![]() | ![]() |
![]() |
| |||||||
| Sesje RPG - Postapokaliptyczne Świat umarł. Nikt nie ocalał. Pogodzisz się z tym? Położysz się i umrzesz? Przygnieciony Megatonami które spustoszyły twój świat i zabiły rodzinę, przyjaciół nawet ukochanego psa. Weźmiesz spluwę i strzelisz sobie w łeb bo nie dostrzegasz nadziei... Czy też będziesz walczył? Wstaniesz i spojrzysz na wschodzące słońce i stwierdzisz, że póki życie póty nadzieja. I będziesz walczył. O przyszłości. O jutro. O nadzieję. Wybór należy do ciebie. |
![]() |
| | Narzędzia wątku | Wygląd |
| | #31 |
![]() | Szlag! Teraz to na pewno muzułmanie. Spalą tą budę jak mnie zobaczą. Spalą, spalą, spalą… Te kaprawe oczka pałające żądzą krwi. I ci ich więźniowie o twarzach przywodzących na myśl potępione dusze pokutujące w pierwszym kręgu piekła. Lasciate ogni speranza, voi ch'entrate - Porzućcie wszelką nadzieję, wy, którzy tu wchodzicie. Uświadomił sobie, że to co widzi jest niczym, w porównaniu do tego, co spotkałoby z ich rąk katolickiego księdza. Na tą myśl coś zimnego przebiegło po jego plecach. Dreszcz, jakby po tknięciu zimnej, trupiej ręki. Ręka poklepała go po ramieniu, ukłuła gdzieś w bok, by na końcu schwycić kark żelaznym, nieczułym na ból i zmęczenie uściskiem. Zadrżał niczym osika. Chciało mu się płakać. Siąść na podłogę i rozryczeć się jak niemowlę. Rzucić się na ziemię i niczym biblijny Hiob przeklinać dzień swoich urodzin. Nie zrobił tego. To mogłoby kosztować nie tylko jego życie. Musiał się ukryć, zejść z widoku. Nie wiedział czy pojazd odjechał na dobre, wolał nie ryzykować. Pospiesznie zebrał swoje rzeczy. - Ksiądz idzie? - Idzie, idzie. Byle dalej od drzwi. Oni mogą wrócić. Widok niemowlaka sprawił, że zapragnął wrócić do muzułmanów. I pomyśleć, że w swojej naiwności twierdził, że nic już go nie zaskoczy… Przez chwilę gapił się na nie z otwartymi ustami. Chciał coś powiedzieć, jednak trupia ręka, znudzona przygniataniem karku, dorwała się gardła. Nie chciała przez nie przejść nawet najmniejsza kropla śliny. Co dopiero słowa! Dopiero jedno, magiczne, pomogło przełamać ten opór. - O kurwa… - Myślicie… Myślicie, że powinienem je ochrzcić? Ja nie wiem, czy jeszcze mogę… Chyba już za późno. Te dziecko odejdzie. Nawet jeżeli nie trafi, tam gdzie powinno trafić… Jeżeli nawet nigdzie nie trafi… To wyjdzie na tym lepiej, niż gdyby miało jeszcze przez kilka lat zostać na tym padole cierpień. Czy to dźwięk trąb anielskich zwiastujących nadzieję dla noworodka? Czy to może grzmot ogłaszający radość diabłów, radujących się tymi bluźnierczymi myślami sługi bożego? Nie… To rozległy się strzały. Giovanni stał jak otępiały. Ostatnia trzeźwa myśl kazała mu przymknąć uszkodzone drzwi pomieszczenia i czekać cichutko niczym mysz pod miotłą. Mysz? Ostatnio wolał uważać się za szczura. Nie ważne… Idą! Ostatnio edytowane przez Keth : 07-16-2008 o 09:24. |
| |
| Reklama |
| |
| | #32 |
![]() | Galois wszedł po schodach, podążając za księdzem. Nikt nie zareagował na jego apel o odrobinę próbę pomocy tamtej dwójce i może nic dziwnego. Nie znali się, byli wyczerpani i pewnie zastraszeni. Jak on. Ale teraz jeszcze nie miał zamiaru iść spać, za dużo nerwów, za dużo myśli biegających pod jego czaszką. Wołanie z góry było idealnym pretekstem zajęcia się czymś. Nie wiedział, po co komu ksiądz w takim miejscu, miał nadzieję, że nie będzie to akurat ostatnie namaszczenie ale coś bardziej radosnego. Gdy zobaczył Maxa trzymającego w rękach nieruchome maleństwo, stanął jak wryty. Miał nadzieję, że na jego niegolonej od dawna twarzy nie widać zaskoczenia, jakie poczuł. A potem zobaczył jeszcze dziewczynkę z dzikimi oczyma, kucającą w klitce za drzwiami. - O kurwa- jęknął ksiądz. - O kurwa- zawtórował mu Chris- Jasne, niech ksiądz chrzci, jeśli nie może zrobić nic lepszego. Tu trzeba lekarza. Pielęgniarki. Kogoś takiego- odwrócił się do schodów i zawołał do zgromadzonych tam ludzi- Hej! Czy ktoś z was zna się na medycynie? Albo małych dzieciach? Mamy tu jedno! Czuł się sfrustrowany. Na widok tak małej i bezbronnej istotki chciał pomóc, ale nie wiedział jak. Nie znał się na tym. By robić cokolwiek, gadał. - Cholera, ja mu za bardzo nie pomogę. Znam się na mechanizmach, nie na ludziach. Myślicie, że widok takiego obdartusa jak ja nie przestraszy dziewczyny? I czemu ksiądz nie wie, czy jeszcze może? Może dziecko trzeba umyć? Wody mamy sporo, w butelkach, za oknami. W tym momencie z dołu, zamiast lekarza, dotarły krzyki i odgłosy strzałów. Ktoś wdzierał się do budynku. W pierwszej chwili Chris pomyślał o swoim przyjacielu, który pewnie kładł się już spać, z kałachem pod ręką. Oj, żeby nie było jatki. Następnie pomyślał o dzieciach. -Ukryjmy dzieciaki. Do komórki z nimi, szybko!- szepnął do Maxa, ściągając z siebie skórzaną kurtkę- przykryjmy je i zamknijmy drzwi od zewnątrz, może ich nie znajdą! |
| |
| | #33 |
![]() | W kuchni nie znalazł nic, co mogłoby się przydać. A może po prostu nie szukał uważnie. Przed oczyma wciąż miał obraz jeńców - przegranych i wesołych zwycięzców. Czym dzisiaj stał się świat? W dzisiejszych czasach człowiek może stać się zwierzęciem. Kompletny upadek. Sam Nygaard czuł, że i jemu los może zgotować podobną historię. Mało kto lubi tych prawdziwych "czerwonych". Wszedł na górę, gdzie znajdowała się część przybyszów. Byli zszokowani. I rzeczywiście mieli powód. Rikard spojrzał na noworodka, po czym odwrócił wzrok. Cholerny "cudowny" kapitalizm. Ujrzał matkę - istotę tak kruchą, że jeden dotyk mógłby ją rozbić. Musiała niezwykle szybko wpaść ze świata dziecięcego w otoczenie dorosłych. Nie doszłoby do tego, gdyby ludzie nie stawiali waluty ponad wartość życia. Chciał coś powiedzieć, ale zabrakło mu słów. Bo i jak może się zaofiarować? Powiedzieć jakieś słowa otuchy? Zagrzać do pomocy? W tym momencie był bezużyteczny. Próbował przyszykować sobie wolne miejsce na nocleg, gdy rozległ się krzyk jednego z hipisów i strzały. Rikard skoczył na równe nogi, wciąż nie mając pojęcia co się dzieje. Był zmęczony. Usłyszał jakieś słowa - może francuski, choć nie był pewien. W każdym razie poszedł za resztą, przywarł do ściany... milczał.
__________________ Kontakt GG: 9204588 Trzeba przyznać, że wśród inteligentów także trafiają się wyjątkowo mądrzy ludzie, nie da się temu zaprzeczyć. |
| |
| | #34 |
![]() | Coś, ktoś krzyczał o dziecku. Po co? Jak? Dlaczego? Philippe nie chciał słuchać, nie chciał się ruszył, chciał spać, ewentualnie napić się czegoś mocniejszego. Przekręcił się na prawy bok i pogrążył się w ciemności świata snu. Śnił że zaczyna się rewolucja. Nie, była już w trakcie, a on był już pośród tych którzy szli tłumnie by palić stary świat. Strzały, krzyki po francusku, chaos i zgiełk. Czuł się świetnie, dawno nie miał tak przyjemnego snu. No może gdy się naćpa to ma lepsze, ale kiedy to on brał ostatni raz? Dawno... będzie z kilka dni. Bosh... jak mu tego brakuje. Chce amfy! Wściekły uderzył ręką nie tylko w śnie, ale i w rzeczywistości. Zaciśnięta pieść uderzyła w ściankę podtrzymującą blat. Ból ręki rozbudził go. Przewrócił się na plecy, klnąc jednocześnie na ból. Oczy z nad ręki powędrowały na sufit. Jednak zamiast sufitu ujrzał obcą twarz i lufę broni wycelowaną w niego. - Może fajkę? - uśmiechnął się głupkowato i rozsunął ręce na bok, trzymając dłonie rozwarte, pokazując przy tym, ze nie ma broni i jest skory do poddania się.
__________________ "War. War never changes" by Ron Perlman "Fallout" |
| |
| | #35 | ||
![]() | ![]()
Gdy ktoś do mierzy do Ciebie z broni nie patrzysz się w otwór lufy. To nie jest film. Wiesz co robisz kiedy gładka, metaliczna śmierć spogląda na ciebie jednym okiem o ołowianej źrenicy? Szukasz spojrzenia tego drania, który trzyma broń. Próbujesz mu powiedzieć: "Stary ja też jestem człowiekiem, dlaczego chcesz mi to zrobić? Ja chce żyć! Nie krzywdź mnie, nie zabijaj..." i to wszystko w jednym, trwającym ułamki sekund spojrzeniu. Ale on nie patrzy Ci w oczy, to nie jest zawodowiec. Wbija swój wzrok w Twój korpus, może będzie musiał Cię zabić, pewnie nie chce widzieć Twojej twarzy w każdym śnie... Widzisz jak jego palec delikatnie przesuwa się po spuście gotów w każdej chwili wystrzelić? Dłonie ma spocone, nerwowo przygryza usta i mruży oczy. Kap... Kap, z czoła spływają mu krople potu odmierzając ostatnie sekundy Twojego życia. ![]() Ktoś leży przy blacie stołu. Ciężkie wojskowe buty podrygują komicznie w ostatnim, przedśmiertnym tańcu. Łysą czaszkę potrzaskały kule. Krople krwi spływają po nierównej podłodze łącząc się w cieniutki strumyczek. Głuchy łomot uderzających o posadzkę buciorów nagle się urywa. Leżysz na podłodze obok ciała zabitego, obawiając się podnieść wzrok na jego mordercę. Jak to się stało? Nie wypowiedziane pytanie tłucze Ci się po głowie. Jeszcze przed chwilą żył, a teraz już go nie ma w tym rozdygotanym konwulsjami strzępie ciała. Strumyczek ciemnej, połyskującej krwi leniwie przepływa przy Twojej dłoni. Mógłbyś go dotknąć... Ciekawe czy jest ciepła? - Wstawać! - Ktoś ryknął po francusku, a czyjeś ręce podrywają Cię do góry. Jesteście tu wszyscy nawet te dwa okrwawione ciała. Rozciągnięty łysol, który nie zdążył powiedzieć nawet kilku słów i ten dzieciak. Trupio blada twarz okala martwe oczy przysłonięte pozlepianymi krwią włosami. Zwinął się w kłębek zaciskając dłonie na okrwawionej ranie. Postawili Was pod ścianą. Pięciu sukinsynów. Brudni i wychudzeni, biło od nich nie ludzkie po prostu zmęczenie, ale na bladych twarzach malowała się determinacja. Pozabijali by Was gdyby im kazał. Taaak... Ten szósty. Masywny bydlak, o wyblakłych niebieskich oczach. Takich, w których nie widać nic, żadnych emocji. Sprężysty krok i resztki jakiegoś munduru świadczyły o tym, że musiał być żołnierzem albo policjantem. I ten nie znający sprzeciwu, warkotliwy głos: - Kim jesteście! Skąd tu się wzięliście?! - Szybkim skokiem dopadł do jednego z hippisów, kolba trafiła w splot słoneczny posyłając długowłosego na posadzkę. - Odpowiadać!
__________________ "Co będziemy dzisiaj robić Sarumanie?" "To co zwykle Pinki - podbijać świat..." by Marrrt | ||
| |
| | #36 |
![]() | Początkowo Rikard wierzył w ich "pokojowe" zamiary. Trochę by nawrzeszczeli, zrobili dużo hałasu, a potem można byłoby się z nimi porozumieć. Dopiero, gdy zastrzelili tego łysego kolesia i młodzika... Norweg spojrzał na zakrwawione trupy i pomyślał; To jest za dużo. Oni nie należą do tych z którymi łatwo się negocjuje. Jeden z nich porwał go silnymi łapami i postawił przy ścianie jak pozostałych. Rikard przez chwilę spojrzał w twarz napastnika. Przecież oni są wykończeni. Tak bardzo przypominają tych wędrowców bez celu, jak grupka tutaj się znajdująca. A jednak nie pocieszyło to Norwega. Zmęczeni, a jednocześnie zdeterminowani. Mogą zrobić wszystko, a myśleć dopiero po fakcie - pomyślał stojąc posłusznie pod ścianą. Znam trochę francuski, może uda mi się do nich dotrzeć. Rikard spojrzał w stronę napastników. Kiedyś porywałeś tłumy, a teraz obawiasz się przemówić do tych... pięciu, nie, sześciu drani - pytał sam siebie. A jednak sytuacja różniła się diametralnie. Lud nie był tak namacalnie blisko, nikt nie groził mu bronią. Ta piątka i do tego ich szef o wyglądzie zabijaki. Oni mogli mieć po prostu kaprys i zastrzelić wszystkich. Z drugiej strony przecież nie byli istotami zupełnie wypranymi z uczuć - nikt mimo wszystko nie był, nawet w tych czasach. Może takie myślenie idealistyczne kiedyś doprowadzi Nygaarda do śmierci, lecz teraz postanowił odpowiedzieć na pytania tego osiłka. Spróbuje wykorzystać ten sam ton, jaki używał w kontaktach z ludźmi. Ten sam, który zapewnił mu niegdyś sławę w ojczyźnie. Tylko ten pot spływający po ciele, drżące nogi, strach w sercu. Oby się udało; - My jesteśmy zwykłymi podróżnymi, którzy w poszukiwaniu noclegu trafili do tego motelu - Rikard klną w myślach, że nie douczył się francuskiego. Wtedy jego mowa byłaby bardziej kwiecista i wiarygodna. - Naprawdę nie mieliśmy żadnych złych zamiarów, a przyprowadził nas tu przypadek. Więcej nie powiedział. Te słowa powinny dojść do szefa. Teraz postanowił czekać na reakcję jego, oraz towarzyszy.
__________________ Kontakt GG: 9204588 Trzeba przyznać, że wśród inteligentów także trafiają się wyjątkowo mądrzy ludzie, nie da się temu zaprzeczyć. |
| |
| | #37 |
![]() | Dopadli ich błyskawicznie, nie było szans na jakąkolwiek reakcję. I może to dobrze, banda przypadkowych przechodniów, gdyby zaczęła się bronić przed tą grupą, pewnie nie przetrwała by pięciu minut. A teraz stali pod ścianą jak ... właściwie jak skazańcy przed plutonem egzekucyjnym. Nie, na pewno jest jakieś bardziej optymistyczne porównanie- zdążył pomyśleć Chris, zanim oberwał kolbą w brzuch. Cios był dla niego zupełnym zaskoczeniem. Cholera, stawał kilka razy naprzeciwko uzbrojonych ludzi, ale wtedy to byli ograniczeni prawem francuscy policjanci. Ci tutaj... czego od nas chcą? Zabiją nas? Padł na ziemię, zwijając się z bólu. Na chwilę widział tylko biały błysk, potem czarną plamę, ale gdy znowu zogniskował wzrok, odkrył, że uderzenie zerwało więzy, które krępowały mu język. Strach przed kolejnymi ciosami był silniejszy od strachu przed zwróceniem uwagi? - Jesteśmy.. uchodźcami- stęknął cicho, czystą francuszczyzną, podnosząc się na czworaka. Czuł, że ziemia jest bezpiecznym, stabilnym, gościnnym miejscem, póki co nie spieszył się do wstawania- każdy z innej strony. Tak jak on mówi- kiwnął głową w stronę Rikarda. Powoli zaczął się podnosić na nogi. Dopiero teraz zastanowił się, dlaczego właściwie on oberwał. Trzeba było pozostać japiszonem. Jakbym miał garnitur, to by naklepali artyście. Ostatnio edytowane przez Wojnar : 08-12-2008 o 09:16. |
| |
| | #38 |
![]() | Jak on miał na imię? Max? Chyba tak… Cholerny smarkacz. Johann chciał go uspokoić, uratować. W takich momentach nie stawia się oporu, nie krzyczy się na napastników, nie wykonuje gwałtownych ruchów. - Opanuj się. – Szepnął przez zaciśnięte zęby, gdy wywlekali ich z pomieszczenia. Chłopak musiał czuć, że idzie na śmierć. Inaczej by się tak nie wyrywał. Najwidoczniej strach przed śmiercią sprowadził ją na niego. Ironia losu, o tak. Giovanni też bał się śmierci. Nie chodziło nawet o jakieś teologiczne wątpliwości. Po prostu drżał na myśl, że te kilka gram metalu, kilka milimetrów średnicy może przewiercić jego wnętrzności na wylot i zostawić w nich dziurę wielkości piłki tenisowej. Nie chciał umierać. Zwłaszcza teraz, kiedy oparty o ścianę wpatrywał się w stygnące ciało Maxa Reeve. I jeszcze jeden, polak. W przeciwieństwie do pustego spojrzenia, szklistych oczu młodego, jego wzrok, mimo przestrzelonej czaszki, przypominał dzikie zwierze. Spięte i gotowe do skoku, dopiero w ostatniej chwili wytrącone z rytmu. Ręka, mimo że rozbita obcasem ciężkiego buciora, wciąż zaciskała się w powietrzu. Pewnie jeszcze przed chwilą był w niej pistolet, który właśnie podnosił z podłogi jakiś brudny typ. Nikt nie chciałby leżeć obok nich. Śmierć nie jest fajna. Chciał coś powiedzieć i uspokoić sytuację. Potrafił rozmawiać z ludźmi, coś jednak utrudniało mu mówienie. Jakaś gula, która stanęła w gardle. Nie potrafił jej przełknąć. Czuł, że jeżeli wypuści chociaż trochę powietrza, to nie starczy go, dla jego pulsującego serca. Na szczęście odezwał się ktoś inny. Zobaczymy co z tego będzie. Póki co, ksiądz mimowolnie odetchnął z ulgą. |
| |
| | #39 |
![]() | Ten który zastał Philippe za blatem, porwał go za fraki i wywlókł, by następnie ustawić pod ścianą, tak jak to czynili z pozostałymi. dwa trupy leżały na ziemi, co świadczyło o tym, ze należy dobierać słowa rozważnie. - Kim jesteście! Skąd tu się wzięliście?! - Szybkim skokiem dopadł do jednego z hippisów, kolba trafiła w splot słoneczny posyłając długowłosego na posadzkę. - Odpowiadać! Jak na rozkaz odpowiedziała dwójka, w tym i ten który oberwał. Cotillard na początku poważny, trzymając ręce w górze by były doskonale widoczne, roześmiał się. - Panowie wybaczą - zaczął czystą francuszczyzną - Ja z Paryża idę. Żaden zemnie uchodźca, co najwyżej artysta podróżnik. Jak dacie miskę strawy to wam mogę przy ognisku zagrać parę starych dobrych kawałków. Ewentualnie pomalować tą waszą zacna ciężarówkę, bo i trochę farby w sparyu mam. Co chcecie. Gołe babeczki, królika baksa, albo jakiś old schoolowy napis? Oczywiście nic za darmo, w zamian bym wziął swoje nienaruszone dupsko w strony, gdzie bym wam nie zawadzał.Jakby się dało to zabrałbym to co mam przy sobie i miską żarcia. Oczywiście to wy narzucacie ceny, ale poniżej swojego życia raczej bym wolał nie schodzić. - szczery uśmiech na twarzy artysty zdawał się być jedynym radosnym elementem w tej ponurej sytuacji. - Do malowideł i muzycznego wieczorku mogę dorzucić jakiś poemacik na cześć wodza i jego wiernej ekipy. A jeśliby się wszystko fajnie ułożyło to i zagwarantować mogę, że przy następnej okazji się odwdzięczę, np. szklanką wódeczki czy młodymi panienkami, które dopiero co ukończyły szkołę artystyczną w Paryżu. Wiecie jak to jest. Ładne, fajne laski i do porozmawiania i do obciągania się nadają. - Cotiliard chciał jeszcze dodać, ze miejscowe, prowincjonalne dziewczyny wcale nie są gorsze w tej drugiej czynności, ale to mogłoby się nie spodobać bandzie miejscowych rzezimieszków, więc przemilczał tę kwestię. Teraz albo się zgodzą, albo go zignorują albo, co najbardziej prawdopodobne, oberwie kolbą w łeb.
__________________ "War. War never changes" by Ron Perlman "Fallout" |
| |
| | #40 |
![]() | Przekrwione ślepia przebiegły nienawistnym spojrzeniem po stojących pod ścianą. Niespodziewanie na kanciastym pysku wykwitł szeroki, gdzieniegdzie złoty uśmiech. Powoli zbliżył się do Cotillarda. ![]() -Patrzcie chłopcy mamy tu cwaniaczka... - Ruch był szybszy niż można się było spodziewać po tak wielkim bydlaku. Złapał Cotillarda za szczękę mocno wbijając palce w policzki. - Cwaniaczek, kurewski artysta. Śpiewać chce, malować... - Cios był równie szybki, trafił wprost w wykrzywione usta, chłopak zderzył się ze ścianą, krew z rozkwaszonej gęby obryzgała garnitur. Tamten stał nad nim wydzierając się -Jest wojna! WOJNA! Albo my albo oni! Jesteś kurwa francuzem czy nie jesteś? Jesteś biały czy nie?! Jest kurwa wojna i albo będziesz żołnierzem albo będziesz trup! Odsunął się od zakrwawionego Cotillarda dysząc ciężko, gębę miał czerwoną, z trudem łapał oddech. Po chwili odwrócił się i ponownie obrzucił resztę wściekłym spojrzeniem, ale tym razem mówił ciszej i spokojniej: -Jeśli chcecie wyjść z tej gównianej rudery mówcie gdzie są arabusy, Gdzie te cholerne brudasy! Ilu ich było ile mieli broni i... - Głos załamał mu się na chwilę, a przez czerwoną gębę przemknął dziwny dreszcz - I kto był z nimi! Mówcie bo na miłość boga przysięgam zabiję was jak psy!
__________________ "Co będziemy dzisiaj robić Sarumanie?" "To co zwykle Pinki - podbijać świat..." by Marrrt |
| |
| Reklama |
| |