![]() | ![]() |
![]() |
| |||||||
| Archiwum sesji Postapo Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemie Postapo (wraz z komentarzami) |
| | Narzędzia wątku | Wygląd |
| | #91 |
![]() | Kiedy człowiek umiera łatwo jest w to nie uwierzyć. Zwłaszcza jak winne są kule. Strzały. Te są częste. Osoby które do nich przywykną czasem mają je nawet w pogardzie! I tylko czasem trafiają. Ciało dziwnie się zwija. Leje się krew. Któryś wrzeszczy. Kto inny płacze. Ktoś wątpi. A inni po prostu nie mogą się z tym pogodzić. Gael miał tę niezwykłą zdolność do mobilizacji. Może to już ślad starości? Ale w chwili tragicznej zwyczajnie zachowywał dystans. Nie analizował. Nie myślał. No to przychodził czas później. A stres podpowiadał mobilizację. Kiedy Johansen umierał nikt nie potrafił tego docenić. Nikt tez nie potrafił tego okiełznać. Nikt nawet nie myślał dlaczego tak się stało. Na placu boju pokutowały odruchy. - Jedź – to chyba on krzyknął. Samochód jak na wezwanie ruszył. Wyrwało go do przodu, tak że Mały musiał przytrzymać się oparcia. Kończył właśnie przeładowywać HK. Wziął Głęboki oddech, nie będąc pewnym czy w krytycznej chwili wypuścił czy wciągnął powietrze. Poderwał się z oparcia, wystawiając broń przez burtę pojazdu. Poczym nie będąc pewnym czy mierzy w trawę, czy w poruszające się cienie, czy w postaci zasypał okolicę ogniem. Samochód gnał podskakując, a on ciągle strzelając czynił rajzę chcąc tylko dosięgnąć jak najwięcej osób. |
| |
| Reklama |
| |
| | #92 |
![]() | Bitwa Joanne Roughtstorm Ostatnie godziny były dla Rought piekłem. Kiedy wychodziła z krypty na ten tajemniczy świat, nie mogła wiedzieć, że w tak krótkim czasie będzie mogła poznać smak nagłej i nieoczekiwanej śmierci. Kto z nich, mógł spodziewać się, że ten świat okaże się dla nich tak niegościnny? Zacisnęła zęby gdy przewracała się na plecy. Ból przypominał jej o tym, że jeszcze żyje. Pamiętała słowa, które często powtarzała jej babka: „Póty życia, póty nadzieji”. Wiedziała jedno, że musi wyrwać się z więzów. W tym momencie, nie przeszkadzało jej nic. Był tylko cel. Wykonując najróżniejsze akrobacje, ruszając się próbowała się uwolnić. I oto pojawiło się światełko w tunelu, więzy na rękach nie były najlepsze. Ktoś na całe szczęście dla niej spartolił swoją robotę. Zacisnęła zęby gdy lina obcierała jej dłonie …. Opłaciło się to, po chwili ręce miała wolne. Popatrzyła w górę, na swoich oprawców. Nie zwracali na nią uwagę, będąc wpatrzonym gdzieś w przestrzeń i strzelając. Nagle jeden z nich zakrzyknął i padł na ziemię. Był to mniejszy pomocnik Browna. Trzymał się za gardło, próbując złapać oddech. Jego nogi rozorały piasek. Po chwili znieruchomiał … na zawsze. Roughtstorm odetchnęła cicho, gdy noc przerwał kolejny krzyk. Pełen bólu i zaskoczenia? Vay Kryjówka była idealna dla jego potrzeb. Obserwował trójkę przeciwników czekając. Wszystko zależało, od akcji ich tymczasowych sojuszników z wozu. Kapral oddychał miarowo, powoli. Nagle zobaczył jak jeden z przeciwników pada na piasek, przez chwilę wierzga, w ostatnich konwulsjach, gdy dusza walczy o pozostanie w ciele i nieruchomieje, gdy walka ta okazuje się przegrana. W tym samym czasie największy z przeciwników, cofnął się o metr do tyłu, a drugi z tych mniejszych rzucił się w bok, poszukując jakieś kryjówki. „Zostało ich tylko dwóch i zaczynają panikować”, taka myśl uderzyła Vaya. Oczywiście mógł się mylić. Jego rozmyślania przerwał kolejny krzyk, dochodzący od strony wrogów. Gdy popatrzył w tamtą stronę, zobaczył strzelające w niebo płomienie … Kawaleria Rija wykonała polecenie Małego. Nie było czasu na rozmyślania ruszyła. W tym samym czasie usłyszała za sobą charakterystyczny dźwięk magazynka wchodzącego na swoje miejsce i ponownie odciąganego zamka pistoletu maszynowego. Bizarre otworzył ogień, nie celował. Może nawet nie zdawał sobie z tego sprawy, ale w momencie gdy nacisnął spust modlił się. Była to starożytna modlitwa wszystkich zrozpaczonych i wystraszonych żołnierzy, na polach bitew na całym świecie. „Niech broń doda mi sił, niech zniszczy moich wrogów”. Otworzył ogień mając nadzieję, składając te strzały w ręce pani fortuny. Mówi się, że Fortuna jest zmienną kochanką. Cóż dzisiaj musiała uśmiechnąć się do Kawalerzysty. Po swoich strzałach usłyszał, krótki urwany krzyk. Wiedział co to oznacza … modlitwa została wysłuchana. Uśmiechnął się, jednak uśmiech ten zamarł na jego ustach gdy zobaczył krótki wybuch ognia z przodu samochodu i usłyszał krzyk bólu i przerażenia. Wydawało mu się, że trwa on całą wieczność dochodząc do najgłębszych zakamarków duszy. Rija też go usłyszała, aż podskoczyła z przerażenia, nie wiedziała, że ludzka istota, może tak krzyczeć. Skręciła za mocno kierownicą trafiając o kamień, w ostatniej chwili udało się jej powstrzymać samochód przed upadkiem. Stali jednak teraz bokiem do wrogów. Brux Opuścił bezpieczne schronienie jakie dawała skała, aby móc odpalić swój miotacz ognia gdy tylko znajdzie się w zasięgu. Czołgał się powoli, bez strachu, on uleciał gdzieś daleko. Wiedział, że może to zrobić. Był w końcu najlepszy! Sam Kilgore mu ufał i on tego zaufania nie zawiedzie. Ruszał się tak samo jak wiele lat temu, gdy ćwiczył pod okiem Blacka. Te same ruchu, które wiele razy uratowały mu życie, na różnych polach bitew. Plecak z mieszanką paliwa trochę mu ciążył, ale dodawał również pewności siebie, dawał siły. Żołnierz wiedział, że gdy naciśnie spust przyjdzie śmierć. Ich ciała będą płonąć, a oni będą krzyczeć z bólu, jak wiele razy wcześniej. Bez przebaczenia. „Straszną rzeczą jest zabić człowieka, zabierasz mu wszystko co ma i wszystko co może mieć”. Przypomniał sobie te słowa, tylko kto je wypowiedział? Ojciec? Black? A może Kilgore? Nie było to teraz ważne, oto on i pole bitwy. Udało mu się przedostać kolejnych parę metrów, gdy odezwały się karabiny wroga i zaczęły padać strzały. Z drugiej strony otworzył ogień mały. Brux poczuł ból w ręce „Nie, nie mogłem zostać trafiony!” przebiegło mu przez myśl. Jednak poczuł jak koszula zaczyna lepić się do ciała, a po ręce płynie jakaś ciecz „Cholera”. Uśmiechnął się gdy usłyszał przedśmiertny krzyk „Umierajcie!” przebiegło mu przez myśl. Znów ruszył i wtedy stało się najgorsze. Kula trafiła w zbiornik jego miotacza ognia. Krzyknął gdy stanął w płomieniach. A po chwili nie było bólu, nie było bitwy. W dalekiej poświacie, na horyzoncie stał jego ojciec … a może tak mu się tylko wydawało? Zamknął oczy i nie było już niczego …. Ekspedycja Nie widzieli co się dzieje, jednak liczba strzałów świadczyła o tym, że bitwa przybrała na sile. Noc została przecięta przez urwany szybko krzyk. Kiedy wydawało im się, że to koniec usłyszeli ponownie krzyk i zobaczyli strzelające w górę płomienie. Popatrzyli na siebie, każdy z nich zastanawiał się, co się tam do cholery dzieje?
__________________ Ride into this world/All alone/God takes your soul/You’re on your own. The crow flies straight/A perfect line/ On the devil’s back/Until you die. Gotta look this life in the eye |
| |
| | #93 |
| Banned ![]() | Dziewczyna odruchowo spojrzała w stronę wybuchu. To było okropne. Uświadomiła sobie, że tą żywą pochodnią musiał być Brux Calagar. Zadrżała. "- Skoro ukatrupili Bruxa, to dla nas nie ma już nadzieji." - wyszeptała tak cicho, że nikt nie mógł tego usłyszeć, a może to były tylko jej myśli? Mieszanka uczuć przeszła przez jej ciało. Rezygnacja a zaraz potem zdenerwowanie i mobilizacja a potem już tylko żal. "- Czemu musieliśmy jechac po ten nieszczęsny bimber? Czemu? Po co?" - Chciała płakać, ale nie było czasu na to. Ból w brzuchu zwiastował cierpienie i rozpacz. Złapała mocniej za kierownicę i uparcie ruszyła przed siebie. Zdawała sobie sprawę z tego, że nie potrafi prowadzić, ale nie było innego wyjścia. Droga była oświetlona przez palące się wciąż ciało ich wiernego kompana. Co za ironia... Ale dzięki temu Rija miała dość dobrą widoczność, co pozwoliło jej wykonać manewr i wrócić na drogę. Dodała gaz do dechy i po prostu jechała, modląc się w ciszy. Nie wiedziała o co powinna się modlić, czy o swoje życie czy o dusze Bruxa i Johansena. Po kilku metrach, nareszcie włączyła oświetlenie i przełączyła na wyższy bieg, zwiewając ile sił pod maską... Ostatnio edytowane przez Laryssa : 11-07-2007 o 17:54. |
| |
| | #94 |
![]() | Jake obserwował oddalającego się Vay’a. Gdy tak patrzył jak niknie w mroku nocy, coś go ukłuło w sercu. Może to wyrzuty sumienia, może troska o towarzysza, a może po prostu niepokój o własną skórę. Przecież doskonale zdawał sobie sprawę, że bez niego ekspedycja nie poradzi sobie na pustkowiu. Narażając siebie, narażał wszystkich. - Cholerny skaut. – mruknął Jake i pokręcił głową. Nie mógł zrozumieć dlaczego harcerzyk pcha się w sam środek tego bagna. Nawet ich obecna pozycja nie gwarantowała bezpieczeństwa, a każdy krok w kierunku pojazdu zwiększał ryzyko oberwania kulką. Musiał jednak przyznać, że ranger działał jak prawdziwy zawodowiec. Cichy jak kot, niewidoczny jak kameleon. Nie wykonywał żadnych nerwowych ruchów. Gdyby odwrócić na chwilę wzrok można by mieć kłopoty z ponownym jego zlokalizowaniem. Mimo wszystko nie mógl oprzeć się wrażeniu, że Jim powinien był tu zostać z nimi. Przecież nie wiedział ilu tych skurwieli kryje się po krzakach. Do tego wystawiał się na ostrzał tych z wozu. Jake ponownie pokręcił głową: - Cholerny skaut. – powtórzył do samego siebie. W pewnym momencie coś wystrzeliło w górę. Ktoś z jeepa użył flary, której blask rzucił nieco więcej światła na okolicę. Flara jak i ogień z wciąż palących się krzaków pozwalały na lepszy wgląd w sytuację. Jake uniósł lekko głowę, aby mieć lepszy widok. Wypadki potoczyły się błyskawicznie: krótkie serie z wozu, odpowiedź z zarośli, śmierć jakiegoś kolesia; poszatkowany jak ser szwajcarski. Jake widział wszystko jak na dłoni. - Jeden dostał. Robi się nieciekaw... – przerwał, gdy ktoś posłał serię z odjeżdżającego pojazdu. Walters powtórnie przywarł do ziemi, nakrywając głowę dłońmi. Dwie zbłąkane kule zaryły w ziemię na lewo od niego. Już miał powiedzieć – "Co za pojeb napierdala na oślep?" – ale głos ugrzązł mu w gardle. Strach związał mu język i nie pozwolił się ruszyć. Leżał jak sparaliżowany. Nic nie widział. Słyszał tylko jak ktoś ponownie pada na ziemię, a zaraz potem powietrze rozrywa mała eksplozja. Coś się paliło. Ciekawość w końcu wzięła górę i Jake uniósł lekko głowę. - Jezu... – wyrwało mu się mimochodem na widok osobnika zamienionego w ludzką pochodnię. Jego krzyki sprawiły, że zaczął się lekko trząść. Popatrzył z przerażeniem w oczach na towarzyszy kryjących się w pobliżu. W głowie majaczyła mu jedna myśl: gdzieś tam był Vay. Czy go jeszcze zobaczą? |
| |
| | #95 |
| Wasteland warrior ![]() | ![]() Charakterystyczny grzechot pistoletu maszynowego rozdarł po raz kolejny ciszę. Kule świstały dookoła w niezliczonej liczbie. „Facet chyba wygarnął cały magazynek i to kurwa na oślep.” Nagle obok głazu za którym leżał Jim padł trup. W ciemnościach Vay widział tylko zarys martwej sylwetki. „To jeden z z tych trzech. Jednego sukinsyna mniej.” I wtedy usłyszał krzyk….Krzyk od którego cierpła skóra na plecach, który docierał do samego dna nawet najczarniejszej duszy. Krzyk umierającego człowieka… Kapral ostrożnie wyjrzał zza osłony. Widok był iście makabryczny… ludzka pochodnia…paliwo z miotacza zajęło się ogniem. Przez chwilę facet rzucał się na oślep, miotając się z bólu, wreszcie po kilku długich jak wieczność chwilach upadł na ziemię i znieruchomiał. „Straszna śmierć” Wielki skurwiel z karabinem odskoczył w tył widząc śmierć jednego z kompanów. Jim był już teraz bardzo blisko przeciwnika. Zaskoczyła go wielkość broni trzymanej przez bydlaka. W ciemności nie mógł powiedzieć tego ze stuprocentową pewnością ale wydawało mu się, że to M2H2 – ciężki karabin maszynowy, strzelający pociskami 0.50 cal, robiącymi straszne dziury w ciele. Kapral zachodził w głowę jak ten byczek może utrzymać ważący 38 kilo ckm i do tego prowadzić celny ostrzał. „Trzeba działać” Był już tak blisko ofiary, że był prawie pewien celności strzału. Oparł pistolet o głaz… spojrzał jeszcze raz na przeciwników. Przymierzył … wycelował… pociągnął za spust… raz… dwa… trzy… razy. Głowa monstrualnego wroga pękła jak pomidor. Jim nie widział jak ciężkie cielsko pada na ziemię. Był już ukryty z powrotem za głazem. Słyszał tylko głuchy odgłos padającego ciała… Kapral siedział cicho za osłoną. Czekając na ruch tego ostatniego bydlaka. Nigdzie jeszcze nie widział Rought…Niestety…
__________________ Rangers lead the way - 2 batalion Rangersów - 6 June 1944 - Omaha Beach Tajemnice Czarnego Lądu - zapraszam do rekrutacji. 11844451 - moje gg. Sobota: Wielkie odpisywanie!!! |
| |
| | #96 |
![]() | Joanne Roughtstorm "Póty życia, póty nadziei. - Spieprzaj z mojej głowy!" Rought próbując rozwiązać więzy na nadgarstkach odganiała od siebie już każdą myśl, bała się popadnięcia w kolejną nisze wspomnień, która przesłoniłaby jej choć na krótką chwile cel. Im była bliżej uwolnienia dłoni tym mniej zwracała uwagę na cokolwiek w okół niej, cichł szczęk karabinu, zanikał ból, obrazy widziane kontem oka zamazywały się... Lina puściła, świat nabrał ostrości, a ból żeber przeszył całe ciało Joanne. Wszystkie zmysły wyostrzyły się w chwili krótszej niż mrugnięcie oka, czy śmierć człowieka, a zginał jeden z jej napastników. Niby kobieta miała powód do radości, a jednak fala żalu w niej wezbrała... "Andy... Właśnie dlatego nienawidzę takich ludzi... " Przyłożyła na moment policzek do chłodnej ziemi, by po niecałej sekundzie poderwać głowę i prawie histerycznie rozeznać się w sytuacji. "Zostało ich tylko dwóch, no może 2,5.. Zaczynają panikować, niedługo zaczną sie strzały na oślep, jak uciekać to te... " Tę myśl urwał jej oślepiający oczy przywykłe do mroku błysk i przeraźliwy krzyk umierającego w męczarni człowieka. Uniosła głowę ponad linie trawy i ujrzała zjawisko, które w tak przepotwornym bólu rozstawało się ze światem. Tak, zjawisko bo ciężko to co zdawało się żywą pochodnią nazwać już człowiekiem. Skóra zaczęła spływać z jego ciała, a w miejscach gdzie miał ubranie wtopiło się ono zupełnie w ciało... Ten krzyk bólu przypomniał jej pożar w krypcie, tam też tak ludzie krzyczeli, dokładnie w ten sam sposób... Poczuła jak połowę jej ciała ogarnia gorąc... Zapatrzona w nieszczęśnika nie zauważyła, że mutant zaczął się cofać pod linie kamieni, do których pierwotnie chciała sama się wycofywać, uważając, że na praktycznie pustej i płaskiej przestrzeni jakikolwiek punkt wystarczająco duży by zasłonić człowieka i wyglądający naturalnie jest doskonałym początkiem ucieczki. Gdy zwróciła w końcu uwagę na ten niespodziewany obrót spraw z goła tak dla niej niekorzystny, stał się prawie, że cud. Usłyszała trzykrotny wystrzał i zobaczyła napawające ją jeszcze przed chwilą strachem stworzenie osuwające się z krwawą maską zamiast twarzy na ziemie.. Widok był potworny, ale jeśli upada najsilniejsza twierdza wroga czas na płacz po mężnych obrońcach jest dopiero po zakończeniu wojny. Podniosła najszybciej jak mogła głowę ponad linie zarośli w których byłą skryta dziękując Bogu, że jest na tyle sponiewierana, że nie będzie spod warstwy brudu i kurzu widać jej przecież tak specyficznego koloru włosów. Kontem oka, zanim jeszcze zdołała odwrócić głowę dostrzegła samotnego Browna, który stał osłupiały zupełnie nie mogąc uświadomić sobie jak tak potężna broń jaką był Tony mogła tak szybko przepaść. Nim zorientował się, że został zupełnie sam Rought zdążyła już zapomnieć o planie ucieczki i zaatakować go rzucając jednym z noży z taką wprawą wysuniętym z pochwy. Celowała w nogi póki jeszcze stał na miejscu... Może nie zdoła już uciec, a jeśli nawet spróbuje to kolejny nóż w ułamku sekundy leżał już przygotowany do rzutu w dłoni kobiety.. Jednak nie zaryzykowała kolejnej próby, a w obawie przed ogniem zaporowym schyliła się by ucałować ziemie, a w momencie gdy wyczuje, że oprawca nie ma pojęcia do kogo strzelać podaruje mu przedostatnią z rzutek.. Plan był piękny, jednak rzeczywistość..
__________________ "Najbardziej przecież ze wszystkich odznaczyła się ta, co zapragnęła zajrzeć do wnętrza mózgu, do siedliska wolnej myśli i zupełnie je zeżreć. Ta wstąpiła majestatycznie na nogę Winrycha, przemaszerowała po nim, dotarła szczęśliwie aż do głowy i poczęła dobijać się zapamiętale do wnętrza tej czaszki, do tej ostatniej fortecy polskiego powstania." |
| |
| | #97 |
![]() | Bitwa Kawaleria Tochimoto chciała jak najszybciej się stąd wydostać. Zmieniła bieg i dodała gazu chcąc wrócić na drogę. Samochód ruszył. Wydawało się, że w końcu los postanowił uśmiechnąć się do żołnierzy. Samochód wyjechał na drogę, nie bez przygód ... odgłosy świadczyły o tym, że spód samochodu przyjął liczne kamienie. Rija wyjechała na drogę i skręciła kierownicą. Zredukowała bieg czemu towarzyszyło okropne skrzypienie, dobiegające ze skrzyni biegów. Wystraszyła się i spróbowała wrzucić jedynkę ... bez rezultatu. Inne biegi również nie chciały wskoczyć, biedna dziewczyna próbowała ile sił w rękach ... nie mogła. Odwróciła się w stronę miejsca, gdzie stał wróg. Usłyszała 3 strzały, była przekonana, że niedługo zaczną latać wokół nich kule. Ale nic takiego nie następowało. Po chwili ciszy, usłyszeli krótką serię strzałów i wrzask, który nastąpił jakieś 15 sekund po nich. Chwilę później usłyszeli strzał i nastała cisza. Vay Kapral mógł być zadowolony z siebie. Największy z ich przeciwników leżał martwy, załatwiony przez niego. Może dzięki jego działaniu udało się im uniknąć strat? W oddali zauważył zarys wozu, który wyjechał z powrotem na drogę i stanął w miejscu. "Co oni robią?" przebiegło mu przez myśl, ale nie było więcej czasu aby się nad tym zastanawiać. Ostatni żywy wróg oddał krótką serię w stronę radia i zaczął uciekać. Jednakże, po paru metrach przewrócił się, wrzeszcząc ile sił w płucach. Vay ze swojego miejsca widział jak popatrzył w górę, włożył sobie lufę pistoletu maszynowego do ust i nacisnął spust ... Rought Brown otrząsnął się z szoku wcześniej niż się spodziewała. Zdążył oddać krótką serię do radia i ruszyć w jej kierunku. Nie zmieniło to jednak wiele w jego sytuacji, nóż precyzyjnie wszedł w jego kolano. Krzyknął z bólu i przerażenia i padł na ziemię. Jednak udało mu się nie wypuścić broni z ręki. Wśród jego krzyków Joanne udało się wyłowić (a może tylko jej się tak wydawało) krótkie -Zawiodłem- po tych słowach padł strzał i zapadła cisza. Ekspedycja Nie widzieli co się dzieje, ale bitwa musiała wejść w kulminacyjną fazę. Najpierw padły 3 strzały i coś ciężkiego runęło na ziemię. Następnie krótka seria oddana z jakiegoś rodzaju broni maszynowej i po pewnej chwili okropny wrzask. Potem ostatni strzał i zapadła cisza. Przez chwilę nie mogli przyzwyczaić się do tego stanu rzeczy. Nic nie mówili, mogli usłyszeć lekki szum trawy powodowany wiatrem. Czekali na kolejne strzały, ale żadne nie nadchodziły. Czyżby to był koniec?
__________________ Ride into this world/All alone/God takes your soul/You’re on your own. The crow flies straight/A perfect line/ On the devil’s back/Until you die. Gotta look this life in the eye |
| |
| | #98 |
| Banned ![]() | Rija nie siedziała w miejscu i nie nasłuchiwała ciszy bezczynnie. Gdy tylko zrozumiała, że samochód jest niesprawny lub też odmówił jej posłuszeństwa, postanowiła zrezygnować dalej uparcie z takiej formy ucieczki. Teraz liczyło się już tylko jej życie, nie dbała o pojazd. - Samochód się zepsuł - powiedziała prawie szeptem w kierunku Małego i wyskoczyła na zewnątrz przez dzwi pasażera. Schowała się za samochodem. Wyjęła broń i odbezpieczyła ją. Chwile jeszcze oddychała głośno i nierównomiernie. Kiedy nastąpiła cisza Rija struchlała. Ciężko przełknęła ślinę i zastanawiała się nad pieszą ucieczką. "- Co się dzieje? Czemu nie strzelają?" - myślała nerwowo, oglądając się na Gaela. |
| |
| | #99 |
![]() | Gael aż uśmiechnął się gdy zobaczył wielkie oczy przejętej dziewczyny. Która w dodatku szeptała coś do niego. Chyba nie było by z niej pożytku w bitewnej ciżbie, ale za to jest słodka. Pozytywne emocje szybko go opuściły. - Przeładuj broń. I zobacz ile tego mamy. Będziemy się bronić kryjąc się za autem. No! Wysiadamy kochanie. – Sam chwycił jeszcze radio, poczym sprawdził czy jest ustawiony odpowiedni kanał. Właściwie jedyny jakiego tu urzywali. Nacisnał przycisk w mikrofonie. - Gael Bizzare, tu Gael Bizzare, do bazy, do bazy, do bazy. Zostaliśmy zaatakowali. Ok. czterech mil od bazy na drodze. Mamy zabitych. Potrzebujemy wsparcia. Atak z broni mechanicznej. Samochód unieruchomiony. Odbiór. Poczym uśmiechnął się niepewnie do dziewczyny. Widać po min było że nie przywykł do takich sytuacji i choć starał się działać rozsądnie, to jednak sytuacja wielce mu nie odpowiadała. - Przepraszam Rija…
__________________ To nie lada sztuka pobudzać ludzkie emocje pocierając końskim włosiem po baraniej kiszce. |
| |
| | #100 |
![]() | Siedział poobijany w swoim laboratorium – „swojej twierdzy” - i opatrywał swoje otarcia uzyskane na skutek testów nad Okiem Ramzesa. Nie spodziewał się że będzie miało tak dużą siłę, nie znalazł nigdzie informacji na temat takiej broni. Mogło to oznaczać że zostanie ojcem tej technologii. Ogólnie testy przeszły pozytywnie aczkolwiek będzie trzeba jeszcze ją kalibrować. Tradycyjnie zapisuje w swoim pipoby`u wszystkie przemyślenia na temat eksperymentów. Właśnie zaczął grzebać przy module komunikacyjnym bazy, kiedy uległ zamyśleniu. Czytał niedawno o takim czymś jak „sztuczne satelity ziemi”. Kiedyś ta piaskowa planeta była pełna ludzi i życia. Jak sam się przekonał ludzie mają mózg ale nie zawsze z niego korzystają. Tak właśnie się stało kiedy zamienili „Niebieską planetę” w „Diunę”. Wiedział że też jest człowiekiem i ciąży nad nim piętno błędu ludzkiego. Od małego szukał właściwych odpowiedzi i starał się prawidłowo wybierać. Nie zawsze mu się udawało… . Kolejne oderwania od rzeczywistości. Coraz częściej mu się to zdarza. Brak snu. Czas goni, a on też nie jest już taki młody. „Czym ja miałem się zająć? Aaaa... GSM, GPRS, Satelity?”- Zamruczał pod nosem. Pracował chwilę, dalej gdy radio zagrało. „Gael Bizzare, tu Gael Bizzare, do bazy, do bazy, do bazy. Zostaliśmy zaatakowali. Ok. czterech mil od bazy na drodze. Mamy zabitych. Potrzebujemy wsparcia. Atak z broni mechanicznej. Samochód unieruchomiony. Odbiór.” Zaniepokoił się. Zawsze Kilgore panował nad sytuacją czyżby były jakieś problemu? I dlaczego zgłasza się Bizzare a nie Kilgore. Po chwili usłyszał. „Przepraszam Rija…” Nagłe uderzenie serca wyprowadziło go z równowagi. Wzrosła adrenalina, mózg począł planować działanie. „Tu centrum, Webber mówi. Co się dzieje? Co z Riją? Gdzie jesteście? Zaraz namierzę Kilgore`a. Zabiorę parę rzeczy i będę u was. Utrzymajcie się, to rozkaz.” Włączył radio na max głośności i zaczął się pakować. Dwa zbiorniki z wodorem. Płaszcz. Pistolet laserowy. Sonar. Słuchawki z mikrofonem Szybko podłączył się do maszyny z wodorem i napełnił swoje ogniwo. Nastawił radio na skanowanie sygnałów. Założył płaszcz i plecak. Poprawił okulary. Nic go już ni obchodziło chciał jak najszybciej znaleźć Riję. Czekał na znalezienie sygnału Kilgore`a. To trwało całą wieczność. |
| |
| Reklama |
| |
| Użytkownicy aktualnie czytający ten wątek: 1 (0 użytkownik i 1 gości) | |
| Narzędzia wątku | |
| Wygląd | |
| |
Podobne wątki | ||||
| Wątek | Autor wątku | Forum | Odpowiedzi | Ostatni Post / Autor |
| [komentarze] Fallout - EKSPEDYCJA | nonickname | Archiwum sesji Postapo | 216 | 01-26-2008 12:20 |
| Fallout - EKSPEDYCJA dodatkowa rekrutacja | nonickname | Archiwum rekrutacji | 46 | 10-21-2007 09:44 |
| [raporty] - Fallout EKSPEDYCJA | nonickname | Archiwum sesji Postapo | 1 | 09-30-2007 00:26 |
| Fallout - EKSPEDYCJA | nonickname | Archiwum rekrutacji | 35 | 09-22-2007 22:31 |
| [fallout]Sesja nr2 | fleischman | Archiwum rekrutacji | 14 | 12-28-2005 22:53 |