Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Postapokalipsa
Zarejestruj się Użytkownicy

Sesje RPG - Postapokalipsa Świat umarł. Pogodzisz się z tym? Położysz się i umrzesz przygnieciony megatonami, które spustoszyły Twój świat, zabiły rodzinę, przyjaciół, a nawet ukochanego psa? Czy weźmiesz spluwę i strzelisz sobie w łeb bo nie dostrzegasz nadziei? A może będziesz walczyć? Wstaniesz i spojrzysz na wschodzące słońce po to, by stwierdzić, że póki życie - póty nadzieja. I będziesz walczył. O przyszłość. O jutro. O nadzieję... Wybór należy do Ciebie.


Odpowiedz
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 30-07-2022, 22:13   #1
Dział Postapokalipsa
 
Ketharian's Avatar
 
Reputacja: 1 Ketharian ma wspaniałą reputacjęKetharian ma wspaniałą reputacjęKetharian ma wspaniałą reputacjęKetharian ma wspaniałą reputacjęKetharian ma wspaniałą reputacjęKetharian ma wspaniałą reputacjęKetharian ma wspaniałą reputacjęKetharian ma wspaniałą reputacjęKetharian ma wspaniałą reputacjęKetharian ma wspaniałą reputacjęKetharian ma wspaniałą reputację
[DEG] Ogród Czarnego Lwa [18+]



OGRÓD CZARNEGO LWA



22 sierpnia 2595, szlak z Pradesu do Perpignanu

Żar lał się z bezchmurnego nieba rozpalając skąpe w wilgoć powietrze i opadając falą miraży ku porośniętej niską trawą ziemi i akacjowym zagajnikom.

Ciągnięte przez znużone apatyczne muły, czterokołowe drewniane wózki podskakiwały na kamienistym szlaku. Okute metalem ośki skrzypiały mieszając się z prychaniem zwierząt i ściszonym pomrukiem ludzkich głosów. Cztery dni podróży pod skwarnym niebem pirenejskiego pogórza wystarczyły, aby większość zmierzających na niziny podróżnych straciła ochotę do jałowych rozmów. Kilkunastu górników z Pradesu najzwyczajniej w świecie spało na wozach roztaczając wokół siebie nieznośny odór taniego alkoholu, zestarzałego potu i niepranych od wielu dni ubrań. Zmarszczki na ich twarzach wyglądały niczym czarne blizny, tak szczelnie wypełnione były skalnym pyłem i brudem; zaś przepocone włosy skołtunione były w kędziory nie dające żadnych szans na ich rozczesanie nawet po porządnym namoczeniu.

Nawykli do przykrego odoru pasażerów wozacy tkwili w kozłach wozów z beznamiętnym obliczami, wodząc wzrokiem po obu stronach kamienistego szlaku i żując kupowany w Perpignanie na garście tunezyjski tytoń. Podobnie jak większość wiezionych przez siebie górników, należeli do ludu Bordenoir i na pogórzu w okolicy Psiego Zęba czuli się jak u siebie w domu, więc przez większość czasu wydawali się drzemać z lejcami w rękach i kapeluszami naciągniętymi na czoła.

Wiozącą górników kolumnę otwierał większy furgon, zarezerwowany dla niecodziennych pasażerów. To w jego pobliżu trzymali się jeźdźcy należący do eskorty jedynej kobiety w karawanie: pięciu ciemnowłosych młodzieńców o pełnych temperamentu charakterach, ubranych w brązowo-czerwone stroje Mieczy Jehammeda i obnoszących się buńczucznie ze swoimi pięknie wykutymi sejmitarami, za które zapłacili ich ojcowie. Wszyscy należeli do pokolenia, które urodziło się i wychowało w Perpignanie w majętnych rodzinach emigrantów, ale rozmawiali pomiędzy sobą w melodyjnej catali, mowie iberyjskich ojców i dziadów, na język Franków przechodząc rzadko i z ostentacyjną niechęcią. Obserwując ich łatwo było odnieść wrażenia, że są gotową do zabawy sforą zuchwałych szczeniąt, dzielącą czas pomiędzy płatanie sobie nawzajem figli oraz wypatrywanie pierwszej lepszej okazji do wykazania się przed sobą nawzajem krzepą i męstwem.

Towarzyszący im mentor, milkliwy mąż o imieniu Ruiz, trzymał się w tyle grupy pozwalając piątce młodzieńców na śpiewanie frywolnych piosenek, przesycone testosteronem przechwałki i strojenie niewybrednych żartów z podpitych górników. Jadąc na małym kosmatym koniku nawykłym do górskich wertepów, starszy Miecz przesuwał palcami po węzłach białego modlitewnego sznura, ale jego osadzone w pomarszczonej smagłej twarzy oczy przez cały czas obserwowały okoliczne wzgórza. Kontrast między Ruizem i jego podopiecznymi nie mógł być większy przywodząc na myśl gromadkę niesfornych szczeniąt oddających się swawolom pod okiem starego, lecz wciąż groźnego brytana.

- Dojeżdżamy do Uskoku Alderasa - odezwał się woźnica pierwszego furgonu prostując się w koźle i kładąc lewą rękę na uchwycie hamulca. A potem zatrzymał zaprzęg całkowicie, przekręcając głowę w lewo i spoglądając z wysokości skalistego wzniesienia na widoczną już w całej okazałości nizinę.

Bryły białego wapienia i popękanego piaskowca nie ograniczały już podróżnym pola widzenia na panoramę wschodu i południa. Porośnięty z rzadka kępami akacji i drzew oliwnych teren biegł aż po horyzont, monotonny w swoich odcieniach zieleni i brązu, upstrzony tu i ówdzie łagodnymi pagórkami. Wytężając dobrze wzrok podróżni o bystrych oczach mogliby dostrzec na południowym widnokręgu pasek ciemnego lazuru, zbyt jeszcze odległy, aby można było zobaczyć odbijające się od morskiej wody refleksy słonecznego światła.

Lecz nikt z podróżnych nie spoglądał na południe. Spojrzenia wszystkich skupiały się na wschodzie, na bezkształtnych plamach czerni i szarości wykwitających w kilku miejscach ponad widnokrąg. Łagodny wiatr niósł je wzdłuż horyzontu tworząc na pogodnym niebie monumentalną ciemną zasłonę, która z odległości kilkudziesięciu kilometrów nie budziła w wrażenia zgrozy - a bynajmniej nie w ludziach, którzy dotąd nie mieli jeszcze sposobności znaleźć się na Route de la Resistance.

Siedzący na pierwszym wozie ogromny czarnoskóry mężczyzna w uniformie sierżanta Rezysty spoglądał na odległe pióropusze dymu z wyrazem zasępienia na twarzy, licząc coś w głowie i pomagając sobie przy tym palcami.

- Trzy albo cztery roje - powiedział z wyraźnym tulońskim akcentem przerywając wiszącą nad konwojem ciężką ciszę - Najpewniej bez kontroli Wynaturzonego, skoro palą się zapory tylko w dwóch miejscach.

- Obyście mieli rację, panie oficerze - młody Bordenoir pełniący w tej podróży rolę przewodnika pokiwał sceptycznie głową - Podobno miesiąc temu pod Villefranche roje były tak gęste, że zabrakło opału na środkowym odcinku. Owady przedostały się na drugą stronę i tylko dzięki grupie czerwonokrzyżowców udało się je wytruć.

- A skąd wiesz, co dzieje się pod Villefranche, chłopcze? - zapytał sierżant Mathieu Renton spoglądając powątpiewająco w stronę przewodnika, który przez całą podróż do Pradesu i z powrotem wydawał się niewyczerpalnym źródłem informacji na każdy bez mała temat.

- Dwa tygodnie później była w mieście grupa Rezysty na przepustce - odparł pewnym siebie tonem Jehan Baudelaire - To oni opowiadali, co się tam stało. Podobno w powietrzu było tak czarno od os i pszczół, że ktoś na oślep wystrzelił z miotacza ognia i podpalił całą drużynę kopaczy. Ci z Rezysty tam wtedy byli. Trzy dni jechali do Perpignanu, a jak przyjechali, to dalej czuć od nich było smród spalonego trupa!

- Szokujący brak dbałości o higienę - po prawej stronie wozu rozległ się młody kobiecy głos o dźwięcznym brzmieniu, przez całą podróż fascynujący swoim pięknym altem większość uczestników podróży.

Siedząca w siodle czarnego konia Anja Irandula Ksandia Durmont, pierworodna córka szlachetnego rodu Durmontów z Montpellier, strzepnęła z rękawa szytego na miarę czerwonego płaszcza wyimaginowany pyłek podkreślając tym gestem swoją dezaprobatę dla opowieści Jehana Baudelaire. Wyniosłe oblicze młodej kobiety zastygło w grymasie uniwersalnej odrazy po pierwszym dniu wyprawy do Pradesu i takie już pozostało, bo warunki kilkudniowej podróży pozostawiały arystokratkę wiele do życzenia, a położona na zboczach Pirenejów górnicza sadyba w niczym nie przypominała jej rodzinnego miasta.

Lecz chociaż piękna szlachcianka umiejętnie grała rolę dystyngowanej damy, obserwujący ją z dużą dozą fascynacji jasnowłosy Yago wiedział swoje. Pochodzący z dalekiego wschodu wędrowiec mógłby przysiąc na niesławne imię Kruczej Matki Pollenu, że pani Durmont była głęboko poruszona widokiem dymu bijącego w niebo daleko w głębi frankańskiej niziny. I chociaż starała się tego nie okazywać, najpewniej wiedziała doskonale, co oznaczało spotkanie z rojem owadów zniewolonych mocą Pleśni. Montpellier od pokoleń stawiało opór feromantom i chociaż Yago Swarny z klanu Volków dopiero od roku wędrował pomiędzy Perpignanem i Tulonem, zdążył wysłuchać w nadmorskich tawernach bezliku heroicznych opowieści o bojach Sanglierów. Obrońcy Rubinu, spadkobiercy Starej Franki i budowniczy monarchii absolutnej od ujścia Rhone aż po Bretanię - tak, piękna i nieznośna w swej aroganckiej pozie Anja Irandula Ksandia Durmont doskonale wpasowywała się we wszystkie te opowieści.

Z trudem radzący sobie z miejscowym językiem polleński barbarzyńca o szerokich barach, zarysowanych pod skórą bicepsach i krótkich płowych włosach niewiele uwagi przykładał do wychwalanych pod niebiosa przymiotów charakteru Sanglierów, w zamian dosłownie pożerając wzrokiem długie nogi, wąską talię, kształtne piersi i pośladki damy - lecz zdrowy rozsądek i obecność eskorty trzymały na wodzy jego oczywistą żądzę zalotów. Zarówno buńczuczni jehammedańscy jeźdźcy jak i inni liczący się statusem mężczyźni w konwoju nie zawahaliby się przyjść z odsieczą damie, którą sami zapewne z miejsca odarli by z odzienia na jedno przyzwalające skinienie pięknie wykrojonych brwi.

- Jak mniemam, jesteśmy dość daleko, aby nic nie mogło nam zagrozić - wysoki Afrykanin o hebanowej barwie skóry i odzieniu majętnego neolibijskiego notabla wyprostował się w siodle własnego wierzchowca i przyłożywszy dłoń do czoła zlustrował bacznym spojrzeniem odległy horyzont - Jeśli tak, proponuję nie marnować czasu na zbędne postoje. Naglą mnie ważne terminy w Perpignanie.

- Nie sposób się nie zgodzić z panem Wanadu - oznajmiła nieco cieplejszym tonem Sanglierka - Marzę o gorącej kąpieli.

Nie spuszczając wzroku ze ściskających konia nóg szlachcianki, płowowłosy Yago uśmiechnął się w odpowiedzi do własnych myśli, potem zaś zerknął z ukosa w stronę Neolibijczyka. Milkliwy Afrykanin nie uczynił w trakcie wspólnej podróży niczego, co wojowniczy z natury Pollenin mógłby uznać za wyzwanie, ale klanyta obserwował go z podejrzliwą niechęcią.

Po części spowodowane to było widokiem drogiego samopału wożonego przez Wanadu w pokrowcu przy siodle, nie mającego wiele wspólnego z kulomiotami produkowanymi przez frankańskich rusznikarzy, kojarzącego się zaś w zamian z doskonałą bronią przywożoną z Afryki przez siejących w Europie postrach harapów. Ktokolwiek mógł pozwolić sobie na taki karabin - wykonany z czarnego metalu i pełen dźwigni, drążków oraz szkieł powiększających - ten musiał też umieć się nim posługiwać, a zatem był wprawnym strzelcem.

Kuoro Wanadu nie ukrywał, że w Pireneje sprowadziła go perspektywa polowań; po to też wynajął w Perpignanie przewodnika znającego pogórze na tyle, by móc doprowadzić czarnoskórego podróżnika w okolice terytoriów iberyjskich koziorożców i dać mu okazję do wstępnego rzucenia okiem na łowiska.

Lecz niechęć Yago do afrykańskiego podróżnika tylko w pewnej części wiązała się z jego bronią - w dużym zaś stopniu z zainteresowaniem, jakie przejawiała w stosunku do Neolibijczyka szlachcianka z Montpellier. Oprócz niej samej, Kuoro Wanadu sprawiał wrażenie najbardziej majętnego i wpływowego człowieka w karawanie, toteż pomimo oczywistych różnic rasowych Afrykanin był niejako z definicji osobą najbardziej predysponowaną do dotrzymywania pani Durmont towarzystwa.

Zatrudniony do rozładunku wozów w Pradesie Yago Swarny zdecydowanie wolałby, aby bladoskóra piękność zainteresowała się jego osobą, a nie powściągliwym w konwersacjach Neolibijczykiem.

- Jedziemy dalej! - wzdłuż karawany poniosły się okrzyki furmanów, dołączyły do nich dźwięki trzaskających sucho batów - Jedziemy!

Szanowni, z ogromną przyjemnością otwieram sesję Degenesis. Niektórym z Was powyższy wpis jest już znany z PW, ale zmieniło się w nim parę sugerowanych przez graczy detali oraz dopisałem jeszcze krótką końcówkę.

Kolejka została rozpoczęta, w jej ramach poproszę wszystkich graczy o przygotowanie postów prezentujących ich bohaterów, ich wrażenia z podróży do Pradesu, opinie na temat współtowarzyszy (również NPC) oraz ewentualne emocje wywołane widokiem płonących zapór daleko na wschodnim horyzoncie. Czas na odpisy do niedzieli 7.08.22.

Powodzenia w grze!

 
__________________
Królestwo i pół księżniczki za MG gotowego poprowadzić Degenesis!

Ostatnio edytowane przez Ketharian : 03-08-2022 o 14:39.
Ketharian jest teraz online   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 31-07-2022, 11:28   #2
 
Pinn's Avatar
 
Reputacja: 1 Pinn ma wspaniałą reputacjęPinn ma wspaniałą reputacjęPinn ma wspaniałą reputacjęPinn ma wspaniałą reputacjęPinn ma wspaniałą reputacjęPinn ma wspaniałą reputacjęPinn ma wspaniałą reputacjęPinn ma wspaniałą reputacjęPinn ma wspaniałą reputacjęPinn ma wspaniałą reputacjęPinn ma wspaniałą reputację
Pogórze poniżej Psiego Kła, 22 sierpnia 2595

Podróż zdawała się Anji ciągnąć w nieskończoność, ubita żółta droga po której jej czarnej maści klacz Noira uderzała łagodnie i w równym tempie, chyba jak ona znudzona, ale bardziej przywykła do trudów drogi. Brunatne pagórki porośnięte kępami niskiej roślinności wydawały się bardzo odmienne od jej rodzinnych okolic, od gęstej zieleni podmokłych nizin delty Rhone. Słońce raziło jak bicz sprawiając, że pod jej szytym na miarę czerwonym płaszczem strużki potu niemiło spływały, po brudnej już, związanej zmęczeniem bladej skórze.

Obracając się w siodle spojrzała z niesmakiem na śpiących górników, którzy nawet nigdy nie pomyśleliby, aby zmyć pył z twarzy, pozbyć się kędzierdziawych zlepionych włosów. To myśląc przeczesała swoje długie, ciemne rude włosy. Poczuła, jak oczy prostackiego dzikusa Yago znowu ją żywcem pożerają. Nie w sposób dyskretny, jak robiło to większość mężczyzn od niepamiętnych czasów. Kipiący drapieżną męskością przybysz zza Alp zdawał się powoli konsumować wzrokiem każdą ją krągłość, wypukłość i delikatność odsłoniętej skóry, która od żaru Pirenejów tylko lekko musnęła się barwą, pigmentem skazana już na wieki na bladość Franki.

Gdyby nie obstawa jaką zorganizował dla niej mistrz jubilerski Hakir Barsad - właściciel kopalni srebra w Pradesu - tacy jak on mogliby się na nią rzucić niczym owładnięte ślepą chucią zwierzęta. Myśl o gwałcie przeraziła ją tak bardzo, że mimowolnie dotknęła rękojeści zdobionej szpady, która mogła swymi złotymi ornamentami wzbudzić w pospólstwie zarówno zazdrość jak i chęć kradzieży. Spojrzała na rozweselone Miecze Jahammeda. Gdyby nie pan Ruiz, zapewne młodzi potomkowie emigranckich rodów zostaliby w dowolnej tawernie grając w karty i pijąc niedozwolone im trunki, ale milczący weteran trzymał ich ku jej zadowoleniu w twardej pieczy.

Przez większość drogi rozmawiała właśnie z Ryizem i czarnoskórym magnatem, jak ona arystokratą, choć pochodzącym z Afryki - Kuoro Wanadu. Ten zdawał się równie milczący co weteran Mieczy, lecz biła od niego jakaś lakoniczna mądrość, rozwaga. Gdy się odzywał, mówił w sposób artykułowany i przemyślany, z interesującym neolibijskim akcentem, ale przywykłym do znajomości wielu języków. Anja Durmont nie mogła wyzbyć się swojego frankańskiego głoskowania, ale wrodzona i zgłębiona z wychowaniem duma, czy nie do końca umyślna arogancja nakazywały jej trzymać się kanonu Starej Franki, na której ziemiach Kuoro Wanadu był przecież tylko gościem.

Nie mogła też uwolnic sie od jak zawsze biegnącego mimowolnie, strumienia wspomnień dnia, w którym popadła w niełaskę patriarchy rodu. Ventricule Pierre Durmont skazując ją na próbę okazał zwyczajową surowość, ale tym razem w opinii dziedziczki dał jej nauczkę zbyt ostrą, pozornie wręcz durną i nieprzemyślaną. Utrata łask ojca już musiała być przedmiotem licznych plotek w Montpellier, ale na szczęście dla reputacji Anji oficjalnie przydzielono jej misję handlową.

Niemal rok spędzony z dała od śnieżnobiałych murów Rubinu - sześć miesięcy w Tulonie i miesiąc w Perpignanie - jedynie z powodu pożądania do hybrispaniańskiego awanturnika, bez pochodzenia, zwykłego członka biedoty, który zranił ją o wiele bardziej niż jej ojciec!

Na samą myśl o Marcelu żyły na skroni wychodziły jej do niedawna na zewnątrz. Teraz jednak, trzy tygodnie po dwudziestych trzecich urodzinach, emocje nieco przycichły, rodowy rozsądek zaczynał brać górę. Dobrej jakości, próbka srebra w jej skórzanej zdobionej torbie i możliwość umowy z kopalnią Barsada dawała jej możliwość ponownego otwarcia bram Château de Durmont. Znała swego ojca, oczekiwał, że dorośnie i wróci z czymś godnym odpracowania jej ukrywanej przed publiką hańby. Jako jedynaczka przecież nie mogła zostać bezpańskim psem na wieki, Pierrowi Durmontowi jak zawsze chodziło o lekcję, tym razem brutalną lekcję życia. Sześcio Pokoleniowy monopol tkacko-jubilerski, coś na wzór domów mody z dawnej przeszłości domagał się pieczy, przyszłości, którą mogła zapewnić.

Wtem z zamyślenia wyrwały ją czarne snopy dymu daleko na brązowej pasteli horyzontu. Okropne roje feromantów przerażały ją na wskroś, chociaż nigdy nie pozwalała sobie na publiczne okazanie lęku. Jej szkolenie wojskowe w szeregach Sangów skończyły się na znienawidzonej musztrze i całkiem dobrych wynikach w szermierce i strzelectwie, lecz bezpośrednia walka, zmierzenie się z śmiercią… zadanie komuś śmierci… wzbudzało silny niepokój. Ten długi, niemal wieczny rok na szlaku zabrał jej preferowane przez bogatych kawalerów estetycznie nadmierne krągłości, pod skórą piętrzyły się bardziej pierwotne włókna mięśni a oczy o kolorze stalowej, głębokiej zieleni przybrały pewniejszy siebie, bardziej drapieżny wygląd, ale piekło walki z rojem uderzało realnym zagrożeniem. Wsłuchiwała się w rozmowy, zatrzymanego na chwilę konwoju.

- Jak mniemam, jesteśmy dość daleko, aby nic nie mogło nam zagrozić - Wanadu wyprostował się w siodle własnego wierzchowca i przyłożywszy dłoń do czoła zlustrował bacznym spojrzeniem odległy horyzont, widać było nie tylko po lunetach drogocennego karabinu, że wzrok ma idealny - Jeśli tak, proponuję nie marnować czasu na zbędne postoje. Naglą mnie ważne terminy w Perpignanie.

- Nie sposób się nie zgodzić z panem Wanadu - oznajmiła nieco cieplejszym tonem Sanglierka - Marzę o gorącej kąpieli.- powiedziała maskując ulgę szlachcianka. Faktycznie nawet ciepła bala, a nie porcelanowa wanna sprawiły, by mogła utonąć w ciepłej toni, najlepiej z kozim mlekiem jak podobno pielęgnowała się Afrykańska Królowa zapomnianego Egiptu 2500 lat temu.

Woźnica syknął i znów ruszyli do przodu, ale snopy dymu sprawiały, że Anja chciała już dojechać do celu.
 

Ostatnio edytowane przez Pinn : 31-08-2022 o 11:19.
Pinn jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 31-07-2022, 20:18   #3
Dział Postapokalipsa
 
Ketharian's Avatar
 
Reputacja: 1 Ketharian ma wspaniałą reputacjęKetharian ma wspaniałą reputacjęKetharian ma wspaniałą reputacjęKetharian ma wspaniałą reputacjęKetharian ma wspaniałą reputacjęKetharian ma wspaniałą reputacjęKetharian ma wspaniałą reputacjęKetharian ma wspaniałą reputacjęKetharian ma wspaniałą reputacjęKetharian ma wspaniałą reputacjęKetharian ma wspaniałą reputację
K1. Mały odpis (Pinn)

Poniżej Uskoku Alderasa, popołudnie 22 czerwca 2595

Kiedy tylko karawana ruszyła z miejsca, dowodzący eskortą szlachetnej damy Ruiz podjechał do boku pani Anji Irabandy Durmont i chrząknął znacząco w dłoń zwracając tym dźwiękiem uwagę szlachcianki.

- Tak, panie Ruiz? - spytała Sanglierka odrywając spojrzenie od dumnego profilu neolibijskiego magnata i przenosząc je na jehammedańskiego fechtmistrza.

Niski żylasty weteran był w oczach Anji prawdziwym mistrzem męskich manier, albowiem podczas żadnej z dotychczasowych rozmów nawet na sekundę nie zerwał kontaktu wzrokowego ze szlachcianką, nie przejawiając nawet cienia chęci spojrzenia na resztę jej ciała. Pani Durmont ogromnie to doceniała, choć po prawdzie niewiele wiedziała na temat obyczajów kastowych ludu Pasterza. W Montpellier nie żyli żadni jehammedanie, w Tulonie pojawiali się sporadycznie. Ich liczna i zamożna perpignańska społeczność była prawdziwym ewenementem na południowym wybrzeżu Franki, ponieważ tylko klan Bordenoir zdecydował się zaprosić wyznawców Rogatego Boga na swe ziemie - ku wielkiej zgryzocie żyjących na północ od Perpignanu anabaptystów.

Wieloletnia i wyjątkowo krwawa wojna o Nizinę Adriatycką dobiegła w końcu kresu, ale wyzwolona okropieństwami tych zmagań nienawiść jeszcze długo miała płonąć w ludzkich sercach. Anja Irandula studiowała swego czasu historię tego konfliktu, ponieważ możnowładcy Montpellier przykładali dużą wagę do kształcenia kolejnych pokoleń w dziedzinie nauk politycznych i historii współczesnej. Delta Rhone była świadkiem wielu wstrząsających wydarzeń, ale nawet krwawa zagłada ekspedycji Wachsmann-Lecroix nie mogła się równać potwornościom adriatyckiego konfliktu. Jeńcy ścinani lub żywcem krzyżowani. Wyrzynane w pień wioski, niemowlęta nabijane na ostrza włóczni. Nienarodzone dzieci wypruwane z brzuchów ciężarnych matek, gwalty i okaleczenia.

Spoglądając na naznaczone białymi nitkami starych blizn oblicze Miecza Anja zadała sobie w myślach pytanie, czy weteran też stąpał po grząskich od krwi ziemiach wschodniego Purgare i jakie przyniósł stamtąd wspomnienia.

- Dzisiejszej nocy staniemy w obozie wozaków w Ille-Sur-Tét - powiedział zwyczajowo ściszonym głosem Ruiz, zawsze dbający o to, aby treść jego rozmów z panią Durmont nie docierała do niczyich wścibskich uszu - Kiedy znajdziemy się na równinie, możemy odłączyć się od karawany i pojechać przodem, aby zyskać na czasie. Niezamężna kobieta winna korzystać z każdej okazji, aby odświeżyć się i przebrać z dala od oczu mężczyzn nie będących strażnikami jej honoru.

Ruiz przemawiał tonem pełnym szacunku, ale szlachcianka nie mogła oprzeć się wrażeniu, że w jego oczach mignął na ułamek chwili cień dezaprobaty.

Mogła się tylko domyślać, co jehammedański weteran sądził w duchu o jej obecności w karawanie. Czciciele Pasterza przykładali ogromną wagę do wartości rodzinnych, honoru rodu i cnót niewieścich. Anja miała podstawy sądzić, że żadna krewna Ruiza pozostająca w stanie panieńskim nigdy nie dostałaby zgody na wyjazd do Pradesu w towarzystwie nieokrzesanych i zaniedbanych górników.

Pamiętała obóz w Ille-sur-Tét z podróży w przeciwną stronę. Kilka drewnianych domów, w których nikt nie zamieszkiwał na stałe; niewielka łaźnia, miejsce do gotowania. Wędrujący w Pireneje i z powrotem górnicy zatrzymywali się w tuzinie takich rozrzuconych po pogórzu obozów, aby odpocząć w podróży.

Łaźnia! Tak, to była szaleńczo kusząca propozycja.

- Pojechalibyśmy w naszej grupie? - upewniła się analizując jednocześnie w myślach ów pomysł - Ja, pan i Miecze?

- Tak, pani - przytaknął głową Ruiz - Zadbamy o pani komfort i bezpieczeństwo.

Pani. Anja westchnęła w duchu uświadamiając sobie jak bardzo po wielu miesiącach podróży zaczynało jej brakować obowiązującego w Montpellier zwrotu „Wasza miłość”.

W oczekiwaniu na dalsze wpisy pozwoliłem sobie na tzw. mały odpis, nawiązujący do postaci Pinna. Chciałem w nim przybliżyć nieco postacie jehammedian, a także udostępnić Anji Durmont pewną opcję na następną kolejkę; mianowicie odłączenie się przed wieczorem od kawalkady i pogalopowanie przodem do pustej osady wozaków, by szlachcianka mogła się wykąpać i przebrać z dała od reszty współtowarzyszy.

Czy Pinn z tej możliwości skorzysta, to już jego wybór, naturalnie.

 
__________________
Królestwo i pół księżniczki za MG gotowego poprowadzić Degenesis!
Ketharian jest teraz online   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 31-07-2022, 20:52   #4
 
Pinn's Avatar
 
Reputacja: 1 Pinn ma wspaniałą reputacjęPinn ma wspaniałą reputacjęPinn ma wspaniałą reputacjęPinn ma wspaniałą reputacjęPinn ma wspaniałą reputacjęPinn ma wspaniałą reputacjęPinn ma wspaniałą reputacjęPinn ma wspaniałą reputacjęPinn ma wspaniałą reputacjęPinn ma wspaniałą reputacjęPinn ma wspaniałą reputację
Anja Durmont, czując jak zmęczone, ale czujne oczy Miecza bacznie ją obserwują poczuła się przytłoczona. Weteran bez wątpienia to zauważył, lecz wspomniał w swojej obowiązkowości o ruszeniu przodem nie kryjąc przy tym purytanizmu. Młoda kobieta próbowała rozeznać ile prawdy kryje się w opowieściach o konflikcie adriatyckim. Sam Ruiz nie zdawał się jakimś żądnym krwi potworem, a jego podopieczni, ani razu nie spojrzeli na nią z ukosa, czego nie można było powiedzieć, o niektórych pozostałych podróżnikach.

Ille-Sur-Tét było skupiskiem przejściowych domów dla podróżników, kilka zbitych chat, mała łaźnia i kuchnia jak zawsze opustoszała i nie zapełniona z szczególnym względem na alkohole. Po namyśle uznała, że z chęcią wieczorem napiła by się ciepłego miodu i wzięła kąpiel. Pośladki miała obolałe, a uda oraz łydki od ciągłego uderzania o boki klaczy, lekko poobijane. Z cichym zadowoleniem odkryła, że nieco spowszechniała. Dawniej kąpiel w bali z wody grzanej na podgrzanych kamieniach i picie czegoś co nie było drogim winem wydawało jej się obłędnie dalekie. Teraz mogła rzucić światło na wspomnienia z dzieciństwa, w domku myśliwskim jej ojca.

-Tak zrobimy Panie Ruiz. Pojedziemy w towarzystwie Pana i pańskich podopiecznych i zaznam drogocennego relaksu.- odparła Anja z nad wyraz niezdarnym, ale szczerym uśmiechem.
 

Ostatnio edytowane przez Pinn : 31-07-2022 o 20:55.
Pinn jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 31-07-2022, 21:43   #5
Northman
 
Campo Viejo's Avatar
 
Reputacja: 1 Campo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputację
Jeśli kapitan Demarque liczył na to, że sierżant Renton będzie miał pełne ręce roboty i w pocie czoła spali więcej kalorii w werbunkowej misji do Pradesu niżby podczas pełnienia swych obowiązków w perpignandzkim obozie Rezysty… to by się sromotnie zawiódł. Dupa drętwiała od pierdzenia w deskę siedziska rozklekotanego wozu w monotonnej podróży od świtu do zmierzchu. Nuda nie przeszkadzała Rentonowi, bo zbyt wiele w życiu widział i doświadczył, aby jakoś specjalnie tęsknić za adrenaliną. Lecz jeśli co uprzykrzało ten czas w karawanie to lejący się z nieba żar słońca, który wyciskał pot z czarnej skóry Franka jak szaser krwawe błoto z wyżymanej onucy na froncie. Bezczynność i jałowość wydarzeń były tylko stanem przejściowym; misternie snującym pajęczynę pozornego bezpieczeństwa zanim piekło zerwie się ze smyczy.

Okolica była niebezpieczna co uśpionym podróżnikom mogło umknąć pod kurzem traktu leniwie lepiącym górską karawanę. Górnicy otępieni alko, jehhamedanska młodzież zabijająca czas głupotkami. Ogryzione kości ich klanitów wiatr wciąż włóczył w tej okolicy po stokach Pirenejów w cieniu Połamanych Krzyży ostatnich południowych twierdz. Bandy grabiące zaopatrzenie Anabaptystów z Queribus i Peypertuse nie musiały wybrzydzać i urobkiem z Pradesu nie gardzić. Temu sierżant Renton tylko pozornie wodził beznamiętnym wzrokiem po spokojnym krajobrazie. Dwie z okładem dekady w Rezyście nauczyły go spać z otwartymi oczami i nie brać wszystkiego tylko takim na co wyglądało i cuchnęło.

Bo młody Bordenoir Jehan, zdający się wiedzieć zawsze wszystko, mógł przehandlować karawanę… Yago z odległego Pollenu być niewolnikiem Wynaturzonych z papką mózgu nasączoną wynaturzoną esencją aromatu feromonów przez co zdawał się ślinić na widok sterczących spod szat sutków Jaśnie Wielmożnej panienki z Montpellier… która siostrą kapitana Demarque być mogła… I tak dalej… Bo i nawet jego własny, wspólny z myśliwym z Algieru kolor skóry na pigmencie zaczynał i kończył wszelkie kulturowe podobieństwa między nimi, czyniąc Rentona nie tym na kogo wyglądał, bo wszak czarnym Tulończykiem z frankońską duszą. I krwawiącym tylko na biało-czerwono-niebiesko.

A że tego typu rozmyślania były mniej warte od życia drona, to Renton nauczył się też nie spalać kalorii na durne dywagacje i wyłączać myśli do niezbędnego minimum. Rozkaz to rozkaz. Od myślenia jest tuluski sztab Marszałka Rezysty Armanda Malpierre, a ja to w wojsku dupa. Jeszcze rzadziej zaś niż głęboko filozofował, czarny sierżant ubierał swe myśli w wielkie słowa. No chyba, że temat dotyczył Franki i zbiegał się z rozkazem werbunku górników z Pradesu do wyzwolenia ojczyzny z kajdanów Pleśni i odbudowy cywilizacji. Wtedy tak, Mathieu Renton metafory plastycznych obrazów rodem z woluminów mędrków Rezysty o wielkiej i dumnej France obiecywał szkicując w prostych żołnierskich słowach realia frontowej walki, która nie może obejść się bez nowych kadetów.

- Nie pytaj co Franka może zrobić dla ciebie, lecz co ty możesz zrobić dla niej!? - grzmiał wtedy i wielkim czarnym paluchem wytykał brudne łachmany ludzkich cieni spracowanych katorżniczą pracą w pirenejskich sztolniach.

Górnicy przypominali mu bezwolne drony, które wiele do szczęścia nie potrzebowały, więc nie liczył szczególnie na sukces swej misji. Kto życie swe poświęcał na bezsensowne kopanie w ziemi za kawałkiem metalu niewiele mniej durny był od leperosa łaknącego miłości wynaturzonej.

Roje owadów na horyzoncie o nieustannej walce o przetrwanie przypominały jak pękające hemoroidy o swej obecności.
Natomiast decyzję o rozdzieleniu karawany uznał na nieodpowiedzialnie głupią, co zachował dla siebie. Tak samo zresztą jak refleksję, że jedyne co pożyteczne to, że jego oczy chętnie odpoczną od widoku Sanglierki.
 
__________________
"Lust for Life" Iggy Pop
'S'all good, man Jimmy McGill

Ostatnio edytowane przez Campo Viejo : 31-07-2022 o 21:49.
Campo Viejo jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 01-08-2022, 22:15   #6
 
Nanatar's Avatar
 
Reputacja: 1 Nanatar ma wspaniałą reputacjęNanatar ma wspaniałą reputacjęNanatar ma wspaniałą reputacjęNanatar ma wspaniałą reputacjęNanatar ma wspaniałą reputacjęNanatar ma wspaniałą reputacjęNanatar ma wspaniałą reputacjęNanatar ma wspaniałą reputacjęNanatar ma wspaniałą reputacjęNanatar ma wspaniałą reputacjęNanatar ma wspaniałą reputację
22 sierpnia 2595, szlak z Pradesu do Perpignanu

Słońce doprawdy piekło, wytapiało z potem cały brud z człowieka. Ziemia pragnęła deszczu, upojnej wilgoci życia, która kojarzyła się Pollaninowi głównie z rozkoszą kobiecości. Smakowaną, celebrowaną. Sprofanowaną. Kochaną. Oczyszczenie miało jednak swoje etapy i wilgoć nie nadchodziła, za to natura serwowała suchą kąpiel. Tak więc znajdujący w niewygodzie pozytywy Yago zachowywał lepszy humor i kondycję niż większość członków karawany. Wpakował się na kozioł rozsuwając brutalnie śmierdzących górników, ciężki płaszcz przerzucił przez siedzenie anektując kolejną przestrzeń. Uderzając rytmicznie nożem do stuku żelaznych obręczy kół wozów, najpierw rzadko, by z każdą chwilą dodawać nowe elementy. Kiedy szeroki uśmiech oznajmiał, że jest zadowolony z efektu zawył głośno jak wilk.

Uuuuuuuuuuuuuuuuu!
Zaśpiewał.

Niosą koła stuk, puk, bam
Skąd przybyłem wracam tam,
Moja ziemia, moja matka,
Wykarmiała, mnie dzieciaczka
Ojciec dał mi grzmiący kij
Straszny to kulomiot był,


Bo to dobrze mieć odwagę,
Dobrze i rozsądku krztę,
Bronić tego co się kocha,
Kochać chciałbym, właśnie cię...
- puścił oko do kobiety

Swarny czuł znów zagubioną w Perpignan swobodę, tak upalne dni nie często zdarzały się na wschodzie. Praca fizyczna oderwała go o kłopotów mieście. Dbał jednak o to by nie tracić czujności, inicjując coraz to nowe drobne zagrożenia. Tak właśnie jego udziałem karawanę zbogaciło dziewięciu rekrutów byłych górników, a teraz już kadetów, coraz bardziej rozczarowanych podpisanymi kontraktami, coraz bardziej wystraszonych, kiedy Pollanin w zdawałoby się zabawnych anegdotach tłumaczył czym jest dezercja.

Kilka księżyców wcześniej w Prades Yago wysłuchał noty werbunkowej Rentona i zrobiło mu się smutno. Nie mogąc oprzeć się swej przewrotnej naturze postanowił wziąć sprawy w swoje ręce. Zagrał głupa, dosłownie, dał się orżnąć górnikom na drobniaki w grze w głupa, odpowiednio przy tym podlał, zaczął opowiadać jaki z sierżanta Mathieu jebaka, od słowa do słowa o krągłościach kobiet w Perpignan, a wiadomo za mundurem panny sznurem, zaraz już sami górnicy przynieśli bimber i kiszoną rzepę na zagryzkę

- Cóż za wspaniała rzepa, równać się z nią mogą tylko kiszone ogórki mojej babki Celinki, niech jej popioły wiecznie krążą z wiatrem. Znam jednakże w Perpignan kisiciela nad innych, kisi nie tylko ogórki z tatarakiem, ale potrafi kisić kolejkę wódki wieczność. Pij Japet! Bo uznam żeś jego synem - zarechotali

Każdemu czegoś brakowało, trzeba było tylko mu to obiecać. Japet miał na palcu ślad po długo noszonym sygnecie, zmęczone ramiona, pracował niedługo i jeszcze nie przywykł do pracy górnika. Niedawno coś stracił. Zwiodły go pieniądze, pryszczatego chłopaka chętne do uciech kobiety, a niespokojnego Gustawa otwarte przestrzenie. Wszystko to w obietnicach Swarnego.

Rekruci rano jeszcze nieco pijani podpisali umowy i z każdym kolejnym dniem darzyli Yago większą podejrzliwością, kiedy zaś dowiedzieli się, że nie służy w Rezyście narastającą wrogością ludzi oszukanych. W taki prosty sposób Pollanin zadbał o ciągłe, a niewielkie zagrożenie ostrzące czujność.


Chwila, żeby zaskoczyć nobilów jeszcze nie dojrzała, toteż barbarzyńca między próbami podniesienia morale grupy opowieściami i piosenkami, szkicował węglem na pergaminie mapę. Zaznaczał skupiska zaczarowanych owadów, będących dla niego tak naturalnym elementem jak sfora wygłodniałych wilków, czy ruchome piaski. Element przyrody, niebezpieczny, ale może być i przydatny, jak jad pająka, czy śluz ropuchy.

Z kartowania nie wyszło wiele, choć mężczyzna i tak był zadowolony, wydawało się, że pasmo wzgórz przypomina leżącą półnago szlachciankę, a kształt rzeki to linia między udami, tam zaś gdzie oznaczył roje jawiła się jej rozkosz. Yago postanowił zachować szkic, własne mapy uważając za najlepsze.

W istocie blade wyidealizowane pod odzieżą ciało szlachcianki było głównym rozproszycielem zmysłów Swarnego. Mieć i zjeść ten orzech. Próbował pogodzić. Po kolejnym dniu pożerania wzrokiem zmysłowych kształtów i szlachetności cery, słuchania pieszczotliwego altu, Yago inaczej postrzegał frankijską szlachtę. Uznał, że są to istoty ponętne, władcze i piękne, niepozbawione empatii, nieco kruche, dlatego jego zdrowa krew mogłaby być dla błękitnej linii cennym nabytkiem na pokolenia. Wyobraził sobie Anije z brzuchem. Dużym, pełnym rosnących z jego nasienia wojowników.

Nie lubił jehammedańskiego miecza. Jego udawanej powściągliwości, wyniosłej smutnej postawy, jakby życie skończyło się, a z nim odeszła radość. Pollanin odnosił wrażenie, że Ruiz nosi maskę ze strachu. Sam Yago nie raz przecież nakładał maski żeby oszukać, ale prędko ją zdejmował. Takie trwanie w nienaturalnej postawie świadczyć mogło o szaleństwie, albo spaczeniu. Kiedy spostrzegł, że szczeniaczki i smutny vader planują oddalić się z panną Durmont, poczuł się okradziony, tym większą niechęcią zapałał do Jehammedan.

- Dobrze, że mamy nowych rekrutów do ochrony - rzucił niby do nowych, ale tak, żeby usłyszeli to czarnoskórzy. Bo ich uznał za organy sprawcze wyprawy - skoro pan Ruiz pozbawia nas nie tylko ochrony swych chłopców - zaakcentował - ale i najpiękniejszego kobiecego głosu drużyny, zaśpiewajcie. Byście w razie zagrożenia byli gotowi i rozbudzeni.

Chociaż wiatr piach w twarz pcha
Chociaż noc tak długo trwa,
Choć bym się i ostał sam
Jedno pragnienie teraz mam

Bym cię w zdrowiu ujrzeć mógł,
Od usteczek aż do nóg...
 

Ostatnio edytowane przez Nanatar : 01-08-2022 o 22:18.
Nanatar jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 02-08-2022, 01:29   #7
Aro
 
Aro's Avatar
 
Reputacja: 1 Aro ma wspaniałą reputacjęAro ma wspaniałą reputacjęAro ma wspaniałą reputacjęAro ma wspaniałą reputacjęAro ma wspaniałą reputacjęAro ma wspaniałą reputacjęAro ma wspaniałą reputacjęAro ma wspaniałą reputacjęAro ma wspaniałą reputacjęAro ma wspaniałą reputacjęAro ma wspaniałą reputację
TW: Post zawiera nieoznaczone lekkie (non-explicit) treści BDSM oraz nawiązania do emocjonalnej manipulacji.




“Stosuj się do świata,
Ubierz w uprzejmość oko, dłoń i usta”
- “Makbet”, William Shakespeare



Dawniej

“Czerwony Młyn” był lokalem pospolitego sortu i taką klientelę sobie cenił. Wszystko w życiu i naturze miało swoje miejsce i nie inaczej było z tym lunaparem wciśniętym na skraj jednego z mętnych kanałów Perpignanu. Kamienica ze skromnym wewnętrznym dziedzińcem, odrestaurowana nakładem czasu oraz pieniędzy przez Pascala Moulina, piastowała w mieście specyficzne miejsce - dla biedoty w nędznych, szmaciano-drewnianych konstrukcjach, które mieli czelność nazywać budynkami, jawiła się niczym szczyt luksusu, architektoniczny biały kruk czy legendarny pałac króla o złotym dotyku; dla uprzywilejowanych bogaczy w metaforycznych wieżach z kości słoniowej z kolei jawiła się nijak, pozostając jedynie gniazdem marnych rozrywek godnych jedynie maluczkich i nic nieznaczących mrówek, zapomnianym tak prędko jak inne mało istotne detale z życia chamstwa i pospólstwa. W tymże złotym środku właśnie, na pograniczu dwóch światów, “Młyn” odnalazł swoją własną niszę. Rzeczona nisza była starannie pielęgnowana, reputacja kabareto-pijalni ściśle kultywowana jak Perpignan długi i szeroki, strategicznie podsycana plotkami o innych, bardziej... osobistych usługach oferowanych w murach kamienicy. O klientelę dbano w “Młynie”, równie gorliwie jak o odpowiedni jej dobór w zgodzie z charakterem przybytku. “Pospolitość aż do bólu”, chciałoby się rzec. Czasami tylko przeplatana przyjezdnymi czy miejscowymi nuworyszami z głodem wrażeń.

Głód, bez znaczenia czy był głodem fizycznym czy metaforycznym, szło zaspokoić w “Młynie”. Gusta i smaki bywały różne, ale personel lokalu gościnność miał we krwi. Tak jak Jehan Amelien Baudelaire, który swoje życie w Perpignanie zbudował właśnie wokół tego lokalu, z przyjaźnią z Pascalem stanowiącą fundament tejże konstrukcji. Budowa nie trwała długo; tam gdzie Matka Natura poskąpiła Frankijczykowi tradycyjnie męskich przymiotów, tam podarowała mu inne. Nie poskąpiła mu chociażby urodziwej twarzy, która z łatwością mogłaby należeć do jakiegoś marmurowego bożka, czy melodyjnego i delikatnego głosu, którym potrafił zjednać sobie ludzi. Naturalna charyzma była jego największym atutem, wzmacniana jeszcze bardziej przez odpowiednie wychowanie i doświadczenia, z czego Jehan doskonale zdawał sobie sprawę. Finezja była jego forte, o potędze fizycznej mógł tylko pomarzyć. Szczęśliwie jednak, starodawna maksyma że “wiedza to potęga” nic nie straciła na prawdziwości nawet przez Eshaton. Wiedza dalej stanowiła cenny towar, ba!, można było pokusić się o stwierdzenie, że zyskała nawet na wartości w tym nowym porządku świata. Każdy w tym frakcjonowanym świecie był nośnikiem informacji mniej lub bardziej ważnych. Każdy miał też swoją cenę, swoje słabości i swoje grzechy. Przepływ informacji leżał teraz w rękach brokerów, takich jak Jehan - czule i starannie tkających swoje sieci, zbierających kontakty i do bólu pragmatycznych manipulatorów.

A że cenna wiedza wymagała poświęceń, cóż...

C’est la vie.




Kruczowłosa Losaneta, prawa ręka ochmistrzyni na usługach jednej z Rodzin Górnego Miasta, prowadziła samotny żywot. Z twarzy znaczonej znamieniem przyrodzonym i śladami po ospie, zielone oczy z zazdrością i smutkiem spoglądały na radosne pary złączone czułymi uczuciami, desperacko pragnąc tegoż samego. Losaneta o brzydkiej twarzy nader wszystko pragnęła uwagi kawalera, bliskich chwil i przyjaznego ramienia.

Jehana poznała pod piekarnią, z której codziennie odbierała pieczywo dla jaśniepani, przypadkiem zderzając się z nim w wejściu pewnego deszczowego dnia. Piękny i szarmancki Jehan, który zawsze był dla niej taki miły, który zdawał się darzyć ją sympatią i który z czasem stał się jej powiernikiem. Jehan, który zawsze gotów był wysłuchiwać jej narzekań na ochmistrzynię, opowieści o Rodzinie czy plotek zasłyszanych od innych służek; który zawsze służył wsparciem czy dobrą radą, czasami nawet ramieniem na którym mogła się wypłakać. Jehan, do którego zaczynało należeć jej serce.


Jehan, który sycił jej głód oszczędnymi okruchami, strategicznymi słowami i starannie cyzelowanymi gestami.

Jehan bez cienia skrupułów za marmurową fasadą.




Babunia Berta, jak czule zwano jedną z rynkowych sprzedawczyń, wiele już w życiu przeszła. Wiekowa kobieta była stałym punktem dzielnicy, od lat zajmując ten sam stragan na targowisku i sprzedając swoje domowe wyroby, nie zjawiając się na swoim stanowisku tylko parę razy przez ten czas, gdy musiała pogrzebać swoich synów i dwójkę wnucząt. Babunia lubiła i ceniła sobie swoją rutynę dnia codziennego, późnym popołudniem zwijając stragan i ciągnąc resztki towaru z powrotem do mieszkania na dwukółce, ale gdy pewnego dnia uczynny młodzieniec zaoferował jej pomocną dłoń, przyjęła ją z wdzięcznością.

Jehan prędko stał się częścią rutyny Babuni, częściej niż rzadziej - o ile inne rzeczy czy sprawunki nie wymagały jego uwagi - zjawiając się przy jej straganie na kilka minut przed zamknięciem targowiska, by pomóc w wędrówce do domu. Z czasem zaczął nawet odwiedzać staruszkę w jej mieszkaniu, często z drobnym upominkiem w kieszeni czy nawet butelką wina zwędzoną z “Młyna”. Babunia była nie tylko kornukopią życiowych lekcji i anegdotek, ale jej status ukochanej osiedlowej osobistości i własny stragan na rynku oznaczały, że wiele plotek, pogłosek i wieści obijało się o jej uszy. Rzecz oczywista, że dzieliła się nimi z Jehanem, którego traktowała jak własnego wnuka.


Więź i sympatia okazały się być dwustronne w tym przypadku, do czego Jehan nie przyznawał się nawet przed samym sobą.




Bastien Batisse nosił na swoich obszernych barkach nie lada ciężar odpowiedzialności. Od młodzieńczych lat z przymusu przejmując rolę opiekuna swojego rodzeństwa, następnie wstępując do straży miejskiej i z czasem obejmując jakże prestiżowe stanowisko zastępcy zarządcy portu. Presja życia naciskała nań ze wszystkich możliwych stron, nie zostawiając ani chwili wytchnienia i dodając tylko do ciężarów, zmuszając go do przybrania maski pewnego siebie stoika, odpowiedzialnego i sumiennego obywatela, perfekcjonisty w każdym calu. Persona, jaką na co dzień przywdziewał Bastien, rozsypywała się w pył gdy miał tylko chwilę dla siebie, gdy w ciemności swojej sypialni niemiłosiernie rozkładał samego siebie na czynniki pierwsze, nienawidząc przywdziewanej maski, jakże dalekiej od tego kim był naprawdę.

Przypadkowe spotkanie pewnego wieczoru, w jednym z portowych barów, okazało się być uśmiechem Fortuny. Jehan okazał się być tym wszystkim, czym Bastien chciał być. Nie musiał nikogo ani niczego udawać i Batesse, mimo że przerastał Frankijczyka wzdłuż i wszerz, czuł się przy nim mały. Sama naturalna siła prezencji i osobowości blondyna miażdżyła Bastiena, wciągając go w maelstrom szaleńczych myśli. W jednej chwili, w ułamku sekundy, postanowił włożyć całą swoją siłę w dalszą grę, chcąc dalej pławić się w jego obecności, zbudować swoją fałszywą personę na nowo, by zaimponować Jehanowi... Ale nie tego potrzebował. Jehan wiedział lepiej, prędko przejrzał jego grę.

I nagle zniknęła presja. Bastien nie musiał już udawać, odnajdując sposób na zrzucenie z siebie ciężaru, za zamkniętymi drzwiami pchnięty eksperymentalnymi gestami ku wolności.

Ku wolności, którą odnalazł w bólu. W dłoni zaciśniętej i ciągnącej za kędzierzawą czuprynę, w smukłych palcach zaciskających się na gardle. W ustach muskających ucho, z których spływał słodki jad. Werbalne sztylety, wokalizujące najgłębiej skrywane myśli i odzierające go z kokonu fałszu. Żelazne melodie komend nieznoszące sprzeciwu, zwiastujące poniżenie lub pokutę. Ukąszenia skórzanego pasa, zostawiające za sobą czerwone pręgi na oliwkowej skórze. Żelazny uścisk na szczęce, ślad uderzenia na twarzy.

Wolność w uległości.


Bastien był osobistą klęską Jehana, obracając w pył jego zasadę niemieszania pracy z przyjemnością. Bądź, co bądź, Baudelaire był tylko człowiekiem.

A całkowita kontrola nad pół-Hybrispańczykiem była jak narkotyk.




22 sierpnia 2595, szlak z Pradesu do Perpignanu

Schludnie odziany Baudelaire, kurtuazyjny i starannie cyzelujący słowa, przy pierwszym poznaniu rzadko kiedy jawił się komukolwiek jako przewodnik po dziczy. Był miejskim zwierzęciem na wskroś, znał się na rzeczy i odnajdywał w Perpignanie jak ryba w wodzie, ale gdzie takiemu było wyrywać się na prowincję? Drobny młodziak o łagodnych rysach, z jasną kaskadą włosów rozlewającą się za ramiona, prędzej przypominał panicza jakiegoś mieszczańskiego rodu, aniżeli najemnego przewodnika i tylko szło czekać, aż wyjdzie szydło z worka i okaże się, że Baudelaire słabo nadawał się na szlak. Jakież było tedy zdziwienie, gdy Jehan trudy i znoje podróży znosił bez słowa skargi, z brudem pod krótko obciętymi paznokciami, pyłem i kurzem na twarzy czy włosami sklejonymi potem. Nawet na temat okolic Perpignanu okazał się posiadać bogate zasoby wiedzy, niemalże tak encyklopedyczne co na temat samego miasta Bordenoirów, których wisior nosił na szyi. Zaiste, przewodnik idealny.

Do samej karawany pasował jednak niby pięść do nosa, wyróżniając się nawet w tej zbieraninie mogącej podchodzić pod kalejdoskopową karawanę. Sama alabastrowa skóra, nietknięta przez letnie słońce, przywodziła na myśl wampiry ze starych opowieści, zwłaszcza że na skąpanym w żarze szlaku Jehan stawiał tylko na prostą koszulę i podwinięte rękawy, czasami nawet rozsznurowając materiał po splot słoneczny. Srebrne widma półksiężycowatych blizn na ciele od czasu do czasu łapały światło, ale w zestawieniu z bielą cery mogły równie dobrze być nieuchwytnym mirażem. Wyblakły płaszcz w kolorze królewskiej purpury, jaki Baudelaire przywdziewał gdy zachodziło słońce, zdradzał ślady częstego użytkowania i wprawne oko mogło dostrzec, że był wzmacniany od środka i służył Bordenoirowi za pancerz. Jehan podróżował lekko, w przeciwieństwie do reszty. Ubranie na plecach, parę niezbędnych podróżnych akcesoriów, mizerykordia o posrebrzanej rękojeści i krótki łuk z kompletem strzał. Nic, co za bardzo mogłoby obciążać jego samego czy wynajętego od Jednookiego Mustafy na tą okazję konia.

Jak lekko podróżował, tak lekko odnajdywał się w karawanie i mieszanej zgrai, nie wchodząc nikomu w paradę ani nie narzucając nikomu swojego towarzystwa. Zawsze kurtuazyjnie i z uśmiechem na twarzy odpowiadał na pytania innych, zabawiał anegdotkami jeśli ktoś sobie tego życzył lub dzielił się wiedzą na temat okolicy jeśli w kimś odezwała się ciekawość, dbając o kulturę wypowiedzi i odpowiednią tytulaturę, nie szczędząc “mości panów”, “mes amisów” czy - w przypadku Anji - “nadobnych panienek”. Gdzie należało i wymagała tego etykieta kłaniał głowę i zniżał wzrok, elementarne zasady savoir-vivre’u znając na wylot. I tylko czasami, gdy był pewien że nikt nie zwracał na niego uwagi, Jehan pozwalał sobie na długie, analizujące spojrzenia zielonych oczu.

Piątkę dzikich szczeniąt w awangardzie, których ujadania i szczeknięcia można było podsumować jako żałosne próby pokazania, którego z nich Matka Natura obdarzyła największym kutasem, Jehan trawił najgorzej. Pomimo ostrej niechęci do kwintetu idiotów, nie mógł odmówić sobie obserwacji ich dynamiki i zachowań wiedząc, że za buzującym testosteronem i patologiczną potrzebą samochwalstwa mogły kryć się nie lada słabości czy kompleksy, których nawet ojcowskie bogactwa nie były w stanie stłamsić. Ruiza z kolei unikał jak ognia. Jeśli bogaci tatusiowe zawierzyli mu nie tylko bezpieczeństwo swoich synów, ale i ufali że w razie potrzeby utemperuje ich pociechy, Jehan nie miał najmniejszej ochoty na znalezienie się w centrum uwagi starszego Miecza.

Rentona również omijał szerokim łukiem, ale z zupełnie innych, bardziej przyziemnych powodów. Sierżant Rezysty najzwyczajniej w świecie sprawiał wrażenie kogoś, kto chciał być zostawiony w świętym spokoju i Jehan nie miał w zwyczaju pchać się tam, gdzie zdecydowanie go nie chciano. Durmont z kolei, chociaż przyjemnie było na nią patrzeć, ignorował z pobudek czysto ideologicznych, zdecydowanie będąc przeciwnikiem idei szlachectwa, wyjątkowości przez urodzenie i wyższości z racji pochodzenia. Roszczeniowa szlachta, która na nic w życiu nie zapracowała, nie zasługiwała wedle Jehana na swój status. Pozycję i przywileje należało sobie w życiu wyrobić, a nie dostać z racji bycia wypchniętym z odpowiedniej macicy.

O wiele mniej przemyśleń Bordenoir miał na temat swojego pracodawcy, któremu robił za przewodnika. Jehan był wszak profesjonalistą i doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że - jak mawiali poeci - nie należy srać tam, gdzie się je. Wobec czego Kuoro Wanadu traktował z należytym mu szacunkiem, nie dopatrując się w nim przywar czy kłopotliwych cech, ani nie posyłając w jego stronę mentalnych wiązanek. Liczyło się tylko, że Neolibijczyk płacił mu za robotę. Rzecz miała się za to już zgoła inaczej, gdy szło o ostatnią kolorową osobowość ich orszaku. Yago Swarny wzbudził w Jehanie zainteresowanie niemalże od razu, bynajmniej z racji surowej urody którą Baudelaire postawiłby na równi z urodą Dupont (acz i to grało tu swoją rolę). Nie, w jego przypadku uwagę Bordenoira zawdzięczał swojemu jakże egzotycznemu pochodzeniu oraz naturalnej charyzmie, dzięki której karawana wzbogaciła się o pijanych rekrutów. Perpignan ściągało w swoje obręby wiele przeróżnych ludzi, ale Jehan jeszcze nigdy nie miał okazji na bliższe poznanie kogoś z odległego Pollenu, który w jego głowie urastał do mitycznej rangi. Plotki i opowieści, jedna wspanialsza od drugiej, docierały czasem do uszu Baudelaire’a i był niezwykle skory do przekonania się, czy jest w nich chociażby ziarno prawdy i Swarny, metaforycznie mówiąc, znalazł się na jego celowniku. Szlak nie był miejscem na zawieranie znajomości, nie w takim towarzystwie jak to i nie dla kogoś tak ostrożnego jak Jehan, ale młody Bordenoir już knuł “przypadkowe” spotkanie z Yago w Perpignanie.

Ach, Perpignan. Miasto było już bliżej, niż dalej i Jehan z utęsknieniem wypatrywał powrotu w znajomy miejski labirynt. Cała wyprawa do Pradesu była dla Baudelaire’a jedynie dobrze płatnym zleceniem, nudnym jak flaki z olejem, a górnicza osada równie mdła co jej rezydenci, z których część jechała w ich karawanie i zredukowana była w oczach Jehana do szarej, ponurej i bezimiennej masy. Nawet krajobraz, któremu nie można było odmówić surowego piękna, był Baudelaire’owi na tyle dobrze znany, że mógł z pamięci wymienić punkty orientacyjne leżące wzdłuż szlaku i odległości między nimi. Jedynie odległe pióropusze dymu były nowym widokiem. Nieco niepokojącym, ale odległość mitygowała tenże niepokój. Mimo wszystko marmurowa maska Bordenoira - dotychczas oscylująca między sztucznymi uśmiechami, a uprzejmą neutralnością - drgnęła w krótkim grymasie.

- Allons-y - mruknął pod nosem, gdy furmani w końcu ruszyli dalej.

Jehan szturchnął obcasami boki podstarzałego już wierzchowca, podobnie jak Durmont marząc o ciepłej kąpieli i wypatrując wygód, jakie niosło za sobą miejskie życie.
 
Aro jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 02-08-2022, 11:21   #8
 
8art's Avatar
 
Reputacja: 1 8art ma wspaniałą reputację8art ma wspaniałą reputację8art ma wspaniałą reputację8art ma wspaniałą reputację8art ma wspaniałą reputację8art ma wspaniałą reputację8art ma wspaniałą reputację8art ma wspaniałą reputację8art ma wspaniałą reputację8art ma wspaniałą reputację8art ma wspaniałą reputację
22 sierpnia 2595, szlak z Pradesu do Perpignanu

Neolibijczyk przez kilka dni spokojnie obserwował członków karawany i przechodziły przez niego różne uczucia: od wstrętu, przez zupełną obojętność po skwapliwie skrywaną ciekawość. Większość ludzi w karawanie była całkowicie obojętna, jak anonimowy biały niewolnik na jedwabniczej plantacji w górach Atlasu. Spoglądając na górników nie mógł oprzeć się wrażeniu, że biali mieszkańcy Europy winni się cieszyć i pod niebiosa wychwalać afrykański kaganek kultury i dobrobytu jaki nieśli afrykańscy kupcy w te zapomniane przez afrykańskie bóstwa tereny. Trudno było uwierzyć, że onegdaj przed Eshatonem, to do Europy podobno afrykański lud jechał za słodkimi ziemniakami i pieniądzem. Oczywiście Wanadu, podobnie jak i tysiące innych magnatów zrzeszonych w gildii w Trypolisie, też przebywało morze w poszukiwaniu pieniądza, ale okoliczności był zgoła inne od motywów jakie kierowały jego przodkami pięć stuleci temu. Tak czy owak patrząc na prosty, biały lud zdawał sobie sprawę, że biali niewolnicy, nawet ci od najbrudniejszej roboty w jego stronach wyglądają zdrowiej i czyściej. Nie wspominając już o manierach, któych byle Harap nauczył by ich w tydzień nawet nie rozdając zbyt wiele batów.

Piątkę młodych Jehammedan wyśmiewał w duszy, bo ich żałosne próby udawania afrykańskich harapów podlane w dodatku co najmniej dziwacznym religijnym bełkotem były w istocie śmieszne. Niewiele różnił się od nich pilnujący ich niczym mędrzec Ruiz, który po prostu był już zbyt stary na udawanie nabuzowanego młodzieńczymi hormonami zawalidrogi. Ale przynajmniej jego biała gęba nie paplała głupot jak piątka młodszych mieczy. Abstrahując od wszystkiego Kuoro orientował się jednak, że Elani, piękna konsul Perpignanu, zbudowała na miejscu silny sojusz, zarówno z Jehamedanami jak i z rezystą, chojnie rozdając dinary jednym i drugim.

Pochodzący z odległęgo Pollenu Yago wzbudzał w nim zainteresowanie, głównie z powodu swego pochodzenia. Odległa kraina słynęła z biokinetów, a Wanadu chętnie ujrzałby jedną z tych istot w optycznym celowniku swojego karabinu wyborowego (któemu zresztą Pollanin przygladał się z dozą zaintrygowania i respektu, co nie uciekło uwadze hebanowo czarnego afrykanina). Takie trofeum przyniosłoby nie lada satysfakcję i wymierny profit w denarach.

Durmont zdawała się najlepiej rozumieć Kuoro, toteż z nią najczęściej konwersował. Wyedukowanej szlachciance nie musiał tłumaczyć trywialnych dla afrykan spraw, a sam fakt, że spędzała z nim dużo czasu dawał magnatowi ulotną satysfakcje i wyższość nad innymi sczłonkami ekspedycji, że całkiem zgrabna jak na europejkę jemu poświęca uwagę. No i bez tego zdawał sobie sprawę ze swojej zarówno intelektualnej jak i kulturowej wyższości nad białymi, ale i tak miło łechtało to ego Kuoro. Anja nie była w żaden sposób piękna jak czarne afrykańskie piękności, ale Kuoro oczywiście przyjąłby ją w łożnicy i ze względu na jej pochodzenie wygodził równie dobrze jak czarnej kobiecie zgodnie ze wszystkimi lekcjami ars amandi jakich uczono go za młodu w haremie ojca.

Jehan był użyteczny i szanował go za to. Zresztą wydawało się myśliwemu, że ten szacunek jest obustronny, co było jak najbardziej właściwe w opinii libyjczyka. Fakt, że Baudelaire wyglądał na takiego, którego, co bardziej ekscentryczni magnaci wybierali takich do swoich haremów, aby zaspokojać swe chucie także i z mężczyznami, nie miał dla Kuoro najmniejszego znaczenia. Liczyła się wiedza i rozliczne talenty jakie miał młody Perpignańczyk.

No i był jeszcze Renton, któy był dla czarnoskórego kupca totalną zagadką. W pierwszej chwili, gdy go ujrzał, ucieszył się, że będzie w ekspedycji i harap, któremu będzie można nie tylko zaufać jak swojemu, ale także chociaż pogawędzić w Wahiri. Jakim zaskoczeniem było, gdy okazało się że czarny zna w afrykańskim dialekcie mniej słów niż Anja i Jehan, a mundur rezysty nie jest zdobycznym trofeum! Mathieu był bardziej biały niż reszta członków ekspedycji razem wzięta, co Kuoro uznawał za niebywałe, nie miał jednak okazji porozmawiać z sierżantem rezysty o jego dziedzictwie i pochodzeniu.

***

Przysłuchiwał się obojętnie ściszonej rozmowie Ruiza i panny Durmont. Samemu też chętnie wziąłby kąpiel, ale nie przystało mu jako nawykłemu do trudów myśliwcowi, aby zabiegać o pałacowe dostatki (co było zresztą określeniem bardzo na wyrost w odniesieniu do łaźni jaką zaoferował stary miecz), no chyba, że szlachcianka zaprosiłaby go do balii, wtedy zaprawdę prostackim dyshonorem byłoby odmówić. W żaden sposób nie dał po sobie poznać, że poczuł się lekko zawiedziony brakiem oferty ze strony Anji, ale uniesiony honorem nie miał najmniejszego zamiaru zabiegać o takie względy, ba! nawet uznał, że ta nieosiągalność białej kobiety jest w jakiś sposób intrygująca.

Przywołał natomiast dłonią Jehana, kiedy tylko pojawiła się okazja by porozmawiać bardziej na osobności i ze swoim libijskim akcentem polecił młodzieńcowi, wciskając w dłoń kilka złotych denarów:

- Bądź tak miły Jehanie i dowiedz się coś więcej o pochodzeniu sierżanta Rezysty. Oczywiście, gdy będzie ku temu okazja i okoliczności. Odnajduje jego kolor skóry bardzo intrygujący w koleracji z jego całkowitym oderwaniem od korzeni. Ufam w twoje możliwości, a to co do tej pory udowodniłeś, tylko mnie w tym upewnia. - Kupiec postanowił nie ukrywać motywów, jakie nim kierowały, aby frankijski młodzieniec miał klarowność tego czego szukał Kuoro.
 
8art jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 02-08-2022, 21:22   #9
Northman
 
Campo Viejo's Avatar
 
Reputacja: 1 Campo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputację
Roje na horyzoncie rzucające długie cienie z kotłujących się jak smolisty dym bałwanów kształtów burzowych chmur oraz kilka komentarzy w tej sprawie, wzbudziło szemranie na wozie. Kolejny raz do brudnych uszu Rentona doleciały jękliwe narzekania i złorzeczenie.

- Nosz kurwa wasza niemyta kadety! Co to ma być za morale?! Już my was nauczymy myślenia i podejmowania decyzji!
- Ale panie sierżancie kochany, ja… - migał się zachrypnięty zakapior oderwany od sztolni.
- Ja to w wojsku dupa! - ryknął sierżant. - Co kilka godzin muchy w nosie to się wam skończyć może zdronowaniem! Mordy teraz w kubeł, bo za wozem zaraz biec do jednostki będziecie i ostatni czyści latryny! Zrozumiano?!

Już od wczorajszej nocy sprawa wydawała się sierżantowi co najmniej podejrzana…

Zeszłego dnia…

Wrażenia przemowy rekrutacyjne na znudzonych mieszkańcach Pradesu nie robiły. Aż tu nagle gromada górników pod kloaką w sznurku się ustawiła. Kiedy Renton zrzucił wagę i wyszedł z wychodka jeden przez drugiego buńczucznie do Rezysty chciał wstąpić. Pogonił najbardziej pijanych a ośmiu takim, co fason jako taki trzymali i postury byli prawidłowej bez widocznych oznak kalectwa fizycznego, kazał iść za sobą. Kątem oka widział ubawionego Yago z założonymi rękoma opartego o słup ogłoszeniowy przy spelunce, która za miejscowy szynk robiła.

W namiocie pozbierał dane i sporządziwszy kontrakty przy świadku, którym był młody przewodnik karawany zainteresowany zamieszaniem czekających przed wejściem kolejnych ochotników, Renton paluchem kazał parafować przy imieniu i nazwisku kto nie umiał pisać postawionym ptaszkiem, znakiem symbolizującym wronę. Powody podawali górnicy podobne. Chęć przygody, kobietom imponowanie…

- Kima, wikt, popitek i opierunek to i w każdym frankońskim przybytku teraz wam należeć się będzie, ale nie od razu. Trzy miesiące w obozie szkoleniowym i będzie z was jeszcze wojsko. W Perpignanie lub Obozie Fierté szkolenie zasadnicze przejdziecie. Teraz wyspać się! Pobudka o świcie! - rozgonił towarzystwo spod namiotu polowego.

Nazajutrz zaś miny górników na wozie zakręcone były jak klucz od karuzeli, bo kac siermiężny i lub moralny gnębił chyba najnowszych żołnierzy perpignandzkiego regimentu.

Gdy karawana ruszyła dobiegł jeszcze jednen, którego piskliwy krzyk…

- Jeszcze ja! Ja jeszcze! Panie oficerze!

…dało się słyszeć z daleka na długo zanim z kłębów kurzu wynurzył się nieszczęsny górnik.
Młodzian, choć ledwie dwie dekady lat miał, wyglądał na dużo więcej, jak to ze zniszczonymi trybem życia i pracy górnikami było. Mierzył ledwie pięć stop w kamaszach na obcasie a zaokrąglony, że łatwiej przeskoczyć niż obejść było.


Woźnica rzucił głośne PRRRRR…. a dziewiąty górnik wgramolił się na deski wehikułu z przejęciem to patrząc na Rentona, to oczami śmiejąc się do górników.

- Ja też do wojska. Z kolegami! Ja bez nich sam tu nie chce! Weźcie mnie też!

Sierżant zmierzył od go od stóp do czubek brudnych ryżych kłaków na łepetynie. Schudnąć schudnie. A z takim wzrostem w samo raz do oddziałów tunelowych się nada, bo na to zawsze był deficyt. Doświadczenie górnicze i debilny wyraz twarzy przypisał wyjątkowej komraderii, którą krótkonogi grubasek wykazywał entuzjastycznie wyrabiając normę za całą pozostałą ósemkę. I tak Lolo Dupont bez wahania podpisał kontakt na użyczonych plecach kompana, który z kolei minę miał nie do śmiechu.


 
__________________
"Lust for Life" Iggy Pop
'S'all good, man Jimmy McGill

Ostatnio edytowane przez Campo Viejo : 02-08-2022 o 21:25.
Campo Viejo jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 03-08-2022, 06:46   #10
 
Pinn's Avatar
 
Reputacja: 1 Pinn ma wspaniałą reputacjęPinn ma wspaniałą reputacjęPinn ma wspaniałą reputacjęPinn ma wspaniałą reputacjęPinn ma wspaniałą reputacjęPinn ma wspaniałą reputacjęPinn ma wspaniałą reputacjęPinn ma wspaniałą reputacjęPinn ma wspaniałą reputacjęPinn ma wspaniałą reputacjęPinn ma wspaniałą reputację
Młoda kobieta wsłuchiwała się w śpiew Yago. Szybko odkryła, że obracając nieco głową do tyłu na klaczy, kierując linię ud nieco bardziej w stronę Pollanina, ten poczynał melodycznie skandować jeszcze głośniej i żywiej. Czekała, tylko co przyniesie nowa, improwizowana zwrotka. W duchu westchnęła, lecz kiedy jechała przodem zaraz za Ruizem i dwójką Mieczy, którzy ubezpieczali front uśmiechnęła się lekko pod wąskim, ale wyrazistym nosem, tak, że jej drobne pieprzyki i piegi wygięły się malowniczo, niczym niskie tuje smagane wokół niej wiatrem.

Poczuła nagle spokój ducha. Coś co ostatnio stawało się u Anji częstsze, jakiś niepoprawny odpymizm wypływający spod otwartego błękitno-żółtego nieba, z dala od ponurych terenów jej domu. Teraz miała naprawdę wspaniałą bryłkę srebra. Gdy tylko pokaże ją ojcu i matce. Jakże chciała ją uściskać!

Zastanawiając się tak, marząc o rodzinnych stronach spojrzała na Mathieu Rentona. On też przecież pochodził z Franki. Jego hebanowa skóra, potężne sploty mięśni, łysa głowa odbijająca promienie słoneczne jak tafla czekoladowej fontanny, za której łapczywe podjadanie na balach była zawsze karcona- wszystko to było iście niekonwencjonalne, nietypowe, po prostu dziwne. Akcent zgoła podobny do jej, zwyczaje i patriotyzm rezysty. To było niecodzienne spotkanie i cieszyła się, może z lekką rezerwą, że go poznała. Świat okazał się większy, bardziej tajemniczy i różnorodny niż kiedykolwiek śmiała przypuszczać poznając go z nosem w tekście i latarką pod kołdrą zarywając noce na wykradane z biblioteczki ojca, rzadkie księgi.

Baudelaire znowuż, był taki młody, pełen ogłady. Mówił do niej per “nadobna panienko” i zdawał się raz pewny siebie, raz to wyjątkowo nieśmiały i kruchy jak mały piesek o długich jasnych lokach. Nie mogła jednak go rozgryźć. Wydawał się nad wyraz inteligentny, ale zdystansowany, tajemniczy. To dla Anji Iranduli było nieco odstręczające. Jak róża z kolcami, albo właśnie no- piękny koń, pełen gracji i dumy, lecz potrafiący kopnąć, kiedy spróbuje się do niego zbliżyć… albo dosiąść. Anja zamyślona, z głową w chmurach parsknęła rozbawiona, lecz jak miała nadzieję nikt tego nie słyszał. Zupełnie nie wiedziała jak obchodzić się z mężczyznami. Po prawdzie ją przerażali. Mowa oczywiście o kimś posiadającym ogładę, kulturę, pełnym szacunku i na owy zasługującym. Górnicy zwerbowani do Rezerwy, nie wydawali się jej nawet ludźmi, stąd możliwość ruszenia szpicą do Ille-Sur-Tét, przed innymi wydawała się kojąca. Spojrzała na jaśniejące słońce, które piekło skórę jak płomień podpiekający ciasto chleba- jej skórę. Wyjęła z jasnej, prostej, skórzanej torby na ramię (celowo mało ozdobnej i praktycznej) emulsję do opalania kupioną w pośpiechu od zielarki i wmasowała ją sobie w twarz oraz odsłonięte ręce, z trudem utrzymując równowagę.
 

Ostatnio edytowane przez Pinn : 03-08-2022 o 10:43.
Pinn jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Odpowiedz



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 11:34.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2024, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169 170 171 172