Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Science-Fiction
Zarejestruj się Użytkownicy

Sesje RPG - Science-Fiction Chcesz odkryć w eonach Kosmosu Zapomniane Światy? Walczyć z wszędobylskimi Korporacjami, bądź być małym cyber–trybikiem w ich złożonej Maszynerii? Ostrzem świetlnego miecza wyrąbywać sobie swoją ścieżkę Mocy? To czy odważysz się przejść przez Wrota Wymiarów zależy tylko od Ciebie.


Odpowiedz
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 28-07-2018, 01:28   #11
Ośmiorniczka
 
Fyrskar's Avatar
 
Reputacja: 9297 Fyrskar ma wspaniałą reputacjęFyrskar ma wspaniałą reputacjęFyrskar ma wspaniałą reputacjęFyrskar ma wspaniałą reputacjęFyrskar ma wspaniałą reputacjęFyrskar ma wspaniałą reputacjęFyrskar ma wspaniałą reputacjęFyrskar ma wspaniałą reputacjęFyrskar ma wspaniałą reputacjęFyrskar ma wspaniałą reputacjęFyrskar ma wspaniałą reputację
Marka podrapał się po kilkudniowym zaroście. Rozstanie się ze śmigaczem nie było dobrym omenem na przyszłość, a te kilka dni bez wątpienia dadzą mu się we znaki. Pojazd od Narglatch AirTech był silnie przerobiony - włączając w to dodatkowe miejsca dla pasażerów, żeby zmieścić Dowutina. Nie narzekał na Gerdarra - ktoś tak znany z obijania innym istotom twarzy był wymarzonym kompanem na Nar Shadda. Pozostawało mieć nadzieję, że jakoś da sobie radę bez własnego środka transportu.

Dał spokój szczecinie na twarzy i ruszył powoli w kierunku siedziby swojego pracodawcy. Warsztat Zak Zaaca leżał stosunkowo niedaleko od terenów Grakkusa, ale nie było go stąd widać - wysokie wieżowce przesłaniały niebo, a przypominająca metalową pajęczynę plątanina pomostów i przejść dodatkowo dezorientowały. Ale Durn zdążył poznać teren.

Marka był dosyć przeciętną istotą w tym miszmaszu wszystkich kultur i gatunków - dwudziestokilkuletnim człowiekiem z kilkudniowym zarostem i niespecjalnie zadbaną czupryną. Nie różnił się na pierwszy rzut oka od innych szmuglerów i trampów przestrzeni. Jeśli zaś ktoś chciał rzucić okiem drugi raz, starał się być tak uroczy i przekonujący, jak to tylko możliwe. Minął grupę nieprzyjemnie wyglądających Velmoców, starając się wtopić w otaczający go złom.

Teraz pozostało zlokalizować Mandalorianina i przedstawić mu zasłyszane plotki.



Poszukiwania Marki okazały się ostatecznie owocne, choć ku swojej zgryzocie, zwiedził po drodze całą okolicę pałacu Grakkusa. Durabeton i transpastal tworzące otaczające go budynki zaczęły się powoli zlewać w jeden labirynt, barwiony rdzą i zaciekami z wydzieliny granitowych robaków. Nar Shaddaa była nieco jak Coruscant - czy precyzyjniej rzecz ujmując, niższe poziomy Potrójnego Zera. Tutaj nawet pozornie najbogatsze dzielnice były zepsute w ten lub inny sposób - a jedyny porządek, na jaki można było liczyć, to ten który zapewniali ochroniarze gangsterów w pobliżu posiadłości swych panów.

Kręcili się też wszędzie, gdzie sięgały wpływy pracodawcy Durna i to od jednego z nich dowiedział się, gdzie powinien się kierować w celu znalezienia Sudotha. Ukiański osiłek, Nanzet, skierował szmuglera do stołówki. Marka raczej w tym miejscu nie bywał - wolał którąś ze znanych, stosunkowo spokojnych knajp. A włóczenie się z Gerdarrem gwarantowało bezpieczeństwo - a często i darmowe napoje. W końcu Dowutin był na swój sposób sławny.

Wnętrze było ponure - szary permabeton, surowe ściany, kilka porwanych i zużytych mat przeciwpoślizgowych, które raczej nie spełniały swojego przeznaczenia. Dużo ław i jeszcze więcej sługusów Hutta. Nie przepadał za nimi, nawet jeśli nie dawał tego po sobie poznać. Dla większości z nich służba Grakkusowi była niemal wyróżnieniem.

Dosiadł się znienacka do Mando.
- Smacznego - zagaił. - Pomyślałem przez chwilę, że chcesz się lepiej poznać z naszymi przyjaciółmi - dodał ciszej i tym tonem kontynuował. - Kamień mi z serca spadł, że się pomyliłem. Masz może czas na wyjście do kantyny? - dodał tajemniczym głosem.
Mandalorianin rzucił krótkie spojrzenie na pilota. Nie było w nim nieprzyjemności, raczej ciekawość, choć i tak mógł budzić niepokój. Widać było, że intensywnie się nad tą propozycją zastanawiał. Marka musiał zdecydowanie zdawać sobie sprawę, że Ordo niespecjalnie przepadał za kantynami na Księżycu Przemytników. Nie chodziło o to, że nie lubił zabawy. Te miejsca zawsze przyciągały szumowiny, a w takim miejscu jak to mogło to być spore wyróżnienie. W takiej pracy jak jego, jeżeli nie było się ostrożnym można było skończyć z nożem w plecach. Jeśli akurat jakiś bywalec danej knajpy miał do ciebie pretensje. Biorąc wszystko pod uwagę Sudodth, był niemal pewien, że nie chodzi tylko o zwykła pogawdkę. Cóż niszczyło mu to pewne plany na dzisiejszy dzień, ale z drugiej strony w każdej bitwie należało być gotowym do zmiany swoich planów. Kiwnął więc głową, zjadł ostatni kęs posiłku i odsunął od siebie pusty talerz. Parę bitew, w których brał udział nauczyło go, że należało wykorzystywać okazję do napełnienia żołądka.
-W porządku - powiedział -Ćwiczenia mogą poczekać. Masz pewnie już jakiś pomysł, więc prowadź - po ostatnich słowach podniósł się ze swojego miejsca, poprawiając swój sprzęt i stając w taki sposób, aby móc obserwować resztę pałacowej stołówki.

Sudodth zaskoczył Markę szybką zgodą - szmugler spodziewał się, że na wyciągnięcie go będziesz musiał spożytkować więcej energii. Szczególnie zaś nie spodziewał się tego, że jego znajomy będzie gotów od razu, ale to chyba było po prostu cechą charakterystyczną dla żołnierzy.
Zamyślił się przez chwilę nad wyborem odpowiednio dyskretnego miejsca.
- W okolicy, w bocznej uliczce jest taka kantyna. Zapomniałem nazwy w tej chwili, ale poza mieszkańcami ulicy nie ma tam zbyt wielu bywalców. Chodźmy.
Ruszył do wyjścia ze stołówki.

Zmianę na straży przejął akurat Duros, Sid Maanden, który nie miał żadnych obiekcji, co do wyprawy Marka i Sudodtha. “Stryczek” był całkiem niedaleko. Towarzysze musieli obejść Pałac wzdłuż murów, co wspomniało Sudodthowi jak jeszcze niedawno musiał marnować czas na patrolu wokół nich. Przekroczyli zatłoczoną główną drogę pełną jaskrawych neonów i klubów, z których wydobywała się dudniąca muzyka. Krok w krok obydwaj przeszli do jednej z bocznych uliczek i wkroczyli do kantyny. W środku przy drzwiach siedział ochroniarz, podstarzały Twi’lek. Za ladą stał Mon Calamari i wycierał szklanice. Marka jako pierwszy usiadł przy jednym ze stolików przy ścianie. Jedynymi innymi klientami było dwóch poczciwych mieszkańców przy barze.
Suddoth uważnie obserwował otoczenie. Uważał, że zawsze lepiej być ostrożnym. To miasto potrafiło zaskoczyć. Mandalorianin podniósł jednak rękę pokazując barmanowi dwa palce -Whiskey, podwójna … dwa razy - Kiedy wpadłeś między wrony, trzeba krakać tak jak one. A poza tym mógł spróbować miejscowych …. napojów, bo wątpił, aby w tak cudownym miejscu, mieli coś z górnej półki. Czekając, aż barman przyniesie zamówienie spojrzał na Marka
-Dobre miejsce. Spokojne -

- Tą koreliańską co ostatnio - dodał ciszej Durn i uśmiechnął się do barmana. Będzie to go kosztować nieco drożej, ale wiedział, że bez wyraźnego życzenia najpewniej dostaliby coś mniej miłego kubkom smakowym. Ale takie były niestety realia Nar Shaddaa.

- Ufam ci. Życzę ci dobrze. Teraz zaś zdarzyło mi usłyszeć o czymś, co powinieneś wiedzieć - powiedział szmugler, gdy już osiedli. - Chodzi mi o Damena, twojego mentora. Pamiętasz kto poinformował cię o tych piratach?

Mandalorianin popatrzył uważnie na pilota, po czym skinął lekko głową. -Dziękuje. To była informacja od jednego, z jego starych kontaktów. Zgadzał się kod jakiego używaliśmy. Podał mi co prawda podstawowe informacje, ale skierował do Grakkhusa. -

- Jak wyglądało twoje spotkanie z Grakkusem? - pytał go dalej Marka.
Widać było, że młody mężczyzna myślał chwilę, jakby przywołując we wspomnieniach tamten konkretny dzień.

-Nie wiem co dokładnie masz na myśli - powiedział spokojnie. Gdyby domyślał się do czego dąży jego przyjaciel mógłby lepiej zareagować. -Było trochę strażników. Nic specjalnego. Grakkhus miał informację o tym, kto zabił mojego mistrza. Był gotowy się nimi podzielić i nie chciał za to żadnych pieniędzy. Trochę mnie to zdziwiło, to że tak łatwo przekazał informacje. Uznałem wtedy, że chciał dorwać ich tak samo jak ja. Wiesz, aby pokazać, że bezkarnie nie zabija się jego ludzi. Znałem piratów, o których mówił. Resztę już znasz. W ten sposób stałem się też jego “nowym Mandalorianinem” … Jakby każdy Hutt potrzebował przynajmniej jednego -

Marka wyraźnie się zadumał. Nie wszystko składało się w idealną całość. A przynajmniej Grakkus podający tożsamość piratów osobiście zdawał się nie pasować. Teraz zaczął mieć wątpliwości, ale skoro zawlókł Mando tutaj i zaczął już rozmowę, to wypadało się podzielić wszystkim.

- Słyszałem od jednego z licznych pachołków Hutta... oczywiście nie powiedział mi tego wprost... w każdym razie, dowiedziałem się, że twój mentor był uwikłany w jakieś intrygi u szczytów władzy w domenie Grakkusa. - Podrapał się po spoconej szyi. - Słyszałem też, że narobił sobie tam na górze sporo wrogów. Domyślasz się może, do czego zmierzam?

Kiwnął głową na potwierdzenie -Tak- złapał szklankę lewą ręką i upił spory łyk -To tłumaczy zachowanie niektórych. I groźby Olyo - o tym ostatnim wspomniał takim tonem, jakby nie miały one znaczenia. W rozumieniu młodego Ordo tak faktycznie było. Jeżeli byłeś w stanie wypełnić swoje groźby, po co było je wypowiadać? Inni by o tym tak wiedzieli. W pozostałych przypadkach grożenie komuś było grą psychologiczną, aby podkopać jego pozycję. By czuł się niepewnie. Na niego to nie działało. Właściwie było to pomocne, bo określało kto może być jego wrogiem. Olyo już nie mógł go zaskoczyć, a to była długa przewaga. Jeżeli dojdzie do takiej sytuacji, będzie wiedział co robić. -Będę musiał to sprawdzić. Wolę wiedzieć na czym stoję. Dziękuje. Rozumiem, że nie muszę tego tobie mówić, ale uważaj … Praca dla Grakkusa może być dużo bardziej niebezpieczna … niż myślałem -

- Dobrze wiesz, że potrzebuję pleców. Nawet jeśli ktoś może wbić mi w nie wibronóż. - Uśmiechnął się i upił łyk koreliańskiej. - A wracając do tematu. To ty powinieneś bardziej uważać. Ci na górze nie lubili Tilla... i nie mają powodu, by żywić cieplejsze uczucia do ciebie. Ale zresztą, wiesz o tym. - Machnął ręką. - Zacząłbym się zbierać, to powinna być spokojna pora. Może nie wpadniemy w tarapaty w drodze powrotnej.

Sudodth kiwnął głową -Tak to wygląda. Nie będę się tym jednak przejmował. Przyjechałem tu w innym celu. I nie bój się o swoje plecy. Nawet gdyby komuś udało się wbić w nie wibronóż, to ich zabiję. Nie pójdziesz na drugą stronę sam - chyba pierwszy raz od początku tej rozmowy młody Ordo uśmiechnął się szeroko. Jakby właśnie opowiedział dobry kawał. Ciężko było stwierdzić, czy mówił poważnie, czy było to jakieś wojskowe poczucie humoru. Łowca po tych słowach ponownie zlustrował jednak pomieszczenie -Poczekamy jeszcze 15 minut i pójdziemy. Zbyt szybki powrót mógłby wzbudzić podejrzenia. Napij się spokojnie, niech strażnik przy drzwiach poczuje, że faktycznie byliśmy w kantynie -
 
__________________
A bad necromancer always blames the corpse.
Fyrskar jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 28-07-2018, 12:12   #12
 
Hawkeye's Avatar
 
Reputacja: 6243 Hawkeye ma wspaniałą reputacjęHawkeye ma wspaniałą reputacjęHawkeye ma wspaniałą reputacjęHawkeye ma wspaniałą reputacjęHawkeye ma wspaniałą reputacjęHawkeye ma wspaniałą reputacjęHawkeye ma wspaniałą reputacjęHawkeye ma wspaniałą reputacjęHawkeye ma wspaniałą reputacjęHawkeye ma wspaniałą reputacjęHawkeye ma wspaniałą reputację
Sudodth nie przejmował się spojrzeniami rzucanymi na stołówce. Nie miały one w jego świecie, żadnego znaczenia. Ani śmiechy jakie mógł usłyszeć za swoimi plecami, ani nawet to dziwne pełne współczucia spojrzenie. Gdyby był słabszy, to taka sytuacja mogłaby go denerwować. Teraz ją jedynie ignorował, gdyż wiedział najważniejszą prawdę. Siła płynie z wnętrza, z wojownika. Nie pochodziła z jakieś oceny twoich umiejętności przez innych. Liczyło się to, czy potrafiłeś przetrwać gdy wokół twojej głowy rozrywały się pociski. Sudodth Crat Ordo, syn starożytnego mandaloriańskiego klanu nie mógł sobie pozwolić choćby na cień słabości.

Obserwujący go musieli odnieść wrażenie, że przeszedł szkolenie wojskowe. Wszystko w jego ruchach i postawie mówiło o godzinach ciężkich treningów i wielkiej dyscyplinie. Był wysokim, wysportowanym blondynem. Jego włosy zbyt długie, aby spełnić normy jakiegokolwiek regulaminu, jednocześnie utrzymane były w ten sposób, aby nie przeszkadzać w czasie walki, czy wysiłku fizycznego. Zawsze chodził uzbrojony, broń wszakże stanowiła o statusie danej osoby, a Sudodth nie zamierzał się w jakiś sposób ukrywać. Choć nie nosił charakterystycznej zbroi, to na jego kurtce znajdowało się parę naszywek. Na lewym ramieniu mały, niebieski symbol przedstawiający jai'galaar, na drugim ramieniu miał czarną naszywkę, z symbolem klanu Ordo. Wszystko to sprawiało, że wyróżniał się nawet w grupie zbirów Grakkhusa i z pewnością nie musiał obawiać się kroczenia ciemną uliczką ... większego sukinsyna od siebie raczej w niej nie napotka. Kończył właśnie posiłek gdy do salki wpadł Marka Durn, przemytnik którego chyba jako jedynego w tym paskudnym miejscu mógłby nazwać przyjacielem. Mandalorianin kopniakiem odsunął krzesło naprzeciwko siebie, w ten sposób zachęcając tamtego do zajęcia tego miejsca.
 
__________________
We have done the impossible, and that makes us mighty
Hawkeye jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 28-07-2018, 22:22   #13
 
Jacques69's Avatar
 
Reputacja: 7588 Jacques69 ma wspaniałą reputacjęJacques69 ma wspaniałą reputacjęJacques69 ma wspaniałą reputacjęJacques69 ma wspaniałą reputacjęJacques69 ma wspaniałą reputacjęJacques69 ma wspaniałą reputacjęJacques69 ma wspaniałą reputacjęJacques69 ma wspaniałą reputacjęJacques69 ma wspaniałą reputacjęJacques69 ma wspaniałą reputacjęJacques69 ma wspaniałą reputację

Alette
Wczorajsza rozrywka Cereanki na pewno musiała się odbić na jej porannym samopoczuciu i miała tego pełną świadomość, nawet jeśli nie wypiła szczególnie dużo alkoholu. Jednak budzik według niej zadzwonił stanowczo za wcześnie, przerywając jej sen w połowie. Alette z wielkim trudem ociężale wygramoliła się ze swojego łózka. Nie wiedziała, jaka jest pora dnia, jej kwatera nie miała dostępu do okien. Kliknęła budzik, by przestał brzęczeć, jednak alarm wciąż grał. Wówczas to młoda poszukiwaczka skarbów zrozumiała, iż to nie budzik ją obudził. Miała jeszcze półtorej godziny snu. Alarm dobiegał z komunikatora - ktoś próbował się z nią połączyć. Fakt ten nieco ją rozbudził. Dwoma susami przeskoczyła na drugą stronę pokoju, do biurka. Połączenie pochodziło od Tiny. Cereanka bez namysłu odebrała.
- Alette? – Nad biurkiem pojawiła się hologramowa sylwetka przykurczonej szmuglerki. Mówiła podenerwowanym szeptem. – Ktoś dostał się na pokład statku… Chyba nie wie, że tu jestem… Proszę, ratuj mnie, Alette, boję się…


Barah
Krążąc pomiędzy klubami i przepełnionymi knajpkami, Barah musiała powstrzymywać swą ochotę do zabawy. Chyba trafiła do nieco lepszej dzielnicy, stanowczo rzadziej dochodziło tu do bójek. Seki mimo to uważnie rozglądał się po okolicy, a wszyscy przechodnie ustępowali im z drogi. Zeltronka nie musiała się przeciskać pomiędzy grupkami młodych imprezowiczów. Szła wprost przed siebie, z uniesioną głową, idąc zawadiackim, w pełni naturalnym krokiem.
Całkiem przypadkiem usłyszała gdzieś za plecami, gdy Dashade roztrącił kolejną grupkę:
- To niemożliwe, ujarzmiła Sekiego!
- Ona wygląda, jakby mogła ujarzmić nawet Krayt Dragona… - dodał kto inny rozmarzonym głosem, a po chwili usłyszała jeszcze przeciągły gwizd.

Barah uśmiechnęła się szeroko, usłyszawszy to, i nawet zdecydowała się odwrócić w stronę tych komentatorów, by zaszczycić ich swoim uwodzicielskim wzrokiem. Każdy z nich wyglądał, jakby już ich ujarzmiła. Prędko jednak zrezygnowała z ich atencji. Gdzieś za nimi dostrzegła nazbyt dobrze znajomą sylwetkę. Niewielu ludzi w galaktyce było podobnych do jej przyjaciela. To musiał być on! Skręcił gdzieś w boczną uliczkę, a ktoś mu towarzyszył. Barah natychmiast zawróciła Sekiego i ruszyła ich tropem.


Gerdarr

Redajj miał tupet, to prawda, ale Gerdarr również. Kto inny odważyłby się na podobne podejście do jednej z najważniejszych, o ile nie najważniejszej, osoby po Grakkusie. Dowutin śmiał się w drodze powrotnej z tych min wszystkich jego przydupasów. Zygerrianik musiał potroić straż, żeby spotkać się z jednym samotnym Dowutinem.
Gerdarr doczłapał się wreszcie do swojej kwatery. Był dziś wyjątkowo zmęczony. Wygonił swoja masażystkę, która zazwyczaj zajmowała się nim po najcięższych treningach i walkach, po czym od razu położył się spać. Mimo wszystko wstał zgodnie ze swoją wojowniczą rutyną zaledwie po paru godzinach snu. Czekał go dziś ostatni trening i musiał jeszcze do końca przemyśleć „ofertę” Redajja. Tymczasem okazało się, że – jak powiadomiła go jego masażystka, pełniąca przy okazji funkcję asystentki – w saloniku czekał na niego Garm Baize.


Hastal i Rhail
Rhail tylko czekał, aż Lyssa uśpi czujność swych towarzyszy i czmychnie. W międzyczasie tłumaczył Hastalowi to i owo o obowiązujących tu regułach, opowiedział co nieco o paru ważniejszych osobach ze świty Grakkusa, lecz dla Hastala było to nie do końca satysfakcjonujące. Mandalorianinowi zależało bardziej na konkretach niż ogólnikach, ale na razie nie naciskał na Rhaila. Ich wspólna „misja” upilnowania krnąbrnej Catharki pomogła się nieco się zintegrować. Ośmielili się na żart od czasu do czasu, jakiś zadziorny komentarz w stronę mijanych ludzi, zwłaszcza panienek.

Centrum handlowe Kerivvin Park było strzeżone lepiej niż niejedna jednostka administracyjna czy siedziba gangu. Na każdym piętrze kręciło się przynajmniej po kilku ochroniarzy w pełnych pancerzach, z blasterami i ogłuszającymi pałkami. Po krótkiej ich obserwacji łatwo można było uznać, że nie zadawali zbyt wielu pytań przed interwencją, dlatego w całym budynku panował prawdziwy porządek i spokój.

Rhail z Hastalem czekali na zewnątrz sklepu, aż Lyssa wybierze sobie jakąś nową koszulkę w przymierzalni. Rhail trzymał już trzy torby zakupów Catharki. Nieco to godziło w jego dumę, ale wolał to niż jej ciągłe narzekania. Obydwu mężczyzn pochłonęła rozmowa, gdy nagle ze środka dobiegł ledwo słyszalny trzask. Hastal stwierdził beznamiętnie:
- Ucieka.
- Tak – odparł obojętnie Rhail. – Idziemy za nią?



Hokk Boonta

Radości Hokka nie było końca. Znalezienie innego Jedi poprawiło jego humor wręcz nieopisanie. Aż obejrzał się za siebie, nie wierząc, że napotkany osobnik istniał naprawdę. Bogg’dan rzeczywiście dreptał za nim narzuconym przez niego, nieco wariackim tempem. Nautolan zwolnił, przeczuwając, że Polis Massanin może sam o to poprosić. Obaj wiedzieli, ze nie powinni się rzucać w oczy. Do „Stryczka” i tak już niewiele brakowało. Przeszli skrótem, mijając ostatnią bardziej zaludnioną imprezową ulicę. Zostawili za sobą jaskrawe neony i hologramy roznegliżowanych kobiet – dotarli do bocznej uliczki, z której nie było już widać nocnego nieba. Kilkanaście pięter w górę ciągnęły się ściany budynków mieszkalnych, przykryte ogromną płytą, na której zbudowano kolejne, mniejsze budowle.

„Stryczek” znajdował się w ślepym zaułku, gdzieś w połowie uliczki. Był położony na tyle daleko głównej drogi, że nikomu z imprezowiczów nie chciało się tutaj przychodzić, więc niemal całą klientelę stanowili mieszkańcy. Na szczęście nie było ani pory obiadowej, ani śniadaniowej, toteż powinno tam być obecnie pusto.

Hokka nieco zdziwiło, gdy zobaczył przy jednym ze stolików pod ścianą dwójkę mężczyzn, zbyt dobrze uzbrojonych, by być lokalnymi mieszkańcami. Poza nimi jednak nikt inny nie zwrócił waszej uwagi. Nautolan ruszył usiąść po przeciwnej stronie knajpy…


Lyssa
Towarzystwo dwójki mężczyzn wbrew pozorom nie było dla Lyssy jakoś specjalnie uporczywe. Mimo początkowych zgrzytów, gdy wszyscy dotarli do centrum handlowego, współpracowali z Catharką bez zbyt wielu zająknięć. Jej towarzysze zajęci byli rozmową, Hastal z chęcią słuchał o Nar Shaddaa i chyba nieważne dla niego było, czy robi to, chodząc po sklepach, siedząc gdzieś na murku w ciemnym zaułku czy w barze przy drinku. Lyssie wydawało się, że niespecjalnie się przejmą, jeśli rzeczywiście ucieknie, ale wolała mieć pewność, że nie zdążą jej znaleźć. Uśpiła wpierw ich czujność. Zmieniła ton i podejście. Co prawda nie musiała zbytnio udawać, że zakupy przynoszą jej szczególną radość, lecz chciała sprawiać wrażenie, iż faktycznie akurat na tym jej zależy. Całą trójką chodzili więc pomiędzy grupkami modnie ubranych osób, różnymi galantami z wymagającymi paniusiami, gotowymi kupić swym wybrankom wszystko. Co jakiś czas skręcali do któregoś sklepu, Lyssa kupowała parę rzeczy, po czym szli dalej. Minęło już jakieś półtorej godziny.

Okazja do ucieczki nadarzyła się wkrótce. Wszyscy opuścili stoisko z kosmetykami, gdzie Catharka z lubością testowała różne pudry, rozświetlacze czy cienie, by przejść do jednego ze sklepów odzieżowych, takiego z naprawdę przestronnymi szatniami. Rhail z Hastalem nawet nie kłopotali się, by wchodzić za nią do środka. Teoretycznie nie istniało z niego żadne inne wyjście. Do przejścia służbowego potrzebowała kodu lub karty, a to wydawało im się zbyt trudne i ryzykowne do zdobycia, by się na to odważyła. Po części mieli rację, to nie było najlepsze wyjście. Droga na wolność Catharki biegła przez szyby wentylacyjne. Dziewczyna prędko znalazła szatnię, nad którą znajdowało się wejście do jednego z takich szybów. Z łatwością do niego doskoczyła. Otwarła kratę i wdrapała się do środka. Gdy już jednak brakowało jej ostatniego kroku, trzasnęła piętą w zawieszoną klapę, która z hukiem spadła na podłogę w szatni. Cóż… było już za późno na odwrót. Pozostawało liczyć, że zanim ich pościg ruszy, o ile w ogóle ruszy, Lyssa znajdzie się już wystarczająco daleko.


Marka i Sudodth
Dalsza część rozmowy była już nieco przyjemniejsza. Ostatnimi czasy nieczęsto Marce i Sudodthowi trafiała się taka okazja. W środowisku Grakkusa należało ważyć swe słowa, zachowując dla siebie pewne stwierdzenia. Tutaj poczuli się swobodnie. Wypadało jednak powoli wracać. Rano czekała na nich praca, zwłaszcza Sudodth potrzebował odpoczynku.

Gdy już jednak zaczęli się zbierać, do knajpy wkroczyło dwóch jegomości. Lekko zziajany Nautolan oraz tajemniczy osobnik w białej masce skrywanej pod szerokim kapturem. Sudodth po chwili dopasował ich wygląd do opisu podejrzanych osobników, którzy rzekomo knuli włamanie lub inną groźną akcję przeciw Grakkusowi.


Orflick

W drodze do Pałacu Grakkusa Kaela przeżywała prawdziwy rollecoaster nastrojów. Na przemian rozpaczała i płakała, użalała się nad sobą, potem dziękowała Orflickowi jak największemu herosowi, z pełną nadzieją wypowiadała się o nowym życiu w innym środowisku. A później przypominała sobie, że zmierzają do Grakkusa i to pewnie będzie dla niej ciągła udręka. Ale przynajmniej będzie żyć! Pocieszała się znowu. Kompletnie nie pasowała do zapamiętanego przez Orflicka obrazu opanowanej i stanowczej Rodianki, której łatwo przychodziło wychodzenie z wszelkich tarapatów.

Powoli Drall zaczynał żałować, że zgodził się jej pomóc. Wciąż jednak liczył, że uda się od niej wydobyć, w posiadanie jakiej ważnej i poufnej informacji weszła, skoro skończyła z wyrokiem śmierci od Czarnego Słońca. Nie pozbywaliby się normalnie swojej wieloletniej, doświadczonej agentki z taką lekkością.

Po niemal pół godzinnym spacerku udało im się dotrzeć do Pałacu. Kaela wyglądała, jakby wreszcie się uspokoiła na widok tej potężnej budowli. Orflick zbliżył się do bramy, na straży stał duros, Sid Maanden, w asyście dziesięciu innych żołnierzy kręcących się w najbliższej okolicy.
 
Jacques69 jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 29-07-2018, 18:56   #14
 
archiwumX's Avatar
 
Reputacja: 4686 archiwumX ma wspaniałą reputacjęarchiwumX ma wspaniałą reputacjęarchiwumX ma wspaniałą reputacjęarchiwumX ma wspaniałą reputacjęarchiwumX ma wspaniałą reputacjęarchiwumX ma wspaniałą reputacjęarchiwumX ma wspaniałą reputacjęarchiwumX ma wspaniałą reputacjęarchiwumX ma wspaniałą reputacjęarchiwumX ma wspaniałą reputacjęarchiwumX ma wspaniałą reputację
- Już do ciebie lecę! Kryj się i dalej wzywaj dodatkowe wsparcie! -
krzyknęła Alette do komunikatora i pobiegła po sztylet molekularny i pas do niego... a następnie nie marnując czasu na ubieranie się, pomknęła w stroju nocnym ku stanowisku, gdzie stacjonuje statek przyjaciółki, w biegu przypinając pas z bronią.

W pałacu trwała pora nocna, więc wszędzie panowała cisza, część lamp wygaszono, a na korytarzach było pusto. Po niecałych dwóch minutach biegu Alette dotarła do hangaru 6, gdzie stacjonowało kilka statków szmuglerskich. Tina przebywała na samym końcu. Gdy Cereanka dobiegła do statku, faktycznie okazało się, że rampa jest opuszczona, a ze środka dobiegał stłumiony hałas przewracanych przedmiotów. Ostrożnie wdrapała się do środka. Parę metrów przed nią stał droid. Choć było ciemno, to nie przypominał Alette żadnych modeli protokolarnych, i mimo że nie widziała nigdy podobnego, to w jej odczuciu ta jednostka wyraźnie służyła do walki. Droid wyposażony był w snap batona.

Alette korzystając z ciemności, jęła się ostrożnie wspinać na krawędzi rampy na jej szczyt.
Alette wdrapała się na rampę i schowała się za niewielkim wgłębieniem w ścianie, tak że część jej ciała wystawała. Dziwiło ją, że droid jej nie zauważył, ale na pewno dalej już się nie podkradnie. Zauważyła, że droid jest nieco pordzewiały i nie w najlepszym stanie ogólnie.
Alette ostrożnie wyjęła ostrze, zdjęła pas i rzuciła go na dół rampy tak, aby pochwa zaszorowała o podłoże.
Niczego nie podejrzewający droid ruszył powoli w stronę rampy, szukając na zewnątrz źródła hałasu. Alette dosłownie przyklejona do ściany wyczekała moment, gdy ten znalazł się na wyciągnięcie ręki. Cereanka doskonale przeprowadziła atak. Droid nawet nie zarejestrował, co go napadło. Molecular Stiletto bez problemu przebiło się przez metalowy tors droida, niszcząc jego witalne części. Ponadto Alette udało się chwycić przeciwnika tak, żeby nie nahałasował, gdy się przewróci.

Dobry początek! Teraz został włamywacz... Alette korzystając z ciemności, zaczęła ostrożnie się skradać ku żródłu hałasu.
Cały zgiełk dochodził ze składziku w magazynie, gdzie Alette z Tiną odkładały znaleziska z ruin, które wydawały im się bezużyteczne dla Grakkusa lub z którymi ciężko się im było rozstać. Alette ostrożnie zerknęła do środka i ujrzała dwa kolejne droidy grzebiące w środku. Gdy już chciała się do nich zakraść, odnotowała obecność jeszcze jednego droida, (udany ukryty rzut na percepcję) który jedynie oglądał resztę magazynu. W środku było jeszcze ciemniej niż przy wejściu. Droidy używały delikatnie świecących latarek w głowach.
Podejmując pewne ryzyko, Alette mogłaby się podjąć próby zlikwidowania droida obserwującego magazyn, ale postanowiła wybrać wyjście bezpiejniesze... Jęła się skradać do wejścia, aby je zamknąć i uwięzić nieproszonych gości.
Niestety to zadanie okazało się trudniejsze, niż myślała. Droidy co prawda były zajęte swoimi sprawami, ale Alette niechcący trąciła stopą jakiś metalowy przedmiot, zwracając na siebie uwagę droidów.
- O, o, mamy intruza - odezwał się typowo obojętnym robotycznym głosem jeden z nich. Obaj ruszyli w stronę drzwi. Tych dwóch również uzbrojonych było w snap batony.

Roboty uprzednio przeszukujące magazyn podeszły do drzwi. Alette krzyknęła z całych sił - Tina, oni są w magazynie! Chodż mi pomóc! a następnie podeszła do drzwi, starając się je zablokować, i zaatakowała jednego z intruzów.
Niestety Alette chybiła celu, ani razu nie udało jej się trafić któregokolwiek z droidów. Jej brawura sprawiła jednak, że droidy są nieco zdezorientowane, jeden z nich uderzył się w czerep, robiąc unik, drugi się potknął. Robot wyglądający na ich dowódcę podszed za swych podwładnych gotowy wkroczyć do walki w każdym momencie.
Włamywacze zaatakowały. Zrobiły to jednak bardzo nieudacznie, jeden z nich przez przypadek trafił swojego towarzysza łokciem, dodatkowo wystawił się idealnie na kontraatak Alette.
- Pospiesz się - krzyknęła ponownie Alette i wycelowała atak w niezdarę. Ostrze sztyletu wbiło się w głowę droida, lecz ku zaskoczeniu Alette ten wciąż się poruszał, wówczas dźgnęła droida ponownie, tym razem w tors, po czym kopnęła z całych sił, a ten z impetem padł na ziemię wprost pod nogi drugiego, powalając go na ziemię. Z głowy tego drugiego zaczął wydobywać się dym i wyglądało na to, że już nie da rady wstać.
Trzeci droid niczym niezrażony podszedł i zaatakował Alette, trafiając ją w ramię.
Alette starannie wymierzyła atak w ostatniego przeciwnika
Ataki Alette nie przynosiły zamierzonych skutków. Droid skutecznie odbijał wszelkie ciosy sztyletem, w końcu Cereanka wpadła na pomysł powtórzenia swojej poprzedniej akcji i kopnęła go. Droid potknął się o swych przeciwników i padł na ziemię.
Droid poświęcił całą turę, żeby się pozbierać, w tym czasie atakowała go Tina
Tina trafiła w droida, jednak jej sztylet nie był tak skuteczny, jak ten od Alette i pancerz pochłonął część obrażeń. Droid został lekko uszkodzony.
Alette ponowiła taktykę uważnego ataku na wroga.
Pudło. Brak skuteczności bardzo zdenerwował Alette, przyparła droida do muru, tak iż ten miał problemy z poruszaniem się, dodało to jej też nowych sił.
Droid atakuje Alette, niestety nie potrafił niczego zdziałać pod taką nawałnica ciosów Alette i Tiny. Tina dobiła droida. Przebijając tym razem jego pancerz.

- Co to za jedni? - spytała Tina. - Jeszcze nigdy nie widziałam takich droidów. Wyglądały na jakieś bardzo stare modele.
- Chyba masz rację... wejścia pilnował jakiś droid bojowy, który bardziej nadawał się na złom niż do walki. Ciekawe, czego tu szukały. - zainteresowała się Alette i następnie się zapytała - Udało ci się wezwać jakieś posiłki?
- Nie - pokręciła głową - próbowałam wezwać Rhaila, ale nie mogłam się połączyć… Czego te droidy tu szukały?
- Nie wiem… i raczej się same nie dowiemy. Trzeba zamknąć magazyn, a następnie sprawdzę komputery pokładowe i wezwiemy Elvirę Vendar, - poszukiwaczka zaczęła mówić z naciskiem - w końcu takie incydenty to jej broszka.
Po skończeniu swoich rozważań poszukiwaczka zaczęła wciągać wraki do magazynu.
- Teraz na straży przewodzi Sid Maanden, Evira na pewno jeszcze śpi, będziemy musiały poczekać. - Tina spojrzała na bałagan w ich składziku. - Czegoś szukały, chyba zależało im na artefaktach…
- No to wezwiemy tego Maandena! I niech ustalają między sobą, kto za co odpowiada. - odrzekła z irytacją - Dzisiaj mam ważne zadanie z Sudodthem Cratem Ordo i nie mogę sobie zawracać głowy obowiązkami ochrony! - a następnie wściekle zabrała się za herszta droidów.
- No dobrze, wezwę go. - Tina wyciągnęła swój nadajnik i ustawiła na odpowiednią łączność. - Kapitanie? Tu Tina z pokładu “Supernovy”, hangar 6. Na nasz pokład wdarły się cztery niezidentyfikowane droidy. Były agresywne i musiałyśmy się bronić.
- Czy zagrożenie już minęło? - spytał zmęczonym głosem Duros.
- T-tak.
- Zatem nie ma potrzeby naszej interwencji.

Tina zaniemówiła.
Alette tak się wkurzyła, że wyrwała commlink z rąk przyjaciółki i zaczęła do niego wrzeszczeć - Wpuszczacie droidy, które miały nas okraść i mogły nas pozabijać, a ty mówisz, że... - tu wpadła w prawdziwą furię - MASZ TO W DUPIE!?
- Ho, ho, panienko, tylko spokojnie. Nikogo nie wpuściliśmy do Pałacu. Wszyscy strażnicy są na swoich pozycjach i o żadnym włamaniu nie meldowali. Może to któryś z innych szmuglerów ich na was nasłał. Rozliczajcie się między sobą sami. Tylko bez strzelanin, bo do akcji wkroczy oddział szturmowy.

Gdy kapitan zmiany się rozłączył, Alette krzyknęła na całe gardło - Niech tego gnoja cholera weżmie!!!-. Gdy złapała oddech, zaczęła wysyłać sygnały alarmowe do dowódczyni całej straży Grakkusa.
Trwało to jakieś 15 minut, ale wreszcie Evira odebrała połączenie.
- Tu Alette z pokładu “Supernovy”, hangar 6. Na statek wdarły się cztery wrogie droidy. - odrzekła rzeczowym głosem poszukiwaczka.
- Pomyliłaś się, koleżanko, ja zaczynam swoją wartę dopiero za godzinę - odparła ci Twilekanka, mimo wszystko jej głos nie zdradzał żadnego zdenerwowania czy zmęczenia, jak w przypadku Maandena.- Poza tym jeśli są wrogie, to nie miały prawa się przemknąć na straży Sida.
- Maaden sugeruje, że są one z wewnątrz, a dokładniej to robota jakiegoś szmuglera. - tu Alette wzięła głęboki oddech, aby nie dać się znowu ponieść - Dodał też, że porachunkami się nie zajmuje.
- Czy te droidy dalej wam zagrażają?
- Nie - wtrąciła Tina.
- Przyjdę to sprawdzić za godzinę, jak zacznę swój dyżur.

[GODZINĘ PÓŹNIEJ]
Do hangaru przybyli Evira z drugim strażnikiem, Kel Dorem. Twi’lekanka ubrana była w ciężką zbroję, przez plecy przewieszony miała jakiś nowoczesny karabin blasterowy. Była wyższa od swego towarzysza i pozostałych.
Alette z Tiną streściły jej przebieg wydarzeń.
- Dziwne - zdumiała się Evira. - Nigdy nie widziałam takich droidów w Pałacu. To droidy bojowe federacji handlowej, one Grakkusa nigdy nie interesowały… Sprawdzę monitoring, ale one na pewno nie przybyły z zewnątrz. Mówicie, że przeszukiwały wasz magazyn, kto się mógł interesować towarem, który posiadacie?
- Tutaj wiele osób wie, że pozyskuję artefakty dla Grakkusa... - zasugerowała poszukiwaczka - Może te włamanie ma związek z chęcią ich kradzieży?
- Ale niewiele osób posiada własne droidy bojowe, w dodatku niemożliwe do zidentyfikowania - podkreśliła Evira. - Zazwyczaj nie zajmujemy się porachunkami między mieszkańcami Pałacu, ale te droidy mi się nie podobają… Goull - zwróciła się do swego towarzysza - zajmiesz się tą sprawą, priorytet Y, masz wolną rękę aż do znalezienia podejrzanego. Ja mam ważniejsze rzeczy do roboty. Jak już ustalicie, kto był właścicielem tych puszek, to złożysz mi meldunek, a ja zadecyduję… czy powinniśmy dalej drążyć ten temat.
 
__________________
Szukam tajemnic i sekretów.

Ostatnio edytowane przez archiwumX : 29-07-2018 o 19:31.
archiwumX jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 31-07-2018, 10:16   #15
 
Vetala's Avatar
 
Reputacja: 3205 Vetala ma wspaniałą reputacjęVetala ma wspaniałą reputacjęVetala ma wspaniałą reputacjęVetala ma wspaniałą reputacjęVetala ma wspaniałą reputacjęVetala ma wspaniałą reputacjęVetala ma wspaniałą reputacjęVetala ma wspaniałą reputacjęVetala ma wspaniałą reputacjęVetala ma wspaniałą reputacjęVetala ma wspaniałą reputację
.....Ku swojemu zadowoleniu Zeltronka odkryła, że poszukiwania zaprowadziły ją do lepszej dzielnicy. Nie było tutaj tylu parszywych knajp wyglądających jak mordownie ani podejrzanych istot o odrażających gębach, łypiących na nią z głodem w oczach z mrocznych zaułków. Nikt też nie skakał sobie do gardeł – w każdym razie nie otwarcie – i nie miało się wrażenia, że zza węgła lada chwila wyskoczą głodni kredytów zbóje z propozycją nie do odrzucenia. Wraz z Sekim przemierzali teraz ulice rozjarzone blaskiem barwnych neonów oraz hologramów, pełne przechodniów w imprezowych nastrojach. Mijali liczne przepełnione knajpy oraz kluby, w których dudniła skoczna muzyka i migotało jaskrawe światło. Barah była w swoim żywiole: z lubością chłonęła euforyczną atmosferę, ostatkiem sił powstrzymując chęć wmieszania się w wir zabawy. Gdyby nie Seki, pełen entuzjazmu tłum zapewne ochoczo by ją przygarnął. Dashade jednak skutecznie torował jej drogę – gdziekolwiek skręcił, tam nagle robiło się przejście. Zeltronka szła za nim w pełni swobodnie swoim pewnym, uwodzicielskim krokiem, rozglądając się wokół z rozpromienionym obliczem, wsłuchana w rytm okolicy.

.....Gdy tak sunęli w mrowiu imprezowiczów, Barah usłyszała za sobą podekscytowaną wymianę zdań:
.....To niemożliwe, ujarzmiła Sekiego! – zawołał z niedowierzaniem młody mężczyzna, a potem z niejakim rozmarzeniem odpowiedział mu inny:
.....Ona wygląda, jakby mogła ujarzmić nawet Krayt Dragona…
.....Po tych słowach Zeltronkę dobiegł przeciągły gwizd. Odwróciła się w stronę komentatorów, błyskając równymi zębami w słodkim uśmiechu, po czym posłała im całusa. Każdy z nich wyglądał, jakby również został ujarzmiony. Nie mogli jednak liczyć na nic więcej, ponieważ Barze za ich plecami mignęła w tłumie znajoma sylwetka: chuda, z długimi i cienkimi kończynami oraz kopulastą głową. Niewiele istot w Galaktyce wyglądało podobnie – nie miała najmniejszych wątpliwości, że właśnie odnalazła obiekt swoich poszukiwań. Dostrzegła też, że ktoś mu towarzyszył, nie widziała jednak, kto to taki.

..... Mam cię! – mruknęła do siebie zwycięsko. Potem delikatnie złapała Dashade za potężne ramię, wspięła się na palce i szepnęła mu do ucha, wskazując podbródkiem cel: – Widzę moją zgubę, Seki. Musimy trochę wrócić.
..... Oczywiście, panno Vobris. – Seki Teeki natychmiast zawrócił i zaczął torować jej drogę w kierunku, z którego przyszli.
.....Podążając za nim, Barah nie spuszczała wzroku z pleców swojego przyjaciela, nie chcąc zgubić go w kłębowisku przechodniów. Poczuła dreszczyk podekscytowania nieco podszytego niepokojem. Jak zostanie przyjęta? Czy bardzo uraziła go sposobem, w jaki się rozstali? Może jego propozycja nie będzie już aktualna? W końcu ktoś z nim szedł, całkiem żwawo zresztą…

.....Pogrążona we wspomnieniach, Barah zorientowała się, że jej cel wraz z towarzyszem skręcił w ciemną boczną uliczkę, jak się okazało – ślepy zaułek. Tutaj najwyraźniej kończyła się strefa zabawy: przechodniów spostrzegła ledwie garstkę, znikły również jaskrawe neony i muzyka. Było to stosunkowo ciche i spokojne miejsce.
.....Zeltronka wahała się tylko chwilę, a potem zauważyła drzwi mało zachęcającej knajpy. Z pewnością to tam weszła jej zguba.
 
Vetala jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 31-07-2018, 11:28   #16
Ośmiorniczka
 
Fyrskar's Avatar
 
Reputacja: 9297 Fyrskar ma wspaniałą reputacjęFyrskar ma wspaniałą reputacjęFyrskar ma wspaniałą reputacjęFyrskar ma wspaniałą reputacjęFyrskar ma wspaniałą reputacjęFyrskar ma wspaniałą reputacjęFyrskar ma wspaniałą reputacjęFyrskar ma wspaniałą reputacjęFyrskar ma wspaniałą reputacjęFyrskar ma wspaniałą reputacjęFyrskar ma wspaniałą reputację
Sudodth rzucił tylko krótkie spojrzenie dwójce osobników. Nie spodziewał się, że jacyś wariaci naprawdę spróbują kręcić się w okolicy pałacu. Trafił na nich przypadkiem, to prawda, ale i takie szanse należało wykorzystać w życiu.
-Ta dwójka, która weszła, planuje jakąś akcję przeciwko naszemu Huttowi. Poczekaj tu sekundę, możesz się przydać, aby zaprowadzić ich na rozpytanie - wyszeptał w stronę Durna. Po tych słowach Mandalorianin podniósł się ze swojego miejsca i poszedł w stronę drzwi tak, aby zablokować wyjście. Potem spokojnym krokiem ruszył w stronę nowych gości.
-Hej - powiedział, aby zwrócić na siebie ich uwagę -Jest ktoś, kto chciałby z wami porozmawiać. Pójdziecie ze mną. Bez żadnych głupich sztuczek -
Z błogiej euforii wytrącił Hokk’a szorstki głos jednego z mężczyzn, siedzących do niedawna przy stoliku na uboczu tawerny. Zachowywał się ewidentnie w sposób, z którego wnioskować można było, że zna obu Jedi, mimo iż Hokk nie miał pojęcia, kim był napastujący ich obwieś.

- Umm... kolego, przypadkiem... znasz go? - rzucił przez ramię do osłupiałego Polis Massanina.

Marka położył dłoń na blasterze i też zbliżył się do stołu. Nie uważał, by dwóch mężczyzn była niebezpieczna - zdecydowanie nie wyglądali na terrorystów i zagrożenie dla Hutta. Czemu więc mieliby planować przeciw niemu akcję?
- Nie idziemy do pałacu - szepnął zdecydowanym głosem. - Porozmawiamy z nimi. Tutaj albo w ustronnym miejscu.

- Chyba nas z kimś pomyliłeś - odparł robotycznym głosem ze swego modulatora Polis Massanin, próbując go ignorować.

- Ależ, dlaczego z miejsca tak wrogo? To z pewnością nieporozumienie, Panowie - szybko podjął Hokk, próbując rozładować napięcie. - Nie przypominam sobie, żebyśmy kiedykolwiek mieli przyjemność Was poznać, koledzy, a już na pewno nie zdołaliśmy zaleźć nikomu za skórę. Skąd ta wrogość? Wiem, chodźmy do “wodopoju”. Postawię wam drinki, pogadamy i rozejdziemy się w spokoju. Co wy na to, koledzy?

W tym momencie drzwi knajpy otworzyły się. Do środka wkroczyła bardzo urodziwa Zeltronka oraz potężnie zbudowany Dashade. Kobieta, dotychczas wesoło uśmiechnięta, spochmurniała nagle, gdy zobaczyła rosnące napięcie między dwoma parami mężczyzn. Jej przeczucie było słuszne, dobrze rozpoznała Poliss Massanina. To był Bogg’dan, jej przyjaciel.

Zerknęła w górę na Sekiego, a gdy ten się do niej nachylił, szepnęła:
- To będzie trudniejsze, niż myślałam… - Potem odetchnęła nieco głębiej i ruchem głowy strząsnęła z czoła ciemnoniebieską grzywkę. Dyskretnie poprawiła dekolt, przywołując na twarz filuterny uśmiech. U jej boku Dashade również próbował się uśmiechać - nie było lepszego określenia na grymas, w którym szczerzył ostre kły. Barah wyczuła, że atmosfera była gęsta, a para mężczyzn nagabująca Bogg’dana i jego nowego towarzysza na pewno nie nabrałaby się na piękne oczy. Nie podeszła więc do nich. Rzuciła jednak niewinnie, spoglądając na nich przeciągle:
- Jakiś problem, drodzy panowie…? - Wciąż uśmiechała się zachęcająco, umyślnie nie patrzyła jednak na Polis Massanina dłużej niż to konieczne.

- Być może - Marka powoli przyjrzał się przybyszom. Zeltronka była wyjątkowo atrakcyjna, nawet jak na swój gatunek... z kolei jej przyjaciel był tak nieprzyjemnym widokiem jak większość przedstawicieli jego rasy. Zwiastowali niebezpieczeństwo, każde na swój sposób. - Dobrze by było jednak, gdybyśmy zostawili nasze osobiste problemy same sobie, dobrze? To nie wasza sprawa... kimkolwiek jesteście. - Wyjął powoli blaster z kabury.
 
__________________
A bad necromancer always blames the corpse.
Fyrskar jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 31-07-2018, 11:42   #17
 
Muagor's Avatar
 
Reputacja: 2235 Muagor ma wspaniałą reputacjęMuagor ma wspaniałą reputacjęMuagor ma wspaniałą reputacjęMuagor ma wspaniałą reputacjęMuagor ma wspaniałą reputacjęMuagor ma wspaniałą reputacjęMuagor ma wspaniałą reputacjęMuagor ma wspaniałą reputacjęMuagor ma wspaniałą reputacjęMuagor ma wspaniałą reputacjęMuagor ma wspaniałą reputację
Dowutin mając na sobie jedynie spodnie i nie przejmując się zakrywaniem górnej części ciała, wyszedł do gościa.
- Garm. Co słychać? Potrzebujesz pomocy? - Zapytał od razu i skierował się do barku, skąd wziął jedną z butli i nalał sobie do szklanki. - Koktajlu? - Może i trunek nie zachęcał wyglądem, ale najważniejsze było dla Dowutina, że był dobry i orzeźwiający.
- Gerdarr, przecież wiesz, że ci nie odmówię. - Weequay na moment uśmiechnął się, jednak po chwili spochmurniał. Wyraz jego twarzy był czystym odzwierciedleniem grobowej powagi. Zawsze taki był, ale dziś wyglądał wyjątkowo paskudnie. - Przyszedł porozmawiać z tobą na temat twojej najbliższej walki na arenie…
- Co, stawiasz na mnie kasę, czy może chcesz się dołączyć? - Zapytał Gerdarr i pociągnął łyk koktajlu. Zaraz sięgnął też po drugą szklankę i nalał Garmowi.
- Jest drugi zakład, Gerdarr, umm, właściwie nawet trzeci… Redajj by mnie zabił, gdyby się dowiedział, że ci o tym mówię, ale powinieneś wiedzieć… To zakłady, o których wie tylko elita. Grają między sobą. Pierwszy z nich ma dotyczyć twojej walki, ale w inny sposób. Założyli się o to, czy posłuchasz rozkazu Redajja. Bukmacherzy określili kurs 15 do 1 na to, że się poddasz. Tylko parę osób obstawiło, że się ukorzysz, reszta jest pewna, że zrobisz Redajjowi na złość i zgnieciesz Trandosza. Drugi zakład dotyczy twojej kolejnej walki, zaraz po tym, jak zabijesz tego jaszczura… I to mnie martwi. Mają zamiar wypuścić na ciebie najgorsze bestie, jakie mamy. Masz marne szanse na przeżycie i niewielu obstawia na twoją wygraną…
Słysząc o kolejnych zakładach, Gerdarr zarechotał. Interes widać się kręcił.
- Jakie bestie? - Zapytał ze szczerym zaciekawieniem, ale bez śladu lęku - Kto obstawił, że się posłucham? - Dopytał jeszcze po chwili, ciekaw z jednej strony, kto bierze udział, a z drugiej, kto tak obstawia.
Baize westchnął ciężko:
- Niestety, na oba pytania mogę odpowiedzieć tylko: nie wiem. Decyzja o tym, jakie bestie na ciebie wypuścimy, zapadnie tuż przed walką. Może to być nawet rankor… Może coś mniejszego na rozgrzewkę... Informacji o zakładach więcej nie posiadam. Nie wiem, kto konkretnie bierze w nich udział.
- Rancor, mówisz? - Może to i było szalone, ale chyba oczy Dowutina zaświeciły się na tę informację. Zaśmiał się po chwili - Będzie zabawnie.
- Rozumiem, że masz zamiar zrobić na złość Redajjowi? - spytał z powagą Weequay, a po chwili roześmiał się. - Dobra, nie było pytania. W takim razie postaram się ci pomóc. Widzisz… - Baize sięgnął do swojej torby, wyciągnął z niej wielką rękawicę, rzucił ją na stół. Pasowała idealnie na dłoń Dowutina. - Z oszustami trzeba grać jak oszust. Ta rękawica ma ukrytą strzykawkę z trzema stimpackami. Wystarczy wcisnąć tamten guzik, a wstrzykniesz sobie jedną dawkę, nikt nawet niczego nie zauważy… Co do bestii… Spróbuję je jakoś uspokoić, ale marne szanse, że cokolwiek zdziałam…
Gerdarr wziął rękawicę od Garma i dokładnie się jej przyjrzał. Wolałby wygrać z bestiami bez takich wspomagaczy, ale może będzie musiał ich użyć.
- Szykuje się niezłe widowisko - Skomentował Gerdarr z krzywym uśmiechem na twarzy. - Dzięki - Klepnął po ramieniu Weequaya tak, że tamten się zachwiał od siły uderzenia.
- Nie ma sprawy… Jeśli nie masz nic przeciwko, posiedzę tu jeszcze trochę. Mam przeczucie, że na zewnątrz czai się któryś z przydupasów Redajja, gotowy podkablować na mnie, jak tylko stąd wyjdę…
- Jak chcesz mogę Cię wyrzucić, będą mieli o czym gadać. - Gerdarr zarechotał - Albo mam lepszy pomysł... Pójdę obić mu ryło za podglądanie.
Gerdarr zniknął na chwilę z pokoju, aby wrócić ze swoim vibroostrzem. Wyszedł tak z nim w ręku i w samych spodniach na zewnątrz. Krótkie rozejrzenie się dało rezultat w postaci jednookiego Iktotchi. Dowutin ruszył na niego szybkim krokiem.
- Jak nie chcesz stracić drugiego ślepia, to patrz w swoje sprawy, a nie podglądaj innych jak zboczeniec! - widocznie samo to ostrzeżenie wystarczyło, aby rzekomy podglądacz zaczął uciekać. Chociaż może wkurzona twarz i broń w ręku w tym pomogły. - Jak jeszcze raz Cię zobaczę w pobliżu, to Ci je wyłupię! - Rzucił za uciekającym, bo nie chciało mu się go gonić. Odwrócił się i wrócił do siebie gdzie do czekającego Garma rzucił krótkie.
- I po problemie. Uciekał aż się kurzyło. - zarechotał, pożegnał się z Garmem i położył się na stole do masaży a ośmioręka Xadzia wzięła się za masaż. Czując jednoczesny ucisk w wielu miejscach Dowutin mógł sobie ponownie pogratulować wyboru Besaliski na masażystkę.
 
Muagor jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 31-07-2018, 18:17   #18
 
Hawkeye's Avatar
 
Reputacja: 6243 Hawkeye ma wspaniałą reputacjęHawkeye ma wspaniałą reputacjęHawkeye ma wspaniałą reputacjęHawkeye ma wspaniałą reputacjęHawkeye ma wspaniałą reputacjęHawkeye ma wspaniałą reputacjęHawkeye ma wspaniałą reputacjęHawkeye ma wspaniałą reputacjęHawkeye ma wspaniałą reputacjęHawkeye ma wspaniałą reputacjęHawkeye ma wspaniałą reputację
Gdy powiedziało się A, należało też powiedzieć B. Skoro już zaczął całą sprawę, to musiał w ten czy inny sposób doprowadzić ją do końca. Za coś mu jednak płacili, a dopóki nie uzyska wszystkich informacji taktycznych, należało okopać się na swojej pozycji.

-Dobra, wy - Mandalorianin powiedział to, ustawiając się w ten sposób, aby móc kontrolować całą salę i zwracając się do nowo przybyłych -Wracacie, skąd przyszliście. Nie wiecie, w co się pakujecie - odwrócił wzrok na dwójkę wcześniejszych gości -Na was wyznaczono nagrodę i jesteście zatrzymani. Zgodnie z prawem -
- Ludzie Grakkusa zabili twojego mentora, a ty im wciąż służysz? To dla mnie niepojęte - wtrącił się Polis Massanin, on również wyciągnął swojego blastera, jak mogli dostrzec przeciwnicy, był mistrzowskiej roboty i musiał zostawiać w ciele dziurę wielkości pomarańczy.
- Dobra, uspokójcie się wszyscy - Durn podniósł wolną dłoń do góry w pojednawczym geście. - Zapewniam, że jeśli spróbujecie nas zaatakować, to ludzie Hutta dopadną was w kilka standardowych godzin.
-Co ty wiesz o moim mentorze - zwrócił się w stronę Polis Massnina Ordo -Zamieniam się w słuch. I lepiej, żebyś miał dobre wytłumaczenie -
Widząc, że Bogg’danowi udało się przykuć uwagę żołnierza, Barah rozluźniła się nieco. Wprawdzie gdy mężczyźni sięgnęli po broń, nie było po niej widać szczególnego napięcia, Zeltronka potrafiła jednak wyglądać na pewną siebie nawet w niesprzyjających okolicznościach. Postanowiła poczekać na rozwój wypadków, ale nie miała zamiaru dać się wyprosić z knajpy. Spojrzeniem i krótkim gestem dłoni dała Sekiemu znak, by również nie podejmował żadnych działań. Dashade skinął kanciastą głową.
- Pomogłem mu raz, a później on pomógł mi, tak mogę skrócić naszą niezbyt długą zresztą znajomość. Później zginął, a mój kontakt na waszym dworze doniósł, że zabili go jego dotychczasowi zleceniodawcy. Nie mam pewności, czy jest to prawdą, ale na twoim miejscu zastanowiłbym się, czy dalej masz zamiar służyć takim szumowinom. -
Oczy Mandalorianina uważnie lustrowały pomieszczenie, aby znów spocząć na osobie, która skończyła mówić -Dobra, mocne słowa, ale potrzebowałbym jakichś szczegółów lub dowodów, że tobie pomógł. A po drugie, jak na złodzieja masz wysokie poczucie swojej osoby. Te szumowiny przynajmniej nie dopuszczają do anarchii w całej tej okolicy. Czy masz więc coś na poparcie swoich słów? -
- Nie dopuszczają do anarchii, ale jak ktoś im podpadnie, to wrzucą go do jamy z Rancorem albo zamordują, tak by nikt się nie dowiedział. Mogę rzucić nieco światła na okoliczności śmierci twojego mentora, ale to nie są dobre warunki. - To mówiąc, spojrzał na barmana, który kurczył się za ladą. Nawet ochroniarz, który koczował gdzieś przy wejściu, ostrożnie usunął się do kąta, kiedy nikt nie zwracał na niego uwagi.
-Gdy podpadniesz władzy, zawsze możesz zniknąć. Zresztą nie będziemy tutaj dyskutować o niuansach polityki. Zaintrygowałeś mnie swoją informacją. Możemy porozmawiać -
- Nie wiem, czy to jest dobre miejsce na takie rozmowy - Marka zgasił zapał rozmówców. - Nie ma tu ludzi Grakkusa... ale mogą się pojawić. Albo ktoś usłużny może mu donieść.
Nie uwierzyłby niewielkiemu nieznajomemu, gdyby nie usłyszał o tajemniczych okolicznościach śmierci starego Mandalorianina z innego źródła... co nie oznaczało, że mu ufał. Przydałby tu się Gerdarr, żeby wyrównać różnice gabarytowe między stronami.
- Nadal nie wiemy też, kim jesteście - dodał szmugler.
Barah, wyczuwszy, że perspektywa strzelaniny nieco się oddaliła, nieśpiesznie postąpiła bliżej mężczyzn. Błysnęła zębami w kuszącym uśmiechu, okręcając na palcu jednej dłoni niebieski lok. Seki jak cień podążył za nią, trzymał się jednak na dystansie kilku kroków, jakby nie chciał nikogo prowokować.
- Panowie, panowie… - wymruczała Zeltronka, a mruczeć potrafiła naprawdę sugestywnie. - To nas jest tutaj… trochę więcej. - To powiedziawszy, zerknęła znacząco na Polis Massanina, siedzącego obok niego nieznanego jej Nautolana oraz na wielkiego Dashade. - To nie my powinniśmy teraz udzielać odpowiedzi.
 
__________________
We have done the impossible, and that makes us mighty
Hawkeye jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 31-07-2018, 22:34   #19
 
katai's Avatar
 
Reputacja: 2350 katai ma wspaniałą reputacjękatai ma wspaniałą reputacjękatai ma wspaniałą reputacjękatai ma wspaniałą reputacjękatai ma wspaniałą reputacjękatai ma wspaniałą reputacjękatai ma wspaniałą reputacjękatai ma wspaniałą reputacjękatai ma wspaniałą reputacjękatai ma wspaniałą reputacjękatai ma wspaniałą reputację
Nautolanin nie zdążył nawet zacytować z 7-mego traktatu Pertraktacji Pokojowych z Utapau, gdy nagły blask świateł ulicy wdarł się do wnętrza tawerny przez szeroko otwarte drzwi. Na widok Zeltronki przełknął powoli ślinę. Przełknął po raz kolejny na widok Dashade’a, tym razem z całkowicie innego powodu. Stał z rozwartymi ustami i podniesionym do góry palcem, gdy oboje minęli go bezceremonialnie i zaczęli dyskutować z Mandalorianinem i jego poplecznikiem. Gdyby nie był Jedi, pewnie poczułby w tej chwili ukłucie urażonej dumy, jednak mentalny trening, jaki przeszedł w świątyni, natychmiast wrzucił ego na wsteczny bieg. Przyglądał się przez chwilę bezradnie, jak cała gromadka zmierza błogo ku mordobiciu. Kolejna wymiana zdań nieco ostudziła atmosferę, lecz nadal można było wyczuć zawieszoną w powietrzu woń Bantciego poodoo. Należało działać. Hokk obrzucił wzrokiem wystrój kantyny, po czym wdrapał się zwinnym susem na najbiższy stolik.

“To nie my powinniśmy teraz udzielać odpowiedzi.” -

Usłyszał za plecami i był przekonany, że wszyscy właśnie patrzą na jego wypięty zadek, po tym jak zlądował na lepkim od brudu blacie. Łypnął przez ramię na nieco skonsternowanych zgromadzonych. Nawet Polis Massanin, mimo braku wyrazu twarzy, sprawiał wrażenie nieco zakłopotanego. Zwinnym piruetem Jedi stanął wyprostowany na podwyższeniu i skierował się do publiczności.

- Moi drodzy, widzę, że każdego z nas prześladują demony przeszłości. Nic dobrego nie wyniknie, jeśli damy upust frustracji i przemówą blastery. W każdej bitwie po wymianie ciosów i tak trzeba usiąść do stołu. Dlaczego by nie pominąć przemocy i przejść od razu do rozmowy? - Oblicze Hokka rozświetlił najszczerszy uśmiech, jaki widziano w tej okolicy, prawdopodobnie od czasów Lorda Hotha.

Zeltronka obserwowała pokaz Nautolana z mieszanką konsternacji i rozbawienia. Skrzyżowała ramiona pod biustem, a na jej kształtnych fioletowych wargach błąkał się zagadkowy uśmieszek. Gdy nieznajomy skończył przemawiać, pokiwała głową i poparła go:

- Słusznie, przemoc nie ma najmniejszego sensu, gdy jest tyle kwestii do wyjaśnienia. - Nie byłaby jednak Barą Vobris, gdyby po krótkiej pauzie nie dorzuciła, spoglądając zaczepnie na dyplomatę na stole: - Choć przez chwilę już sądziłam, że zatańczysz albo coś… -

Mandalorianin przewrócił oczami, widząc, co się dzieje dokoła niego. Dom wariatów. Gdyby nie informacje, na jakich mu zależało, z pewnością to wszystko potraktowałby zupełnie inaczej.

-Skończyliście? - zapytał. -Z przedstawieniem możemy poczekać na bardziej sprzyjające warunki. Pójdźmy gdzieś, gdzie jest spokojniej. Marka, znasz takie miejsce? - rzucił pytanie koledze, choć odwrócił się jeszcze do jedynej kobiety w towarzystwie, mierząc ją wzrokiem. Nie wyglądała zbyt wojowniczo, ciekawe, czy miała swój własny blaster. Ładna może była, ale wspólnych rajdów przeciwko wrogowi raczej nie mogliby urządzić. Mimo to pierwszy raz od początku rozmowy na jego twarzy pojawił się lekki uśmiech.
-Liczba nie ma tu znaczenia. Lubię wyzwania -

- Twój towarzysz jest, mam wrażenie, dość specyficznym osobnikiem - powiedział spokojnie Durn, zwracając się do Polis Massanina. - Bez urazy - rzucił jeszcze do Nautolanina. - Jest jedno takie miejsce w okolicy. Złomowisko. Co najwyżej przyjdzie nam odgonić kilku bezdomnych.

- Znam to miejsce, nada się - odparł Polis. - Wystarczy tylko, że w spokoju tam dotrzemy… - Spojrzał wymownie na Sudodtha. - Barah, poprowadzicie nas z Sekim. On też wie, o którym miejscu mówimy. Tylko panowie, bez żadnych sztuczek - powiedział głosem starającym naśladować pierwszą kwestię Łowcy nagród.

Łowca zaśmiał się, krótko ale naprawdę szczerze, co mogło wydawać się dość dziwne w obecnej sytuacji

-Nie bój się, nie potrzebuję żadnych sztuczek. I od razu szczere ostrzeżenie, nie próbujcie teraz uciekać, bo i tak was znajdę - skinął lekko głową wszystkim. Wydawał się całkiem pewny tego, że znalazłby ich, gdyby próbowali nawiać.

 
__________________
"You have to climb the statue of the demon to be closer to God."

Ostatnio edytowane przez katai : 02-08-2018 o 11:02.
katai jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 31-07-2018, 22:52   #20
 
Vetala's Avatar
 
Reputacja: 3205 Vetala ma wspaniałą reputacjęVetala ma wspaniałą reputacjęVetala ma wspaniałą reputacjęVetala ma wspaniałą reputacjęVetala ma wspaniałą reputacjęVetala ma wspaniałą reputacjęVetala ma wspaniałą reputacjęVetala ma wspaniałą reputacjęVetala ma wspaniałą reputacjęVetala ma wspaniałą reputacjęVetala ma wspaniałą reputację
.....Och, proszę mi wierzyć, nigdy nie uciekam od tak… czarującego towarzystwa – mruknęła Barah, zerkając na niego z ukosa. Potem, położywszy dłonie na biodrach, przeniosła wzrok na Polis Massanina i pierwszy raz obdarzyła go dłuższym spojrzeniem: – Jakoś sobie nie przypominam, mój drogi, żebym przedstawiała ci Sekiego. I ciekawa jestem, skąd wiesz, jakie miejsca zna… Chyba nie tylko przed naszymi nowymi kolegami będziesz się tłumaczył. – Gdy na niego patrzyła, oczy miała nieco zmrużone, lecz nie w nieprzychylny sposób. Zdawało się, że darzyła go zaufaniem.
..... Ależ moja droga, Sekiego zna cała okolica. To najlepszy płatny morderca w Hutta Town… sporadycznie ochroniarz. Dziw mnie bierze, że miałaś 2000 kredytów na wpłacenie zaliczki za ochronę. Jak się poznaliśmy, opowiem ci przy innej okazji. – To powiedziawszy, mrugnął do Dashade; obydwaj pozbawieni mimiki twarzy wydali się mimo wszystko uśmiechać w wyobraźni obserwatorów. – Ruszajmy.

.....Lekko rozczarowany brakiem zainteresowania jego krótką, acz błyskotliwą (tak przynajmniej mu się wydawało) przemową ze strony zgromadzonych w lokalu istot, Hokk stał nadal wyprężony jak struna na blacie okrągłego stołu. Napięta twarz nadal wykrzywiona była w tym momencie już nieco niezręcznym grymasem uśmiechu. Brygada zbierała się do wyjścia. Jedi obserwował, jak mijają jego stolik i wymieniając uwagi, jeden po drugim opuszczają budynek. Został już praktycznie sam, rozglądając się nerwowo po lokalu, napotkał ponury wzrok barmana przestawiającego jakieś przedmioty za barem. Hokk natychmiast połknął uśmiech i utrzymując kontakt wzrokowy, zeskoczył ze stołu, odwrócił na pięcie i puścił truchtem za resztą, rzucając przez ramię niezrozumiałe “...praszam”. W umyśle jednocześnie przemielił frazę “muszę nad tym popracować.”. Doganiając Bogg’dana, wyszeptał:
.....Chyba poszło nie najgorzej? – szturchając lekko łokciem kompana.
.....Będę cię musiał zabrać na lekcję agresywnej dyplomacji – odparł mu telepatycznie. – Czasy Jedi minęły, wśród zbirów musisz zachowywać się jak zbir. Załatwmy tę sprawę porządnie. Mentor tego Mandalorianina był moim jedynym sprzymierzeńcem na dworze Grakkusa. Później ci wyjaśnię, dlaczego w ogóle tu jestem… Zeltronka również. To moja uczennica.

.....Cała ekipa ruszyła za Dashade i Barą. W towarzystwie tylu uzbrojonych mężczyzn, którzy przynajmniej na razie nie skakali sobie do gardeł, Zeltronka czuła się w pełni swobodnie. Lewą dłoń luźno opierała na rękojeści swego pradawnego miecza, który nosiła u pasa – przy jej wyjątkowym kroku gest ów wydawał się niczego nie sugerować. Panowie natomiast nie mogli nie zauważyć, że podążanie za nią oferowało pewne... szczególnie ciekawe widoki. W dodatku Barah co jakiś czas oglądała się na nich, zarzucając przy tym burzą ciemnoniebieskich włosów.
.....Seki kroczył nieco z przodu. Rozglądał się bacznie, obdarzając każdego, kto za bardzo zbliżył się do ich gromadki, swoim popisowym wyszczerzeniem kłów. Nie musiał jednak robić tego zbyt często – okolica była opustoszała, a zasadnicza większość nielicznych przechodniów śpiesznie schodziła z drogi na sam widok sylwetki ochroniarza. Fakt, że podążało za nim jeszcze kilku uzbrojonych jegomościów również oszczędzał im nieprzyjemnych konfrontacji. Tym sposobem, po drodze niewiele mówiąc, zostawili za sobą pałac, minęli starą, opuszczoną fabrykę i wyszli poza gęsto zamieszkany obszar miasta. Gdyby komuś wpadło do głowy zrobić konkurs na najobskurniejszą część Nar Shaddaa, ta mogłaby wystartować z całkiem wysokiej pozycji. Tutaj nikt nie mógłby ich podsłuchać – być może poza obrzydłymi żyjątkami ciemnych, zapuszczonych miejsc.
 
Vetala jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Odpowiedz



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 03:08.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2019, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166