Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Science-Fiction
Zarejestruj się Użytkownicy

Sesje RPG - Science-Fiction Chcesz odkryć w eonach Kosmosu Zapomniane Światy? Walczyć z wszędobylskimi Korporacjami, bądź być małym cyber–trybikiem w ich złożonej Maszynerii? Ostrzem świetlnego miecza wyrąbywać sobie swoją ścieżkę Mocy? To czy odważysz się przejść przez Wrota Wymiarów zależy tylko od Ciebie.


Odpowiedz
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 24-06-2020, 00:28   #1
Majster Cziter
 
Pipboy79's Avatar
 
Reputacja: 81703 Pipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputację
Lost Station

Czas: Dzień 05; 10:00
Miejsce: przedział załogi; mesa
Skład: wszyscy


Zbudowany ludzką ręką okruch pędził kolejną, ziemską dobę wciąż wytracając swoją prędkość. Mimo swoich rozmiarów w skali układu gwiezdnego był właśnie tym. Pyłkiem i okruchem. Nawet prędkość jaka na jakimś globie wydawałaby się astronomiczna to w skali układu gwiezdnego wydawała się, że ledwo przesuwa się po peryferiach układu. A jednak w ciągu ostatnich 5 dób przeciął orbitę najdalszej planety tego systemu gwiezdnego i cierpliwie zmierzał ku bardziej wewnętrznym planetom. Według planowej trasy za jakieś 3 doby frachtowiec powinien zacumować na orbicie Antares 9.

Chociaż więc w skali systemowej długa na prawie kilometr jednostka wydawała się niewiele znaczącą drobiną no to w ludzkiej skali to była już niczego sobie jednostka. Co prawda zdecydowaną większość masy i gabarytów zajmowały ładownie i silnik na rufie. Te przedziały zwykle były pozbawione atmosfery. Całe życie załogi zwykle kumulowało się w przedziałach załogowych. Tej względnie niewielkiej części dolepionej jakby w ostatniej chwili do głównej bryły statku. Tu znajdowały się kajuty załogi, mostek, komora hibernacyjna, magazyny z żywnością i potrzebnymi częściami i na tych niecałym ułamku długości statku toczyło się życie załogi.

- Bierzcie śmiało, ja zaraz przyniosę jeszcze. - szczupła blondynka zachęcała by skorzystać z zawartości już prawie pustej miski by mogła z czystym sumieniem wrócić do kuchni i przynieść nową porcję. Jak na wielu statkach wydawało się, że o ile silniki zapewniają mięśnie do napędzania całego statku, mostek stanowi jego mózg to serce statku bije w mesie. To pomieszczenie w naturalny sposób kumulowało chociaż raz dziennie całą załogę. Można było się spotkać przy posiłku czasem pierwszy i jedyny raz w ciągu całego dnia. Jeśli trafiały się bardziej gorące okresy to poszczególni członkowie załogi rozsiani po całym statku mogli się nie widzieć osobiście przez parę dni. Łączyli się w tedy za pomocą sieci ale nie musieli się widzieć osobiście. Wówczas jedyną okazją do spotkania i rozmów był właśnie wspólny posiłek. A do tego pomieszczenie w naturalny sposób nadawało się na salę odpraw. Zwłaszcza jak nie miały do tego celu specjalnego pomieszczenia jak w jednostkach wojskowych czy innych, z większą załogą. Mesa do takich odpraw nadawała się najlepiej. Było miejsca dla wszystkich i nawet aparatura holo była pomocna do wyświetlania różnych pomocnych materiałów. I teraz gdy Chris wróciła do kuchni też było sporo do pogadania. Zwłaszcza, że ewidentnie podróż nie przebiegała zgodnie z planem o czym wiedzieli wszyscy od dobrych paru godzin. Ale dopiero dzisiaj cała załoga na tyle wróciła do normy by z w miarę trzeźwą głową zastanowić się co dalej z tym począć.





- Już jestem. Proszę, częstujcie się. - rzekła Chris wracając na swoje miejsce i stawiając na stole ponownie napełnioną miskę. Szczupła blondynka nie musiała jeść. Nie dlatego, że dbała o linię czy była na jakiejś diecie. Po prostu była SP. Synthetic Person. Czyli syntkiem jak to się zwykle mówiło. Wyglądała, zachowywała się i mówiła jak człowiek z krwi i kości. Gdyby nie drobne tatuaże na kości policzkowej i dłoniach to bez specjalistycznej aparatury nie dałoby się rozpoznać różnicy. No chyba, że puściłaby białą zamiast czerwonej juchę. Syntki tej generacji już były właściwie nie do rozróżnienia z żywymi ludźmi. Ale kilka rzeczy wpadało w oko. Jedną z nich było właśnie to, że nie musiały jeść. W końcu tam pod tą żywą tkanką była maszyna. Syntetyczne ciało z metalu, kompozytów, plastików i oprogramowania. Znacznie silniejsze, szybsze i wytrzymalsze od ludzkiego odpowiednika. Niemniej na co dzień, w standardowych sytuacjach tego raczej nie było widać. Dopiero w ekstremalnych momentach objawiała się różnica.

Groźba tego, że syntki w załogach statków czy stacji kosmicznych albo dowolnym innym zawodzie zastąpią ludzi była znana od dawna. Praktycznie odkąd ludzie wymyślili jak je stworzyć kilka wieków temu. Pozornie takie humanoidalne androidy miały wszelkie cechy by wyprzeć ludzi z ich miejsc pracy, zwłaszcza w tych niebezpiecznych albo monotonnych zawodach. Były szybsze, silniejsze, wytrzymalsze. Nigdy niczego nie zapominały, można było im wgrać dowolny program i model zachowania więc były odpowiednio lojalne i nie musiały babrać się ludzkim sumieniem. Nie musiały jeść, pić ani spać. Zawsze czujne i nigdy nie znużone. Taki przynajmniej panował stereotyp o tych sztuczniakach.

Rzeczywistość nie była jednak tak różowa. Im bardziej oprogramowanie syntka było skomplikowane tym bardziej zaczynał zachowywać się jak żywy człowiek. Z ludzkimi wątpliwościami i rozterkami. Do tego takie sztuczne osoby często kierowały się podobnie jak komputery, szansami, obliczeniami, prawdopodobieństwem. Ale to nie zawsze starczało, zwłaszcza gdy w grę wchodziła jakaś interakcja z ludźmi. Na to się nakładał czynnik ludzki. Ludzie wydawali się mieć naturalne opory by słuchać poleceń “sztuczniaków” i większość miała naturalną podejrzliwość “do maszyn co udają ludzi”. Syntki wreszcie, mimo swojej niezawodności i wytrzymałości na trudne warunki były podatne na EMP i wszelkie czynniki które zwykle zagrażały maszynom i komputerom.

W efekcie tych wszystkich plusów i minusów ludzie i sztuczni ludzie w ciągu ostatnich wieków podboju najbliższych gwiazd wypracowali rodzaj symbiozy. Zwykle w każdej załodze jakiś syntek był. Ale praktycznie nie zdarzały się na stanowiskach dowódczych. Zwykle tacy białokrwiści pełnili rolę lekarzy, pilotów, techników czy nawigatorów i w tych rolach sprawdzali się świetnie. Takie łączne załogi okazały się najbardziej niezawodne gdy obie strony nawzajem się uzupełniały.

- Śniło wam się coś? - zapytała Chris sięgając po swój kubek. Jako, że sama nie musiała jeść to chętnie pełniła rolę kucharki, kelnerki czy po prostu towarzyszki przyglądając się załogantom i konwersując z nimi. Blondynka akurat była bardzo zafascynowana ludzkimi snami. Może dlatego, że syntki nie miały snów. Albo były w 100% wybudzone i zdolne do działania albo w 100% wyłączone. Więc snów nie miały. Tak samo jak dzieciństwa, dojrzewania czy starości. I te wszystkie różnice między tymi dwiema rasami sztucznych i żywych ludzi strasznie Chris interesowały. Była bardzo ciekawska wszelkich ludzki i ich zachowań. A sny były wręcz jej konikiem. Nie było więc dziwne, że o to pytała. Chociaż w kriośnie sny praktycznie się nie zdarzały bo ludzki mózg w stazie miał zbyt niskie obroty na takie fanaberie. Jak już to tuż po zaśnięciu albo przed wybudzeniem gdy funkcje życiowe były już lub jeszcze zbliżone do normy mogło coś się jednak uchować z tych sennych majaków chociaż też dość rzadko.



Seth


Seth miał chyba najwięcej do powiedzenia jako ekspert w sprawie snów. I kriosnu. I załogi. Wątpił by przy tak chaotycznej i ciężkiej pobudce ktoś zapamiętał sen nawet jak się coś śniło. Chyba, że z ostatniej nocy co już była bardziej normalna i na to były większe szanse. To mu przynajmniej podpowiadała wiedza medyczna. Ta wiedza medyczna mówiła mu też, że właściwie to nie miał złych wieści.

Dziś przed śniadaniem wreszcie mógł świeżym okiem przejrzeć zebrane dane. Te z ostatniej doby i próbek jakie Chris pobrała od każdego członka załogi i te z hibernatorów. No i wyglądało to… Zależy jak na to spojrzeć. Wciąż każdy z nich miał w sobie kriogeniczny koktajl. To zaś mocno zakłócało i zagłuszało inne wyniki. To akurat było normalne. Ze swoją wiedzą i w ambulatorium mógłby nawet kilkanaście miesięcy po kriośnie stwierdzić, że organizm był w stanie hibernacji. Specyficzne substancje odkładały się we włosach, krwi i ludzkich trzewiach. Nie inaczej było i tym razem. Niemniej im dalej od wybudzenia to efekty hibernacji mocno słabły.

Więc w tej chwili nikt z nich nie miał poprawnych wyników zdrowej osoby. Ale to właśnie z powodu tych chemikaliów. Trzeba je było wypłukać w możliwie naturalny sposób. Czyli wypocić i wydalić naturalnymi sposobami. Można było to trochę przyspieszyć przez wysiłek fizyczny i przyjmowanie dużej ilości płynów czyli standardowymi metodami pozbywania się toksyn z organizmu. Zwykle dwie albo trzy doby powinny pozwolić wrócić im do normy. Dopiero jakby ten stan się przedłużał u kogoś z pacjentów to by znaczyło, że coś jest nie tak. Dlatego dobrze by było pobierać próbki krwi i moczu od każdego z załogantów raz albo dwa razy na dobę by móc monitorować ich stan. A na razie życie żadnego z załogantów nie wydawało się zagrożone. No i to był niewątpliwie dobry news.

Drugim było to, że jedli. Wreszcie. Od wybudzenia, przez ostatnią dobę nikomu nie dopisywał apetyt. Co dla przesiąkniętych kriochemią organizmów też było standardowym objawem. Ale wreszcie jedli. Czyli łaknienie przebiło się przez tą chemię i organizm dopominał się o to o co powinien. W takiej sytuacji to był też pozytywny objaw.


Tony


Kapitan też siedział w mesie i swoją załogą. Wraz z obsadą mostka wrócił do mesy. Wczoraj tam ledwo zajrzeli, nie mieli ani sił, ani głowy by się zająć czymś innym, niż przyjęciem do wiadomości, że są kompletnie nie tam gdzie powinni. Gdzie właściwie w ogóle nie powinni móc dolecieć. Ale poza przekazaniem reszcie tych niezbyt dobrych wieści nie miał ani siły ani ochoty na nic innego niż powrót do swojej kajuty.

Dopiero dzisiaj poczuli się na tyle dobrze by wrócić na mostek i spróbować ogarnąć sytuację. No a było co ogarniać. Na przykład 300 lat świetlnych. Mniej więcej tyle ich dzieliło od Pegasusa skąd zaczynali podróż. To się po prostu nie mieściło w głowie. Jakim cudem?! 300 lat świetlnych?! Do najbliższych ludzkich systemów mieli jakieś 250 lat świetlnych. No ale obecnie to nie robiło żadnej różnicy. Ani nie było wiadomo jak się tu znaleźli ani jak mieliby wrócić.

Na mostku widział na holo ekranie trasę z Pegasusa do Antaresa. Całkiem ładnie wyrysowana linia. Prawdopodobna. Z powodu blackout komputer po prostu podawał najbardziej prawdopodobną trasę. I czas jaki był potrzebny. Wyliczenia mądrze i profesjonalnie wyglądały na tamtym ekranie i właściwie mógł je wyświetlić i tutaj za pomocą holo umieszczonego i w stole i nad stołem. Ale te najważniejsze wyliczenia były na tyle proste, że można było je policzyć za pomocą ręcznego kalkulatora. Albo kartki i ołówka jak ktoś umiał.

300 lat świetlnych odległości. Frachtowiec zwykle rozpędzał się do 0,2 pś. Co dawało trasę na 1500 ziemskich lat. Gdyby zaryzykować iście frachtowy sprint nie licząc się z ekonomicznymi kosztami no to teoretycznie jednostka mogła się rozpędzić do 0,3 pś. Czyli 300 lat świetlnych było do zrobienia w jakiś 1000 ziemskich lat.

To była prosta, abstrakcyjna matma. Każdy mógł sobie sam to policzyć. Komputer robił do mądrzej i ładniej no ale w gruncie rzeczy do tego się to sprowadzało. Tyle czasu zajmowało pokonanie takiej trasy z taką prędkością. W jedną stronę.

Ale poza tą prostą, abstrakcyjną matmą Tony wiedział, że ani statek, ani załoga nie byli w stanie znieść tak długich i dalekich podróży. Nikt nigdy nie podróżował tak długo i daleko. Choćby z tego względu, że na przełomie XXV i XXVI wieku sama ludzkość latała poza własny glob nie dłużej niż pół milenium. A tu wyglądało jakby mieli przelecieć cały czy półtorej. To się po prostu w głowie nie mieściło.

Nawet nie do końca wiedzieli ani jak ani ile lecieli. Bo przez ten blackout to komputer i czujniki nie miały żadnych danych. Liczyły więc trasę ten kawałek od Pegasusa aż po ten tutaj w Antaresie. Więc wychodziły śmiesznie małe wartości liczone w miesiącach i tygodniach.



Vicente


Wczoraj to był w tak bardzo kiepskim stanie, że mógł sądzić, że coś przegapił czy źle zrozumiał. Co ten komputer mu mówi. No to dał sobie spokój bo i tak nikt nie mógł wysiedzieć w pionie by go nie mdliło albo nie zbierało na wymioty. No ale dzisiaj jak wstał to już czuł się w miarę normalnie. I wrócił na mostek ze świeżą głową. Tylko, że komputer dalej powtarzał mu to samo co wczoraj.

Zdążył rano zdiagnozować Chris. I wszystkie jej systemy działały sprawnie. Nie było żadnych stanów alarmowych. To co było nie przekraczało drobnostek jakich można spodziewać się nawet u syntków podczas kriosnu. Pod tym względem blondynka działała bez zarzutu. Widział nawet rejestry sprzed i po hibernacji. Przed jak cała załoga pakuje się do lodówek, szczupła blondynka sprawdza czy wszystko jest w porządku. Potem lodówki wypełniły się zielnokawym żelem czego już załoga nie była świadoma. Chris jeszcze przed dwie doby zamrażania załogi była aktywna by monitorować ten proces. No a potem do nich dołączyła w swojej komorze. Potem był blackout. A potem rejestry pokazywały praktycznie to samo tylko w odwrotnej kolejności. Najpierw komputer wybudził syntka a ta zdiagnozowała samą siebie po czym znów monitorowała proces wybudzania załogi przez kolejne trzy doby. Kończyło się odessaniem zielonej mazi, otwarciem hibernatorów i tym chaosem z wczorajszego poranka jaki sam już był i świadkiem i uczestnikiem. Przez ostatnią dobę właściwie tylko Chris była w pełni operatywna. Dopiero dziś rano jej ludzcy koledzy i koleżanki doszli do siebie na tyle by zabrać się za swoją robotę.

Więc pod tym względem Chris nie kryła w sobie żadnych niespodzianek i działała bez zarzutu. Co innego komputer główny. Tutaj Vicente miał zagwostkę. Właściwie cała jego wiedza informatyka podpowiadała mu całkiem proste wyjaśnienie tego co się stało. Blackout. Po prostu komputer się wyłączył. A, że praktycznie wszystko było z nim sprzężone to i cała reszta też. Łącznie z sensorami i wszelkimi rejestratorami. Dlatego nie było żadnych danych ani z zewnątrz ani z wewnątrz statku. Więc ta część zagadki była całkiem prosta do rozwiązania z tym znalezieniem odpowiedzi na pytanie “Co?”. Natomiast odpowiedzi na pytania “Jak?” albo “Dlaczego?” no to była już całkiem inna sprawa.

W końcu nie chodziło o jakiś podręczny komputerek czy ręczny czujnik. Tylko o komputer główny. Szanse tak krytycznej awarii bez żadnych symptomów wcześniejszych były tak nikłe, że właściwie kolokwialnie mówiąc zasługiwały na określenie “nierealne”. Lub podobne. To nie powinno się zdarzyć. Ale właśnie się zdarzyło. Jak nie było żadnych danych to nawet nie było wiadomo ile trwał ten blackout. Może 100 nanosekund. A może 100 mileniów. Po prostu czarna dziura danych. A przecież komputer miał tyle zdublowanych zabezpieczeń, klatek Faradaya i tego typu ochronnych mechanizmów…

I nic nie zadziałało. Co więcej nie było żadnych symptomów. Do momentu blackout wszystko działało jak należy, nie było żadnych alarmów ani nic takiego. I tuż po, już tutaj w Antaresie to samo. Komputer zeskanował samego siebie, złapał namiar, porównał z wgranymi mapami nieba by odnaleźć własną pozycję no a gdy ją znalazł zaczął proces hamowania i niedługo potem wybudzania załogi zaczynając jak zwykle od Chris. I tutaj znów wszystko grało i działało jak należy jakby żadnej przerwy w działaniu nie było. Zupełnie jakby nagle ktoś wyjął wtyczkę z głównego komputera a potem ją włożył z powrotem. Tylko, że fizycznie w pomieszczeniu z hardware komputera głównego nie było żadnych wtyczek i to było jedne z najlepiej chronionych miejsc na statku.


Agnes


Szczupła nawigator siedziała przy tym samym stole razem z kolegami i koleżankami. Też dopiero co wróciła z mostku na ten pierwszy, wspólny posiłek. Wczoraj nie mogła się ani by coś zjeść ani by myśleć o czymś innym niż boląca głowa i żołądek. Chociaż wczoraj to wszyscy tak wyglądali. A dzisiaj wyglądali lepiej. Ona też się czuła lepiej.

Dzisiaj też wróciła na swoje stanowisko nawigatora by zobaczyć o co chodzi z tym Antaresem i całą resztą. No ale niestety musiała potwierdzić ten adres do jakiego właśnie zajechali na podwórze. Za jakieś 3 doby powinni zacumować na orbicie Antares 9. I na razie proces hamowania trwał i miał się dobrze. Można było zdać się na automaty. Natomiast tak samo jak Tony a nawet dobitniej od niego zdawała sobie sprawę, że nie powinno ich tu być. Nie dlatego, że to nie jest adres docelowy tylko dlatego, że przez całe stulecia żaden ze statków nie mógł tu dolecieć.

Gdy zbadała trasę okazała się wręcz sztampowo nudna. Początek w Pegasusie był taki jak powinien. Ustawienie się do bramy, potem w bramie. Wreszcie start. Czujniki pokazywały jak statek się rozpędza zostawiając za rufą sygnaturę bramy. Wszystko szło jak należy aż do tego blackout. Gdyby nie to pewnie by wylądowali gdzie trzeba.

Nim zaczął się ten blackout podczas którego ziała informacyjna, czarna dziura i nie było wiadomo co się działo ze statkiem to statek nie zdążył się jeszcze rozpędzić do swoich standardowych 0,2 pś prędkości podróżnej. Ale już miał z połowę tej wartości. Przechwycenie czy choćby zmiana kursu przy tej masie i prędkości była ogromnym wysiłkiem energetycznym. Co prawda w podróżach kosmicznych nie trzeba było martwić się grawitacją czy atmosferą. Więc obiekt wprawiony w ruch mógł lecieć “do końca świata”. Albo do momenty a z czymś się nie zderzy. Dlatego najwięcej energii zajmowało rozpędzenie a potem wyhamowanie takiego obiektu. I zmiany kursu. A tak to lot przebiegał raczej rutynowo i nic nie było do roboty. Reaktor właściwie musiał napędzać jedynie systemy podtrzymywania życia w części załogowej co energetycznie było ułamkiem mocy potrzebnej do rozpędzania i hamowania tych wszystkich ton bezwładnej masy.

Z lądowaniem w Antares było jeszcze ciekawiej. Gdy komputer i czujniki wróciły do pracy to o dziwo, statek miał taką prędkość jaką na tym etapie i odległości powinien mieć gdyby miał w planie metę w tym systemie. Jakim cudem skoro główny komputer był wyłączony? W każdym razie na to wskazywał całkowita, czarna dziura informacyjna.

Na taką podróż na takie odległości to astronawigacja znała dwa możliwe wytłumaczenia. Pierwszym była dylatacja czasu. Gdy obiekt zbliżał się już do rzędów wielkości 90, 95, 99% prędkości światła, im bliżej tym bardziej, wówczas zaczynały się dziać ciekawe rzeczy. Na przykład takie, że czas na takim obiekcie zdawał się zwalniać niż na otaczającym go wszechświecie. Czyli na takim powiedzmy statku kosmicznym rozpędzonym do takich prędkości mógł upłynąć rok gdy poza nim mijało półtora roku, dwa, dziesięc czy sto lat. W zależności jak blisko prędkości światła by się taki obiekt rozpędził. Tylko obecnie to była tylko hipoteza naukowa. Znana od kilku stuleci. Ale ludzkość nie miała jeszcze technologii aby ją sprawdzić w praktyce. Nie było ani napędów ani materiałów które mogłyby wytrzymać takie przyspieszenia. Eksperymentalne jednostki zbliżały się obecnie do fenomenalnej prędkości 0,5 pś. Więc owe prędkości w granicach 1 pś to nadal były tylko teorie i hipotezy. Aczkolwiek uznawane powszechnie za poprawne. Oczywiście ich statek nie miał fizycznych możliwości by rozpędzić się do takich kosmicznych prędkości. Max to mógł się zbliżyć do 0,3 pś a prędkość podróżna zwykle oscylowała wokół 0.2 pś. W końcu to był roboczy frachtowiec a nie jednostka skonstruowana do bicia rekordów prędkości.

Drugą hipotetyczną możliwością był tunel czasoprzestrzenny. Coś co w jakiś sposób łączyło dwa różne rejony przestrzeni nie stykające się bezpośrednio. Dajmy na to okolice Pegasusa i Antaresa. Do tej pory nie odkryto takich przejść ale tak samo jak z dylatacją czasu nie wykluczano ich istnienia. Jakby się materia czyli np. statek kosmiczny, zachowywał w takim zjawisku tego tak naprawdę nie bardzo wiedziano. Więc też klops.

Na razie jednak odkąd znaleźli się na obrzeżach tego systemu to znów wszystko szło wręcz rutynowo. Nie było powodów do alarmów i zmartwień. Komputer uruchomił silniki aby wyhamować prędkość i za jakieś 3 doby powinni się znaleźć na orbicie Antares 9. Przynajmniej więc w tym punkcie nie mieli się czym martwić.


Alice

Wytatuowana inżynier siedząca razem z resztą kolegów i koleżanek też miała nie mniejszą zagwostkę niż reszta obsady mostka. Wieści miała i dobre i raczej mniej dobre.

Właściwie to najważniejsze systemu statku były w porządku. Reaktor, silniki, skany, łączność, systemy podtrzymywania życia… No w porządku. Już wczoraj wyłapała co najważniejsze czyli, że żadne czerwone światełka się nie świecą a alarmy nie wyją. Ale wczoraj nie miała sił by się na tym skupiać. Wszystko co nie zagrażało natychmiastową dezintegracją statku mogło poczekać. No i poczekało. Dzisiaj już czuła się na tyle dobrze by sprawdzić wszystko z w miarę trzeźwą głową. No i właśnie wszystkie najważniejsze systemy świeciły się na zielono a to był na pewno dobry news.

Owszem było trochę awarii co przy długim locie było normą. Tam gdzieś obluzowało się coś w którejś ładowni bo system wykrył nieszczelność, w ogrodzie coś się skaszaniło bo pokazywało tam albo warunki jak w saunie albo coś się rozregulowało z czujnikami. I tak dalej w ten deseń. Trzeba było koło tego pochodzić, posprawdzać, pobrać części z magazynu, wymienić uszkodzone komponenty ale to były drobnostki. Co najwyżej coś uciążliwego ale nic co by zagrażało ich jednostce jako całości albo komuś z załogi. Ale był jeden zaskakujący wyjątek.

Magazyn prętów uranowych. Tych używanych w reaktorze. Magazyn był pusty. Tak pokazywały czujniki i kamery. Puste ściany i podłoga gdzie powinny być zapakowane w hermetyczne pojemniki bele z prętami używanymi do napędu reaktora. Nie było żadnego. Zupełnie jakby wyparowały. Albo automaty zużyły wszystkie co do jednego podczas podróży. Przed blackoutem te hermetyczne pojemniki sobie grzecznie leżały jak należy w równie hermetycznym magazynie. A po, gdy czujniki i kamery znów zaczęły pracować magazyn był pusty.

Na tą chwilę to nie był żaden problem. Reaktor pracował na tych prętach co w tej chwili miał w sobie. I spokojnie mógł tak pracować jeszcze całe lata. Jakby nawet zdecydowali się latać wzdłuż i w poprzek tego systemu gwiezdnego no to nie miało to znaczenia. Gdyby włączyli tryb oszczędny i zacumowali grzecznie mogliby aktywnie funkcjonować kolejne dekady zasilając jedynie tą część załogową. A gdyby jeszcze zapakowali się do hibernatorów i wyłączyli całą resztę to komputer przewidywał poprawne funkcjonowanie przez jakieś kolejny wiek, dwa lub trzy. Zależy od przyjętego marginesu bezpieczeństwa.

No ale bez nowych prętów uranowych właściwie nie było sensu myśleć o opuszczeniu tego systemu. To co było w reaktorze nie mogło wystarczyć ani by rozpędzić statek do międzygwiezdnych wartości ani by go potem z nich wyhamować. Pomijając na chwilę ten “detal”, że najbliższe znane ludzkie światy były jakieś 250 lś od nich. Więc pewnie, mogli sobie jeść, pić i balować do woli ale bez nowej porcji paliwa do reaktora nie mają realnych szans ruszyć się z tego systemu.



Zeeva, Jericho, Ryan


Ich miejsce i rola w załodze było o tyle “luźne”, że nie zajmowali się samą jednostką, jej lotem ani mechanizmami. Raczej mieli coś do powiedzenia gdy trzeba było coś załatwić w trakcie postojów. Co dawało im niby więcej luzu w porównaniu do tych co mieli przypisane swoje funkcje na mostku czy gdzie indziej. Ale też znaczyło, że są potencjalnymi kandydatami na ochotników do zadań gdy potrzebny był czynnik ludzki. Bo pozostali właśnie zajmowali się swoją dolą.

Wczorajszy dzień śmignął im przez ramię jak świeży bełt jaki wczoraj chyba każdy puścił chociaż raz. Aż szkoda było to wspominać. Krótko mówiąc poza Chris to nikt wczoraj nie nadawał się do niczego innego niż leżenie, spanie, przyjmowanie proszków przysłanych przez Chris od Seth i tego typu wymagające czynności. Ale no po prawie całej dobie od wybudzenia dzisiaj było lepiej. Wreszcie zaczęli odczuwać coś tak oczywistego jak głód. Wczoraj byli tak zmuleni, że właściwie nikt nawet nie pomyślał by coś zjeść. No ale dzisiaj z rana łaknienie wróciło. Więc wyglądało na to, że powoli wracają do swojej zwyczajowej normy i formy.

Jericho przy okazji i prawie niechcący odkrył, że “coś się zrobiło” z ogrodem. Co to tak naprawdę nie wiedział. Ale gdy dzisiaj rano otworzył drzwi do ogrodu praktycznie wylała się na niego ściana żywej, tropikalnej zieleni. Aż odruchowo odskoczył gdy jakaś gałąź chlasnęła go po ramieniu. Ale na tym się skończyło. Poza tym, że nie dał rady ponownie zamknąć drzwi. Po prostu nadmiar tej zieleni wylał się na podłogę i framugi i był na tyle duży, że drzwi nie mogły pokonać takiego naporu. Ściana zieleni była tak gęsta, że właściwie nie widział co jest wewnątrz. Bił też zgniły zapach tropikalnej dżungli i podobnie było tam gorąco jak w saunie. Właściwie bez pił, maczet i palników to chyba nie było co liczyć, że da się wejść do środka. Może tam głębiej było luźniej i to przy ścianie była taka kumulacja no ale właśnie trudno było to określić.

Ryan za to zdążył sprawdzić siłkę dzisiaj rano. Właściwie to nic się chyba nie zmieniło. Tam spadła jakaś sztanga albo ciężarek ale przy tak długim locie to było normalne. Poza tym te wszystkie bieżnie i atlasy wyglądały tak samo jak ostatnio to pamiętał jeszcze w Pegasusie.

Siostra Setha za to przeszła się do zbrojowni. A właściwie do oddzielnych pomieszczeń z bronią, amunicją i materiałami wybuchowymi. Panował tam całkowity porządek. Bez trudno wyjęła i sprawdziła swoje ulubione zabawki i wyglądało na to, że nic im nie jest. Zniosły podróż bez szwanku i były gotowe do użycia.



Chris


- Sprawdziłam banki pamięci. “Archimedesów” jest cała masa. Ale żaden nie ma takiego kodu wywoławczego jak ten tutaj. - niebieskooka blondynka korzystając z przerwy, że nikt nic nie mówił wspomniała to co zdążyła sprawdzić na temat tajemniczej stacji. Właśnie dlatego komputer skierował statek na Antares 9. Bo stąd dochodził jedyny sygnał jakiejkolwiek cywilizacji. Antares 9 był gazowym gigantem w stylu Jowisza czy Saturna znanych z Układu Słonecznego. Do tego miał sporo mniejszych i większych satelitów. A z jednego z nich dochodził równomierny, automatyczny sygnał wywoławczy. Skanery skierowane na ten kierunek dostarczały wstępnych danych i obrazów. Nie były jeszcze pierwszej jakości ale przy wytracaniu prędkości i skracaniu odległości były coraz wyraźniejsze.

Sygnał pojawiał się i znikał prawie co równe pół godziny. W zależności od tego czy dla statku sztuczny satelita był przed czy za naturalnym księżycem gazowego giganta. No ale wstępne dane sugerowały, że jest to jakaś ludzka stacja kosmiczna. Nie taka mała. Co na pewno było na plus. Mogły tam być jakieś zapasy albo nawet ludzie. Co było chyba na plus. Na minus był niepokojąco automatyczny sygnał który nijak nie reagował na pojawienie się nowej jednostki w systemie. Co kojarzyło się albo z automatyczną stacją albo jakąś z poważnymi uszkodzeniami. No ale nic więcej skanery w tym systemie nie wykrywały.

O ile automatyczny sygnał ze stacji kosmicznej na orbicie księżyca gazowego giganta już był dość dziwny i podejrzany. To to, że tak daleko od ludzkich siedzib jest jakaś ludzka stacja było tak samo zaskakujące jak przylot statku w jakim właśnie siedzieli do tego systemu. A stacja musiała być tu wcześniej bo gdy komputer i skany się przebudziły na obrzeżach tego systemu to stacja już sobie spokojnie dryfowała po swojej orbicie. No i dlatego komputery skierowały jednostkę właśnie w tym kierunku. Powinni tam dotrzeć za jakieś 3 standardowe doby.
 
__________________
MG pomaga chętniej tym Graczom którzy radzą sobie sami

Konkurs: http://lastinn.info/liczowe-konkursy...tml#post886124

Ostatnio edytowane przez Pipboy79 : 27-06-2020 o 21:51. Powód: Treść posta. Jericho był w ogrodzie a nie Ryan.
Pipboy79 jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 27-06-2020, 15:04   #2
Administrator
 
Kerm's Avatar
 
Reputacja: 92182 Kerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputację
Powiedzieć, że przebudzenie było paskudne, było sporym niedopowiedzeniem.
Tony miał za sobą parę dziesiątków skoków i co najmniej tyle balang i solidnych popijaw, ale sam przed sobą nie ukrywał, że nigdy nie czuł się tak parszywie.
I zupełnie tego nie rozumiał.
- Dotarliśmy, czy coś się stało? - spytał, bo stale miał wrażenie, że ktoś uruchomił procedurę awaryjną i 'rytuał' przebudzenia odbył się w przyspieszonym tempie.
- I jedno, i drugie. - Słowa stojącej obok krio-trumny Chris nie brzmiały uspokajająco.
Usiadł, a raczej spróbował usiąść, co udało mu się dokonać przy wydatnej pomocy Chris.
- A dokładniej? - Starał się być uprzejmy, nie zważając na to, że Chris była programowo odporna nawet na obelgi.
- Zabłądziliśmy.
Odpowiedź Chris nic nie wyjaśniała, a jedynie sprawiła, że Tony'ego jeszcze bardziej zabolała głowa.
- Jak "zabłądziliśmy"? To gdzie jesteśmy? - Tony usiłował dowiedzieć się czegoś konkretnego.
- Antares, panie kapitanie - padło wyjaśnienie, po którym Tony zerwał się na równe nogi i gdyby nie cybernetyczny refleks Chris wylądowałby z powrotem w hibernatorze.
- Kpisz, czy o drogę pytasz? - spytał.
- Nie zainstalowano we mnie aż tak rozbudowanego systemu, kapitanie.
- Pomóż mi dojść pod prysznic, potem do kajuty. I daj mi wszystko, co wiesz. Potem bierz się za pozostałych. Standardowo.

* * *


Tony siedział i przeklinał współczesną medycynę, która nie potrafiła wymyślić skutecznego remedium na kaca. Tabletki (a połknął już dwie), rewelacyjne ponoć, nie skutkowały. Może dlatego, że ból głowy nie miał swego źródła w nadużyciu wysokoprocentowych alkoholi, czego Tony szczerze żałował.
A przeklinał w duchu jedynie, chociaż garść soczystych przekleństw i rozbicie czegoś z pewnością rozładowałaby negatywne emocje, które wypełniały jego umysł i serca. ale cóż... Noblesse oblige, jak mawiano przed wiekami. Tony żadnym "noblesse" nie był, ale jako kapitan musiał dbać o to, by wlać nieco optymizmu w serca załogi.
Wypił łyk kawy (której smaku nie poczuł za grosz), po czym ponurym wzrokiem zaczął się wpatrywać w ekran, na którym widniał nie tylko przeogromny Antares, ale i migotało coś, co zwało się ponoć Archimedesem.
A złośliwy komputer twierdził, że w swych bazach Archimedesów ma na pęczki, ale żadnej stacji czy choćby rakiety o takiej nazwie. Nie mówiąc już o tym, że 550 lat świetlnych to było dużo za dużo jak na możliwości ziemskich statków kosmicznych. W tym i ich statku. Chyba że ktoś wymyślił podróże w czasie. Byłoby jak znalazł...
Uśmiechnął się krzywo.
Wyglądało na to, że nie jest to żaden paskudny sen ani inna rzeczywistość wirtualna. A to znaczyło, że trzeba się będzie wziąć do roboty. Na początek trzeba będzie sprawdzić komputery i relację z wejścia do Bramy i z wyjścia. A nuż da się znaleźć jakieś nieprawidłowości. A potem czekała ich króciutka podróż.
Skoro "Archimedes" tu dotarł... a kto wie, może znajdą tam odpowiedzi na parę pytań, w tym - jak wrócić do domu. Albo choćby do cywilizacji.
A z drugiej strony...
Z nagłym zainteresowaniem spojrzał w ekran.
Zawsze chciał się dostać do jakiejś załogi Dalekiego Zwiadu, lecieć tam, gdzie nie dotarł jeszcze nikt inny, No i proszę - trafiło się, jak ślepej kurze ziarno. Miał przed sobą cały ogromny układ planetarny. Tyle do zwiedzania, tyle do oglądania...
Ból głowy jakby nieco zmalał.

* * *

Był tu kapitanem i chociaż to nie on wpakował wszystkich w tę kabałę, to właśnie on powinien ich wydobyć z tych tarapatów. Problem polegał na tym, że nie miał zielonego pojęcia, jak to zrobić. Zapewne wszyscy o tym wiedzieli, ale i tak należało zabrać się do roboty. A on musiał znaleźć jakieś zajęcie dla każdego, zanim załoga dojdzie do wniosku, iż - skoro i tak zginą - lepiej nic nie robić lub oddać się rozrywkom różnorakim.

- Vicente, jeszcze raz sprawdzisz komputery. I Chris. Musimy wiedzieć, czy są w pełni sprawne i czy zapamiętały cokolwiek z chwili skoku, lotu i wyjścia. Ostatnie ułamki sekund przed tym, nim poszły spać. Dane z czujników zewnętrznych. Poszukaj też wirusów i wszystkiego, co tylko wymyślisz. To w końcu twoja działka.
- Zeeva, razem z Ryanem przeszukasz cały statek i zrobisz listę wszystkiego, co nadaje się na broń. Tudzież skafandry i inne drobiazgi, które mogą się przydać, gdy będziemy zwiedzać "Archimedesa".
- Alice, ty masz na karku naszą taksówkę. Nie polecimy na "Archimedesa" naszą łajbą. Zaparkujemy godzinę lotu od stacji.
- Seth, sprawdzisz dokładnie cała aparaturę medyczną i przygotujesz sprzęt medyczny na wyprawę.
- Agnes, znajdziesz nam ładną orbitę. A potem ty i Seth zadbacie o to, byśmy się tam nie zarazili jakimś paskudztwem.
- Jericho, ty będziesz zmieć najwięcej pracy. Musimy wiedzieć, czy coś jeszcze zniknęło z pokładu. Albo się pojawiło, nie wiadomo skąd.
- Pytanie, uwagi, pomysły?
- Spojrzał na zgromadzoną w mesie załogę.
 

Ostatnio edytowane przez Kerm : 27-06-2020 o 15:07.
Kerm jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 27-06-2020, 19:08   #3
 
GreK's Avatar
 
Reputacja: 33336 GreK ma wspaniałą reputacjęGreK ma wspaniałą reputacjęGreK ma wspaniałą reputacjęGreK ma wspaniałą reputacjęGreK ma wspaniałą reputacjęGreK ma wspaniałą reputacjęGreK ma wspaniałą reputacjęGreK ma wspaniałą reputacjęGreK ma wspaniałą reputacjęGreK ma wspaniałą reputacjęGreK ma wspaniałą reputację
Mess(a)

Początkowo myślał, że nie zrozumiał. Z resztą, czuł się tak podle, że nie chciał, nie był w stanie się nad tym zastanawiać. Łykał tylko proszki, które podsuwała mu Chris i popijał dużą ilością fluidu. Spał, a właściwie drzemał między jedną nudnością, a kolejnym proszkiem.
Rano jednak, umownej doby, którą symulował ALSS (Automatic Life Support System), zwany pieszczotliwie przez część załogi ASS (dupa), czuł się już znacznie lepiej, na tyle dobrze, że przyswoił sobie komunikat nadawany przez system, a następnie automatycznie zapaliła mu się lampka alarmowa.

znaleźli go…
namierzyli…
dorwali…
wysłali do dupy…
pozbyli...
Lampka alarmowa mrugała wielkim czerwonym napisem.

JAK?


Testy SP nie wykazały nic. Na CU (Central Unit) również nie znalazł nic. Jeśli można powiedzieć, że blackout to nic. Ale nie było śladu żadnego obcego skryptu, choćby fragmentu kodu. NIC! Jeśli nawet ktoś wpuścił jakieś złośliwe oprogramowanie, które ich wyłączyło, to coś musiało później je wykasować i po tym czymś musiał zostać rejestr. Ale nie… Wniosek był więc prosty.

- Sprawdziłem - odpowiedział kapitanowi. - Komputery są czyste. Ani śladu ingerencji. To wygląda tak… - spojrzał na Chris, zamyślił się. Wszyscy już byli przyzwyczajeni do tego, że był w stanie się zawiesić w środku wypowiedzi by po dłuższej lub krótszej pauzie kontynuować wypowiedź. -... jakby coś wyłączyło sprzęt. Sprawdzę obwody, czy ktoś nie wpiął w nie czegoś…

- Chris, czy sprawdzając sygnaturę Archimedesa, wzięłaś pod uwagę jednostki… - łyknął fluid - historyczne?
 
__________________
Aktualnie gram w:
Dreamcatcher. Horror. Storytelling. Dokąd prowadzi tunel z koszmaru?
Lost Station. Zagubieni w przestrzeni.
GreK jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 28-06-2020, 13:52   #4
BG
 
BG's Avatar
 
Reputacja: 4240 BG ma wspaniałą reputacjęBG ma wspaniałą reputacjęBG ma wspaniałą reputacjęBG ma wspaniałą reputacjęBG ma wspaniałą reputacjęBG ma wspaniałą reputacjęBG ma wspaniałą reputacjęBG ma wspaniałą reputacjęBG ma wspaniałą reputacjęBG ma wspaniałą reputacjęBG ma wspaniałą reputację
Sytuacja nie wyglądała zbyt dobrze. Po początkowych problemach z równowagą i żołądkiem pojawiły się o wiele większe przeszkody. Ile czasu spędzili lecąc? Czy mają jeszcze do czego wracać?
Agnes westchnęła, grzebiąc w jedzeniu. Próbowała dowiedzieć się, co mogło pójść nie tak, ale cała aparatura działała pozornie poprawnie.

- Byłabym bardzo szczęśliwa, gdyby okazało się, że cała ta sytuacja to tylko sen. - odpowiedziała Chris - Chociaż może to jakiś projekt? Szkolenie do trudnych sytuacji? Może ktoś próbuje nas przetestować? To nie jest możliwe, żebyśmy byli tak daleko!

Przeniosła wzrok na resztę załogi, starając się wywnioskować, co oni sami myślą, bądź jak się czują w nowej sytuacji. Jeśli nie uda im się wrócić, to pewnie spędzą razem ze sobą resztę życia. Nie były to może wymarzone okoliczności, ale Agnes mogła się przynajmniej pocieszyć, że nie jest w tym sama. A przecież jest jeszcze stacja kosmiczna, na której pokładzie ktoś musi się znajdować. Będzie dobrze. Musi być.

- Przynajmniej nie mamy żadnych problemów technicznych. Wszystko działa idealnie, hamujemy według planu, tak za trzy dni powinniśmy być na miejscu. Do tego czasu powinniśmy wszystko przygotować. Chyba nie ma zbyt wielu rzeczy do naprawy?

Statek wydawał się być w całkiem dobrym stanie, jak na taką podróż. Aparatura działała zaskakująco dobrze. Agnes próbowała też na szybko sprawdzić, co stało się z jej ukochanym ogrodem. Ktoś był już tam wcześniej i otworzył drzwi, bądź to rośliny same stały się na tyle silne, by je wyważyć. Aby dostać się do środka, trzeba by wyciąć kilka rzeczy, ale zapach i rośliny przywodziły na myśl rodzinną planetę i dawny czas. Gąszcz miał swój własny urok. Może zasiane zioła zyskały jakieś nowe właściwości przez ten czas? W wolnej chwili trzeba będzie to posprawdzać.
Skinęła zgodnie na słowa kapitana. Mieli już ustawiony kurs, ale nigdy nie zaszkodzi sprawdzić jeszcze raz. Albo dwa razy. Będą mieli większą pewność. Trzeci raz też nie zaszkodzi.
Z medycyną było gorzej. Nigdy wcześniej nikt tu nie trafił, więc też danych o możliwych chorobach brakowało. Musieli zdać się na intuicję i wybrać najbardziej prawdopodobne leki.
Szybko dojadła porcję i po wysłuchaniu uwag reszty, ruszyła nieco mniej energicznie niż zwykle w kierunku swojego stanowiska.
 
BG jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 29-06-2020, 21:04   #5
 
Corpse's Avatar
 
Reputacja: 19159 Corpse ma wspaniałą reputacjęCorpse ma wspaniałą reputacjęCorpse ma wspaniałą reputacjęCorpse ma wspaniałą reputacjęCorpse ma wspaniałą reputacjęCorpse ma wspaniałą reputacjęCorpse ma wspaniałą reputacjęCorpse ma wspaniałą reputacjęCorpse ma wspaniałą reputacjęCorpse ma wspaniałą reputacjęCorpse ma wspaniałą reputację
Seth grzebał w swoim talerzu niechętnie, patrząc na jedzenie ze skwaszoną miną, jakby własnie powiedziało mu kilka niewybrednych epitetów prosto w twarz. Pochylił się do przodu, oparł łokciem o blat, a palce prawej dłoni wplótł między pukle włosów, podpierając głowę. Lewą ręką skierował widelec do ust i... rozmyślił się. Odłożył go na talerz i zerknął na siostrę siedzącą koło niego. Wyglądała... dobrze. O wiele lepiej niż cała reszta. Nie było to kwestia leków które od niego dostała, ani tego że była bardziej odporna. Po prostu w kriośnie mogła się w końcu wyspać. I nawet mimo efektów ubocznych chemii z żelu, jej stan był lepszy niż zazwyczaj. Uśmiechnął się do niej niemrawo, nadal pogrążony w rozmyślaniach, kiedy odezwał się kapitan.

- Zbadałem próbki od was wszystkich. Wszystko jest w normie... W sensie, na tyle na ile może być w normie tuż po wybudzeniu. - zaraportował mechanicznym, wręcz pozbawionym emocji głosem - Chciałbym jednak pobierać te próbki codziennie przez najbliższe dwa, trzy dni, o ile to nie problem. Przynajmniej dopóki nie dotrzemy do Archimedesa.

Oparł się z powrotem na krześle, odrzucając włosy do tyłu za oparcie i zamykając oczy.

- Czy ktoś ma jakikolwiek pomysł co mogło się stać? - zapytał głośno, nie otwierając oczu - Agnes, chciałbym pobrać też próbki z naszego ogrodu. Wybiorę się tam z Tobą jak skończysz swoją robotę, dobrze?
 
__________________
"It takes some intelligence and insight to figure out you're gay and then a tremendous amount of balls to live it and live it proudly."
- Jason Bateman

Ostatnio edytowane przez Corpse : 01-07-2020 o 15:39.
Corpse jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 02-07-2020, 20:12   #6
 
Buka's Avatar
 
Reputacja: 44946 Buka ma wspaniałą reputacjęBuka ma wspaniałą reputacjęBuka ma wspaniałą reputacjęBuka ma wspaniałą reputacjęBuka ma wspaniałą reputacjęBuka ma wspaniałą reputacjęBuka ma wspaniałą reputacjęBuka ma wspaniałą reputacjęBuka ma wspaniałą reputacjęBuka ma wspaniałą reputacjęBuka ma wspaniałą reputację
W poście krótki dodatek od kapitana do nawigatorki ;)

- No i po premii...albo i całej wypłacie - To były pierwsze myśli A.J. gdy dotarły do jej wymęczonego zbyt długim kriosnem umysłu informacje o obecnej sytuacji, w jakiej znalazła się załoga frachtowca.

Znajdowali się na krańcu znanego wszechświata, w miejscu, gdzie nie powinni przebywać, a czujniki statku wyłapały sygnał stacji kosmicznej, która również nie miała prawa tam istnieć? A jednak oba fakty były rzeczywistością, do tego zaś cały ten "Archimedes" odpowiadał im jedynie zwyczajowym sygnałem nadawczym. Pięknie…

Pijąc już trzecią kawę, i paląc drugiego papierosa, pomasowała prawą skroń. Łupało ją w tym miejscu zdrowo, mimo prochów jakie dostała od pokładowego lekarza, co nic a nic nie pomagało w logicznym przemyśleniu całej sprawy. A wcześniej było jeszcze gorzej, z wielokrotnym obściskiwaniem się z kibelkiem i prężenie jak kot, to z siadaniem na nim, i tak na zmianę, raz z góry, raz z dołu, leciało z niej równo… zdecydowanie za długo spali.

***

Coś się spierdzieliło, a ona jeszcze nie wiedziała co, i to ją najbardziej drażniło… a niech tylko ktoś wpadnie na durny pomysł zwalenia tego na nią!

Co do samej stacji, miała obawy. Brak załogi.. no dobrze, niektóre stacje były w pełni automatyczne. Ale nawet te, powinny ich przywitać standardowymi procedurami. Coś jej mocno śmierdziało, i nie były to chyba nogi towarzyszących im "karków", w końcu każdy brał już niejeden prysznic po wyjściu z kriokomór...

Rozpoczęły się kolejne, w miarę normalne już rozmowy(coraz mniej bełkotów "wyprutych" po stazie załogantów), kolejne szacowania sytuacji, naradzanie się, gdybanie, i pierwsze rozkazy kapitana. Alice odczekała grzecznie, co mają do powiedzenia inni, po czym w końcu i ona zabrała głos.
- Mamy kilka niegroźnych usterek, ale to nic poważnego, poradzę sobie ze wszystkim w ciągu paru godzin. A jak już wspomniał Seth, z ogrodem jest coś nie tak, panują tam według czujników warunki jak w jakiejś dżungli… wszystko się wielce rozrosło? - Wzruszyła wytatuowanymi ramionami, po czym zerknęła na kapitana, i minimalnie się uśmiechnęła - "Taxi" przygotuję, nie ma problemu… ale przy jednej, czy dwóch rzeczach to bym potrzebowała pewnej rady.
- W takim razie załatwimy to u mnie - odparł Tony. - Skoro to twoja działka, to nie będziemy tego zwalać na innych - dodał z czymś, co można by uznać za uśmiech.
- Agnes - zwrócił się do nawigatora i biologa w jednym - spróbuj ocenić, ile czasu trzeba, by ogródek zamienił się w dżunglę. I czy coś tylko bardzo urosło, czy też się zmutowało przy okazji.





.
 
__________________
"Nawet nie można umrzeć w spokoju..." - by Lechu xD
Buka jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 02-07-2020, 23:09   #7
 
Azrael1022's Avatar
 
Reputacja: 28121 Azrael1022 ma wspaniałą reputacjęAzrael1022 ma wspaniałą reputacjęAzrael1022 ma wspaniałą reputacjęAzrael1022 ma wspaniałą reputacjęAzrael1022 ma wspaniałą reputacjęAzrael1022 ma wspaniałą reputacjęAzrael1022 ma wspaniałą reputacjęAzrael1022 ma wspaniałą reputacjęAzrael1022 ma wspaniałą reputacjęAzrael1022 ma wspaniałą reputacjęAzrael1022 ma wspaniałą reputację
Do zanurzonego w żelu ciała najpierw dotarły bodźce czuciowe. Przez półpłynną substancję zaczęły przebijać się drgania, które kilka chwil później mózg zaczął łączyć z dudniącymi wrażeniami akustycznymi. Ktoś przechadzał się po stalowej kratownicy znajdującej się zaraz obok kapsuły do kriosnu. Następnie poszła znana Ryanowi procedura. Spuszczanie żelu, odłączanie rurek i w końcu wymięty i słaby jak dziecko wypadł na zewnątrz, wprost w ramiona pięknej blondynki. Osoba odpowiedzialna za wygląd synków z pewnością znała się na rzeczy. Bo Ryan nie chciałby będąc w takim stanie wpadać w ramiona kogokolwiek innego. Ochroniarz był słaby jak dziecko. Brakowało mu koordynacji, jakby mięśnie od nowa musiały uczyć się jak przemieszczać ciało. Błędnik pracował ospale, informował o zmianie położenia dopiero w momencie zaliczania gleby. No i problemy z systemem trawiennym – Ryan nie próbował powstrzymywać wymiotów, wiedział że na nic się to nie przyda . Kiedy wyrzucił z żołądka ostatnie resztki kriożelu, Chris podała mu pierwszą partię leków stymulujących pohibernacyjną regenerację. –Dzięki mała. Jestem twoim dłużnikiem. Mogę w zamian zaprosić cię na kawę.
-Ryan, zdaje się już ci kilka razy tłumaczyłam – nie umawiam się z istotami innych gatunków. Po co cały czas o to pytasz?
– zapytała, wywołując na twarzy grymas lekkiego zdziwienia.
-Sama wiesz, masz dwie możliwości odpowiedzi. Albo się zgodzisz, albo nie – Ryan uśmiechnął się nieco złośliwie. –Jest tu gdzieś moje ubranie?

W mesie dało się wyczuć dobre jedzenie i dziwne napięcie. Ochroniarz przysłuchiwał się rozmowie o podróżach międzygwiezdnych i zrozumiał, że w ich przypadku chyba coś nie pykło. Właściwie, to nic nie pykło. Byli tak astronomicznie daleko od jakichkolwiek innych zamieszkałych planet, tak daleko, że trudno było to sobie wyobrazić. Co gorsza, nie wiadomo jak tu się znaleźli, ile lecieli, dlaczego ani na czyj rozkaz.
-Myślałem o jakiejś korporacji, która odkryła jedną z bram, zdolną przenosić statki na tak niesamowite odległości. Trzymali to w tajemnicy, aby móc eksploatować z zasobów naturalnych inne galaktyki. Zbudowali tą stację, zebrali potrzebne surowce i się wynieśli. Tylko z drugiej strony, w znanej części kosmosu jest tyle surowców, że dla każdego starczy, więc po co ryzykować takie wyprawy. – przełknął kolejny kęs dziwnie wyglądającej ale pożywnej papki.
- Nie wiemy ile lecieliśmy bo nie ma o tym informacji w żadnym z komputerów. Może damy radę wywnioskować coś na podstawie tego jak urosły rośliny w ogrodzie. Jakieś liczenie słojów drzew albo cos takiego. Ustalenia będą nieprecyzyjne, ale to najlepsze co teraz mamy. – Ryan wyczyścił talerz kawałkiem chleba i rozejrzał się za dokładką, która niebawem trafiła na stół.
- Śniło wam się coś? - zapytała Chris.
Ryan spojrzał na syntka i powstrzymał się od co najmniej trzech sprośnych komentarzy.
Ochroniarz słuchał wypowiedzi innych i próbował jakoś ogarnąć umysłem nieciekawą sytuację w jakiej się znaleźli. Byli w czarnej dupie a co gorsza – w czarnej dupie na krańcu wszechświata. O ile ten miał krańce.

Po sprawdzeniu sprzętu, który miał w swojej kajucie Sheaffer przeszedł się do siłowni. Nic się w niej nie zmieniło. Przynajmniej niczego nie ubyło ani nie przybyło. Wystarczyło poprawić sztangi na uchwytach, podnieść kilka zrzuconych hantli czy pozbierać maty, które spadły z haków.
Aby spędzić czas robiąc coś pożytecznego w miłym towarzystwie, zlokalizował Zeevę i zaproponował wypełnienie prośby kapitana – pełną inwentaryzację broni i pancerzy balistycznych znajdujących się na statku.
 
Azrael1022 jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 04-07-2020, 10:58   #8
 
Seachmall's Avatar
 
Reputacja: 7306 Seachmall ma wspaniałą reputacjęSeachmall ma wspaniałą reputacjęSeachmall ma wspaniałą reputacjęSeachmall ma wspaniałą reputacjęSeachmall ma wspaniałą reputacjęSeachmall ma wspaniałą reputacjęSeachmall ma wspaniałą reputacjęSeachmall ma wspaniałą reputacjęSeachmall ma wspaniałą reputacjęSeachmall ma wspaniałą reputacjęSeachmall ma wspaniałą reputację
Kolejny lot, kolejne przebudzenie, kolejne proszenie Chris, aby spędziła pięć minut ruszając jego rękoma ponieważ nerwy odpowiedzialne za ich kontrolę zapomniały jak to się robi.

Na szczęście kiedy jedna ręka załapała, że istnieje mógł sam zająć się wskrzeszeniem drugiej. Więc pierwszy dzień był wypełniony tak wspaniałymi czynnościami jak: leżenie, machanie kończynami, zwracanie kwasem żołądkowym, leżeniem dwie godziny na podłodze ponieważ przeliczył siłę swoich nóg. Kochał tą pracę.

***

Następny dzień nie napawał entuzjazmem. Odkrycie dżungli w ich ogrodzie rodziło pytania i teorie. Będzie musiał zapytać o to podczas spotkania.
Pierwszy posiłek po przebudzeniu zawsze był ciekawy, szczególnie kiedy ospałe palce próbowały odkryć arcana obsługi widelca. Mimo wszystko starał się nie robić widowiska lub zbytniego bałaganu.

Skinął głową na polecenie kapitana - Postaram się dzisiaj to załatwić, sir, ale może to zająć dłużej.

Oczywiście wszyscy mieli swoje teorie co do tego co się stało. Podniósł głowę kiedy usłyszał pytanie o ogród.

- Eksplozja roślinności to trochę moja wina. Chciałem zobaczyć jak się ma nasz ogród i w nagrodę o mało nie zarwałem gałęzią. Wiem, że to pewnie głupia sugestia, ale jaka jest szansa, że przylecieliśmy tu... okrężną drogą? Że faktycznie spędziliśmy bóg wie ile lat w criośnie?

Po posiłku ruszył do swojej kajuty i zabrał spis sprzętu, zasobów i ładunku. Postanowił zacząć od magazynu z żywnością i powoli przenosić się w stronę dalej po statku kończąc na kajutach załogi.
 
__________________
Mother always said: Don't lose!
Seachmall jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 05-07-2020, 20:04   #9
BG
 
BG's Avatar
 
Reputacja: 4240 BG ma wspaniałą reputacjęBG ma wspaniałą reputacjęBG ma wspaniałą reputacjęBG ma wspaniałą reputacjęBG ma wspaniałą reputacjęBG ma wspaniałą reputacjęBG ma wspaniałą reputacjęBG ma wspaniałą reputacjęBG ma wspaniałą reputacjęBG ma wspaniałą reputacjęBG ma wspaniałą reputację
- Sprawdzenie wszystkiego nie powinno zająć mi dużo czasu. Może spotkajmy się mniej więcej za godzinę przed ogrodem? - zapytała Agnes, po czym przeniosła wzrok na Alice. - Pożyczysz nam jakiś sprzęt? Piła, palnik, coś w tym stylu. Zwykłe roboty chyba sobie nie poradzą. Nie wiemy co jest w środku, może jakieś długowieczne rośliny, a te bywają dość oporne. Kiedy się czegoś nowego dowiem, to od razu dam znać.
- Chcesz im policzyć słoje, czy tylko wyciąć, żeby zrobić trochę luzu? - spytał Tony.
- Oczywiście - odparł sennie Seth - wybudzę w tym czasie Anubisa. Może dowiemy się czegoś dzięki niemu. Zatem za godzinę przed ogrodem - rozejrzał się lekko nieprzytomnie po mesie, jakby na chwilę odpłynął w trakcie zdawania raportów przez resztę załogi. Jego metalowy macko-ogon drgnął nerwowo nad głową właściciela - Tak, tak… dobry pomysł ze słojami. Potrzebujemy piły.

- Sprawdziłam wszystkie nazwy jakie nasze komputery mają w pamięci. Ale żaden nie pasuje do tej sygnatury jaką wykrywamy. - Blondynka skorzystała z okazji i nawiązała do tego o co ją pytał Vicente zerkając na niego i trzymając kubek ale z rzadka z niego popijając.

- Narzędzi jest wystarczająco… tylko sobie niczego nie odetnijcie tymi piłami lub palnikami - Powiedziała A.J. do Agnes i Setha, uśmiechając się na moment pod nosem.

Sanchez mruknął coś do siebie na informację od Chris po czym zasępił się i milcząco popijał fluid. Po dłuższym czasie wstał, wziął ze sobą krzesło i postawił je przy syntku tyłem do niej, siadając na nim okrakiem i opierając ręce na oparciu.
- A czy odbierana sygnatura pasuje do pojazdu z przyszłości?
Siedział teraz tuż obok blondynki i patrzył jej prosto w twarz z odległości kilkunastu centymetrów.
- Banki pamięci mamy takie jakie były w chwili ostatniej aktualizacji w Pegasusie. Nie ma w nich nowszych danych. - Blondynka nie cofnęła twarzy i odpowiedziała spokojnie. Równie spokojnie obserwowała twarz informatyka z zaciekawionym spojrzeniem. Zastanawiała się chwilę nad czymś nim odezwała się ponownie.

- Od najbliższych ludzkich placówek dzieli nas około 250 lat świetlnych. Więc teoretycznie mamy szansę odebrać takie sygnały sprzed tych 250 lat. Teoretycznie też możemy wysłać taki sygnał który oni odbiorą po takim samym czasie. - powiedziała po tej chwili zastanowienia.

- Jeśli w trakcie blackout dotarły do nas jakieś sygnały to wszystko było wyłączone więc byliśmy takim odbiornikiem i rejestratorem tych sygnałów jak kawałek cegły. - Chris na koniec wzruszyła nieco ramionami na znak, że tutaj ciężko będzie coś poradzić z aktualizacjami innymi niż te jakie zebrali ze sobą z Pegasusa.
Informatyk siorbnął z butelki. Postukał upierścienionymi palcami w blat.
- Zacznijmy nasłuchiwać… Uważnie.
- Jesteśmy w tej okolicy już parę dni - powiedział Tony. - Może dotarło w te okolice cokolwiek, jakiekolwiek sygnały z dalekiego świata. Skoro nie rozwaliło nam anten, to może coś złapaliśmy, oprócz sygnałów z tej stacji. *
 
BG jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 06-07-2020, 03:36   #10
Majster Cziter
 
Pipboy79's Avatar
 
Reputacja: 81703 Pipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputację
Tura 02 - Dzień 6 08:00

Czas: Dzień 06; 08:00
Miejsce: przedział załogi; mesa
Skład: wszyscy



Wszyscy



Wyglądało na to, że załoga powoli wraca do normy. O 8 rano to już zwykle wszyscy już powinni być na swoich stanowiskach i robić swoje. Przynajmniej na większych jednostkach z liczniejszą załogą czy jakichś stacjach. Na mniejszych jednostkach z o wiele mniej liczną załogą zwykle było więcej luzu. Ale i tak gdzieś w tą porę to już wypadało się zacząć zajmować swoją robotą do wykonania. No chyba, że ktoś miał dyżur czy co. Ale w porównaniu do wczorajszej doby to i tak dzisiaj wszyscy zebrali się wcześniej na to śniadanie. Brakowało tylko Zeevy która widocznie miała nawrót słabości po tym trudnym wybudzeniu. Można było trzymać za nią kciuki by jak najszybciej przezwyciężyła ten kryzys i wróciła do zdrowia. W końcu była marine ze swoją ciężką bronią była ich główną siłą uderzeniową w razie siłowych rozwiązań kłopotów.

Apetyty też zdawały się wszystkim obecnym dopisywać. Czuli się na tyle dobrze by móc nie tylko jeść ale też i wymienić się uwagami, żarcikami czy informacjami o drugiej połowie wczorajszego dnia. Pierwszego od wybudzenia jaki można względnie uznać za normalny. I drugą bo skróconą pierwszą połowę spędzili razem. Najpierw na tym pierwszym, wspólnym posiłku a potem na siłowni.

Ćwiczenia zarządzone przez kapitana okazały się bardzo ciekawe. Wyniki były… No zależy jak na to patrzeć. Pod względem rekordów to kiepskie. Dobrze, że to nie był regularny test sprawnościowy na astronautę jaki co pół roku przechodzili wszyscy astronauci bo chyba wszyscy trafiliby do poprawki. Okazało się, że o ile odpoczynek i stymulanty serwowane przez Seth pomagają wrócić do normy w dość spokojnych warunkach to już nie wystarczają gdy coś zaczynało się dziać. Przy zwiększonym wysiłku fizycznym wracały zawroty głowy, mdłości, kłopoty z koncentracją i koordynacją. Wyniki każdego z załogantów były o 20%, 30%, 40% gorsze od tych z Pegasusa. Mniej lub bardziej ale osłabienie dopadło każdego bez wyjątku. Chociaż nie aż tak jak pierwszą dobę po przebudzeniu.

Wyniki więc trudno było nazwać satysfakcjonującymi. Ujawniły jednak nie tylko przeszkolonemu personelowi medycznemu, że jeszcze nie wrócili w pełni do swojej formy i funkcjonują głównie dzięki stymulantom które utrzymywały ich w psychofizycznej równowadze. Ale ciało po długotrwałym leżeniu w skrajnie niskich temperaturach, w bezruchy, stymulowane jedynie sztucznie przez odpowiednie bodźce hibernatora wciąż jeszcze nie wróciło do normy. No ale właśnie po długotrwałej hibernacji takie objawy były raczej normą. Podobnie jak z całą resztą zostało czekać. Czekać aż ciało oczyści się z chemii w naturalny sposób i przypomni sobie jak się używa poszczególnych mięśni i organów.

Po tych wspólnych ćwiczeniach akurat wypadała standardowa przerwa na lunch jaka umownie dzieliła pierwszą od drugiej połowy dnia. Dzień i noc były oczywiście mocno umowne w zamkniętej przestrzeni sal, kajut i korytarzy sztucznie oświetlanych przez sztuczne światła. Ale już w czasie pierwszych lotów człowieka w kosmos odkryto, że mimo wszystko i ciało i umysł potrzebują jakiejś namiastki nocy by sprawniej funkcjonować. Stąd od północy do 6 rano statek jak wiele innych baz czy statków zapadał w letarg tradycyjnie nazywany nocą. Większość świateł na korytarzach i częściach wspólnych przestrzeni użytkowej było przyciemnionych i raczej nie wykonywało się jakichś intensywnych prac póki nie było sytuacji alarmowej. A o 6 nagle robił się dzień gdy światła ponownie wracały do normy. Podobnie czasem traktowano przerwę na lunch jako okazję do sklejenia powieki, zwłaszcza jak komuś jednak wyszedł jakiś nocny dyżur. Lunch trwał od 14-ej do 16-ej po czym następowała druga połowa dnia zwana zwykle popołudniem czy wieczorem. Właśnie gdzieś jak standardowo zaczynała się przerwa obiadowa to akurat skończyli sesję treningową w siłowni i każdy mógł się zająć sobą i swoimi zadaniami. No i znów teraz, przy śniadaniu zebrali się prawie w komplecie.



Tony



Wczoraj miał okazję posiedzieć na mostku i sprawdzić co pokazują skany o tym “Archimedesie” i porównać z tym co komputery miały w swojej pamięci. Było to o tyle łatwe, że komputer wyświetlał wszelkie potrzebne rzuty, pokazywał pomiary, obliczał odległości czy podsuwał potrzebne dane. Więc dość szybko Tony mógł zweryfikować wcześniejsze słowa Chris, że rzeczywiście żaden z “Archimedesów” jakie komputer miał w pamięci nie pasował do tego którego mieli w tym systemie. Nawet jak się wbiło po szukanej nazwie to ani stacje ani statki nie pasowały do sygnatury jaką odbierały anteny statku.

Trochę lepiej było z pomiarami wielkości, masy i kształtów. Wyglądało na to, że ten “Archimedes” jest całkiem sporą stacją. Miał prawie 3 km średnicy i wyglądał na twór sztuczny. Jak na samodzielny obiekt to był całkiem spory. Większe się zdarzały ale zwykle gdy budowano na jakimś skalnym rdzeniu asteroidy czy czegoś podobnego. Łatwiej wówczas było o dobudowywać kolejne elementy na powierzchni lub pod. No ale stacja zbudowana w całości w przestrzeni to zupełnie jak z budową statków kosmicznych. A te zwykle miały kilkaset metrów. Nawet ich frachtowiec był już całkiem niczego sobie, do chucherek nie należał a jednak miał prawie kilometr długości. A pod względem masy różnica między ich statkiem a tą stacją musiała być jeszcze większa nawet jeśli frachtowiec miał pełne ładownie. Czyli nawet te pobieżne zestawienie wskazywało, że “Archimedes” to całkiem spory obiekt do zwiedzania. I tak wielkie obiekty ludzie raczej budowali jako całkowicie automatyczne. Pomijając choćby to, że automaty nie potrzebowały tych wszystkich systemów podtrzymywania życia co zabierały mnóstwa energii i przestrzeni. Dlatego choćby ładownie frachtowców były ich zwykle pozbawione o ile nie były przystosowane do przewożenia żywych ładunków. Więc tak wielka stacja raczej powinna mieć jakąś załogę. Przynajmniej na etapie projektowania takiego obiektu.

Porównanie kształtów zdradziło, że raczej nie jest to instalacja militarnego przeznaczenia. No chyba nie. Silosy rakiet mogły być ukryte i nie wyróżniać się za bardzo ponad powierzchnię. Obecnie skany bazowały głównie na echu radarów, lidarów, wykrywaczach anomalii magnetycznych i grawitacyjnych. Stąd komputer miał całkiem solidne pomiary jeśli chodziło o skład chemiczny, rozmiary, kształt i masę. Ale już czujniki optyczne nie były pierwszej ani drugiej jakości. W końcu frachtowiec to nie jednostka zwiadowcza Floty. Więc z tej odległości pokazywały dość schematyczne barwy które po obróbce z pozostałymi komputer nanosił i uzupełniał obraz. Ale taki detal jak pokrywy rakiet mógł w takich warunkach łatwo umknąć i skanom i komputerom.

Pewnym pocieszeniem mogło być to, że każda rakieta działała na impuls wysłany przez człowieka czy komputer. A ci bazowali na danych odebranych od czujników. No a te potrzebowały energii. A energii coś za bardzo ta stacja nie emitowała. Tak samo jak sygnałów. Czujniki optyczne nie były może pierwszej jakości ale jednak jakieś światełka powinny już jednak wykryć. Tymczasem bryła stacji pozostawała ciemna i głucha. Mniej pocieszające było to, że do wystrzelenia rakiety potrzebna była energia która przesłana z reaktora nie musiała być wykrywalna przez szczelne pokrycie stacji czy statku. A skanery, zwłaszcza te naukowe czy wojskowe, jeśli pracowały w trybie pasywnym nie musiały emitować żadnych sygnałów. Zwłaszcza militarne stacje i okręty unikały aktywnych skanów bo te choć znacznie dokładniejsze to też zdradzały własną pozycję. Tylko jeśli to byłaby instalacja militarna w trybie pasywnym to nie powinna emitować respondera tak jawnie zdradzającego własną pozycję.

Zaś schematy pokazywały, że instalacja zacumowana do satelity Antares 9 były nieco podobne do znanego typu “Calisto 2000”. Tylko “Calisto 2000” były znacznie mniejsze. Gdzieś o połowę. No ale ogólne rozplanowanie wykrytych kształtów mniej więcej się zgadzało. Gdy komputer powiększył kształt “Calisto” by nałożyć na wykryty kształt bazy no to nawet gołym okiem widać było podobieństwo. Oczywiście sporo detali było innych ale kształt ogólny mniej więcej się zgadzał. No tylko wielkość tego “Archimedesa” była ze dwa razy za duża na to by być stacją typu “Calisto 2000”. Tak wielkie stacje komputer też miał w pamięci no ale wtedy z kolei kształt był wyraźnie lub całkiem inny.



Vicente



Po wyczynach w siłowni i na bieżni informatyk o zadbanych dłoniach mógł przejść się do trzewi przedziału załogowego by osobiście obejrzeć sobie hardware głównego komputera. Sprawdził go jak tylko umiał. Ale nie znalazł żadnych oznak włamania czy awarii. Sama pancerna klatka w której był komputerowy rdzeń mogła w razie potrzeby funkcjonować całkowicie niezależnie od reszty statku. Nawet gdyby zerwało całkowicie wszystkie połączenia z resztą statku to komputer powinien funkcjonować dalej póki nie padną generatory rezerwowe. Nawet jeśli dla reszty statku by wyglądało to jak blackout to póki miał energię powinien funkcjonować. A gdyby miał połączenie z kablami energetycznymi doprowadzającymi energię z generatora to właściwie mógłby funkcjonować póki ta energia płynęła.

No ale gdy wszedł do środka tej klatki nie znalazł żadnych uszkodzeń. Łącza jakie łączyły trzewia komputera z resztą statku nie były uszkodzone. Więc wyglądało jakby nikt ich nie ruszał. Podobnie z samym komputerem. Gdy przyszedł pod niewielkie drzwi jakie prowadziły do klatki historia panelu nie zdradzała żadnych wejść do środka. Co prawda od resetu czyli od paru dni w tym systemie. A poprzednie było jeszcze przed skokiem podczas standardowej kontroli i to przeprowadzonej przez niego samego. Pomieszczenie było samowystarczalne więc właściwie nie było potrzeby tutaj przychodzić.

Oczywiście gdyby ktoś był aż tak cwany i zdolny by jakoś wyłączyć cały komputer to pewnie i umiałby zatuszować swoje grzebanie przy panelu. Ale były jeszcze plomby. Fizyczne plomby jakich już nie było tak łatwo podrobić. Nosiły jego własną sygnaturę i datę gdy właśnie ostatni raz był tutaj i po wyjściu zapieczętował plombami to pomieszczenie. By podrobić takie plomby to już ktoś musiałby dorwać się to jego magazynu, wziąć taką plombę i wbić potrzebne dane jakie były na starych plombach. Pomijając na chwilę to, że musiałby być fizycznie na tym statku, w jego magazynie, być świetnym, wręcz genialnym hakerem i znać się na plombach to jeszcze by musiał być niezłym chemikiem. Bo w plombach był chemiczny marker który odpowiednim skanerem mógł podać przybliżony czas odkąd został uaktywniony czyli kiedy założono plombę. Nie był tak dokładny jak kod kreskowy i reszta oznaczeń ale właśnie za to był trudny do podrobienia. I obecnie skaner pokazywał przybliżoną datę na skanerze taką jak i Vicente widział gołym okiem. A chemiczny skaner pokazywał wiek 52 lat. Plus/minus 2-3 lata.

Oczywiście tak istotne plomby jak te do trzewi głównego mózgu statku jakim była wewnętrzna klatka głównego komputera podlegały ścisłemu zarachowaniu. Więc gdyby ktoś włamał się… i tak dalej, to jednej plomby w magazynie powinno brakowac. Ale nie brakowało. Oczywiście ktoś jeszcze mógł przyjść z własną podrobioną plombą ale to już by musiał zawczasu wiedzieć co i jak podrobić no i w ogóle być zawodowcem w takich trikach. Inaczej wszelkie znaki na niebie wskazywały, że nikogo tutaj poza Vincentem nie było. A sam Vicente był gdy ostatni raz rutynowo był w tym cicho szumiącym pomieszczeniu wypełnionego rzędami “szafek” w których mieścił się rdzeń głównego komputera. Zresztą same “szafki” też jakoś nie nosiły śladów zniszczeń czy innej ingerencji.

Gdy już informatyk wrócił na mostek i zostawił komputerowe trzewia w spokoju to mógł się zająć tym co mu zlecił Tony. By sprawdzić ostatni obraz z czujników przez blackout statku. Co prawda Vicente był informatykiem i robotykiem a nie wykwalifikowanym skanerem więc do tej roboty nadawał się tak samo jak każdy inny z ich załogi. No ale jednak chodziło o wgapianie się w holo i fizyczne ekrany co było pokrewne temu czym się zazwyczaj zawodowo zajmował. No i może się za bardzo nie znał na wychwytywaniu wszystkich sygnałów jakie komputer otrzymywał od swoich elektronicznych oczu i uszu ale jakoś nic specjalnego nie zobaczył.

Rozpoznał obraz systemu Pegasa widoczny za rufą jednostki. Stację graniczną znacznie bliżej niż gwiazda centralna i wszystkie globy. W końcu stacja graniczna pilnowała samej bramy i ruchu przy niej niczym wieża lotniska na lotniskach. Jej obfitą sygnaturę dało się rozpoznać bez problemu. Tak samo jak inne jednostki na orbicie parkingowej jakie czekały na skorzystanie z bramy czy na cokolwiek innego. To wszystko zazwyczaj tak wyglądało przy korzystaniu z bramy.

Samą pierwszą ramę bramy przy jakiej każdy statek precyzyjnie się ustawiał przed wystrzeleniem w kosmos też dojrzał bez problemu. Podobnie jak kolejne gdy już z wolna rozpędzający się pocisk w jaki zmieniał się statek mijał. Kolejne śmigały coraz szybciej aż zbyt szybko dla ludzkich reakcji. Ale skanery dalej je rejestrowały i przesyłały sygnał do komputera dlatego teraz można było dowolnie zrobić stopklatkę i oglądać do woli.

W końcu ramy bramy znikły za rufą a statek nabierał planowej prędkości. Skanery jeszcze odbierały sygnały z Pegasusa którego już z tej odległości od systemu ludzkie oko rejestrowałoby tylko jako świetlną kropkę gwiazdy centralnej na tle całej masy innych kropek. Statek nabrał już 0,1 pś gdy bez ostrzeżenia pojawiał się blackout. A potem jakby nigdy nic kolejny obraz to już jak dryfują w stronę centrum Antaresa. Zupełnie jakby ktoś połączył pierwsze i ostatnie kadry filmu kompletnie tym blackoutem wycinając cały środek.



Agnes



Po ćwiczeniach jakie zarządził Tony Agnes razem z nim i Vicentem poszła na mostek. Tylko zajęła się drobną korektą kursu. Właściwie to jak na razie automaty świetnie radziły sobie z prowadzeniem statku na autopilocie. I co tu nie ukrywąć ludzie już wieki temu odkryli, że póki sprawy mają się rutynowo to wszelkie komputery i automaty zwykle sprawdzają się lepiej i są bardziej niezawodne od ludzi. Dopiero jak się coś działo to już automatyzacje nie zawsze mogła okazać swoją wyższość.

Wyszkolony nawigator nie miała większych trudności by wprowadzić do programu odpowiednie komendy. Takie które przekierują końcówkę lotu frachtowca na dość mocno oddaloną orbitę od naturalnego satelity Antares 9 wokół którego krążył “Archimedes”. Czy gdyby stacja miała ich zaatakować zwiększyłoby to ich szanse czy nie to trudno było zgadnąć. Frachtowiec z pełnymi ładowniami to nie był myśliwiec czy łamacz blokady. Tylo duża, powolna i niezgrabna tarcza strzelecka. W uniknięciu trafienia pociskiem manewrującym miał dość mizerne szanse. A jako frachtowiec nie mieli żadnych boi czy wabików jak wojskowe jednostki które miały szanse zmylić rakiety i odciągnąć od właściwego celu. Właściwie jednak to też była i główna broń frachtowca. Wielkość i masa. Cel tak masywny mógł przetrwać wiele bezpośrednich trafień. Chociaż jako całość a niekoniecznie jak się było w miejscu trafienia takim pociskiem.

Z większej odległości po prostu mieliby więcej czasu na reakcję i podziwianie widoków chociaż na sam unik przed rakietami to już niekoniecznie. No może jakby stacja postanowiła nagle eksplodować to z większej odległości powinni mniej to odczuć. Z większej odległości dalej też było dropshipem w tą czy z powrotem na tą stację. No ale to już nie należało do obowiązków nawigatora.

Więc gdy wprowadziła komendy by ustawić końcówkę lotu zgodnie z życzeniem kapitana mogła się zająć swoją drugą pasją czyli biologią. Opuściła mostek i poszła odwiedzić Seth by dać znać, że jest już wolna. No i przejść się do magazynu części gdzie najwięcej do powiedzenia zwykle miała Alice by wziąć co trzeba no i we dwoje pójść do zdziczałego ogrodu.

Na miejscu jednak odkryli, że wewnątrz jest istne piekło. Dosłownie. Termometr przy wejściu pokazywał 65*C. I było wilgotno jak w saunie. Jeśli chcieli tam pracować to albo wypadało posłać tam roboty albo samemu ubrać się w hermetyczny skafander ochronny który chronił właśnie także od tropikalnych temperatur. Gdy skończyli oczyścili przynajmniej kawałek od głównego wejścia chociaz na tyle by znów dało się zamknąć drzwi. I całe szczęście bo już w połowie korytarza na jakie wychodził bił w nozdrza i twarze ten zgniły, tropikalny zapach i duszący, mglisty zaduch sauny.

Coś tam musiało się skaszanić. Może po prostu rośliny zarosły te wszystkie automatyczne podajniki, dozowniki i resztę czy też te uległa awarii więc rośliny zarosły wszystko. Skutek trochę mieszał się z przyczyną. Ale ten kawałek ogrodu co dało się im w końcu wejść pozwolił pobrać odpowiednią ilość próbek. Te które potem mogli zbadać pod mikroskopem w zaciszu medlabu.

Cóż jakichś nowych gatunków mikrobów czy roślin nie odkryła ani żadnych mikrokosmitów. Ale czy to badając rdzenie pobrane ze zdrewniałych roślin czy wiek komórek wyszło im jakiś wiek. Ze 100 lat. Plus minus kilka lat w jedną lub drugą stronę. Gdzieś przez tyle czasu rosły kolejne przyrosty pobrane z drzew. No ale te drzewa już trochę miały na koncie już w Pegasusie i pewnie we wcześniejszych lotach. W końcu były tutaj jak Agnes się zamustrowała na ten statek.

Jednak zwykle w słojach dość ładnie odznaczały się kolejne ciemniejsze przekroje. W naturze oznaczały one zimową porę gdy roślina zwalniała wegetację by zapaść jakby w sen zimowy. W kosmosie oznaczało to jednak zwolnienie tempa podczas długich lotów gdy załoga zapadała w hibernację. Komputer więc zwykle oszczędzał energię na systemach podtrzymywania życia i przechodził w tryb oszczędny. Dotyczyło to także wszelakich szklarni i ogrodów. Więc taka “zima” mogła trwać nawet kilka, kilkanaście czy w skrajnych wypadkach nawet kilkadziesiąt ziemsik lat gdy roślina zapadała w letarg bo komputer oszczędniej dawkoał światło, energię, ogrzewanie i substancje odżywcze. Ale nie tym razem.

W trzonie pobranym ze drzewa wszystko to zgadzało się mniej więcej do połowy przekroju. Przez jakieś pierwsze pół wieku wiele było ciemniejszych okresów gdy statek przemierzał międzygwiezdną pustkę i rośliny hibernowały razem z resztą załogi. Ale nie przez drugie pół wieku. Tutaj właściwie ciemne warstwy były ledwo zauważalne. Właściwie nie było ich wcale. Nieposkromiony przez pół wieku przyrost. Dzikie życie w najpierwotniejszej postaci. Żadnego letargu, żadnej hibernacji, kilka dekad aktywnego życia. Efekt był taki jaki i widać było gołym okiem w ogrodzie. Dzika, nieokiełznana zieleń walcząca ze sobą o przestrzeń, wodę i energię. I to samo widać było pod mikroskopem.



Seth



Chociaż Seth uważał się za człowieka nauki a nie jakiegoś mięśniaka czy co to jednak jego też nie ominęły wczorajsze wspólne tortury co wymyślił Tony. Chociaż co by nie mówić z medycznego punktu widzenia miało to jak najwięcej sensu. Zwiększenie fizycznej aktywności pozwalało szybciej wypocić wszelką chemię zalegającą w organizmie. Poza tym dało ciekawe próbki. I te policzalne stoperem, gołym okiem jak i pod mikroskopem.

Potem z Agnes buszowali po ogrodzie. Chociaż to może raczej busz buszował po nich. Dobrze, że były roboty i reszta narzędzi. Zanim się tam będzie znów można spokojnie przechadzać to trzeba będzie najpierw mocno przyciąć te chwasty. Przyjemny i kulturalny park zmienił się w miniaturkę dżungli tropikalnej zamkniętej w klatce ograniczonej przestrzeni. Do tego zamkniętej w saunie.

Gdy wreszcie Agnes uznała, że mają wystarczająco dużo i odpowiednich próbek mogli wracać do medlabu. W końcu to właśnie tam był najlepszy sprzęt do badania próbek pod mikroskopem i nie tylko. Tam mógł też rzucić na to okiem ale właściwie Tony zlecił mu co innego. A te ćwiczenia i wcześniej pobrane próbki pozwoliły mu na odpowiednio szeroki materiał badawczy.

Próbki krwi i moczu zdradziły dość wyraźnie, że każdy z pacjentów jest świeżo po wybudzeniu z kriosnu. Dokładniejsze badania pozwoliły ustalić, że wszyscy mają podobne stężenia mieszanki kriosnu. Wykrywał między innymi odmrażacz który pozwalał zidentyfikować, że to próbki osób już wybudzonych a nie wciąż w stazie. Same jednak próbki krwi i moczu nie mówiły zbyt dokładnie jak długo trwał kriosen. Stężenia i rodzaj chemikaliów pozwalały określić, ze długi. Pewnie na kilkadziesiąt lat. Ale na tym dokładność badań się kończyła. No ale były jeszcze włosy.

We włosach odkładały się różne rzeczy w tym także używane chemikalia i stymulanty. Tutaj też wykrył, że należą do pacjentów którzy byli poddani długotrwałemu podawaniu mieszanki kriogenicznej co w praktyce oznaczało hibernację. I samo to badanie może nie dałoby dokładniejszych wyników niż badani płynów organicznych. No chyba, że się miało próbki włosów pacjenta sprzed tego lotu by porównać co się zmieniło w porównaniu do stanu obecnego. A tak się składało, że miał takie próbki od każdego z załogantów. No i jak porównał te dwa rodzaje próbek to już wynik udało mu się zawęzić dość dokładnie. Jakieś pół wieku karmienia kriogenicznymi odżywkami. Plus minus rok czy dwa.

Pół wieku to dość długi okres jak na jednorazowy sen. Graniczny jaki zwykle uznawano za bezpieczny margines po jakim medycyna zalecała wybudzenie pacjenta dla skontrolowania czy wszystko jest w porządku. Dłuższa hibernacja już mogła zaowocować różnymi skutkami ubocznymi których lepiej było unikać. Jak spali pół wieku to nic dziwnego, że wszyscy wymiękli po przebudzeniu. Praktyka lekarska studentów pierwszego roku medycyny kosmicznej w prosty sposób przeliczała 1 dekadę kriosnu na 1 dobę kiepskiego samopoczucia. To była taka anegdotka medyczna no ale jednak wzięta z praktyki medycznej bo zaskakująco często się sprawdzała.

Skutkiem ubocznym tak długiego okresu hibernacji był termin przydatności do użycia wielu produktów w tym leków. Co prawda kosmiczne produkty były projektowane z myślą o latach i dekadach w przestrzeni kosmicznej no ale jednak było raczej pewne, że przez pół wieku to części produktów musiał minąć okres bezpiecznego użytkowania.

Koniec końców nie miał wczoraj za bardzo czasu ani głowy by zająć się czymś jeszcze. Jak choćby przygotowaniem tego ekwipunku medycznego na wyprawę do “Archimedesa” o jaki prosił Tony. No ale i tak mieli tam jeszcze lecieć ze dwa dni czy coś takiego.



Alice



Wytatuowana inżynier pokładowa sporą część drugiej połowy dnia spędziła w hangarze. Głównie dlatego, że tam był dropship jaki kazał jej sprawdzić Tony no i tam były sondy jakie kazał jej sprawdzić Tony. Sondy jak sondy. To były automaty jakie statek z siebie wypluwał w przestrzeń raczej jednorazowego użytku. Co innego dropship. Jako pojazd przeznaczony do przewozu załogi i pasażerów wymagał dokładnej kontroli przed i po każdym locie. No a jak jeszcze miał stać w bezruchu w hangarze od nie wiadomo jak dawna to już w ogóle. Przecież strach było pomyśleć co by się stało gdyby doszło do dehermetyzacji przedziału ładunkowego albo nawalił jakiś silnik manewrowy podczas dokowania. Więc tak, właściwie to większość wczorajszego dnia spędziła w hangarze z tym dropshipem. No ale na szczęście lub nie nie była sama. Miała towarzystwo!

Jak tylko znalazła się w małej śluzie powietrznej jaka oddzielała hangar od reszty statku znalazła się sam na sam z cheerleaderką - nimfomanką i jej kusząco skromnym, wręcz symbolicznym ubranku. Ponętnie uśmiechnięta dziewczyna dumnie prezentowała swoje kobiece atrybuty. Jenny była miss lutego i tym radosnym uśmiechem witała każdego kto szedł albo wracał z hangaru. Alice nie miała pojęcia od jak dawna Jenny tu jest, pewnie umieścił ją tu ktoś z wcześniejszego składu załogi bo gdy pierwszy raz tu przyszła to miss lutego już przesuwała dłońmi po swojej podartej koszulce uśmiechając się do niej zalotnie. A podobno po całym frachtowcu był rozwieszony cały kalendarz tych holograficznych ślicznotek. Część z nich sama już zdołała odnaleźć no ale nie wszystkie.

No i była jeszcze Chris. Może nie była tak roznegliżowana jak Jenny ale za to materialna no i była domyślnym pilotem dropshipa więc z całej załogi była najwłaściwszą osobą do zajmowania się nim. Więc pewnie to ona by pilotowała pierwszy kurs na “Archimedesa”. Więc praca rozłożona na dwie pary specjalistycznych rąk szła znacznie sprawniej no.

Wczoraj sprawdziły we dwie napęd dropshipa. I ten nie sprawił im zawodu ani kłopotu. Działał i wystarczyło go przeczyścić. Zdążyły też sprawdzić dysze i już na sam koniec ładownie. Też raczej bez rewelacji. Na dzisiaj zostały im skany i kabina pilotów oraz awionika. Jak nie będzie niespodzianek to zajmie im to pewnie pierwszą i drugą połowę dnia.

Sądząc po warstwie zaskorupiałego i nieco przymarzniętego kurzu to nikt niczego nie ruszał odkąd zapakowali dropshipa w Pegasusie przygotowując go do lotu przez bramę. Hangar mieścił się tuż przy ale jednak poza strefą załogi. Poza tym w porównaniu do kajut, mesy i innych standardowych pomieszczeń załogi to był spory. To sprawiało, że zawsze było tu albo zimno albo dość chłodno. Raz, że przez większość czasu nikogo tu nie było a dwa to właśnie takie coś o tak dużej powierzchni było trudne do ogrzania. Dobrze, że sam dropship miał wewnątrz ogrzewanie a większość pracy odbywała się wewnątrz. No i dlatego te sondy to na razie nie miała się kiedy nimi zająć.



Ryan



To na Ryana spadło zraportowanie stanu uzbrojenia osobistego. Co prawda wczoraj sprawdzał to z Zeevą no ale jak ją zmogło to z ich dwójki został on. Chociaż właściwie sprawa wyglądała dość rutynowo. Większość sprzętu okazała się sprawna i działała bez zarzutu. Co mieli okazję z siostrą Seth sprawdzić na strzelnicy. Chociaż wyniki strzelania wyszły im podobne jak w siłowni czyli zauważalnie poniżej własnej średniej. Tak więc tak, luf mieli do dyspozycji całkiem sporo. Każdy mógł bez problemu wziąć jakiś pistolet. No shotgunów to już może dla każdego by nie starczyło ale prawie. Właściwie to chyba każdy by miał coś większego niż broń krótka gdyby trzeba było walczyć. Gorzej jakby doszło do utraty jakiegoś egzemplarza. No to już niekoniecznie by było czym je zastąpić. W końcu to był frachtowiec a nie jakiś statek wojskowy czy choćby przemytniczy. Odkąd się zatrudnił w tej ekipie jakoś na pokładzie nie było potrzeby używać broni.

Podobnie sprawa miała się z pancerzami. Po lekkim pancerzu jaki popularny był wśród cywili ze względu na lekkość, wygodę i dyskrecję to też raczej starczyłoby dla każdego. No gorzej z tymi sztywnymi, wojskowymi modelami zapewniającymi o wiele lepsza ochronę no ale właśnie nie dało się ich ukryć z ich sztywną skorupą. Te mieli tylko dwa z czego jeden był Zeevy. Na swój sposób lekkimi pancerzami były skafandry próżniowe. Co prawda raczej nie powstrzymałyby prawdziwego ataku nożem, kulą czy odłamkiem no ale za to na każdego załoganta przypadało po kilka sztuk ale były hermetyczne, miały zapas tlenu na 12 godzin no i chroniły przez większością przypadkowych uszkodzeń.

Z drugiej strony zdawał sobie sprawę, że poza Zeevą co miała ekwipunek jak regularny marine i umiała go używać to reszta zabawek była typowo cywilna. Gdyby doszło do starcia z prawdziwymi marine to w otwartej walce sens byłoby stawiać na oddział regularnego wojska niż na załogę frachtowca z pistoletami i shotgunami.

Gdy się rozstał z czarnowłosą marine po sprawdzeniu zasobów zbrojowni mógł zająć się tym co zamierzał. Czyli sprawdzeniem okolic głównego komputera. Sprawdził okolicę skanerem. Ale nie wykrył nic specjalnego. Żadnych tajnych otworów, nieplanowanych spawów jakie by powstały gdyby ktoś zaspawał wycięty wcześniej otwór ani żadnych takich niewidocznych na pierwszy rzut oka śladów. Chociaż na same ślady natrafił gołym okiem. Przy panelu do drzwi prowadzących do samego komputera jaki osadził się pył po tak długim czasie widać było ślady palców. Musiały być świeże pewnie już po przylocie do Antaresa. Samego wnętrza komputera nie mógł sprawdzić bo nie miał takich uprawnień. Ktoś z załogi by musiał otworzyć ten panel gdyby chciał wejść do środka. I gdzieś na tym skończył wczorajszy dzień.



Jericho



Drugą połowę wczorajszego dnia Jericho spędził na wycieczce krajoznawczej. Pierwszym punktem programu jaki sobie wybrał był magazyn z żywnością. Magazyn był podzielony na dwie części. Te produkty co wymagały niskich temperatury były przechowywane w chłodni i lodówkach a te które niekoniecznie w bardziej standardowych pojemnikach.

Już przy samym wejściu poznał, że może będzie dobrze. Przy nieco zakurzonym panelu nie dostrzegł śladów czyichś paluchów. A historia zamka nie zdradzała by ktoś go używał. Co prawda nie był pewny jak to ma się do blackout. Ale to co było w pamięci zamku pokazywało, że odkąd zamknął te drzwi w Pegasusie to nikt ich nie otwierał.

Gdy z kolei je otworzył i zapalił światło szybko przekonał się, że chyba wszystko jest jak powinno. Tylko w jednym miejscu coś się poluzowało i jedna z szafek wywaliła się wysypując paczkowane racje na podłogę. Ale dla jego ramion podniesienie tej szafy nie stanowiło większego wyzwania. Potem trochę pracy i pozbierał te racje na swoje miejsce. Takie wypadki zdarzały się podczas każdego lotu więc mimo wszystko było to całkiem normalne. W chłodni też wszystko wyglądało tak jak pamiętał. Więc tutaj było raczej w porządku.

Co prawda jak się zaopatrywali w prowiant to raczej nie na podróż do tego systemu gdzie wylądowali. I nie było wiadomo kiedy następnym razem będzie okazja uzupełnić zapasy skoro byli pośrodku niczego. Jak sprawdził na wyświetlaczu listę posiadanych produktów i policzył na 8 osób, bo pod względem jedzenia to Chris mógł nie liczyć, to mieli tych zapasów na jakieś 3 lata. Jeśli by odżywiali się tak jak do tej pory. Pewnie trochę dłużej jakby oszczędzać. No i problem odżywiania właściwie znikał jeśli znów wleźliby do hibernatorów. Na razie przynajmniej więc śmierć głodowa im nie groziła. A co będzie po tych 3 latach to nie miał pojęcia.

Skoro Zeev i Ryan mieli się zająć zbrojownią to przynajmniej sprawdzenie tego pomieszczenia mu odpadało. Po magazynie żywnościowym zaczął sprawdzać kuchnię i mesę bo były po sąsiedzku. A potem dalej. Właściwie to zdążył zwiedzić większość pomieszczeń załogi. Wszędzie obraz jawił się podobny. Czyli gdzieś coś pękło, coś się przewaliło, coś wyciekło, tam się nie paliło światło a gdzie indziej blokowały drzwi. Ale to raczej też nie wyglądało jakoś drastycznie na tak długi lot. Alice będzie miała z tym trochę zajęcia ale pewnie sobie poradzi. Najgorzej chyba wyglądało to co odkrył prawie na samym początku czyli ogród. No tutaj to trzeba było zakasać rękawy by zrobić porządek z tą zdziczałą dżunglą. No albo roboty posłać.

W każdym razie nie znalazł niczego co by świadczyło o tym, że ktoś się włamał czy buszował jak oni spali w swoich lodówkach. Nie znalazł też czegoś co by ewidentnie brakowało. Oczywiście tak się przeszedł po przedziale załogi. A to była jak przylepa do właściwej części frachtowca czyli przepastnych ładowni. No ale tam nie było systemów podtrzymywania życia ani hibernatorów więc raczej nie było warunków by ktoś tam przetrwał dłużej niż powietrze w skafandrze.
 
__________________
MG pomaga chętniej tym Graczom którzy radzą sobie sami

Konkurs: http://lastinn.info/liczowe-konkursy...tml#post886124
Pipboy79 jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Odpowiedz



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 22:45.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2020, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169