrzą, krew z krwi Sanguine będzie już rządziła północnym wybrzeżem, od Brestu po Aquitaine. To nasze przeznaczenie, Angeline Léa, i nikt mu nie stanie na przeszkodzie, nawet moja własna córka.

Szlachcianka nadal milczała, niezdolna wykrztusić z siebie choćby słowa.

- Jeśli ktokolwiek jest w stanie zrozumieć to, co jako Sanguine musimy poświęcić w imię nowej monarchii, to jesteś nim ty, Angeline Léa. Nigdy więcej nie kwestionuj moich decyzji. Nigdy więcej nie waż się oponować, kiedy na szali spoczywa przyszłość naszej rodziny. Liczy się wyłącznie błogosławiona krew, nic innego.


Moi drodzy, oto prezentacja kolejnej postaci w drużynie. Angeline Léa, piękna i inteligentna córka Emmanuela Geoffroya Sanguine, przyrodnia siostra Abdela i bezdyskusyjna faworytka patriarchy... chociaż rewelacje usłyszane podczas ostatniego spotkania z ojcem zapewne każą jej nieco inaczej spojrzeć na swoją przyszłość i rodzinne relacje.
 
Kargan jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 17-11-2019, 13:05   #4
Dział Postapokalipsa
 
Ketharian's Avatar
 
Delta Rhone na północ od Montpellier

Porośnięte kożuchem wodnych lilii rozlewisko tkwiło w pozornym bezruchu, chociaż tu i ówdzie jego nieruchomą powierzchnię znaczyły zmarszczkami żerujące ryby. Łachy białego piasku lśniły niewielkimi wysepkami wzdłuż gęsto zalesionych brzegów, gdzie powykręcane sękate korzenie starych drzew wnikały w dywan kwitnących lilii. Stojące wysoko słońce odbijało się miliardem refleksów od tafli wody, prażyło swym żarem zieloną gęstwę delty Rhone.

Samica rzecznego żółwia wygramoliła się niezgrabnie na jedną z piaszczystych wysepek, sunąc po sypkim gruncie na podobieństwo ożywionego głazu, rozgarniając wielkimi łapami białe drobinki. Okres lęgowy żółwi trwał w najlepsze i zwierzęta walczyły zawzięcie o dobre miejsce do złożenia jaj. A sąsiadujące z kanałem delty rozlewisko sprawiało wrażenie doskonałego terytorium lęgowego.

Żółw zorientował się w niebezpieczeństwo dopiero wtedy, kiedy wielki dwunożny kształt wylądował tuż obok jego skorupy, skacząc z kładących się na wodę gałęzi karłowatego cyprysa. Zaalarmowane widokiem drapieżnika zwierzę okręciło się w miejscu z zadziwiającą ruchliwością, z jego zaopatrzonego w ostry dziób pyska popłynął wściekły syk.

- Siekiery! - wrzasnął Bastien łapiąc rękami za ogromną skorupę i sadowiąc się na niej niczym kawalerzysta na koniu - Odrąbcie jej łapy!

Dwaj inni Frankowie skoczyli ze nadrzecznej skarpy prosto w zieloną toń pomiędzy brzegiem rozlewiska i wysepką. Jeden z nich zapadł się po pierś w błotnistą topiel, zaczął młócić wodę ramionami złorzecząc na całe gardło. Spłoszona tymi krzykami czapla poderwała się w powietrze z korony pobliskiego drzewa, odleciała majestatycznie na południe kierując się ku morzu.

- Gaston, kurwi synu! - Bastien wyszarpnął z pochwy przy pasie nóż o wąskim ostrzu i złapawszy za krawędź skorupy nad głową rozwścieczonego żółwia zaczął dźgać stalą kark zwierzęcia. Żółw zadygotał, gorąca krew spryskała palce myśliwego. Próbując za wszelką cenę uwolnić się od napastnika i zanurzyć w bezpiecznej głębinie, gad rzucił się w stronę rozlewiska, wówczas jednak wyrósł przy nim drugi z towarzyszy Langloisa, Jean-Pierre. Jeden zadany siekierą cios wystarczył, by zwierzę straciło jedną z przednich łap i zaczęło okręcać się bezradnie w miejscu.

Skazana na klęskę walka o życie dobiegła końca, nim całkowicie przemoczony Gaston wydostał się na piach wysepki, bezlitośnie wydrwiony przez Bastiena i swego brata-bliźniaka.

- Przyznaj się, obszczymurze, że się zesrałeś na widok tej paszczy - rzucił Bastien ześlizgując się z poplamionej żółwią krwią skorupy - Niemożliwe, żebyś był po tym samym ojcu, co Jean-Pierre.

Drugi z bliźniaków rzucił w piasek zakrwawioną siekierę i roześmiał się złośliwie, wyciągając jednocześnie zza pasa zakrzywiony nóż do patroszenia zwierzyny. Rozzłoszczony Gaston otworzył usta chcąc się zrewanżować docinkiem, zamknął je bez słowa, wbił wzrok w główny nurt kanału.

Bastien potrzebował jednego uderzenia serca, by rozpoznać znaczenie grymasu na twarzy myśliwego. Momentalnie obrócił się w miejscu, dla pewności zmieniając układ palców na rękojeści noża i kryjąc ostrze wzdłuż przedramiona.

Spomiędzy drzew w górze delty wychynął płynący leniwie ciemny kształt, niczym martwy cień prześlizgujący się pomiędzy ścianami zieleni. Duża rybacka łódź, zaopatrzona w nadbudówkę i obwieszony uszkodzonym żaglem maszt, wpłynęła na płyciznę i zaryła się dziobem w grząski brzeg kanału. Woda chlupotała cicho wzdłuż kadłuba, olinowanie skrzypiało, w powietrzu niósł się ledwie słyszalny dźwięk poruszanej wiatrem okiennicy.

Zostawiwszy martwego żółwia na wysepce, trzej Frankowie przepłynęli rozlewisko i wdrapali się na cypel lądu opodal opustoszałego wraku, bacznym wzrokiem lustrując pokład intruza. Potem jeden za drugim wspięli się na łódź szukając jakiegokolwiek śladu załogi.

Wrak musiał od dłuższego czasu dryfować po rozlewisku, świadczył o tym kożuch glonów porastających jego kadłub. Podejrzliwe oczy myśliwych nie dostrzegły nigdzie żadnego człowieka, ani żywego ani martwego.

- Pszczeli obłęd - wycedził w końcu przez zęby Bastien - Głupcy, którzy nie posłuchali ostrzeżeń. Popłynęli za wysoko w górę nurtu, na łowiska feromanserów. Nikt już im nie może pomóc.

Jean-Pierre zdusił w ustach przekleństwo, dał dowód swemu zabobonnemu lękowi przed władcami umysłów kreśląc dłonią na piersi znak strzegący od złego.

- Niczego nie zabierajcie - dodał Langlois - Wszędzie może być zatrute nasienie Wynaturzonych. Schodzimy z pokładu, natychmiast. Niech ten wrak tu murszeje, póki szlag go nie trafi.


Oto Bastien Langlois, nieokrzesany i bezwzględny myśliwy pracujący dla dworu Sanguine, lojalny wobec błękitnokrwistego suzerena i nieubłagany dla jego wrogów!
 
Ketharian jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 17-11-2019, 13:30   #5
 
8art's Avatar
 
Rybny targ w Port Lagagne, Tulon

Położony na wysokości drugiego piętra taras wychodził na centralną część wielkiego portu, oferując zapierającą dech w piersiach panoramę nadbrzeżnego Tulonu, w tym lśniącą w promieniach słońca twierdzę Hamzy Abubakara Trzeciego. Skąpo umeblowany, taras nie widywał zbyt często gości, a ci, którzy tutaj bywali, rzadko zawracali sobie głowy pięknymi widokami. Dobiegający z dołu gwar tętniącego życiem rybnego targu w niczym nie szkodził dyskretnemu charakterowi tego miejsca, przeciwnie - wręcz podkreślał go ostrym kontrastem zmieszanych ludzkich głosów.

Oparty o kamienną balustradę tarasu, niski mężczyzna o nijakiej twarzy i lekko siwiejących włosach obejrzał się w stronę Nathana, skinął mu leciutko głową. Barthez poczuł nieprzyjemny ucisk w żołądku rozpoznając tożsamość niezapowiedzianego przybysza, ale ukrył swe zaskoczenie pod maską uprzejmej obojętności.

Przeciął spokojnym krokiem pustą przestrzeń tarasu i stanął za założonymi za plecy rękami obok przybysza z Montpellier, przyglądając się holowanej w stronę wież rafineryjnych sylwecie afrykańskiego tankowca. Stada rozkrzyczanych mew kołowały w powietrzu, walcząc ze sobą zajadle o wyławiane z portowych basenów śmieci.

- Czytałem twoje raporty - powiedział po chwili milczenia niski mężczyzna - Dobry plan, słuszne decyzje. Ciekawe propozycje. Niemniej jednak sytuacja uległa zdecydowanej zmianie.

Barthez zesztywniał na dźwięk ostatnich słów gościa. Czy mężczyzna zamierzał go ostrzec przed ryzykiem zdemaskowania siatki? Przy tak daleko posuniętych środkach zapobiegawczych? Agenci Hamzy słynęli ze skuteczności, ale Nathan szczerze wątpił, by już zdążyli wpaść na jego trop. Zbyt ostrożnie budował siatkę znajomości, zbyt starannie dobierał informatorów.

- Twoją misję przejmie ktoś inny - tym razem mężczyzna nie zdołał już ukryć zdumienia, przemieszanego z głębokim niezadowoleniem.

- Nie ja podjąłem tę decyzję - przybysz z Montpellier odwrócił w bok głowę, posłał rozmówcy surowe spojrzenie - Rozkazy pochodzą od samego Ventriculi. Twoja misja w Tulonie wciąż uchodzi za priorytetową w opinii czcigodnego Emmanuela Geoffroya Sanguine, ale pojawiły się okoliczności, które wymagają zmiany twego przydziału.

Barthez oparł się o balustradę, zaczął błądzić wzrokiem po kolorowych dachach straganów rybnego targu. Przebywał w Tulonie od sześciu miesięcy i przygotowany był na to, że jego misja potrwa co najmniej półtora roku. Wciąż nie potrafiąc zwalczyć wrażenia kompletnego zaskoczenia, uniósł w niemym zapytaniu brwi.

- Abdel Sanguine wyjeżdża do Bergamo - wyjaśnił gość - Misja dyplomatyczna w Purgare, która potrwa co najmniej kilka miesięcy. Ventricule szczerze troska się o bezpieczeństwo swego pierworodnego, dlatego zażądał od nas dodatkowych zabezpieczeń. Chcę, abyś dołączył do świty dziedzica. Purgare to niebezpieczna kraina. Będziemy tam potrzebowali zaufanych ludzi. I dość bezwzględnych, by nie wahać się przed żadnym krokiem w obronie Abdela.

- To dla mnie zaszczyt - odpowiedział wymijająco Nathan próbując zapanować nad mętlikiem w głowie - W jakim charakterze mam dołączyć do dziedzica?

- Jako dowódca jego ochrony - wyjaśnił niski mężczyzna - Formalnie to on będzie sprawował komendę nad ekspedycją, ty masz mieć szeroko otwarte oczy i uszy. Poczynisz czym prędzej stosowne przygotowania. Młody Sanguine przybędzie do Tulonu łodzią, za trzy dni. Nie chcemy, by zatrzymywał się tutaj zbyt długo. Będzie mu towarzyszyć dwadzieścia osób. Wynajmij woźniców i tragarzy na Okopcony Szlak, aż po Bergamo. Ludzi z dobrą reputacją, sprawdzonych. Abdel Sanguine ma wysokie wymagania, chyba o tym wiesz?

- To tylko wizyta dyplomatyczna? - zapytał po dłuższej chwili milczenia Barthez - Czy mam się przygotować na coś więcej w Bergamo?

- Przebywając w otoczeniu Abdela trzeba być przygotowanym na wszystko - przez nijakie oblicze gościa przemknął cień sarkastycznego uśmieszku - Ale wierzę, że doskonale się spiszesz.

Na tarasie znów zapanowało milczenie.

- Nathanie, kiedy cztery lata temu przystałem na twoje usługi, byli w otoczeniu patriarchy krewniacy, którzy stanowczo się temu sprzeciwiali. Człowiek spoza Montpellier, nawet nie Frank, bez historii służby w szeregach Sangów albo choćby Rezyście. W ich oczach byłeś cudzoziemskim wyrzutkiem bez wartości dla rodziny, ale ja się na tobie poznałem. Przez te cztery lata nie zawiodłeś mnie ani razu, nie zawiodłeś Ventriculi. Zabijałeś, gdy trzeba, wykonałeś każdy rozkaz. Nie bez powodu uchodzę w rodzinie za twego mentora.

- Jeśli młody Abdel powróci z Bergamo cały i żywy, czcigodny Emmanuel doceni i wynagrodzi twe wysiłki. To ostatnia próba, Nathanie, a nagroda jest w zasięgu ręki. Masz szansę, by stać się jednym z nas, by związać się więzami krwi z Domem Sanguine. Na wsze czasy. Niewielu ludzi spoza Montpellier otrzymało tak zaszczytną propozycję.

- Łaskawość Ventriculi nie zna granic - odpowiedział Nathan Barthez przenosząc śmiertelnie poważne spojrzenie na wody portu - Czuję się zaszczycony.

Oto ostatni z grona naszych bohaterów, tajemniczy przybysz z wschodu zwący się Nathan Barthez (chociaż wielu Sanguine podejrzewa, że nie jest to jego prawdziwe imię i nazwisko). Od czterech lat służy swymi talentami rodzinie, wprowadzony do Domu Sanguine przez zaufanego doradcę patriarchy, Casimira Lavelle. Uważany za specjalistę od czarnej roboty, nie cieszy się popularnością, aczkolwiek członkowie rodu darzą go niechętnym respektem (i generalnie niewiele wiedzą o aktywnościach pojawiającego się i znikającego z siedziby rodu cudzoziemca).

 
8art jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 17-11-2019, 14:40   #6
 
Nanatar's Avatar
 
Siedziba rodu Sanguine, Montpellier

Emmanuel Geoffroy Sanguine, Ventricule Domu Sanguine od dwudziestu trzech lat, lubił przyjmować gości w zacienionej sali audiencyjnej na najwyższym piętrze okazałego rodowego gmachu. Złośliwe języki rozsiewały po Montpellier plotki, że bezwzględny przywódca rodu zapadł na przewlekłą chorobę, że jął żywić niezrozumiałą awersję do słonecznego światła i odwrócił się od tętniącego życiem świata dworskich intryg, ale członkowie rodziny nie dawali tym oszczerstwom wiary. Umysł patriarchy pozostawał ostry niczym brzytwa, zdolny do układania skomplikowanych planów i przewidywania wszystkich posunięć politycznych rywali, a drobne dziwactwa wynikające z podeszłego wieku w niczym nie umniejszały jego autorytetu.

Ci, którzy na salonach Montpellier pozwalali sobie żartować ze skalanej rzekomą chorobą krwi Sanguine, winni byli starannie baczyć na swe plecy, na cienie w bocznych alejkach i dziwne punkty zapisane drobnym druczkiem w kupieckich kontraktach. Emmanuel Geoffroy Sanguine przez wiele lat budował reputację niezwykle groźnego i pozbawionego skrupułów gracza w świecie Sanglier. Jako doświadczony oficer Sangów, patriarcha miał za sobą wiele lat spędzonych na wojnie przeciwko marionetkom feromanserów, a okrucieństwo tych zmagań tylko wyostrzyło jego wojownicze instynkty.

Leon Thibaut Sanguine bardzo rzadko bywał w sali audiencyjnej rodu, zazwyczaj jedynie podczas rodzinnych przyjęć dla najbliższych członków rodu. Od zawsze żywił wobec swego stryja trwożny lęk, mieszaninę podziwu dla legendarnego wojskowego stratega i zgrozy na samo wspomnienie jego surowości. Kiedy w '74 owładnięte szaleństwem hordy Murnakira utopiły w krwi i bagiennym błocie ekspedycję Wachsmanna i Lacroix, kiedy Szpitalnicy cofnęli się na obrzeża delty nie potrafiąc zatrzymać chmar ludzkich i owadzich symbiontów, a anabaptyści stracili serce do dalszej ofensywy na matecznik plagi Demiurga, to właśnie szaleńczo odważni generałowie Sanglierów uratowali wycofujące się z mokradeł Rhone niedobitki i ochronili uciekających do Aquitane Kronikarzy przed gniewem porzuconych na pastwę Murnakira Franków. Sam Leon był wówczas nie rozumiejącym niczego niemowlęciem, ale nauczyciele rodziny nie omieszkali mu w odpowiednim czasie wpoić poczucia wierności, podziwu i oddania wobec czcigodnego Ventricule.

- Wasza miłość - młody wynalazca skłonił się przed siedzącym na masywnym tronie patriarchą, po czym pocałował zdobiący prawicę Emmanuela rodowy sygnet - Stawiam się na wezwanie.

- Doceniam twą punktualność, drogi Leonie - starczy głos Ventricule wciąż skrywał w sobie zgrzytliwą nutę wysuwanego z pochwy ostrza - Jak się miewa twoja piękna żona? Ile pozostało do rozwiązania? Dwa miesiące?

- Dwa miesiące, wasza miłość - odpowiedział Leon wiedząc doskonale, że pytanie było retoryczne i stanowiło jedynie element powitalnej etykiety - Loretta czuje się bardzo dobrze, chociaż zaczynają jej dokuczać upały. Prawdę mówiąc, żałuję, że nie będę mógł towarzyszyć jej przy porodzie.

Ledwie wypowiedział te słowa, siostrzeniec patriarchy oblał się lodowatym potem uświadamiając sobie, że wyjawionym w taki sposób wyrzutem ośmielił się uskarżać na polecenie głowy rodu. Oczy Ventricule ukryte były w głębokim mroku zacienionej komnaty, ale Leon nie mógł się oprzeć wrażenie, że stryj dosłownie przeszywa go lodowatym wzrokiem.

- Ogromnie doceniam twe poświęcenie, Leonie - jeśli nawet Emmanuel Geoffroy Sanguine odczuwał irytację, w jego głosie pobrzmiewała jedynie wystudiowana uprzejmość - Gdyby to była misja pośledniejszej wagi, rozważyłbym kandydaturę kogoś innego. Zwróciłem się do ciebie, albowiem jako syna swej siostry darzę cię wielkim zaufaniem.

Niejeden członek rodu Sanguine gotów byłby zabić, by tylko usłyszeć podobną pochwałę z ust głowy rodziny, ale wynalazca poczuł jedynie lodowaty dreszcz strachu.

- Mój pierworodny syn obdarzony jest licznymi talentami - ciągnął dalej Ventricule, a w jego głosie pojawiła się nieco sardoniczna nuta stojąca w sprzeczności z komplementami pod adresem Abdela - Jednocześnie jego ekstrawagancje sprawiają, że podejmuje czasami nierozważne decyzje. Nieprzemyślane. Mogące w niezamierzony sposób komplikować interesy rodziny. Wyjeżdżając do Purgare będzie potrzebował zaufanego doradcy, człowieka obdarzonego trzeźwym ścisłym umysłem.

- Wasza miłość... ja dziękuję - wyjąkał zmieszany Leon - To zaszczyt.

- Ależ nie, Leonie, to ja ci dziękuję - Emmanuel Geoffroy Sanguine przechylił się w przód i migotliwe światło zawieszonych na ścianach świeczników padło w końcu na jego pomarszczoną szczupłą twarz, na drapieżnie zarysowany nos i wąskie bezkrwiste wargi - Twoja pomoc wiele dla mnie znaczy. Pragnę cię też zapewnić, że otoczę skrupulatną opieką twoją piękną żonę i jej nienarodzone dziecko. Będę ci to winien, wszak ty zatroszczysz się w tym czasie o mojego syna. Im mniej będę się musiał martwić o niego, tym więcej czasu będę mógł poświęcić dla Loretty.

- Dziękuję, wasza miłość - Leon starał się z całej siły, by jego głosu nie skaziła drżąca nuta, w czym nie pomagał targany niewidzialnymi szczypcami żołądek - To wręcz nadmiar troskliwości.

- Przysługa za przysługę, drogi siostrzeńcu - Ventricule powrócił do swej poprzedniej pozycji, skrywając oblicze w wypełniającym salę mroku - Twój czas jest cenny, nie chcę ci go zabierać. Idź do żony, spędź z nią jak najwięcej chwil. Wyruszysz w drogę za dwa dni.

- Dziękuję za łaskę i zaufanie, wasza miłość - Leon Thibaut Sanguine ucałował ponownie sygnet patriarchy, czując w duchu irracjonalne wrażenie, że dotyka zbielałymi ustami głowy jadowitego węża - Uczynię wszystko, co w mej mocy, by uchronić Abdela przed... głupstwami.

- Wiem, że uczynisz - w półmroku rozległ się zimny głos Ventricule - Jestem pewien, że uczynisz.



Cytat:
Leon Thibaut Sanguine, pasjonat wynalazków, pradawnych technologii i energii elektrycznej! Kuzyn potomków Ventricule i trzeci z szlacheckiego tercetu w tej przygodzie.
 
Nanatar jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 17-11-2019, 14:56   #7
Dział Postapokalipsa
 
Ketharian's Avatar
 
Siedziba rodu Sanguine, Montpellier

- Jak to, wyjeżdżasz do Purgare? - słodki niczym roztopiony miód głos Loretty w jednej chwili osiągnął temperaturę charakterystyczną dla wiecznej zmarzliny. Oparty o krawędź montażowego stołu Leon skrzywił się w duchu, chociaż na jego twarzy wciąż królował przywołany naprędce uśmiech.

- Tylko na kilka tygodni - skłamał spoglądając w wielkie lawendowe oczy żony - Będę towarzyszył Abdelowi w misji dyplomatycznej w Bergamo. To wielkie wyróżnienie i...

Podtrzymując rękami ogromny brzuch, ciężarna szlachcianka zadarła w górę głowę, hardo demonstrując uniesionym podbródkiem swój sprzeciw.

-Dopiero co wróciłeś do domu - oznajmiła pełnym żalu głosem - Przez dwa tygodnie włóczyłeś się po bagnach. Wiecznie nie ma cię w domu, ciągle tylko sama siedzę!

- Przecież masz przy sobie kuzynki - Leon pojął jak nietrafiony był jego argument, kiedy w oczach żony zapłonęły iskry nieposkromionego gniewu.

- Jak możesz mi to robić?! - po zaróżowionych policzkach Loretty popłynęły szczere łzy - Ty mnie już nie kochasz! Nie chcesz ze mną być, tak? Jestem dla ciebie za gruba?!

Nie czekając na odpowiedź skonsternowanego męża szlachcianka wypadła z urządzonego na półpiętrze warsztatu, omal nie rozdeptując kręcącego się w progu perskiego kota.

- Szlag by trafił te baby! - sarknął rozsierdzony wynalazca, po czym obejrzał się żwawo ku drzwiom w obawie, że żona usłyszała jego komentarz.

Nie usłyszała.

Bijąc się w myślach z wyrzutami sumienia, Leon Thibaut Sanguine postał przez dłuższą chwilę nad stołem. Uświadomiwszy sobie, że spędzi kolejną noc na sofie w salonie, westchnął ciężko, a potem pochylił się nad częściowo rozkręconym karabinem.

Była to wyjątkowo zadbana broń myśliwska, o długiej lufie i czułym mechanizmie spustowym. Leon odziedziczył ją po świętej pamięci ojcze, oficerze Sangów poległym w '81 w niekończącej się wojnie z dronami feromanserów. Uważany za pamiątkę rodową, karabin przez długi czas wisiał na ścianie w jadalni wynalazcy, teraz jednak - w obliczu nieuniknionej wyprawy za Apeniny - odzyskał swe praktyczne zastosowanie.

Leon obejrzał raz jeszcze odkręconą od broni metalową kolbę, na której bystre oczy wciąż mogły odczytać zatarty niemal bezpowrotnie cudzoziemski napis "Arsenal Firearms". Wprawnie posługując się narzędziami przymocował w jej miejscu nową kolbę, wykonaną z dębowego drewna, pięknie wyprofilowaną pod ramię wynalazcy i opatrzoną wyżarzonym w drewnie napisem "sang béni".

Młody Sanguine gorąco pragnął wierzyć w to, że nie będzie musiał w trakcie wyprawy sięgnąć po oręż, ale będąc człowiekiem przezornym z natury, wolał zadbać zawczasu o swój ekwipunek.



Postanowiłem wykorzystać umiejętności profesyjne Leona, by zaprezentować Nanatarowi zasady tworzenia bądź modyfikowania przedmiotów. Każdy scrapper jest z natury wynalazcą i konstruktorem, z oddającymi to zasadami wpisanymi w mechanikę roli złomiarza.

Po pierwsze, trzeba posiadać odpowiednie materiały (dla potrzeb tej modyfikacji zapewnione gratis przez Mistrza Gry). Karabin myśliwski ma poziom technologiczny IV, co wymaga testu INT+Engineering na PT 4 (Tech level przedmiotu + ilość zajętych slotów, w tym przypadku to pierwszy slot modyfikacji). Leon posiada INT 3 oraz Engineering 3, co daje mu prawo do rzutu sześcioma kostkami, ale to nie wszystko. Nanatar wybrał podczas tworzenia postaci koncept "Kreator", a to zapewnia mu raz dziennie czasu gry premię +2 kostek do współgrającego z konceptem testu. Wykorzystam tę zasadę i rzucę ośmioma kostkami, na których muszę uzyskać co najmniej cztery sukcesy.

Wyniki rzutu 8k6: 6, 3, 5, 5, 1, 6, 1, 2. Cztery sukcesy, w tym dwa triggery. W tym konkretnym rodzaju testu triggery redukują ilość potrzebnych do modyfikacji surowców.

Udana modyfikacja zapewnia właścicielowi broni premię +1 kostki do testu strzelania dzięki idealnie wyprofilowanej pod Leona kolbie. Tak więc mając AG 4 i Projectiles 2 Leon strzela w teście ataku sześcioma kostkami, ale używając tego konkretnego karabinu rzuca ich siedem, a nie sześć!


 
Ketharian jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 17-11-2019, 15:00   #8
 
Kargan's Avatar
 
Siedziba rodu Sanguine, Montpellier

Angeline Léa Sanguine pokonała kamienne korytarze swego skrzydła rezydencji z godnością przynależną córce głowy rodu. Opanowana i wyniosła, ignorowała wzrokiem mijającą ją służbę, bez wyjątku składającą się z bardzo dalekich krewnych. Szlachetnie bladoskóra, o dumnej postawie i dystyngowanym kroku, weszła do swego apartamentu, zamknęła starannie dwuskrzydłowe drzwi i pozwoliła dać upust swym emocjom.

Kopnięty z całej siły drewniany stolik, zrobiony na zamówienie z cennego drewna i polakierowany na rubinową barwę, przeleciał przez cały pokój i grzmotnął w ścianę zrzucając z niej niejako przy okazji olejny obraz przedstawiający tragicznie zmarłego wuja Phillipa.

- Małżonka króla morsów! - wycedziła przez zęby Angeline Léa, potrząsając zaciśniętymi pięściami i tocząc wokół siebie wściekłym wzrokiem. Kręcący się po otwartym balkonie perski kot, zapewne należący do brzemiennej żony kuzyna Leona Thibauta, wyczuł bezbłędnie morderczą furię kobiety, bo wydawszy z siebie przelotne miauknięcie natychmiast czmychnął po grubych pędach winorośli do położonego piętro niżej mieszkania ekscentrycznego wynalazcy.

- Rozpłodowa klacz jakiegoś wytapiacza tranu! Władczyni zapyziałego Brestu! Spaskudzona krew!

Pokonawszy kilkoma krokami pokój, szlachcianka otworzyła jedną z szuflad bogato zdobionej komody, wyciągnęła z niej drewniane pudełko i otworzyła ja zbielałymi palcami. Znajomy dotyk rękojeści pistoletu zazwyczaj łagodził jej emocje, ale tym razem nawet pieszczota profilowanych okładek Camarde nie przyniosła kobiecie ukojenia.

Przymykając oczy złożyła się kilkakrotnie do strzału, mierząc to w stronę balkonu, to przejścia do sypialni. Ćwiczenia te uświadomiły jej jak bardzo tęskniła za krótkim okresem wymuszonej na ojcu praktyki w szeregach Sangów. Tęskniła za służbą nie tylko z powodu wyzwań żołnierskiej profesji, ale i przyjemności czerpanej ze zgorszenia oficerów nie podzielających opinii Emmanuela o tym, że szlachetnie urodzone kobiety z Montpellier mogły uczyć się wojskowego rzemiosła.

- Przechrzczona anabaptystka! - syknęła celując do przekrzywionego portretu wuja Phillipa i wyobrażając sobie, że to nie zmarły Ventricule, tylko jakiś nawiedzony misjonarz kultu Złamanego Krzyża - Jak on mógł mi coś takiego zrobić!

Zewnętrzne drzwi apartamentu skrzypnęły ledwie słyszalnie. Poruszając się niczym polujący kot, Angeline Léa wymierzyła pistolet w tamtą stronę.

Pucołowata wielkooka Ariele Honorine upuściła z wrażenia posrebrzaną tacę, na której niosła zestaw szklanek i dzban malinowej herbaty. I rzecz jasna narobiła przy tym huku większego od wystrzału z nienabitej na szczęście broni szlachcianki.

Pogodna i wesoła na co dzień pokojówka, kolejna z rzeszy dalekich kuzynek Angeline Léi, potrzebowała sekundy, by zalać się łzami.

- Głupia gęś! - córka Ventricule wrzasnęła i tupnęła jednocześnie, opuszczając pistolet lufą ku podłodze.

Ariele Honorine wybuchnęła na te słowa jeszcze większym szlochem, uciekła z apartamentu zapominając w jednej chwili o rozbitych naczyniach i rozlanej herbacie.

Angeline Léa westchnęła ciężko, przycisnęła do skroni lewą ręki i wzięła głęboki oddech próbując zapanować nad targającymi nią emocjami.


Wzmiankowany Camarde to samoczynny pistolet 10mm zrobiony na zamówienie w Tulonie, drogi prezent od jakiegoś adoratora, którego imię Angeline Léa już zdążyła zapomnieć. Szlachcianka ma do niego zapas również ręcznie wyrabianej amunicji w postaci trzydziestu zapakowanych w eleganckie drewniane pudełko naboi.
 
Kargan jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 17-11-2019, 15:44   #9
 
Surelion's Avatar
 
Jedna z willi w dzielnicy władców Montpellier

Abdel Snguine stał w rozchełstanej koszuli i lekko potarganym ubraniu. Nie był w formie po ekscesach ostatniej nocy. A właściwie kilku ostatnich nocy. Lista rzeczy które pochłoną, wypił i wciągnął nosem była nader imponująca. Kiedy tylko ogarnął się nieco po przebudzeniu, czyli koło południa, postanowił pożegnać się jak należy ze swoją najlepszą przyjaciółką. Służba została odprawiona by rozmowa mogła przebiegać swobodnie.

- ....No i właśnie się skończyło. Wszystko. Moje życie. Dobry Czas. Wszystko. Jest tragedia Rene... - powiedział z żalem Abdel stojąc ze szklaneczką czegoś mocniejszego pośrodku: bukietów kwiatów, porozrzucanych białych sukni i całego tego majdanu, który świadczył o niezmiernie intensywnych przygotowaniach do ślubu.

- Nie dramatyzuj mi tu... - rzuciła zajęta oglądaniem ślubnego stroju jaki miała na sobie w kilku szerokich lustrach rozstawionych dookoła niej. - Wiadomo było, od początku że Dobry Czas się dla ciebie kiedyś skończy.

- No tak, tak ale... mój boże, czemu tak brutalnie. Czy oni się na nas uwzięli? Ostatnio Max trafił na front. Nasz mały Max. Wytrzymał tam ile? Może ze dwa miesiące, nim ciało zgniło mu od choroby. Mówili, że sam się zapisał ale Rene oboje wiemy dobrze, że to nie prawda. Widziałem go przed wyjazdem i w oczach miał strach. Z całej dobrej kompanii została nas raptem... czwórka. No i jeszcze ten cały twój ślub... dlaczego nie możemy robić tego co chcemy, tylko to co nam każą... to wszystko takie przykre. - popatrzył na nią zasmucony i nadal nieco rozżalony. Wiedział, że decyzja o zamążpójściu nie była jej.

Jej strój był wprawdzie już niemal kompletny i próba generalna niemal miała się ku końcowi. Była już tylko przed wyborem butów. Kilka sztuk stało przed nią w rządku, a ona po chwili wahania wsunęła stópkę w jeden z błyszczących bucików. Uniosła brwi pytająco spoglądając na Abdela.


- Mój boże, przepraszam cię Rene.- Powiedział a jego twarz się rozpogodziła. - Jesteś przed tak cudowną chwilą, a ja, ja ciebie tu zamęczam jakimiś głupotami. Oczywiście, że zdecydowanie te. Świetny wybór, wprost idealnie podkreślają ci idealnie całą linię nogi. Całość jest czystsza nad biel i stanowi wprost uroczy komplet, a ten twój przyszły mąż oszaleje jak cię tylko ujrzy madame. - Uśmiechnął się ciepło.

- Słodziak z ciebie...

- A w ogóle to go już widziałaś? - zapytał zaglądając do swojej szklaneczki. - Podobno wszyscy frontowcy są tacy sami. Barczyści, wytrzymali i mają włochate klaty. Moja siostra jest Sangiem.

Zachichotali oboje uznając ten jakże przedni żart.

Abdel upił większy łyk. Przez chwilę myślał o Rene de Chantres. Potomkini jednego z siedemnastu rodów Sanglier. Nie mniej sławetnego bynajmniej jak jego ród Sanglier. Niestety nie mogła związać się z tym kogo kochała. Raz, że on był zwykłym Sangiem a ona damą wysokiego rodu, a dwa że nie dalej jak dwa trzy miesiące temu poległ na bagnach. Zapewne dostał kulę w łeb od swoich, na ciche polecenie ojca Rene. Abdel był jednak na tyle przytomny by nie dzielić się swoimi przemyśleniami z przyjaciółką. Choć ta błyskotliwa dziewczyna zapewne sama już na to dawno odgdła.

- Rene... jutro wyjeżdżam. - powiedział ciężkim głosem - Bardzo mi przykro, że nie będę na twoich zaślubinach kochana. Pozwól, zatem że chociaż ucałuję twą dłoń na pożegnanie, jak nakazuje obyczaj.

Rene nie odezwała się stojąc pochylona przy lustrze, skoncentrowana na poprawianiu jakichś ledwo widocznych mankamentów w makijażu. Nie zwróciła zbytniej uwagi kiedy podszedł i musnął ustami jej delikatne palce.

- Jako, że nie wrócę przez dłuższy bliżej nie określony czas, mam nadzieję że nie będziesz miała za złe jeśli dam ci prezent ślubny już teraz. - Mówiąc to popchnął ją delikatnie w kierunku lustra, tak by nieco mocniej się pochyliła. Jego palce powędrowały po nogach delikatnie podciągnęły w górę śnieżnobiałą suknię ślubną. Uniesiona suknia odsłoniła białe jedwabne pończoszki i takąż koronkową bieliznę, która szybko została zsunięta do połowy jej zgrabnych ud.

- Również proszę byś przekazała od mnie wyrazy, najgłębszego uszanowania, twemu przyszłemu małżonkowi. Otrzymał bowiem od losu prawdziwą cudnie białą perłę.

Nie przestała się malować kiedy w nią wszedł.

 
__________________
"Gdy chcesz opisać prawdę, elegancję pozostaw krawcom. " A. Einstein
Surelion jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 17-11-2019, 17:03   #10
Dział Postapokalipsa
 
Ketharian's Avatar
 
Siedziba rodu Sanguine, Montpellier

Emmanuel Geoffroy Sanguine siedział w miękkim fotelu opodal trzaskającego płomieniami kominka, obserwując taniec ognia poprzez wypełniający po brzegi szklankę koniak. Wnętrze jego urządzonego ze smakiem gabinetu wypełniał mrok zmierzchu, odganiany blaskiem ognia. Za dnia szczelnie zamknięte, teraz okna apartamentu patriarchy pozostawały otwarte wpuszczając do środka świeże chłodne powietrze. Chroniące je moskitiery były tak delikatne i cienkie, że wręcz nie sposób je było zauważyć, ale tkwiły we wszystkich okiennicach.

Za dnia wartownicy na murach miasta bez trudu zauważyliby nadciągający z północy rój, ale w ciemnościach nocy lepiej było unikać zbędnego ryzyka, zwłaszcza w przypadku tak znaczącej persony.

- Szybko wróciłeś - powiedział Ventricule przenosząc spojrzenie na osobę siedzącą w sąsiednim fotelu - Spodziewałem się ciebie dopiero jutro rano.

- Anabelle to szybka łódź - odparł Casimir Lavelle - I ma doskonałą załogę. Ponadto sprawy w Tulonie zajęły mi mniej czasu niż sądziłem. Barthez to zawodowiec, nie potrzebował mojej pomocy w zorganizowaniu ekspedycji.

- Gdybym nie zapytał o to już tuzin razy, pewnie musiałbyś teraz zapewnić mnie o swej pewności co do jego wyboru - patriarcha podniósł szklankę do wąskich ust, zamoczył wargi na przelotną chwilę w doskonałym trunku.

- Przez ostatnie cztery lata nie dał nam najmniejszego powodu do niezadowolenia - Lavelle skrzywił nieznacznie usta, wyraźnie nie do końca zadowolony z wyrażanych wielokrotnie wątpliwości swego pryncypała - Zmieńmy lepiej temat, albowiem mam dla ciebie interesujące wieści. Płynąc tu wyprzedziłem w delcie inny statek, wolniejszy od Annabelle, ale dużo większy. Przecieki z Bastionu okazały się prawdą.

Ventricule przechylił się do przodu w fotelu, spojrzał na doradcę z zainteresowaniem, które na co dzień potrafił dobrze skrywać.

- Anubianie? - zapytał opuszczając trzymającą szklankę dłoń na podłokietnik fotela - Przyjęli zaproszenie registariuszki? Jak duża delegacja?

- Nie sądzisz chyba, że pozwolili nam wejść na pokład? - odparł Lavelle - Ale to ewidentnie duża grupa, świadczy o tym liczebność eskorty. Motorówka harapów zmusiła nas do utrzymania bezpiecznej odległości od statku. Jeśli weźmiesz pod uwagę całe to zamieszanie w biurze Naridy w ostatnich dniach, układanka właśnie się dopasowała.

- Piquetowie nie poinformowali reszty Domów o oficjalnej wizycie. Albo zamierzają to zrobić w ostatniej chwili, by zyskać okazję do wysłania zaproszeń dość późno, by nie wszyscy patriarchowie zdążyli wziąć udział w ceremonii... albo sami o tym nie wiedzą. Dołożysz starań, żebym był na liście gości, Casimirze.

- Jak sobie życzysz, przyjacielu - kiwnął głową zausznik - Chcesz przesunąć termin wyjazdu Abdela, by ten również wziął udział w powitaniu Anubian?

- Nie - padła zdecydowana odpowiedź - Zbyt często w towarzystwie naszych czarnoskórych sojuszników strzelają mu do głowy pomysły, od których tracę rozum. Zresztą przygotowania już poszły zbyt daleko, by teraz odwoływać podróż. Koniec końców, niech wie, że nie jest jeszcze dość ważny, aby u mego boku powitać tak znaczących gości w Bastionie.

- Jest już gotowy do drogi?

- Jego świta jest gotowa - odparł z przekąsem Emmanuel - Młody głupiec myśli, że ukryje przede mną swoje wybryki. Był dzisiaj u Rene de Chantres, ani chybi po to, aby gzić się z nią w przededniu jej ślubu z Timonem Gauthierem.

- Nie zamierzasz nic z tym zrobić? - Casimir Lavelle uniósł pytająco brwi, przechylił się w bok przyjmując wygodniejszą pozycję w fotelu.

- Nie, przynajmniej nie teraz - odpowiedział z chłodnym uśmiechem Ventricule - Niechaj zazna odrobiny przyjemności przed wyzwaniami wyprawy. Czekają go ciężkie chwile. Co więcej, jeśli przypadkiem zapłodni tę dziwkę de Chantres, czysta krew Sanguine wejdzie do rodu Gauthierów wcześniej niż ktokolwiek by się spodziewał. Dolej mi koniaku i opowiedz jak się mają sprawy w Banku Komercyjnym.


Scenka z gabinetu patriarchy, wieczór przed wyruszeniem ekspedycji z Montpellier...
 
Ketharian jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Odpowiedz



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 15:06.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2021, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168