Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Postapokalipsa
Zarejestruj się Użytkownicy Oznacz fora jako przeczytane

Sesje RPG - Postapokalipsa Świat umarł. Pogodzisz się z tym? Położysz się i umrzesz przygnieciony megatonami, które spustoszyły Twój świat, zabiły rodzinę, przyjaciół, a nawet ukochanego psa? Czy weźmiesz spluwę i strzelisz sobie w łeb bo nie dostrzegasz nadziei? A może będziesz walczyć? Wstaniesz i spojrzysz na wschodzące słońce po to, by stwierdzić, że póki życie - póty nadzieja. I będziesz walczył. O przyszłość. O jutro. O nadzieję... Wybór należy do Ciebie.


Odpowiedz
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 19-12-2020, 21:13   #1
 
Buka's Avatar
 
[D20 modern] Apokalipsa (+21)

"Wszystkie postacie w tej sesji mają 18 lat
lub więcej, nawet jeśli stwierdzono inaczej. Sesja
ta nie odzwierciedla pragnień ani marzeń MG,
i nie powinna być przez nikogo traktowana
poważnie, a najlepiej... w ogóle nie czytana :P"








Woodbury (Tennessee)

Miasteczko oddalone o niecałe 100 kilometrów od Nashville, już w “dawnych czasach”, było niezłą dziurą, w której nie działo się nic szczególnego. Ot panujące tu farmerskie klimaty, pipidówa jakich wiele, i w szczytowych okresach czasu, tylko niecałe 3000 mieszkańców.

Gdy nastał koniec znanej wszystkim cywilizacji, nie zmieniło się ogólnie zbyt wiele. Miasteczko nieco opustoszało, wielu uciekło “w świat”, niektórym się umarło z różnych powodów, żadne bomby jednak nie spadły, wielkich zniszczeń, radiacji, czy i odwiedzin skrzydlatych stworów nie było. Okoliczna ludność, której populacja spadła do niecałego 500, jako tako sobie żyła, i w sumie tyle…


No dobra, Woodbury posiadało kilka - w miarę interesujących - rzeczy, o których wypadało wspomnieć:

Pierwszą taką informacją, było posiadanie najprawdziwszego doktora, który nadal wykonywał swe powołanie w rozpadającej się praktyce. Doktor Flynn był jednak już starym capem, grubo po sześćdziesiątce, zaczynały telepać się jemu łapy(chyba i częściowo przez chlanie), wzrok też już nie ten, i ogólnie, owy Flynn powoli… “się kończył”. Z tego też powodu, z wieeeelką radością przyjął na praktyki(i do własnego domu) niejaką Orianę, która zjawiła się pewnego razu w Woodbury, i pokazała, iż zna się na tym i owym, mimo wielce młodego wieku. A wraz z biegiem czasu, okazało się, iż zna się na medycynie równie dobrze, co sam doktorek, i często wprost to ona przejmowała wszystko związane z pomocą medyczną dla miejscowych w imieniu Flynna.

A doktorkowi to pasowało, by wyręczać się Orianą, i zgarniać zapłatę za jej pracę, oraz pochwały za wiedzę, którą dziewczyna od niego niby otrzymywała. Ona sama z kolei jakoś to jeszcze znosiła, choć z coraz większym trudem. A do tego dochodził również fakt, iż Flynn lubił sobie na nią popatrzeć. Tak po prostu, gapić się na nią, na jej ciało, wprost pożerać ją wzrokiem… ale mało kiedy stary wdowiec pozwolił sobie na coś więcej niż “przypadkowy”, krótki dotyk. Był już za stary, i pewnie mu nie stawał, więc co wielce miałby próbować… no jasne, że były również prochy, które mogą w tym pomóc, ale z drugiej strony, tego z kolei mogło nie wytrzymać serce starego capa… a może po prostu to mu wystarczało? A cholera tam wie.


Drugim interesującym zjawiskiem w Woodbury był warsztat samochodowy. Należał do Grubego Eda, ale wraz z biegiem lat, Ed nie potrafił już znieść ksywki jaka do niego przylgnęła, pewnego więc dnia, darł mordę na ten temat na głównym skrzyżowaniu tej pipidówy, do tego popierając swoje argumenty słowne waleniem z Magnum po budynkach i w powietrze, i od tamtego pamiętnego dnia nazwano go więc Dużym Edem… a warsztat się nieco rozrósł, a oczywiście koleją rzeczy, nie zajmowano się jedynie pojazdami(których było mało), lecz naprawiano, co tylko kto do naprawienia miał.

Wspólnikiem Gr… Dużego Eda, był z kolei niejaki Bob, potrafiący również oprócz w pełni zasługiwania nazwania “złotą rączką”, pędzić naprawdę niezły bimber, interes się więc kręcił… a kręcił się tak dobrze, iż obaj panowie mogli sobie nawet pozwolić na własnych pracowników. Tak oto, w Woodbury, znalazły sobie miejsce Klara i Cora.

Ta pierwsza, potrafiąca nieźle strzelać, nocami pilnowała warsztatu, pół dnia przesypiała, a kolejne pół… a to różnie, w zależności, co było do roboty. Cora z kolei również znała się na “śrubkowaniu”, i pomagała w czym się dało Edowi i Bobowi. Po pewnym czasie z kolei dało się zauważyć, iż obie kobiety łączyło coś więcej niż jedynie przyjaźń...



Złomowisko “Schowek” to z kolei siedziba miejscowego klanu McKenzie, którzy ponoć mają szkocką krew z dziada pradziada. Rodzina jest naprawdę duża, i jej trzy wspólnie tam mieszkające generacje to jakieś niemal 30 osób. Zajmują się oni z kolei wszystkim i niczym, lub jak to oni wielce się chwalą “u nas kupisz wszystko i sprzedasz wszystko”, choć to oczywiście gruba przesada… handlują jednak w miarę uczciwie, nie podkładają nikomu świń, i da się w sumie z nimi dogadać.


Wśród nich z kolei jest niejaki Lucas “Gładki”, który wyrobił sobie już całkiem niezłą opinię gościa od interesów. Załatwi co trzeba, sprzeda co trzeba, kupi co trzeba… informacje, przysługi, gadka-szmatka, i nieco cwaniactwa, ale wbrew pozorom, da się go lubić. I to on, już kilka razy, organizował robotę dla kilku swoich ziomali-od-przygód, nie przekładając interesów rodzinnych ponad właśnie znajomość.


W miasteczku zarządano w oparciu o Radę Starszych, a była nią właśnie grupka sześciu osób, mieszkająca tu od pokoleń… o porządek dbała z kolei samozwańcza milicja, która składała się z 20 zbrojnych, podlegających bezpośrednio Radzie. Owa milicja miała zaś wielu pomocników, i jednym z nich był właśnie James Bridger. Wszyscy oni wspólnie zajmowali się dbaniem o bezpieczeństwo zarówno w - jak i poza - Woodbury. Bandyci, mutanty, groźne zwierzęta… a często i wykonywali tak przyziemne zajęcia, jak upolowanie zjadliwej zwierzyny, w zamian za wikt i opierunek, no i oczywiście wytwarzaną amunicję. Robota jakich wiele w obecnych czasach, i w sumie nic niezwykłego...


***

Któregoś dnia, Bob zwołał wszystkich znajomków do warsztatu, mając z nimi niby do obgadania ważną sprawę… zjawili się więc o wyznaczonej godzinie wszyscy, zaciekawieni możliwością sporego zarobku, jak to im zdradził jedynie na początek mężczyzna.


- Heeeeeej J.B. !! - Przywitał się z Jamesem Bob, biorąc kumpla nawet w ramiona.
- Czeeeść mała - Mrugnął do Oriany mechanik.
- Witaj “Gładki” - Podali sobie z Lucasem dłonie, i tak dalej i tak dalej...

Gdy powitania już minęły, każdy wyraził nieco swoich “ochów i achów”, na fakt, iż Cora poruszała się o kulach z powodu banalnego skręcenia kostki u nogi, i każdy się rozsiadł wygodnie na czym było w hali warsztatu, mając i szklaneczkę domowej roboty procentów w dłoni, Bob od razu przeszedł do konkretów:

- Słuchajcie no, mam wam do opowiedzenia małą historyjkę, jaka mi się dzisiaj rano przytrafiła… pojechałem fordem z Giną(jego niby dziewczyna, ale bardziej raczej laska do numerków) do Manchester, drogą 53, w interesach no. I jak stamtąd wracaliśmy, to jak przejeżdżaliśmy mostem nad stanową autostradą 24, to zauważyłem… faceta człapiącego po niej na piechotę. No to mnie to kurde zaciekawiło, i postanowiłem sprawdzić o chuj chodzi - Bob się na chwilę uśmiechnął - Okazało się, że ten facet to tak naprawdę dziadek, i ledwie już lezie, i zmęczony w pytę, i w ogóle no… na wykończeniu, bo tam stary jest. Błagał o wodę, to mu kurde trochę dałem, w końcu skurwielem nie jestem. Nie wyglądał podejrzanie, to zaryzykowałem… Harold Carslon się nazywał, i był przed “Plagą” tym... no... inżynierem, i budował tam różne rzeczy po całych PSA. No i mi gadał, że wraca z północy do South Carolina, auto mu się spieprzyło, drogowe bandziory go goniły, postrzelili go nawet w plecy, drałuje już na piechotę 3 dni i takie tam… no i on serio był na wykończeniu, i nie chciał do żadnego lekarza, i zaczął przeklinać swoją rodzinę, że głupcy, że już prawie wszyscy umarli, że jego wnuczka to suka i takie tam, że się zadaje ze złymi ludźmi, i tyle zrozumiałem z tych bełkotów… no i Harold mi nagle gada, że wyglądamy z Giną na… jak on to nas nazwał… na “potrzciwych” ludzi, i że musi nam coś opowiedzieć - Bob zrobił przerwę i napił się, a wszelkie pytania, komentarze, i uniesione brwi zebranych, zbył machnięciem dłoni.

- No i dziadek mi gadał, że kiedyś pracował dla rządu, zanim się wszystko spieprzyło. I laaaata temu, zbudowali wielgachny, ogromny, tajny bunkier w Wyoming, i on stamtąd wraca! To miał być bunkier dla polityków i innych ważniaków, jakich pełno, zbudowany na wypadek wojny atomowej z ruskimi, chińczykami, czy tam wie cholera kto by nas wtedy owymi atomówkami zaatakował. Mógł pomieścić 200 osób, i zapewnić im przetrwanie przez 35 lat! Rozumiecie?? Przez 35 lat dla 200 osób, zdajecie sobie sprawy, ile tam może się znajdować sprzętu i żywności?? - Bob nagle zaczął mówić bardzo przejętym tonem - I Harold tam był, bunkier znalazł, wejście jest nietknięte, nadal zaryglowane, nikt tam nie wlazł ani przez ostatnie 18 lat, ani wcześniej, bo nikomu się nie udało na czas tam dotrzeć, gdy wszystko się spierdzieliło! Więc to może być nasza szansa życiowa, nasza możliwość ustawienia się naprawdę do końca życia! Uff… - Mężczyzna znowu się napił procentów.

- Harold nie żyje - Powiedział po chwili mechanik już nie tak podekscytowanym tonem - Leży za warsztatem, tam go położyliśmy, trzeba go jeszcze pochować… ledwie mi o wszystkim opowiedział, kilka minut później już wyciągnął kopyta. Chyba zdawał sobie sprawę, że jego godziny są policzone, i nie chciał, by ta informacja przepadła, wyśpiewał więc wszystko za litr wody, i w akcie desperacji. Dał mi też to… - Bob wyciągnął wymiętolony zeszyt - ...to są jego notatki na ten temat, i różne informacje, które nam się tam mogą przydać. Umierając, powiedział mi, że ma nadzieję, że to wszystko trafia w dobre ręce, heh… to co na to wszystko powiecie? Bo ja tam jadę! - Bob rozejrzał się po zebranych.







***

Komentarze jutro
 
__________________
"Nawet nie można umrzeć w spokoju..." - by Lechu xD

Ostatnio edytowane przez Buka : 19-12-2020 o 21:43.
Buka jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 20-12-2020, 23:01   #2
Administrator
 
Kerm's Avatar
 
Woodbury niewiele różniło się od Reliance, w której to mieścinie James spędził pierwsze lata swego życia. Prawdę ledwo odrósł od ziemi Reliance wydało mu się dziurą zabitą dechami, a teraz, gdy poznał kawałek świata, wrażenie nie uległo zmianie. A jeśli już, to na gorsze.
Woodbury było ciche i spokojne i, niestety (a dla niektórych - na szczęście) niewiele się tu działo.
Oczywiście nie było tak źle, by jedynym zajęciem było picie tego, co wytwarzała bimbrownia Boba. Od czasu do czasu pojawiał się jakiś niesforny przyjezdny, którego trzeba było utemperować, od czasu do czasu na okolicznych polach zaczynał grasować jakiś dziki zwierz lub jeszcze dzikszy zmutowany stwór, od czasu do czasu dało się spędzić parę miłych chwil z chętną panienką, od czasu do czasu można było siąść za kierownicą i popędzić w dal... w interesach.
Był dach nad głową, jedzenie, zapłata za dobrze wykonaną robotę. Czy trzeba było czegoś więcej?

* * *


W wyniku różnych zajść liczba mieszkańców Woodbury znacznie się zmniejszyła i każdy, kto chciałby się w miasteczku zatrzymać na dłużej mógłby zająć jeden z wielu opuszczonych domów.
James wybrał inną możliwość, chociaż można było rzec, iż to wspomniana możliwość wybrała jego.


Evelyn Anderson, nauczycielka i przedszkolanka była wdową od ponad roku, a jej mąż, William, stracił życie gdy po pijaku wlazł na dach by przeczyścić zatkany komin i znalazł się na ziemi znacznie szybciej, niż wlazł na górę.
Po śmierci męża Evelyn dorabiała wieczorami jako kelnerka, a dodatkowy lokator, który mógł zapłacić za wikt i opierunek, tudzież pomóc w pewnych naprawach, był dla niej prawdziwym darem niebios.
Dość szybko okazało się, że nie tylko dom potrzebował męskiej ręki. I nie tylko ręki.
Jako że Evelyn pełna była chętnie okazywanego zapału, a James lubił kobiety, więc spędzali razem wiele przyjemnych chwil.

Świętej pamięci William pozostawił po sobie dwójkę dzieci. Olivia i Liam, którzy początkowo średnio przychylnym okiem spoglądali na kręcącego się po domu "obcego", który (przed dziećmi nic się nie ukryje) niejedną noc spędził w sypialni ich matki, po jakimś czasie "oswoili się" z Jamesem. Co prawda ten za dziećmi jako takimi nie przepadał, ale ogólnie stosunki między tą trójką można było określić jako poprawne.

* * *


Ranek zaczął się ciekawie, choć z pewnego punktu widzenia mało przyjemnie. Bo kto lubi być wyciągany skoro świt z ciepłego łóżka, odciągany od gorącej kobitki? Nawet jeśli powodem była pokaźnych rozmiarów bestia, którą ujrzał kierowca jadącego od Nashville samochodu.
Samochód od bestii był szybszy, ale nie można było pozwolić, by coś wielkiego i dzikiego włóczyło się po okolicy. A w końcu Jamesowi (i nie tylko jemu) płacono za to, by takie przypadki się nie zdarzały, lub były szybko eliminowane. Przymnażanie liczby wdów i sierot było w Woodbury niemile widziane. I szybko tępione.
Służba nie drużba, więc po paru chwilach James był już na dworze, witany przyjacielskimi docinkami milicjantów, którzy (podobnie jak 95% mieszkańców miasteczka) wiedzieli, jakie stosunki łączą Evelyn i Jamesa.

* * *


Bestia co prawda do inteligentnych nie należała, ale odznaczała się pokaźną siłą, wagą i wyjątkową odpornością na kule. I, zapewne, miała bardzo mały rozumek, bo nawet posiekana pociskami nie potrafiła pojąć, że pora położyć się i zdechnąć.
A ozdobiony pokaźnymi zębiskami łeb, który od tej pory miał stanowić ozdobę ratusza, będącego siedzibą milicji, trzeba było odpiłować.

* * *


Wojacy wracający ze zwycięskiej wojenki powinni być witani przez kobiety, czekające na nich z szeroko rozłożonymi... ramionami.
James co prawda zdołał się przywitać z Evelyn, ale potem został zaciągnięty do ratusza "na kufelek", bo przecież trzeba było odpowiednio uczcić zwycięstwo nad bestią.
Piękna musiała poczekać.

* * *

Wzniesiono parę toastów, wypito niejeden 'beztoastowy' kufelek i wreszcie zmęczone towarzystwo zaczęło się rozchodzić.
James również nie zamierzał siedzieć bez końca. Nie do końca przespana noc i długie godziny uganiania się za bestią powoli zaczynały dawać o sobie znać. Warto było wrócić do domu, ogarnąć się nieco, odpocząć przed kolejną nocą.
- Do zobaczenia! - rzucił i wyszedł, żegnany paroma pomrukami i skinieniami głowy.

W domu czekała go niespodzianka. I nie były to gorące uściski Evelyn, tylko kartka od Boba.
Jeśli wrócisz cało, to przyjdź do warsztatu o 4 po południu.

* * *

Towarzystwo zebrane w warsztacie Dużego Eda było Jamesowi bardzo, ale to bardzo dobrze znane, jako że spędzili razem niejedną godzinę... i chociaż nie zjedli razem beczki soli, to z pewnością (jak by dobrze policzyć) wypili dobry antałek bimbru.
Ale opowiedziana przez Boba historia w pierwszej chwili kazała się zastanowić, czy opowiadający nie nadużył przypadkiem własnych wyrobów.
Ale nie... przynajmniej James miał wrażenie, że jego przyjaciel jest trzeźwy jak niemowlę.
- Cholernie daleko - mruknął, usiłując przypomnieć sobie mapę.
- Może to bajka - powiedział po chwili namysłu - ale jadę z tobą. Gdybym nie pojechał, to pewnie do końca życia bym sobie pluł w brodę.
- Kiedy wyruszamy? - spytał.
 
Kerm jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 22-12-2020, 16:54   #3
 
Sorat's Avatar
 
[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=44cKWki9iPc[/MEDIA]

Szczęście jest pojęciem względnym. Wszyscy pragną szczęścia i bardzo o nie zabiegają, lecz gdy już się pojawi, wtedy rozglądają się trwożnie za rachunkiem, jaki przyjdzie im zapłacić. Zawsze istniała cena, czasem jawna, podana na tacy i widoczna. Czasem skrywała się głęboko w cieniu, wypływając dopiero po czasie przez co odnosiło się wrażenie, że radość otrzymanych chwil została wzięta na kredyt.
Tego poranka wstając z łóżka Oriana nie umiała się pozbyć odczucia fatum wiszącego nad karkiem. Zwykle potrafiła w miarę bez problemu zwalczyć nieprzyjemne wrażenie, spychając je w najdalsze zakamarki mózgu pracą, albo jeszcze większą ilością pracy, lecz dziś chyba po prostu miała doła. Podnosząc się z miękkiego materaca raz po raz powtarzała sobie, że to nie dobrobyt czyni człowieka szczęśliwym, lecz dobroć i sposób widzenia własnego życia. I jedno, i drugie zawsze zależy od tylko od niej: człowiek zawsze może być szczęśliwy, jeśli tylko tego zechce, i nikt nie jest w stanie mu przeszkodzić.

Pokój na poddaszu, który okupowała w domu doktora Flynna nie należał do dużych, ani przesadnie komfortowych. Miał może cztery metry kwadratowe zajmowane w większości przez trzeszczące łóżko stojące pod oknem i ciężką szafę zaraz obok drzwi. Pochyły sufit utrudniałby poruszanie komuś wysokiemu, ale ona nigdy nie grzeszyła wzrostem, więc przynajmniej nie musiała chodzić zgarbiona, ani bać się że co dwa krok będzie szorować czupryną o pomalowane na biało deski. Brakowało jej przestrzeni, światła. Dobrze, że wreszcie udało się jej wyprosić zawieszenie paru półek, teraz obłożonych książkami, słoikami suszonych ziół i słojami preparowanych specyfików. Stało też tam parę świec, kilka drobnych bibelotów którymi dziewczyna próbowała nadać wnętrzu bardziej przytulnego nastroju. Efekt nie powalał na kolana, ale było lepiej. Prawie dało się poczuć domowo… gdyby nie sam gospodarz.

Teoretycznie Oriana nie miała najmniejszego prawa narzekać - stary doktor przyjął ją pod swój krzywy dach, dał zajęcie i dzięki jego leserstwu często wychodziła z domu nie musząc z nim przebywać. Do tego zyskiwała dobry pretekst i zasłonę dymną, ukrywającą niewygodną prawdę, dzięki czemu zyskiwała spokój nie musząc się obawiać o życie… przynajmniej do momentu, gdy pogoń z V Rzeszy wreszcie zapuka do jej drzwi. Próbowała o tym nie myśleć, cieszyć chwilą. Byłaby niewdzięczna, gdyby narzekała: wciąż żyła i chodziła wolna, robiła co chciała. Poza tym lubiła Woodbury, ludzie tutaj nie pytali za wiele, biorąc co dawała bez podchodów albo niewygodnych przesłuchań. Widzieli co chcieli widzieć, przełknęli gładko fakt, że młoda medyczka uciekła z Pensylwanii i nie wnikali… chyba za to właśnie tak ich uwielbiała… prócz chwil, gdy doktor Flynn patrzył na nią jak na połeć mięsa przed nabiciem na swój hak…

Bóg był jednak litościwy, tego dnia gospodarz Oriany najwięcej czasu poświęcał sprawdzaniu zawartości chomikowanych w piwnicy butelek, dzięki czemu bez problemu dokończyła poranne obowiązki, szykując świeże opatrunki i sprzątając dom. Panowała cisza, pozwalająca na oczyszczenie myśli. Korzystając z okazji postanowiła uzupełnić zapasy leków. Siedziała w pracowni, godziny mijały bez ekscesów - pozytywny fakt. Oznaczał, że nikt w okolicy nie potrzebował pomocy medycznej. Z drugiej strony im więcej czasu mijało tym bardziej rosła szansa, że stary pijak w końcu wytoczy się ze swojej nory.
Ten dzień jednak nie miał być taki zły, niósł ze sobą zmiany… a zaczęło się od krótkiej notki, pozostawionej przez Boba w szparze pod drzwiami.

~***~

Droga do warsztatu Eda nie była specjalnie długa, ani wymagająca. Oriana pokonywała ją dziesiątki razy, w te i wewte, a skoro pogoda dopisywała spacer wydawał się jej przyjemną odskocznią od dusznego, śmierdzącego przetrawionym alkoholem domu opiekuna. Idąc powoli podziwiała chmury na niebie, rozmyślając czy dzisiejszy wieczór uda się wreszcie doczytać zaległą od dwóch tygodni książkę. Niby powinna zrobić to już w zeszłym tygodniu, tylko ciągle coś wypadało: a to wezwanie do pacjenta, a to pilna robota w domu, a to doktor po pijaku stłukł słój z maścią na oparzenia i trzeba było zrobić nową…
Z rozmyślań wyrwał ją widok znajomej twarzy między sypiącymi się budynkami, jasna czupryna i postawna sylwetka były rozpoznawalne z daleka.
- Jaaames! - krzyknęła, machając do wielkoluda ręką - Jaaames, poczekaj!
James obrócił się i uśmiechnął.
- Oriana... Moja ulubiona pani doktor - powiedział żartobliwym tonem. Zatrzymał się. - Dokąd to podążasz, Wróbelku?
Dziewczyna zaśmiała się wesoło i szybko nadrobiła dzielący ich dystans.
- Dzień dobry - przywitała się zanim nie przeszła dalej, wzruszając pogodnie ramionami - Do Boba, zostawił mi notkę… mam tylko nadzieję że nic się nie stało. - Zdjęła z pleców plecak i sapnęła, wyciągając go wymownie. - Pomożesz mi proszę? Dla ciebie to pryszcz, ja nie wypluję płuc zanim nie… przynajmniej kawałek - zmitygowała się - A ciebie gdzie niesie?
- Ciebie też, przy okazji, zabrać? - spytał. odbierając plecak od dziewczyny. - Bob mi też przysłał zaproszenie. A po co ci te wszystkie manele? Wyprowadzasz się od doktorka? Zorganizuję ci jakąś kwaterę... - zaproponował.
- Nie, dziękuję. - zaśmiała się, machając zbywająco ręką na propozycję niesienia - Już wystarczająco mi pomagasz. Dzięki, jesteś taki kochany. Nie mogę tego nadużywać, bo szybko wyczerpie pokłady empatii i dobroci, a wtedy… jest w porządku. Dobrze czasem potrenować nogi, pogoda dziś ładna - uśmiechnęła się szerzej - Nigdzie się nie wyprowadzam, to tylko najpotrzebniejsze rzeczy. W razie gdyby trzeba było kogoś poskładać. Lepiej mieć i nie potrzebować, niż nie mieć… i ktoś przez to trafi w piach.
James, który za niezbędny bagaż uważał parę rewolwerów, uśmiechnął się lekko.
- Duży jestem i tej empatii mam w sobie moc - zapewnił. - Wystarczy na parę takich istotek jak ty. - Spojrzał na dziewczynę z wysokości swoich sześciu stóp. - Ale to dobrze, że jesteś przewidująca. Prawdziwy skarb - dodał.
- Skarby się zakopuje - Oriana zachichotała, zadzierając porządnie głowę aby widzieć twarz blondyna majaczącą gdzieś hen hen wysoko, prawie pod chmurami. - Zostańmy przy wersji gdzie po prostu jestem użyteczna, okey? Bo zacznę się czuć niepewnie jeśli w mojej
obecności chwycisz za łopatę.
Pokręcił głową.
- Wprost przeciwnie, skarby są po to, by je odkrywać, zdobywać, cieszyć się nimi - odparł. - Po co komu zakopany skarb? Zaiste, masz jakieś dziwne podejście do sprawy - dodał, z poważną na pozór miną.
Czarnowłosa rozłożyła ręce.
- Racjonalne. Skarby przyciągają niechcianą uwagę, przed wszystkimi ich nie obronisz. Banki nie działają, nie oddasz skarbu do depozytu. Co najwyżej zamkniesz w piwnicy… albo na strychu. Będziesz oglądał w samotności i w samotności się nim cieszył.
- Niektórymi skarbami można się cieszyć w samotności - odparł - ale niekoniecznie trzeba. Ciebie jakoś nikt w piwnicy nie trzyma, co nie oznacza, iż skarbem nie jesteś.
Prawdę mówiąc chętnie by się z Orianą zamknął na parę dni i nocy, niekoniecznie w piwnicy, ale o tym dziewczyna nie musiała wiedzieć.
- Jestem tylko czeladnikiem medyka, żaden ze mnie skarb - dziewczyna pokazała mu język i wzruszyła ramionami - Ale te skarby i piwnice z czymś mi się skojarzyły. Czytałam kiedyś o pewnym lekarzy. Nazywał się Carl Tanzler… sam o sobie mówił hrabia von Cosel. Urodzony w Niemczech w 1877 roku, doktorek w 1926 wyemigrował do Stanów Zjednoczonych. Tam udało mu się zdobyć posadę technologa radiologii w szpitalu Marine-Hospital Service w Key West na Florydzie. W szpitalu poznał młodą Kubankę, Marię Elenę Milagro de Hoyos. Latynoska piękność o ciemnych włosach szybko zawróciła mu w głowie i tak rozpoczął się jeden z najdziwniejszych romansów XX wieku. - westchnęła, zakładając ramiona na piersi (co przyciągnęło wzrok Jamesa w to samo miejsce) i szła tak, wpatrzona w niebo - Trochę piękny, trochę straszny… chcesz posłuchać?
- Oczywiście - zapewnił, dzieląc uwagę między drogę, którą szli, a dość sporych rozmiarów biust dziewczyny. Jak na taką kruszynę Oriana była zdecydowanie dobrze wyposażona. - Opowiadaj.
Dziewczyna nabrała powietrza i zaczęła opowieść.
- Maria Elena Milagro de Hoyos była 21-letnią, atrakcyjną Kubanką, która przybyła na Key West wraz z matką, by leczyć gruźlicę. Dzięki temu poznała Tanzlera, który w jej obliczu ujrzał obraz kobiety z dziecięcych wizji. Carl, mający wówczas 53 lata, zakochał się bez pamięci. I choć dziewczyna nie odwzajemniała jego uczuć, to początkowo nie widziała niczego groźnego w zauroczeniu. Była mu nawet wdzięczna za otrzymywane podarki oraz wsparcie medyczne. Tanzler, desperacko pragnąc utrzymać ukochaną przy życiu, zaoferował jej zabiegi promieniami Rentgena, z których ta z chęcią korzystała. Nic zresztą dziwnego, drastycznie pogarszający się stan zdrowia sprawiał, że Maria oraz jej rodzina byli gotowi na wszystko, byle tylko pokonać chorobę. Niestety tej wojny nie mogli wygrać. Po roku od przeprowadzki kobieta zmarła. - głos Oriany stał się smutny, patrzyła też przed siebie pustym wzrokiem.
- Smutne... - potwierdził James. - Ale co w tym takiego strasznego? Chyba że śmierć tak młodej osoby. - Podtrzymał Orianę, która potknęła się na jakimś wyboju.
Gdyby nie jego refleks wylądowałaby na ziemi, a tak skończyło się na szarpnięciu zmuszającym do wrócenia z obłoków na drogę… i patrzenia pod nogi.
- Dziękuję James… - sapnęła, stając o własnych siłach. Odetchnęła - Straszny jest ludzki umysł, zdolny do wytworzenia w sobie myśli i odczuć, na które zwykli, zdrowi psychicznie ludzie nigdy by sobie nie pozwolili. Cała opowieść ma wątek nadnaturalną, są w niej duchy pra pra babek ze starych zamków, wizje i przepowiednie. Senne mary i ezoteryczne widmo przeznaczenia wiszące nad karkiem… ale ze względu na szacunek dla nas i naszego zdrowego rozsądku je pominę, skupiając się na faktach - puściła mu oko.
- Carl nie potrafił uwierzyć w tragedię, która go spotkała. Pogrążony w rozpaczy opłacił pogrzeb Marii i nakłonił jej krewnych na zbudowanie mauzoleum, które również pokrył. Sęk w tym, że do grobowca wykonano tylko jeden klucz, a jego właścicielem został Tanzler. Codziennie odwiedzał miejsce ostatniego spoczynku miłości swojego życia. Wizyty te jednak nagle ustały dwa lata po pochowaniu Marii. W tym samym czasie mężczyzna został zwolniony ze szpitala i postanowił zaszyć się w domu. Powodem tego odcięcia nie było jednak żadne załamanie, a… powrót jego ukochanej zza grobu. Przynajmniej dał spokój rodzinie zmarłej, bo przez jakiś czas spał w jej łóżku. Szkoda tylko że nie jej samej - westchnęła ciężko, pocierając nerwowym ruchem przedramię.
- Mijały dni i lata, a dziwaczne zachowanie von Cosela zaczęło wzbudzać coraz więcej plotek. Sąsiedzi nie tylko zauważyli, że zaniechał wizyt na cmentarzu. W okolicy krążyły historie o zakupach, których dokonywał – kobiecych perfumach, ubraniach oraz bieliźnie. Ktoś inny dostrzegł w oknie jego domu lalkę o rozmiarach dorosłej kobiety. Wszystkie te doniesienia w końcu dotarły do rodziny Hoyos. Siedem lat po śmierci Marii jej siostra zdecydowała się odwiedzić dom Carla i przekonać się na własne oczy, co się w nim dzieje. To co odkryła przerosło jej najśmielsze oczekiwania. Okazało się, że pod osłoną nocy Tanzler wykradł zwłoki Hoyos i przewiózł je na dziecięcym wózku do swojego domu. Ciało znajdowało się już w trakcie rozkładu, ale to nie zniechęciło zakochanego mężczyzny. Przy użyciu wosku, gipsu, haczyków oraz sznurków zaczął „naprawiać” szczątki ukochanej. Nie oszczędzał również na jej ubiorze, strojąc ją w eleganckie kreacje i skraplając dużą porcją perfum. Nic zresztą dziwnego – ich zapach miał również zatuszować nieprzyjemną woń. A jeśli to nie jest wystarczająco przerażające, to przeprowadzone później na mumii badania wykazały, iż Carl… dzielił z Marią łoże. W pochwie kobiety odkryto papierową rurkę, która miała na celu ułatwienie pośmiertnych stosunków.
James obrzucił dziewczynę niedowierzającym spojrzeniem.
Przeszli kilka kroków nim lekarka podjęła.
- Tanzler został aresztowany i oskarżony o zbezczeszczenie grobu oraz porwanie zwłok. Sprawa była oczywiście szeroko komentowana w prasie, a dla jej uwiarygodnienia szczątki Marii wystawiono na widok publiczny. Jej zmumifikowane ciało przyciągnęło około 7 000 widzów, nim ostatecznie zostało zwrócone rodzinie, która w obawie przed ponownym porwaniem pochowała je w nieoznakowanym grobie. Carl zarzekał się, bił w piersi i tłumaczył sądowi oraz ławie przysięgłych, że wciąż rozmawia z ukochaną, a ona tego chce… na szczęście nie uwierzyli. Nie spotkała go jednak kara za jego zbrodnie, gdyż okazały się one przedawnione. Zaskakuje również fakt, że po ujawnieniu całej sprawy wiele osób wręcz sympatyzowało z Tanzlerem, uważając jego działanie za “romantyczne”. Cztery lata po tych wydarzeniach mężczyzna przeniósł się do hrabstwa Pasco na Florydzie i napisał autobiografię „Fantastyczne przygody”. O dziwo, w ostatnich latach życia wspierała go również zapomniana żona. Carl zmarł w wieku 75 lat, a jego zwłoki zostały odkryte dopiero po trzech tygodniach. W jego domu znaleziono również naturalnych rozmiarów lalkę o twarzy Marii Eleny Milagro de Hoyos, wykonaną z pośmiertnej maski kobiety. Mężczyzna mieszkał z nią do śmierci.
James odetchnął głęboko. Przy odrobinie dobrej woli można to było wziąć za współczujące westchnięcie. Przez moment milczał, nie chcąc dzielić się z Orianą pierwszymi, jakże negatywnymi przemyśleniami, jako że zdecydowanie preferował żywe kobiety, a nie zwłoki, zaś Carla uznał za chorego na umyśle. Zboczeńca, jednym słowem.
- Miałaś rację, straszna historia - powiedział. Skinął głową, na potwierdzenie tych słów. - Musiał ją bardzo kochać - dodał - ale to jednak, moim zdaniem, go nie tłumaczy.
- Był chory psychicznie, powinien otrzymać fachową opiekę… - Oriana westchnęła ciężko - Ktoś mu powinien pomóc, ale to był początek XX wieku, psychiatria znajdowała się w powijakach. Bogaty, biały lekarz zyskiwał nietykalność… bardziej mi szkoda rodziny tej biednej dziewczyny. Musieli przejść piekło, ale nie opowiedziałam tego, aby w tym momencie pochylać się nad ludzkim obłędem. - parsknęła nagle, patrząc wymownie na Jamesa - Niektóre skarby lepiej zakopać i nigdy nie wynosić ich spod ziemi.
- Taki... hmmmm.... skarb... to faktycznie powinien spocząć półtora metra pod ziemią - odparł. - Ale ty wyglądasz na całkiem żywą.
"I żadne papierowe rurki nie byłyby potrzebne", dodał w myślach.
- Zakopywanie zdecydowanie nie wchodzi w grę. - Spróbował zmienić nastrój na nieco przyjemniejszy.
- Dziękuję James... staram się nie wyglądać na nieświeżą. Obiecuję uprzedzić listownie, zanim wejdę w fazę rozkładu - Nitsch odparowała rozbawionym tonem, wskazując budynki przed nimi - Żadnego ognia, zgliszczy i leżących pokotem ciał. Chyba damy radę dziś się napić na luzie, oby tylko Bob miał coś, czym nie czyści silników. - pokręciła głową i nie minęła minuta, gdy znaleźli się w środku. Lekarka przywitała się z gospodarzem i jego pomocnikiem, każdemu posyłając ciepły uśmiech i krótki ukłon, a potem słuchała rewelacji i tylko jej oczy robiły się coraz większe. Słowa nadziei dodawały skrzydeł nawet tym którzy zapomnieli jak się lata.
 

Ostatnio edytowane przez Sorat : 22-12-2020 o 18:04.
Sorat jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 29-12-2020, 10:58   #4
 
Wila's Avatar
 
- To prawda brzmi baśniowo. To będzie ile 2000-2500 kilometrów? - Lucas nie znał się za dobrze na odległościach więc strzelił coś na oko. - Mogę zobaczyć zeszyt? - Lucas wyciągnął rękę do Boba. - Trzeba się dobrze przygotować. Raz, że droga daleka i niebezpieczna. Dwa, trzeba jeszcze wrócić… Jak chcesz przywieźć fanty z powrotem? - zadał pierwsze z brzegu pytanie do Boba choć w głowie kotłowało się ich całe mnóstwo.
- Emmm… no nie wiem kiedy ruszamy, chyba najlepiej jutro rano? - Powiedział Bob, chowając zeszyt za pazuchę, wzruszając ramionami, po czym sięgnął po przygotowaną wcześniej mapę, i rozłożył ją przed wszystkimi - To będzie tak… - Powiódł palcem od Woodbury do gór na zachodzie Wyoming - … tak ze 2500 km albo coś? - Dodał, i spojrzał na Lucasa - Najpierw chyba wypada sprawdzić, czy tam faktycznie coś jest, zanim pomyślimy o jakimś większym transporcie… a może i w owym pierniczonym bunkrze będą jakieś pojazdy gotowe do drogi? No bo chyba nie skrzykniemy na już jakiś 20 ochotników i 20 ciężarówek?
- Im szybciej wyruszymy, tym lepiej - stwierdził James. - Parę osób zapewne łatwiej się przemknie, niż cały konwój, który, nie da się ukryć, bardzo trudno byłoby zorganizować. W końcu ten dziadek się przedostał. A przygotowania? - Spojrzał na Lucasa. - Ciekawe, co takiego wyjątkowego zdołasz zorganizować w naszym kochanym Woodbury. Pojazd mamy, broń, sprzęt. Najwyżej jedzenie, byśmy z głodu nie umarli po drodze.
Dla Oriany cała sprawa brzmiała jakby ktoś wziął ją za fraki i wpakował w sam środek snu, takiego dobrego. Przed oczami widziała te wszystkie cuda dawnego świata, tak blisko, że prawie dało się ich dotknąć. Jeśli pod ziemią znajdował się rezonans, tylu ludziom mógłby pomóc… albo laboratorium! Porządny mikroskop neutronowy…
- Bobby pokażesz mi proszę ten zeszyt? - z szerokim uśmiechem wyciągnęła obie ręce do mechanika - Może Harold zostawił tam coś, co pomoże… i przykro mi z jego powodu - spochmurniała. - Jeśli będziesz chciał potem pogadać to nie ma sprawy.
- Hmmm… - Zamyślił się mechanik, ale w końcu sięgnął po zeszyt i podał go Orianie - Przydadzą się jego zapiski, jasne, ale na miejscu. Teraz to tylko same suche informacje, i to wieeele informacji.
Lekarka przekartkowała pobieżnie kajet, przypominający niemal książkę. Niewielką, ale wciąż pełną informacji nie dających się odcyfrować w minutę. Wydawało się jednak, że zawiera opisy miejsc wewnątrz bunkra, jego systemów zasilania i hydraulicznych. Były też szkice poziomów, jakieś opisy gór i masa, masa danych zapewne nie do końca istotnych, chociaż wartych poznania.
- Tak, masz rację… sporo tego - przyznała, zamykając zeszyt i chwilę obracała go w dłoniach - Pozwolisz że go wezmę? - popatrzyła uważnie na mechanika, puszczając mu nagle oczko - Nie na zawsze, na parę godzin i potem go oddam. Warto się z nimi zapoznać już teraz, żeby potem na przykład nie latać po pustkowiach za palnikiem acetylenowym. Wiedząc co jest w środku. - Pomachała zapiskami - Przygotujemy się, po drodze zorganizujemy potrzebny sprzęt, jeśli takowy będzie potrzebny… bo jadę z wami - przeniosła wzrok na pozostałych - Jeśli, oczywiście, nie macie nic przeciwko.
- Oczywiście, że nie mamy nic przeciwko twemu udziałowi - zapewnił James.
Jeśli chodziło o pożyczenie zeszytu... Tu miał mieszane uczucia. Lubił Orianę, ale powierzanie jej takiego skarbu... Ale o tym musiał zdecydować Bob.
- Do jutra powinniśmy zdążyć się przygotować - dodał. - Wszak nie ogłosimy całemu miastu, że wybieramy się na dłuuugą wyprawę po skarby.
- Nie mam na myśli 20 ochotników ani takiej ilości pojazdów. Nie mniej każdy ma kogoś zaufanego i możnaby zapytać dyskretnie czy by się nie pisali na dalszy rekonesans. Kilka dodatkowych par rąk się przyda. Zwłaszcza takich co umieją prowadzić auta. Jak się uda wartość na plus. Jak nie... żadna strata. Zapasy jedzenia to rzecz niezbędna. Raczej nie mamy go zbyt wiele. Może przyjmiemy jakieś zlecenie w tamtą stronę w zamian za żarcie. Trzeba się rozpytać. - Lucas pociągnął ręką po brodzie. Głośno się zastanawiając.
Nad rozłożoną mapą pojawiła się też głowa Klary. Chociaż dziewczyna nie odezwała się ani słowem, nie komentując ani nowości ani tego czy chce, czy nie chce ruszać z nimi w drogę, to ewidentnie bardzo szczegółowo analizowała trasę pokazaną przez Boba.
- Samochody to jedno, a paliwo to drugie… - mruknęła pod nosem.
- Ech… kotek, no wiesz… - Zaczął Bob, odnośnie propozycji Oriany i wypożyczenia zeszytu, gdy wtrącił się siedzący parę metrów z boku Ed. A owo wtrącenie było poprzedzone długim, "mokrym", i obrzydliwym beknięciem.
- Zeszyt nie opuszcza warsztatu, a najlepiej i tego kto go znalazł… - Powiedział po chwili, gdy zwrócono na niego uwagę - Ja z kolei mogę w waszą wyprawę zainwestować tak ze 2 kanistry paliwa po 20 litrów, ale oczywiście w zamian za jakiś tam procent udziałów…

Oferta była, zdaniem Jamesa, interesująca. No i dawała cień gwarancji, że Ed nie wyklepie nikomu, dokąd i po co udała się wyprawa.
- Dwa procent - zaproponował. - Jednak ryzykujesz mniej, niż my, a gdy wrócimy, to i tak staniesz się bardzo bogaty.
- Kierowców mamy. - przeniósł wzrok na Lucasa. - I to całkiem niezłych. - Dla odmiany spojrzał na Klarę. - O tym, że każde w nas nieraz siedziało za kółkiem, nie warto nawet wspominać.
- Umm… no ten… chcesz to możemy poczytać sobie tu razem - Bob uśmiechnął się do lekarki, po słowach Dużego Eda. A sam Ed…
- James, James, James, coś u ciebie kiepsko z liczbami. Za 40 litrów paliwa przejedziecie ze dwa dni, a za owe 40 litrów to ja sobie mogę sam kupić ze 4 karabiny, a wątpię, by ich tam było 200, co i tak daje jedynie 4 dla mnie… kiepski interes, inwestycja? Wiem, tam może być i masa innych rzeczy, lekarstwa, żywność i kij wie co jeszcze… ale może i nie być nic. Więc tak przynajmniej bym liczył na pięć procent? - Powiedział, nieco świńsko się uśmiechając.

Wyglądało na to, że Ed miał zamiar zbić fortunę nie ruszając z miejsca swego tłustego dupska. Które to podejście do sprawy było jak najbardziej zrozumiałe. Przynajmniej dla Jamesa.
Co prawda uważał, że pięć procent to za dużo, ale w końcu nie tylko on jechał na tę wyprawę, nie tylko z jego kieszeni miały iść te procenty.

Brak zaufania był czymś normalnym, w końcu Nitsch nie urodziła się w mieście, zresztą nawet gdyby się tak stało, gdy chodziło o duże pieniądze rozsądnym było patrzeć sobie na ręce.
- W takim razie notatki nie opuszczą tego miejsca - dziewczyna odpowiedziała gładko Edowi - Poczytam tutaj, nie zauważysz mojej obecności… zajmuję mało miejsca - uśmiechnęła się i odwróciła do Boba - Spokojnie, nic wam tu nie popsuję, ale będę potrzebowała ciszy i spokoju… dzięki - ostatnie rzuciła do Jamesa. Brak sprzeciwu odnośnie jej udziału w całym przedsięwzięciu był czymś pokrzepiającym.

Klara przeniosła wzrok znad mapy wprost na Corę, dłużej zatrzymując go na jej skręconej kostce. Miała przy tym bardzo niezadowoloną minę.
- Czytałeś już te notatki? - spytała Boba - czy tak tylko… przejrzałeś?
- Czytałem, czytałem, a co? - Mechanik nieco wyszczerzył zęby.
- A nico, tak się upewniam, czy to jakiś pomysł-sromysł, kurwa, w kasze dmuchał, fajne notatki mam, czy coś sensownego. Zobaczymy jeszcze co powie na nie Młoda - mówiąc to, czerwonowłosa, wskazała podbródkiem Orianę, która pałała zapałem by przeczytać notatki. - Wtedy powiem wam, czy z wami jadę.
Klara rzuciła też pobieżnie spojrzenie na Corę, co mogło nasuwać na myśl, że nie tylko opinia kolejnej osoby, która przejrzy notatki, ma tu znaczenie.
- Ja z tym kulasem nigdzie się nie wybieram, będę tylko ciężarem na takiej wyprawie - Cora wysiliła się na uśmiech, choć wyszedł on dosyć… smutny.


W tym czasie Bob podniósł się z miejsca, po czym ponownie rozlał procenty, każdemu kto już swoją porcję alkoholu wypił. Po owej dolewce, mechanik spojrzał na mapę PSA, a następnie na zebrane towarzystwo.
- A którędy w ogóle jedziemy? Bo jak prosto jak w pysk strzelił, najszybszą trasą, to będzie Tennessee, Missouri, trochę Kansas, i trochę Colorado? Ale to wyjątkowo blisko "Szramy"... Niebezpiecznie. No chyba, że po Kansas przez Nebraskę?
- Czy dziadek powiedział, którędy jechał? - spytał James, spoglądając na mapę. - "Szramę" faktycznie lepiej ominąć szerokim łukiem - dodał - nawet gdybyśmy mieli znacznie nadłożyć drogę..
- Nie, o tym nie wspomniał, ani i nic nie ma w zapiskach… w końcu to by wtedy było, chyba podanie na talerzu wszystkiego co trzeba, każdemu komu wpadną te zapiski w łapy? Miał olej w głowie… - Bob golnął sobie gorzały.
- Ale chyba w tym zeszyciku jest lokalizacja tego bunkra? Bo łażenie po górach, na ślepo, mogłoby trwać dość długo. - James lekko się uśmiechnął.
- Nie no, to nie, znaczy się tak… no nie zapisał drogi jak po sznurku, ale gdzie bunkier to już konkretnie - powiedział Bob i się roześmiał.
- Najkrótsza droga nie zawsze jest najlepsza - rzuciła Klara - lepsza dłuższa ale pewniejsza.
- Zgadzam się z Klarą. Dobra Bob, zaciekawiłeś mnie ale to nie oznacza, że skoczę w ogień bez planu czy choćby zastanowienia. Chcę z Ori poczytać ten zeszyt. Sprawdzić z czym mamy do czynienia. Tylko sam wiesz ryzykujemy wszyscy w tej wyprawie. Trzeba okazać sobie trochę zaufania. Oriana to jedyny medyk. Jak nie chcesz jej powierzyć tych notatek to zamierzasz życie? Spójrz na nią... Wygląda na bandytę i oszusta co nas obrobi z zapisek i sama przewali pół PSA? Na końcu opierdalając bunkier do czysta? - Lucas sam z kolei golnął co Bob im polał. Sumienie oczyszczając szklanicę. - Dajmy sobie z jeden dzień na przygotowania. Może uda mi się wykręcić jakieś zapasy. Powaga to nie spacer czy wypad na okoliczne zwierzaczki. Wypadałoby się przygotować. - Lucas tym samym zaznaczył, że chciałby do sprawy podejść poważnie.
- "Gładki"... słuchaj, to nie tak… notatki możecie sobie czytać, nie ma sprawy… ale tu, na miejscu, a nie gdzieś zabierać owo info na cholera wie ile, i jeszcze cholera wie komu może pokazywać… sprawa ma zostać między nami - powiedział Bob - Kumplowanie kumplowaniem, ale ryzyko jest, że nawet taki kumpel może kogoś wyrolować… bo coś tam, a co za tym idzie, ja bym proponował, żebyś i wielce się całą sprawą nie dzielił z rodzinką? Na razie jedziemy tam sami, zobaczymy co i jak, a potem można pomyśleć nad owymi pomocnikami, dodatkowym transportem, i wszelkimi z tym związanymi duperelami. J.B. też ma rację, żeby się wielce w oczy nie rzucać jakimś małym konwojem i tłumkiem…
- Żadnych kumpli, krewnych - powiedział James spoglądając na Lucasa - czy kochanek. I nikomu ani słowa, bo najbardziej zaufany człek po pijaku może chlapnąć ozorem. Jak co, to jedziemy na tydzień-dwa do Missouri. Bob nam nagrał robotę, a jaką, to nikomu nic do tego. Komu to się nie podoba, niech zostanie w domu. I niech się odkoleguje od zeszytu.
- Szczególnie kochanek, a od pijackiej reguły nie ma żadnych wyjątków. Lepiej więc do czasu wyjazdu abyśmy wszyscy unikali nadmiaru alkoholu… oraz zbędnych insynuacji - Oriana posłała Jamesowi uprzejmy uśmiech, siadając na starej skrzyni. Bawiła się kubkiem, układając w głowie plan na najbliższe godziny - Wracając do tematu jak najbardziej jestem za tym, by nie robić z bunkra żadnego notum est. Zrobimy zwiad, wybadamy teren i dalej będziemy się zastanawiać jak problem ugryźć i ewentualnie z kim…. i naprawdę to żaden problem aby tu zostać i przejrzeć zapiski. Absolutnie żaden - westchnęła, rozglądając się po zebranych - Ze swojej strony też proszę o czas do świtu na przygotowania. Muszę porozmawiać z doktorem Flynnem, poinformować go o wyjeździe i zostawić jak najwięcej leków aby - zrobiła minimalną pauzę - Nie musiał się niczym ważkim przejmować pod moją nieobecność.
- Co to jest te "norum-east"? - Spytał Bob.
Lekarka zamrugała.
- Notum est, Bobby - poprawiła odruchowo i zaraz się uśmiechnęła przepraszająco - To znaczy… chodziło mi, aby nie robić z tej sprawy tematu powszechnie znanego. Aby pozostała tajemnicą.
- A po jakiemu to jest? - Mechanik spojrzał tak na nią jakoś trochę… krzywo. Co maaało kiedy się Bobowi zdarzało.
- Po łacinie, Bobby - Nitsch tłumaczyła spokojnie, wciąż z tym samym wyrazem twarzy - Czytałam kiedyś książkę, w której było…- siorbnęła z kubka dla kupienia czasu, potem kaszlnęła krótko w rękaw i podjęła - Tam właśnie były ten zwrot i do niego wyjaśnienie co znaczy. Nie mam tej książki już, ale jak kiedyś natkniemy się na kopię to ci pokażę, co ty na to?
- Pfff… - odparł mężczyzna, wzruszył ramionami, i w końcu lekko się uśmiechnął.
- Ale tylko pod warunkiem, jeśli ty w zamian pokażesz mi jak odpalać brykę z kabli. - Oriana wyszczerzyła zęby, podnosząc trochę kubek w krótkim toaście.
- Mówiłem o zabieraniu kogokolwiek. - James wtrącił się do rozmowy, zastanawiając się, co dziewczynę ugryzło. - I nie wiem, gdzie tu widzisz jakieś insynuacje - dodał.
Osobiście uważał, że właśnie Oriana, a dokładniej jej zawód, może stanowić poważną przeszkodę w realizacji tego planu. Kto mógł wiedzieć, jak zachowają się mieszkańcy gdy się zorientują, że ich medyczka ma zamiar pozostawić ich na łasce Flynna. Ale była szansa, że do doktorka nic nie dotrze. Albo że nie zdąży nikomu nic powiedzieć.
- Postaram się nam skołować jakieś zapasy albo chociaż widoki na nie. To nadal nie krótki spacerek - podkreślił ponownie Lucas. - Bob zadbasz by Gina pod naszą nieobecność nie puściła farby? - delikatnie przypomniał o jednej z nielicznych osób jakie uważał za słabe ogniwo.
- Już zadbane. - Mechanik pokazał Lucasowi uniesiony kciuk w geście "ok".
- No to wszystko ustalone - odparła Klara. - Będziemy jeszcze się wymieniać spostrzeżeniami o pogodzie, czy zaczynamy działać?
- Proponowałbym spotkać się jutro, koło siódmej - powiedział James. - To idealna pora, by ruszyć w drogę.
- Dobra ja się biorę za szukanie dodatkowego prowiantu. Miejmy nadzieję, że uda się coś skołować w tak krótkim czasie. Obejrzę jeszcze naszego denata. Oriano przejdziesz się ze mną? - Lucas powoli zbierał się do wyjścia. Sądząc, że zebranie ma się póki co ku końcowi.
- Jasne. - Medyczka zeskoczyła z szafki, zgarniając ze sobą plecak sprzętu podręcznego. Założyła go na plecy, rzucając Bobowi szeroki uśmiech. - Dzięki za poczęstunek.
Gdy tamta dwójka opuściła warsztat, James spojrzał na Boba.
- Nalej mi jeszcze parę kropel i zanim pójdę też rzucę okiem na ten zeszycik.
 
__________________
To nie ja, to moja postać.

Ostatnio edytowane przez Kerm : 29-12-2020 o 12:31.
Wila jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 31-12-2020, 01:45   #5
 
Icarius's Avatar
 
- No dobra - zaczął Lucas gdy zostali sami. - Sprawa ma się tak. Lubię cię Oriana więc chcę dać ci powiedzmy radę. Ruszamy jak wychodzi w cholernie długą trasę. Będzie niebezpiecznie a ludzie lubią węszyć. Tu w naszym miasteczku wszyscy cię uwielbiają. Jesteś miła, mądra, ładna i użyteczna bo leczysz ludzi. Jednym słowem nikt przesadnie nie będzie drążył twojej przeszłości. No wiesz żeby cię nie spłoszyć. Musisz jednak przemyśleć swoją “legendę” na trasę. Zakładam, że od “hitlerowców” zwiałaś. Nie pytam dlaczego…. Tylko pewnie cię szukają. Jesteś wykształcona, pracy w obozie o którym kiedyś wspomniałaś pewnie na oczy nie widziałaś. Gdy ruszymy w drogę podaj się za siostrę moją, Jamesa lub Klary. To będzie tłumaczyło twoją obecność w takim wypadzie, razem z twoją wiedzą medyczną. Nie wspominaj nic o “Rzeszy”. Nie żebym chciał ci się wbijać z butami w życie. Zrobisz jak uważasz… Ale wiesz taka przyjacielska rada. Mniej będziesz przyciągała uwagę.

Dobre rady były jak goście. Jeśli zostali zaproszeni, witało się ich z radością i otwartymi ramionami. Jeśli przychodzili niezapowiedziani, wywoływali najczęściej zdenerwowanie i witała ich niechęć. Pokazywanie tej ostatniej podczas rozmowy nie byłoby czymś wskazanym, więc słysząc pierwsze zdania czarnowłosa medyczka opatrzyła twarz w zainteresowany, uprzejmy uśmiech. Sztuczność jednak szybko zeszła, w miarę jak Gładki mówił. Grymas stał się szczery, zniknęło napięcie mięśni przy zewnętrznych kącikach oczu.
- Chcesz być moim starszym bratem? - musiała spytać, a rozbawienie zrobiło się widoczne na bladej twarzy - Czyli jeżeli teraz, podczas drogi, ktoś do mnie wystartuje z łapami to obijesz mu gębę? - wyrzuciła szybko, zafascynowana tą myślą. Niestety proza życia wróciła chwilę potem.
- Nigdy nie byłam dobra w kręceniu - westchnęła, przybierając poważną minę. Oparła się plecami o ścianę i kątem oka obserwowała rozmówcę - Widać to, prawda? Nie za dobrze kłamię, poza tym nie lubię… wersja z rodzeństwem totalnie mnie przekonuje, jeżeli ty zajmiesz się gadaniem i weźmiesz całość na siebie. Ja będę tylko się uśmiechać i przytakiwać - parsknęła krótko - Dzięki… naprawdę doceniam i - westchnęła ciężko - Doceniam, serio. Szczerze dziękuję. - obróciła głowę aby móc się pełnoprawnie przyglądać jego oczom - Mieszkałam w Wurtemburg-Wood. Przez jakiś czas… ale masz rację. Lepiej będzie dla nas wszystkich, jeśli nikt z V Rzeszy się nie zainteresuje bezimienną, anonimową… - zamilkła, spuszczając spojrzenie i zaśmiała się z goryczą - Wcale się nie chcesz wbijać z butami, jedynie już bierzesz zamach i się przymierzasz… nie jestem zła, wiem że się martwisz… i co, zostaniesz moim bratem?

James przez chwilę wpatrywał się w Orianę swoimi jasnoniebieskimi oczami. Przez chwilę się nie odzywał.
- To może być Klara lub James. Chce tylko zwiększyć twoje bezpieczeństwo. Jeśli ktoś będzie ci zagrażać. Obić mu mordę mogę bez większego problemu. Jako brat lub przyjaciel - kącik ust powędrował do góry w mimowolnym uśmiechu. - Jeśli chcesz, żebym to był ja… Oczywiście chętnie. Może to nie było subtelne podejście ale nie wiem czy mamy na nie czas. Otworzył butelkę piwa o rączkę maczety i spojrzał pytająco na Orianę.
- Jedno z lepszych od Boba. - wyciągnął butelkę w stronę Oriany.

- Czekaj… to jest to, czym czyści silniki i plamy oleju z podłogi? - dziewczyna zmarszczyła czoło, ale poczęstunek przyjęła. Patrzyła do środka szyjki, kręcąc butelką razem z płynną zawartością - Odrdzewia… usuwa plamy po smarze, grzechy, wyrzuty sumienia i pamięć z ostatniego wieczora. Twoje zdrowie braciszku - parsknęła, przytykając szyjkę do ust. Pociągnęła niewielki łyk, rozkaszlała się i ze śmiechem oddała piwo - N… na pewno mocniejsze, z czego on to robi?

Lucas się zaśmiał.
- No wiemy przynajmniej, że jesteś odważna. - Lucas najwyraźniej miał tylko jedną butelkę z której również pociągnął łyk. - Ja najwyraźniej mniej, bo nigdy nie odważyłem się go o to zapytać. - oparł się o ścianę obok Oriany. - No dobra Oriano McKenzi, napiszę ci na kartce imiona naszej miejscowej rodziny. Kilka faktów czy rodzinnych legend. Gdyby ktoś wypytywał będzie to jakieś minimalne uwiarygodnienie. Dobrze by było, żebyś mi o sobie opowiedziała. Szerzą historię, wiesz ta cała ucieczka pewnie jako tako mnie interesuje. Nie na tyle jednak by cię zadręczać. Powiedz tylko czy na kogoś lub na coś mam zwrócić szczególną uwagę? Jak sobie radzisz w trasie i z bronią. - mówił i przyglądał się badawczo dziewczynie.

Zapadła cisza, trwająca przez dłuższą chwilę, podczas której Oriana wyglądała na rozdartą. Zagryzała wargi, kilka razy otworzyła usta jakby chciała zacząć, ale znów je zamykała, uciekając spojrzeniem gdzieś w bok.
- Kartka to dobry pomysł - mruknęła wreszcie cichym tonem, zaplatając ramiona na piersi. - Unikniemy pomyłek, przejęzyczeń i niedopowiedzeń. Będzie łatwiej - nabrała powietrza, a potem westchnęła przyciężko. Szorując plecami po ścianie usiadła na podłodze, podciągając kolana pod brodę.
- Jestem plugastwem, Lucas - wyrzuciła z siebie na wydechu, wbijając wzrok w podłogę - Kłopotliwym. Możesz mi obiecać, że jeśli ci powiem… zachowasz to dla siebie, proszę?

Lucas usiadł obok dziewczyny na ziemi. Zarzucając nogę na nogę i prostując je wygodnie. Usiadł wygodnie był lekko zdziwiony, że dziewczyna nagle z czymś wypaliła. Sam miał tyle tajemnic i sekretów, że już od dawna o nich nie myślał. No i co ona mogła wiedzieć o plugastwach? Potrafił robić takie rzeczy, że jej ścisły umysł mógłby sobie z tym nie poradzić. Może kogoś zabiła?
- W moim zawodzie ceni się dyskrecję. W mojej rodzinie do której dziś cię konspiracyjnie przyjąłem słowo i honor. Więc Oriano masz moje słowo, że to co powiesz zostanie między nami. Z tego co widzę a wzrok mam dobry. Daleko ci jednak do plugastwa.

Odpowiedział mu cichy śmiech i kręcenie głową, a potem kolejna chwila przedłużającego się milczenia, gdy Oriana bawiła się pasmem włosów, skręcając je między palcami.
- Wierzę ci… chcę wierzyć, w coś trzeba. Pozory potrafią mylić - spojrzała na niego zmęczonym spojrzeniem kogoś starszego niż siedemnaście lat - Zróbmy tak, na razie nie biorę twojego słowa. Póki nie dowiesz się w co chcesz wdepnąć. Jeśli zdecydujesz, że to za dużo, zabierzesz je i… nie wiem - wzruszyła ramionami - Albo udamy że ta rozmowa nigdy nie miała miejsca, albo jutro rano zniknę i nie będziesz mnie szukał. Pasuje?

Lucas spoważniał na moment. Lekko zmrużył oczy. Po czym podał piwo Orianie.
- Na razie bardziej go potrzebujesz. Zgoda zdecyduję po fakcie.

- Nie wiem czy istnieje tyle piwa aby to przejść na odpowiednim znieczuleniu - zabujała butelką i zaraz pociągnęła zdrowo. Trzy solidne łyki później kaszlnęła w rękaw i postawiła resztkę napitku na podłodze.
- Nie za dobrze radzę sobie w trasie oraz z bronią, uczę się od niedawna. Nigdy tego nie potrzebowałam. Zawsze był ktoś, kto mnie pilnował i chronił. Zresztą w stolicy, obok Nowego Reichu było bezpiecznie… - przełknęła ślinę i miała wrażenie, że echo poszło po całej okolicy. - Tak naprawdę mam na imię Andrea, jestem córką Hauptsturmführera Kurta von Engel, lekarza pełniącego rolę dowodzącego pracami naukowymi o podłożu medycznym w Generalnym Szpitalu imienia Josefa Mengele w Pittsburgu. - znowu wzruszyła ramionami - Dlatego… tyle umiem. Miałam najlepszych nauczycieli jakich dało się tam znaleźć. Ojciec życzył sobie, abym przejęła po nim dzieło życia i… teraz to już bez znaczenia - machnęła ręką - Naprawdę mieszkałam w obozie pracy, przenieśliśmy się tam ze stolicy. Więcej… okazów do przeprowadzania testów. Ciężko było sprowadzić odpowiednią ilość obiektów badawczych do Generalnego Szpitala. - sięgnęła po butelkę i jednym łykiem dopiła do końca - Pod Ellwood… prowincja, prawda? Tam nie kłujesz w oczy podludźmi nikogo ważnego i nie kalasz powietrza jakim oddychają ci najbardziej oddani naszej… przepraszam. To kolejne formułki jakie trzeba było wbić do głowy, pracuję nad ich anihilacją - sapnęła głucho, odstawiając pustą butelkę - Wszystko szło jak iść powinno, aż któregoś dnia jeden ze strażników uległ wypadkowi. Zawaliła się na niego wieża wartownicza i… pomogłam mu - zapatrzyła się w plamę na podłodze, bezwiednie gładząc złoty sygnet na palcu - Sposób w jaki to zrobiłam wywołał spore zamieszanie. Inność to występek przeciwko Rzeszy, przeciwko jedynej słusznej aryjskiej rasie… słyszałeś pewnie historie o tych którzy potrafią uśmierzyć ból, albo zasklepić rany dotykiem - uśmiechnęła się sztucznie - używają plugawych mocy, niegodnych prawdziwego człowieka. Uratowałam tamtego strażnika, za co trafiłam do karceru. Gdyby nie ojciec pokroiliby mnie na kawałki, albo po prostu sprzedali kulkę w łeb i resztki puścili przez komin. Nie wolno mi tam wracać, bo mnie zabiją. Nie wiem na co i kogo uważać, to… dopiero ogarniam jak to u was działa. Trochę inną tu macie planetę. Do domu nie wrócę, jeśli ktoś się dowie czym jestem i to pójdzie w świat... pewnie trafię do czyjejś piwnicy i do końca życia nie zobaczę słońca. Żadnej presji - zachichotała na koniec, kryjąc twarz w dłoniach.

Lucasowi żal się zrobiło zaszczutej dziewczyny. On jednak miał swoje moce za błogosławieństwo. Dar i dopust Boży. Objął dziewczynę delikatnie ramieniem.
- No dobra. Nie jesteś masową morderczynią ulżyło mi. Nie becz. Świry z twojej okolicy mogły cię za to puścić kominem. Na bezdrożach nikt cię raczej nie kropnie z takim darem. Bo to dar Ori. Możesz leczyć ludzi, ba cudów dokonywać. Pomyśl, że możesz ratować ludzi. Wyrwać ich ze szponów śmierci z których nikt inny by ich nie wyrwał! To cudowne moim zdaniem. No może żeby nie było za słodko... Pamiętaj, że dla wielu jesteś warta fortunę. Każda banda chciałaby mieć takie cudo na własność. Stąd zmiel jakieś zielsko i jak ci wpadnie do głowy pomysł z leczeniem najpierw zielsko na ranę. Potem hokus, pokus. Nadal będzie podejrzane i przyciągające wzrok jak cholera. Tylko łatwiej się wytłumaczyć z posiadania cudownej rośliny. Która oczywiście właśnie się skończyła… niż cudownych rąk. Chociaż są oczywiście cudowne. - potarł jej ramię dodając otuchy. Lucas jakby się nie przejął całą opowieścią. Ba wyglądał na uradowanego. - Uwierz mi mogło być znacznie, znacznie, gorzej.

- Na przykład można być jednym z eksperymentów taty… - Oriana pociągnęła nosem i wbrew ponuremu nastrojowi uśmiechnęła się trochę. Wciąż siedzieli obok siebie, a zamiast pogardy, wstrętu i strachu Gładki emanował spokojem i pozytywną energią, mimo tego co mu powiedziała. Nie łapał za broń, ani nie szukał łańcucha żeby ją związać lub gdzieś przykuć. Nawet się nie odsunął, odetchnęła więc i w przypływie ulgi objęła go mocno, przytulając twarz do kurtki na piersi.
- Czasem sobie myślę, że Darwin jednak się mylił i w rzeczywistości człowiek pochodzi od owadów, bo w ośmiu przypadkach na dziesięć człekokształtne to zwykłe mendy gotowe na wszystko za byle gówno… ale nie ty. Dziękuję, nie patrzyłam na to nigdy… w ten sposób. Zorganizuję to zielsko, coś wymyślę. Nadal jesteś chętny się mieszać i udawać rodzinę? Jeżeli pójdzie źle, do brata przywalą się w pierwszej kolejności - zamknęła oczy - Nie chcę żeby ci się oberwało przeze mnie. Nie chcę żeby komukolwiek się oberwało.

- Komuś zawsze się obrywa. Często za mniej istotne rzeczy. Więc o ile w wielu sprawach uważam, że nie warto ponosić ryzyka. W twoim przypadku uważam, że warto. - Lucas wiedział w co wdepnął w momencie gdy usłyszał o mocach Oriany. Wcześniej złożona propozycja nabrała zupełnie nowego wymiaru. Przyciągnie do siebie jeszcze większą uwagę a miał co ukrywać oj miał. Podejmował spore ryzyko. - Mijając ludzkie uprzedzenie i głupotę. Leczenie ludzi dotykiem to cudowna umiejętność. - przyłożył policzek do czubka jej głowy. Odwzajemniając uścisk i uśmiechając się pod nosem. Cieszył się, że udało mu się uspokoić dziewczynę. Znalazł też pierwszą osobą z mocą poza nim samym.

- Ale nie sprzedasz mnie na części albo do niewoli, prawda? - lekarka zażartowała lekkim tonem. Nie było w tym żadnego przytyku, albo nerwowości. Nigdy wcześniej z nikim nie dzieliła się tajemnicą, odkąd opuściła Pensylwanię trzymała wszystkich na dystans, kryjąc strach pod pogodnym uśmiechem. Teraz już nie musiała niczego ukrywać i odkryła jak wielką ulgę poczuła. Zupełnie jakby wyrzuciła z siebie coś toksycznego.
- Najchętniej poszłabym spać…nie w sensie, że mnie nudzisz, och nic z tych rzeczy - dodała śmiejąc się cicho. Przekręciła się odrobinę, aby wygodniej opierać się o Lucasa i robiła to mniej panicznie. Robił jej za tarczę i akumulator do ładowania własnych baterii. Był też tak cudownie ciepły - Prawie zapomniałam jak to jest komuś zaufać… a co z naszą rodziną? Mam na coś i kogoś uważać? Niewygodne fakty z przeszłości, listy gończe albo zatargi?

Lucas dłuższą chwilę się wahał. Dziewczyna powierzyła mu tajemnicę która mogła ją kosztować życie. Miał bardzo podobną i coś czuł, że jak teraz przemilczy to ani dobrze to nie wyjdzie ani szczerze.
-Też jestem swego rodzaju dziwakiem. - powiedział z lekkim westchnieniem. Jakby wyciągał śrubokręt z dupy nie lubił się dzielić sekretami. Ufał dziewczynie ale zawsze był zdanie, że im mniej wiesz tym lepiej śpisz. No ale postawiła go w sytuacji bez wyjścia. - Mam różne moce. Zresztą sama zobaczysz. Mówię ci bo po twoich wyznaniach zatajenie tego byłoby gównianym ruchem. - skrzywił się nadal mu się to nie podobało. Odsłonięcie się to błąd
- Co do rodziny. Napiszę ci członków rodziny na kartce jak mówiłem. McKenzi to miejscowy klan od wybuchu apokalipsy. Ponoć mój nieżyjący już pradziadek zwołał tu wszystkich jak zaczęło robić się nieciekawie z całego PSA. Choć wtedy to się jeszcze nazywało USA. Dotarł co piąty ale i tak dobrze się tu przyjęli. Nie mamy wrogów jesteśmy jednymi z głównych handlarzy w małej mieścinie na uboczu. No kończymy powoli starczy tych emocji na jeden dzień. Mamy sporo roboty przed wyjazdem. Została ostatnia sprawa. Wyjmij z tego nieszczęsnego Inżyniera kulkę która go uśmierciła, zanim się rozejdziemy. Jesteś pewnie subtelniejsze w takich sprawach a gościowi należy się odrobina szacunku po śmierci. Jak ją dostanę, dowiem się kto go zabił. - powiedział lekko zamyślonym głosem.

To że oczy Oriany zrobiły się wielkie było sporym niedopowiedzeniem. Przypominały dwa biało-błękitne spodki z czarnymi punkcikami źrenic w samym środku. Wstrzymała oddech, zamierając bez ruchu i tylko patrzyła, co kilka chwil przełykając głośno ślinę. W końcu zaczęła jej drżeć dolna warga, a z jej piersi wydarło się przepełnione ulgą sapnięcie. Czuła się jakby w pokoju wypełnionym ciemnością ktoś zapalił świecę. Wszystkie pochwały nieludzkich zdolności, próba podniesienia na duchu i troska wynikały z tego, że Lucas był podobny… przytuliła go jeszcze mocniej, a potem nagle podniosła głowę i pocałowała w policzek.
- Umiesz takie rzeczy? I to niby ja jestem coś warta? - zaśmiała się, powoli wyplątując z objęć. Wstała na nogi wyciągając do Lucasa ręce - Chodź w takim razie. Bądź moim bohaterem i uratuj ten dzień… a z pewnością nas, kiedyś. Jeżeli umiesz takie cuda, będziemy wiedzieć przynajmniej o jednej osobie która zechce nas odstrzelić przez ten cholerny bunkier.
Lucas podał rękę Orianie i z uśmiechem wstał.
- Jak ładnie poprosisz to ci go nawet narysuje. - otrzepał spodnie kilkoma szybkimi ruchami ręki. - Tylko wiesz ani mru, mru… konspiracja pełną gębą. - popatrzył chwilę na Orianę z uśmiechem. - Dobra bierzmy się do roboty. Proszę wyciągnij kulkę. Od razu ją zabiorę i wezmę się za kołowanie nam jakiś zleceń dodatkowych na trasę.

- Pieczenie ciastek zaliczamy do ładnej formy proszenia? - dziewczyna zaśmiała się, mocniej ściskając jego palce. Razem przeszli w ten rejon włości Eda, gdzie spoczywały doczesne szczątki człowieka przez którego dzisiejszy dzień miał się zakończyć nerwowym oczekiwaniem przed jutrzejszą wyprawą w nieznane. Widok ciała starca wywołał u Oriany smutek, westchnęła zdejmując z ramienia plecak i uklękła obok zwłok robiąc znak krzyża.
- Prosimy cię, Panie, zmiłuj się w swojej ojcowskiej dobroci nad duszą Twojego sługi Harolda, i wyzwolonemu od skażenia śmierci przywróć udział w wiecznym zbawieniu. - szeptała oglądając denata, ale prócz dziury w okolicach lewej łopatki nie wyglądał jakby cokolwiek mu dolegało. Prócz samej śmierci.
- Prosimy Cię, Panie, niech nasza modlitwa uprosi u Twojej dobroci oczyszczenie ze wszystkich win dla Twojego sługi, aby osiągnął Twoje wiekuiste miłosierdzie. - szepcząc sięgnęła po szczypce i ostrożnie zagłębiła je w dawno wyschniętej ranie. Niby pacjent i tak nic nie czuł, ale zbyt obcesowe traktowanie oraz pośpiech w podobnych sytuacjach były dla niej brakiem szacunku, czyli nie do przyjęcia.
- Prosimy Cię, Panie, aby dusza Harolda osiągnęła udział w świętości wiekuistej, której zadatek otrzymała w Sakramencie wiecznego miłosierdzia. Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen. - dokończyła i oddech później wyciągnęła pocisk. Podniosła szczypce, przyglądając mu się pod światło.
Lucas wierzył, że Bóg istnieje. W końcu skoro istniały Anioły i Demony to gdzieś siedział i ich twórca. Miał go jednak za dupka a już napewno nie miłosiernego. Splótł jednak ręce na wysokości pasa i okazał szacunek. Nie Bogu ani nawet nie zmarłemu ale przekonaniom Oriany. Nie wygłosił też żadnego kąśliwego komentarza. Co było heroicznym aktem woli ze strony Lucasa.
- Karabinowy… kaliber 7.62 - skierowała czerwoną kulę w kierunku Lucasa - Plamy opadowe silnie się wysyciły, nie ustępują już pod naciskiem. Mija też pierwsza faza rigor mortis, ciało wciąż nie wystygło do końca. Rogówka mętnieje… od śmierci minęło około ośmiu godzin. Jeśli możesz, zobacz proszę kto był jego katem, a ja… - uśmiechnęła się blado - Ja nic nie wiem, ani nic nie widziałam.
Lucas wziął kulę w rękę po czym skoncentrował się na niej i sięgnął do wnętrza siebie by skorzystać ze swojego daru. Początkowo czuł jedynie metal w ręku. Potem wyczuł twardą powłokę kuli. Później poczuł jakby rozpływała mu się w rękach a on sięgnął do wnętrza. Czuł jakby w nią wchodził. Świat wkoło niego zniknął a on czuł jakby spadał w jasny punkt na końcu niekończącej się przepaści. Jak każdy upadek i ten miał jednak swój finał. Poczuł obecność i zaczął poznawać szczegóły. Jakby sam był kulą i poznawał twarze i charakter właścicieli.

Po kilku chwilach skupienia na pocisku, Lucas poznał dzięki swym mocom płeć właściciela owego naboju. A po chwili kolejny, i kolejny, i kolejny szczegół. Mężczyzna, lat 34… w końcu i ujrzał jego gębę. Nie należała do szczególnie inteligentnych, ani chyba do kogoś, kto był… kimś wartym uwagi. Ot palant, jakich wielu.


A nabój kupił, wraz z innymi, od jakiegoś równie “nijakiego” gościa. A potem kiedyś go wystrzelił z kałacha. I tyle.

Lucas wyciągnął kartkę papieru i ołówek. Chwilę po wizji zaczął rysować jakby nie chciał stracić żadnych szczegółów. Na końcu dopisał. Zabójca Harold Carslona lat 34.
- Zwykły bandzior i dupek. Mogę jednak szukać staruszka zostawi się milicji żeby na niego uważali. Naszym możnaby dać się do wglądu, tylko naraża nas to na mały problem. Powiem im, że skąd to niby wiem? Może lepiej milczeć. Zawsze do tej pory milczałem. Wiedziałem i widziałem więcej od reszty. Ugrywałem na tym nie jedną rzecz ale… nigdy o tym nie mówiłem za głośno. Najwyżej żeby nagiąć kogoś do swojej woli, bezpośrednio zainteresowanemu. Zawsze też miałem bajkę, ktoś cię widział. Ktoś doniósł, wiedział i sprzedał. Teraz powiem, że doniosły mi pieski preriowe? To zabójstwo w dziczy bez świadków. - podrapał się po szyi lekko się krzywiąc. - No i wisisz mi ciasteczka. - powiedział Lucas wręczając obrazek do rąk Oriany.

Narysowana twarz miała w sobie coś odrzucającego, dziewczyna pomyślała, że nie chciałaby spotkać żywego oryginału na swojej drodze. Może chodziło o oczy? A może o świadomość patrzenia na kolejnego mordercę.
- Fascynujące… - wyszeptała, wbijając oczy w kartkę. Teoretycznie Lucas mógł się zgrywać i dworować z naiwnej medyczki. Tylko jakoś nie umiała mu nie ufać, brzmiał jakby był szczery, brakowało charakterystycznego zwężenia źrenic jak wtedy, kiedy ludzie kłamali. Poza tym chciała mu wierzyć i ufać. W końcu nie być samotnym plugastwem, ale mieć za towarzysza kogoś wartościowego, przed kim niczego nie trzeba udawać.
- Ktoś w twojej rodzinie wie o tym co potrafisz? - uniosła wzrok znad papieru - Jeśli tak ostrzeż ich, na wszelki wypadek. Poprawnie byłoby zgłosić mordercę, ale masz rację… rozwiązanie rodzi jedynie niepotrzebne, niebezpieczne pytania. Musiało być ci ciężko… ale nie martw się - westchnęła, odkładając kartkę na stertę skrzyń. Uśmiechnęła się szeroko, podchodząc bliżej i pocałowała blondyna w policzek
- Teraz masz mnie. Dostaniesz coś słodkiego, w końcu dałam słowo, prawda? Spróbuj zorganizować zapasy, ja się rozejrzę za lekami i… dziękuję. Tak po prostu.
- Teraz to chyba ty mnie masz. Coś... słodkiego. - Lucasa rozbawiła dwuznaczność tych słów połączona z pocałunkiem w policzek.
- Nie wspomniałaś już o ciastkach - lekko się zaśmiał mrugnął do niej okiem i ruszył w swoją stronę. Zostawiając dziewczynę samą z grą słów i dwuznacznością sytuacji która bardzo mu odpowiadała. Nie był przecież obojętny na jej wdzięki.

Idąc do domu to właśnie Lucas zrozumiał. Chciał dziewczynie pomóc bo była miła i sympatyczna. Noo ładna i młoda też. Stąd z rozmowy która miała obejmować poradę "kłam lepiej". Połączoną z niech ci ktoś pomoże utrzymać bajkę. Wyszła bardzo otwarta i sympatyczna rozmowa. Oriana się otworzyła czego McKenzi się kompletnie nie spodziewał. Bo w świecie w którym żył otwartość oznaczała odsłonięcie. Zdradzona tajemnica, znaczyła słabość. Pokazała mu zupełnie coś innego co było miłą odmianą. No i te moce... ten ciężar, inność i poczucie wyobcowania. Jakbyś był elementem, puzzlem nie pasującym do układanki w koło ciebie. Lucas był otwarty i wygadany. Wychowany w olbrzymiej rodzinie ale i tak te uczucia mu towarzyszyły. Nagle poznał kogoś podobnego do siebie. Coś poczuł nie potrafił jeszcze tego nazwać czy wyjaśnić. Telepata wiedział też, że wchodzi na bardzo grząski grunt. Dziewczyna mogła popełnić błąd a on popełni kolejny żeby jej pomóc. Już teraz to wiedział. Jeśli ciężko było się ukryć jako osoba z mocą. To dwie osoby z mocą były przepisem na katastrofę. Dlaczego zatem się uśmiechał? No właśnie obawy... Lucas miał je szczerze pierwszy raz od dawna głęboko w dupie. Będzie co ma być.
 
Icarius jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 31-12-2020, 12:36   #6
Administrator
 
Kerm's Avatar
 
Wizyta u Boba nieco się przedłużyła i James wrócił do domu sporo po dwudziestej. Dzieci bawiły się w salonie, a Evelyn krzątała się w kuchni.
- Dzień dobry... - powiedział, niezbyt głośno, James.
- Dobry wieczór - Odparła kobieta, z lekkim uśmiechem, zabarwionym przekąsem, spoglądając na Jamesa.
- Witaj... - Podszedł do kobiety i pocałował w policzek.
- Jesteś głodny? Chcesz kolację? - Spytała Evelyn, po czym wskazała dłonią na jakiś garnek - Jeszcze trochę zostało…
- Bardzo głodny... - Przyciągnął ją do siebie i pocałował w szyję, równocześnie kładąc dłoń na jej pośladki. W odpowiedzi zaś usłyszał jej mruknięcie zadowolenia. Po chwili jednak i pacnęła go dłonią po ramieniu.
- Dzieci są obok… - Szepnęła.
- Będziemy cicho - zapewnił ją, równocześnie sięgając dłonią pod jej spódnicę.
- Jaaameees… - Opierała się Evelyn - ...nie myłam się…
Pieprzyć to, pomyślał.
- Nie przeszkadza mi to - powiedział szczerze. - No to chodźmy się umyć, jeśli musisz…
- Albo szybki numerek tutaj? - Powiedziała kobieta, figlarnie przygryzając usteczka - Tylko zamknij drzwi na klucz…
James nie odpowiedział, tylko zamknął drzwi. I sprawdził, czy na pewno nie można ich otworzyć. Co prawda ewentualni widzowie by mu nie przeszkadzali, ale rozumiał niechęć Evelyn do zbyt wczesnego uświadamiania dzieci.
Wrócił do kobiety i ponownie ją pocałował. Uniósł jej spódnicę. Wdówka odwzajemniła pocałunek, po czym minimalnie stanęła w rozkroku, dając lepszy dostęp do interesujących Jamesa miejsc jej ciała…
- Pyszności... - mruknął i, korzystając z ułatwienia, sięgnął dłonią między uda kobiety. Palce Jamesa zabrały się za sprawdzanie gotowość Evelyn do wspomnianego numerka. Cienki materiał majteczek kobiety, nie zdradzał jednak nic szczególnego… choć uśmiech na ustach Evelyn, i jej odrobinkę szybszy oddech, świadczyły już o czymś innym. Wdówka z kolei, pogładziła dłonią krocze mężczyzny przez spodnie.
- To jakbyś chciał? - szepnęła.
Palce Jamesa wsunęły pod majteczki, po czym zaczęły wędrówkę w poszukiwaniu czułych miejsc na ciele kobiety.
- A może ty masz ochotę na coś specjalnego? - wyszeptał jej do ucha.
- Jak chcesz możemy od tyłu… mmmm… - Evelyn zamruczała, gdy palce Jamesa dotarły do jej kobiecości.
- Chętnie... - Ponownie ją pocałował, tym razem w szyję. W tym samym czasie jego palce kontynuowały swą działalność, to trochę wsuwając się do środka, to wędrując w okolicach wejścia.
Drugą dłoń intensywnie zajmowała się pupą kobiety. Po kilku chwilach, wdówka sama wsunęła swoje dłonie pod spódniczkę, i zsunęła majtki w dół, a te opadły u jej stóp.
- Wyciągnij go… - Mruknęła ze słodkim uśmieszkiem.
Takiej prośbie w takiej sytuacji nie można było odmówić, więc James zaczął się zmagać z zapięciem spodni. Jedną ręką, bowiem drugą nie przerywała pieszczot. Mimo tego utrudnienia już po chwili gotów do działania 'oręż' Jamesa ujrzał światło dzienne. Ich usta złączyły się szybko w pocałunkach, a James pieścił jeszcze dłuższą chwilę kobiecość Evelyn, ona z kolei pieściła w dłoni jego męskość.
- Dłużej nie wytrzymam… - Szepnęła kobieta, i odwróciła się, wypinając zachęcająco tyłek.
James nie wahał się nawet przez ułamek chwili. Już od pewnego czasu był gotowy, więc z zapałem wszedł w wilgotne wnętrze, równocześnie chwytając kobietę za biodra.
- Och… - Cichutko jęknęła kobieta, przyjmując go w siebie, i lekko pochyliła się bardziej do przodu.

* * *


Parę godzin później, gdy dzieci Evelyn już spały, James ponownie zaczął dobierać się do Evelyn.
- Muszę się tobą nacieszyć - powiedział. - Rano muszę wyjechać. Evelyn zastygła w pół ruchu, po czym spojrzała z dosyć poważną miną na Jamesa.
- Wyjechać? - Powtórzyła po nim.
- Bob załatwił jakąś robotę, kawałek stąd - odparł. - Za Jefferson City. Dwa, może trzy tygodnie.
Wdówka ciężko westchnęła, a w jej oczach aż... zamigotały łzy?
- Ale wrócisz? - Powiedziała.
- Spróbuję... - Udzielił jedynej odpowiedzi, jaka mogła paść w tej chwili. - Ale sama wiesz...
- A co to za robota? - Padło kolejne pytanie z jej strony.
Pokręciło głową.
- Nie znam szczegółów - powiedział. - Podobno zyskowna. Równie dobrze może się okazać, że stracimy czas.
- Nie lubię Boba… przez niego cię stracę? - Powiedziała z markotną miną, spoglądając prosto w oczy Jamesa.
- Zobaczymy... - odparł. - Bob to prawdziwy przyjaciel. Ale proponowałbym cieszyć się chwilą obecną, a nie myśleć o tym, co może się stać. - Uśmiechnął się do niej, po czym przyciągnął ją do siebie. - Wykorzystajmy to, że jesteśmy tu i teraz... a dzieci śpią.
- To możesz się w spokoju spakować - odparła Evelyn marszcząc brewki - Najpierw obowiązek, potem przyjemność?
- Zdążę... - zapewnił, ale odsunął się o pół kroku. Nie wyszedł jednak z sypialni, chcąc dać jej czas na zmianę decyzji.
- Idę się napić. - Evelyn podjęła zgoła całkiem inną decyzję, jak na tą chwilę, i sama ruszyła do drzwi.
- A ja się spakuję - odparł James, schodząc jej z drogi. - Zobaczymy się rano.
Na ostatnie słowa Jamesa, kobieta wprost zbiegła po schodach na dół…

James odetchnął głęboko, po czym, powoli, ruszył za Evelyn. Zdawał sobie sprawę z tego, że sytuacja się zbytnio skomplikowała, ale przecież nigdy nie ślubował jej miłości i wierności. I że zostanie w Woodbury do końca życia. Dobra zabawa w łóżku i tyle.
Dobrego wyjścia z tej sytuacji nie było. A przynajmniej on jej nie widział. No chyba że zdecydowałby się zostać z Evelyn na stałe. A to... Raczej nie był na to gotowy. Fakt - lubił ją. W łóżku była dobra, a wigoru mogła jej pozazdrościć niejedna młódka. Ale czy to byłaby solidna podstawa dobrego związku? Wątpił.
Poza tym świat pełen był młodszych i starszych kobiet, które chętnie grzały mu łoże i umilały wieczory i poranki tudzież, niekiedy, inne pory dnia. Dlaczego, póki jeszcze był pełen sił, miałby się ograniczać do jednej?
Był też przekonany, że za miesiąc, dwa gorąca wdówka znajdzie sobie pocieszyciela. Nawet teraz niejeden spoglądał na nią łakomym wzrokiem.
Ale to nie znaczyło, że mają się rozstawać w gniewie.
Wszedł do kuchni. Evelyn siedziała na blacie kuchennym, już pijąc prosto z flaszki. Po jej policzkach ciekły łzy.
- Przepraszam cię... - powiedział, a kobieta odwróciła od niego wzrok, wpatrując się w ścianę.
- Nie możemy się w taki sposób żegnać. - Położył dłonie na jej ramionach.
- Zobaczymy… - Mruknęła po chwili, nadal na niego nie spoglądając.
- Evelyn... Postaram się wrócić... - powiedział.
Czy była to prawda? Sam nie był tego pewien.
- Mhm - Stwierdziła, jakoś nie bardzo przekonana, ale już na niego spojrzała.
- Pomożesz mi się spakować? - spytał.
- Mmhh - Coś tam sobie znowu prychnęła pod noskiem, po czym… lekko go kopnęła stopą w skarpetce po biodrze.
- A spróbuj nie wrócić bogaty - Powiedziała, nieco krzywo się uśmiechając.
- Postaram się - odparł. - Chodźmy do góry - zaproponował, równocześnie zabierając jej butelkę i odstawiając ją na stół.

* * *


James był przygotowany, jak zawsze, na szybkie opuszczenie miejsca pobytu. I zwykle nie miał zbyt dużego bagażu. Nie przywiązywał się ani do miejsc, ani do przedmiotów.
Jedyny wyjątek robił dla broni.

- Ile się tego nazbierało... - mruknął z niedowierzaniem, patrząc na górę różnych dupereli, jakie zgromadził podczas półrocznego pobytu w Woodbury. Niektóre miały jakąś wartość, inne tylko sentymentalną. Wszystko to postanowił zostawić. Najwyżej, jeśli James nie wróci, Evelyn wszystko sprzeda. Albo wyrzuci, ledwo James opuści próg domu
- Zabieram tylko to - powiedział, odstawiając pod ścianę broń i wypchany plecak. Zrobił krok w stronę Evelyn, lecz ta udała, że tego nie widzi.
- Kto jeszcze jedzie? - spytała. - Bob, ty...?
- Gładki, Klara i medyczka - odparł.
Widać było, że informacja o ostatniej uczestniczce wyprawy nie przypadło Evelyn do gustu.
- Niedoświadczona medyczka? A nie doktor Flynn? Teraz już wiem... To nie chodziło o robotę! Poleciałeś na ładne cycki i młodą dupę!
James nie zaprzeczył, bo nie zdążył.
- Ty draniu! - Evelyn podniosła głos. - Nigdy nie powinnam wierzyć tym twoim gadzim oczkom! Wiedziałam, suczy synu, że interesuje cię tylko mój tyłek, wiedziałam! Precz! I nie pokazuj mi się na oczy!
Evelyn pochyliła się, a potem koło głowy Jamesa przeleciał i trafił w ścianę ciężki, skórzany, domowej roboty pantofel.
- To nie... - zaczął James, lecz Evelyn nie słuchała.
Gdy kolejny pocisk poleciał w stronę Jamesa, ten chwycił swoje rzeczy i zdezerterował
Przypominanie, że Evelyn równie chętnie rozkładała nogi, jak on korzystał z tego zaproszenia, zdało mu się działaniem nieskutecznym i zdecydowanie niekulturalnym. Podobnie jak i przypomnienie, że nigdy nie ślubował jej miłości i wierności. Zapewnienia zaś, że to nie cycki Oriany skłoniły go do wzięcia udziału w tej wyprawie, też niczego by nie zmieniły.
Założył plecak, po czym ruszył w stronę warsztatu. Miał nadzieję, że mimo późnej pory Bob go przygarnie.
 
Kerm jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 31-12-2020, 13:59   #7
 
Buka's Avatar
 
1- szy dzień podróży

Woodbury do Nashville (Tennessee)

Każdy spędził ostatnią noc na swój sposób… a czasem i nie do końca na własny. Klara w objęciach Cory, James uciekając przed Evelyn, Lucas i Oriana nie mieli z kolei aż takich burzliwych wieczorów i nocy. Pakowano się, przygotowywano do wyruszenia w daleką drogę, w podróż przez spory kawał PSA, po niby wielkie bogactwo…


Rankiem wszyscy stawili się o umówionej godzinie w warsztacie, w mniej lub bardziej dobrych humorach, gotowi by ruszyć. Pierwszym zaskoczeniem był fakt, iż Bob miał jechać na swoim motorze. Uparł się, i tyle, i nic ani nikt go nie przekonywało do innej decyzji… niech już będzie.

Drugim zaskokiem, było załatwienie na szybko przez Lucasa małej fuszki, i to takiej do wykonania po drodze. Towarzystwo miało przewieźć pickupem… krowę. Tak. Zwykłą, wielką, żywą, cholerną krowę. Zabrać ją do Nashville, oddać gdzie trzeba, i skasować zapłatę za samo dostarczenie, nie za “mućkę”. W końcu to po drodze, będą tamtędy przejeżdżać. Nic innego nie było. A za owe dostarczenie żywej krowy, pewnie dostaną i kanister paliwa… tylko jak ją wsadzić na pakę?? I czy Ford to wytrzyma?

Po godzinie kombinowania, okazało się, iż wytrzyma.

Bob na Harleyu, James za kierownicą auta, reszta wraz z nim w podwójnej - na chwilę obecną zagraconej zapasami i sprzętem na drogę - kabinie, krowa na pace. No to w drogę!

“Muuuuu…”

***

Najpierw na stanową “70” z dwoma pasami, opuszczając Woodbury, gdzieś tak przez godzinkę czasu jazdy, przez wiejskie krajobrazy. Zniszczone gospodarstwa, rozpadające się domy, zarośnięte dziczą dawne pola uprawne, tu i tam pordzewiały wrak samochodu, od czasu do czasu trochę drzew, czasem więcej, czasem mniej… nic ciekawego, nic niezwykłego.

Bob na motorze na przodzie, w razie czego odzywający się do krótkofalówki.

Kilometr za kilometrem, jazdy o słonecznym poranku.

“Muuuuu…”

Mućka na pace miała się dobrze. Farmer z Woodbury - ten ją sprzedający - po kwadransie walki z tępym bydlem, w końcu i doprowadził do tego, by krowa siadła na pace. Oczywiście tak zatrzeszczało zawieszenie Forda, że Bob mało się nie popłakał… nic się jednak nie stało. Krowie więc zasłonięto oczy na podróż, przymocowano ją również pasami ładunkowymi, by czasem jej się nie zachciało wstawać w trakcie drogi, i tyle. Te dwie, maksymalnie trzy godziny podróży do celu tak przeżyje.

….

Wkrótce z 70-tki zjechano na międzystanową autostradę 24, obok jakiejś dziury zwącej się Murfreesboro. Dwa pasy zmieniły się na trzy, i można było nawet nieco przyspieszyć, zwiększając prędkość powyżej 100km/h.

Teraz już prosto do Nashville, odstawić krowę, skasować zapłatę, a potem dalej, i dalej, i dalej, ku (pod)ziemi obiecanej, czy jak to tam nazwać...

***

Tuż przed samym Nashville, gdy po prawej było już widać ruiny dawnego lotniska, Bob wypatrzył niebezpieczeństwo na autostradzie. W miejscu gdzie przecinała ją 155 (według atlasu drogowego), gdzie było sporo "zawijasów" autostradowych, ktoś się czaił na resztach mostu ponad autostradą 24.

Jak nic jakaś pułapka drogowych bandziorów, czających się na podróżnych. Rzucą ci cegłą w szybę i się rozbijesz wozem, albo przestrzelą opony, wszystko by złupić, okraść, zabić, albo i wziąć w niewolę. W najgorszym przypadku nawet, by kurna po prostu cię... zjeść.

Zawracać i jechać inną drogą? Raczej lipny plan. No ale przecież od czego się ma sztucery.

Z dużej odległości, nawet przez celownik optyczny, przeciwnik i tak był po prostu "jakąś postacią w ubiorze". Zwłaszcza, gdy klęczał, i chował się za jakimiś barierkami… brak rozpoznawalnej płci, wieku, twarzy. To pomagało przy sprzątnięciu takiego delikwenta.

Cel Jamesa po strzale po prostu zwiotczał i się przewrócił.

Cel Klary czołgał się jeszcze dwa metry w bok, ale w końcu również padł i zastygł bez ruchu.

No to teraz dać gazu do dechy, chować się po wnętrzu auta, i tyle… gdy przyjeżdżali nie padły żadne strzały. Nikt ich nie zaatakował, nikt się więcej nie pojawił na widoku, najwyraźniej poskutkowała wcześniejsza akcja. Chociaż w sumie nie powinni już tak więcej cudować. Raz i tyle, a przy następnym takim spotkaniu lepiej pomyśleć o innych sposobach niż "uraaa przez nich".

….

Do samego centrum miasta na szczęście nie wyjeżdżali, a zresztą i tak nie było po co. Tam przecież masa poprzewracanych wieżowców, ulice nieprzejezdne. Niemal jak każde miasto w PSA, albo zagruzowana - albo i nie - zbiorowa mogiła dla tysięcy ludzi.


Woodbine i Glencliff, to w tych dzielnicach na przedmieściach teraz żyły resztki tej metropolii… tam też się skierowano.

Na targowisko, gdzie miał odebrać krowę nowy właściciel. Choć samo słowo "targowisko" było raczej przesadą. Ot duży plac, na którym ono kiedyś mogło być, w obecnych czasach służył jedynie bowiem jako miejsce spotkań, i znaną wszystkim lokację. Nikt przecież przy zdrowych zmysłach nie ustawi sobie stołu pełnego towarów, licząc na handelek. W ciągu godziny byłby przecież zabity i obrabowany...

Ale kręciło się tu jednak dużo osób. Sprzedawano coś z bagażnika, gadano, kłócono się, liczono na jakąś atrakcję i okazję. Obydwoma ostatnimi było zaś przybycie w te miejsce właśnie gościa na Harleyu i paru osób w Fordzie, z kurde krową na pace...






***

Komentarze jeszcze dzisiaj...
 
__________________
"Nawet nie można umrzeć w spokoju..." - by Lechu xD
Buka jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 01-01-2021, 14:04   #8
Administrator
 
Kerm's Avatar
 
Evelyn nie pogoniła za Jamesem z dubeltówką w dłoni,by za pomocą garści ołowiu dokończyć gniewny monolog i definitywnie zakończyć dyskusję.

Bob przygarnął przyjaciela, chociaż najpierw zrobił minę pełną zaskoczenia (gdy James zastukał do jego drzwi), a potem roześmiał się w głos (gdy poznał powód wspomnianego kołatania).
- Wejdź, wejdź - powiedział. - Pusta chata, miejsca dosyć.
James skorzystał z zaproszenia.
- Co zrobiłeś z Giną? - spytał Boba, gdy już znalazł się za progiem i zamknął za sobą drzwi.
- Khhhh… - Mechanik przejechał kciukiem po własnym gardle z grobową miną.
- Dobra metoda... - James skinął głową z udawaną aprobatą. - Skuteczna. A tak na serio?
- Powiedziałem jej, że ma zamknąć pysk, i przywiozę jej dużo fantów - roześmiał się Bob.
- Gina jest fajna. Szkoda by jej było. - James pokiwał głową. - Do bystrych nie należy, ale czasami wie, co jest ważne. - Uśmiechnął się. - Lubi prezenty. I wie, że w tej materii dotrzymujesz obietnic. - Uśmiechnął się jeszcze szerzej.

* * *


"Krowa?" James z pewnym zaskoczeniem spojrzał na ich przyszły ładunek. "To, według Gładkiego, nazywało się okazją?" Przeniósł wzrok na Lucasa. Ciekaw był, czy ten zna się na bydle domowym i ma doświadczenie w transporcie tego typu zwierzątek... James od dawna z bydłem domowym miał do czynienia gdy leżało w charakterze wołowiny, na talerzu.
Zdecydowanie lepiej by było, gdyby ktoś się znał na tych sprawach, bo gdyby przewożonej mućce coś się stało, to byłyby kłopoty.
On sam niezbyt miał ochotę współuczestniczyć w przenoszeniu krowy na pakę Forda, a i Bob nie wyglądał na zachwyconego.
- Zasra na całą pakę - powiedział niezbyt głośno do Jamesa. - Ale sprzątać będzie ten, kto to wymyślił.
Przy wydatnej pomocy poprzedniego właściciela krasula - związana niczym baleronik, z zawiązanymi oczami niczym skazaniec - znalazła się na pace. Mimo więzów była w stosunkowo komfortowej sytuacji, w przeciwieństwie do pasażerów Forda, którzy w kabinie musieli się tłoczyć razem z bagażami.
- Komu w drogę, temu czas - powiedział James, siadając za kierownicą.
Zatrąbił na pożegnanie.

* * *


- Uważajcie, ktoś się czai na moście, na górze! - Z głośniczka krótkofalówki dobiegł głos Boba. - Z prawej.
James zwolnił, potem zahamował.
Oczywiście mogliby spróbować się przemknąć, ale a nuż ci z zasadzki ustrzeliliby mućkę, to nie możnaby tego nazwać udanym wymknięciem się ze wspomnianej zasadzki.
- Masz niezłe oko, Bob - powiedział po chwili, straconej na chwycenie za sztucer i wypatrzenie osób, kryjących się za resztkami mostu.
- Dwie sztuki, mój ten z prawej... - powiedział.
Pociągnął za spust, gdy ciemna sylwetka znalazła się na skrzyżowaniu nitek celownika.
Kolejny strzał nie był już potrzebny, a kula Klary też zrobiła swoje.
- Dobra robota - usłyszeli głos Boba. - Możemy jechać.
W normalnych warunkach James sprawdziłby, kogo ustrzelił i, przede wszystkim, zgarnąłby łupy, ale ta sytuacja do normalnych nie należała. Wiózł towar, wiózł pasażerów, a nie było gwarancji, że gdzieś tam nie czai się gromadka bardziej nieśmiałych towarzyszy ustrzelonych zasadzkowiczów.
Ruszył, nie odczuwając najmniejszych nawet wyrzutów sumienia. A jeśli czegoś żałował, to tylko wystrzelonego naboju.
Nie miał też zamiaru nikomu tłumaczyć się czy uzasadniać swoją decyzję - jeśli ktoś się krył, w takim miejscu, to przyjaznych zamiarów z pewnością nie miał.
- Nikomu ani słowa o tym spotkaniu - powiedział, to samo przekazując Bobowi.
Ustrzeleni bandyci mogli mieć w Nashwille krewnych i przyjaciół, którzy z pewnością nie byliby zachwyceni losem swych krajanów. A to by mogło się skończyć nieciekawie.

* * *


Do celu dojechali już bez przeszkód, chociaż swym ładunkiem wzbudzali pewną sensację.
Dzień był jeszcze młody, pozostawało zatem pozbyć się mućki, odebrać zapłatę. Ale tym, zdaniem Jamesa, mógł się zająć organizator tego malutkiego zlecenia.
- Koniec podróży - oznajmił, zatrzymując samochód i wyciągając kluczyk ze stacyjki. - Poszukajcie tego Cleetusa i jego brata. Ja popilnuję auta.
 
Kerm jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 07-01-2021, 23:02   #9
 
Sorat's Avatar
 
- i ładunku… - rzucił Lucas w stronę Jamsa. - W porządku rozejrzę się. Któraś z pań ma ochotę rozprostować nogi? - powiedział McKenzi w stronę Klary i Oriany. Naturalnie zatrzymując wzrok na dłużej na medyczce. - Bob zostaniesz z Jamesem i zadbacie o spokój. Uwinę się o ile Cleetus jest gdzieś w okolicy. Powinien się spodziewać, może nie tyle nas co dostawy. - Gładki jednocześnie odruchowo zaczął otrzepywać i prostować ubranie szybkimi ruchami ręki po dłuższej podróży.

- Krowy tak szybko nikt nam nie ukradnie. - James uśmiechnął się lekko. - A ty, zamiast zabierać pannę na spacer, zajmij się interesami. Na przyjemności będzie jeszcze czas.
- I się tak nie wczuwaj - dodał.
Gdy James stwierdził, że krowy tak szybko nikt nie ukradnie… Lucas spojrzał na niego rozbawiony.
- James, James. Krowę spróbują ukraść przy pierwszej sposobności. Gdy tylko będą mieli na to cień szansy. Co do Panien na spacerze. - popatrzył na niego z zażenowaniem. - Klara i Oriana to sprawdzone kompanki. Mi natomiast przyda się druga para oczu. Kurtuazja mojego pytania tego nie zmieniła. Szukam ochotniczki bo nie chce nikogo ciągnąć na siłę. - Gładki doceniał walory Jamesa, nie lubił jednak głupich uwag.

Do rozmowy wcięła się Oriana. Chwilę zajęło jej wyjście z auta i rozchodzenie ścierpniętych nóg, ale po paru krokach w końcu przestała czuć w łydkach nieprzyjemne mrowienie.
-Skoro tak kurtuazyjnie proponujesz przechadzkę, olbrzymim nietaktem byłoby odmówić - popatrzyła na Lucasa, uśmiechając się wesoło. Zgarnęła też plecak ze sprzętem medycznym, tak na wszelki wypadek. Sapnęła ciężko, ledwo zarzuciła bagaż na plecy.
- Ktoś z was ma specjalne zamówienia? - rozejrzała się po reszcie twarzy i doprecyzowała - Coś do picia, albo przegryzienia? Jeśli po drodze znajdzie się stragan z czymś, co nie wygląda na nieudany eksperyment szalonego naukowca, może da się to zjeść...tylko bardzo was proszę, bez przegięć - parsknęła - Atomówki i martini z lodem tu raczej nie dostaniemy.

James spojrzał na Lucasa takim wzrokiem, jakby miał do czynienia z małym dzieckiem.
- Udajesz, czy naprawdę wierzysz w to, co mówisz? - spytał. - A może chcesz zrobić dobre wrażenie...? Krowy nikt nie ukradnie, dopóki ja tu jestem. A jeśli chodzi o Orianę... - Przeniósł wzrok na medyczkę. - Nie wygląda na twardziela, tylko na łatwą ofiarę, a to prowokuje kłopoty. Tych zaś powinniśmy unikać.
Nie dodał, że to samo dotyczy 'Gładkiego', który nie wyglądał na gościa, co potrafiłby zadbać o bezpieczeństwo swojej panienki. Głupiego stwierdzenia "druga para oczu" też nie chciał komentować, bo wyglądało na to, że Lucasowi nie o oczy chodziło.
Gładki wymownie podniósł brew wysłuchał Jamesa po czym bezczelnie się uśmiechnął.
-Skup się na swojej robocie. Moją zostaw mi. - uciął pyskówkę "żołnierza". Któremu zebrało się na popisy. Mógł mu powiedzieć do słuchu ale to tylko zaogniłoby sytuację. O co Jamesowi chodziło? A tak pewnie zazdrość… Lucas zwyczajnie odwrócił wzrok i zaczął mówić do Klary - Pójdziesz z nami? Dodatkową para oczu wciąż jest w cenie. Trzy są lepsze niż dwie. - powiedział do towarzyszki.
- Lucas, nie ty tu dowodzisz, więc nie wydawaj nam poleceń - odparł James. - Moją sprawą jest przede wszystkim dbanie o bezpieczeństwo wszystkich. A więc zwrócę ci uwagę za każdym razem, gdy, moim zdaniem, będzie robić głupoty. A robisz, bo się zachowujesz jakbyś był w Woodbury, gdzie każdy cię zna.
- Nie umiesz odpuścić co? - na moment znów zawiesił oko na towarzyszu.- Nikt tu nie wydawał rozkazów. A jedyną osobą która próbuje się tu rządzić jesteś ty sam. - Lucas odpowiedział znudzonym tonem kompanowi. - Poradzimy sobie. - ponownie podkreślił swoją opinię.

Słuchający tego wszystkiego Bob pokręcił głową, po czym wielce odkaszlnął, maskując śmiech…
- Taaa, dobra - Mruknął pod nosem, po czym dodał już naprawdę głośniej, do paru osób gapiących się na jego motor - Oglądać możecie, ale jak który dotknie, to maczetą łapę upierdolę! Hehe! - Wyszczerzył do miejscowych zęby.

- Kurwa, ja pierdole - skomentowała Klara, jednocześnie wysiadając z auta. - Krowa to żarcie, dużo żarcia, a przy odrobinie szczęścia i byku żarcie na dłuższą metę nawet wiele lat. Nasze pra, kurwa, pra, pra babki umiały jedną krową wyżywić całą wielodzietną rodzinę przez długi czas - na początek postanowiła wyjaśnić Jamesowi wartość krowy z którą ten ma zostać. - Pójdę z wami - zgodziła się.
- Skoro tak wysoko cenisz naszą krowę, to tu zostań, tak jak ja, i też jej pilnuj - odparł James. - Ale widocznie co innego myślisz, a co innego mówisz.
Oriana uniosła dłonie w pokojowym geście.
-To drobnostka, nic nieznaczący detal o który naprawdę nie ma sensu się kłócić. - westchnęła - James, jesteś najlepiej zaznajomiony z bronią. Razem z Bobem spokojnie sobie poradzicie w razie czego, a my - popatrzyła na Klarę i Lucasa - Pójdziemy na miasto. Dwie osoby zdatne do obrony zostaną przy aucie, dwie pójdą poszukać odbiorcy przesyłki i tu najlepiej sprawdzi się Lucas, bo z nas wszystkich ma najbardziej gadane - posłała Gładkiemu ciepły uśmiech - W tym równaniu żadna ze stron nie będzie pokrzywdzona, bo jak już ustalono...akurat ze mnie żadne wsparcie, a chętnie rozprostuję nogi. Dlatego drugimi oczami będzie Klara - na koniec uśmiechnęła się do kobiety z pistoletami - Jej spojrzeniu nic nie umknie, więc… postaram się nie sprawić im problemów. Liczymy że krowa uczyni to samo.- wzruszyła ramionami na koniec.
James nie odpowiedział, bo to, co miałby do powiedzenia nie zmieniłoby sytuacji, a jedynie do końca popsułoby relacje wewnątrz ich małej grupki.
Klara tylko odwzajemniła uśmiech, nic nie komentując. Według niej młoda lekarka miała rację. A gdyby to Klara miała z kimś gadać to bieda im. Ochraniać za to jak najbardziej.

Trójka towarzyszy oddalała się od auta… przeszli tak gdzieś 20, może 30 kroków. Byli obserwowani przez miejscowych, przez jakieś dwa tuziny oczu. Miejscowi szacowali sytuację, szacowali, czy warto cokolwiek zrobić.

Nikt z całej trójki nie miał żadnej długiej broni. Gówniara pistolet, młody pistolet, wydziarana dwa pistolety… przeciw nożom, pałkom, czy tam i jakimś niby maczugom, butelkom… zasada 10 kroków szybko by przestała mieć znaczenie. Jakby rzucili się na nich całą bandą, całym tłumem, może jeden czy dwóch by zginęło, a reszta by się obłowiła fantami… no i do tego byłyby trzy apetyczne dupcie, w które można pakować dniami…

Wraz z warkotem silników, rozległ się wyjątkowo dziwaczny, całkiem odlotowy klakson. Na plac wtoczył się pieprzony Mustang, o wyjątkowo powiększonych oponach, aż Bobowi się wywróciła wątroba na lewą stronę.



- Yoooo kurwa! - Wydarł się ktoś z owego pojazdu - Mućka mućka mućka!

Czyżby to był ktoś z nowych właścicieli krowy? Za przerobionym Mustangiem wjechał zaś i pickup, choć już wcale nie taki odlotowy…
 
Sorat jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 09-01-2021, 00:52   #10
 
Icarius's Avatar
 
- No, zaczyna się zabawa... - mruknął James, ściągając z ramienia sztucer. - A miłośnik... hmmm... oczu... wybrał się na spacerek. Cholera by go...
Trzech w Mustangu, trzech w pickupie... Sześciu pasażerów pojazdów to było nieco za dużo... gdyby chcieli przejąć krowę siłą. Ale na legalny odbiór i transport - w sam raz.
- Panowie, nie pchać się! - rzucił dość głośno. - Jeszcze nie zaczęliśmy sprzedawać biletów!
Lufa sztucera powędrowała w stronę nowo przybyłych, jednak nie była skierowana w nikogo konkretnego.
- Ja jebię - skomentowała Klara, znów nie oszczędzając niczyich uszu. Jej pistolety z automatu znalazły się w dłoniach. Jeszcze nie celowała w nikogo czekając na rozwój wydarzeń, jednocześnie przeprowadziła szybką analizę otoczenia, szukając miejsc i rzeczy, za którymi można by się schować w razie otwarcia ognia.
- Staniemy tak żeby między nimi a nami był tył pickupa. Zapewni nam trochę osłony na początek. - zwrócił się do Klary i Oriany choć był świadom, że tylko ta druga może potrzebować rady. Od pierwszej sam by się pewnie czegoś nauczył. Lucas sięgnął po swojego gnata i zajął pozycję by osłaniać Jamsa. Sytuacja wciąż mogła rozejść się po kościach. Ludzie na pustkowiach byli świadomi, że życie mają jedno. Czasami nie warto sięgać po łup. Cierpliwie wyczekiwał co zrobią przybysze.
- Ano Mućka. Taki ładunek się trafił. - krzyknął do nowo przybyłych.
-Pewnie nie ma co liczyć, że chcą tylko spytać o drogę, prawda? - medyczką mruknęła cicho, chowając się trochę za sylwetką blondyna i patrzyła mu przez ramię. Po chwili wahania też wyjęła broń, korzystając z żywej osłony.
- Nie za dobrze strzelam... chyba ci o tym wspominałam - dodała przepraszającym szeptem.
- Może być różnie ale nie zawsze kończy się strzelaniną. - odpowiedział Lucas z uśmiechem Orianie. Jakby mówił o pogodzie. - Pamiętam, pamiętam. Skup się na dobrej osłonie dla siebie. Strzelaj gdy masz okazję. Twoje umiejętności przydadzą się po strzelanine. Wtedy nasze z kolei będą mało przydatne. - pocieszył dziewczynę. Podkreślając, że każdy ma inny talent.

Trójka "spacerowiczów" szybko cofnęła się do reszty towarzystwa, a wszyscy zaczęli mieć obawy odnośnie strzelaniny. Nie dość, że miejscowy tłumek chciał bliżej poznać paru z nich, to teraz jeszcze jakieś cwele w autach…
- Zanim zaczniecie szczać po gaciach, i walić z pukawek, jesteśmy tu po krowę! Hahaha! - Zaśmiał się jakiś palant, wystawiając gębę z Mustanga.



A oba auta zatrzymały się. Z pickupa wysiadło zaś dwóch innych kolesi.
- Wooohoooo!
- Iiiiiiiihaaaa! - Darli gęby jak przygłupy, chyba… ciesząc się z krowy?

- Który to "Gładki"? - Spytał ten z Mustanga.
- Ten przystojniaczek. - James machnął w stronę Lucasa. - Chodź pogadać. Ale wiesz... bez nadmiernego pośpiechu - dodał.
Lucas uśmiechnął się pod nosem. Stał pomiędzy dwoma pięknymi Paniami a interes miał szansę wypalić. Zdecydowanie lepsza alternatywa niż strzelanie się z motłochem lub przybyłymi wieśniakami.
-Klaro proszę miej oko na naszych klientów i tłumek za plecami. - wskazał lekkim ruchem głowy na lokalsów. - Jednym i drugim nie opłaca się robić nic głupiego. Sama jednak wiesz trzeba pokazać gotowość. Spojrzał też na Orianę i dodał dla klika słów do medyczki.
- Pójdzie Gładko ale gdyby się coś spierdoliło. Trzymaj się blisko mnie lub Klary.
Klara spełniła prośbę Lukasa, starała się mieć jednych i drugich na oku, nie chowając wciąż swojej broni.

Lucas ruszył do wieśniaka.
-Jestem Gładki. Zapewne Cleetus? - powiedział wrzucając trochę na luz i wyciągając rękę na powitanie. - Ładna bryka pochwalił wóz jakim przyjechali odbiorcy. Dużo pali? - zaczął niezobowiązującą rozmowę McKenzi.
- Ja.. jestem… Earl… - Wystękał koleś w czapeczce, wyginając się z okna, by podać rękę Lucasowi - Sorry, że nie wyłażę, ale do tej bryki się strasznie chujowo wchodzi i wychodzi, hahahaha! - Zaśmiał się Earl - Cleetus jest tam - Wskazał swojego brata. Faktycznie, wyglądał jak typowy redneck-Cleetus.



- Były jakieś cyrki po drodze? - Gadał dalej Earl, podczas gdy Cleetus już ustawiał ich pickupa tyłem do pickupa towarzystwa z Woodbury, pewnie by "przesadzić" krowę… i filował na dziewczyny, a zwłaszcza na Orianę.

Dwóch miejscowych nie wyglądało tak, jak ludzie z którymi medyczka chciałaby zapoznać się bliżej niż stopa zawodowa, tym bardziej nie podobała się jej obserwacja przez obce oczy. Stała jednak prosto, udając że się nie denerwuje. Uśmiechała się tylko uprzejmie, coraz mocniej przy okazji zaciskając palce na kurtce Gładkiego. Jego obecność uspokajała, dobra przeciwwaga dla krowich kontrahentów. Wciąż też liczyła po cichu, że chodzi o sprawy wyglądu, a nie… cóż. Na szpiegów Rzeszy tamci nie wyglądali, ale z drugiej strony…
- Cisza i spokój - skłamał James. - Niczym niezakłócona przejażdżka - dodał. - Zawsze by tak mogło być. A co? Coś się zaczęło dziać... - poszukał odpowiedniego słowa - niepokojącego, że pytasz? Trzeba bardziej uważać, niż zwykle?
- Cóż mogę powiedzieć? Poszło Gładko - wyszczerzył zęby Lucas w uśmiech do Earla.
 
Icarius jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Odpowiedz


Narzędzia wątku
Wygląd

Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 10:15.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2021, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168