Spis Stron RPG Regulamin Artykuły POMOC Kalendarz Blogi
Wróć   lastinn > RPG - Play By forum > Sesje RPG - Postapokaliptyczne > Archiwum sesji Postapo
Zarejestruj się Użytkownicy Oznacz Fora Jako Przeczytane

Archiwum sesji Postapo Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemie Postapo (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 12-24-2007, 15:14   #121
 
mana_man's Avatar
 
Reputacja: 0 mana_man ma wyłączoną reputację
$: 1 279
Ludzie których ujrzał szybko rozpierzchli się. Nie wiedział czy to dobry czy zły znak. Nie zastanawiał się długo. Stanął, wyłączył silnik. Przy jeszcze włączonym świetle. Rzucił sonarem w miejsce w którym widział ostatnich ludzi. Uaktywnił go. Wyłączył światło. Przesłał pozycje geograficzną do komputera w centralnej bazie. "Debilu co ty tu sam robisz cholernie niebezpiecznie jest włóczyć się samemu po nocy." Wziął głęboki oddech. Wiedział że życie zamknęło go w schematach od których zawsze uciekał. „Miłość to w tej chwili jedyne co się liczy.” – Pomyślał. Poprawił okulary i słuchawki z mikrofonem.

Halo. Ludzie nie strzelać. Rija jesteś tu ? Kimkolwiek jesteście nie strzelajcie chcę odnaleźć moją ukochaną.

Pikniecie pipboy`a. Szybki rzut oka na wyniki skanowania.

Serce kołatało mu jak nigdy. Zagrożenie plus niewiadomy los Riji. To dawało o sobie znać w postaci dość nieprzemyślanej decyzji. Ze stoickim spokojem wstał i zaczął iść środkiem drogi.
 
mana_man jest offline  
Reklama
Stary 12-24-2007, 23:12   #122
 
rudaad's Avatar
 
Reputacja: 4 rudaad wkrótce będzie znanyrudaad wkrótce będzie znany
$: 88 743
Joanne Roughtstorm

"Był późny wieczór, chłód na dworze, twarda ziemia pod śpiworem... Kurwa, że akurat wtedy musiałam dostać okres.. To takie niesamowicie trywialne, miało być od początku dobrze przecież, mieliśmy się zgrać jakoś, dogadać, miałam im w tym pomóc... Szfak.. Nie wyszło. A dlaczego? Dlaczego nie ma silnego teamu, który miał stawić czoła i wyjść zwycięsko z każdej walki? Bo dałaś dupy i wpakowałaś się w to całe gówno! Trzeba było spać wtedy z Andy'm, albo chociaż przekazać dowództwo komuś innemu, skoro sama nie byłaś w stanie dowodzić. Nie ważne... Powoli, było ciemno, nie mogłam spać, obudziłam się w nocy i Sammy'iego nie było. Podniosłam się, odeszłam od obozu. Spacery przecież dobrze robią na sen-kurwa, tyle, że nie w zupełnie nieznanym terenie, a w krypcie idiotko, gdzie koneksje rodzinne pozwalają Ci się czuć bezpiecznie wszędzie tam gdzie nie dosięga cię wzrok reszty Rady... "

W czasie całego marszu, niektóre z myśli i powiązanych z nimi emocji wykwitały na twarzy młodziutkiej dowódczyni. Czuła się winna, że zawaliła sprawę, że tak naprawdę za cholerę nie nadawała się do tej roli, którą na Ekspedycji dostała. "Gdzie oni mają do mnie szacunek? Nawet Vay choć patrzy na mnie maślanym wzrokiem, nie słucha rozkazów... Whatever, za co mieli by niby go mieć? Jeden z moich ludzi nie żyje, sama idę ledwo trzymając się na nogach. A spójrzmy sobie na Vay'a."
Gdy Rought podniosła wzrok na sylwetkę Jim'a ich spojrzenia znowu się spotkały. Jej zrobiło się dziwnie, przecież tu nie mogła się bawić jak w domu. A te spojrzenia w tył też dobrze nie wróżyły bezpieczeństwu misji. "Trzeba będzie to szybko zakończyć." Choć miły dreszcz przeszedł jej po plecach... Nie pozwoliła sobie jednak na żaden uśmiech, ani miły gest. Choćby chciała nie miała na to nawet siły, jedynym jej marzeniem obecnie było upaść obok najbliższego kamienia i zasnąć na całą wieczność, a przynajmniej na czas trwania misji i niech sobie sami radzą. Spuściła głowę na pierś i powłóczając butami po ziemi namacała w kieszeni paczkę papierosów. "Zapalić, albo nie zapalić? O to jest pytanie." Cytat z Szekspira obił jej się po głowie i o mało co nie roześmiała się. Kto go jeszcze pamiętał, a jeśli byli tacy to - po co ? Tylko, żeby wykorzystać niegdyś popularną frazę by nadać wydźwięk swemu dylematowi? "O boshe.. Przecież można o tym cały elaborat napisać, suchotnica była by szczęśliwa-"tylko dobrze zaznacz akcenty i nie zapomnij o zmianie intonacji po drugim zdaniu wstępu. Wiesz, że to robi ludzi. Wydaje się im wtedy, że naprawdę Ci zależy na zainteresowaniu ich tym co mówisz." Wspomnienie piskliwego głosu starej panny, zniechęciło ją do dalszych rozważań jak i do zapalenia papierosa.

-Stójcie!(...)Joanne i ... Andy, wy za mną, tylko trzymać głowy nisko.


Fala rozpaczy przelała się przez oblicze panny Roughtstorm. "I co jeszcze kurwa... Czy w tym pieprzonym świecie nie można odnaleźć ani chwili spokoju?" Rozpacz zmieniła się w bunt, bunt w siłę, a siła w odwagę. "No i pięknie" - jakby to Matka rzekła ze swej katedry -" Mamy nowego bohatera." Choć ta odwaga nie brała się sama z siebie, a z sytuacji w jakiej się znaleźli i z obrazu zaangażowania w chronienie własnych tyłków reszty ekipy." Dowódca powinien świecić przykładem i wraz z żołnierzami w pierwszym szeregu kroczyć" - Jezu dziecko, kto ci takich głupot naopowiadał, Kapitan Ameryka?
Mimo wszystko ruszyła wraz z Vay'em, poruszając się dokładnie według jego wskazówek i własnych umiejętności, starając się nie zaliczyć drogi krzyżowej z wyższym współczynnikiem upadków niż Chrystus.
Gdy dotarli już za skały i skulili się tam chcąc zachować wiarę w pozory bezpieczeństwa w owym otoczeniu, a Vay poprosił ją by została na miejscu nie miała żadnych obiekcji.. Po raz kolejny, względem jego osoby i decyzji, choć coś się jej kołatało w głowie, że to chyba ona powinna wydawać rozkazy. Przemęczenie i nieludzki wysiłek psychiczny z którym musiała się mierzyć przez ostatnie 24 godziny dawał widać o sobie znać... W sumie mogłaby teraz być prowadzona na rzeź i też by nie zaprotestowała... Kolejny nieznany przeciwnik, brak skutecznej broni, czy podstaw nią władania - radosny obrazek zamęczonej kobiety skrytej za skałami, trzymającą się świadomości jedynie nadzieją, że ktoś nad nią czuwa, a delikatne mrowienie w miejscu gdzie stykały się ich dłonie, niejako było namacalnym dowodem iż owej protekcji należy ufać.

Rought nasłuchując uważnych kroków Vay'a, czy jakichkolwiek dźwięków, które mogły by do niej dojść ze strony kolejnego napotkanego na drodze człow... Stworzenia przyłożyła twarz do ziemi i przymknęła oczy. W mgnieniu sekundy zaczęła zapadać w letarg - stan pomiędzy pełną świadomością, a snem, ten najmilszy zmęczonemu umysłowi i zbolałemu ciału...

-Halo. Ludzie nie strzelać. Rija jesteś tu ? Kimkolwiek jesteście, nie strzelajcie, chcę odnaleźć moją ukochaną.

Joanne, automatycznie otworzyła oczy jak dziecko brutalnie wyrwane z krainy wyobraźni i zmuszone do skupienia się na kolejnym bezsensownym zdaniu w stylu: Ala ma kota, kot ma Ale. Ala ma AIDS, kot zdechł na kiłę...
Pochyliła się ku Andy'emu i szepnęła mu wskazówki, które miała nadzieję nie zdezorientują całej drużyny, a odrobinę polepszą ich sytuację.

Parę sekund później zabrzmiał zdecydowany , niski, wyraźny głos... Zdecydowanie męski głos, mogący bez problemu być przypisanym jedynie dowódcy:

-Nie strzelać! Na razie...

Lecz zamiast zachwycającej męskiej sylwetki zza skał uniosła się wątła, obciążona zbyt ciężkim plecakiem, brudna kobieta, ubrana w coś na styl munduru, zupełnie nie pasujący do jej delikatnych rysów twarzy i zamglonego spojrzenia... Owa kobieta zaczęła iść w stronę przybysza, ale nie normalnym krokiem, a jakimś dziwnie usztywnionym, przywołującym na myśl kadry ze starych filmów grozy o ożywieńcach... I powtarzająca sobie w głowię, choć nikt nie mógł tego słyszeć, jedno zdanie "Tym razem nie popełnię tych samych błędów. Wszystko albo nic..."
 
__________________
"Najbardziej przecież ze wszystkich odznaczyła się ta, co zapragnęła zajrzeć do wnętrza mózgu, do siedliska wolnej myśli i zupełnie je zeżreć. Ta wstąpiła majestatycznie na nogę Winrycha, przemaszerowała po nim, dotarła szczęśliwie aż do głowy i poczęła dobijać się zapamiętale do wnętrza tej czaszki, do tej ostatniej fortecy polskiego powstania."

Ostatnio edytowane przez rudaad : 01-17-2008 o 18:55.
rudaad jest offline  
Stary 12-28-2007, 10:44   #123
 
Hawkeye's Avatar
 
Reputacja: 5 Hawkeye jest jak klejnot wśród skałHawkeye jest jak klejnot wśród skałHawkeye jest jak klejnot wśród skałHawkeye jest jak klejnot wśród skał
$: 56 374
Spotkanie na drodze

To zaczynało robić się nudne. Wiele lat temu świat umarł ... w ogniu pożogi atomowej. Wojna ... chociaż nie, nie wojna. To był atomowy holocaust. Przeżyli nieliczni, ci których skazano na życia na pustyni ... w atomowym świecie i ci wybrani, którzy podobnie jak wasi przodkowie, znaleźli się w schronach ... kryptach. Grupa wybrańców. Wszystko pięknie, ale ruch na tym pustkowiu, przeczył śmierci świata, chociaż jeżeli do tej pory człowiek nie był gatunkiem zagrożonym, to dzięki waszym interwencjom, niedługo z pewnością będzie.

Z pojazdu zsiadła jedna osoba i ruszyła w stronę ukrywających się członków ekspedycji krypty. Serca wszystkich zabiły mocniej. Dagn wiedział już, że ten świat jest niebezpieczny, a ukrywający się mogą go zabić. Nie wiedział, że podobnie myśleli członkowie ekspedycji, oni pamiętali poprzednie spotkanie na tej samej drodze. Krótką acz intensywną walkę. Wtedy wyszli nie naruszeni, ale ich szczęście może się wkrótce skończyć.

-Halo. Ludzie nie strzelać. Rija jesteś tu ? Kimkolwiek jesteście, nie strzelajcie, chcę odnaleźć moją ukochaną.- krzyknął Dagn po chwili usłyszał męski głos

-Nie strzelać! Na razie... - Zaraz po tych słowach za skał wyłoniła się kobieta. Webber zatrzymał się, tymczasem ona zaczęła iść w jego stronę. Jej chód wydawał się mu dziwny. A niewidoczne dla niego osoby, mocniej zacisnęły ręce na kolbach swoich broni ...
 
__________________
Ride into this world/All alone/God takes your soul/You’re on your own.
The crow flies straight/A perfect line/ On the devil’s back/Until you die.
Gotta look this life in the eye
Hawkeye jest offline  
Stary 01-10-2008, 22:52   #124
Wasteland warrior
 
merill's Avatar
 
Reputacja: 8 merill jest jak niezastąpione światło przewodniemerill jest jak niezastąpione światło przewodniemerill jest jak niezastąpione światło przewodniemerill jest jak niezastąpione światło przewodniemerill jest jak niezastąpione światło przewodniemerill jest jak niezastąpione światło przewodnie
$: 120 764
-Nie strzelać! Na razie... - Vay usłyszał męski głos... to Andy. "Co ten mięśniak robi?", mieli siedzieć cicho, dopóki nie dowiedzą się z kim mamy do czynienia.

Spojrzał w stronę skał, gdzie zostawił Joanne wraz z Andym, szczupła sylwetka wychynęła zza głazów i ruszyła w stronę nieznajomego. Kapralowi zimne dreszcze przebiegły po plecach. "Co ona sobie myśli? Wychodzi sama do niezidentyfikowanego osobnika?!" Był zły... albo raczej zdenerwowany - "jak można być tak lekkomyślnym?"

Spojrzał w stronę z której zbliżał się nieznajomy. Ścisnął mocniej drewniane łoże sztucera, mierząc w oświetloną blaskiem księżyca postać. "Jeden fałszywy ruch i strzelam" - pomyślał. Miał już dość zabijania jak na jedną noc. Nie miał skrupułów kiedy walił do Browna czy też tego przerośniętego mutanta, ale widok tej dwójki młodych ludzi, którzy zginęli z jego ręki wstrząsnął nim. Może nie okazywał tego zewnętrznie, ale jednak nie potrafił zapomnieć widoku ich pustych, martwych źrenic. Ten gość najwidoczniej właśnie ich szukał, a raczej szukał tej dziewczyny...

Jeszcze raz poprawił karabin, obserwując potencjalny cel. "Musiał chronić ekspedycję, chronić Rought... jeśli będzie musiał, znowu zabije..."
 
__________________
Rangers lead the way - 2 batalion Rangersów - 6 June 1944 - Omaha Beach
Tajemnice Czarnego Lądu - zapraszam do rekrutacji.
11844451 - moje gg.
Sobota: Wielkie odpisywanie!!!
merill jest offline  
Stary 01-16-2008, 14:15   #125
 
Hawkeye's Avatar
 
Reputacja: 5 Hawkeye jest jak klejnot wśród skałHawkeye jest jak klejnot wśród skałHawkeye jest jak klejnot wśród skałHawkeye jest jak klejnot wśród skał
$: 56 374
Spotkanie na Drodze

Dwie obce sobie osoby, powoli zbliżały się do siebie. Rought mogła zauważyć, że mężczyzna wydawał się na zdenerwowanego, może był wystraszony? Szedł niepewnym krokiem, cały czas powtarzając, że szuka swojej ukochanej. Pieprzony Romeo post nuklearnego świata. Wydawał się niegroźny, oczywiście mogło to się tak tylko wydawać. Jeżeli był szalony, trudno było przewidzieć jego reakcję. Jeden z dowódców wojskowych powiedział kiedyś, że nie obawia się zawodowców, bo ich reakcje są do przewidzenia, świat jest pełen niebezpiecznych amatorów. Mężczyzna, do którego wychodziła mógł okazać się takim ... niebezpiecznym amatorem. Serce miała prawie w przełyku gdy zbliżała się do niego. Jej zdenerwowanie było jednak niczym w porównaniu z emocjami, dwójki jej podwładnych.

Jake ściskał mocno swój pistolet, rozglądając się nerwowo dookoła, w tej całej sytuacji coś mu się nie podobało. Czuł, że coś musi pójść nie tak. Gdy "szefowa" wyłoniła się za kamienia i ruszyła w stronę tego smętnego frajera, jego zdenerwowanie sięgnęło zenitu. Trzęsącą się ręką podniósł pistolet w stronę tajemniczego mężczyzny celując w jego głowę, trochę nad Rought.

Stojący obok kaprala Andy przyglądał się temu wszystkiemu z ciekawością. Był zły, na siebie, na Rought i na kaprala Vaya, pieprzonego wojskowego amanta. Widział jak na niego spoglądał, a jego wzrok! Miał ochotę wydłubać mu oczy i złamać mu nogi tak, żeby przez resztę swojego parszywego życia musiał poruszać się na wózku inwalidzkim. Nie wiedział, skąd wzięły się te myśli, ale były całkiem przyjemne. Uśmiechnął się oczyma wyobraźni widząc, tego wojskowego idiotę, na owym urządzeniu.

W tym czasie stojący obok doktora Walters. Położył drżący palec na spuście i przytrzymał swoją trzęsącą się dłoń, drugą ręką. "Jeżeli coś zacznie się dziać, strzelę" przeleciało mu przez myśl.

Ten dość niefortunny moment wybrał Andy, który rzucił kamieniem, aby zwrócić na siebie uwagę dwójki ukrytej w krzach po drugiej stronie. Walters wydał z siebie stłumiony okrzyk i nacisnął spust w bezwarunkowym odruchu. Strzały, które rozdarły ciszę nocy zlały się w jeden. Odwrócona od tego wszystkiego plecami, Rought usłyszała kule które świsnęły jej tuż nad uchem i uderzyły w zbliżającego się mężczyznę. Dwa ugodziły go w pierś, zdziwiony z szeroko otwartymi oczami, cofnął się do tyłu. W tym momencie trzeci strzał ugodził go w szyję. Trysnęła krew z rozciętej arterii, a mężczyzna jak rażony piorunem padł na ziemię, krztusząc się i próbując złapać powietrze.

Jake popatrzył na swój pistolet i odrzucił go. W tym momencie, już nie myślał. Odwrócił się, chcąc uciec. O'Relly domyślając się jego zamiarów, zerwał się ze swojego miejsca i za nim, ktoś zdążył zareagować, rzucił się w pogoń. Pozostali członkowie ekspedycji stali jak wryci. Co właściwie się wydarzyło? Kto strzelał. Chwilę im zajęło pozbieranie swoich myśli. W tym czasie dwójka "prowodyrów" dopadła do siebie. Andy skoczył na murzyna, przewalając go na ziemię, obaj stoczyli się po małej skarpie, w dół. Andy zaczął uderzać wystraszonego Jake. Uśmiechał się, stracił całkowite panowanie nad sobą, wyobrażał sobie, że bije tak Vaya. Jednak w pewnym momencie Waltersowi udało się złapać go za koszulę i przewrócić na plecy. Jego wściekły przeciwnik złapał za coś przy pasie murzyna i pociągnął. Obaj przeciwnicy popatrzyli na zawleczkę w ręku instruktora walki. Jake popatrzył w jego oczy i zdołał krzyknąć:

-Nie!- okolicą wstrząsnął głośny wybuch. A kiedy opadł, ci którzy mieli odwagę się odwrócić zobaczyli dwa krwawe ciała, oddalone od siebie o parę dobrych metrów. Nadal byli, w szoku. Jak to się mogło stać? Co się stało? W ich uszach jeszcze dzwoniło, nie zauważyli nawet, że nad tym polem zapadła zupełna cisza ...
 
__________________
Ride into this world/All alone/God takes your soul/You’re on your own.
The crow flies straight/A perfect line/ On the devil’s back/Until you die.
Gotta look this life in the eye
Hawkeye jest offline  
Stary 01-17-2008, 17:20   #126
 
rudaad's Avatar
 
Reputacja: 4 rudaad wkrótce będzie znanyrudaad wkrótce będzie znany
$: 88 743
Joanne Roughtstorm

Podchodziła spokojnie do nieznanego mężczyzny wydawał się być jak najbardziej ludzki- zero przerośnięć, zero udziwnień, dodatkowych kończyn, przesadnej masy, jednak strach nie opuszczał jej ani an chwile. Choć szept nieznajomego wydawał jej się uspokajający, zachowała pełną czujność. Gdy nareszcie ich spojrzenia się spotkały, zobaczyła w jego oczach zdeterminowanie szczura wrzuconego do wąskiego pojemnika o śliskich ścianach i niesamowitą rozpacz... W krypcie nie spotkała się z tak silnymi uczuciami, tam wszystko było jakby wyciszone, zminimalizowane, dopasowane do tego jak się tam żyło... Nie płakała po ojcu, być może była za mała, nie płakała po panu O'Relly i nie płakała po babce, bo takie tam otrzymała wychowanie... Nie znała aż tak silnych ludzkich uczuć... Wyciągnęła do nieznajomego dłonie, chcąc jakby podzielić jego smutek, wziąć na siebie choć małą jego część... Ten wpatrzył się w jej oblicze, już miał coś powiedzieć by przerwać swoją mantrę nieszczęścia... Gdy nagle padły dwa strzały, perfekcyjne strzały... Chwile później w oczach zawiedzionego Romea zgasł żal, zgasło w nich również życie... A krew z jego krtani obryzgała twarz i wyciągnięte ku niemu dłonie dowódczyni ekspedycji... Rought chciała krzyknąć, złapać upadającą postać, zatamować krew, wezwać LaBay'a na pomoc, zrobić cokolwiek by uratować tego człowieka, było jednak za późno... Domknęła brudną od krwi dłonią niewidzące już oczy zostawiając na twarzy martwego dwie szkarłatne szramy... Była w szoku... "Znów, znów to samo..."

Z pierwszego szoku wyrwał ją odgłos eksplozji, automatycznie skuliła się zakrywając rękami głowę. Nie miała odwagi odwrócić się nawet na chwile. Dopiero chwile później doszedł ją ostatni krzyk jaki padł w okolicy, nim zapadła zupełna cisza:

-Nie!

Uświadomiła sobie, że zna ten głos... Jack... Jej oczy otworzyły się i napełniły przerażeniem, straciła.. Straciła kolejnego, swojego człowieka... Zerwał się na równe nogi, obróciła się jednym ruchem ciała jak zagonione pod ścianę zwierze, zapominając o przestawieniu podczas tego manewru nóg i upadła jak długa na ziemie, poczuła na wargach ciepły, słony smak. Płynęła jej krew z rozbitego nosa. Nie zwróciła na to uwagi, upadek spowodował nie do końca brak koordynacji ruchowej, ale to co zdołała dostrzec kontem oka, dwa zakrwawione ciała oraz Vay'a i LaBay'a wynurzających się z zarośli które były wcześniej ich kryjówkami... Nie było widać Andy'iego... Podniosła się najszybciej jak umiała, zrzucając plecak z ramion i podbiegła do miejsca masakry. Ciała leżały od siebie w odległości dobrych kilku metrów. Nie miała pojęcia co się stało, ani jak to się stało... Kto zawinił? Odpowiedź nasuwająca się jej automatycznie na myśl po tym pytaniu był przerażająca - dowódca... Nogi się pod nią ugięły, jej ciałem wstrząsnęła fala mdłości... Ruszyła jak pijana w stronę białoskórego trupa, poznała z daleka sylwetkę do której tak wiele razy się tuliła i której ramiona tak czule ją obejmowały... Wszystko było na miejscu, tylko ta rana jakby wyrwana z klatki piersiowej burzyła harmonie obrazu.. Rana wyrwana z ram istnienia... Krzyknęła... Krzyknęła tak przeraźliwie, że jej głos odbijał się jeszcze długo od pustej przestrzeni w okół... Upadła na kolana zbijając sobie je i przylgnęła do ciała ukochanego... Wtuliła twarz w jego ramie na którym malowniczo leżały strzępki organów wewnętrznych... Zalała się łzami, do dobijającego się krzyku rozpaczy dołączyło spazmatyczne łkanie, czasami przechodzące przez wysokość tonów w coś na podobieństwo śmiechu szaleńca... Nagle zemdliło ją, uniosła się na łokciu, odchyliła się do tyłu i zwymiotowała. Płynna treść żołądkowa wymieszała się z krwią rozlewającą się na coraz większym obszarze wokół ciała i niej samej. Sucha ziemia piła krew, jak najczystszy nektar, dar bóstw... Wymiociny plamiły jego czystość... Rought wstrząsnęło poczucie winy, wiedziała, że ją kochał... On wiedział, iż ona jego również... Zaczęła swoją mantrę, niczym człowiek, którego jeszcze przed chwilą tak bardzo chciała ratować:

-To co się dziś działo... To była tylko zabawa, zwykła zabawa Andy... Tak jak w domu, nie broniłeś mi tego... Wiedziałeś, że Cię kocham... Kocham... Zawsze kochałam... Gdybyś tylko... nie trenował... Nie chciałam tego, broniłam Cię.. Byłam po twojej stronie.. Andy, kochałam Cię cały czas...

Z czasem szept dziewczyny, w sumie nie zrozumiały dla nikogo prócz niej przeszedł znów w szloch. Zaczęła dusić się łzami i wzbierającą kolejną falą mdłości... Odchyliła głowę, spróbowała raz jeszcze zwymiotować, żołądek był pusty, jedynie kwasy żołądkowe ciekły powoli z kącika jej ust... Zaczęła dostawać drgawek, układ nerwowy przestał ją informować o bólu, gdy górna część ciała raz po raz odbijała się od twardej gleby. Łzy jednak nadal płynęły jej z oczu-niczym nie przerwany potok rozpaczy...
 
__________________
"Najbardziej przecież ze wszystkich odznaczyła się ta, co zapragnęła zajrzeć do wnętrza mózgu, do siedliska wolnej myśli i zupełnie je zeżreć. Ta wstąpiła majestatycznie na nogę Winrycha, przemaszerowała po nim, dotarła szczęśliwie aż do głowy i poczęła dobijać się zapamiętale do wnętrza tej czaszki, do tej ostatniej fortecy polskiego powstania."

Ostatnio edytowane przez rudaad : 01-17-2008 o 18:58.
rudaad jest offline  
Stary 01-19-2008, 21:54   #127
 
Judeau's Avatar
 
Reputacja: 2 Judeau jest na bardzo dobrej drodze
$: 25 099
LaBayowi nie podobało się to, czego był świadkiem. Nerwy ich wszystkich były poszarpane niedawnymi zdarzeniami. Byli zmęczeni. Nie myśleli trzeźwo. Jak dobrze by Joanne nie grała, doktor wiedział, że biochemiczna burza która przewaliła się przez jej organizm, nie pozostawiła Rought niewzruszonej.
Zerknął na Waltersa. Czarnuch nie wyglądał zdrowo. Łapy latały mu, jakby miał Parkinsona, dyszał, kręcił się. Pewnie za duży kop adrenaliny w trakcie strzelaniny i teraz z niego schodziła... niektórzy tak reagują... Ale nie mechanik go martwił...
Nie był w stanie tego sprecyzować w swoim stanie, ale niemal namacalnie wyczuwał napięcie między -Andym- a Vay'em. Jak na jego oko, dwie osoby odpowiedzialne za ochronę ekspedycji bardziej zajęte były planowaniem jak poderżnąć drugiemu gardło, niż uważaniem na wrogów... To się musi źle skończyć...
A może po prostu za bardzo się przejmował? Tyle przeszkód naraz, stresu, brak okazji na zregenerowanie sił... normalną reakcją organizmu był stan podwyższonej czujności. Powinien przestać myśleć o głupotach i skupić się na zadaniu.
Przetarł powoli oczy.
W końcu co mógł im zrobić jeden, nieuzbrojony, chudy, trzymany na muszce prawie pół tuzina broni...
Huk wystrzałów w jednej chwili zburzył jakikolwiek mur spokoju i pewności siebie, jaki doktor był w stanie zbudować w tak krótkim czasie.
Zaskoczony, otworzył oczy, zacisnął mocniej karabin i spróbował przeszukać wzrokiem teren. Po sekundzie, klnąc na czym świat stoi poprawił okulary, które akurat ten moment wybrały żeby zsunąć się z nosa. Gdy ponownie podniósł głowę, przybysza nie było już widać znad linii traw. Trzask broni uderzającej o ziemie i mamrotanie zwróciły jego uwagę na Jake'a.
Murzyn spoglądał pusto na ręce, wzrokiem utkwionym daleko poza nimi. W jednej chwili odwrócił się i ruszył biegiem w ciemność.
- Co się dzieje, do cholery?
Podniósł się i spojrzał na kucającą w niewiadomym celu Joanne. Kaprala nie było widać, jak na dobrego żołnierza przystało, za to Andy ukazał mu się znacznie bardziej, niż LaBay liczył, niemal taranując go swoim wielkim cielskiem.
Imponujące. Czyżby z własnej inicjatywy chciał zatrzymać oszalałego Jake'a? Przynajmniej raz klocek zdobył się na ruszenie tymi zarośniętymi trybikami w narządzie, którego używa do rozbijania cegłówek.
Wydawało się, ze sytuacja rozwiązała się samoistnie i niespodziewanie. Cóż, nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem. Zważając na fakt, ze zupełnie nie był zorientowany w sytuacji, postanowił, że najbardziej się przyda zabezpieczając teren na którym siedzi. Schował się więc spowrotem w trawie i wyciągnął manierkę chcąc schłodzić nieco gardło.
Równie trudno powiedzieć, że wybuch zupełnie go zaskoczył, co uznać jego samego za optymistę. Powoli oparł głowę na dłoni, przepłukał usta kolejnym łykiem wody i westchnął ciężko. Wyjrzał delikatnie ze swego schronu i po chwili schował znowu. Wyciągając nieśpiesznie apteczkę, nie zaszczycając przebiegającej szefowej nawet spojrzeniem.
Jake miał przy pasie granat. Musieli przypadkowo wyciągnąć zawleczkę w czasie szarpaniny... Ci idioci wysadzili się. Prawie nie mógł w to uwierzyć. -Andy- nie umiał nawet poprawnie obezwładnić człowieka - coś, do czego był szkolony! Jeden raz miał wykonać proste zadanie uwzględniające jego nikłe talenta i nie dał rady bez wysadzania siebie i towarzysza w powietrze! Widać nie tylko wygląd predestynował go na wystawę osobliwości. To przekraczało pojmowanie doktora. Wszystkie nieszczęścia które tylko przewidywał na całą wyprawę w jednej niezapomnianej dobie! Przypominała mu się reklama, którą widział kiedyś w archiwach... jak to szło...? "Co jeszcze możemy dla ciebie zrobić?"
Myślenie o całej tej sytuacji za bardzo bolało, żeby pozwolić sobie na to teraz. Szybkim krokiem dotarł na miejsce wypadku.
- Co za kurewski burdel. - ocenił fachowym okiem, rozwiewając wątpliwości kiełkujące w nadbiegającym Vay'u.
Andy wyglądał nawet nieźle jak na taką imprezę, ale czarnuch ewidentnie chciał zaoszczędzić im męczącego kopania grobu. Jak dobrze pójdzie, może uda się go upchać do jakieś kojociej nory, a może nawet w ten mały lej, który uprzejmie wysadzili. Pewnie kark próbował osłonić sie jego ciałem...
Dodatkowo Matuszka Jr. wpadła w histerię. Przeklął, splunął i wyciągnął iniektor oraz porcję silnego środka uspokajającego. Nie powinna była tego widzieć - pomyślał, ładując urządzenie. Oby była taka twarda psychicznie, jaką udaje, bo jeśli nie, zamiast wodzem zostanie bagażem, a Ekspedycja nie ma dość psychotropów by ja trzymać na chodzie.
"Zawsze wiedziałem, ze się pieprzyli" - pozwolił sobie na krótką, lecz jakże satysfakcjonującą myśl.
Zaczynało być naprawdę gorąco. Stracili połowę zespołu, mieli na karku gang jakiś drogowych bandytów, mutantów i oszalałą przywódczynie.
- Vay, przytrzymaj ją. Po tym się uspokoi i będzie nieco kontaktować, jak będziemy mieli farta i dobrze wymierzyłem jej wagę. - warknął, usiłując zrobić szarpiącej sie kobiecie zastrzyk. Cholerne baby i ich "ależ pytanie o wiek i wagę jest taakie niekulturalne". Gdy tylko środek wpłynął do jej krwiobiegu, wstał i zostawił ją szarpiącą się i wrzeszczącą w objęciach żołnierza.
- Idę po plecaki - rzucił krótko i zapalił latarkę. Musiał szybko myśleć, bo skoro ten świeży trupek przyjechał tu w kilkanaście minut, inni też mogą być tu lada chwila...
 
__________________
"To bez znaczenia, czy wygrasz, czy przegrasz, tak długo jak będzie to WYGLĄDAŁO naprawde fajnie"- Kpt. Scundrel. OotS

Ostatnio edytowane przez Judeau : 01-19-2008 o 22:00.
Judeau jest offline  
Stary 01-20-2008, 00:43   #128
Wasteland warrior
 
merill's Avatar
 
Reputacja: 8 merill jest jak niezastąpione światło przewodniemerill jest jak niezastąpione światło przewodniemerill jest jak niezastąpione światło przewodniemerill jest jak niezastąpione światło przewodniemerill jest jak niezastąpione światło przewodniemerill jest jak niezastąpione światło przewodnie
$: 120 764
Krwawy wykwit na piersi nieznajomego, był ostatnią rzeczą jaką spodziewałby się ujrzeć. Trzymał cały czas gościa na muszce, nie mógł pozwolić by skrzywdził ich dowódcę. Musiał przyznać, że facet zachowywał się wręcz wzorowo przyzwoicie.

Huk wystrzału dotarł do niego z opóźnieniem milisekundowym. Niczym grzmot podczas burzy przewalający się nad równiną. "Kto do cholery strzela?!" - zaklął . Rought padła na ziemię, chroniąc się przed ostrzałem. "Co jeszcze nas spotka tej nocy?"

Był wściekły, miał już dość strzelania i walki, zmęczenie też dawało o sobie znać. Póki co wszystkie sprawy bezpieczeństwa i organizacji były pod jego kontrolą. Ciągłe napięcie i czujność drenowały jego silny organizm z resztek sił fizycznych i cierpliwości.

Wstał szybko, odbezpieczył broń i ruszył pochylony w stronę z której padł strzał. "To tam miał siedzieć Jake i LaBay, co się tam kurwa dzieje?!" Poruszał się szybko, zapomniał o ostrożności czy skradaniu, omiatał wzrokiem okolicę. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków kiedy ciszę nocy przerwały krzyki i szamotanina. Wybuch granatu rzucił nim o ziemię, okruchy skalne i piasek przetoczyły się nad okolicą.

*****

Krzyk Joanne wyrwał go z oszołomienia. Wybuch nieźle nim potrząsnął, pokręcił kilka razy głową i otworzył oczy. Wstał opierając się na karabinie, rozejrzał się dookoła, próbując zlokalizować miejsce z którego dochodziły krzyki. LaBay już biegł w tamtą stronę.

Zmasakrowane wybuchem ciała kompanów wstrząsały swoim widokiem. A ten był iście maskaryczny, krew wsiąkała w suchy jak pieprz piasek pustyni. - Jak to się stało LaBay? - zapytał ostro doktorka, starając się nie patrzeć na łkającą i wymiotującą na przemian Joanne. - Przecież mieliście trzymać dupy w krzakach i nie wychylać się niepotrzebnie?!
- To nie moja wina kapralu, to Ci dwaj idioci narobili bigosu. Najpierw czarnuch spanikował i strzelił do tego gościa, a jak zaczął spierdalać to pan King Bruce Lee karate mistrz go dopadł, musieli przez przypadek wyciągnąć zawleczkę i efekt właśnie obserwujecie kapralu. - doktor jak zwykle był pragmatyczny i dokładny aż do bólu.

Vay patrząc na to turpistyczne pobojowisko był zdruzgotany. W przeciągu 24 godzin stracił trzech członków ekspedycji, a na swoim koncie miał trzy trupy. Nagłe przejście Rought z łkania w drgawki i konwulsje, nie zapowiadało nic dobrego. - Doktorze, co się dzieje? Pomóż jej LaBay, zrób coś!!!
- Vay, przytrzymaj ją. Po tym się uspokoi i będzie nieco kontaktować, jak będziemy mieli farta i dobrze wymierzyłem jej wagę. - doktorek spokojnie i bez pośpiechy przyłożył iniektor do ramienia dowódcy. Charakterystyczny syk, oznajmił podanie dawki leku uspokajającego. Kapral trzymał przez chwilę Joanne w objęciach, tak długo aż skończyły się drgawki, a Rought zwiotczała i uspokoiła się. Położył ją delikatnie na ziemi, był przybity."Wszystko idzie nie tak jak powinno, to ona teraz powinna dowodzić, a teraz?" Poczuł ulgę kiedy oddech dziewczyny wyrównał się, a pierś przestała nerwowo falować. Wstał ogarnął wzrokiem cały ten apokaliptyczny krajobraz. - Idę po plecaki - głos LaBay'a rozległ się za jego plecami. - Idź, pozbieraj wszystkie graty tego zabitego gościa, może ma coś co się nam przyda - głos miał już spokojny i opanowany.

Jeśli chcieli przeżyć, musiał się wziąć w garść, musiał zastąpić Rought, to było konieczne i nieuniknione w obecnej dramatycznej sytuacji. Popatrzył jeszcze raz na dziewczynę leżącą na ziemi - "raczej nie będzie w stanie iść o własnych siłach". Doktor właśnie wrócił ze sprzętem zabitego i plecakami.
- LaBay, znajdźcie wśród tych drzewek, dwie gałęzie, około 1,7m, ja pójdę po pojazd tego gościa, zrobimy prowizoryczne nosze, na quada załadujemy sprzęt i zmywamy się stąd, byle szybko. On mógł mieć więcej znajomych, niż ta dwójka która zginęła kilka godzin temu...

Ruszył przez ciemność w stronę pojazdu, sprawdzając ręką czy mapa jest na swoim miejscu - w kieszeni na piersi. Teraz mu się przyda jak nigdy..."chyba ruszymy w kierunku Tull..." - myślał.
 
__________________
Rangers lead the way - 2 batalion Rangersów - 6 June 1944 - Omaha Beach
Tajemnice Czarnego Lądu - zapraszam do rekrutacji.
11844451 - moje gg.
Sobota: Wielkie odpisywanie!!!
merill jest offline  
Stary 01-20-2008, 17:01   #129
 
Hawkeye's Avatar
 
Reputacja: 5 Hawkeye jest jak klejnot wśród skałHawkeye jest jak klejnot wśród skałHawkeye jest jak klejnot wśród skałHawkeye jest jak klejnot wśród skał
$: 56 374
Droga do Tull
18:50


Uwinęli się najszybciej jak potrafili. Zważywszy na okoliczności ich tempo było niesamowite. W tak, krótkim czasie stracili połowę swojej ekipy. A jednak postanowili iść dalej. Przeciwności losu ich nie złamały. Jednak widok Rought, która po lekarstwie jakie podał jej LaBay leżała nieruchomo wpatrując się w czerń nieba był przygnębiający. Mogli tylko zgadywać, co w tym momencie kiełkowało w umyśle tej kobiety.

Przeszukanie ciała przyjezdnego dała nieoczekiwany efekt w postaci nieuszkodzonego pipboya. Niemal identycznego, z tym który stracili niedawno. Było to dość niesamowite, skąd ktoś na tym pustkowiu, mógł mieć to urządzenie? Były dostępne tylko w Kryptach. Czy któraś z innych krypt została już otworzona? A jeżeli nawet, to skąd znalazła się w posiadaniu tego człowieka? Cóż wyglądało na to, że na te pytanie nigdy nie uzyskają odpowiedzi. Tajemniczy mężczyzna zabrał swoje sekrety, w miejsce z którego nikt ich mu nie wydrze.

Doktor przygotował zaimprowizowane nosze. Nie były one najlepsze, musiał połączyć kilka gałęzi, gdyż nie znalazł takich odpowiedniej długości. Zauważył jednak, że były one dość wytrzymałe. Co było dziwne zważywszy na miejsce w jakim się znaleźli.

Mapa Vaya była tam gdzie ją włożył. Bezpiecznie schowana w kieszenie jego kurtki. Sprawdził pojazd zabitego nieznajomego. Dwuosobowy Quad był w dość dobrym stanie, zważywszy na warunki, w jakich musiał pracować. Posiadał również radio, z którego obecnie dochodziły jedynie szumy i trzaski.

Powoli zaczynało robić się coraz chłodniej. To co mogli czytać o pustyni okazało się w tym wypadku prawdą, o ile w dzień umierali z gorąca, teraz musieli szczelniej zapinać swoje kurtki.

Jim rozumiał, że to on tutaj teraz dowodzi. Domyślał się też, że facet, którego zastrzelił Jake, może mieć więcej kumpli. Powinni szybko coś zrobić ...
 
__________________
Ride into this world/All alone/God takes your soul/You’re on your own.
The crow flies straight/A perfect line/ On the devil’s back/Until you die.
Gotta look this life in the eye
Hawkeye jest offline  
Stary 01-25-2008, 21:12   #130
Wasteland warrior
 
merill's Avatar
 
Reputacja: 8 merill jest jak niezastąpione światło przewodniemerill jest jak niezastąpione światło przewodniemerill jest jak niezastąpione światło przewodniemerill jest jak niezastąpione światło przewodniemerill jest jak niezastąpione światło przewodniemerill jest jak niezastąpione światło przewodnie
$: 120 764
wygwiazdkowany akapit pisany przy współudziale Rudej...

*****


Pierwotnie Vayowi wydawało się iż Rought wpatrywała się w ciemność lecz gdy bliżej do niej podszedł spostrzegł ze patrzyła w jakiś punkt za jego plecami, jej oczy były nieruchome, jak u trupa.. Czekała spokojnie aż ja okryje, aż jego dłonie delikatnie otula ja śpiworem.. gdy spojrzał na nią, wyczula w jego spojrzeniu... Uniosła z wielkim wysiłkiem swoja dłoń i położyła ja na jego. Jej dłoń była dziwnie nieprzyjemnie chłodna... Zwróciła szklany wzrok na Jima...

Vay był zdziwiony chłodem i obojętnością Rought. Kapral tłumaczył to sobie niedawnymi zajściami i dramatem jaki rozegrał się na jej oczach, leki LaBay’a też zapewne miały w tym swój udział. – Wszystko będzie dobrze Jo.. znaczy m’am. Zadbaliśmy z doktorem o doraźne bezpieczeństwo i doraźne zabezpieczenie naszej grupy. Niedługo będziemy w Tull, a doktor LaBay mówi, że lada dzień poczujesz… poczuje się pani lepiej panno Roughstorm.

Przytrzymując bardzo słabo, bo tylko na tyle było ja stać cofająca się dłoń Vaya, odezwała się do niego dziwnie mechanicznym głosem, zrozumiał że tak działają leki które podawał jej LaBay, a może nie do końca:

-Jim.. Dlaczego zostawiliście...naszego... mojego... przyjaciela?

- Oni nie żyją, nie wiemy kim są nasi przeciwnicy, może depczą nam po piętach. Mi też jest przykro, ale musiałem najpierw zadbać o żywych członków naszej wyprawy...Joanne – dziewczyna zauważyła, że wahał się przed wypowiedzeniem jej imienia - Ktoś kiedyś powiedział, że nie czas żałować róż kiedy płoną lasy...

W oczach dziewczyny pojawiły się znów łzy.. Odezwała się słabo rozluźniając jeszcze bardziej uścisk dłoni na ręce Jima.. Z każda chwilą opadała z sił, albo tylko psychicznie po raz kolejny podupadała, zmusiła się do powiedzenia kolejnych slow, tym razem słabszym , cichszym i jakby przemoczonym łzami głosem. Vay musiał się nad nią pochylić by słyszeć wyraźnie co mówiła:

-To dlaczego... zabrałeś z pożaru... jedna z nich? Umierającą różę...

Na jej wargach pojawił się nikły uśmiech... A może był to jedynie grymas bólu przebiegający przez jej twarz w tak niefortunnej chwili…

- Ty nie umierasz Rought, nie waż się tak nawet mówisz - szeptał nad nią pochylony - wszyscy Cię potrzebujemy.... LaBay mówi, że kilka dni odpoczynku i będziesz zdrowa, to przez te wszystkie walki i emocje...

Powoli, delikatnie zabrał swoją dłoń…

Gdy Vay zabrał dłoń oczy Rought znów skierowały się w stronę ciemności za jego plecami... Oddychała powoli, spokojnie... Tylko te łzy nie pasowały do obrazka, spadały po policzkach jak woda w potoku wpadającym do wodospadu...Nie chciała płakać ale nie mogła się powstrzymać, to było jedyne co teraz potrafiło jej ciało...

-Jim... Ja nie umrę, wiem... Ale najpiękniejsze kwiaty zostawiliśmy do rozdeptania... Trzeba było go pogrzebać...

Oczy Joanne płakały, głos płakał, dusza płakała... Żałowała ze straciła Andye'go i żałowała że traciła... Jima...

Pochylił się z nów nad nią: - Rought, każdy na moim miejscu postąpiłby tak samo, im już nic by nie pomogło, a my musieliśmy się ratować. To że ich nie pogrzebaliśmy to nie znaczy że nie będziemy ich pamiętać. Żywi są ważniejsi niż umarli... oni nie żyli... jestem żołnierzem, robię tylko to do czego zostałem stworzony... chronić i bronić... to moje zasady … Joanne.

Nie odwracając wzroku, odpowiedziała :

-A wiesz jakie są moje? Nie mam żadnych... A że będziemy o nich pamiętać... może lepiej czasem zapomnieć...

W głosie wyczuwało się lekka nutkę ironii.. Co chciała tym osiągnąć? Kolejne osamotnienie?

Vay czuł, ze ta rozmowa tylko jeszcze bardziej przygnębia zmęczoną dziewczynę, nasunął na nią bardziej ciepły koc i powiedział: - Śpij Rought, musisz odpocząć... może masz rację że czasami lepiej zapomnieć... wstał i odszedł w kierunku LaBaya.

*****

Jim przystanął przy quadzie, doktor wpatrywał się w niego pytająco. Kapral rozważył wszystkie za i przeciw, wiedział, że musieli jechać do Tull. Stan Rought… ich nieciekawa sytuacja sprawiły, że nie miał większego wyboru. Musieli gdzieś przenocować, przeglądał w świetle zachodzącego słońca mapę ojca. Do najbliższej przedwojennej miejscowości, z lokacji w której się teraz znajdowali było około dwóch dni drogi… miał tylko nadzieję, że wystarczy im paliwa…

Na nocny obóz wybrał leżący jakieś 60 jardów od drogi skupisko skał, osłaniające ich od strony traktu. Powoli przemierzyli pojazdem tę odległość, uważając na wycieńczoną dziewczynę.

- Nie będziemy rozpalać ogniska doktorze, lepiej nie zwracać na siebie czyjejś niepożądanej uwagi. Pierwszą wartę może obejmie pan? Ja muszę też odpocząć, kilka nieprzespanych nocy z rzędu, obudzisz mnie przed północą, ok.?

Obszedł ich zaimprowizowane obozowisko w poszukiwaniu śladów, zdradzających jakieś ukryte niebezpieczeństwo. Ale nic nie znalazł… albo był tak zmęczony, że nie znalazł…

Rought spała na noszach, otulona 3 kocami: swoim oraz ich poległych towarzyszy. Leki silnie na nią działały. Jim rozłożył niedaleko noszy koc i śpiwór, zjadł trochę… ale apetyt mu nie dopisywał – zrzucał to na karb stresów, przez jakie ostatnio przeszli i morderczego wysiłku. Sztucer leżał na wyciągnięcie ręki, załadowani i gotowy.

- Może obejrzysz tego Pipboy’a LaBay? Informacje, które zawiera mogą nam wiele wyjaśnić. Poza tym, chyba przyda Ci się do pracy?

Położył się na boku i nawet nie wiedział kiedy zasnął…
 
__________________
Rangers lead the way - 2 batalion Rangersów - 6 June 1944 - Omaha Beach
Tajemnice Czarnego Lądu - zapraszam do rekrutacji.
11844451 - moje gg.
Sobota: Wielkie odpisywanie!!!
merill jest offline  
Reklama
 


Użytkownicy aktualnie czytający ten wątek: 1 (0 użytkownik i 1 gości)
 
Narzędzia wątku
Wygląd

Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wł.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.

Podobne wątki
Wątek Autor wątku Forum Odpowiedzi Ostatni Post / Autor
[komentarze] Fallout - EKSPEDYCJA nonickname Archiwum sesji Postapo 216 01-26-2008 12:20
Fallout - EKSPEDYCJA dodatkowa rekrutacja nonickname Archiwum rekrutacji 46 10-21-2007 09:44
[raporty] - Fallout EKSPEDYCJA nonickname Archiwum sesji Postapo 1 09-30-2007 00:26
Fallout - EKSPEDYCJA nonickname Archiwum rekrutacji 35 09-22-2007 22:31
[fallout]Sesja nr2 fleischman Archiwum rekrutacji 14 12-28-2005 22:53


Czasy w strefie GMT. Teraz jest 03:53.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2008, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111