![]() | ![]() |
![]() |
| |||||||
| Sesje RPG - Postapokaliptyczne Świat umarł. Nikt nie ocalał. Pogodzisz się z tym? Położysz się i umrzesz? Przygnieciony Megatonami które spustoszyły twój świat i zabiły rodzinę, przyjaciół nawet ukochanego psa. Weźmiesz spluwę i strzelisz sobie w łeb bo nie dostrzegasz nadziei... Czy też będziesz walczył? Wstaniesz i spojrzysz na wschodzące słońce i stwierdzisz, że póki życie póty nadzieja. I będziesz walczył. O przyszłości. O jutro. O nadzieję. Wybór należy do ciebie. |
![]() |
| | Narzędzia wątku | Wygląd |
| | #111 |
![]() | Sekundy oczekiwania na odpowiedź ciągnęły się w nieskończoność. Czuł bicie serca, czuł jak „hormon walki” zaczyna wypełniać cały układ krwionośny. Stan wzbudzenia powoduje złudznie wydłużania się jednostki czasu. Co się tam do cholery dzieje - Powiedział do siebie zaniepokojony. „Nie mogę tak stać i czekać trzeba działać”. Czuł lekką bezsilność. PPPiii – Pipboy się odezwał. ------------- Odnalezione sygnały radiowe: 5 ------------- Poszperał jeszcze. W takich chwilach czuł „błąd ludzki”, obawę na swoich plecach. Czy jego program, sprzęt dobrze działa? Od tego zależy życie Małego i Riji. Straszna presja. Wiedział że jest najlepszy w „te klocki” w „Mechanicznej” ale nikt nie jest doskonały. Wziął głęboki oddech, zamknął oczy. Chwilkę zajęła mu analiza tej sytuacji. W jego głowie zaświecił promyk nadziei, który powstał wraz z pomysłem jak namierzyć wzywających pomoc. Ruszył do garażu. Pominął zbrojownie nie było czasu na branie dodatkowego ekwipunku. Idąc wykonał kilka kliknięć. I ukazał się graficzny wykres sygnałów. Zrobił zrzut na mapę okolicy. Porównał z wytycznymi Kilgore`a na temat aktualnego wypadu. Cała czynność zajęła mu sekundy. Wyznaczył przypuszczalną trasę. Ostatnio edytowane przez mana_man : 12-06-2007 o 15:24. |
| |
| Reklama |
| |
| | #112 |
![]() | 24.09.2131 17:17 BITWA NA DRODZE Gael Usłyszałeś początek serii z karabinu maszynowego. Dźwięk się nagle urwał, wizja też. Tak samo czucie. Sekundy ciągną się. A może to nie sekundy, tylko mgnienia, albo całe wieki. Co za różnica? Nie potrafisz zrozumieć co się stało. Nie wiesz i nigdy się nie dowiesz, że trafiło cię pięć pocisków. Trzy trafiły cię w głowę. Nie dowiesz się, że eksplodowała jak arbuz i że resztki świadomości, które starały się pojąć w swej małości ideę entropii, to była twoja dusza ulatująca z ciała. Do jakiego piekła pójdzesz? Gdzie będziesz pokutował za grzechy? Czy przekroczysz suchą nogą Styx i czy diabły rozszarpią cię w kakofonii jęków i chichotu? Którą ścieżką będziesz teraz podążał? Kogo spotkasz po drugiej stronie? Zapewne zaraz się wszystkiego dowiesz. Bo jesteś martwy. Rought Ciszę przerywa seria karabinu maszynowego. Potężna symfonia poezji wojny. Kule przelatują tuż nad twoją głową. Masz jak widać podwójne szczęście, że się potknęłaś. Gdy echo serii opadło, a raczej rozbiegło się po prerii zapanowała absolutna cisza. Nie było słychać jęków, nikt też nie odpowiedział ogniem. Leżysz na ziemi i z prędkością jakiej nie powstydziłby się HAL analizujesz sytuację. Skąd te strzały? Czy jakiś człowiek Browna przeżył i strzelał? A może to ktoś z naszych? Tak to Vay. Jest obok ciebie. Wyrósł jak spod ziemi. A może był tu cały czas? Coś do ciebie mówi, ale nie rozumiesz słów. Nie wydaje żadnego dźwięku. Tylko śmiesznie bezgłośnie porusza ustami. Do twojej świadomości dociera, że po policzkach płyną Ci łzy. Płaczesz. Ty krzyczysz, dopiero po chwili zdałaś sobie sprawę z tego, że wrzeszczysz jak oszalała. Vay obejmuje Cię ramieniem, przestajesz krzyczeć i słyszysz jak szepcze Ci do ucha: Już wszystko w porządku. To najmilsze słowa jakie ktokolwiek, kiedykolwiek Ci powiedział. Jesteś bezpieczna, bo Vay jest przy tobie. Nie tylko słyszysz jego szept, ale czujesz go na uchu. Jego ciepły oddech. Już dobrze. Po chwili ktoś podnosi Cię do góry. Zdecydowanie, ale delikatnie. Przytula Cię mocno. Znasz zapach tej osoby. To Andy. <47 sekund później> EKSPEDYCJA Stoicie wszyscy nad dwoma trupami. Jednemu coś urwało głowę. Jest też martwa kobieta. Umierała leżąc na twarzy, patrząc jak piasek łapczywie pije jej krew. Otwarte, jakby pełne życia, ale jednak martwe oczy, robią na was upiorne wrażenie. Ta dwójka starała się zejść na pobocze drogi, zostawić samochód, ale nie udało im się. Seria oddana przez Vaya okazała się być dla nich kosą ponurego żniwiarza. Na drodze stoi samochód. Maska jest przeorana kulami. Potłuczone reflektory, chłodnica pewnie też wygląda jak ser. Nie ma przedniej szyby. Ciekawe co z przewodami paliwowymi i silnikiem. W środku kolejny trup rozsiekany pociskami. Do tego jakieś graty, narzędzia, parę skrzynek alkoholu. Jest też broń. Dwa pistolety: Mouser i MP9. Jedna sztuka broni długiej - karabin snajperski (Hunting Rifle), garść amunicji. Jest też radio samochodowe, takie jakich przed wojną używały służby porządkowe. Radio jest włączone i słychać jakieś trzaski.
__________________ A MACIE GOGLE ? ! |
| |
| | #113 |
| Wasteland warrior ![]() | Wszystko ucichło. Głuchy szczęk iglicy oznajmił kapralowi pusty magazynek. Vay złapał się za Colta - tak na wszelki wypadek. Jednak od strony krzaków nie dochodziły żadne oznaki życia. Jim ostrożnie podniósł jakiś większy kamyczek i rzucił go w bok od siebie - w miejsce skąd strzelał ostatnio. Spodziewał się, ze w odpowiedzi padną strzały. Jednak nadal panowała cisza... Zaryzykował... zerwał sie z ziemi i z odbezpieczonym Coltem ruszył w stronę krzewów. Znalazł dwa ciała... nie dbał jednak o ich przeszukiwanie. Teraz miał w głowie tylko jedną gorączkową myśl - "Co z Rought?" Już nie zaprzątał sobie głowy skradaniem, kryciem się w cieniu. Biegł prosto do miejsca w którym ostatnio ja widział. Zobaczył ciało leżące na ziemi i zimny dreszcz przeszedł mu po plecach. Joanne poruszyła sie jednak - "Ona żyje". Dopadł do niej... uklęknął. Delikatnie podniósł ją z ziemi, chyba dopiero przytomność jej wracała. "Ona tylko się przewróciła Jim, tylko tyle." - mamrotał pod nosem próbując się uspokoić. - Wszystko dobrze, Joanne. Już dobrze, jestem przy Tobie. - gładził czule jej włosy, przyciskając drżącą dziewczynę do piersi - Ci goście już nie żyją. Niepotrzebnie wystawiłem Cię na niebezpieczeństwo. - czuł delikatny zapach jej włosów - nigdy nie doznał większej ulgi, niż teraz gdy okazało się, że dziewczyna jest cała i zdrowa. Nagle usłyszał czyjeś kroki za plecami, odwrócił się w tamtą stronę wymierzając pistolet. To Andy... Opuścił broń - Miło, że wpadłeś, co z resztą, wszyscy cali? A Labay i Jake? Puścił Rought z uścisku, czując sie trochę nieswojo. Odszedł kilka kroków, nie chcąc im przeszkadzać. Stał w milczeniu, analizując przebieg starcia. "Trzeba będzie ich przeszukać i zmywać się stąd jak najszybciej, może oni nie byli sami?" Patrzył jak Andy obejmuje Joanne, gdzieś tam w głębi dusz poczuł ukłucie zazdrości... Podszedł do nich w ciszy i spokojnym głosem zapytał: - Co robimy, sir?
__________________ Rangers lead the way - 2 batalion Rangersów - 6 June 1944 - Omaha Beach W sobotę odpisuję do: Rivera,RR,Deusa,Fontanny i Światów. Wszystkich MG i graczy przepraszam, ale w związku z nową pracą nie dam rady inaczej. Proszę o wyrozumiałość. Ostatnio edytowane przez merill : 11-30-2007 o 19:29. |
| |
| | #114 |
![]() | Joanne Roughtstorm Przez moment świat zupełnie zgasł dla dowódczyni ekspedycji... Ciemność nieprzenikniona, kolejna seria z broni szybkostrzelnej nad głową i kolejne myśli - "Po co ja tu wyszłam, przecież prócz spaczenia i pożogi nic nie zostało na tym świecie? Cholerny Thomas, sam byś ruszył dupę na zewnątrz zamiast udawać na lekcjach tej suchotnicy, że coś potrafisz... Vay... " Rought podniosła jeszcze nic niewidzące oczy niczym szczenię, które dopiero co przyszło na świat. Spojrzała na Jima... Co się mogło dziać, nie miała pojęcia, ale żyli, a to było najważniejsze. Nie słyszała go, czuła tylko, że jej ciało przechodzą dreszcze... "Co jest, kurwa?" Zaczęły dochodzić do niej dźwięki. Dlaczego krzyczała? Wszystko zdawało się obce, dalekie.. Jednak milkła w miarę tego jak Vay coraz czulej przyciskał ją do siebie. Opanowywała drżenie ciała, gdy gładził jej włosy. Uspokajała się czując jego ciepły oddech na swoim uchu. Chciała się poruszyć, odpowiedzieć, odwdzięczyć się choćby niewinnym pocałunkiem, jednak ciało dalej nie chciało jej słuchać. Nagle poczuła, że Jim zaczął się zdecydowanie odsuwać, mówił coś, jednak już gdzieś poza nią. Przez głowę przeleciała jej gorączkowa myśl : "Czy ja zrobiłam coś nie tak?" . Gdy zupełnie przestała czuć już jego ciepło, zaczęła tracić równowagę i mimo, że siedziała niechybnie by upadła. Gdyby nie opiekuńczy uścisk, który poczuła na przedramieniu. Silny, ale nie bolesny, jakby wyćwiczony przez lata sparingów, który nie tylko ją przytrzymał, ale także podniósł do pozycji pionowej i przycisnął do zupełnie innego męskiego ciała. Czuła się jak miotana przez niegrzeczne dzieci szmaciana lalka... Poznała zapach "nowego opiekuna"- Andy... Nie poznawała jedynie tego rodzaju uścisku, automatycznego, bez krztyny czułości, czy troski- tak tuli się trofeum nie kobietę. Nawet pocałunek jaki złożył na jej skroni był zimny, wręcz wymuszony... Ten chłód bijący od najbliższej jej na świecie osoby ocucił ją w błyskawicznym tempie. Krótka analiza sytuacji oraz uczucie, że wzrok Andy'ego wbity jest gdzieś za jej plecami, jasno powiedziały jej wszystko, o tym co się działo przed sekundą i co się dzieje teraz. Przytulona do Andy'ego delikatnie zaczęła drapać go po karku i przycisnąwszy usta do jego twarzy, szeptać: -Andy, nie... Po tych słowach zwrócił do niej twarz. Rought delikatnie złożyła pocałunek na jego spierzchniętych ustach, ten sam, którym chciała obdarować jeszcze chwile temu Jim'a. -Co robimy, sir? Joanne odwróciła automatycznie twarz w stronę kaprala i zauważywszy, że cała pozostała przy życiu ekspedycja zebrała się już praktycznie w okół nich puściła Andy'ego i oparwszy się na jedynie na jego ramieniu uśmiechnęła się do pozostałych. Nawet z uśmiechem na twarzy nie wyglądała obecnie dobrze, blada, brudna, zmęczona... - Jacke, Jim - do samochodu. Labay, Andy i ja do Browna. Za 5 min zbiórka tym samym miejscu i rozporządzenia odnośnie znalezionego sprzętu... Panowie, dobrze was znowu widzieć. Nie czekała i tym razem na głosy sprzeciwu, już jeden zignorowany dzisiaj rozkaz, dzięki któremu zginęli niewinni ludzie, naprawdę wystarczy. Odeszła w stronę mutanta opierając się dalej na ramieniu Andy'ego. Jednak odchodząc pozwoliła sobie jeszcze odwrócić wzrok, by spojrzeć przez moment na Jim'a. "Co się między nami stało?" - nie było jednak obecnie najważniejszym dylematem...
__________________ "Najbardziej przecież ze wszystkich odznaczyła się ta, co zapragnęła zajrzeć do wnętrza mózgu, do siedliska wolnej myśli i zupełnie je zeżreć. Ta wstąpiła majestatycznie na nogę Winrycha, przemaszerowała po nim, dotarła szczęśliwie aż do głowy i poczęła dobijać się zapamiętale do wnętrza tej czaszki, do tej ostatniej fortecy polskiego powstania." Ostatnio edytowane przez rudaad : 12-06-2007 o 19:44. |
| |
| | #115 |
![]() | - Ale burdel – wymamrotał Ed, gdy chwiejnym krokiem wychodził z chaszczy. Bitwa się skończyła, swoi wygrali. Ulga i radość wprost go rozpierała. Gdyby nie te piszczenie w uszach, ból głowy i trzęsące się łapska, mógłby z radości fikać koziołki. Ten sukinsyn, Vay, dał radę. W pojedynkę. Cholerny drań, HAL miał rację rekomendując go jako ochronę misji. Trzeba pamiętać, by od tej pory darzyć go szacunkiem na jaki zasługuje. Zupełnie inna klasa niż –Andy-, ten kawał mięcha, co wyskoczył po bitwie „z odsieczą” i teraz jak jakaś karykatura bohatera trzyma w objęciach Joanne... Joanne? LaBay przystanął. Hah. Świat płata niezwykłe figle. Szansa na to, że spotkają porywaczy akurat w takich okolicznościach równała się praktycznie zero. Człowiek prawie ma ochotę uwierzyć w inteligentnego kreatora, splatającego gdzieś na górze ich losy. Uśmiechnął się krzywo. Z jednej strony Mamuśka Jr. mogła faktycznie dysponować kilkoma niewielkimi zaletami, mogącymi przysłużyć się Ekspedycji, ale z drugiej... cóż, chyba niepotrzebnie tak szybko zaczął przyzwyczajać się, ze wyprawa będzie dowodzona przez kogoś... z odpowiednim podejściem... Joanne uspokajała się, a Ed zdjął zabrudzone okulary i szybko przetarł je o ubranie. Vay właśnie odchodził, Andy i Joanne gruchali sobie na ziemi jak gołąbki, ale było w tej scenie... coś nie tak. Miał niezbywalne uczucie, że zaszło tutaj coś oprócz bitwy. Cóż, w obecnym stanie ducha, nic dziwnego, że nie błyszczy bystrością. Założył spowrotem okulary i otulony mrokiem świat rozjaśniał nieco. - Jacke, Jim - do samochodu. Labay, Andy i ja do Browna. Za 5 min zbiórka tym samym miejscu i rozporządzenia odnośnie znalezionego sprzętu... Panowie, dobrze was znowu widzieć. Brown? A więc to jednak jego sprawka. Nie trzeba było ufać przeklętemu dzikusowi. Martwiła go jednak inna rzecz. Tuż po tak... głośnym i intensywnym szoku, stać było Joanne na taki hart ducha. Zawiść wykrzywiła lekko jego twarz. Niech to szlak. Przyjęła to znacznie lepiej niż on sam. - Witamy z powrotem, panno Roughtstorm. Cieszę się, że tak szybko doszła pani do siebie. Czy ktoś jest poważnie ranny? – powiedział lekko podniesionym głosem – Nie? Nie martwcie się państwo, jeszcze będzie okazja. Ruszył za przywódczynią i po kilku krokach dojrzał... istotę. Stanął w miejscu z szeroko otwartymi oczyma i poprawił powoli okulary. - Fascynujące... Gigant... jak mógł o nim zapomnieć! Podbiegł do szefowej. - Panno Roughtstorm, proszę o pozwolenie na pobranie tkanek tej istoty! Zważywszy na ich agonistyczne nastawienie, wiedza o nich może być krytyczna dla przyszłości powierzchniowych wypraw z krypty! Również pobranie tkanek pozostałych uczestników starcia może w przyszłości dać obraz zmian, jakie zaszły wśród ludzi po kataklizmie... nie wiemy czy i kiedy będziemy mieli okazje tak łatwego pobrania takiej ilości odpowiedniego materiału... I gdybym... – chory uśmiech pojawił się na jego twarzy – gdybym miał możliwość anatomicznego przebadania mózgu tej wielkiej istoty, mógłbym spróbować ocenić zdolności kognitywne, zmysły, stopień zmian w stosunku do człowieka... mogłoby dać nam to przewagę informacji w ewentualnych przyszłych starciach! potrzebuje tylko – wyrecytował niemal jednym tchem do jej ucha. Tak! Dla takich chwil warto było wybrać się na tę wyprawę... nawet jeśli musi znosić współpracę z kilkoma niekompetentnymi głupcami... ogniki fanatyzmu skakały mu w oczach...
__________________ "To bez znaczenia, czy wygrasz, czy przegrasz, tak długo jak będzie to WYGLĄDAŁO naprawde fajnie"- Kpt. Scundrel. OotS |
| |
| | #116 |
| Wasteland warrior ![]() | Złapał wzrokiem spojrzenie Rought. Dostrzegł nieme pytanie w oczach, takie samo właśnie kołatało mu się w głowie. Był zdezorientowany obecną sytuacją. Nigdy jeszcze nie doznał takiego rodzaju emocji. Jego żołnierskie szkolenie obejmowało odpowiednią motywację jako czynnik determinujący do działania…. Ale takiego czegoś jeszcze nie czuł… Patrzył jak Joanne odchodzi z Andym i LaBay’em w kierunku Browna, obserwował dziewczynę nie mogąc oderwać od niej wzroku… - Ty Romeo, idziemy do tego złomiszcza. Trzeba zobaczyć co i jak z tym samochodem – szorstki głos Jake’a wyrwał go z zamyślenia. Czarnoskóry mężczyzna podążał już w stronę unieruchomionego pojazdu. Jim schował trzymaną jeszcze broń do kabury i ruszył za nim. W jego głowie wirował tysiąc myśli i pytań i żadnych odpowiedzi na nie… Obejrzał wnętrze samochodu, znalazł trochę szkła z potłuczonych butelek, w środku unosił się mdły zapach kiepskiego alkoholu. Omiatał latarką wnętrze szukając czegoś ciekawego. – Jake, obejrzyj to radio dokładnie może da się coś z nim zrobić? Może się przydać… Zostawił Waltersa grzebiącego przy samochodzie. Sam omiatając podłoże światłem latarki podążył w stronę krzewów, gdzie leżały dwa ciała – efekt jego morderczego ostrzału. Delikatnie przeszukał ciała, przyglądał się dwójce młodych ludzi, których żywoty zgasił swoimi kulami… Ta dziewczyna… zaledwie trochę starsza od Rought… jednak świat na zewnątrz nie jest taki wspaniały…Ułożył trupy obok siebie i zamknął im oczy. Zebrał całą broń i amunicję a także inne przydatne drobiazgi. Jego szczególną uwagę przykuł sztucer myśliwski znaleziony przy trupie mężczyzny, to z niego strzelał do Rought. Broń była w dobrym stanie, widać, że właściciel odpowiednio o niego dbał. ![]() Przeciągnął ręką po chłodnej kolbie. Przyłożył broń do ramienia. Czuł zadowolenie… na reszcie jakiś porządny karabin. - Walters, wracamy. Jak Ci poszło? – Ruszył w kierunku reszty ekspedycji. Ciekaw był co znaleźli, choć w tamtą stronę ciągnęła go nie tylko ciekawość…
__________________ Rangers lead the way - 2 batalion Rangersów - 6 June 1944 - Omaha Beach W sobotę odpisuję do: Rivera,RR,Deusa,Fontanny i Światów. Wszystkich MG i graczy przepraszam, ale w związku z nową pracą nie dam rady inaczej. Proszę o wyrozumiałość. |
| |
| | #117 |
![]() | Joanne Roughtstorm Rought idąc w stronę samochodu musiał korzystać z pomocy Andy'ego mimo, iż wolałaby tego uniknąć, zwłaszcza, że czuła na swoich plecach spojrzenie kogoś innego... Jednak już ani na chwilę nie odwróciła wzroku w tamtą stronę. Miał być teraz dowódcą i to mimo, że kompletnie nie miała pojęcia co należy dalej zrobić. No może prócz dobrego wrażenia, a owe nawet nieźle jej wychodziło co potwierdzał wzrok LaBay'a. Delikatny uśmiech zagościł na jej wargach i nie zniknął z twarzy póki nie zobaczyła po raz kolejny pobojowiska po pierwszej części bitwy. Przechodząc tuż obok ciała Browna chciała w złości choć je kopnąć, lecz nieokreślony strach, że ciało mogło by się podnieść skrępował jej ruchy. W tym samym momencie LaBay z błyskiem fanatyzmu w oczach wielkich jak spodki prosił ją podniesionym głosem o zezwolenie na pobranie próbek tkanek i tym podobne machinacje ze zwłokami, których ona sama choćby nie wiem co jej za to dawali nie podjęła by się. Ocuciło ją to. - Dobrze, śmiało doktorze, lecz proszę pamiętać, iż mamy zaledwie 5 minut i straciliśmy Pipboy'a, a więc od tej pory musimy sobie przypomnieć jak używa się długopisu, oraz ograniczyć ilość zużywanego papieru. -Doskonale... LaBay odmruknął w odpowiedzi z szerokim uśmiechem na twarzy, głosem przypominającym odrobinę te które były modelowane pod psychopatów w dawnych filmach akcji i w ten swój denerwujący sposób poprawił okulary. Po czym zabrał się do pracy. Joanne przez chwile obserwowała go. Światło latarki złowrogo odbiło się od szkieł okularów. Upuścił plecak i szybko wyszukał w nim zestaw narzędzi oraz pojemnik kriogeniczny. Nałożył maseczkę na twarz, rękawiczki na dłonie i pędem ruszył w kierunku zwłok. 6 ciał plus olbrzym... Może nie była to reprezentatywna próba losowa, ale nie było sensu narzekać. Co za szkoda, że miał tak mało czasu, ileż informacji można by wykroić z tych obiektów! Pierwsze zwłoki. Zdjęcie, opisanie probówki, pobranie materiału ze szpiku, pobieżne oględziny ciała, następny! Działał jak w transie, szybko, bez zawahania, bez cienia współczucia czy zastanowienia się nad cudzym losem. Jak rzeźnik obrabiający mięso. Wkrótce stanął nad swoim oczkiem w głowie. Przez chwilę kontemplował niezwykłość i rozmiar istoty. Rozsadzona głowa psuła mu nastrój, ale nie miał czasu na przeklinanie Vay'a, że nie trafił choćby w gardło. Po pobraniu standardowych próbek, do analizy w Krypcie, szybko przemyślał co w tak ograniczonym czasie najbardziej ekonomicznie przebadać. Przeturlał zręcznie skalpel między palcami. Nie miał pojęcia jaka jest wiedza ludzi, których przyjdzie im przepytywać, na temat tych bestii, więc tak czy inaczej ryzykuje wyważanie otwartych drzwi. Zataczający kółka dookoła palców skalpel zatrzymał się. Kilka szybkich cięć i resztki łachmanów odsłoniły nagie ciało , tylko czekające na pobieżne przebadanie anatomiczne. Proporcjonalność, masywność, przyczepy mięśni, grubość skóry, podskórnej tkanki tłuszczowej, owłosienie, uzębienie, podobieństwo do człowieka... dłonie doktora wędrowały po zwłokach, macając, nacinając, czasem odskakując, by zrobić zdjęcie... Odwróciła twarz od tego masakrycznego widoku jakim był pracujący LaBay i nie odzywając się słowem do Andy'ego przyjęła od niego swój plecak oraz wyczyszczony dokładnie jeden ze swoich noży. Podniosła wzrok na przyjaciela i uśmiechnęła się figlarnie w podzięce tak jak to zwykła była robić, choć ten nawet nie zmienił wyrazu twarzy. Rought chciała zacząć się tłumaczyć, robić cokolwiek żeby zmienił swój obecny stosunek do niej, ale ani obecność La'bay'a nie była jej w tym pomocna, ani uciekający czas. Jego poczucie humoru gdzieś przepadło, miły uśmiech był jakby nieosiągalny na tej kamiennej twarzy, a dobre słowo tak samo nierealne jak własnoręczne naprawienie Pipboy'a. Joanne zrezygnowała z prób poprawy sytuacji i obrała chyba najbezpieczniejszą dla siebie taktykę - wyciszyła emocje i stała się dokładnie taka jaką chciała ją zawsze widzieć babka - zimną, nieprzystępną, oschłą, ale jednocześnie opanowaną i rozważną. -Andy sprawdź tego mniejszego, ja się zajmę Brownem. Interesują nas przede wszystkim broń, amunicja i żywność. Chwile po jej rozkazie padła prośba ze strony doktorka kierowana do Andy'ego. - Panie Andrew, będę potrzebował pana pomocy! – krzyknął, nie spuszczając wzroku z obiektu. Jednak nie zamierzała ową zaprzątać sobie głowy. Gdy odchodziła w przeciwną stronę by zabrać zmarłemu po raz ostatni spokój i wszystko to czego nie będzie potrzebował w drodze na drugą stronę, nie odwróciła głowy jak za Jim'em. Najśmieszniejsze było w tym to, że sam się na tym złapała. Uklękła przy ciele ich dawnego gospodarza i delikatnym ruchem dłoni zamknęła wpatrzone w wieczną ciemność oczy. Dłoń jej drżała. Jednak odpięła zegarek z nadgarstka mężczyzny i złożyła na ziemi tuż obok innych drobnych znalezionych przy nim przedmiotów takich jak otwarta paczka papierosów, zapalniczka Zippo, piersiówka, jakieś nienaruszone konserwy o nieokreślonej dacie przydatności do spożycia i pistolecie z zapasowym magazynkiem. Nie interesowało ją jak nazywa się ta broń, w końcu nie ona od tego tu była. Ostatnią rzeczą jaką zrobiła było wyjęcie z kolana Browna swojej rzutki... Gdy to robiła ciało drgnęło, a sama dziewczyna zbladła potwornie, zdjęta nagłym strachem. Jednak nie zaniechała zamiaru odzyskania jedynej broni jaką się z dużą wprawą posługiwała i po niedługiej chwili trzymała w dłoni zakrwawione ostrze... Delikatnie ułożyła je na pisaku tuż obok rzeczy nieboszczka. Nie miała siły teraz go czyścić, chciała pożegnać tego nieznanego człowieka, tylko jak? Nie czuła do niego nic prócz złości od kiedy tylko odebrał sobie życie zabierając najważniejsze dla nich tajemnice ze sobą do grobu... Dla nich, dla niej, dla ekspedycji... Brudną od krwi dłoń ułożyła tuż przy twarzy tego osamotnionego w nieskończonej nicości człowieka. Wolną dłonią pogładziła jego zimną twarz i przypomniała sobie ich pierwsze spotkanie, moment w którym wydawał się być człowiekiem wartym ich czasu i zaufania. Uśmiechnęła się spokojnie, chcąc jakby część swojego spokoju oddać tej duszy i odwracając wzrok ku zebranym fantom prawie automatycznie podjęła decyzje o wsunięciu mu pod koszulę tykającego zegarka, być może jako symbolu nowego życia... Nie ważne... W tym samym czasie LaBay bawił się w najlepsze. Nie marnując czasu na czekanie, wyciągnął strzykawkę i pobrał krew, następnie nie mogąc powstrzymać swojej szalejącej ciekawości rozciął mosznę i pobierał macierzyste, dzielące się komórki w celu zbadania podobieństwa genetycznego i ewentualnych jakościowych oraz ilościowych zmian chromosomowych, które mogłyby być odpowiedzialne za taką formę ciała. Zerknął na Andy'iego, który właśnie stanął nad nim i z wyrazem obrzydzenia odwrócił wzrok od jego badań. - Chwileczkę, zaraz pomoże mi pan odwrócić zwłoki. Ostrożnie pobrał próbkę płynu najądrza, by ustalić żywotność plemników... W końcu nie minęło na ziemi aż tyle czasu by można było uświadczyć tak szokującej ewolucji. Być istoty te były produktem biotechnologii? Gdyby ich funkcje płciowe były upośledzone, byłoby to poważnym argumentem przemawiającym za tą tezą... Ostrożnie zasysając zawartość kanalików pobawił się myślą o minie Mamuśki Jr, gdyby zaproponowałby jej sprawdzenie możliwości zapłodnienia na linii człowiek-gigant. Dla celów naukowych, rzecz jasna. - Ty jesteś naprawdę chory, doktorku, wiesz? - Czyżby, panie Andrew...? Wymruczał Ed wbijając spojrzenie w krocze mutka. – Dobrze. Teraz proszę go przewalić... Yh... właśnie tak, -świetna- robota, panie Andrew, gratuluję. Może pan iść, poradzę sobie. Ciekawe, bardzo ciekawe... Gdyby tylko miał aparaturę do fizjologicznej analizy wysiłku... Tak nienaturalna istota bez wątpienia ma masę słabych punktów... Gdyby miał. Cholera. Niechby choć był czas, żeby zajrzeć do środka bydlaka... Po krótkiej chwili Andy znów zawisł nad jego głową widocznie wykonawszy już wszystkie swoje obowiązki, wywołując na twarzy Eda grymas zniecierpliwienia. Rought była po raz pierwszy tak blisko prawdziwej, namacalnej śmierci, próbowała się z nią pogodzić, tak jak potrafiła... Może było to dla kogoś śmieszne i dziwnie sentymentalne, ale dla niej w tamtej chwili było rzeczą najważniejszą na świecie. Kończyła właśnie dopakowywać do swojego plecaka znalezione rzeczy, gdy usłyszała krótką acz stanowczą wymianę zdań między Andy'm, a LaBay'em: - Mówiłem, że nie potrzebuje już pana usług. - Ta, jasne. Dobra, koniec zabawy, idziemy. - ... mhm, jeszcze tylko... Latarka oświetlająca dotychczas zaczątek autopsji odleciała, kopnięta w trawę. - Powiedziałem koniec zabawy. Ed zastygł. Poprawił okulary, po czym bez słowa zaczął zbierać sprzęt. Rought w tym czasie zapięła plecak, włożyła papierosy i zapalniczkę do kieszeni spodni. Broń chwyciła w dłoń niczym nie zdradzając, że tak naprawdę nie ma pojęcia jak jej używać i skinęła na panów by naprawdę zaczęli się streszczać. Czas ciągle przelatywał im jakoś przez palce... Prawdopodobnie Jim i Jack byli już w miejscu umówionej zbiórki, więc czas było zmierzyć się z kolejną przeciwnością i skonfrontować spostrzeżenia oraz jak najszybciej wyruszyć dalej. Gdy dotarli na miejsce tak jak przewidziała Rought reszta Ekspedycji czekała na nich, sprzęt był złożony przed ich nogami, do czego Andy bez słowa dorzucił wszystko co miał w dłoniach, a Joanne dołożyła swoje "zdobycze". Niby nie było tego dużo, lecz część mogła posłużyć jako karta przetargowa. Stanęli w kręgu otaczając zrabowane skarby i przyglądali się sobie wzajemnie, wszyscy zdawali się być w jakiś dziwny sposób opanowani, lecz każdym z nich wewnątrz miotały inne myśli. Pierwszy odezwał się Jim: -- Joann... znaczy panno Rought.. Poprawił się automatycznie patrząc na kamienną twarz Andy'ego. - To wszystko co znaleźliśmy, przy nich. Dwoje białych, lat około 25, auto popsute, ale o tym za chwile opowie Jake. Składał powoli raport, przyglądając się dziewczynie dokładnie. Był ciekaw jak się czuje. - Wszystko w porządku...ma'm? Szukał w jej oczach jakiegoś znaku, wytłumaczenia tego co zaszło między nimi, a raczej miało zajść - "Dlaczego?". Rought zaś delikatnie uśmiechała się, niby do Jima, niby ogólnie do świata. Jednak raportu słuchała dokładnie i z wielkim skupieniem. Jej myśli ciągle uciekały gdzieś do punktu "i co dalej?..." Bała się, że sobie nie poradzi. Choć nic w jej zachowaniu nie wskazywało na wewnętrzne niepokoje. Spojrzała na zrzucone graty po środku ich kręgu. Po czym odezwała się głośno i wyraźnie: - Kapralu, proszę raport medyczny przekazać doktorowi LaBay'owi, a obecnie proszę postarać się ocenić stan znalezionego sprzętu i wskazać to co może być nam jeszcze użyteczne. Nie ma przecież sensu obciążać się na darmo. Głos dziewczyny był pierwszy chyba raz bardziej formalny, niż styl wypowiedzi Vay'a. W czasie, gdy Jim starał się w szarzejącym mroku ocenić stan broni, dowódczyni odwróciła się do Jack'a z naglącym pytaniem w oczach - "Co on masz teraz ty do powiedzenia?". Dla wszystkich oziębłość Joanne była dość niezwykłym zjawiskiem, ale przecież żadne z nich nie znało się na tyle by móc na pewno powiedzieć skąd się taka nagła, drastyczna zmiana w niej wzięła. No może poza Andy'm, ale on bynajmniej nie był skory do rozmów z kimkolwiek. Wysłuchała uważnie wszystkiego co zostało powiedziane, LaBay'a odesłała na inny termin z raportem medycznym. Gdy padały słowa, zwięzłe i fachowe z ust każdego ze specjalistów swojej dziedziny uczestniczących ekspedycji Rought kątem oka obserwowała Jim'a. Miała nieodpartą chęć dotknięcia go, muśnięcia chociażby opuszkami palców skrawka jego bluzy. Przez tę niezręczną zachciewajkę zaczęła się zastanawiać nad tym co czuje " może to tylko pożądanie?". Odgoniła od siebie te myśli, gdy tylko zobaczyła, iż Vay jest już gotowy do kolejnego raportu. - Według mnie powinniśmy zabrać: glocka, sztucer, steyer'a i MP 5 i oczywiście amunicje do wyżej wymienionych, sir. Są w najlepszym stanie technicznym, i odpowiadają naszym kwalifikacjom. Podział sprzętu widzę następująco: proponuję by Joanne wzięła Glocka, Jake ty MP 5, a La'Bay niech używa Steyera, jest praktycznie bezobsługowy, można strzelać serią, więc nie będzie musiał pan, panie doktorze celować, choć mam nadzieję, że nie będziemy musieli ich używać. Konserwacją sprzętu będę się zajmował ja osobiście, jeśli pozwolicie? Łowił wzrokiem spojrzenia Joanne, choć zadziwiała go jej oziębłość wobec pozostałych uczestników. Sama Joanne zauważywszy to jeszcze bardziej oziębiła swój ton. -Bardzo dobrze. Jako ze jestem dowódca, swoją broń przekażę Andy'emu, co do reszty propozycji nie mam żadnych obiekcji i poproszę Cię jeszcze Jim byś pozwolił na chwilę na słówko ze mną na stronę. Vay czekał na ostateczną decyzją dowódczyni, gotów do dalszego działania. Jego sumienie targały jednak wątpliwości " czy mogę sobie pozwolić na to uczucie, może przez nie stanę się nieuważny i będę stanowił zagrożenie?". Gdy tylko usłyszał prośbę ruszył za odchodzącą na bok dziewczyną. Idąc kawałek za nią obserwował jak się poruszała. Zatrzymał się dokładnie pól kroku za nią chcą jakby ochronić ją nawet przed natrętnymi spojrzeniami nieupoważnionych do tego widoku widzów, nie wspominając już o panującym chłodzie, czy ewentualnym niebezpieczeństwem. Rought sprawnie i szybko odnalazła w swoim plecaku podarowaną jej wcześniej przez Jim'a mapę, po czym rozłożyła ją na kolenie i ruchem dłoni dała znak Vay'owi by zbliżył się do niej. Mężczyzna przykucnął koło niej nie mogąc się powstrzymać od prób złowienia choćby jej spojrzenia. -Mamy problem, Pipboy nie działa. -Nici z raportów, co właściwie się stało? -W tej chwili bez mapy interaktywnej nie jestem w stanie wyznaczyć kierunku marszu, a nie mamy chyba wszyscy żadnych wątpliwości, że należy się stąd wynosić i to jak najszybciej. Gdy byli sami, Joanne mogła spokojnie zmienić ton głosu. Nie było potrzeby grać dalej. Nie przed Vay'em, który uspokajał ją kwadrans temu, gdy szok psychiczny przejął kontrolę nad jej ciałem. A teraz również potrzebowała jego pomocy. -No to trzeba to zrobić po staremu, na papierze i zwykłej mapie Joanne, proponuję wybrać na kierunek marszu Tull, na zachód stąd. -Zrób to proszę w tej chwili za mnie, sama nie jestem sobie w stanie poradzić, choć wiem, że takie słowa w żaden sposób nie przystoją dowódcy. Później porozmawiamy wszyscy o tym co zaszło i jak się wszystko rozegrało od momentu w którym widzieliśmy się po raz ostatni. Porozmawiamy o tym dokładnie w momencie, gdy uznamy, iż jesteśmy wystarczająco bezpieczni. Vay sam doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że podobnych słów nie powinien usłyszeć nigdy od nikogo, kto jest jego zwierzchnikiem, ale Rought coraz bardziej stawała się dla niego... Kimś innym niż dowódcą... Joanne podając mu mapę delikatnie musnęła jego dłoń, przeszedł go przyjemny dreszcz. Spojrzała na nią ciepło, chyba nie przeszkadzało mu, że ma odwalić za nią cała robotę. W ciągu kolejnych 3 minut cała ekspedycja dozbrojona i dociążona "kartami przetargowymi" ruszyła w stronę Tull. Rought trzymała się na uboczu, nie chcąc rzucać się w oczy... Wszystko co się z nią działo od czasu porwania powoli układało się jej w głowie w jedną spójną opowieść, którą będzie musiała podzielić się ze swoimi lu.. przyjaciółmi...
__________________ "Najbardziej przecież ze wszystkich odznaczyła się ta, co zapragnęła zajrzeć do wnętrza mózgu, do siedliska wolnej myśli i zupełnie je zeżreć. Ta wstąpiła majestatycznie na nogę Winrycha, przemaszerowała po nim, dotarła szczęśliwie aż do głowy i poczęła dobijać się zapamiętale do wnętrza tej czaszki, do tej ostatniej fortecy polskiego powstania." Ostatnio edytowane przez rudaad : 12-12-2007 o 21:40. Powód: Dopisek: Praca zbiorowa (Ruda, Judeau, Merill) pod redakcją moją . :) |
| |
| | #118 |
| Newsman ![]() | Ekspedycja Gwiazdy i księżyc rzucał blask, na drogę na której przed chwilą rozegrała się potyczka. Wiatr przetaczał się przez karłowate krzaki, lekko poruszając trawą i przenosząc drobiny piasku, które uderzały ludzi po ciele. Mogło się wydawać, że świat skończył się po raz wtóry. Była to prawda, dla tych którzy leżeli na tej drodze nigdy nie mając już spełnić swoich marzeń. Byli teraz tylko powoli stygnącymi ciałami, pustymi naczyniami, z których uleciała gdzieś dusza. Uciekli z piekła tej ziemi, być może w lepsze miejsce. A może nie? Kto wie jakie krainy czekają nas po drugiej stronie. Kto wie czy czekają. Można mieć tylko nadzieję. Ekspedycja zakończyła swoje zadanie tutaj. Na rozkaz Rought ruszyli w stronę Tull, miasta o którym słyszeli. Miasta, w którym mieli żyć ludzie. Oni też mieli nadzieję, na odmianę swojego losu. Czyżby ludzie, którzy przeżyli stali się tak źli, nieczuli? Jak dotychczas ich spotkania, nie przebiegały pokojowo. Czy to się zmieni? Zadawali sobie takie pytania oddalając się od uszkodzonego pojazdu. Po około 15 minutach marszu, zobaczyli coś co zmroziło im krew w żyłach. W oddali pojawił się słaby snop światła "Pojazd!". Dagn Webber Używając w tym celu pipboya, wyznaczył przybliżoną trasę, po której musieli poruszać się jego towarzysze. Serce waliło mu jak oszalałe, gdy zasiadał na jednym z nielicznych quadów jakie posiadała Kawaleria Mechaniczna. Silnik zaskoczył już za drugim razem i słaby snop światła oświetlił pustynną drogę przed nim. Ruszył. "Oby zdążyć, oby tylko zdążyć", uchwycił się tych słów, jakby mogły być ratunkiem, powtarzał je jak mag swoje zaklęcie. Chciała aby zadziałały. Po 35 minutach podróży w oddali zauważył jakiś ruch. Grupka osób, poruszająca się na piechotę po poboczu drogi.
__________________ We giving all gained all. Neither lament us nor praise. Only in all things recall, It is fear, not death that slays. -> Rudyard Kipling |
| |
| | #119 |
| Wasteland warrior ![]() | Jim zgodnie z życzeniem Rought wybrał marszrutę. Sam dokładnie nie wiedział gdzie maja podążać, a teraz jedynym rozsądnym kierunkiem wydawało być Tull, o którym wspominał Brown. Ten sam Brown który teraz był zimnym trupem leżącym jakieś 400 jardów za nimi. Bez żalu opuszczał miejsce potyczki. Ekipa zebrała graty, a on przy świetle latarki wyznaczył prowizorycznie trasę. Poprowadził ich równolegle do drogi, na zachód. Nie szli jednak wyznaczonym traktem - to mogło być zbyt niebezpieczne. Ze sztucerem trzymanym w pogotowiu szedł pierwszy. Doktorek z Jake'em za nim, oraz Andy. Joanne trzymała się trochę z boku. Od czasu do czasu oglądał sie do tyłu patrząc na posmutniałą Rought, nieznacznie marszczyła brwi - jakby sama sobie coś tłumaczyła. Musiał przyznać, że do twarzy jej było z tymi zmarszczkami na czole. Chciał do niej podejść i porozmawiać, lecz wiedział, że powierzyła mu na tę chwilę bezpieczeństwo misji i nic nie może wytrącić go z równowagi - bo wtedy wszyscy byli by w niebezpieczeństwie, także Joanne... Przyłapał się na tym, że nie myśli powoli o niej jak o swoim dowódcy... Nawet mu się to podobało... Tylko, czy żołnierz może sobie na to pozwolić?... Bolesna zadra zaciążyła na jego duszy... ***** Wciągał głęboko w płuca zimne nocne powietrze, racząc się jego orzeźwiającym aromatem. Step był dziwnie cichy, jedynie od czasu do czasu słyszeli jakieś odgłosy wydawane przez dzikie zwierzęta, pewnie pustułki czy jakieś inne nocne ptaki. Musiałby się spytać LaBay'a, a na to nie było teraz czasu. Musiał przyznać, że po robocie jaką Edmund odwalił przy tym olbrzymie poczuł do naukowca jeszcze większy szacunek. - Stójcie! - raczej zasyczał niż zaszeptał. Gestem nakazał im paść na ziemię. On sam przykucnął. Zdjął sztucer z ramienia i rutynowo przeładował ryglem. Gdzieś z przodu zamigotały światła jakiegoś małego pojazdu. Nagle zatrzymały się... - Dobra, słuchajcie, nie wiemy kto to... Edmund i Jake na drugą stronę... schowajcie się w tamtej kępie krzewów - wskazał im majaczące kilka metrów za nimi zarośla. - Joanne i ... Andy, wy za mną, tylko trzymać głowy nisko. Mechanik z doktorkiem ukryli się w krzewach. Vay podprowadził Joanne i Andie'go na drugą stronę za solidne głazy. Zbliżył swoją twarz ku Rought i szepnął: - Zostań tu, proszę. Nie bacząc na zapaśnika delikatnie musnął jej smukłą dłoń. - Idę sprawdzić, kto to... Trzymając karabin za lufę, odczołgiwał się od miejsca gdzie zostawił Rought. Musiał ich chronić... ją chronić... za wszelką cenę... Był już dobre 15 jardów od tego miejsca. Gdzieś tam przed nim świeciły reflektory. Przykucnął za krzewem i czekał... Sam nie wiedział czego się może spodziewać, więc broń miał w pogotowiu... Miał nadzieję, że obędzie się bez walki...
__________________ Rangers lead the way - 2 batalion Rangersów - 6 June 1944 - Omaha Beach W sobotę odpisuję do: Rivera,RR,Deusa,Fontanny i Światów. Wszystkich MG i graczy przepraszam, ale w związku z nową pracą nie dam rady inaczej. Proszę o wyrozumiałość. |
| |
| | #120 |
![]() | Trudy podróży zaczynały odciskać na Edmundzie swoje piętno. Całodzienna wędrówka, strzelanina, emocje badań a teraz perspektywa kolejnych godzin marszu niszczyły w nim chęć życia. Nawet nie mógł zwalić tego na Rought... Powłóczył nogami, jak kłodami drewna, przygnieciony kilogramami plecaka. To nie powinno tak wyglądać. Przecież z wyraźnym zapasem przeszedł wszystkie testy kondycyjno-siłowe, a teraz pada na ryj jak nie pójdzie spać po wieczorynce. Tylko wsłuchiwanie się w głośne, zmęczone oddechy reszty drużyny dawało mu nieco satysfakcji... Patrzył półprzymkniętymi oczyma na ziemię usiłując dostrzec w bladym świetle gwiazd jej nierówności. Upokarzający upadek to wszystko czego potrzebował do poprawy samopoczucia. Organizm niedługo powinien się dostosować i za jakieś długie minuty cierpienia, chód z pewnością sie zautomatyzuje... - Stójcie! - Kurwa. - Ed szepnął i zamknął oczy. Co tym razem wyżeł wywęszył? Ton jego głosu niedługo zacznie się źle kojarzyć. - Dobra, słuchajcie, nie wiemy kto to... Edmund i Jake na drugą stronę... schowajcie się w tamtej kępie krzewów. Joanne i ... Andy, wy za mną, tylko trzymać głowy nisko. Przyzywając resztki samokontroli LaBay skinął głową i pobiegł we wskazane miejsce. Rzucił się na ziemie, obijając sobie przy okazji miednice i klnąc przy tym szpetnie. Niezgrabnie wyciągnął karabin. Patrzył na niego przez chwilę, obracając w rękach, poprawiając okulary i krzywiąc się niemiłosiernie. - Do jasnej cholery, ty, Jake, gdzie to ma... tą... rękojeść? To jest magazynek? Wygląda jak magazynek... To cudo się jakoś odbezpiecza? I czy ja napewno dobrą stroną celuję? ... co tak na mnie patrzysz? Ciemno jest, ledwo to widzę...
__________________ "To bez znaczenia, czy wygrasz, czy przegrasz, tak długo jak będzie to WYGLĄDAŁO naprawde fajnie"- Kpt. Scundrel. OotS |
| |
| Reklama |
| |
![]() |
| Użytkownicy aktualnie czytający ten wątek: 1 (0 użytkownik i 1 gości) | |
| Narzędzia wątku | |
| Wygląd | |
| |
Podobne wątki | ||||
| Wątek | Autor wątku | Forum | Odpowiedzi | Ostatni Post / Autor |
| [komentarze] Fallout - EKSPEDYCJA | nonickname | Komentarze do sesji RPG - Postapokaliptycznych | 216 | 01-26-2008 11:20 |
| Fallout - EKSPEDYCJA dodatkowa rekrutacja | nonickname | Archiwum rekrutacji | 46 | 10-21-2007 08:44 |
| [raporty] - Fallout EKSPEDYCJA | nonickname | Sesje RPG - Postapokaliptyczne | 1 | 09-29-2007 23:26 |
| Fallout - EKSPEDYCJA | nonickname | Archiwum rekrutacji | 35 | 09-22-2007 21:31 |
| [fallout]Sesja nr2 | fleischman | Archiwum rekrutacji | 14 | 12-28-2005 21:53 |