Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Świat Mroku
Zarejestruj się Użytkownicy

Sesje RPG - Świat Mroku Czy wiodłeś przykładny żywot? Czy grzechem zbrodni okryłeś istnienie swe? Na próżno! Życie ci skradli, wpisali Cię do przeklętych ksiąg, chyba... że pogrążysz się w mrok! Niech ciemność – matka zbłąkanych dusz - utuli Cię. Poczuj ból egzystencji i powstań z popiołów jako Nocy Dziecię.


Odpowiedz
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 05-10-2017, 10:11   #1
 
Mira's Avatar
 
Reputacja: 7270 Mira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputację
[Dark Ages] Wspomnienia Kocich Łbów



Kilka lat wiele zmienić może. Bardzo wiele…

Roku 1457 w Pradze zmarł Władysław Habsburg zwany Pogrobcem, przez co rozsypało się jak domek z kart budowane Imperium. Władzę w Czechach i na Morawach przejął Jerzy z Podiebradów, a na Węgrzech i w Chorwacji zaczął rządzić Maciej Korwinem zwany. Zapowiadało to niepokoje na wschodzie.
Rok później zmarł papież Kalikst III, wielki nieprzyjaciel rosnących w siłę Turków, którzy zniszczyli wszak niedawno Wschodnie Cesarstwo Rzymu.
Niedługo później we Francji zmarł król Karol VII, a że syn i następca jego Ludwik, jedenasty tego imienia na tronie Francji, był jawnie za ograniczaniem przywilejów szlachty to i tu szykowały się kłopoty. Trwały wojna o koronę w Anglii i bój Królestwa Polaków z niemieckim Zakonem Szpitalników Najświętszej Maryi, a wiele mogły zmienić ewentualne klęski i zwycięstwa w tych konfliktach.
Wielu prostych ludzi te wydarzenia nie obchodziły, bo uważali po prostu, że będzie co ma być.

A na pewno myślała tak dwójka sobie zaślubionych, bardziej żywo interesując się swoim losem wzajem wyczytywanym z listów, słanych sobie. Oni to z kolei mieli nadzieję, że tych kilka lat nie jest w stanie nic zmienić.



Cytat:

(...)
Nie chciałem Kocich Łbów. Mógłbym tam żyć tylko wtedy gdyby było to nasze miejsce. Miłością zmywając lata upokorzenia.
Sprzedałem zarządztwo zamku mieszczanom z Coiville, a największe udziały otrzymał Tomasz Gisoreux w zamian za obiecaną sakwę złota. Godnie i ochoczo dopłacili, bo wszak mieszczanie wchodząc w posiadanie Kocich Łbów dostawali to co chciał Jan Hagen, tamtego ranka w “Lorelei”.
Zastrzegłem dwie rzeczy. Że prawo odkupienia mieć będę urzędu, oraz by nikt tam nie bywał, aby Kocie Łby wymarłymi pozostały i pustymi.
Zgodzili się. Wszak wiedzieli o co mi idzie…

Jak rozpoznać czy ktoś służy komuś jak my służyliśmy? Czy gdyby przed śmiercią Torina kazano nam opuścić Kocie Łby z dala od… Uczynilibyśmy to? Przecież wtedy nawet ja bym nie potrafił.
Każdemu ze sług zapewniłem w Coiville godne życie, a tym co woleli gdzie indziej szczęścia szukać, dałem godną odprawę aby zbudowali swój żywot gdzie chcieć będą, ale poza Kocimi Łbami. Ze sobą wziąłem jedynie Bernarda i Noela, bo obaj młodzi ciekawi świata, a i mi przydatni się zdali. Bernarda może giermkiem zrobię, Noel końmi opiekuje się godnie.
Każden ze służby to zaakceptował bez żalu prócz trzech osób.
Pierwszą była Maria co za Tobą tęskniła i widziała cię jako Panią Kocich Łbów, żyjącą godnie i dostatnie. Z nadziei tych obdarta znalazła schronienie u Jana Hagena jako piastunka jego wnuków. Mimo to co dzień płakała. Być może ruszy za Tobą, bo źle jej.
Drugim był Jeremi nie mający się gdzie podziać i ze scriptorium zamkowym tak bardzo związany… On też wręcz płakał. Jednak Noel z Gandawy, pisarz miejski, dał mu pracę i schronienie bo i miasto przejęło scriptorium zamkowe. Oni dwoje jednak jeno po nas rozpaczali, wyruszającymi daleko i może na zawsze… oraz za zamkiem. Domem.
Giselle nie…
Ona nie płakała, ona nóż do ręki wzięła nie chcąc zamku opuścić. Wszak przecież nie o zamek jej chodziło… Związać ją kazałem i wrzeszczącą zabrałem by nikt tam nie został.

Sam nie wiem czy wykrzyczała mi z szaleństwem, czy wyszlochała, że… On kazał jej cię zabić gdybyś nie poszła pod jabłonkę. Na moich oczach.
To miało przechylić szalę mego szaleństwa, a ona Ciebie zastąpić miała. Albo i sama zginąć z mej ręki po jej zabiciu Ciebie, albo z Twojej gdyby nie pogodziła się z tym iż Panią na Kocich Łbach nie będzie, gdybyśmy spełnili jego ostatnią wolę. A może chciał ją wtedy zabrać jako nową służkę? Któż wie co planować mógł ktoś taki jak on?

Giselle do dziś tłucze się w więzach, szlocha i błaga bym pozwolił jej wrócić na zamek. Widząc to miałem już ją zabić nawet by oszczędzić jej tego cierpienia.
Nie wiem czy nie potrafię dlatego, że to znaczyłoby bezbronnej dziewczynie po gardle nożem przejechać, czy też widzę w niej to czym my związani byliśmy? A może widze w niej to, że można jej pomóc, nie tak jak tym w lochach?
Klasztor jaki jej znajdzie, z czasem jej przejdzie.
(...)

P.S. Prócz zapewnienia przyszłości wszystkim z Kocich Łbów, niewiele dla siebie wziąłem.
Reszta co została…
Wyślij zaufanych tam gdzie odzyskałem rękę i przeżyłem ból sporu z ukochaną mą małżonką, ale i następnego dnia bodaj najpiękniejszy dzień w życiu.
Chcę byś to miała i nie żyła w biedzie.
Twój Alexander
Cytat:

Mężu mój Najdroższy
Piszę te słowa i rozpaczam, bo nie jest to jeno frazes. I im dalej od Ciebie jestem, tym bardziej wiem o tym. Decyzji jednak żałować nie mogę. Sam rozumiesz.

Jutro dzień ten nastanie, gdy rodziców swych spotkam i rodzeństwo i w oczy im będę musiała powiedzieć, że ich córka najmłodsza Kornelia nie żyje, a ja nawet nie wiem jak to możliwe.

Lękam się, jak zareagują i nie lękam zarazem, jako ten widz w teatrum. Jakbym czuła, że mnie to tak naprawdę nie dotyczy, że to już nie moja sprawa. A przecież to moja siostra! Straszliwe zniszczenia w mej duszy poczyniły nasze przeżycia. A mimo to, uznasz mnie może za szaloną, lecz wciąż pragnę więcej.

Każdego ranka, nim wstaną słudzy, ćwiczę mieczem, jako mnie uczyłeś, bo czuję, że jeszcze z tej umiejętności skorzystam. Do zakonu przecie nie wstąpię, zaś życie teraz, bez ciebie... To nie życie.

Nie wiem, co pocznę, gdy sprawę Kornelii wyjaśnię, ale martwić się nie musisz. Będę na Ciebie czekać. Teraz i zawsze.

Dzięki Ci za pamięć i troskę, gdy Kocie Łby sprzedałeś. Wyślę tam kogo, najpewniej dotrze za miesiąc księżycowy od dzisiaj poczynając. Niech więc w tych okolicach Maria czeka, jeśli faktycznie chce przy mnie się tułać dalej.

Każdego wieczora modlę się, by wojna w Twym sercu się skończyła. Bóg chyba jednak nas nie słucha. Ja bym nie słuchała... tak wiele złego zrobiliśmy. Czy dla takich jak my Niebo jeszcze kiedyś się otworzy?
Bądź zdrów
Aila d’Eu
Cytat:

(...)
I gdzie był tedy Bóg? Moja siostra jako jedyna zainteresowała się mym losem, chciała osobiście pogratulować zamążpójścia, wierząc, że skoro wybrałam męża poniżej stanu, to musiała być miłość. Skorzystała z okazji, podróżując do ciotki Augustyny, by odłączyć się od orszaku i odwiedzić nas chociaż na jeden dzień. Skąd mogła wiedzieć, że zamiast siostry spotka swoją śmierć...

Nie płaczę ze smutku. Płaczę z wściekłości. Tak drogi Bóg nagradza za dobre uczynki i czułe serce? A może obrażony na nas, krzywdzić zamierza wszystkich, którzy przejmą się naszym losem?

Jestem taka samotna, Alexandrze. I wybacz, że Ci o tym pisze i martwię Cię, lecz nie mam nikogo, komu mogłabym się zwierzyć. Wszyscy są uprzejmi, ale traktują mnie jak powietrze. Moje zdanie się nie liczy, z ozdoby domu stałam się starym, zakurzonym gratem.
Jutro wyjeżdżam.

Gdzie? Nie wiem jeszcze, ale tutaj nie ma mojego domu. Nie ma go chyba już nigdzie.

Napiszę znów, gdy się gdzie na dłużej zatrzymam. Ty pisz swe listy, do domu mego brata Teodora. On jeden okazał mi serce i obiecał, że będzie Twoją korespondencję mi przekazywał.
(...)
Cytat:

(...)
Com ci w listach pisał przez ostatnie pół roku, to udało mi się w końcu. Odkryłem czemu niełatwo znaleźć doświadczonego łowcę wampirów. Imaginuj sobie, że nieumarli większe wpływy mają wśród ludzi niźli te bytujące w zapomnianych zamkach na skraju cywilizacji. Nawet i (pewnie nie uwierzysz) w kościele ich macki wpływów. Wielu takich potężnych jest i władnych by czynić co im się podoba… Gdyby kto taki jak Hansel rozgłaszał się łowcą, to długo by nie pożył. Ot zabawne, polują na siebie wzajem, nie jeno łowcy na wampiry. Co więcej, w inkwizycji podobno i nieumarłych wpływy, toteż najlepsi z łowców samotnie w skrytości działają, bez ujawniania się nawet przed kościołem. Na pogłoskach bazują, sprawdzają je, badają, a gdy okaże się pogłoska prawdą jest - zaczynają taniec z odkrytym przez się wampirem. Valentino sprawdzał jeno pogłoski gdy przybył na Kocie Łby.

Skąd to wiem wszystko, spytasz?
Albowiem po tylu miesiącach znalazłem jednego z łowców. A raczej to on mnie znalazł zaaferowany moimi poszukiwaniami.
Spotkanie pierwsze nie było mi miłe, bo i nikomu miłym by nie było zwisanie głową w dół po ocknięciu się i przygotowane rozgrzane pręty.
Traf chciał, że stary Wilhelm mistrzem był Hansela dawnym i w opowieść mą uwierzył tym bardziej, że na dowód kielich miałem. Wyrzekłem całą prawdę, żem Hansela zabił z miłości do Ciebie, żem tym więzy krwi skruszył, że zniszczyć chcę dawnego pana, że odpokutować śmierć Hansela sam po nim dziurę w szeregach łowców łatając.

Uwierzył.
Na służbę i nauki przyjął.

Parę tygodni za mistrza go mam i wiem teraz jaka najsilniejsza broń na nieumarłych. Nie kusza czy miecz, nie ogień lub słońce, nie kołek.
Wiedza Ailo o nich. Wiedza o nich jest straszną bronią w rękach łowcy.
Może dlatego Hansel był tak blisko sukcesu, choć miał przeciw sobie dwoje nieumarłych i czworo ich sług, samemu jeno stając naprzeciw?
Wiem, pomogło mu też coś, co później go zgubiło.
Mimo to wiem, że wpierw wiele nauczyć się muszę nim do walki stanę.
A uczyć się niełatwo, gdy nie tylko serce, ale i myśli mi wciąż zapełniasz...
(...)
Cytat:

(...)
Myśleć nie mogę jak Ty się tam narażasz. Serce moje co i rusz strach trwoży. Czy to się musiało tak skończyć?

Maria do mnie dotarła. Postarzała się znacznie, ale to wciąż ta sama osoba, co może po swojemu, ale jako jedna z nielicznych mi prawdziwe serce okazała. Teraz azali chcę się odwdzięczyć i podarować jej spokojną starość. Jak dla mnie pracować by nie musiała, ale że się nie zgodzi, to wciąż udaję, że swoje stanowisko piastuje i tylko nowa pokojówka dyskretnie po niej wszystko poprawia.

Czas mija... Niedługo rok będzie, jakżeśmy się rozstali, mój drogi mężu. A ja wciąż nie umiem sobie znaleźć miejsca. Odwiedzałam krewnych, próbowałam wrócić na salony... lecz dzika się zrobiłam, na pruderię niechętna, to i ciężko mi wytrzymac wśród ludzi, którymi kiedyś się otaczałam.

Zaczęłam jednak więcej podróżować. Nowe widoki koją moje nerwy. A to, co napisałeś o wiedzy, myślę, że słuszność w tym masz. Może i ja więc zacznę jej poszukiwać?
Obecnie przebywam w letniej rezydencji mej ciotki w Ardenach. nie wiem jednak czy kolejny Twój list mnie tu zastanie. Postaram się jednak, by kto czekał na niego. Tak jak zawsze.
(...)
Cytat:

(...)
Chciałem poszukać Cię, choć na kilka dni się spotkać, bo nie mogę wytrzymać już. Wilhelm jednak odmówił. Niedawno opowiedziałem mu swoją historię i zarządził wyjazd do Eu, na dwór mego ojca. Nie powiedział mi z początku czemu, ale wnet okazało się, że na turniej w Eu zdążyć chciał.
Ojciec mój wciąż rządzi, choć stary jest, bo siedem dziesiątek lat już mu się zbliża. Pewnie to powodem zgryzot jest Jana z Nevers, który czeka na schedę i odziedziczenie Eu przez jego brata, któren mu zarządztwo obiecał, a który wciąż bezdzietny. Ale Karol choć stetryczały jest to kurczowo trzyma się życia.

Turniej to niewielki był jako i hrabstwo mego rodziciela bodaj najmniejsze we Francji, a Wilhelm kazał mi się zgłosić pod prawdziwym mianem i rzeknąć kim jestem. Co jak pamiętasz lata temu chciałem uczynić. Oczywiście zlali mnie trzonkami partyzan i na początek wrzucili do lochu, ale przed obliczem ojca jednak w końcu stanąłem.
Wyjawiłem mu wszystko łącznie z tym co z matką mą się stało, kim była Nikolette i w jaką niewolę popadłem. Opowiedziałem mu o intrydze Elijahy i czemu z dwóch małżonek legalnych potomków nie spłodził. Czy uwierzył nie wiem…
Uwierzył za to kim jestem, bo zdradziłem parę szczegółów jakie ledwom pamiętał jeszcze z Guise. Nie wstrząsnął nim los matki, alem zobaczył że na samo wspomnienie Anny Angielki starcze oczy zaszkliły się. On wiedział Ailo. Wykorzystał czas gdy Nicolette na dłużej wyjechała na Kocie Łby i wysłał ludzi by zabrali matkę i mnie z klasztoru, ale było za późno. Ona już nie żyła, a ja uciekłem i zniknąłem. Bolało go to całe życie i brak potomstwa jako swoją karę i pokutę traktował. Chyba jeno przez wiek i niedołężność nie przyklęknął gdy o wybaczenie prosił.
Chciał bym rzekł jedną rzecz co może dla mnie uczynić, a ja choć żądać mogłem wiele… poprosiłem tylko by do turnieju dopuścił. Pokazać mu na kogo wyrosłem.

Jak pisałem turniej to był niewielki, nikt znaczniejszy z rycerstwa nie przybył jeno okoliczna szlachta w szranki stawała. Tedy go wygrałem. Karol ujęty tym, oraz tym że poprosiłem o wykazanie się, a nie o zaszczyty, pieniądz lub inne przyziemne sprawy… On uznał mnie Ailo. Oficjalnie to ogłosił i własną ręką na rycerza pasował. Wśród bastardów jestem “spurius” jak rzecze się na nieślubne potomstwo uznane, ze szlachcica i niskiego stanu dziewki. Do dziedzictwa mnie to nie uprawnia, ale szlacheckiego stanu nikt nie podważy. Prawo mam do złotych lilii w błękitnym polu pod czerwonym kołnierzem turniejowym zdobnym złotymi zamkami, bo takim herbem wymierający ród Artois się znaczy. Tyle jeno, że z czarnym pasem, bękarctwa oznaką.
Zabawne…
Choć herb ten dwa i pół wieku ma, to jakże koleje losu oddaje. Lilie złote niczym twe włosy, pole błękitne niczym Twe oczy. Kołnierz turniejowy, na którym herb zyskałem, złote zamki jak ten na którym poznałem Cię i na który chciałbym z Tobą wrócić.

Wybierać mogłem czy przy ojcu zostać, czy z Wilhelmem wyruszać. Alec gdybym został, to nie zabiłbym Elijahy… Nie połączył się z Tobą po jego śmierci. Tak tedy piszę ten list z karczmy na trakcie ku Akwizgranowi, wciąż w służbie Wilhelma. Bo uczynię co mam uczynić i odnajdę Cię wtedy. By żyć przy Tobie.
(...)
Cytat:

(...)
Losy Twe barwne. Aż nie wiem o czy ja bym Ci miała opowiadać. Na opis tęsknoty i pustki, którą mam wciąż w sercu księgę by można spisać, a nie list.

Ja obecnie w Paryżu przebywam, lecz nie dworskim życiem skuszona a zasobami tutejszej biblioteki. Udało mi się w łaski starego bibliotekarza wprosić, toteż gdy urzędujący tam mnisi udają się na spoczynek, mi wolno woluminy przeglądać i wiedzy poszukiwać.

Jako wampir teraz żyję. Nocami studiując, a za dnia odsypiając. Nawet Maria nie ma już siły, by mnie upominać. Chyba też rozumie, że to mi pokój ducha daje, choć czasem wydaje mi się jak słyszę w piersi chrzęst serca, które prawie pękło.
Twoja na wieki mój szlachetny panie mężu
Aila
Cytat:

(...)
Żebym ja wiedział wtedy, żeś Ty w Paryżu na dłużej była…
Zmusiłbym Wilhelma, nie byłoby takiej siły, aby mnie wstrzymał i zabronił przyjechać choć na parę dni. Dziś dopiero listy Twe czytam zgromadzone przez ponad rok w miejscu, w które słałaś. Ich ilość świadcząca jak często pisałaś porusza me serce. sam słałem listy jak często mogłem na zamek twych rodziców, alem sam nie mógł odbierać Twoich słanych jak zawsze na karczmę w Namur. Przez ponad rok byłem bowiem zbyt daleko, aby tam bywać, lub choćby posłańców słać co by mi listy dowozili. Przeczytałem wszystkie na raz, niczym księgę o tym co działo się z Toba przez ten rok.

Wilhelm rzadko poza Renem bywał, stary Niemiec źle czuł się wśród Francuzów, toteż zarządził wyprawę po Rzeszy i na Śląsk, gdzie się wychował. Tam wciąż chaos i zamęt, choć od wojen husyckich już tyle minęło. Ziemie te niby w koronie Czeskiej, ale każdy książe (a bez liku ich) niczym udzielny władca żyje. Pełno też zamków przez rycerzy-rabusiów opanowanych, co władzy żadnej nie uznają. Sama imaginuj sobie jakiż to raj dla wampirów…

Wnet się okazało, czemu Wilhelm chciał abym do Eu ruszył. Valentino nie dostałby się na zamek, gdybyś znudzona na krańcu świata uczonego, świeżego towarzystwa nie szukała. Ile Hansel się nastarał i naoszukiwał by na zamek się dostać sami wiemy, a i to jeno dlatego, żem habit zrzucił.
A jako szlachcic?
Szczególnie na Śląsku każden ze szlachty chętnie przyjmuje francuskiego rycerza pod dach zamku lubo innej rodowej siedziby. Zachodnia rycerska kultura dla nich wzorem. Gdzie tam przyjmują! Sami spraszają na wyprzódki, bo chociem bękart, to wysokiego rodu i pasowany. Szybko się nudzą, a ja niczym zwierzątko się czuję. Z ciekawością podchodzą, ale i by pogardę cichem pokazać… coby cieszyć się pokazywaniem, zachodniemu rycerzowi, że on jako bękart niżej zwykłego szlachcica stoi. Wielka to dla mnie lekcja pokory, ale Wilhelm bada, szpera dzięki temu, bo jako (oficjalnie) starego mego sługę na zamki go wpuszczają. Wiedział stary diabeł co czynił gdy do Eu kazał mi jechać.

I znalazł ślady. Odkrył dwóch nieumarłych, ale działać mi zabronił. On stary, ja (jak rzekł) najpierw jeszcze niech się uczę. Listy słał widno do bardziej doświadczonych. Oj będzie się pewnie na śląsku działo. O ile już nie po wszystkim.

Wiem o tym, jak czas łamie więzy krwi. Wilhelm mówił że różnie z tym. Czasem i parę lat jak sługa słabej woli, a czasem i rok starczy aż nadto. Po Giselle wszak widzę to, bo ona nijak już nawet Elijahy nie wspomina. Tak tedy wiem, żeś już nie w jego władzy. I chciałem rzucić wszystko i szukać Cię. Wilhelm mnie jednak osadził. Rzekł, że nieumarli złośliwi są i wyczuleni na to gdy zwykły śmiertelnik im za skórę zajdzie. Mógłby z czystej zemsty słysząc, że my gdzie razem, choćby i w dalekiej Espani, przybyć by szczęście nasze zniszczyć. Zabić go muszę, innej drogi nie ma.
(...)
Cytat:

(...) Każde z nas ma swoje racje. Nie mi osądzać Twoje czyny, gdyś naszą miłość odrzucił, by dawnego pana ubić. Ile to już lat? Trzy... trzy i pół prawie, bo teraz wiosna nam już idzie. To jednak bez znaczenia. Ból wciąż jest i tak myślę, że już zawsze będzie w mym sercu. Nawet jeśli faktycznie mnie odnajdziesz po tylu latach. On już częścią mnie się stał.

Kilka dni temu Maria umarła. Zasnęła i się nie obudziła na fotelu koło mego łoża. Myślę zatem, że o lepszą śmierć dla niej prosić nie mogłam. Smutno mi oczywiście, bo teraz już całkiem sama jestem, ale i lżej. Bo nikt i nic mnie nie trzyma. W każdej chwili mogę jechać i świat poznawać. Takoż też planuję, gdy tylko pochówek w pełni zorganizuję, bo postanowiłam chować Marię jako kogoś z rodziny, a nie służbę.

Na ciekawe informacje w bibliotece trafiłam. Kilka map porównywałam i wychodzi na to, że może i ja wreszcie cel życiu odnalazłam. Może Ci to śmieszne, bom przecież niewiasta, ale własne badania planuję prowadzić. Jeszcze kilka dni i w podróż na wschód się udam, toteż kolejny list ślij proszę na adres mej ciotki Cecylii, co w Zurychu ma kamienicę.

Bądź zdrów mój mężu. Cokolwiek czynisz lub czynił będziesz, me serce jest przy Tobie w dzień, w nocy zaś ciało tęskni do Ciebie.
(...)
Cytat:

(...)
Nie wiem czemu od pewnego czasu listów od Ciebie żadnych nie otrzymuję, co wywołuje mą troskę. Czas to spokojny, jeno w Anglii wojna, zali to zatem wina bandytów co posłańców napadają? Nie dopuszczam do siebie myśli, żeś pisać zaprzestała.

Wilhelm rzecze, że niedługo gotowy będę. Spieramy się o to ciągle, bo mi spieszno do Ciebie, a on mawia, że Cmentarze usiane tymi, co zbyt pewnymi byli i na samotne łowy zaczęli ruszać. Nie pozwala mi też udowodnić tego, abym pod jego okiem wytropił nieumarłego. Rzecze, że pierwszym mym winien być ten, który mnie na tę drogę skierował. Nie podejrzewa widać, że pierwszy będzie zarazem mym ostatnim, bo wtedy nic mnie nie odciągnie od Ciebie. Cierpliwie staram się to znosić.
(...)
Cytat:

(...)
Byłem w Barr na zamku Twych rodziców, teraz jestem w Zurychu.
Rodzina Twa chłodno mnie przyjęła nie wiedziała zresztą nic poza tym, żeś w Szwajcarii u Cecylii. Cecylia wyjechała na jakiś czas, toteż i u niej nie mogłem się nic wywiedzieć. Byłem też wcześniej u Twej drugiej ciotki w Ardenach.
Na Boże zmiłowanie, rok mija od ostatniego listu.
Jeżeli zniknąłem z Twego serca odezwij się przynajmniej, że nic Ci nie jest.
Myśleć o niczym nie mogę martwiąc się o Ciebie, Wilhelm widzi to i chyba dlatego zgodził się na te eskapady.
A ja nie wiem już gdzie szukać.
List zostawiam u ciotki Twej, wciąż pełen nadziei.
(...)
Cytat:

(...)
Opuściłem Wilhelma, choć upierał się żem jeszcze nie gotów. Ja jednak już nie mogłem dłużej czekać, wciąż listów od Ciebie nie dostając.
Pomyślałem… Pomyślałem, że może to on Cię odnalazł i zabrał na Kocie Łby z powrotem, szczególnie wobec tego co tam się ostatnio działo…
Tomasz z Gisoreux urósł mocno w mieście, po śmierci Hagena burmistrzem został Zdecydował się rezydować z zamku, zakaz mój łamiąc. Wtedy jeszcze łudziłem się, że to związku nie ma z Elijahą, ale dobiegły mnie wieści, jakoby jeden wędrowny murarz ze swymi robotnikami podobno gdzie w Ardenach zaginął. Elijaha wiedział, że jego leża na zamku w lochach, odkryte przez nas i mieszczan. Jak przetrwał te lata? Nie wiem. Jednak fakt, że ktoś osiedlił się na zamku, wkrótce potem ktoś w tę część gór ściągnął grupę murarzy by co budować lub przebudować, oraz fakt iż zniknęli jak kamień w wodę… To wiele mi powiedziało.

Elijaha tam był, wrócił na Kocie Łby, a może nigdy z nich nie odszedł. Tomasz przenoszący się na zamek dał mu oparcie, uczynił z niego swego sługę, zbudował nowe ukryte gdzieś leże. Związał potem innego radnego Coiville, a Tomasza zabił, służba zniknęła. Nowy burmistrz jak Tomasz na zamek się przeniósł. On już nie wiedział gdzie na zamku skrywa się wampir. Może tak było z ojcem Andrusa, który wiedział o tym co drzemie w lochach szaleństwa i zginąć musiał?

Nie skłamię, jeżeli powiem że poszło mi jak z dzieckiem. Źleśmy się do tego zabierali, oczywistości nie wyglądaliśmy. Wilhelm twierdził, że nieumarli strach i niechęć w zwierzętach budzą, ale zdarzają się tacy, co mają w sobie coś przyciągające je. Jak Elijaha koty. Sami wszak widzieliśmy w mej komnacie. Wystarczyło, że ruszył się ze swego leża, a pędziły do niego.
Dwa worki kotów ze sobą przywiozłem i nad ranem stanąłem na Kocich Łbach. Burmistrz miał kilku zbrojnych, ale przemogłem ich. Cóż czyni przerażone zwierzę w nowym miejscu? Szuka azylu żono ma, miejsca bezpiecznego, przyciągającego je jak magnes. Stare koty z Coiville syte towarzystwem Pana łaziły gdzie chciały czasem jeno idąc ku leżu. Te nowe zaś? Przerażone? Wnet polazły tam gdzie go wyczuły wskazując mi drogę. Ranek to był wciąż gdym nad nim stanął.
Okazało się, że to “jednooki” był jego prawdziwym obliczem. I wtedym zrozumiał czemu Wilhelm tak długo mnie szkolił, dla pokory, cierpliwości. Gdybym jeszcze rok wcześniej stał tak nad Elijahą, to bym się nie opanował i spróbował tego com czynił z Kornelią myśląc, że to nieumarła. By zbudzić go i w twarz spojrzeć, by pokazać mu swój triumf, by wypytać o pewne rzeczy.
Ale Wilhelm ostrzegał, że oni władają taką mocą… starczy czasem jedno spojrzenie.
Uczył mnie dobrze.
Zabiłem Elijahę od razu.

Jadę Cię szukać najdroższa, bośmy już całkiem wolni. Wierzę, że odnajdę Cię i nic Ci nie jest. Jeżeli zaś pisać przestałaś bo zniknąłem z Twego serca, chcę byś mi to w oczy rzekła, dopiero wtedy odejdę.

Twój Alexander
[MEDIA]http://blog.postofficeshop.co.uk/wp-content/uploads/2014/02/History-of-writing-620x350.jpg[/MEDIA]

 
__________________
... i choć sami drogi nie znają, chcą, by za nimi szli inni.

Do odwołania mniej aktywne forumowo macki. Za utrudnienia przepraszamy.
Mira jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 05-10-2017, 10:22   #2
 
Leoncoeur's Avatar
 
Reputacja: 6085 Leoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputację


Zurych
- Miałem nadzieję, że wyjechała z Panią gdym tu był ostatnim razem, Pani Cecylio.
- Aila już wcześniej wyjechała.
- Martwię się… Gdzie?
- Nie wiem tego i wszyscy się martwimy Alexandrze. Dostaję listy z Barr, gdzie jej rodzice odchodzą od zmysłów.
- Nic nie mówiła gdy wyjeżdżała?
- Nie, jeno zaaferowana jakaś była. Siedziała często przy księgach, czyniła notatki. Zmieniła się. To Ty ją zmieniłeś? Bardziej pewna siebie była.
- Jest.
- Jest… wierzę w to, że jest, nie była…
- Zabrała te notatki?
- Większość, ale część zostawiła widać niepotrzebne. Służba znalazła sprzątając komnatę.
- Mogę je zobaczyć?


Lozanna
- Szukam niejakiego Nicholasa Petri, powiedziano mi że tu…
- Ojciec nie żyje, zmarł pół roku temu.
- Nie... Boże, nie…
- A o co chodzi? Jak długi jakie miał, to…
- Nie. To znaczy nie wiem, ja nie za długi go szukam. Podobno księgi jakowe pisywał na zlecenie, jeno nie wiem czyje i… Żona ma go w zamiarze miała znaleźć i się rozmówić. Jej szukam, bo ślad po niej zaginął. Jedyne co mam, to że go szukała.
- …
- Człowieku, na rany Chrystusa! w udręce jestem, mów, byłatu?!
- Jak wyglądała?
- Piękna, złotowłosa, o oczach barwy nieba. Często dumną postawę przybiera jak to szlachta, ale w jej wykonaniu specyficznie to…
- Aila d’Eu?
- Była tu?! Kiedy?! w jakim celu?! Mówże proszę!
- Będzie z półtora roku temu, ojciec już niedomagał wtedy bardzo. Narzekał… bo miał skończyć księgę ,a już ręce niewładne. Jam niepiśmienny, a obcych nie chciał do tego zatrudniać z jakiegoś powodu. Ona bywała tu by z nim się rozmówić raz, drugi, trzeci. Polubił ją tatko. Ona ma taki…
- Urok swój, wiem to.
- Tak, i uważajcie, tatko ją wziął do skończenia księgi. Te ostatnie księgi jakie wtedy miał wysłać ona zobowiązała się odwieźć, może te inne co pisał chciała zobaczyć? Pojechała tedy.
- Komu Nicholas te księgi sposobił?
- Mówiłżem, że nie wiem. Wiem jeno, że zwykł je słać do Sion. Do Szewca zwanego Rufus.
- Księgi do szewca?
- Ano… bo niepiśmienny. Tatko nie chciał widno by kto wiedział co w księgach zapisał.


Sion
- Tyś jest Rufus?
- Tak Panocku, tak. Jam Rufus. Bogaty gość, ale moje buty nie dla takich, jam biedny, dla biednych robię.
- Nie o buty mi idzie. Była tu półtora roku temu niewiasta złotowłosa z księgami od Nicholasa z Lozanny?
- A jużci. Piękna Pani, dobra Pani. Takiej nie zapomnieć.
- Gdzie pojechała, wiesz może?
- A z mniszkami, co po księgi przyjechały.
- Mniszkami?
- A jużci. One odbierały u mnie zawsze to co Nicholas przysłał.
- A gdzie ich klasztor?
- A tego to ja nie wiem, one nie stąd. Z żadnego co bym wiedział i znał. Może i z daleka.
- Nie może być, gdyby z daleka były, to Nicholas by do bliższego im miasta słał.
- Ja tam Panie nie wiem, ale nikt nie wie skąd one, a wielu się zastanawiało.
- Jakiej reguły były?
- Nie wiem, bom takich nie widział. Szaty ich choć mnisie to jakby bardziej nieobyczajne. Bo kto to widział mniszke z odkrytą szyja, a i mało skromnie nisko dekolt? I nie z pospolitego materiału. Bieluchne, tkane chyba dzie na północy, bo u nas tak doskonałego materiału nie robią. Ładne wszystkie były, niestare. No ale to się przecie trafia. Jedna to jak wielka pani się zachowywała, no ale to też bywa, że wysokiego rodu córa w klasztorne mury idzie. Ale jakieś takie dziwne. Paru tu się nawet zmawiało, żeby śledzić, bo to klasztorek pełen takich śliczności to…
- Znaleźli?
- Gdzie tam, w górach gubiły. Tyle tego, że na północ zwykle kluczyły. Ale może by zmylić?


Sion
- Bernard, Noel, Giselle, Jiri, Otto, zbliżcie się. Wyjeżdżam na kilka dni, wy tu czekajcie.
- Panie, ja z tobą.
- Siedź Giselle. Sam muszę.
- Może choć ja, samemu to o guza łatwo. Góry, jakie bandyty mogą…
- Sam, jak większa kupa to i dwóch nie starczy, jak kilku to dam radę. A nie mogę w oczy się rzucać.
- Zbroję choć wyszykuję...
- Przeszkadzać mi ino będzie. Czekajcie tu na mnie.


Górska droga w Alpach
- Niech będzie pochwalony.
- A na wieki wieków.
- Tyś jest Fabio zwany kulawym?
- A jużci.
- Tyś kupował bele flandryjskiego sukna od kupca Silvestra?
- Ja? A na co mnie tkaniny, panie?! Ja jeno worki z… Hej tam, zostawcie to!
- A pod workami beczki wina, widzę znaki Burgundzkich winiarni, a to i węgierskie.
- Odstąpcie panie!
- Tylko Silvestre miał takie tkaniny, bo kto z północy z najlepszych tkalni ściąga to już barwione. Bieli nikt nie nosi, bo się brudzi.
- Ano brudzi ale… Zostawcie te worki pomiłujcie już.
- Sprzedać nie chciał, choć dużo dawałem, widno dla kogoś to ściągał, nie mylę się?
- Ja nic nie wiem!
- Świec bez liku, zgadnę, że tu inkaust i pergaminu wiele w tej skrzyneczce… Och! Jest i sukno… Co to pasterze z gór nagle pisać przy świecach nocami zwykli, poić się węgrzynem i we flandryjskich tkaninach owce wypasać chodzą? Bo ani na mapie jakie miasto, zamek, czy klasztor w tej części gór. Ludzie też nic o tym.
- Panie… Odstąpcie… Na miły Bóg.
- Rzeknę jeno raz. Zabierzesz mnie tam i pokażesz ten klasztor może być z oddali. I rozejdziemy się w zgodzie.


Bezimienny klasztor w Alpach
- Tamoj, na wzgórzu
- Spory, wygląda niczym forteca.
- Ano
- Jak się zwie?
- A nijak, nie słyszałem coby się jako nazywał. Ot “Klasztor”
- A ta wieś u podnóża?
- Miejscowi zwą ją po prostu Podklasztory
- A nie miejscowi?
- Nie miejscowi nijak, bo tu nie bywają.
- Widzi mi się, że zaopatrujesz tedy nie tylko klasztor, ale handlem wsi obracasz z miastem, majętnyś…
- Bóg dał w swej łasce… Panie, ja…
- Nie bój się, nikomu nie rzeknę o tym, a i jak przyjdzie mi w klasztorze zawitać to nie rzeknę, żeś mnie tu sprowadził.
- Dziękuję, ale tam nie wpuszczą. Ino baby tam siedzą, a i miejscowych nie wpuszczają. Szczególnie teraz, po zmroku. We wsi o gościnę pytajcie, może dadzą. Ale nieufni.
- Bywaj.
- Z Bogiem panie.


[MEDIA]https://agenda.culturevalais.ch/uploads/thumbs_preview/96/9688766bf88b7a26db4495f10d2ac50f.png[/MEDIA]

 
__________________
"Soft kitty, warm kitty, little ball of fur...
Happy kitty, creepy kitty, pur, pur, pur."

"za (...) działanie na szkodę forum, trzęsienie ziemi, gradobicie i koklusz!"

Ostatnio edytowane przez Leoncoeur : 11-10-2017 o 18:24.
Leoncoeur jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 06-10-2017, 12:55   #3
 
Mira's Avatar
 
Reputacja: 7270 Mira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputację


Kap... kap... kap...
Rytmiczny odgłos kropel odbijał się echem wśród skał. To właśnie ten dźwięk obudził Alexandra.

Leżał na jakimś prowizorycznym sienniku, nie bardzo wiedząc gdzie jest i... kiedy. Głowa bolała go okrutnie. Odruchowo sięgnął do tyłu ręką, a jego palce napotkały bandaż. Pomacał...aj... zabolało. W miejscu z tyłu głowy, gdzie opatrunek przesiąknęła wilgoć - zapewne krew.
Ostatnie co pamiętał to obserwowanie murów klasztoru, gdy skradał się wokół szukając innego wejścia niż główne. Co prawda miał zamiar rankiem zapukać do klasztornych bram, ale nie liczył na to, że go wpuszczą. A że przybył po zmierzchu? Żal było czas marnować.

Że Aila tu jest nie miał wątpliwości i kamień spadł mu z serca już w Sion. Żyła, zapewne przetrzymywana wbrew swej woli w tym miejscu. Alex słyszał o takich od Wilhelma. Inteligentne, światłe niewiasty w niektórych klasztorach tworzyły zgromadzenia mniszek… mniej mające wspólnego ze zwykłą regułą. Na uniwersytetach uczyć się nie mogły. Takie wybrane klasztory były ‘babskimi uniwersytetami’ jak mawiał stary łowca. Zapewne Aila w pogoni za wiedzą tu trafiła, a był to jeden z tych co po wejściu nie ma już wyjścia. Przy poziomie konspiracji choćby położenia monastyru, nie było to dziwne.
To tłumaczyłoby też brak listów.
Serce mocniej w nim biło, gdy o tym rozmyślał tu zmierzając.
Czyli nie pisała bo nie mogła, a nie że nie chciała.

Zagadką było kto i czemu opadł go nocą. Bezszelestnie znienacka dając w łeb i dlaczego tu wrzucił, bo że wewnątrz klasztoru jest zgadywał.
Wstał chybotliwie bo we łbie wciąż mu się kręciło.

Rozejrzał się po pomieszczeniu.
Była to bardziej naturalna grota skalna. Z trzech stron otaczał go lity kamień, tak samo i od spodu. Tylko strop i kraty zamiast jednej ze ścian były wykonane ludzką ręką.
W celi było zimno i wilgotno, lecz nie całkiem ciemno. W korytarzu za kratą bowiem znajdowały się pochodnie. Obok siebie Alexander dostrzegł wiadro na nieczystości, koc, który najpewniej spadł z niego, gdy zaczął się kręcić i miska z wodą.
Pierwsze co zrobił to odsikał się do wiadra, a po zasznurowaniu spodni podszedł do krat starając się wypatrzyć ile się da na zewnątrz.
Po lewej stronie zobaczył niedaleko schody, zakręcające ku górze, po prawej zaś korytarz ciągnął się dalej. Można więc było się domyśleć, że podobnych cel jest tutaj więcej.
Sprawdził wytrzymałość krat, ale nie zanotował niespodzianki. Były solidne.
- Hej, jest tam kto? - zakrzyknął gromko.
Nikt mu jednak nie odpowiedział. Czyli nawet jeśli były tu jakieś cele, to bez więźniów. A może ci nie mieli już siły mówić?
Westchnął.

Obszedł celę dookoła, ale bez większych nadziei, że coś znajdzie.
W końcu nie widząc sensu ani wrzasków, ani siłowania się z kratami położył się na sienniku i spróbował usnąć.

Ponieważ cisza panowała tu kompletna, jego i tak czuły słuch wychwycił odgłosy kroków na schodach. Dwie osoby. Lekkie. Kobiety? Na pewno nie miały na sobie zbroi.
Nie ruszał się.
Jedna postać najwyraźniej została przy schodach. Druga zaś, odziana w obszerna mnisią szatę z kapturem na głowie, otworzyła drzwi w kracie jedną ręką, w drugiej trzymała zaś miskę. Sądząc po zapachu był to gulasz z królika. Alexander wstał szybko i zaczął iść w stronę krat.
- Czemu mnie więzicie? - spytał obcesowo zamierzając pochwycić otwarte drzwi kraty.
- Obudziłeś się. - usłyszał znajomy głos. Tak dawno niesłyszany głos...
Aila odstawiła na bok miskę i nie kwapiąc się zamykaniem kraty, rzuciła mu się na szyję.
- A...- Głos uwiązł mu w gardle i stanął jak sparaliżowany. Objął mocno dziewczynę. - A… - wciąż nie mógł nic powiedzieć. Przytulił jeno ją mocno i zaczął obsypywać pocałunkami jej twarz. Czuł pod wargami słoność jej policzków, gdyż z jej oczu leciały łzy, mimo że uśmiechała się promiennie. Jemu zresztą też łzy płynęły ciurkiem.
Chciała chyba objąć go mocniej za kark, ale pohamowała się, patrząc na bandaż.
- Jak się czujesz? Boli bardzo? - pytała z troską.
- To nie ważne - nie puszczał jej - odchodziłem od zmysłów, szukałem Cie już rok temu. Myślałem, że nie żyjesz. Gdy usłyszałem o Nicholasie, klasztorze… wstąpiła we mnie nadzieja. I jesteś. Zabiorę Cię stąd.
- Ciii... - Aila przyłożyła mu palec do ust - To nie takie proste, ale spokojnie, nic mi nie jest. Usiądź i zjedz. A ja sprawdzę bandaże. - potraktowała go z czułością, ale nie tak tęsknie, jak on się na nią rzucił. Zachowywała się, jakby nie widzieli się może miesiąc a nie 5 lat! Inna sprawa, że jej wygląd niewiele się zmienił. Bardzo niewiele.
- Nie chcę jeść, chcę stąd wyjść. Jesteśmy wolni… nie otrzymywałaś moich listów. Wiem, pewnie schroniłaś się tu… ale Elijaha zniszczony. Możemy iść, żyć - mówił szybko poddając się jej zabiegom. Jego dłonie wciąż szukały z nią kontaktu.
Aila usadziła go na ziemi, klękając naprzeciwko niego i pozwalając błądzić dłoniom po swym zgrabnym ciele, którego nawet szorstkie, mnisie szaty nie były w stanie ukryć.
- To nie takie proste. - powiedziała raz jeszcze - Ja tu przybyłam z własnej woli. Pisałam ci, że poszukuję wiedzy, prawda? Ona jest w tych murach. Lecz ceną za możliwość studiowania jej było 10 lat mego życia. Minęły niecałe dwa, więc... nie będę mogła na razie ci towarzyszyć. - powiedziała ze smutkiem, poprawiając mu opatrunek.
- Nie martw się, załatw... Czemu właściwie mnie tu więżą?
- To zakon dla kobiet, no i... - spojrzała mu w twarz. Pogładziła go po nieogolonym podbródku - Jesteś łowcą. Nie ufają ci.
Przez chwilę trawił to co powiedziała.
- Nie ufają mi w klasztorze, bo jestem łowcą…? - ni to powtórzył, ni zapytał. - Tu jest…. Tu jest wampir?
Aila westchnęła i zsunęła z głowy kaptur. Jej piękne złociste pukle zostały ścięte. Zapewne zgolono jej głowę dwa lata temu, gdy przyjmowano ją tutaj, toteż teraz złociste kędziory zaczynały się już lekko kręcić wokół jej twarzyczki, ale ledwo zakrywały uszy kobiety.
- Ale nie taki jak Elijah. To przybytek nauki. Tu nikt nikogo nie zabija. - powiedziała szybko.
- Niewiele się zmieniłaś… - W jego tonie pojawił się chłód. - Czas… był dla Ciebie łaskawy. - Jego dłonie przestały głaskać ją i przyciągać do siebie. - 10 lat było jedyną ceną? Nie chcesz stąd wyjeżdżać tylko przez wiedzę drzemiącą w tutejszej bibliotece?
Spojrzała na niego z boleścią.
- Wtedy mi nie wierzyłeś, że spod wpływu Elijahy się wyrwałam, a przecie sama z własnej woli Kocie Łby opuściłam i wampira tobie na ubicie zostawiłam. Teraz znów to samo... nie ufasz mi. Nie potrafię ci opowiedzieć w ciągu jednej godziny nawet dwa lata swego życia, byś to pojął. Bez twojego zaufania... nie dam rady.
- Mów zatem tyle ile zdążysz teraz. - Ton nie był już chłodny, raczej zimny. Na twarzy miał apogeum rozpaczy.
Ona jednak wybrała inną mowę i pocałowała czule jego wargi.
- Nawet jeśli mi nie wierzysz... wciąż jestem twoja. Tylko ciebie kocham. - szeptała, znów go całując.
- Wiedziałaś… - powiedział nie oddając pocałunków. - Wiedziałaś… że na Kocich Łbach pękło mi serce, a pięć lat rozłąki tylko przez to… Żem nie mógł zaakceptować… że więzy… że wampir… sztuczna miłość nad tę prawdziwą. - Po twarzy zaczęły płynąć mu łzy. Pięć lat... Zabiłem Elijahę… A Tyś oddała się w służbę krwi innemu z nieumarłych… Z własnej woli.
- To nie tak. Sam pisałeś, że wiedza to klucz, a ja ją znalazłam... wiem wiele... o wampirach, ich klanach, dyscyplinach, słabościach...
- Ja też - przerwał jej. - Alem z żadnym się nie wiązał. Kochasz mnie bardziej niż swego sire?
- Tak, oczywiście, że tak! Merlin nie jest dla mnie panem. To tylko jego sposób, by w mury nie dostał się ktoś, kto jest mu wrogiem, albo co gorsza wrogiem tych zbiorów. Wiedza, która się tu zawiera... to jest prawdziwy skarb, Alexandrze. A za osiem lat będę mogła dołączyć do twej krucjaty i być ci wsparciem. Pomyśl o tym! - próbowała go przekonać i widział, że przynajmniej ona faktycznie wierzy w te słowa.
- Nie ma żadnej krucjaty! - wykrzyczał. - Szkoliłem się na łowcę tylko by zabić jego, by nie był dla nas zagrożeniem! Mam w dupie czy wampiry są gdzie i co czynią… - powiedział już spokojniej po pierwszym wybuchu. - Mogę przysiąc na moją miłość do Ciebie temu Merlinowi, że żadnego w życiu nie ruszę. Chcę być jeno z tobą, żyć w spokoju, na nic kolejne osiem lat. Wierzę w Twą miłość, wierzę w Ciebie, ale rzeknij mi. Gdy Merlin wyrazi wolę, jesteś w stanie nie wykonać jej ochoczo z miłości pochodzącej z wiezów?
- Mówiłam ci, że go nie ko... - Aila urwała, bo do krat podeszła druga postać. W świetle pochodni ujrzał towarzysząca Aili kobietę, której kaptur był zdjęty, odsłaniając zupełnie łysą, ale bardzo urodziwą głowę.

[MEDIA]https://i.pinimg.com/736x/96/f1/d4/96f1d4cf1ec04864d1bbca0ea79fb3f9--bald-haircut-shilpa-shetty.jpg[/MEDIA]

- Merlin nie chce tu nikogo trzymać wbrew jego woli. Aila znała warunki, by móc korzystać z tej biblioteki, ale wiemy, że zrobiła to też wiedziona rozpaczą, po mężu, którego nie wiedziała kiedy i czy odzyska. - kobieta mówiła z dziwnym, śpiewnym akcentem - Jeśli więc teraz chciałaby opuścić wraz z tobą klasztor, Merlin jest w stanie to rozważyć. Chętnie z tobą porozmawia, łowco, pod warunkiem, że na wszystko co święte dla ciebie obiecasz, że nie zagrozisz ani jemu ani żadnemu z domowników tych murów. Żyjemy tu w pokoju. Nie musisz obawiać się krzywdy, pod warunkiem, że i ty odrzucisz przemoc.
Alex patrzył przez ten czas w ścianę.
W końcu spojrzał na żonę.
Wpatrywał się w nią czytając z twarzy wszelkie emocje.
- Chciałabyś opuścić jego i klasztor by odejść ze mną, byśmy żyli w spokoju, nie musząc korzystać z tej wiedzy jaką mamy i jaką możesz jeszcze posiąść? - spytał. Tony chłodu rwały się, właściwie znikły pod koniec, bo głos mu się już łamał.
Ona zaś czule pogładziła jego policzek.
- Jeśli byłoby trzeba, czekałabym na ciebie i pięćdziesiąt lat, lecz jeśli da się... moje miejsce jest przy tobie, mój mężu. O ile wciąż mnie chcesz. - spuściła oczy, zawstydzona.
- Chcę więcej niż czego innego na świecie. Chcesz go opuścić i klasztor?
Skinęła głową.
- Z tobą owszem, choć jeden warunek stawić muszę. To naprawdę dobrzy ludzie. Nie chcę byś krew rozlewał w tych murach. - odparła, a kobieta przy kracie dodała.
- Jeśli złożysz obietnice na wszystkie świętości, na miłość do swojej żony, że nie zaatakujesz nikogo tutaj, możesz opuścić celę, łowco. Merlin winien wstać za godzinę. - rzekła, tym samym zdradzając Alexandrowi jak długo był nieprzytomny.
- Nie mogę przysiąc na wszelkie świętości. Nic dla mnie nie święte. Na miłość przyrzekam. Tej nocy nie rozleję żadnej krwi - odpowiedział wstając.
Kobieta uśmiechnęła się.
- Wystarczy, że ograniczysz się do tych murów, bo nie wiadomo co czeka na zewnątrz. - powiedziała i uśmiechnęła się wesoło, po czym dodała - To ja was zostawiam. Ailo, gdy zegar w scriptorium zabije, zjawcie się w sali rozmyśleń. Merlin tam do was zejdzie.
- Dziękuję Hue. - Aila skinęła jej głową. Po chwili kobieta odeszła, a szlachcianka wydawała się speszona. Chciała okazać mężowi radość z powodu ich spotkania, ale znając nastawienie Alexandra teraz, hamowała się.
- Chcesz... żebym cię oprowadziła...albo może zobaczyć moją celę... choć ona skromna bardzo. - pospieszyła z wyjaśnieniem.
- Chcę byś choć zaczęła opowiadać to czego nie możesz opowiedzieć w ciągu jednej godziny - odpowiedział. Dłonie wciaż nie szukały kontaktu z jej ciałem, ale głos nie był chłodny, choć czułość i tęsknota jeno lekko przebijała, jakby co je hamowało. Więcej było dystansu.
- Tutaj? - zapytała, rozglądając się znacząco - Chodźmy chociaż na górę, tam jest kominek rozpalony. I fotele.
- Dobrze - odpowiedział krótko i odwrócił wzrok. Zauważyła to. I była zraniona. Lecz czego mogła oczekiwać?
Poprowadziła męża ku schodom idąc przed nim jako przewodniczka, a on szedł w ciszy pogrążony w złości, żalu, upokorzeniu i smutku.
Aila poprowadzila go wyżej na piętro piwniczne, gdzie pełno było beczek - zapewne ich zawartścią mniszki grzały się w zimne wieczory. Oni jednak szli jeszcze wyżej do niedużej, przytulnej salki - przedsionku kuchni.

[MEDIA]http://lowres-picturecabinet.com.s3-eu-west-1.amazonaws.com/115/main/2/345469.jpg[/MEDIA]

Pomieszczenie urządzone było skromnie, lecz co zwracało uwagę - i ono i inne zakątki klasztoru wydawały się wyjątkowo czyste.
Piękna szlachcianka w mniszej opończy wskazała Alexandrowi miejsce na fotelu, podczas gdy sama zaczęła nalewać im wina z dzbana.
- Wiem, że nie tak to sobie wyobrażałeś, ale to co teraz robisz... znów rozrzewniając się nad swoim poczuciem krzywdy... to donikąd nie prowadzi, wiesz? - powiedziała spokojnie z jakąś nową dojrzałością w głosie.
- Rzeknij no, ten nieumarły inny niż pozostali? Jego krew więzów nie czyni? - spytał siadając i spoglądając na żonę.
Westchnęła, mając świadomośc, że jego myśli teraz jeno na tym skupione. Usiadła na fotelu obok.
- Z tego, co czytałam, każda krew wypita po trzykroć w okresie niedługim wiąże. - powiedziała szczerze - Przyznam jednak, że nigdy nie czułam więzów z Merlinem. Może dlatego, że gdy już go poznałam, miałam dla niego wielki szacunek. Czytałam jego księgi bowiem.
- Nie spotkałem się z tym, by vitae nie więziła i nie wzbudzała miłości do sire.
- A ilu ty ich miałeś poza Elijahą? - odparła Aila chłodno, po czym dodała - Posłuchaj, to wszystko jest znacznie bardziej skomplikowane. Wampiry jak ludzie są różni... jedni postrzegają swoją moc jako wyniesienie ich poza ludzką egzystencję, jednak mentalnie wciąż w niej pozostają, więc chcą co rusz udowadniać sobie, że stali się lepsi. Ci właśnie gnębią nas, bawią się nami... jak nasz poprzedni sire. To jednak nie wszyscy tacy są. Są tacy jak Merlin, którzy długowieczność wykorzystują, by zdobywać wiedzę, bo czują się odpowiedzialni za ten świat - za swój gatunek, nasz, nawet za rośliny i zwierzęta... Zadają sobie pytanie, co będzie za lat 100 lub tysiąc, jak współistnieć, by nie zniszczyć naszego świata. - odetchnęła - Merlin nie zabija ludzi. Nie napada nikogo. Sami go karmimy, bo jest dla nas cenny, ale nikt nas nie zmusza. Po prostu każdego wieczora możemy oddać mu swój dar krwi - ile chcemy, jak chcemy. Bez poczucia upodlenia, bez tego co... co zrobiła mi Teresa. - wyznała.
- Nie przeczę temu, że są tacy - Alexander wzruszył ramionami. - Wilhelm mówił mi o wampirach, których nie ruszają nawet łowcy. Opiekują się poddanymi, krew biorą z daru dobrowolnego. Nie przeczę, że Merlin takim. Co to ma jednak do rzeczy? Jam tu nie po niego przyjechał, nie musisz mnie przekonywać, że on dobry, abym wyzbył się chęci zniszczenia Twego sire.
Aila osunęła się na fotelu z westchnieniem. Po chwili jednak zerwała się i zwinnie wskoczyła na kolana męża. Zbliżyła twarz do jego twarzy i z pasją powiedziała:
- Posłuchaj mnie ty uparty, dumny mężu! Jesteś dla mnie najważniejszy. Nasze rozstanie prawie złamało mi serce. Gdyby nie widmo tego, że może znów będziemy razem pewnie rzuciłabym się z mostu. Ale... takie czekanie mnie zabijało. Musiałam coś robić, znaleźć cel. Zaczęłam się uczyć, lecz sam wiesz jak w naszym świecie postrzega się uczone kobiety. Tutaj nikt się ze mnie nie śmiał, tutaj mogłam studiować co chciałam i jak długo chciałam, tu mogłam zadawać pytania i nikt nie mówił, że są głupie... Tak wypełniałam każdego dnia pustkę. Pustkę po stracie ciebie, więc przestań mi ubliżać, znów umniejszając wartości moich uczuć! - powiedziała tonem żądania i wpiła się w jego usta namiętnym pocałunkiem.
Oddał go odruchowo z pasją tęsknoty tylu lat rozłąki. Jego dłoń spoczęła na jej plecach w objęciu. Mimo to Aila wyczuwała jakąś rezerwę. Hamował się, a wyraz twarzy mu się nie zmienił.
- Nigdym nie wątpił w Twe uczucia moja kochana. Ani teraz, ani jeszcze na Kocich Łbach - powiedział.
- Kłamiesz. - powiedziała cicho, lecz nie wydawała się zła. Ujęła dłońmi jego twarz. Teraz to Aila zaczęła zasypywać jego oblicze pocałunkami - jednak nie pełnymi euforii, jak wtedy gdy Alexander pochwycił ją w ramiona, lecz czułymi, delikatnymi.
- Nie kłamię Ailo… - odpowiedział oddając te pocałunki z mieszaniną czułości, ale i rezerwy. - Nie mógłbym Ci skłamać.
- Ale uważasz, że uczucie krwi stoi wyżej. To nieprawda. Jak mam cię przekonać? - zapytała smutno, pieszcząc dłońmi jego twarz. Drobne paluszki błądziły teraz po całym jego obliczu, jakby starała się wykryć każdą jego zmianę, poznać każdą nową zmarszczkę...
- Prawdę rzekłaś - odpowiedział patrząc na nią smutno i gładząc dłonią jej policzek. - Jeno rzeknij mi… jeżeli jego krew nie wiąże, to pewnaś była tego nim trzykrotnie jej piłaś? Po tym wszystkim co przeszliśmy. Po tym gdy nie chciałaś odejść ze mną daleko od Kocich Łbów i Elijahy, o com prosił na bandyckiej polanie, gdyś nie chciała ze mną zniszczyć sire wybierając rozłąkę. Wiedząc, że mam pierdolca nie jestem w stanie pogodzić się z wampirzą władzą nad najbardziej mi drogą i ukochaną osobą na ziemi będącą u mego boku. - Drugą ręką pogładził jej włosy. - Wiedziałaś, że nie grozi Ci to od Vitae Merlina. Pewność miałaś? Nie jeno przewidywania. Ale pewność?
Skrzywiła się lekko.
- Nie wiesz, jak to było dzień w dzień, tydzień w tydzień, miesiąc w miesiąc, rok w rok patrzeć w okno, czy aby zza zakrętu nie wyjedziesz. Nie wiesz jak to było bać się za każdym razem, gdy kurier przyjeżdżał,że to o twej śmierci może mieć wieści. Powiedz mi Alexandrze, zastanawiałeś się co czułam? Ty miałeś cel, wyzwania, ja... ja nie żyłam, dopóki nie odnalazłam tego miejsca. Czego byś chciał? Lepiej byłoby gdybym znalazła sobie w Paryżu kochanka i zapomniała o tobie? A może gdybym prawdziwe śluby złożyła i na cztery spusty zamknęła się w modlitewniku jakim... Powiedz mi Ty, mój mężu, jakie moje życie by cię zadowalało, żebyś teraz nie okazywał mi tej zimnej pogardy?
- Nie byłaś pewna… - wyszeptał.
- Nie byłam. - przyznała - Merlin dał mi jednak tydzień, bym mogła przyjrzeć się temu miejscu, nie pijąc jego krwi, po tym jak poznał moją historię... i mój strach, gdy dowiedziałam się jaka jest cena.
- Kochanek wzięty do łoża... nie mógłbym nawet myśleć o Tobie źle gdyś przez lata w samotności żyła. - Wciąż gładził jej włosy i trzymał dłoń na jej policzku. Z oka skapywała mu łza. - Gdybyś w kim zakochała się mnie z serca wypierając, powoli, naturalnie… Nie mógłbym Cię winić. Uczucie miłości rozkwitające znienacka powoli zastępujące inną. Nie do przewidzenia, przed czym byś się nawet broniła, ale mogłoby przemóc. Takie życie jest wszak. Tyś wiedząc czym są więzy zaryzykowała naszą miłość wybierając sama, z własnej woli picie wampirzej krwi. Wiedząc, że to może przemóc i stłamsić Twą miłość do mnie. Wszak wtedy na Kocich Łbach wystawiłaś uczucie do mnie ponad więzy za to kim był Elijaha, a tu widziałaś iż Merlin jest dobry i nie budzi odrazy, nienawiści jak tamten. Wiedząc o więzach sama z woli… - Spuścił głowę łzy kapnęły jej na biały habit.
- Wiedziałam też już wtedy, że więzy da się przemóc - chwyciła jego podbródek i uniosła delikatnie, by na nią spojrzał - Ty pierwszy dałeś mi nadzieję, wyrywając się spod władzy Elijahy. Potem mi też się to udało, choć chyba do końca w toś wątpił. A potem o tym czytałam i wiem, że tak jak wampiryzm nie jest klątwą, tak samo i picie ich krwi. To człowiek wybiera kim się potem staje, a zmienia się dlatego, że chce, że inne ma perspektywy... ja już to znałam i wiedziałam, że zmieniać się nie chcę.
- Gotowaś na to, bym sprawdził czy ma nad Tobą moc? - spytał cicho.
- A potrafisz zrobić to, krwi niczyjej nie przelewając? - zapytała nieufnie.
- Tak. Na spotkaniu z Merlinem… - Wyglądał jakby bał się tego co chce powiedzieć. - Poproszę aby kazał Ci mnie zabić. Jeżeli bez wewnętrznej walki odmówisz mu spełnienia tego polecenia, to znaczy, że nie ma on nad Tobą władzy.
Aila spojrzała na niego, jakby uderzył ją w twarz. Odsunęła się i zeszła z jego kolan, wracając na swój fotel.
- Dobrze, skoro tego chcesz. - powiedziała cicho, bez energii.
- Znasz inny sposób? - spytał znów cicho, patrząc przy tym na nią. Na twarzy wykwitło mu coś na kształt nadziei. Gdyby odmówiła, pewnie doszukiwałby się w tym niepewności Aili w zakresie władzy Merlina nad nią.
Nie patrzyła na niego, lecz w ogień.
- Szczerze? Nie wiem czy gdybym się dała spalić na stosie i w ostatniej chwili życia wykrzyczała Twe imię, to by cię przekonało... Zrobię co zechcesz. - rzekła zmęczonym tonem.
- Tym udowodniłabyś jeno miłość do mnie. W którą nie wątpię - powiedział bardziej miękko. - A ja nie chciałbym by stała się Ci krzywda.
Podniosła na niego pełen smutku wzrok.
- Nie tak wyobrażałam sobie nasze spotkanie. Pięć lat Alexandrze... to było pięć przeklętych lat... - westchnęła.
- Tęskniłem każdego dnia - spojrzał jej w oczy - tych pięciu lat. Każdego dnia marząc też o tym by Cię znów ujrzeć.
Uśmiechnęła się lekko.
- Ja... chciałam ci powiedzieć, jak bardzo cieszę się z twego pojednania z ojcem. I herbu. Zasłużyłeś nań. Jesteś szlachetniejszym niż wszyscy szlachetnie urodzeni, których znam. Gdyby tylko...
Nie dokończyła, bo do pomieszczenia weszła jakaś stara mniszka. Kobieta ukłoniła się, nie zdejmując kaptura. Nawet w słabym świetle paleniska Alexander dostrzegł na jej obliczu Paskudne ślady po oparzeniach.
- Merlin już wstał. Czeka na was. - powiedziała cicho, charczącym głosem.
Aila wstała z fotela.
- Czas na nas.
Alex również wstał i kiwnął głową.
Perspektywa spotkania z wampirem nie zarysowała na jego twarzy żadnych złych emocji.

To mogło być dobrym znakiem.
 
__________________
... i choć sami drogi nie znają, chcą, by za nimi szli inni.

Do odwołania mniej aktywne forumowo macki. Za utrudnienia przepraszamy.
Mira jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 06-10-2017, 17:53   #4
 
Leoncoeur's Avatar
 
Reputacja: 6085 Leoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputację


Sala modlitewna charakteryzowała się tym, że prócz kilku świeczek i świętych obrazów nic tu nie było. Mężczyzna, który przywitał parę małżonków miał na sobie mnisią szatę - jeszcze biedniejsza i bardziej wytartą niz ta, którą Alexander nosił na grzbiecie jako kapelan Kocich Łbów. To już samo w sobie powiedziało Alexandrowi wiele. Swym służkom-mniszkom nie odmawiał zbytków i drogich materiałów na pięknie skrojone habity, radując tym kobiece dusze. Sam z drugiej strony żył jak widać więcej niż skromnie.
Stary człowiek siedział na ziemi, lecz na widok gości wstał i uśmiechnął się przyjaźnie. Jego oblicze było o tyle dziwne, że zostało gładko ogolone, przez co mimo wieku wydawało się jakieś takie... niemęskie.

[MEDIA]https://thesupernaturalfoxsisters.files.wordpress.com/2015/05/rd-high-sparrow-olenna-game-of-thrones-the-gift.jpeg[/MEDIA]

- Wybacz nieprzyjemne powitanie, Alexandrze - odezwał się i faktycznie wydawało się, że jest zawstydzony tym. - Nie spodziewaliśmy się ciebie, a czasy ostatnio ciężkie, toteż strażnicy są przeczuleni.
- Bywałem i gorzej witany, a i raz w łeb nie jest czymś co by mi zaszkodzić mogło - rycerz odpowiedział przyglądając się nieumarłemu. - Tuszę, że moja małżonka uważa, ijakoby czasem dobrze by mi to zrobiło. - Uśmiechnął się lekko do Aili zerkając ku niej.
Odpowiedziała mu nieco zdenerwowanym uśmiechem.
Bała się. Bała się jak ON zareaguje.
Merlin tymczasem pokiwał głową i bez zapowiedzi przeszedł do konkretów.
- Chcesz Alexandrze, bym zwolnił twą małżonkę z danej mi przysięgi i spłaty ceny, którą zgodziła się zapłacić, aby korzystać ze zbiorów naszej biblioteki, zgadza się?
- Jeżeli zechce iść ze mną, to tak. Chcę ją stąd zabrać - potwierdził zapytany. Ku niejakiej uldze Aili był grzeczny, nie prowokował. Epatował pewnym spokojem.
- Ailo? - Merlin spojrzał na jego piękną małżonkę, a ta skinęła głową.
- Jeśli to możliwe, pragnę przerwać studia i odejść z mężem.
- Będzie nam tu ciebie brakowało, dziecino, nierzadko u niewiasty można spotkać tak chłonny wiedzy umysł - przyznał, po czym dodał. - Jesteście wolni zatem. Dług twój, Ailo, został anulowany - rzekł po prostu.
Alexander uniósł brew i spojrzał na małżonkę, a później na wampira.
- Tak po prostu? - spytał.
Merlin skinął głową.
- Wiele się nacierpieliście. Niech to będzie choć odrobina zadośćuczynienia od losu.

To było zbyt proste.
Alex tego nie rozumiał.
Chyba że…
Czy wampir miał w tym jakiś swój plan? Zwolnić Ailę mając ją wciąż pod swym wpływem, a polecenia mógł słać listami. Brak wahania się dziewczyny przed opuszczeniem sire, mogło być wynikiem jej świadomości iż jest to część planu ukochanego Pana.

Bękart spojrzał ze smutkiem na wampira.
- Mógłbyś poprosić kogo, aby przyniósł kuszę i jeden bełt? Obiecałem, że nie przeleję tu krwi, broni tej też nie tknę.
Merlin spojrzał na niego zaintrygowany, po czym przeniósł wzrok na pobladłą Ailę.
- Mój mąż chce, bym... bym udowodniła, że nie jestem w twej mocy. Mam oprzeć się życzeniu twemu, by go... zabić - powiedziała, czując wewnętrzny opór.
Brwi wampira na moment uniosły się, po czym jego twarz znów rozjaśnił dobroduszny uśmiech.
- Niestety, nie mogę spełnić tej prośby. - powiedział, po czym dodał - Rozumiem jednak twe wątpliwości, Alexandrze. Boisz się tego, że małżonka twoja związała się ze mną krwią. Ale przecież wiesz że im dalej będziecie i więcej czasu minie, ta zależność w końcu sama przeminie, prawda?
- Wiem - rzekł, ale wciąż patrzył wyczekująco. Nie poruszył się.
Merlin chwilę mu się przyglądał.
- Jest pewien rytuał... zrywa wszelkie więzy krwi, uwalnia od klątw... - powiedział, przyglądając się reakcjom rycerza.
- Skoro o tym mówisz Merlinie - Alex spuścił lekko głowę, na obliczu znów zagościł mu smutek. - Tedy wiesz, że bez rytuału mogłaby nie oprzeć się temu poleceniu? Cóż chcesz za jego odprawienie?
- A jeśli raz odmówi, bo będzie wiedzieć, że tak naprawde nie pragnę twej śmierci... czy to ci wystarczy? Czy nie będziesz miał wątpliwości, że jednak gdy wydam polecenie naprawdę, to mi się nie oprze? - Merlin zadawał pytania, nie oczekując jednak odpowiedzi - Ja wierzę w siłę woli twej żony, ale obawiam się, że ty nie. Czy się mylę?
- Mylisz. - Łowca uniósł głowę. - Wierzę w jej niesamowitą siłę woli, ale znam też siłę więzów. Krew tłamsi wolę niezależnie od jej siły. Kto silniejszy wolą jeno dłużej ciężką walkę ze sobą stoczy nim w końcu polecenie wykona. A co do tego czy pomyśli, że nie chcesz tak naprawdę mojej śmierci? Owszem, wiem o tym. Stąd kusza. Bełt wycelowany w serce, palec na spuście. Dwa słowa: “zabij go”. Jeżeli nie masz nad nią władzy nie zrobi tego ukochanemu. Jeżeli masz, to choćbyś mej śmierci nie chciał… palec drgnie odruchowo na rozkaz sire. Myśli czy chcesz tego naprawdę czy nie przyjdą w chwilę potem. Nie zgadniesz skąd znam ten test Panie.
- Przecież to niemożliwe... - zaprotestowała Aila, lecz Merlin nie poparł jej. Patrzył z namysłem na łowcę.
Milczał chwilę.

- Chcesz mieć pewność. Dobrze. Rytuał można odprawić, lecz jego już wam darować nie mogę. To nie świątynia, gdzie dary się rozdaje. Jak zauważyłeś też, nie życzymy tu sobie wielu gości, a tak by się skończyło rozdawanie czegoś bez zapłaty. Zatem i ja mam cenę dla ciebie i twej małżonki. - Starzec złożył dłonie jak do modlitwy - W zamian za odprawienie rytuału wyzwolenia z więzów krwi chcę, byś unieszkodliwił mego pobratymca, wampira, który w okolicy postrach sieje i... cóż, za bardzo jego czyny zwracają oczy ludzkiej władzy w te okolice.
Łowca uśmiechnął się.
- Za wspaniałomyślność i pochylenie się nad naszym losem, który oszczędzany nie był. Po upewnieniu się czy Aila nie w Twej mocy, sam chciałem się czym odwdzięczyć. - Pochylił głowę nisko jak w ukłonie. - Uczynię tak, a nawet więcej. Jeżeli puścisz ją stąd ze mną bez więzów krwi, to gdybyś w przyszłości miał tego typu problem, a Aila nie będzie mieć nic naprzeciw bym Ci pomógł, uczynię to na wezwanie.
Coś w oczach wampira błysnęło.
- Uważaj z takimi zapewnieniami mój chłopcze. Nieśmiertelni do takich słów wielką wagę przywiązują - ostrzegł go, po czym jednak jego wyraz twarzy złagodniał. - No dobrze, w takim razie muszę się przygotować. Za parę godzin przystąpimy do rytuału Ailo. Do tego czasu... ty i twój małżonek cieszcie się sobą.
Szlachcianka skinęła głową, jednak wzrok, którym obdarzyła Alexandra był raczej niepewny.
- Dziękuję Merlinie - Alexander spojrzał na Ailę i delikatnie wyciągnął ku niej dłoń.
Przyjęła ją z drżeniem palców.
Wyszli, zostawiając wampira samego.


- Co...co chciałbyś teraz robić? - zapytała cicho idąc korytarzem obok męża..
Objął ją i przytulił. Dziewczynę, która kochał, a która była gotowa go dziś zabić.
- Chcę po prostu z Tobą być - Zanurzył twarz w jej włosach. - Nie ważne jak, gdzie.
Spojrzała mu w oczy. Błękitne jeziora jej wejrzenia tylko jakby nabrały głębi przez te lata.
- Chodź... - pociągnęła go za sobą.

W korytarzu wyminęli jakąś mniszkę, lecz żadne z nich już się nie interesowało otoczeniem. Wspięli się po schodach na kolejne piętro, gdzie Aila kluczem otworzyła drzwi pomieszczenia. Jej pokój faktycznie odbiegał znacząco standardem od komnat, w których się wychowała, jednak był czysty, a na grubo heblowanym stoliku prócz książek stał wazonik z przebiśniegami. Więcej Alexander nie zdążył zobaczyć, bo małżonka znów napadła go w przypływie namiętności całując długo i tęsknie usta. Rozchylił je wychodząc swym językiem naprzeciw jej. Zamknął oczy obejmując dziewczynę mocno całym sobą, a w szczególności pocałunkiem, okazywał skumulowaną tęsknotę.
Przywarła do niego, lecz wciąż dzieliły ich grube szaty.
- Rozbierz się... - poprosiła. - Chcę cię poczuć... nawet jeśli coś więcej... jest ci niemiłe... ale jeśli nie brzydzisz się mnie całkiem… proszę, pozwól bym mogła widzieć cię całego... dotykać... tak bardzo tęskniłam... - wyznała pomiędzy pocałunkami.
- Brzydzić się ciebie? - wyglądał na zdziwionego. - Czemu miałbym…? - Oddawał pocałunki ochoczo.
Pomyślał, że ewentualna zwłoka i drążenie czemu Aila tak myśli, może być przez nią odebrane jako potwierdzenie obaw. To był klasztor, ona jeszcze wciąż była mniszką, więc nie mogli oddać się sobie, ale zwykła nagość?
Spojrzał po sobie. Ot jeno odzienie zrzucić.

[MEDIA]https://i.imgur.com/bpIERnN.png[/MEDIA]

Zabrał z niej ręce i zdjął płócienną kurtę, po czym zaczął rozsznurowywać koszulę.
Małżonka przyglądała mu się roziskorzonym wzrokiem.
- Przez więzy... - szepnęła - Nie wiem czy mną nie gardzisz... po tym co rzekłeś tam w lochach - wyznała.
- Jeno za picie krwi wampira miałbym Tobą gardzić? - Uśmiechnął się i zdjął koszulę. Może i wychudł na twarzy, ale gdy obnażył się zobaczyła że jakby nabrał mięśni, widać kilka lat w trudach rzutowało na jego sylwetkę. Ale i widać było nowe blizny. Tam gdzie dawniej postrzeliła go Giselle, pod obojczykiem blizna była jakaś o wiele większa niźli od bełtu. I druga: szrama jak po cięciu płytkim przez pierś. Sam też spoglądał na jej sylwetkę skrytą białym habitem. Rozpiął pas izaczął rozsznurowywać spodnie.
Aila podeszła bliżej i jakby z nawrotem nieśmiałości dotknęła jego nagiej piersi. Pogładziła obojczyk... i przeniosła palce na nowe blizny.
- To ze Śląska. Kopia w bark na turnieju, a ciętym w pojedynku… - wyjaśnił.
Chłonął dotyk jej dłoni, poczuła jak sam do niego dąży.
Jego spodnie opadły i musiałpochylić się by zzuć buty, oraz zdjąć nogawice.

Wkrótce stanął przed nią jedynie w krótkich gaciach bleliźnianych, ale w jej wzroku zobaczył iż chyba jej to nie starcza. Wyłuskał się z bielizny, która opadła do kostek
Jęknęła cicho na widok jego męskości. Dłoń jej przesunęła się niżej, zsuwając się po umięśnionym brzuchu.
Wstrzymał oddech i wyciągnął ku niej ręce kładąc je na wąskiej talii żony, gruba, miękka szata odbierała jednak pełni przyjemności tego dotyku. Za to on poczuł, jak paluszki żony nieśmiało głaszczą jego podbrzuszę, widział jak zahipnotyzowana patrzy na jego ciało, rozsmakowując się w tym doznaniu. Podniecało go to jak na niego patrzy. Z jakimś takim utęsknieniem i tłumioną zachłannością. Również to, że stał przed nią nagi, gdy ona od stóp do głowy nosiła mnisią szatę nie było obojętne.
Zaprawdę wyglądała jak mniszka.
Patrząc w to jedno miejsce zaczęła widzieć pewne… “zmiany” świadczące jak działa na niego ta sytuacja. Dotknęła go tam po chwili wahania, a na jej policzkach wykwitł rumieniec zawstydzenia.
- Ja... chyba nigdy nie przywyknę... - wyznała, pieszcząc palcami jego przyrodzenie.
Westchnął głęboko pod tym dotykiem. Poczuła jak trochę mocniej zaciska dłonie na jej kibici.
- Czemu… nie przywykniesz? - spytał starając się uspokoić rozbiegane myśli. Bądź co bądź byli w klasztorze, a ten dotyk prowadził do zbyt wielkich pokus… ale nie cofał się. Odruchowo nawet drgnął wysuwając minimalnie do przodu biodra.
- Kiedy cię takim widzę... całe moje ciało... drży... jakby przestawało być moje... i tylko chciało... - umilkła.
Spojrzała mu głęboko w oczy.
Zobaczył żądzę w jej spojrzeniu, ale też i pytanie. Sama widać nie wiedziała jak daleko mogą się posunąć, jak daleko on chce to zrobić. Chyba źle odczytał jej emocje. Żądzę zinterpretował jak najbardziej prawidłowo, bo i w nim się nie tyle czaiła co buzowała, ale to drugie odebrał jako wahanie przed posunięciem się zbyt daleko.

Klasztor.

- Muszę szybko ubić tego wampira. - Przesunął jedną dłoń na pośladek dziewczyny i uścisnął. - By wydostać Cię z klasztornych murów, albo nie ręczę za siebie.
- W jakim sensie? - oczy aż jej zabłysły.
Powoli uniosła wolną dłoń do ust i zmysłowo oblizała palce, po to by wilgotnymi opuszkami dotknąć teraz jego rozgrzanego przyrodzenia, bynajmniej jednak nie gasząc pożaru.
Jakaż udręka…
- By wbić się w ciebie z mocą pięciu lat śnienia o Tobie - szepnął pochyliwszy się do jej ucha. - I słuchania muzyki Twych jęków i krzyków.
Znów się zarumieniła, ale na jej twarzy pojawił się zmysłowy uśmiech.
- Jak wtedy… na sianie... - przypomniała, po czym zapytała: - A ty... nie chcesz mnie rozebrać?
- Nie. - Pokrecił zdecydowanie głową i zabrał dłoń z jej krągłości. - Ma wola niczym głaz. - Powoli zaczął zagarniać materiał habitu do góry, lekkim ruchem dłoni na jej talii. - Ale wtedy nie potrafiłbym chyba się powstrzymać.
Pokiwała na to głową ze zrozumieniem i odsunęła poza zasięg jego rąk. Uśmiechając się szelmowsko ściągnęła przez głowę habit, stając naprzeciwko małżonka tylko w śnieżnobiałej, cieniutkiej, sukni spodniej z muślinu. Tak delikatnej, że pod światło świecy doskonale widział jej kształty, a i przebijały przeze nawet zaróżowione sutki.
- To by było doprawdy nieprzyzwoite... - powiedziała, rozbawiona.
Stał i nie mógł wydusić z siebie słowa. Minę miał tak ‘mądrą’ jak Pieterzoon, gdy pochłaniał widok, choć wciąż jeszcze była niby okryta.

Zauważyła że zadrżał, a może drgnął chcąc do niej przyskoczyć. Wyglądał jak wtedy przed jaskinią, gdy walczył ze sobą, a ona leżała prowokując.
I teraz też go prowokowała. Delikatnym ruchem zsunęła jedno ramiączko, przychwycając materiał na wysokości piersi. Potem lewą ręką zsunęła to drugie, odsłaniając nagie ramiona i częściowo dekolt.
Z uśmiechem przyglądała się reakcji męża wypisanej nie tylko na jego twarzy.
Posmutniał lekko bo… Czyżby się nim bawiła? Wampir za to co mogli tu wyprawiać, w klasztorze, deprawując inne mniszki mógł zareagować złością. Chciała go rozpalić do nieprzytomności, aby potem powstrzymać?
Tak czy owak wzroku oderwać nie mógł, mimowolnie uczynił nawet krok do przodu zanim umysł odzyskał kontrolę nad nogami..
Aila zauważyła zmianę jego nastroju, choć nie rozumiała jej. Stała więc przed nim przyciskając koszuline do piersi i przyglądając się mężczyźnie.
- Alexandrze? - zapytała miękko. - Coś cię męczy?
- Okryj się błagam, bo nie zdzierżę…. - wydukał. - Pragnę Cię tak, że aż boli, a my w klasztorze, tyś mniszka. Zaraz nie wytrzymam. - Wpatrywał się w jej piersi zachłannia, a raczej w dłonie spoczywające na nich i przyciskające materiał.

Spojrzała na niego zdziwiona, po czym na jej twarzy pojawił się szeroki uśmiech.
- Ach, o to ci chodzi... przecież to tylko pozory, bo jakby się rozniosło, że tu biblioteka, co się w niej kobiety mogą uczyć, to byśmy dopiero mieli. - Zachichotała - My się tu nawet nie modlimy. No chyba, że ktoś we własnym zakresie. Sam też słyszałeś, Merlin powiedział, byśmy się sobą cieszyli...
- Czyli że nie chodziło mu o… Czyli wy tu możecie… Czyli że my… - Alexander analizował zasłyszane informacje. Wobec jego stanu krańcowego pożądania był to dosyć ciężki kaliber wieści. Dodatkowo mózg cierpiał na pewne niedobory, krew mocniej zasilała inne peryferia jego ciała co też Aila doskonale widziała.
Spojrzała czule na małżonka.
- My tu się zajmujemy nauką, toteż mężczyźni rzadko są wpuszczani, ale zdarzają się wyjątki. Jest dwóch takich kurierów, co czasem przyjeżdża... oni zawsze powód znajdują, by na noc zostać. - zachichotała, po czym nie chcąc już dłużej drażnić mężczyzny, pozwoliła halce zsunąć się z jej ciała na ziemię.


Mimochodem zauważył, że żona schudła nieco przez te lata, a i sama chyba nieco mięśni nabrała, ale wciąż figurę miała kobiecą, a jej biust kusił go swoim powabem.
Jeszcze znalazł w sobie tyle siły by ze względnym spokojem, ale i niecierpliwością wyswobodzić stopy z bielizny, po czym się po prostu na nią rzucił.
Poczuła gorący pocałunek na ustach i ręce obejmujące jej ciało. Powietrze uciekło jej z płuc gdy spięci ze sobą uderzyli w ścianę.
Odpowiadała gorączkowo pocałunkami. Nie wystraszyła się gwałtownością jego reakcji, wydawało się bowiem, że trawi ją ten sam dziki ogień. Dziewczyna opasała mężczyznę nogami, niemal dosłownie włażąc na niego.
- Jesteś... wreszcie jesteś... - szeptała pożądliwie pomiędzy pocałunkami.
Bez żadnych pieszczot, bez przygotowania, po prostu wbił się w nią podtrzymując ją za ściskane pośladki. Całując w szyję naparł przyciskając dziewczynę do ściany.


Jęknęła głośno, nim dalszy krzyk zdusiła całując go w usta. Sprawił jej ból, lecz ból rozkoszny, toteż objęła Alexandra za szyję mocniej i przylgnęła do niego, wystawiając się na razy, którymi smagał jej kobiecość. Nie kłamał mówiąc jak tęsknił do jej ciała. Unosząc ją na rękach uwijał się zachłannie wbijając ją prawie w ścianę przy każdym charakterystycznym plaśnięciu, a ona wychodziła mu naprzeciw, równie stęskniona i spragniona jego obecności, szczęśliwa, że się odnaleźli po takim czasie. Poruszała teraz bioderkami dodatkowo drażniąc go, choć wcale tego nie potrzebował. Gdy usta mężczyzny opadły na jej sutek, Aila odchyliła głowę, przymykając powieki. Mąż widziałby na jej twarzy teraz najczystszą rozkosz, gdyby tylko nie utonął wręcz w jędrnych półkulach. Nie przerywając żmudnej czynności spełniania tęsknoty wciskaniem małżonki plecami w ścianę, zmienił lekko chwyt. Przełożył najpierw jedną, a potem drugą rękę pod jej kolanami, przewieszając w ten sposób sobie jej nogi przez swoje łokcie. Mocniej ucapił pośladki od dołu podtrzymując kochankę i rozwarł piękne smukłe nogi poszerzając chwyt rąk, by bardziej wystawić ją na uderzenia którymi głęboko wbijał się w jej ciasną, wilgoć.

Dysząc ciężko, Aila spojrzała mu teraz w oczy jakby hipnotyzując. Znów zmieniała się na jego oczach. Znów pod wpływem pieszczot odrzucała swą niewinność, wiedziona głodem rozkoszy.
- Tęskniłam... tak bardzo tęskniłam... nocami... - wyznała, ledwo łapiąc dech. Jej palce gładziły teraz jego silne plecy, przy głębszych pchnięciach drapiąc skórę.
- Ja też… - wydyszał jej prosto w piersi całowane bez ustanku. Ręka omsknęła mu się przy jednym z pchnięć i odruchowo chciał nią wrócić do gorącej krągłości, ale zrobił to zbyt mocno, bo obliczył ciężar jej nogi opierającej się na jego zgięciu łokcia, podczas gdy ona w tej chwili uniosła zgrabną nóżkę by objąć nią kochanka. W efekcie plasnęło, jak przy klapsie w momencie gdy się w nią wbił głęboko.
Krzyknęła, zaskoczona, orając jego plecy paznokciami. Jej bioderka falowały coraz bardziej chaotycznie, a ciało, które trzymał napinało się, nie mogąc więcej już znieść i szykując się na apogeum. W ostatnim zrywie Aila przylgnęła ustami do szyi ukochanego pieszcząc ją bezwstydnie językiem i ssając mocno aż pewnie zostaną ślady. Odchylił głowę dając jej większy dostęp do swej szyi i sam przekrzywiając ją ucapił w usta sterczący różowy sutek. Zassał mocno, wibrując przy tym po nim językiem.

Tym razem wytęskniony jej ciała i miłości z nią nie wstrzymywał się jak często przed rozstaniem gdy chciał by przeżyła rozkosz spełnienia nim sam w niej eksploduje. Był już blisko i nie zwalniał. Dziko plądrował jej ciepłe wnętrze. Czując jej reakcję na przypadkowe klepnięcie w pośladek, powtórzył to. Tym razem z premedytacją.
Znów głośno jęknęła, lecz tym razem inaczej. Pod wpływem jego brutalniejszej pieszczoty, Aila zastygła drżąc i przeżywając orgazm tak mocny, że nawet Alexander zauważył jak jej piersi jakby kulą się, a sutki wręcz przeciwnie, sterczą dumnie. Kobieta uczepiła się jego szyi pojękując słodko z rozkoszy.
Czując to drżenie odnalazł ustami jej usta i wpił się w nie w długim pocałunku. Bardzo długim nie pozwalającym jej się oderwać. Jego ruchy wciąż były szybkie i minęło jeszcze kilka chwil nim sam nie zadygotał i stracił równowagę gdy z rozkoszy nogi załamały się pod nim, bo utrzymywały wszak ciężar dwóch ciał.
Opadł na plecy, a ona na niego.
Podczas tego upadku wysunął się z niej i leżąc na małżonku Aila poczuła kolejną falę drżącego z ekstazy małżonka tryskająca prosto na jej udo.




Położyła się na nim, przygniatając do ziemi własnym ciałem. Z wolna skubała teraz ustami jego wargi, rozkoszując się tym leniwym uczuciem, które opanowywało ciało po spełnieniu.
- Kocham Cię - szepnął otulając ją ręką. Drugą przesunął po pośladku, ale nie w erotycznym, a bardziej pieszczotliwym geście. Wyglądało to jakby nie chciał tracić choć na chwile kontaktu dłoni z jej skórą.
Uśmiechnęła się, zawisając teraz nad nim na łokciach.
- Co mówiłeś? - zapytała, a gdy chciał powtórzyć, wślizgnęła się podstępnie języczkiem do jego ust. Ciało Aili, choć zaspokojone, wciąż poruszało się, ocierając zmysłowo o kochanka.
- Nic, tak mi się wymskło. - Uśmiechnął się szelmowato, rozleniwiony. - Jak Ci kurierzy nie bywają tu często i nikt się nie spodziewa żadnego dziś lub jutro, to dałaś właśnie paru koleżankom powód zazdrości - zażartował.
- Potrafią się sobą zająć - powiedziała Aila takim tonem, że przypuszczał, iż mówi poważnie.

Co działo się za tymi murami, skrywającymi “mniszki” przed światem? To wiedziały tylko one.
Otworzył szeroko oczy. Zabawnie wyglądał w tym zdziwieniu.
- Ze… one ze sobą? - zapytał nie bardzo mogąc uwierzyć.
Aila zarumieniła się.
- No tak... wiesz, ale to tylko... na rozładowanie napięcia... - Zaczęła uciekać oczyma.
- Uhm… - Wyglądał na również lekko zawstydzonego. - Ty… ty też, z którąś? - spytał.
Wyprostowała się, siadając na nim i eksponując w ten sposób swoje piersi.
- Ja... em... nie często, ale... zdarzyło mi się. Wybacz - powiedziała, zwieszając głowę pokutnie.
- Ja… Ehm… ciężko mi to sobie wyobrazić - rzekł jakby nie miał w głowie nic związanego z winą i wybaczaniem. - Nigdym nie widział jak dwie kobiety w łożu legły.
- No jeszcze tego brakowało. - Zawstydziła się jeszcze bardziej, po czym jednak dodała: - Wiele się to nie różni, gdy przypomnisz sobie jak mnie pieściłeś... językiem. No...
- Wiesz, nie jestem dzieckiem. - Uśmiechnął się ujmując w dłoń jej pierś. - Wiem, o co chodzi. Po prostu ciężko mi to sobie wyobrazić jak Ty i któraś z tych mniszek... - Zmrużył oczy jakby faktycznie próbował w myślach przywołać taki obraz.
Aila potrząsneła nim żartobliwie.
- Ej, przestań. Zakazuję ci o tym myśleć! - protestowała ze śmiechem.
- A czemu? - spytał uśmiechając się bezczelnie.
- Bo... bo... ja się wstydzę... no! Nie uśmiechaj się tak, masz natychmiast przestać! - Znów była tą rozkazującą szlachcianką, choć teraz w wersji karykaturalnej.
- Dobrze, już dobrze - roześmiał się już szczerze i usiadł obejmując ją. Przez jego zmianę pozycji poleciała trochę do tyłu, ale podtrzymał ją.
- Zadam jeszcze tylko jedno pytanie o tem i milczę. - Pocałował ją w obojczyk przelotnie i lekko. - Poza… hm… rozładowaniem napięcia, podobało ci się to?

Poczuł jak jej skóra się napięła.
- Nie no, Alexandrze... nie wypada przecie o tym mówić... - Wtuliła zarumienioną twarz w jego pierś. Po chwili jednak, odpowiedziała: - To było inne niż nasze... mniej gwałtowne, ale gdy tego brakowało... przyjemne. - przyznała cicho.
Widzieć jego twarzy nie mogła, ale siedząc na nim w tej pozycji poczuła bez dwóch zdań że jej odpowiedź, albo związane z nią obrazy w jego głowie zadziałały na niego. To było trochę absurdalne. Właśnie przyznawała się, że oddała swe ciało do igraszek innej osobie i czyniła z nią akt miłosny, a on zamiast reagować zazdrością, reagował… podnieceniem?
- Dobrze kochana, nie chcesz, to nie będę o to pytał - rzekł z jakimś niechętnym zamyśleniem, jakby mówił to wbrew sobie. Złożył jej przy tym pocałunek na skroni.
Odruchowo umościła się wygodniej, siadając niżej na jego lędźwiach.
- To nie tak, że nie chcę... po prostu... nie wiedziałam jak zareagujesz... ale chyba... ci się to podoba. - Spojrzała na niego niepewnie.
Teraz i on się speszył.
- Nie wiem czemu ale chyba tak - przyznał niechętnie. - Tak jak i nie wiem czemu mi nie wadzi, żeś tu z którąś… albo i z kilkoma… - Urwał. - Może przez to, że żadna z kobiet mi nie rywalką na życie z Tobą i miłość jak męża i niewiasty? Nie o ciałom Twe zazdrosny - przejechał jej ręką po piersiach - ale o to - wstrzymał dłoń na wysokości serca - i o to - przejechał po obojczyku, szyi policzku aż wymownie zatrzymał na skroni. Ona chwyciła swoją dłonią jego palce i uśmiechając się ciepło, rzekła.
- Są twoje. A i pewne moje zachowania... tylko przy Tobie... - to rzekłszy przesunęła jego dłoń w dół po policzku, aż do swoich warg. Tam objęła jego wskazujący palec usteczkami i poczęła przyjemnie oblizywać, patrząc mu w oczy.
Mruknął z przyjemnością.
- A przed klasztorem? - zainteresował się spoglądając w jej oczy, nie widziała w nich jednak napięcia.
Westchnęła, ale po chwili pokręciła przecząco dłonią.
- Raz prawie... na paryskim dworze, ale... uciekłam. To w ogóle nie było... jak z tobą. - wyznała, a po chwili cicho zapytała - A Ty?
- I przez trzy lata ponad - jakby coś liczył w myślach - trzy i pół prawie… nic? - Wyglądał jakby zaskoczyła go ta wiadomość. Na pytanie nie odpowiedział.
- No ja nic, a ty...
Urwała, bo gdzieś z głębi klasztoru ich uszu dobiegł kobiecy krzyk.
Po chwili drugi.

 
__________________
"Soft kitty, warm kitty, little ball of fur...
Happy kitty, creepy kitty, pur, pur, pur."

"za (...) działanie na szkodę forum, trzęsienie ziemi, gradobicie i koklusz!"

Ostatnio edytowane przez Leoncoeur : 06-10-2017 o 18:07.
Leoncoeur jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 06-10-2017, 22:12   #5
 
Mira's Avatar
 
Reputacja: 7270 Mira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputację


Oboje zerwali się na równe nogi, przy czym Alexander na wszelki wypadek rzucił się do spodni i zaczął je ubierać.
- Co to było? - zapytała Aila, choć to przecież ona na co dzień przebywała w klasztorze. Również zaczęła narzucać na siebie mnisią szatę, nie kłopocząc się spodnią suknią czyniącą za bieliznę.
- Mam nadzieję, że igraszki Twoich koleżanek… - Alex zasznurował spodnie tyle o ile - Trzymaj się mnie. - Otworzył drzwi.
Ona jednak chwilę zwlekała, podczas gdy ktoś zaczął bić na alarm w dzwon. Wreszcie dziewczyna dołączyła do męża. W ręku miała miecz - ten sam, który wybrała sobie na Kocich Łbach jeszcze. On zaś ręce miał puste. Jego miecz… sam nie wiedział gdzie go schowali. Poza tym obiecał, że nie przeleje krwi w tych murach tej nocy. W aspekcie choćby ewentualnej obrony Aili, wywołało to stanięcie dęba włosów na karku.
Nie było jednak czasu nad tym dłużej myśleć.
- To z piętra niżej. - powiedziała Aila, biegnąc ku schodom. Bękart zaklął szpetnie i wnet podążył za żoną nie pozwalając jej wysforować się zbytnio przed niego.

Dobiegli oboje do sali, której dwuskrzydłowe drzwi stały otworem, a w nich stało już pięć mniszek, lamentując nad czymś.
Kiedy dotarli do nich, zobaczyli potłuczoną szybę okna i dwa martwe ciała mniszek, jakby rozorane wielkimi pazurami. Krew okropnie wyglądała na śnieżnobiałych szatach
- Wampir przybył po Merlina.
- Carlę i Jadwigę zabił przy tem.
- Ten potwór to wampir?
- Chyba miał skrzydła...
- Merlin na pewno sobie poradzi...
Wszystkie dywagowały spanikowane, patrząc na trupy na podłodze.
- Wezwijcie służbę, by zabrały je do kaplicy - rzucił półnagi Alexander stając obok Aili. - Merlina zabrał napastnik?
Któraś kobieta odbiegła, by wykonać polecenie. Kilka innych dyskretnie przyglądało się Alexandrowi, jednak zbyt były przejęte sytuacją, by w pełni zdać sobie sprawę z obecności przystojnego, nie do końca odzianego mężczyzny. A może wcale ich to nie obchodziło, skoro dobrze bawiły się w swoim towarzystwie?
- Został porwany, albo ruszył w pogoń. Nie wiemy, bo te co widziały, nie żyją - wyjaśniła kobieta, którą widział wcześniej w lochach. Była przejęta i przestraszona. Wszystkie zresztą tak wyglądały zakrywając usta i starając się nie patrzeć na ciała koleżanek. Dwie płakały bezgłośnie.
- Czekać nam zatem - Alexander zwrócił się do Aili.
- Ale... co jak nie wróci? - zapytała dziewczyna z trwogą.
- Nie musimy wracać na Kocie Łby - odpowiedział spoglądając na nią. - Mogę wziąć w opiekę ten klasztor i możemy żyć wtedy tu. Będziesz mogła kontynuować nauki i będziemy razem. Bez żadnego sire.

Aila pociągnęła męża na bok, by inne mniszki nie słyszały jego słów.
- Nie wiesz co mówisz... - szepnęła konspiracyjnie - to nie jest księgozbiór Merlina, lecz całej organizacji, do której on należy. To właśnie te wampiry, które chcą żyć z nami w pokoju, które nie chcą zabijać, żywiąc się. Jeśli Merlin zginie... przybędzie inny wampir na jego miejsce, a pewnie i cała grupa, by wyjaśnić sprawę. Oni mogą nie być tak... wyrozumiali dla nas.
- To wyjeżdżać nam trzeba - zastanowił się na głos. - Jak Merlin zginie, to Twe więzy opadną. Nic nas tu nie trzyma.
- A jeśli nie? - zapytała cicho - Jeśli on w niewoli... albo poradzi sobie, lecz nie od razu? I tu i tu ryzyko spore.
Spojrzał na nią mrużąc lekko oczy.
- Czy Ty przypadkiem nie próbujesz mi wmówić, że winniśmy iść Twemu sire na ratunek?
Prychnęła.
- A czy ty przypadkiem nie zgubiłeś gdzieś ludzkiego serca? Przecie on był dla nas dobry... dobrego człowieka byś nie chciał wyratować?
- To nieumarły. - Alex też prychnął. - Spójrz na królów, cesarza, mogą być dobrzy i światli, a w imię ambicji poświecą trzysta wsi. Pomnóż to przez dziesięć i obraz wampira dostaniesz. Dobry on, ale na tyle jeno by polować na innych nie na niego. Nie aby życie ryzykować ratując nieumarłego istnienie.
Musieli się odsunąć, bo przybiegła straż i zaczęła wszystkich od sali odganiać. Małżonkowie więc w pewnym sensie zostali sami, wciśnięci w przyokienną niszę korytarza.
Aila patrzyła na Alexa ze smutkiem.

[MEDIA]https://i.pinimg.com/736x/96/c0/07/96c0079666c672627c68ed6b39bcee88--crying-eyes-photography-editing.jpg[/MEDIA]

Z jej oczu popłynęły łzy, przez co już zaczął myśleć, że znów ją stracił.
- Dobrze - rzekła cicho, na granicy słyszalności. - Będzie, jak zechcesz.
- Przed świtem jeszcze wyruszymy na Kocie Łby. - Alexander odetchnął i spojrzał na nią czule. - Merlin nie sprawiał wrażenia wojownika, tedy jak go nie ma… tamten go porwał, a nie Merlin jego tropem podążył. Skoro tamten na tyle silny by zaatakować siedzibę drugiego i uprowadzić… To koniec Merlina. A Ty wolna.
- Nie mów tak. Ciężko mi się z tym godzić, że taki szubrawiec... że ktoś taki jak Merlin... - znów z oczu jej pociekły łzy. - I czemu na Kocie Łby chcesz jechać? Przecie to już nie nasz dom...
- A gdzie? - spytał miękko przytulając ją. - Tam się poznaliśmy, tam pokochaliśmy. A miasto złamało warunki umowy. Burmistrze… ach nie dostałaś mego ostatniego listu. Nie frasuj się, możem tam wrócić.
Westchnęła.
Ruszyła za nim z wolna, ku swojej komancie, gdzie zostawili rzeczy i gdzie zaniesiono też jego wyposażenie, które miał z sobą gdy wyprawiał się tu ze Sion. Szli wolno, jakby nie pasując do wszechobecnej paniki i bieganiny.
- Nie wiem czy uznam je za mój dom znów. Choć tęsknię, to... - Spojrzała w oczy męża. - Mam nadzieję, że koty wciąż tam są.
- Jak nie uznasz, to przeniesiemy się gdzie indziej. Teraz herbowym, mogę na turniejach walczyć. Gdy kto kopią obraca jak ja, to w krótki czas dorobić się można… A koty? - Uśmiechnął się. - Koty to… koty. Zdziwiłbym się gdyby ich tam nie było. - Otworzył drzwi do celi Aili i wszedł. Bez ceregieli zaczął się ubierać.
Choć z jej oczu wciąż płynęły łzy, również do niego dołączyła, tym razem sięgając po świeckie odzienie.


Brama zawarta była, ale w tym rozgardiaszu nikt jej nie pilnował. Alexander uchylił furtę.
- Konia mam w jednej z chłopskich chałup - rzekł. - Na nim do Sion zajedziemy.
- Jeden tu w stajni mój był, możemy go wziąć, choć pewnie uwagę tym większą zwrócimy. - powiedziała Aila, niosąc spory tobołek na plecach. Głównie były to księgi z tego, co Alexander zauważył, sam niósł drugi. Aila miała trochę rzeczy jakie chciała zabrać.
- Mój rumak silny, dźwignie, a lepiej nam nie kusić losu - odpowiedział ruszając drogą z klasztoru do wioski.

Szli przez kwadrans, aż doszli do zabudowań, Aila wciąż chlipała gdy Alex uchylił odrzwia jednej z obórek.
- Co tam?! - ktoś wyskoczył z chałupy z widłami, ale zaraz zreflektował się. - To Wy panie, w dzień mieliście być.
- Zeszło mi. Konia siodłaj.
- Jużci.
- Tak tedy wyruszamy… - rzekł przytulając Ailę.
Pokiwała głową, wciąż przybita i smutna, ale nie protestowała, nie chcąc by znów do tematu więzów wrócili. Po prawdzie jednak mimo dwóch lat spędzonych w klasztornych murach, reagowała na otoczenie z jakąś obojętnością.
Alexander ujął ją w ramiona i spojrzał na jej piękną twarz.
Najpierw scałował łzy.
- Więcej mi nie trza…. wyrzekł cicho. - Winkeel - zawołał.
- Tak Panie? - odzew ze stajni rozbrzmiał natychmiast.
- Konia trzymaj pod rzędem, wrócim niedługo.
- Aaalee…

- Wróćmy na klasztor po konia dla Ciebie, kochana. Ot będzie śmiesznie. Łowca wampirów idący na ratunek nieumarłemu.
Podniosła na niego oczy, nie rozumiejąc w pierwszej chwili, a potem to zobaczył. Najpiękniejszy widok, gdy blask wrócił do jej wejrzenia, gdy na twarzy obudził się uśmiech... Aila uściskała go spontanicznie.
- Łowca wampirów z żoną - wprowadziła tylko jedną poprawkę do planu.
- Ale rytuału… - burknął prowadząc ją z powrotem pod górę - będę chciał i tak.
- Jeśli się spiszesz, dostaniesz znacznie więcej. Może nawet zrobimy z tego nasz własny rytuał. - powiedziała, rozbudzając jego wyobraźnię.

 
__________________
... i choć sami drogi nie znają, chcą, by za nimi szli inni.

Do odwołania mniej aktywne forumowo macki. Za utrudnienia przepraszamy.
Mira jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 07-10-2017, 19:26   #6
 
Leoncoeur's Avatar
 
Reputacja: 6085 Leoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputację


W klasztorze małżonkowie rozmówili się z pozostałymi jego mieszkańcami, którzy wiedzieli cokolwiek na temat tajemniczego wampira, nie dowiedzieli się jednak zbyt wiele nowego. Ponoć parę osób przed atakiem dostrzegało nocami jarzące się żółte ślepia za oknami. Były to jednak na tyle nieuchwytne spostrzeżenia, że wtedy nie myśleli kogoś ostrzegać z ich powodu. Ot kot czy inny zwierz łaził pewno swoimi drogami. Ślady na trupach wskazywały też, że potworna istota zaopatrzona była w szpony, którymi musiała uderzać z nadludzką siłą. Jednym zamachem prawie oderwała ramię od ciała martwej mniszki.
Cóż jeszcze?
Właściwie nic.
Merlin mówił o wampirze od kiedy pamiętano. Ten też zmieniał co jakiś czas tereny swojego żeru i ostatnio zawędrował pod przyklasztorną wieś. Tydzień temu miało stamtąd zniknąć jakieś dziecko. Pozostałe jednak zniknięcia zdarzały się w odstępach około miesięcznych i dotyczyły głównie Wygódek - wsi znacznie większej, umiejscowionej w malowniczej dolinie górskiej, przez którą przepływał strumień.

Do tychże Wygódek dotarli niedługo po świcie, bo zeszło gdy przeprawiali się przez przełęcz zwaną przez Winkela “Sowią”. Wieśniak z Przyklasztorów nie wyglądał na szczęśliwego nocną eskapadą przez góry i z początku odradzał to, ale Alexander widno sowicie go opłłacił już wcześniej za pilnowanie rumaka, obiecał podwoić zapłatę i oczy Szwajcara zabłysnęły. Wnet okazało się, że jest bezpieczna, łatwa, choć kręta droga omijająca “Trzy Niedźwiedzie Wierchy”. Zostawił ich gdy w świetle wstającego słońca wieś była już doskonale widoczna.

[MEDIA]https://i.imgur.com/QZLgpQA.png[/MEDIA]

W pobliżu nie było żadnych dworów ani innych większych budowli, w których zazwyczaj wampiry tworzyły swoje legowiska.
- Nie rozumiem jednego - Alexander odezwał się spoglądając na górskie sioło. - Podklasztory i sam klasztor to będzie na nie więcej niż setka mężów, kobiet, dzieci. Młodych i starych. Tu pewnie z półtorej setki pomieszkuje. Skąd Merlin brał krew i jak ten drugi jest w stanie wyżywić się z kilku górskich wsi, aby nie kaen był świadom jego istnienia?
- O Merlinie przecież ci mówiłam. Sami go żywiliśmy naszymi darami.- powiedziała Aila wyprostowując plecy na grzbiecie konia. - Ten drugi zaś... pomyśl, miesiąc przerwy między zaginięciami. Czy to nie tyle, ile człek jest w stanie wyżyć, będąc jedynym żywicielem nim padnie z wycieńczenia?
- To ile was tam w tym klasztorze było? - Bękart odwrócił się do żony. - A nim umrze z wycieńczenia, to tydzień, nie więcej. I to tylko wtedy gdy wampir vitae nie używa na wzmocnienie swych sił i inne mroczne moce. Z półtuzin na miesiąc do śmierci ssanych by wampir mógł istnieć i działać.
- Nawet jeśli karmił ofiarę? - Aila spojrzała na niego pytająco - Może też miał jakieś inne rewiry, tego nie wiemy... A co do klasztoru, obecnie nas tam było dwanaście na naukach, trzy służki i kilku strażników.
- Dziwne to… Nijak nie pasuje. Merlin musiał zatem i inne źródła krwi mieć, wasz tuzin to za mało.
- Pewnyś? Co trzy dni butelkę dla niego się nam udawało nazbierać, a czasem i dwie z tych datków. Służba i strażnicy też się dołączali.
- Pewnym tyle, że z ilości aby nieumarłemu na jeden dzień najmniej starczyło, człowiek jak śnięty chodzi długo.
- Ach tak... - Aila zamyśliła się. Nasze dary są niewielkie, może ze dwa łyki od każdego, ale zawsze dobrze się czułam, nawet trzy razy w tygodniu je składając. Tylko... tylko w niewieście dni odpuszczałam - dodała nieco zawstydzona tą informacją. Wzrok jej wrócił do wsi - Jak planujesz zacząć poszukiwania? Pewnie odpocząć i przespać by nam się też zdało przed wieczorem.
- Nie ma odpoczynku gdy idzie o wampira - Alexanderod rzekł głucho. - Przed zmrokiem trzeba nam wywiedzieć ile się da i schronienie przygotować. Oraz wysłać kogo do Sion, by sprowadził tu moją kopię.
- No to jedziemy panie mężu... - Aila zakryła się opończą, wcześniej jednak Alexander mógł podziwiać jej nowy strój do jazdy i ćwiczeń, tym razem wykonany z utwardzonej skóry, wszytej płytowo w spodnie, by jednak nie utrudniać ruchów kobiecie i stanowiącej podstawę wykonania kamizelki oraz kurtki, którą szlachcianka miała narzuconą na płócienną koszulę, a pod spodem... Alex widział to cudo tylko przez chwilę - wykonaną misternie osłonę dla piersi szlachcianki, by te nie odstawały zanadto i nie przeszkadzały właścicielce. Było w tym odzieniu jednak coś fascynującego... może dlatego, że osłona nie zakrywała w pełni piersi a jedynie je ściskała.
- Pięknie wyglądasz. - Uśmiechnął się. - Skąd masz ten strój? Myślałem, że wy tam raczej nad księgami siedzicie.
Jego żona prychnęła, udając oburzenie.
- Przed przyjazdem tutaj zamówiłam, polecono mi zdolnego kuśnierza i gdy już całość zaprojektował, zrobił dla mnie trzy komplety, jeno kolorami się różniące. O ile nie spasę się jak świnia, nie muszę się martwić strojami podróżnymi. - zachichotała, kierując konia w dół ku wsi.

- Czemu właściwie Merlin w tym klasztorze gromadzi wiedzę o sobie podobnych? - Alexander spytał gdy byli już niedaleko pierwszych zabudowań. - Przecież to straszna wiedza… Broń na nich. Gdyby kto przejął te wszystkie księgi. - Alexander pokręcił głową. - Wiedza jaką dał mi Wilhelm to wynik zdobywania jej przez pokolenia łowców. Niekompletna, praktyczna raczej, nie zawsze pewna. A on… - Spojrzał na Ailę. - Zezwolił Ci studiować tę prawdziwą, głęboką o rodzaju wampirzym. Wiedząc, że kiedyś ją wyniesiesz poza te mury. Gotów był zresztą tej nocy Cię zwolnić. Nic z tego nie rozumiem.
Aila zastanawiała się chwilę.
- Nigdy nie myślałam o tym w ten sposób, ale... masz rację. To trochę dziwne. Może taką wiarę pokładał w śmiertelnikach? - dodała retoryczne pytanie, sama chyba niezbyt przekonana do tej tezy.

Alexander na razie nie drążył, bo wjechali już pomiędzy pierwsze chałupy, a ci z wieśniaków co wstawali ze świtem aby wyprowadzić stada na łąki przypatrywali im się ciekawie.
Wygódki leżały w głębokiej dolinie ograniczanej z dwóch stron przez bardzo wysokie zbocza skalne, z których lała się woda kilku wodospadów zasilających rwący potok. Przyjezdni z pewnością czuli się we wsi źle i klaustrofobicznie z obu stron otoczeni wysokimi, stromymi zboczami, ale pewnie była to kwestia przyzwyczajenia. Alex i Alexander odruchowo jednak spoglądali w górę przytłoczeni nieco tymi górami.
Dolina ciągnęła się chyba daleko na północ, gdzie rozszerzała się w pastwiska, w oddali majaczyły białe szczyty wyższej części Alp. W drugą stronę dolina ta uchodziła pewnie aż do doliny Rodanu, w której leżał Sion. Ani Aila, ani Alexander nie wiedzieli jednak jak daleko ciągną się te odnogi, bo przybyli tu od strony przełęczy prowadzącej do doliny z klasztorem i “Podklasztorami”

Wieś wyglądała całkiem dostatnio i jak większość w tej partii Alp nastawiona była na hodowlę krów i wyrób serów. Całkiem ładne domostwa poutykane były dość ścisło. Jako, że Wygódki były całkiem spora wsią porównywalną pod względem głów z co poniektórymi miasteczkami, nie zdziwił widok murowanego kościółka. W ogóle niemało domów było z kamienia, co w połączeniu z tym, że większość zagród miała oddzielne obory dla trzody, można było uznać ją nawet za bogatą.
Coraz więcej ludzi wyglądało zza płotów i okien.
- Czuję się jak zwierzątko wystawione na pokaz - Alexander mruknął do jadącej obok żony.
- Bardzo przystojne zwierzątko - dodała z uśmiechem Aila, bardziej przyzwyczajona do tego, że wszędzie jej piękna twarz i włosy budziły zainteresowanie nie tylko po wsiach, ale i na dworach.

Gdy wjechali między zabudowę, dziewczyna wskazała palcem przed siebie na drewniany, piętrowy budynek z szyldem, na którym można było zauważyć psa z okrwawionym pyskiem. Malowidło było mało wdzięczne.
- O, ten budynek wygląda na tawernę. Może nawet mają jakieś pokoje do wynajęcia.
Gdy zatrzymali się przed budynkiem wyjrzał z niego zaciekawiony wieśniak łypiący to na Ailę, to na Alexandra. Na nią zreszta częściej i dłużej.
- Niech będzie pochwalony - rzucił bękart nie zsiadając z konia.
- Na wieki wieków.
- To karczma?
- A jużci - odpowiedział oberżysta.
- Pokoje jakie wolne są?
- Pokoje…?
- No by podróżni mieli gdzie nocować.
- Tu podróżni rzadko zaglądają, nie mamy pokojów. - Karczmarz wzruszył ramionami.
- A jest tu gdzie przenocować? - Alexander westchnął.
- Zwykłym to bym na sianie proponował, ale niewiele po stodołach przed latem zostało, a i nie widzi mi się by Państwo się tym zadowolili. Mam alkierz, ale zagracony, bo nie używany, albo w kościele pleban ma izbę po wikarym co to zaginął jakiś czas temu.
Aila podjechała bliżej. Jej krótkie, sięgające zaledwie ramion włosy musiały budzić nieufność w wieśniakach, bo od razu poczęli szeptać i na nią palcami sobie wskazywać.
- Jedźmy zatem do kościoła, mężu. - powiedziała, niosąc w tym jednym zdaniu dwie informacje dla plepsu: że jest kobietą zamężną, a więc przyzwoitą i bynajmniej wstępu w progi świątyni się nie lęka.


Kościółek nieduży był, ale z wieżyczką i dzwonem niewielkim, co jeszcze bardziej status wsi podkreślało. Ksiądz pewnie zaalarmowany już że goście do Wygódek przybyli, wyszedł na zewnątrz. Był… bardzo młody jak na księdza. Ciemne włosy miał długości takiej jak Aila, a niewielki, starannie utrzymany zarost dopełniał bardzo miłego dla oka wrażenia.
- Niech będzie pochwalony - wyrzekł żegnając się.
- Na wieki wieków - odpowiedzieli małżonkowie. Aila jednak wolała trzymać się z tyłu, by swoim oryginalnym wyglądem księdza w oczy nie razić.
- Karczmarz rzekł, że macie izbę wolną - Alexander zsiadł z konia, by nie urazić duchownego rozmową z siodła. - Nocować gdzie tu nie ma przyjezdnym.
- Ano nie ma, bo i po co tu przyjeżdżać kto miałby? Jeno Kulawy Fabio raz na jakiś czas przyjeżdża z towarami ze Sion.
- Obrotny skurw… - Alexander szepnął pod nosem kręcąc głową.
- Słucham?
- Nic… Zanocować byśmy chcieli, odwdzieczymy się jakoś, a mówią, że jest tu gdzie.
Ksiądz spojrzał na Ailę marszcząc lekko brwi.
Choć nie tak urokliwa dla konwencjonalnych gustów, szlachcianka uśmiechnęła się ciepło, roztaczając ten swój charakterystyczny czar.
- A długo małżeństwem jesteście - zapytał ksiądz, łypiąc jednak w dalszym ciągu podejrzliwie.
- Ponad pięć lat będzie - odparła Aila zgodnie z prawdą.
- I potomstwa nie macie? - znów zmrużył oczy.
- Mąż mój na dworze z dala od naszych włości służył - odpowiedziała całkiem gładko szlachcianka, tylko na początku lekko się zająknąwszy. - W turniejach stawał w szranki, życie narażał... Ja zaś warkocz poświęciłam, by go anieli mieli w opiece. Teraz wreszcie do domu wraca...
Ta opowieść chyba spodobała się młodemu księdzu, bo z aprobatą głową skinął.
- Tedy z tęsknoty małżonka po was wyjechała? - zapytał Alexa.
- A słyszałby ksiądz kiedy, aby baba usiedziała na miejscu? - Rycerz uśmiechnął się. - Po prawdzie to u rodziny była w Sabaudii, ja ze wschodu wracam, bom tam w służbie spędził na habsburskiej ziemi u boku rycerza w imieniu Filipa III Burgundzkiego tam posługę czyniącego. W niderlandach nasze włości tedy w Sion nam wyszło spotkanie, aleśmy przed wyjazdem zechcieli gór trochę zobaczyć. Może nigdy tu nie wrócimy, a pięknie tu.
- Ah sooo… wie viele hoffe du gewesen bist, Ritter?.
- Nur auf hof von dem erzherzog Friedrich V, nach dem tod Ladislaus Posthumus - odpowiedział Alexander z koszmarnym akcentem.
Kapłan skinął głową.
- Wejdźcie. Konie ostawcie, ktoś się pewnie nimi zajmie.

Aila posłała uśmiech małżonkowi i gdy ten poszedł konie przystawić do wodopoju, zagadnęła duszpasterza.
- Em... Ojciec wybaczy, aleśmy od karczmarza usłyszeli że pokój wolny, bo wikaremu coś się stało. Czy tu aby okolica bezpieczna? - zapytała z udawaną trwogą w głosie.
- Nie bardzo. Ludzie giną od dłuższego czasu - odparł ksiądz krzywiąc się.
Nie skomentowała tego jednak, bo Alex już do niej wrócił i wszyscy troje weszli do przykościelnego domostwa.

W kuchni przywitała ich rumiana, rudowłosa dziewoja o sporych... atutach. Ksiądz przedstawił ją, po uprzednim odkaszlnięciu:
- To jest Cecilia, moja... gospodyni. Cecilio, to są nasi goście, pan... - zrobił znaczącą przerwę.
- Alexander z Eu, a to żona ma Aila - przedstawił ich bękart.
- Jestem Adrian, od roku dopiero tu posługę czynię. - Ksiądz kiwnął głową. - Co was sprowadza do Wygódek?
- Jako rzekłem, przejażdżki po górach zażywamy nim na północ nam ruszać do domu.
- Przejażdżka po górach, nocą, po świtaniu przybywacie i o nocleg prosicie? - Duchowny patrzył to na rycerza, to na jego małżonkę.
I znów to Aila pospieszyła z wyjaśnieniem:
- Nie chieliśmy nikogo kłopotać, w szałasie tych, co pasają owce żeśmy noc próbowali przespać, ale... jam do takich warunków nienawykła. Oka zmrużyć nie mogłam, a i strach... to też małżonek mój obiecał, że na następną noc przyzwoite łóżko mi znajdzie.
- No tak, pani szlachcianka?
- Owszem.
- Tedy pani, nie wiem czy skromne wikarego łoże pani będzie odpowiadać, bo tam żadnych wygód, jeno siennik na deskach. Każę ja co prawda Cecilli jedną albo i dwie kołdry wam dodać, ale to wciąż... inne standardy. Chodźcie zresztą za mną. Sami obaczycie. - powiedział, machając na nich ręką i ruszając przez kolejne pomieszczenie, które chyba było pokojem, w którym ksiądz wiernych gościł.

Stamtąd dwie pary drzwi odchodziły.
- To moja sypialnia - wskazał drzwi po lewej, a następnie drzwi po prawej - a to sypialnia wikarego, wchodźcie śmiało.
Gdy weszli okazało się, że izdebka jest na tyle mała iż Adrian po prostu stanął w drzwiach, a Cecylia stając na palcach przypatrywała się jeno i szeptała coś księdzu, ale na tyle głośno, że łowili co nieco.
- ...się też nie wyśpi… jedno na drugim by musieli… dom Boży… głupiego co jeszcze najdzie…
Mówiła chyba o łożu, które okazało się dalekie od tego określenia. Niczym kocur dachowy równany od tygrysa. Niewielka prycza to raczej była z siennikiem zarzuconym na dość wąską drewnianą ramę. Z tą koniecznością “jedno na drugim” to Cecylia niewiele się pomyliła, szczególnie przy posturze Alexandra.
Adrian strapił się lekko.
- Może Pani nadobna po prostu tutaj, a małżonkowi na zapiecku się co wyszykuje - rzekł w końcu. - Cecylia tam czasem się mości jak późno skończy i zmęczonej do domu nie chce wracać.

Aila rozejrzała się.
Ot pokój wikariusza: łóżko, szafa, stolik niewielki na posiłek i zarazem jak biurko służący, przy którym stało krzesło. Tyle... no prawie. Uwagę Aili przykuł nieduży ołtarzyk w kącie pokoiku i klęcznik koło niego. Wykonane były z wysokiej jakości drewna, obitego dość drogim materiałem.
- No to już jak mój mąż woli. Możemy też spać tu razem, ino jedno na ziemi - powiedziała.
- Na ziemi spocznę, mi trudny niestraszne - odezwał się Alexander. - Mówiłeś ojcze, że ludzie znikają, tedy oka bym nie zmrużył martwiąc się o ukochaną, choćbym jedynie izbę dalej legł.
Cecylia spojrzała nieufnie to na jedno to na drugie.
- Na śniadanie tedy prosimy, głodniście pewnie - powiedziała.
- Dziękujemy. - Alex wziął Ailę pod rękę wychodząc za Adrianem. - A o co idzie z tym ludzi zaginięciem? - spytał.
Ksiądz wyglądał na spłoszonego.
- Bardzo chcecie wiedzieć... tedy nie dziwota. Jednak może to po śniadaniu opowiem, jak małżonka pójdzie odpocząć, bo to ani temat by przy nim śniadać, ani dla wrażliwych uszu niewieścich.
Kątem oka Alexander zauważył jak Aila udała, że się krztusi, a po prawdzie omal nie prychnęła śmiechem. No tak, jej uszy dawno przestały być wrażliwymi…
- Och tak… wrażliwe me kochanie tak, że dziw iż do klasztoru się przed złym światem nie skryła, męża przy sobie długi czas nie mając - Bękart pokiwał głową i posłał Aili figlarne spojrzenie. - Tak to straszne? - spytał Adriana siadając do stołu w kuchni.
- Mhm - powiedział ksiądz, lecz nic więcej nie rzekł zgodnie z zapowiedzią. On i Cecylia nie byli tak życzliwi jak gospodarze z Wilczych Dołów. Przy stole czuć było sztywność, a Cecylia to starała się przypodobać gościom, to patrzyła na nich spod byka, gdy jej zdaniem nie dopełnili jakiegoś obyczaju. I tak przez cały czas trwania posiłku. Potem ona zajęła się sprzątaniem, a Aila...

Jak to mówią darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby, toteż po bezsennej nocy Aila, gdy powiedziano jej, że powinna odpocząć i uszu swoich nie męczyć mroczną opowieścią zaginięć w Wygódkach, po prostu... posłuchała.
Z radością zdjęła z siebie opończę, w której kisiła się podczas całego śniadania, twierdząc, że jej zimno, a potem spodnie i kamizelkę. W samej jeno koszuli i bieliźnie zaległa na barłogu wikarego i słodko zasnęła, nie kwapiąc się nawet przykryciem.

Tymczasem ksiądz i Alexander pozostali przy stole w kuchni, ale teraz by się rozmówić:
- Więc co z tymi zaginięciami? - Rycerz spytał zerkając na duchownego. - Wszak to bywa… kto spadnie z urwiska, kogo zwierz dziki rozszarpie, aleć widać iż bardziej zafrasowani jesteście.
- Bo to... dziwne. Jeno po nocy się dzieje... ofiary z własnych domów wyciąga, z własnych łóżek. Ludzie powiadają, że to wąpierz grasuje. Ja myślę... - potarł dłonią czoło - Nie wiem co myślę już. Myślałem, że to jeno grzeszników licho bierze, ale i poprzedniego księdza... i tera wikarego, a chłopak był to dobry, asceta, niby z wysokiego rodu pochodzący, ale skromny... niczego nie chciał, jak go nie pilnowalim, to i całe dnie nie jadł. Bez słowa skargi. - Adrian wydawał się strapiony.
- Nie może to być - Alex zdumiał się. - Z własnych domów, z własnych łóżek? Jakże to…? Idomownicy nic nie widzieli?
- Noc była, wszyscy spali. Raz jeno u kowala, jego żona przyuważyła, że po ciemku wychodzi z chałupy. Pomyślała jednak, że ino odlać się... ale on już nie wrócił.
- Ilu tak zniknęło? Kto i jak często? - Bękart udał zainteresowanie. Udał… bo starał się wyglądać inaczej niż kto prowadzący śledztwo. Ot rycerz z daleka raczony straszliwą opowieścią.
- Mnie ciężko rzec, ale to lata były... ino to tak, że na przykład przez rok co miesiąc kto znikał, a potem dwa-trzy lata spokoju... i znów się zaczynało. Tera to będzie z siódmy miesiąc jak trwa...albo ósmy, bo nie wiemy czy zniknięcia córki młynarza liczyć, czy nie, bo dziewczyna w lecie kąpać się do jeziora chodziła, a często i sama o świcie, to nikt nie wiedział, czy jej się co stało, czy ją wąpierz dorwał jako pierwszą. Z nią w każdym razie to osiem zniknięć będzie.
- A więc jednak wampierz? - Alex wytknął księdzu. - Mówiliście wszak, że inne myśli przechodziły wam przez głowę.
- A bo to mało legend krąży... że wilkołak, że sam Szatan, że dziecię, które kiedyś praczka w lesie zgubiła tera się mści, że bandyci, że wodnik... - Adrian wyglądał na mocno podłamanego. - Nie wiem. I sam im rzec nic nie potrafię. Jeno żeby modły odprawiali... Eh...
- A kiedy ostatnio to się przytrafiło?
- Dwa tygodnie temu jakoś... albo nieco mniej. To właśnie zniknął wikariusz.
- Źle sie dzieje, zaiste. A żadne opowieści czy wiejskie legendy dotyczące tej wsi związku nie mają, albo mieć nie wydają się? Bo to każda ma swoje. Ot kto kiedy kogo przegonił w góry z sąsiadów zazdrosny o doprawienie rogów i z urwiska gaszka strącił. Albo że wiedźma w lesie.
- A jak to na wsi... przestrzega sie dzieciarnie żeby nie chodziła do potoku bo ich wodnik porwie, do lasu też nie, bo leśni ludzie w drzewa ich pozamieniają, w góry po zmroku także, bo im królowa gór zaśpiewa i w przepaść spadną... ot, ludzkie bajania - rzekł zrezygnowany ksiądz.
- U nas też ludzie znikali. Jedna córka młynarza, podróżny jaki, ot okazało się potem, że banici w lasach, no ale tu jak to tyle trwa i regularnie ludzie znikają… dziw. - Alexander też się zasępił. On wprawdzie z innych powodów, bo to co Adrian opowiadał wiele mu nie dało. - Pomóc byśmy chcieli, ale nie wiedzieć jak - rozłożył ręce. - Przykre w dwójnasób to, bo piękna wieś, dostatnia, czysta i kwiatami przystrojona. Rzekłby kto - sielski raj,.
- Ano, ale tak przystrojone, bo jutro weselisko ma być Młody Winkiel pojąć ma Evę, córkę karczmarza, któren i sołtysem jest. To ten nie szczędzi by pieknie wszystko wyglądało.
- Weselisko? - zainteresował się Alexander. - Alpejskie zaślubiny… byłoby przyjemnością wasze zwyczaje weselne zobaczyć nim na północ nie wyruszymy. Myślisz ojcze, że sołtys zgodzi się byśmy i my na nich byli?
- Oh, jasne, niech no się tylko dowie, że wy szlachcice, to juści sam zaraz tu wpadnie prosić. Zaszczyt mu jeno uczynicie. - odparł ksiądz.
- Jeno moi ludzie się niepokoić będą w Sion, znajdzie się kto aby ich uwiadomić, że na dłużej zostajem, albo ściągnąć tutaj?
- Ooo to dobrze się pospieszyć, bo tam zaraz ma posłaniec jechać, materiał przywieźć jakiś na jutro, bo to niby takie pilne. Eh, same zbytki, Bóg pewnie za to nas karze... - rzekł Adrian sięgając po kielich z winem.
- Gdzie mam go szukać? - Alexander wstał szykując się do wyjścia.
- Pewnie zara spod karczmy wyjdzie. Byliście tam wcześniej...

Wiedział, że robi głupotę… ale ekwipunek, a i pomoc zbrojnych.
Lecąc do karczmy aby przekazać posłańcowi gdzie pomieszkują jego ludzie, oraz hasło umówione przekazywane w takich wypadkach przez to iż wszyscy z jego orszaku byli niepiśmienni… miał wielką nadzieję iż wystarczy gdy posłaniec przekaże inne z jego poleceń:


“Niech Giselle zostanie w Sion”

 
__________________
"Soft kitty, warm kitty, little ball of fur...
Happy kitty, creepy kitty, pur, pur, pur."

"za (...) działanie na szkodę forum, trzęsienie ziemi, gradobicie i koklusz!"
Leoncoeur jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 09-10-2017, 10:38   #7
 
Mira's Avatar
 
Reputacja: 7270 Mira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputację


Aila chyba nie spała długo, a przez sen poczuła, że coś ją łaskocze. W końcu sen odszedł przepędzany czymś drażniącym jej delikatnie twarz. Gdy otworzyła oczy, zobaczyła nad sobą twarz Alexandra, który trzymając w zębach źdźbło trawy przejeżdżał nim po jej twarzy.
Na początku nie bardzo jeszcze rozumiejąc co się dzieje, patrzyła na niego spod na wpół przymkniętych powiek.
- Jesteś prawdziwy, czy znów mi się śnisz? - wymruczała, ponownie zamykając oczy.
Przejechał jej dłonią po ramieniu i barku.
- W snach czujesz? Jak nie to chyba prawdziwy. - Uśmiechnął się.
Westchnęła, a koszula na jej piersiach rozchyliła się nieco.
- Mmm no nie wiem... w śnie może się wydawać, że czujemy. Musiałoby zaboleć żeby mieć pewność...
Włożył jej dłoń pod koszulą obłapiając pełną pierś.
- Problem w tym kochana, że ja nie chcę sprawiać Ci bólu.
Otworzyła jedno oko i spojrzała na niego.
- Ugryź mnie... - powiedziała, odsłaniając drugą pierś i obojczyk.
Roześmiał się i pokręcił głową.
- Istny z Ciebie diabeł… - Posłusznie pochylił się, delikatnie wziął sutek między zęby i lekko ścisnął.
Wypuściła z płuc powietrze z szelestem. Alexander zauważył jak jej nogi zacisnęły się w udach.
- Wciąż nie wiem... takie rzeczy... już mi się śniły... - wyznała, czerpiąc odwagę chyba z fakt, że nie do końca jeszcze się obudziła.
- Mhm… - nie zabierał ani ust, ani prawej ręki. Za to druga wślizgnęła się pod materiał koszuli. Poczuła ją na biodrze i… w chwile później uszczypnął ją mocno w pośladek, korzystając z tego iż spodziewać się mogła zupełnie czego innego.
Jęknęła cichutko, odruchowo przeciągając się i napinając ciało. Otworzyła oczy i spojrzała na męża.
- Zaczynam ci wierzyć... - powiedziała, po czym z uśmiechem dodała: - Choć wciąż pewnam nie jest tak do końca czy to nie ułuda...
- W takim razie będziesz lunatykować - uniósł głowę z uśmiechem, z biodra rękę zabrał, choć tej drugiej nie - bo musimy iść.

I w tym momencie niespodziewanie dostał poduszką, na której spała przed chwilą jeszcze małżonka, w twarz.
- Osz ty! - warknęła i spróbowała się podnieść, ale po prawdzie jego palce wciąż okalał jej pierś. Aila uśmiechnęła się i błyskiem w oku spojrzała na męża.
- Alexandrze?
- Chodźmy Ailo, musimy porozmawiać. - Westchnął spoglądając na jej lekko obnażone wdzięki. Cofając dłoń ścisnął jędrną półkulę.
Niezbyt chętna do współpracy Aila podniosła się tedy i zapięła koszulę. Gdy sięgnąć miała po spodnie, zawahała się.
- A co robić będziemy? Może niewieście odzienie winnam wdziać? - zapytała.
- Rozmowa nas czeka, dosyć…. - Zawahał się. - Może być i suknia. - Kiwnął głową. - Przygotuję konie - rzucił wychodząc.
Przyjrzała mu się bez słowa, już całkiem rozbudzona. Po chwili skinęła głową i zaczęła się ubierać.
Stała się milcząca.


Jechali konno doliną w jej głąb w stronę odległych wysokich, ośnieżonych szczytów wysokich Alp. Zostawili wioskę za sobą, ale mijali stada krów na pastwiskach. Było tu wiele wodospadów lejących wodę z wielkiej wysokości, do ziemi dochodził nawet nie strumień wody, a rozpylone chmury.
Niedaleko jednego Alex wstrzymał konia i zsiadł.
- Tu będzie dobrze - rzekł. - Spętam konie, niech pobrykają bez uwięzi.
Milcząca Aila rozejrzała się. Nie wiedziała o co mu chodzi, a choć znów się odnaleźli po tylu latach, porozumienie między nimi było kruche. Jedna kłótnia mogła wszystko tedy zniszczyć.

Powoli zeszła z konia i puściła go, by mógł się paść świeżą wiosenną trawką.
- Powiesz mi tedy o co chodzi? - zapytała Alexandra, stając kilka kroków od niego.
Gdy spętał nogi wierzchowcom podszedł do niej i ujął ją za ręce.
- To nie na uszy wieśniaków, we wsi kto by mógł podsłuchać. Widzisz Ailo, to były długie lata. Ty w Paryżu, klasztorze, ja w podróżach z Wilhelmem, głównie po Rzeszy… - Zaczął i zamyślił się nad czymś.
- Mówże - pogoniła go - wiesz, że mnie do nerwicy doprowadzasz...
- Jam uczył się praktycznej wiedzy łowców, Ty tej innej zawartej w księgach, wyższej, ale z praktyką nie związanej. - Spojrzał jej w oczy. - Nie wiesz ile krwi potrzebuje wąpierz by istnieć, ja tak. Tyle ile z Armanda uszło… na tydzień. I to jeno wtedy gdy nie wykorzystuje vitae nadmiernie. Ja zaś gdym o skrzydłach usłyszał i szponach w klasztorze, tom pomyślał o wampirach leśnych, albo wschodu, bo tak ich łowcy nazywają. Ty pewnie masz większą wiedzę w tym. Ich klanach i mocach. - Uścisnął jej dłonie. - Mamy różną, razem może kompletną, musim tedy się naradzić i o tym co Merlina porwał się rozmówić, wzajem wiedzę swą wykazując.
Westchnęła.
- Tylko, że tak niewiele wiemy... W ogóle dowiedziałeś się czegoś sensownego od księdza?
- Nic. Potwierdził jeno, że co miesiąc kto ginie. Trwa to od lat. - Alex usiadł na trawie ciągnąc ją ze sobą, aby też spoczęła. Nie było sensu stać. - Przez rok ludzie giną, potem parę lat spokój. To co ich spotyka dzieje się od ponad pół roku, a ostatnio zaginął wikariusz, dwa tygodnie temu. Reszta to bajania.

Spojrzał ku łące gdzie ich wierzchowce brykały ze spętanymi nogami.
- Z mojej wiedzy wnioskować mogę kilka rzeczy. - Zastanowił się. - Ten Nieumarły morduje. Nie spija po trochu by utrzymać istnienie, a uprowadza i zapewne wysysa do cna. Nie porywa jak Elijaha do lochów, bo gdyby tak miało być, to w ciągu tygodnia, paru dni zgarnąłby odpowiednią liczbę ludzi by ich gdzie trzymać na krew dla siebie. Albo i zrobił z sołtysa ghula i przejął władzę nad wsią. On jest inny, a szpony… pewnie jeden z tych co zwiemy ich “leśnymi”, lub “dzikimi”. W człowieku krwi na tydzień, czyli za mało, myślę zatem, że on żywi się krwią zwierząt, która mniej odżywcza, ale mogą wampiry na niej przetrwać. Ludzi wysysa gdy jest już krucho, a i planuje coś na co potrzebował będzie posoki aby zwiększyć swą siłę lub na nieumarłą magię. Skoro tu co miesiąc ludzie giną, a i w innych miejscach rzadziej, jak to dziecko w Przyklasztorach, to myślę, że co dwa tygodnie do ‘zwierzęcej diety’ dopełnia się krwią ludzką, by mieć jej w sobie wiele. Raz tu, raz gdzie indziej. - Puścił jedną z jej dłoni i urwał źdźbło trawy po czym zaczął przebiegać nim po przedramieniu Aili. - Znaczy to, że w pobliżu Wygódek ma leże. Wikariusz zniknął dwa tygodnie temu, zatem wedle przewidywań dziś lub jutro ktoś z innej wsi zniknie, a stąd za dwa tygodnie… Ale! - uniósł źdźbło i drugą dłonią rozerwał je na pół. - Nie zniszczył Merlina, a go porwał. Porwanie trudniejsze niż ubicie, czyli chce Merlina ‘mieć’, nie ubić, bo to zrobiłby w klasztorze. Dwa wampiry, dwa razy więcej krwi trzeba i skoro ma jeńca… to nawet gdy go zakołkował, to oddalać się od Merlina, by osuszyć człeka w dalej położonej wsi... niedobrze.
Znów spojrzał jej w oczy odrzucając rozerwane źdźbło.
- Czyli jak co miesiąc zwykle się zdarzało, a teraz dwa razy więcej krwi trzeba, a wikary stąd zniknął dwa tygodnie temu… - Alex urwał.
Aila usiadła obok, podciągając kolana pod brodę. Patrzyła na źdźbło trawy, którym bawił się Alexander.
- Myślisz, że teraz niedługo uderzy? - zapytała, lecz nim odpowiedział, chwyciła go za dłoń - Jest coś jeszcze. Myślę, że nie powinniśmy ignorować tych... bajań. Wampiry zawsze wykorzystywały legendy na swoja korzyść. Wiesz, żeby ukryć swe istnienie, więc czy to koń morski, czy strzyga... może się za nie podszywać, karmić bajaniem prosty lud, by ten nie odkrył jego prawdziwej natury.
- Myślę, że jest bardzo możliwe, że niedługo uderzy - Alex przytaknął. - Jutro weselisko. Nie takie zwykłe, córka sołtysa za mąż idzie. Wszyscy tu pijani do szczętu będą.
Aila odchyliła głowę do tyłu, prezentując swą łabędzią szyję.
- Idealna okazja. Tedy... potraktujemy to jako przynętę?
Skinął głową.
- Posłałem do Sion po moich ludzi, powinni przybyć pod wieczór albo jutro z rana. - Alex wpatrywał się w jej szyję. - Co do bajań… wedle tego co ksiądz Adrian mówił, wiele się z potokiem lubo jakim innym zbiornikiem wody wiąże. Zaginione dziecko praczki, wodnik, zaginiona młynareczka co kąpać się lubiła przed świtem. Również z lasem, leśni ludzie zamieniający w drzewa, wilkołak. Albo wedle jego słów jakaś królowa gór co ludzi śpiewem wabi aby z urwisk strącać… - opowiedział jej wiernie to co mówił ksiądz.

Rozważając jego słowa, szlachcianka przechyliła się do tyłu, by położyć się na trawie.
- Potok płytki jest, choć silny i wartki. Myślę, więc, że tu najmniej wampira możemy się spodziewać. Las... owszem, lasy są wielkie, dziki zwierz może napaść, toteż łatwo śmierć wytłumaczyć. Tylko gdzie w takim lesie nieumarły miał się na dzień chować, by czuć się bezpiecznym?
- Myślę, że grot w tych górach bez liku. - rzekł zrywając kolejne źdźbło i spoglądając na małżonkę. - Pełno tu wodospadów, woda skałę drąży. Co Twoja wiedza o tym wampirze powiedzieć może?
- Cóż, jak wiemy, mitem jest, że boją się wody... - powiedziała, wyciągając się wygodniej - więc jeśli w lesie żeruje, to skrytka za wodospadem gdzie idealna dla niego. Z drugiej strony, jako rzekłeś, groty... w górach pełno jest jaskiń i to w takich miejscach, co ludzie dotrzeć do nich nie mogą, więc wampir bezpiecznym się czuje. Jemu zła pogoda wszak nie wadzi. Mamy tedy dwie poszlaki... Spójrzmy na naszego wampira. Oczy bestii i skrzydła... jeśli to prawdziwe skrzydła to, tak jak rzekłeś, może z innej rodziny w ogóle się wywodzić niż te... nasze rodzime potwory. Tutaj też bym wskazywała na górskie szczyty, skoro latać potrafi. Nie jest to jednak jedyna ścieżka, bo weź pod uwagę, że ciemno było, nikt się nie spodziewał tak bezczelnej napaści... Mniszki mogły słabo widzieć, jako że i lica wampira nie dostrzegły. Co więc, jeśli to nie były skrzydła prawdziwe?
- A jakie nieprawdziwe być mogły? - zdziwił się.
- Peleryna chociażby? Może jeno miały kształt zakryć?
- Hm… - Zamyślił się. - Nie wiem, ale skoro uprowadził Merlina, to fakt iż lata bardziej pasuje. Podlecieć, wpaść oknem gdy (zapewne) Merlin sie pożywiał na mniszkach. Zabrać go odlatując. Zważ, że inaczej musiałby przez mury lub furtę w bramie uciekać.
- A wiemy jak uciekał? - zapytała szlachcianka retorycznie. - Weź pod uwagę, że niektórzy z mocy korzystając mogą i bez odbicia do góry na piętro wskoczyć. Albo i dwa piętra. Na dół to jeszcze łatwiej tedy... - Westchnęła. - Nie wiem, Alexandrze, wszystkie scenariusze w jakiś sposób kupy się nie trzymają. Bo i co by w środku gór miał porabiać wampir ze Wschodu? Szczególnie, że on może nawet przed Merlinem już tu był. Tropić go raczej nie tropił, dla ksiąg tu nie przybył... raczej odkrył pobratymca i widząc, że ten mu bruździ... postanowił unieszkodliwić... lub raczej do czegoś wykorzystać, skoro wziął żywcem.
- Wampir ze wschodu mi się nasunął gdym o tych szponach i skrzydłach… - Alex się skrzywił obracając źdźbło w palcach. - Wedle opowieści Wilhelma oni potrafią swe ciała zmieniać, dla takiego skrzydła uczynić, to fraszka. To może być “Dziki”, oni często leża w górach mają, borach, z dala od większych skupisk ludzkich. Niczym wilki rozległe terytoria w dziczy posiadają. Ten mi bardziej pasuje.
- Możliwe... ano możliwe. W każdym razie stawiałabym na wampira starej daty, takiego co to wśród ludzi nie żyje i dawno nie żył. On bardziej zwierzęciu podobny niż nam, więc wielkich strategii spodziewać się chyba nie musimy. łatwiej go będzie w jaką pułapkę wpędzić...
- Wiesz jakie moce może mieć taki jak on? - spytał łaskocząc lekko źdźbłem skrawek odkrytej łydki.
- Poza przemianą ciała?
Skinął głową.
- Cokolwiek Ci te mądre księgi powiedziały - Uśmiechnął się.
- Nie wiem, Alexandrze, nie chcę cię nastawiać. Myślę jednak, że dysponuje on szybkością lub siłą nadludzką, co i myśmy... korzystali kiedyś. Dlatego nie do końca jestem przekonana, że to obcy wampir. Ślepia i szpony bestii też nasze rodzime potwory potrafią wyhodować. Ino o lataniu nie słyszałam.
- Tak tedy potencjału jego nie ocenimy - zafrasował się. - Te “Wschodu” z Polski, Rusi, czy Węgier mogłyby pewnie skrzydła sobie uczynić, ale bardziej pasuje mi jaki stary stąd, co w Alpach ma swe stare terytorium, “Dziki” zatem i może jako rzeczesz, skrzydeł wcale nie miał po prawdzie, a tak się mniszce której wydało. - Westchnął wciąż drażniąc źdźbłem jej skórę w zamyśleniu. - To gorzej. Inne jak Elijaha by leże wśród ludzi czyniło, dziki gdziekolwiek w lesie, górach. Znaleźć leża nie damy rady. Jeno nadzieja, że nakryć go na ataku… - Spojrzał jej w oczy. - Ale to niebezpieczne. Pierwsza zasada mego mistrza mówiła, aby leża szukać w dzień, w nocy z wąpierzem do walki nie stawać, bo to czyni tylko łowca głupi, któren zaraz z głupiego w martwego się zmieni.
- No ale nie damy mu przecie na weselników napadać... - złapała delikatnie jego dłoń.
- Oczywiście, że nie. - Znów się uśmiechnął. - Jeżeli się da, to trzeba ich uchronić.
Przyciągnęła jego palce do swojego policzka.
- Mam pomysł... paskudny. - odetchnęła - A gdyby... pozwolić mu? Wiesz, kogoś uprowadzić. A potem śledzić aż do leża. Twoi ludzie mogliby się ukryć, żeby nie wiedział nawet że tam są i mogą za nim podążać.
- Chcesz poświęcić kogo z tych wieśniaków nie próbując bronić? - Uniósł brwi.
- Jeśli nam się powiedzie, to ocalimy go. Gorzej jeśli... no wiesz. - spuściła wzrok - To jednak najszybszy i najpewniejszy sposób, by leże wampira odnaleźć i za dnia zaatakować.
- Wiesz jednak, że to nie wieśniakom najbardziej może co grozić? - Położył jej na policzku nie jeno palec jaki przyciągnęła, ale całą dłoń. - Nawet te dzikie głupie nie są. Bezlitośnie porywa stąd ludzi, ale wszak wie iż to zaplecze dla niego. Nie studnia bez dna. Może skorzystać z sytuacji, że do wsi kto przybył.
Ucałowała jego dłoń lekko.
- Tedy tym lepiej. Życiem innych nie będziemy rozporządzać, a jeśli porwie mnie czy ciebie to też się może zdziwić, gdy ofiara niecałkiem bezbronna się okaże.
- Ni ja, ni Ty nic nie uczynim w jego mocy. Nie równać się nam z nim. - W jego oczach zabłysły nuty strachu, choć chyba nie o siebie.
- Równać nie, ale opór stawiać większy owszem. - Pogładziła go po włosach. - Posłuchaj, jeśli on mocą prezencji dysponuje lub dominacji, by u ofiar spolegliwość wywoływać, to można złamać. Choć wiele od woli ofiary zależy. Jeśli jednak świadoma była, że taka moc istnieje... to łatwiej. Trzeba do prawdziwych jej uczuć się odwołać i kazać porównać. Tylko wiesz... do czegoś bolesnego, prawdziwego... co na pewno ją poruszyło.
- Prezencja? Dominacja? - Zmarszczył brwi niewiele rozumiejąc. - Mówisz o wampirzej mocy uroku i posłuszeństwa?
- Tak, oni te moce tak właśnie zwą.
Westchnął i położył się obok, patrzył przez chwilę w niebo.
- Może chcieć ubić od razu gdzie poza wsią. Może jednak lata i śladu nie znajdziemy, a zabije wtedy w leżu. Tyle ryzyka…
- Wiesz, myślę, że on... może nie dla siebie teraz ofiary szukać. Merlina po coś porwał. Więc jeśli z jego krwi chce korzystać, musi go nakarmić.
- Może więc wyssać kogo nieopodal wsi, po porwaniu - leżąc bękart odwrócił twarz ku żonie i spojrzał jej w oczy - a potem napoić go własną krwią. Jeżeli chce Merlina “żywcem”, to po cóż innego niż by go sługą krwi uczynić?

Ona również ułożyła się na boku, a po chwili nieśmiało wtuliła w niego.
- Nie wiem... mimo że tylem czytała... nie wiem - przyznała z goryczą w głosie.
- Cała wiedza na nic - przyznał niechętnie obejmując ją - gdy przychodzi do takiego sukinsyna. Trzeba wypytać tak czy owak, o jakie znane groty i jaskinie. Choć nie wierzę, żeby w oczywistych miejscach się skrywał.
- Ano... - przyznała, po czym rozkoszując się jego ciepłem, zaraz też dodała: - Wiesz, nigdy nie byłam na wiejskim weselu.
- Myślisz, że mają w tradycji pokładziny? - Roześmiał się.
- A co, chcesz się załapać na widza? - odparła wesoło.
- Nie znajduję niemiłym, gdym ostatnio z Tobą za widza robił w wiejskiej chacie - odrzekł również z humorem.
Na wspomnienie tych wydarzeń Aila wtuliła twarz w jego pierś.
- Nawet mi nie przypominaj... tacyśmy bezwstydni byli...
- Dobrze już dobrze - cmoknął ją w czubek głowy - ale trzeba nam pomyśleć nad jakimś darem dla nowożeńców. Oczekiwać tego będą.
- No jam w sumie biedna jak mysz kościelna. Jeno kilka kosztowności mam przy sobie, co by spieniężyć powrót swój. - Zamyśliła się. - Pannie młodej mogłabym naszyjnik jeden podarować w sumie...
- A habit klasztorny zabrałaś? - zmrużył oczy. - Materiał drogi nie na kieszeń chłopów. Bieluchny, jeno przeszyć by za suknię ślubną robił.
- Myślisz, że jeszcze nie ma? Dzień przed ślubem... A materiał niby biały, lecz po prawdzie sztywny strasznie był, bardziej chyba na obrus.
- Dzień miałyby jej druhny, aby przygotować szatę. A uwierz mi, tobie może z obrusem się kojarzy, ale tego materiału to oni tu nawet nie widzieli pewnie.
Wychowana na dworze Aila zdziwiła się szczerze, ale po chwili skinęła głową.
- Niech będzie. Mi on w sumie na nic. Raczej z sentymentu zabrałam.
- Ja co dla pana młodego obmyślę… A… jakbyśmy Merlina zratowali, to myślisz, że dałby Ci na wyjazd inny habit? - spytał niewinnie.
- Hę? Ale po co? - dziwiła się coraz bardziej dziewczyna, wachlując swoimi długimi rzęsami.
- A bo… ładnie Ci w nim było - odpowiedział wymijająco, choć ciężko uwierzyć było, aby w habicie lepiej wyglądała niż w pięknych sukniach w jakich przecie widział ją nie raz.
Zmarszczyła brwi swoim dawnym zwyczajem.
- Alexandrze... - powiedziała, sugerując, iż wie, że on coś knuje.
- Och… - Odwrócił wzrok przypatrując się wodospadowi. - Bo w nim, wypisz wymaluj jak mniszka wyglądałaś. - Zaczerwienił się lekko.
Dalej nie rozumiała.
- Ahaaa?
- Bożesz Ty mój… - Wciąż patrzył w wodospad. - Mniszka. Celibat. W celi Twej gdyś kazała mi się rozdziać to jakby mi kto we łbie rozżarzone węgle poukładał.

Patrzyła na niego. I patrzyła. A potem zaczęła się śmiać tak, że upadła na plecy na trawę.
- Więcej nic Ci takiego nie rzeknę - Zrobił naburmuszoną minę i odwrócił tyłem do niej.
- Oj przestań. - przywarła do jego pleców i objęła pierś ręką - Chętnie dla ciebie będę i mniszką... i sprzedawczynią jabłek, i wieśniaczką, i królową... kim tylko zechcesz. - odwróciła jego twarz delikatnie ku sobie, chwytając za podbródek. Złożyła na jego ustach czuły, długi pocałunek.
Westchnął gdy cofnęła się i przekręcił z powrotem na plecy.
- Sprzedawczynią jabłek? - spytał marszcząc brwi, ale z lekkim uśmiechem. - Królową to mi jesteś zawsze, ale skąd sprzedawczyni?
Aila przysiadła tedy na nogach i z psotnym uśmiechem ujęła w dłonie swoje piersi przez materiał sukni.
- A nie chciałby pan kupić? - zapytała, chichocząc.
Roześmiał się głośno odchylając głowę.
- Chciałbym. Cały koszyczek. A wieśniaczka? - Uniósł brwi z figlarnym błyskiem w oku.
- Oj nie wiem... może jak nasi znajomi z Wilczych Dołów byśmy tedy... albo i ty byś rolę pana przybrał i uwiódł biedną chłopkę... kto to wie... - Oparła się teraz rękami o jego uda i pochyliła nad nim. Odrastające złociste pukle skrzyły się w słońcu niby prawdziwy skarb.
- Mniszka, Sprzedawczyni jabłek, uległa wieśniaczka, wyniosła królowa. - Musnął palcami jej włosy. Przekrzywił głowę z zainteresowaniem. - A kim chciałabyś, abym ja był?
- Sobą... - szepnęła, tuląc się do niego z uczuciem - Dziękuję, żeś mnie szukał. - dodała cichutko.
- Przepraszam, że po latach dopiero - W jego głosie zabrzmiał szczery żal.
- Widać tak musiało być - powiedziała poważniejąc. - Drogi nasze niekoniecznie z wyboru się zbiegły. I choć miłość w tym splocie odnaleźliśmy, zawsze można by zadać pytanie czy osobno nie byłoby nam jednak lepiej. A teraz już wiemy. Ja wiem przynajmniej...
- Wcześniej już wiedziałem - Odchylił głowę na ziemię. - Trochę dobrze odnajdywałem fakt żeś w Szwajcarii znikła. Góry tu wysokie. Gdyby się okazało, żeś zmarła, lub gdybym Cię odnalazł i rzekłabyś, że przestałaś pisać, bo widzieć więcej mnie nie chcesz, to łatwo tu o wysokie urwiska.
Prychnęła.
- Uważaj, bo w małżeńskiej kłótni też możesz z jakiegoś spaść. - Zaczęła go dźgać palcem w bok.
- A o co chcesz li się ze mną kłócić? - Zaśmiał się łapiąc ją za ramiona.
- Najwyższa pora małżeńskiego pożycia posmakować, a i do rękoczynów dojść może. - Śmiała się, próbując się oswobodzić i wyrwać z jego rąk.
- Rękoczynów? Chcesz mnie bić? - Puścił ją udając, że zasłania się przed spodziewanymi razami.

Małżonka zaś usiadła mu teraz na biodrach i w szale agresji rozchełstała koszulę na jego piersi, aż tasiemka, którą była związana, zerwała się, odsłaniając jego ciało aż do pasa. Władczym gestem Aila przejechała palcami po jego piersi.
- Musisz wiedzieć, gdzie twoje miejsce...
- Czym nie posłusznym mężem? - Jego ręce opadły na boki w geście poddania i bezbronności.
- Cóż, zobaczymy. - powiedziała z błyskiem w oku - Cokolwiek by się działo, ręce masz trzymać po bokach, tak jak teraz. Rozumiesz? - rzekła, bawiąc się klamrą jego pasa.
Otworzył szeroko oczy, widząc do czego zmierza i co właśnie rzekła. Wspomniał głęboki żal pięć lat temu w jaskini banitów, gdy nie mógł podczas miłości obłapiać jej obiema rękami jedną mając niesprawną.
- Jak to tak? - spytał. - Mam w ogóle…? - Mimo wszystko ręce miał na razie nieruchome.
- Podobno posłusznyś, a już pyskujesz? - zapytała groźnie się nad nim pochylając. Języczkiem przejechała po jego policzku - Bardzo...bardzo zły mężuś... - wymruczała, a jej paluszki sprawnie poradziły sobie z paskiem, dobierając się do spodni.
- Wiesz na jaką torturę mnie skazujesz? - spytał z lekkim westchnieniem uchwycając dłońmi garście trawy.
Uśmiechnęła się szelmowsko.
- Mogę przestać... - dotknęła jego krocza przez materiał spodni - Mam przestać?

Dla Alexandra sytuacja była abstrakcyjna. Oczywiście, że chciał aby przestała, mieli na karku poszukiwania wampira i stawiali tu swe głowy. Pięć lat rozłąki i z rozmowy o krwiopijcy płynnie przeszli do rozmów o miłości, a teraz… Z drugiej strony to było pięć lat rozłąki z ukochaną, której po ponownym spotkaniu miał wciąż mało i elektryzowały go nawet ulotne dotyki, słowa, spojrzenia. Po takim czasie przewidywał, że gdyby stanęli przed wampirem, to próbowałby uprosić nieumarłego w tonie: “daj nam godzinę”.
Co dopiero leżąc na zielonej trawie w słońcu w spokoju leniwym, w pięknych Alpach.
- Wolna jesteś, jam jeno posłusznym małżonkiem… - rzekł z wysiłkiem zaciskając mocniej dłonie na trawie. - Jam jeno posłusznym, nic kazać Ci nie mogę. - Nieświadoma jego rozterek w myślach, pod dłonią siłującą się z zasznurowanymi spodniami poczuła co myśli jego ciało, o tym co żoneczka właśnie czyni.
Uśmiechnęła się zadowolona, jego męskość niespiesznie obnażając. Głasząc ją dłonią pobudzająco, znów pochyliła się nad ukochanym i pocałowała go w szyje. Raz...drugi... trzeci, a potem usłyszał szept w uchu.
- Zamierzam to wykorzystać. I nawet nie marz, że o widoki dla ciebie zadbam. Zachłanna jestem, wszystko sobie wziąć zamierzam... - zawarczała mu do uszka.
W pierwszej chwili nie zrozumiał.
Dopiero zaraz jego myśli skupiły się na jej słowach.
Ani dotyku, ani tak by mógł patrzeć.
Na jego twarzy odmalował się wyraz protestu, ale nie ruszył się.



Aila odsunęła się nieco i na moment stanęła nad nim. Przygryzając psotnie dolną wargę chwilę szamotała się z własnym odzieniem, po czym ujrzał jak spod sukni wyjmuje swoją bieliznę. Była więc teraz naga pod nią...
Mrugnęła do Alexandra, jakby wiedząc o czym teraz myśli i znów usiadła na nim okrakiem.
- Okrutnaś… - rzekł cicho wpatrując się w materiał jej sukni i czując wilgotny żar jej ciała na sych lędźwiach. - Nie wiem czy zdzierżę.
Oparła łokcie o jego pierś niby to kładąc się, niby to siedząc na nim. Czuł jak gorąca kobiecość ociera się o niego.
- Przecież jesteś posłuszny. Nie mógłbyś chyba mi się przeciwstawić? - podżegała go Aila, najwyraźniej świetnie się bawiąc jego mękami. Znów pochyliła się bardziej, języczkiem pieszcząc usta mężczyzny, lecz nie decydując się na pocałunek...
Westchnął i sam wysunął język szukając jej by spleść je w lubieżnym pocałunku bez stykania się warg. Poczuła też, że porusza biodrami… jakby celował męskością w odpowiednie miejsce. I trafił. Chyba wcześniej niż ona sama to planowała, bo jęknęła zdziwiona i rozpalona zarazem.
- Ty... - spojrzała na niego groźnie.
On tylko uniósł brwi i spojrzał lekko przekręcając głowę… na swą lewą dłoń, na prawą. Wciąż ogarniające kępki trawy.
Powoli na twarzy ukochanej pojawiał się uśmiech kota, który właśnie upolował mysz. Dziewczyna poczęła powolutku, acz głęboko poruszać biodrami, nabijając się na jego pal i wzdychając słodko za każdym razem, gdy był w niej cały.
Nie kłamała.
Brała od małżonka to, czego chciała. Widziała jak zaciska dłonie opierając się przemożnej chęci ruszenia na krucjatę rozbierania jej i pieszczenia ciała, ale wstrzymywał się. Przestał też ruszać biodrami podlegle zdając się tylko na jej ruchy. W pewnym momencie po pozornym spokoju i poddawaniu się wystrzelił głową ku przodowi, aby uchwycić zębami skraj jej dekoltu. Chybił i z cichym jękiem opadł z powrotem głową na ziemię.
- Sprytnie... - skomentowała i w nagrodę nabiła się mocniej na jego przyrodzenie, pojękując bezwstydnie. Znów usiadła na mężu i teraz również jej dłonie błądziły po twarzy i piersi Alexandra, pieszcząc go, pragnąc... Ruchy bioder stawały się przy tym coraz szybsze.
Drżał, wił się, wyrwał nawet jedną garść trawy… Nie mogąc sam dotykać ciała kochanki, w dwójnasób odbierał jej pieszczoty. Nie mogąc widzieć jej nagości skupiał się na jej twarzy o wiele bardziej niż zwykle… i słuchem chłonął wszelkie jej odgłosy. Jak zwykłe narzędzie szukające desperacko ekstazy, gdzie indziej niż zwykle i w pewien sposób odnajdując ją.
- Czujesz to? Czujesz to mój posłuszny małżonku? - szeptały jej lekko wydęte rozpalone szybkim oddechem wargi.

Aila przymknęła powieki, chłonąc doznania i skupiając się na nich. Ujeżdżała Alexandra w sposób, który wielu uznałoby za uwłaczający jego męskości. Ale czy nie na tym opierała się ta zabawa? Młoda żoneczka w bezwstydny sposób zaspokajała się teraz jego ciałem, sprowadzając do roli bardziej przedmiotu niż partnera. On jednak wiedział, jak wielkie w tym kryje się zaufanie.
- Alexandrze... tak mi...dobrze... - szeptała, znów opadając niżej. Jej dłonie pieściły teraz złożone na trawie ręce, podczas gdy usta wpiły się wygłodniałym pocałunkiem w jego wargi. Tempo ruchów Aili stawało się przy tym jeszcze szybsze, tracąc rytmiczność, a wpadając w chaos, prowadzący ją do spełnienia.
Całując ją zachłannie przymknął oczy. Zauważyła, że nie ściskał już trawy w pięściach rwąc ją… puścił i leżały bezwładnie. Nie widząc nic skupił się na dźwiękach. Arytmicznych mlaśnięciach, jej oddechu i jękach. Na splecionych językach i prócz tego czuciu jej jedynie poprzez wilgoć i ciepło zaciskającą się na nim, oraz ulotnym dotyku gdy nabijając się głęboko ocierała się o jego podbrzusze.
Jęknął.
Był w tej sytuacji tak bezbronny jak człek bez przytomności. Jedynie zaciśnięte szczeki i sztywna męskość świadczyły o tym jak również zatraca się w tym co Aila mu robi.
Całowała go, podgryzała, lizała i znów całowała po twarzy, szyi i piersi. Wszystko to nerwowo, gwałtownie, jakby zaraz kto miał jej go odebrać. Kochała się z nim szaleńczym galopem, postękując i pojękując przy tym bez strachu, że ktoś ich usłyszy.
Byli tu tylko dla siebie, pośród zieleni zatraceni w namiętnościach.

W pewnym momencie szlachcianka usiadła na kochanku, prostując się gwałtownie i zaciskając palce na jego bokach. Wargi jej zadrżały jakby w ogromnym wysiłku, a potem spomiędzy nich wyrwał się przeciągły jęk spełnienia. Alexander czuł tedy jak wnętrze ukochanej zaciska się na nim.
Sam jęknął głośniej i otworzył oczy spoglądajac na jej piękną twarz.
Siedząc na nim, zastygła z głową odrzuconą lekko w tył. Oblicze Aili było w tej chwili rozluźnione, jakby wielka ulga ją spotkała. Powoli na usta wypełzł uśmiech zadowolenia, choć dziewczyna wciąż nie poruszyła się, ani nawet nie otworzyła oczu. Alexander był bliski spełnienia, ale przy tym bezruchu… Znów złapał kępy trawy w dłonie by nie sięgnąć ku niej. Wypchnął lekko biodra zagłębiając się w nią, ale w tej pozycji on nie bardzo mógł tu zbyt wiele.
Była teraz jego panią i z takim władczym wyrazem twarzy opuściła głowę i spojrzała na niego.
- O co chodzi mężu drogi? Niewygodnie ci? - zapytała niewinnie, wciąż oddychając szybko.
- Nie… torturuj…. - Znów poruszył biodrami, aby poczuć ruch słodkiej miękkości na nim. I jeszcze raz…
Jęknął cicho i wyrwał obie garście trawy.
- Nie torturuję przecie... byłeś bardzo grzeczny... może i na nagrodę jaką zasłużyłeś... - Teraz to ona zaczęła się poruszać znów. Czuł przy tym jak wilgoć spełnienia wypływa z niej, słyszał jeszcze głośniejsze mlaśniecia gdy ciało z ciałem stykało się i odrywało od siebie.
Czuł nadpływającą falę rozkoszy, ale w lekko zamglonych oczach Alexandra błysnął figlarny ognik. Jęknąwszy przy jej kolejnym ruchu, wsadził sobie do ust źdźbło trawy i… położył ręce pod głową w całkowicie leniwej pozie. Niby nie zmieniło się wiele, wciąż trzymał ręce z dala od jej wdzięków, wciąż była ubrana.
Wciąż nabijała się na niego tak jak wcześniej.
Ale przy tej leniwej pozie z rękami pod głową i poczuciu rozkoszy zbliżającej się, jaj uwijanie się na nim jakże innej wymowy nabrało.
Zaśmiała się, dostrzegając tę różnicę. Jej pośladki raz za razem klaskały, gdy ujeżdżała męża coraz gwałtowniej.
- Życzy pan sobie... szybciej...wolniej... - teraz to ona wcieliła się w rolę posłusznej żonki, spełniającej fantazje swego męża.
- Szybciej… - patrzył na nią zamglonym wzrokiem. Źdźbło opadło prawie wypadając mu z kącika ust. Stęknął i zadrżał gdy zwiększyła tempo.
- Szybciej… - znów wypowiedział zamykając oczy i z jękiem odchylając głowę.
A ona spełniała jego polecenia, słodko przy tym pojękując, aż wyprężył się, zesztywniał, zadrżał i zaraz rozluźnił się przechylając głowę na bok i dyszac ciężko. Poczuła jak ją wypełnia ciepło. Nie przestawała się jednak poruszać, zwolniła jedynie nadając ruchom bardziej zmysłowego charakteru.




Gdy mężczyzna odetchnął wreszcie, dopiero wtedy położyła się na jego piersi i przytuliła do niego bez słowa.
Objął ją przymykając oczy.
- Kocham Cię Ailo - rzekł cicho.
Wtuliła się mocniej.
- Więc nie rozdzielajmy się już więcej... - powiedziała, głaszcząc jego policzek.
- Po moim trupie… - Westchnął wyrównując oddech. - I kiedyś zrobię Ci to samo.
- Ale co? - zapytała, podnosząc się i wstając z niego. Po oczach jednak rozpoznał, że doskonale wie o czym mówi.
On jednak wciąż leżał rozleniwiony i spełniony.
Patrzył w niebo.

Westchnął.
- Chce do Kocich Łbów. Lub do Eu, albo nawet do Barr. Chcę… - urwał.
Westchnął.
- Czas mija musimy zająć się wampirem.
Aila zaś z psotnym wyrazem twarzy zaczęła ubierać bieliznę, słuchając go.
- Planujesz coś poza przygotowaniem się na te zaślubiny? Musiałabym im ten materiał szaty dać... - poczochrała włosy.
- Teraz myślę o innych rzeczach. Na litość boską jak Ty wpadasz w głowę. - Wstał powoli wzdychając. - Pójdziesz z mnisią szatą z prezentem, może co wypytasz pannę młodą, jej matkę, druhny. Ja pójde pić piwo.
Parsknęła.
- No wiesz co? To ja mam z wieśniaczkami... i sama do nich... no chyba faktycznie coś ci się poprzestawiało, drogi mężu...
- Dobrze moje kochanie… To ja z wieśniaczkami się spotkam - przerwał jej z lekkim, wciąż rozanielonym uśmiechem.
Spojrzała na niego nieufnie.
- Rycerz dobrze urodzony… herbowy, bo wszak tu nikt nie rozumie blazowania bekarcką pręgą… - powiedział przeciągając się. - Myślę że powiedzą wszystko co będę… będziemy potrzebować.
- Dobrze więc, a ja... przebiorę się i pozwiedzam trochę okolicę - zaproponowała z ochotą.
- Jak zechcesz żono - Uśmiechnął się. - Ale dar chyba powinnaś dać Ty? - Spojrzał na nią z iskierkami w oczach.
Naburmuszyła się.
- Umiesz komuś zepsuć miłe chwile - zamarudziła, po czym przywołała swojego wierzchowca - niech ci będzie, ale bez spoufalania się. I tak starczy, że jestem dla nich... miła.
Podszedł do swojego wierzchowca.
- Ty Panna Młoda i jej druhny, matka… ja Pan młody i inni mężowie przy piwie. - Ucałował przelotnie jej skroń nim wsiadł na konia. - Zechcesz się zamienić, rzeknij jeno. Ja posłuszny.
- Chcę! - warknęła, wsiadając na swojego wierzchowca i spinając go od razu, by ruszył kłusem.

 
__________________
... i choć sami drogi nie znają, chcą, by za nimi szli inni.

Do odwołania mniej aktywne forumowo macki. Za utrudnienia przepraszamy.

Ostatnio edytowane przez Mira : 09-10-2017 o 10:40.
Mira jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 11-10-2017, 22:11   #8
 
Leoncoeur's Avatar
 
Reputacja: 6085 Leoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputację


Gdy dotarli z powrotem do kościółka w Wygódkach, przed nim zobaczyli Cecylię z jakąś inną wieśniaczką. Kobieta rzuciła im już nie tyle nieprzychylne, co wręcz otwarcie wrogie spojrzenie, ale nie rzekła nic. Jej koleżanka też patrzyła jakby ze złością i pogardą.
- To daj mi habit i idę do tych dzieweczek - rzucił Alex do Aili zsiadając z konia.
Obie rozdziawiły na to oczy i ich nienawiść stała się niemal namacalna.
Młoda szlachcianka zauważyła to, lecz bynajmniej nie zamierzała reagować. Może jedynie przywołując na twarzy wyraz pełnej poczucia wyższości damulki.
- Już, już... nie poganiaj mnie, bom się obtarła - dorzuciła do ogniska ich nienawiści, po czym wyminęła obie kobiety, jakby ich tam wcale nie było. Po niedługiej chwili wróciła niosąc na rękach poskładaną szatę.

Do tej pory myślał, że blefowała.
- Naprawdę ja mam do panny młodej i druhen, a Ty do mężczyzn? - spytał unosząc brwi.
- A nie możesz i tu i tu? - spojrzała na niego prosząco spod długich powiek.
- Mogę… Zamyślił się. - Jeno nie wiem czy zdążę jak z panną młodą dłużej wyjdzie…
- To niech nie wychodzi. - Spojrzała na niego wzrokiem... żony.
Roześmiał się i wcisnął jej habit w ręce.
- Jedno i drugie, sama wybierz czy chcesz od kobiet wieści ciągnąć, czy pięknem swym mężczyzn onieśmielając informacje od nich zebrać - szepnął by Celina z druga wieśniaczką nie dosłyszały.
Aila naburmuszyła się, lecz gdy i to nic nie dało, rzekła:
- Dobra, pójdę z babami gadać... ale jesteś mi za to podwójnie winien.
- Winna za dziś, to Ty jesteś mi. - Pocałował ją w policzek i… lekkim ruchem głowy zmienił pozycję by mieć usta blisko jej ucha. - O czym pamiętam… - wyszeptał i lekko przygryzł płatek jej ucha.
Z uśmiechem odstąpił by zwrócić się ku karczmie.
Westchnęła cierpiętniczo, po czym przybierając swoją minę szlachcianki, zapytała kobiet:
- Gdzie znajdę pannę młodą?
- Panna młoda to córka karczmarza, więc może… w kościele? - Nim zapytane odpowiedziały zakpił Alexander w żywe oczy, ale jakoś tak… miękko, jakby to była zabawa.
- Ach... - zarumieniła się - to czemu na mnie nie czekasz? - Podbiegła do niego mimo długiej sukni.
- Czekam? - Pogubił się.
Przypadła do jego boku i złapała go pod ramię.
- Nie zostawiaj mnie z tymi kwokami ani na chwilę - szepnęła mu do ucha konspiracyjnie.
- Zróbmy tak: ja mężczyzn w karczmie przy piwie zagaję, a jak Ci się okaże, że niewiasty do których pójdziesz to kwoki same i źle ci, to ich do karczmy powiedziesz, hm?
- Mówiłam teraz o Cecylii i jej kumie, ale... podoba mi się twój plan - rzekła z uśmiechem, przekrzywiając figlarnie głowę. Zauważył w jej włosach zapomniane źdźbło trawy i wyjął je z nich, przesuwając po jej skroni i policzku.
- Gorze nam - powiedział.
Zmarszczyła nosek.


Korzystając z ładnej pogody mężczyźni we wsi co nie mieli akurat nic do roboty siedzieli nie w głównej izbie na parterze czyniącej za salę karczemną, a na zewnątrz. Zwyczajowo za miejsce takiego posiadywania starców robiła zwykła ława, albo nawet nieokorowany pień w podsieniu ważnego dla wsi budynku.
Tutaj widać wieśniacy uczynili sobie lepsze zaplecze.
Nie dość, że stół wystawiono, to jeszcze spory, a i znalazł się daszek nad częścią wystającą z podsienia. Jako że wedle słów karczmarza goście tu nie bywali, to oberża była jedynie miejscem spotkań tutejszych i picia piwa którego prawo do wyszynku sołtys-karczmarz zapewne zakupił od seniora Wygódek, kimkolwiek ten senior zresztą był. Główna izba zapewne w chłodniejszych miesiącach za miejsce wspólnego czasu jedynie czyniła skoro mężczyźni takie miejsce sobie wyszykowali na świeżym powietrzu.


Pięciu ich siedziało aktualnie, trzech starców, a z nimi rumiany i brodaty karczmarz, który ich już wcześniej powitał i o wolnej izbie przy kościele rzekł, oraz ciemnowłosy człek w sile wieku i o jednym oku.
- Ksiądz zgodził się? - spytał karczmarz gdy Alexander nie wszedł za Ailą do środka budynku i zamiast tego zbliżył do stołu.
- Zgodził, dzięki za skierowanie nas do niego.
- A i nie ma za co. - Karczmarz wstał, podobnie jak jednooki. Starcy też zaczęli gramolić się z ławy, ale Alexander wstrzymał ich gestem.
- Nie trza wstawać. Spocząć można z wami?
- A jużci, zaszczyt to panie. Jam jest Filip i za sołtysa tu czynię, a i wyszynk prowadzę jak żeście zdążyli się domyśleć.To Eugen, młynarz. - Karczmarz wskazał na ciemnowłosego, który pochylił głowę. - To ociec mój, Jakub, dalej Kaspar zwany “Jagódka” i Jan “Niedzielnik”. Wszyscy trzej najpierwsze moczymordy w Wygódkach, którym młodzi nie dostoją.
Trzej staruszkowie roześmiali się i ‘skromnie’ pokiwali głowami. Nijak nie obrazili się za to określenie, a że Filip o rodzicielu swym mówił, tedy można było sądzić, że to dla nich pewien rodzaj dumy.
- Na pańskie gardła jeno wino, ale niewiele go mam, a i nieprzednie. Tu mało kto się tym raczy i…
- Ja nawet piwo wolę. Jestem Alexander z Eu - rycerz też się przedstawił.
- Urszulaaa!! - zawołał głośno karczmarz, a chwile potem z wejścia wychynęła blond czupryna ślicznej młodej dziewki o żywiołowych ruchach. - Kufel dawaj i jeszcze jeden dzban piwa.
- Lecę! - rzuciła żywo zamiatając warkoczem.

- Pomiłujcie panie, ale dziw to. Tu nikt nie bywa, wyście po świtaniu przyjechali i zara o nocleg. - odezwał się Eugen po dłuższej chwili niezręcznego milczenia. - Jakbyście po nocy jechali i miast gdzie dalej zmierzali to na co na dzień tu zostawać?
- Z długiej posługi w Wiedniu wracam, małżonka od rodziny jadąc na spotkanie mi wyjechała. - Alexander westchnął musząc raz jeszcze tłumaczyć zmyśloną historię. - Kilka dni mieliśmy nim ruszyć nam na nasz zamek ze Sion, to chcielim we dwoje ino po długiej rozłące w tych pięknych górach wycieczki zaznać. Alem drogę pomylił i mus był noc spędzić w pasterskim szałasie. A tu możem wygodniej zanocować, odpocząć. Dolina piękna… ot bez trosk się sobą i okolicą nacieszyć nim do sion wrócim i na północ nam droga.
- Prawda to - przytaknął z dumą staruszek zwany “Jagódka”. - Nasze góry piękne.
- A bo widzicie… - zaczął niemrawo karczmarz gdy Urszula nalewała bękartowi piwa. - Tak to jest, że jutro moja córka za mąż idzie. Weselisko będziem wyprawiać i…. - zająknął się spoglądając na ojca swego.
- Jak wam wadzi obecność obcych, to obiecuję, że z rana wyruszymy.
- Ale gdzie tam, panie! - Filip aż się żachnął. - Przeciwnie to właśnie, bom chciał prosić byście z małżonką zaszczyt uczynili i zostali na jutro i noc kolejną. Weselisko uświetnili. Moja Alinka by się ucieszyła, że hej. Tacy goście. - Filip zafrasował się nagle. - Ale wiem to, że dla wysoko rodzonych to i zabawa taka... i towarzystwo... a i jadło…
- Jam od księdza słyszał właśnie o weselu. Oboje z żoną właśnie prosić chcieliśmy, czy pozwolicie być na nim. - Alex się uśmiechnął. - Oboje go ciekawi jesteśmy.
Filip aż klasnął z szerokim uśmiechem.
- Źle wam nie będzie! To obiecuję!
- To na przyszłą noc przynajmniej poweselną, alkierz wysprzątaj - odezwał się jego ojciec zwany Jakubem. - Co by nie musieli wtedy u księdza.
- A jużci… - podłapał z uśmiechem Jan “Niedzielnik”. - Jak pan rycerz pokosztuje Kasparowej “Jagodnicy”, to przy szumiącej głowie małżonki nie upilnuje i bieda będzie jak ją tamta uspaną dopadnie.
- Zawrzyj ryj durniu, Państwa nie obrażaj.
- Dopadnie? - zainteresował się Alexander mrużąc oczy. Wspomniał rozmowę z księdzem.
- Ano kto taki na urodę łasy małżon…
- Uch głupiś Ty, głupi… Pomiłujcie mu Panie, on zawsze najpierw mówi, potem myśli czy tym nie uchybił.
- Hm… - bękart zmarszczył brwi. - O księdzu mówicie? Na płeć niewieścią łasy?
- A tam ksiądz. Oczy mu jak każdemu latają, jak jakiej młódce co widoczne spod giezła, ale bogobojny, nie babiarz.
- To oboje bogobojni. - Alex uśmiechnął się i upił piwa. - Bo gospodynię ma taką, że podejrzliwie łypie na samo spanie w jednej izbie.

Mężczyźni roześmieli się jak jeden mąż.
Długo, do łez.
- Ano nie dziwnym, że źle jej patrzyło byście razem spali. - Młynarz Eugen otarł oczy. - Małżonka Twa panie przecudna. Niczym kwiat piękna. Zazdrosna Cecylia być musi okrutnie.
- Że ona… ona… niewiasty nad mężów przedkł….
Wieśniacy znów ryknęli śmiechem i pokiwali głowami.
- I wy nad tym tak normalnie…?
- Ot panie, to górska wieś, nie miasto pod biskupem. - “Niedzielnik” otarł wąsiska z piwa. - My nie tak surowi w ocenie, panbuk niech ją ocenia, a baby u nas nieprędkie by z nią swawolić. No i lepiej jak wszyscy wiedzą, że jak na noc u księdza zostaje to bezeceństw duchowny z nią nie czyni.
Wszyscy pokiwali głowami. Alexander też.
- No… ale jak Pani nadobna głowę ma słabą, to niech za dużo nie pije, albo pilnuj jej Panie coby sama w izbie tamtej nie była. - Ojciec karczmarza ukrył usta w kuflu. - Bo to różnie może być wtedy.

- Ksiądz mówił mi też, że tu zaginięcia jakie - bękart zdecydował się zmienić temat.
Wieśniacy zamilkli na to i stropili się.
- Ano…
- Ale to od dawna.
- Ale nie aż tak jak teraz.
Starcy zaczęli się ze sobą spierać, ale zaraz ucichli spoglądając na siebie wymownie.
- Ksiądz mówił - Alexander odstawił kufel - że przez rok co miesiąc kto znikał, dwa trzy lata spokoju było i potem znowu.
- A tam ksiądz się zna jak on pół roku tu siedzi. - Młynarz machnął ręką. - Bab za często słucha, a one wiadomo co dodadzą, co przekłamią...
- To jakże to było?
- Ot znikają ludzie, ale żeby to jakie dziwne było to bajanie jeno… - rzekł sołtys, a jednooki młynarz poczerwieniał jeno i wstał od stołu.
- Pożegnam się, roboty trochę mam w obejściu. - Uciekając wzrokiem odszedł od zgromadzonych.
- To jego córa pierwszą była? - Alexander odprowadził go spojrzeniem.
- Ano… Skromne dziewczę bardzo, kąpać się w jeziorze lubiła, a strach jej był, że chłopy podglądać będą, to często przed świtaniem się wymykała. - Filip pokiwał smutno głową. - Jezioro spokojne, ale zdradliwe, utopić się musiała.
- A ksiądz? Kowal? Wikariusz?
- Kowal Anton to przebąkiwał, że tutaj wyżyć ciężko, bo nam tu niewiele trzeba było z kuźni. Małżonka jego straszna raszpla, kłócili się cięgiem. Widno zemknął w świat. Kto go podobno w Sion widział. Ksiądz zaś… stary był już Może i w lesie się zagubił.
- Wikariusz takoż, jak go poszedł szukać.
Alexander zmarszczył brwi.
- A pozostali? - spytał po chwili. Miał podejrzenie jakoby wieśniacy łgali mu w żywe oczy.
- A parobek z niewielkiej wsi z doliny Rodanu. Piotr, jeden z naszych nogę paskudnie rozwalił to parobka najął, a tenże zniknął po tygodniu. Widno robota za ciężka. Był i pomocnik handlarza co tu przyjeżdża z towarami i skupuje sery, wełnę i inne rzeczy. Kazał mu tu zostać do następnej wizyty, ale widno ćmiło mu się i spierdzielił. Takie to “zniknięcia” Panie rycerzu.

 
__________________
"Soft kitty, warm kitty, little ball of fur...
Happy kitty, creepy kitty, pur, pur, pur."

"za (...) działanie na szkodę forum, trzęsienie ziemi, gradobicie i koklusz!"

Ostatnio edytowane przez Leoncoeur : 12-10-2017 o 22:33.
Leoncoeur jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 12-10-2017, 13:14   #9
 
Mira's Avatar
 
Reputacja: 7270 Mira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputację


Tymczasem to, co się działo po wejściu do karczmy, było dla raczej sztywnej Aili szokiem kulturowym. Wpierw dziewka, która nosiła kufle zaprowadziła ją na zaplecze, gdzie matka panny młodej gdy zobaczyła, kto ich odwiedził omal ze stołka nie spadła, łuskając groch.


Gdy zobaczyła z czym Aila przychodzi w prezencie, aż rzuciła się na szyję zdębiałej dziewczyny i poczęła ją całować w policzki, mówiąc, że już jej jest jakoby rodzona córka bliska.


Przy okazji materiał obejrzała kucharka i jeszcze jedna posługaczka, wszystkie tak samo piszcząco radując się przy tym.

Doprawdy dla kasztelanki był to szok, na niej wszak materiał mnisiej szaty, robił co najwyżej wrażenie porządnego, choć jego lekka szorstkość nie nadawała się do szycia sukni, a co dopiero sukni ślubnej. Widać jednak na wsi inne panowały standardy.

Aila została niemal wepchnięta do izby na piętrze, gdzie córka karczmarza właśnie wyszywała jakieś ozdoby w towarzystwie starej kobiety - babki, jak się potem okazało.


Znów nastąpił jazgot zachwytów. Alina - jak miała na imię panna młoda - aż się popłakała z radości. Szybko też zaczęła z pozostałymi kobietami planować jak habit przeszyć, by jutro móc w szacie tej iść do kobierca. I tylko seniorka rodu okazywała umiarkowaną wesołość raz po raz łypiąc nieprzychylnie na kasztelankę.
- Oby tylko się nie skończyło jak przy weselu Rossuve. - zaskrzeczała, a ogólny zapał jakby nagle został stłamszony.
- Ach, co tam matka mówi... - żona karczmarza próbowała zbagatelizować słowa starej, lecz chyba ona sama nieco zbladła.
W tej sytuacji Aila musiała zapytać:
- A co się wtedy stało?
- Och, panienko, przykra historia... - rzekła karczmarka, machając zdawkowo dłonią - Szkoda wspominać.
- Zawsze tak gadacie, na starych czasach się nie uczycie! - prychnęła z dziwną zajadłością babka, po czym wymierzyła koślawym paluchem w Ailę.
- Wtedy też do wioski przybyła wielka pani, szlachcianka, co włosy miała jak ze złota.Wieczorem przybyła nie wiadomo skąd, sama całkiem, to ją od razu na zabawę poproszono, bo to przecież zaszczyt. A i oczy wszystkich w nią były wpatrzone, taka była piękna. Dziewki zazdrościły i podziwiały, chłopy... jak to chłopy... wiadomo czego chcieli.

Szlachcianka poczuła, że rumieni się na policzkach, lecz nie spuściła wzroku.

- A ona ich uwodziła. Jednego po drugim wyprowadzała gdzieś a to do stodoły, a to do lasu... Młodzików kochliwych, ale też i innych, nawet żonatych, jak mój Saintoss. I na nic się nie zdało, że mnie wcześniej po rękach całował. Nagle jakby zapomniał, za szlachcianki kiecką pognał w krzaki. A rano go znaleźli martwego, jako i trzech innych. No a panna co ich na manowce sprowadziła zniknęła jako nocna strzyga.

Zapadła cisza. Oczy bab przesuwały się to ze starej, to na Ailę.

- Babko, przestańcie gościa straszyć - wreszcie odezwała się Alina - Toć to prawie moja imienniczka. A to wesele to jeszcze przed moim urodzeniem przecie było. Tamta nawet jak taka piękna, to musiała się zestarzeć.
- Chyba, że to nie człowiek... - powiedziała ponuro posługiwaczka. I znów wszystkie patrzyły na Ailę. Ona zaś uśmiechnęła się lekko, nie pokazując po sobie jak ją to wszystko zdenerwowało.
- No ja w dzień przybywam do was, a i z mężem w podróży jesteśmy. Nikogo więc uwodzić nie będę. Chyba że jego. - rzuciła na rozluźnienie. Pomogło. Kilka wieśniaczek zaśmiało się.
- Oj, tego to chyba nie trzeba, szczęśliwy musi być pani mąż, że taką urodziwą panienkę za żonę pojął...
I znów zaczęły się rozpływać nad Ailą, korzystając z okazji by dotknąć materiału jej sukni lub chociaż włosów. Starsza pani zaś siedziała ponuro w kącie, nic więcej nie mówiąc. Tylko od czasu do czasu zerkała nieprzychylnie na blondwłosą ślicznotkę.

Po pewnym czasie Aila zaczęła zbierać się do wyjścia ku smutkowi Aliny i jej młodszej siostry Urszuli, która żywiołowo miotała się pomiędzy izbą, salą na dole i podwórcem, gdzie ojciec co jakiś czas wołał by piwa doniosła. Posługaczka nazywana Marią również żałowała tak krótkich odwiedzin szlachcianki, ale ona tonowała się znając swe miejsce. Babka za to wyglądała jakby ulgę odczuła, że ‘jaśnie pani’ zamierza ich opuścić.
- Pani, Pani miła - Alina nie chciała tak łatwo puścić tak świetnego gościa. - Ale błagam przyrzeknijcie… że na moim weselisku z mężem będziecie. Tak bardzo bym chciała. Tatko też się ucieszy. - Złożyła dłonie jak do modlitwy w błagalnym geście.
“Tatko” tymczasem znów zaczął Urszulę wołać by piwa doniosła na co ta przewróciła oczyma i dmuchnęła w niesforną grzywkę.
- Idę, idę!!! - odkrzyknęła głośno w stronę okna pod którym mężczyźni rozprawiali. - Nigdy za mąż nie wyjdę, co by mi mąż nie kazał tak latać, o! - rzuciła ni to zgryźliwie, ni to wesoło i wyleciała z izby żywiołowo.
Teraz to jej starsza siostra przewróciła oczyma.
- Młoda to głupia, przecie męża trzeba mieć - skomentowała, po czym znów wróciła do jakże ważnej dla niej kwestii: - Bądźcie prosze na weselisku. Bardzo, bardzo proszę.
- Jeśli nic nie pokrzyżuje naszych planów, chętnie zobaczę cię przy ołtarzu. - pocałowała delikatnie policzek dziewczyny, po czym skierowała się do wyjścia.

Na zewnątrz sołtys opowiadał coś właśnie Alexandrowi, a jego ojciec poprawiał go co chwila i szczegóły prostował. Urszula nalewała właśnie im piwa, gdy Aila wyszła z domostwa.
Bękart wstał zakrywając dłonią kufel i kręcąc przecząco głową, a dziewczyna uśmiechnęła się i smyrgnęła do środka mijając Ailę, zapewne by ze starszą siostrą dalej siedzieć nad habitem.
- Opuścimy was już - Alexander skinął wieśniakom głową.
- A zajdźcie pod wieczór na wieczerzę, ugościm chętnie, co będziecie na nędznym wikcie księdza głodować.
Aila zrobiła taką minę, że można była z niej wyczytać iż nie ma nic przeciwko, ale decyzję pozostawia małżonkowi.
- Zobaczym, za zaproszenie dziękujemy - rzekł zbliżając się do małżonki i ujmując pod ramię.
Wkrótce odeszli an tyle daleko, by nie być słyszanymi.
- Ileś ty zdążył wypić? - Aila przyjrzała się podejrzliwie małżonkowi.
- Kilka piw jeno - Alex uśmiechnął się. - Nie więcej.
- A przy wieczerzy kolejne? Pamiętaj że nocą... nocą musimy być oboje w formie. - przypomniała, wpadając w ponury ton.
- A co mam pić? Woda niezdrowa. - Bękart zerknął ku małżonce. - Możemy iść na spoczynek teraz, nie zda się to dziwnym, skoro mówiliśmy, że noc nieprzespana.
Aila spojrzała na niego z takim uśmiechem, że nie był pewien czy nie wzięła jego słów jako zawoalowanej propozycji.
- W porządku, choć może nie chwalmy się gospodarzom.
- Chodźmy zatem , trzeba wyspać się przed nocą.

Cecylia nie siedziała już na podwórzu miast tego krzątając się po przykościelnym budynku. Ksiądz Adrian siedział w kuchni czytając jakąś księgę. Niewielką, podniszczoną, ale raczej nie biblie, bo ta leżała obok.
- Te pierzyny co mielim dostać… można teraz? - Alex spytał spoglądając to na duchownego, to na jego gospodynię. - Po nocy nieprzespanej sen moży, zdrzemnelibyśmy się.
Aila westchnęła. Czuła bowiem, że po takiej zapowiedzi Cecylia łatwo nie przystanie na ten pomysł.
- Och, a kto to widział w dzień spać? Trzeba się wcześniej położyć i noc po bożemu przespać - rzekła, a ksiądz pokiwał twierdząco głową - Kołdry dopierom wywiesiła, wietrzą się, pościel schnie w słońcu. Na wieczór dopiero będą.
- Całą noc nie spaliśmy, tedy spocząć chcemy - bękart zmarszczył brwi. - Tedy jeno pod kocem się położyć będzie trzeba.
- U mnie jest łóżko - podsunął Adrian, po czym zmieszał się nieco - Ino wąskie i nie wypada żeby kobieta na nim spała, ale pani może chyba odpocząć u Cecylii.
- Ano, tam pierzyna świeża, mogę zaprowadzić - podłapała rumiana gosposia.
- Boję się o żonę, przeca sami mówiliście, że ludzie giną. Niby dzień, ale… Zresztą - Alexander spojrzał na Ailę po czym na Cecylię. - Samiście mówili, że Cecylia czasem na zapiecku się pokłada, gdy późno co skończy, tedy dom widno na drugim krańcu wsi, daleko.
- No tak, ale czy pani na zapiecku... i to zimnym... - Adrian spojrzał niepewnie na Ailę, a ta zmarszczyła brwi.
- Weźmiemy nasze koce podróżne i się w alkierzu wikarego położymy, skoro na pomoc waszą liczyć nie możemy. - warknęła.
- Nie no, to nie tak, Cecylio, przynieś państwu moją pierzynę chociaż i koce, co mamy.
Gospodyni nachmurzona nie protestowała, ale spojrzała na księdza wyczekująco. Ten westchnął.
- Ach… i żeście małżeństwem, to Bóg niech wam błogosławi - rzekł. - W szczęściu, zdrowiu i potomstwie. Jeno zważcie, że to dom boży. Tak go proszę traktujcie we wszelkich, ekhm… sprawach.
- Oczywiście - Aila spuściła oczy i przeżegnała się cnotliwie.

Jakiś czas później zorganizowali sobie posłanie w pokoju wikarego - na ziemi. Aila uparła się wszak, by leżeć wraz z małżonkiem na kocach. Wyspać się tak nie mogła wszak nazbyt dobrze, ale Alexander nie zamierzał się spierać. Objął ją i położył jej głowę na swej piersi nim przymknął oczy do snu. Przez chwilę wydawała się nieco rozczarowana, lecz wkrótce trudy nocy i ciepło ukochanego zmogły ją. Zasnęła.
 
__________________
... i choć sami drogi nie znają, chcą, by za nimi szli inni.

Do odwołania mniej aktywne forumowo macki. Za utrudnienia przepraszamy.

Ostatnio edytowane przez Mira : 12-10-2017 o 13:16.
Mira jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 12-10-2017, 17:59   #10
 
Leoncoeur's Avatar
 
Reputacja: 6085 Leoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputację


Obudziło ich stukanie do drzwi.
- Wieczerza za niedługo - rzekła gospodyni księdza nie dodając nic więcej. Ton miała ten sam co wcześniej, jakby obrażona była i zła na nich nie wiedzieć czemu. Alexander jednak wiedział i uśmiechnął się pod nosem nie mówiąc nic na razie Aili o powodach złego humoru Cecylii.

Gdy wyszli do sieni ksiądz stojący w drzwiach do kuchni uśmiechnął się całkiem miło.
- Prosimy, prosimy... Skromnie, ale smacznie…
Nim zdążył dokończyć Alex pokręcił głową.
- Z chęcią ojcze, ale nie możem. - Spojrzał na Ailę. - Ma żona dar ofiarowała młodej Alinie, na ślub jej, który dziewka bardzo umiłowała. Sołtys nas na wieczerzę prosił, a uchybilibyśmy mu, gdyby odrzucić nam przyszło to zaproszenie. Innemu i owszem, ale nie jemu przecież.
- A jużci, Filip bardzo do swej pozycji przywiązany. - Adrian skinął głową. - Rzekłby kto, że pychą czasem grzeszy, a i po trosze to on tu na wsi gospodarzem dla przyjezdnych.
Cecylia wyglądała jakby wściec się miała, ale słowa nie rzekła łypiąc tylko na szlachciankę wciąż nieprzyjaznym wzrokiem. Alexander wiedząc o co idzie wychwycił w nim jednak i inne uczucia. Ruda, piersiasta dziewka jak nic szlachciankę pożądała.
- Pójdziemy zatem. Długo siedzieć nie będziemy, wszak rodzina Filipa jutro wstać musi wcześnie.
Adrian kiwnął tylko głową.
- Wybaczcie, że was wcześniej nie powiadomiliśmy - rzekła jeszcze Aila - to ze zmęczenia. Jednak jeśli co ostanie, jutro na śniadanie chętnie zjemy. My nie tacy wybredni - powiedziała i nie domyślając się podtekstu, uśmiechnęła się do obrażonej gosposi pięknie. Cecylia na to pokraśniala lekko i gdzieś na chwilę naburmuszenie zgubiła.

Gdy szli od kościółka do wiejskiej oberży Alexander w pewnym momencie mało co nie parsknął śmiechem. Dłużej powagi strzymać już nie mógł.
- Jakże Ty kochana do głowy bijesz. Że mi to wiadome, że mężom innym, to nie dziwota, ale że dziewki za Toba pożądliwie patrzą… - zachichotał.
- Co? - Spojrzała na niego, nic nie rozumiejąc i w końcu uznając, że znów do wyznania o klasztorze wraca. - Oj no, tam same byłyśmy... Wyboru wielkiego nie było, to ciężko rzec czy to tak po prawdzie pożądanie było czy jeno brak dokuczliwy pieszczot.
- No i kilku strażników… ale ja nie o tem. Wieśniacy mi rzekli, że to coście czyniły z braku mężczyzn… gosposia księdza w naturze ma głęboko. Na mężczyznę nie spojrzy. A zła jak osa bo o Ciebie zazdrosna. - Znowu zachichotał.
- O mnie? - Aila zdziwiła się. - Przecie ona wygląda jakby mnie nienawidziła...
- Bo zła i wściekła najpewniej - bękart ramionami wzruszył - żeś poza zasięgiem jej. Stanem z urodzenia i z małżonkiem u boku. - Uśmiechnął się. - Chłopi mówili bym nie dał pić Ci za wiele na weselisku. Bo jak zmożona winem byś samotnie w izbie wikarego przysnęła, to rzekli, że to różnie by być mogło.
- Och, tedy dobrze, że my nie pić tam będziemy... - powiedziała, po czym dodała ciszej: - Masz pomysł jak działać?
- Najpierw zrozumieć co tu się dzieje - mruknął nastrój nieco tracąc. - Sołtys wiele czynił, aby wmówić mi, że zniknięcia nic nie znaczą. Odwrotnie niż ksiądz. Ktoś się utopił ktoś w lesie zgubił, parobek czy kowal uciekli. Ale kłamią, czuję to. Jeno czemu, i by więcej o zniknięciach się wywiedzieć, to może jutro jak popiją spróbujemy.
- Czyli dziś... jeno mamy miłymi być? - zapytała małżonka z uśmiechem.
- Ano. Choć co może się udać mimochodem wywiedzieć. Ale czujność ich uśpić byłoby dobrze.
Znów westchnęła.
- Doprawdy wiele ode mnie wymagasz mężu, bym znów tych grzeczności i zachwytów słuchała. - Aila uśmiechnęła się, po czym wtuliła w jego ramię lekko.
- Wiesz, tak mi teraz do głowy przyszło... apropo tej zabawy. Myśmy nigdy razem nie tańczyli. Poza tym jednym razem na ślubie, ale to z przymusu a nie z... chęci.
- Wciąż nie potrafię… - Speszył się obejmując ją.
- Zatem czas najwyższy się nauczyć. Wolisz na wiejskim weselu czy na dworze swego ojca? - szlachcianka u jego boku potraktowała go bez wyrozumiałości.
- Byle z Tobą. - Uśmiechnął się.

Byli już pod samą karczmą, ale Alex miast wyjść zza rogu przed fronton zatrzymał się by stanąć pod ścianą. Pochyllił się i pocałował Ailę mocno.
Drugi raz tego wieczora ją zdziwił, lecz tym razem szybciej się odnalazła, ramiona mu na szyję zarzucając i pocałunek odwzajemniając.
Przyklejeni do ściany całowali się namiętnie, aż dobiegła ich uszu cicha wymiana zdań:
- Czy Bóg czy diabeł ich nasłał to zagadka dopiero. - Cichy głos karczmarza był zasępiony. - Na dobrych wyglądają…
- Ty nie myśl o tym, czy szatan czy panbuk, ani czy dobrzy - drugiego głosu Aila nie poznawała, Alexander zaś rozpoznał młynarza - ty knuj jak ich we wsi dwa tygodnie jeszcze zatrzymać.
Obaj minęli ich wychodząc zza rogu, nie zauważając.
Nie było to dziwne, bo nie skupiali się na rozglądaniu ino niesieniu sporej, choć rozwalonej widocznie i starej szafy. Zaraz też plecami zwróceni gdy minęli parę, już zobaczyć ich nie mogli. Nieśli mebel w stronę jednego z budynków obok którego leżały stosy drewna, oraz solidny pieniek był w ziemię wbity.
Zapewne była to drewutnia.

Aila stała jak zaczarowana, bojąc się nawet odetchnąć, a co dopiero ruszyć. Jej wielkie oczy zwróciły się na Alexandra. On też patrzył z uniesionymi brwiami. Zaraz pociągnał ją, by zniknąć za rogiem, zza którego mężczyźni wyszli.
- Dwa tygodnie… szepnął. - Wikary dwa tygodnie temu, będzie miesiąc. - Spojrzał raz jeszcze na małżonkę i na karczmę. Podsienie puste było, jak i miejsca przy stole przy którym wcześniej pił z wieśniakami. Pewnie na czas wieczerzy wszyscy rozeszli się.
- Ciężko im się w sumie dziwić. Wolą żeby obcego szlag trafił niż kogoś z nich. - Aila przytuliła się znów do mężczyzny.
- Znaczy to jednak, że wiedzą co się dzieje, a łżą jak z nut.
- A wierzyłeś im? Sami najlepiej wiemy, że te porwania to... prawda.
- Tak, ale kłamią, bo chcą poświęcić nas, czy sołtys jest ghu…?
Nie skończył.
- Drodzy goście! - Karczmarz Filip ucieszył się wychodząc zza rogu. Jednooki młynarz klepnął go jeno w ramię rzecząc:
- Na dziś szlus, też idę wieczerzać.
- Uradujcie mnie i rzeknijcie, że nie przechadzka to jeno, a zaproszenie zechcieliście przyjąć. - Sołtys podszedł do nich gdy jego kompan oddalać się zaczął.
Aila przyglądała mu się teraz w nowy sposób. Jej oczy na moment zmrużyły sie, jakby czemuś się przyglądała, lecz słowa nie rzekła, co w sumie było dość... kłopotliwe w wydźwięku.
- Urazilibyśmy, gdybyśmy nie przyjęli, ale i z ochotą przyszliśmy - Alexander rzekł bez uśmiechu. Nigdy nie umiał za dobrze udawać.
Filip rozdziawił się w radości.
- Urszuulaa! - wrzasnął. - Miejsca przy stole dwa więcej szykuj.
- Na Rany Krysta ojciec co ja jestem?! - zabrzmiał przez okno buntowniczy głos protestu. - Urszula, to, Urszula tam… O-ooo. - Urwała wychylając się przez okno. - Matka, miejsca dwa więcej! - Zniknęła w oknie w chwilę przed majtającymi za nią warkoczmami.
- Prosim, prosim. - Sołtys uczynił zapraszający gest.

Weszli więc. Aila wciąż milcząca i zapatrzona w mężczyznę. Ten chyba czuł się z tym nieswojo, bo wycofał się, mówiąc.
- Ja tylko krzesła przyniosę, a państwo niech wchodzą, wchodzą śmiało. - powiedział, kłaniając się w pas i wychodząc.
- Kłamie. - powiedziała cicho Aila, gdy zostali na moment sami. W jej głosie nie było wątpliwości - Po prawdzie, to nas nienawidzi... i cieszy się na coś.
Gdy weszli do głównej izby na dole zobaczyli suto zastawiony stół, a przy nim siedział ojciec sołtysa Jakub i babka, którą Aila poznała, do tego jakaś starsza niewiasta, Alina oraz tuż przy niej jakiś mieszkaniec wsi, choć o wyglądzie odbiegającym od standardów zwykłego chłopa. Moc jakaś z niego biła. Po tym z jakim uwielbieniem patrzyła nań jutrzejsza panna młoda, znać było, że to musi być narzeczony. On jednak jak zdawało się Aili i Alexandrowi mniej przyszłą małżonką się interesował. Jakby jeno z przyzwoitości lub litości. Nie zapowiadało się tu na szczęśliwe małżeństwo.


Mały rozgardiasz panował, bo zgromadzeni przy stole zmieniali swe miejsca aby uczynić dwa wolne dla nowoprzybyłych.Babka sarkała na to pod nosem.
Z góry sfrunęła rozradowana Urszula niosąc kosz z chlebem i łychę drewnianą, a za nią stateczniej podążała jej matka,, żona Filipa, z tacą serów.
- Pani, przyszłaś! - Alina, której święto jutro miało nadejść, aż wstała rozradowana.
W duchu szlachcianka zaklęła paskudnie, lecz na jej twarzy pojawił się łaskawy uśmiech.
- Jakże nie skorzystać z okazji, by poznać lepiej szczęśliwych narzeczonych - powiedziała, po czym delikatnie szarpnęła Alexandra za ramię. - Pamiętasz mężu, gdy byliśmy tacy młodzi i zakochani? - zapytała omal nie parskając śmiechem nad całą tą sytuacją. O tym jednak wiedział tylko jej mąż, znając ją i dostrzegając wesołe ogniki w oczach.
- Byliśmy? - Alex się zdziwił. - Jam wciąż zakochany! - dodał, a siostry karczmareczki zupełnie inne reakcje na to przedstawiły. Starsza pokraśniała, a młodsza przewróciiła oczyma spoglądając w sufit.
- Prosim do stołu - rzekł Filip. - To Heinrich od jutra mój zięć - przedstawił ciemnowłosego mężczyznę, który kiwnął głową przybyłym obserwując ich bacznie.
Aila również mu się przyglądała. Nie wyglądał jak człowiek z ludu. Mimo to jednak nic nie rzekła, kiwnąwszy głową jedynie na znak powitania.
- To kowalowa, po Krzysztofie co ze wsi czmychnął z półtora miesiąca temu - Filip przedstawił starszą kobietę nieznaną jeszcze małżeństwu. Ta zagryzła jeno szczęki na słowa sołtysa, a w oczach pojawił się cień buntu i coś jakby zaszkliło. - Sama w domu, to wieczerza z nami zwykle od kiedy Krzysztofa nie ma - dodał karczmarz gdy Aila z Alexandrem siadali do stołu.
Młoda szlachcianka uśmiechnęła się blado do kobiety. Żałowała jej. Nie tylko za utratę męża ale też to, co musiała znosić. Odruchowo spojrzała na Alexandra. Ona też prawie go straciła...

Tymczasem Urszula i jej matka dalej wnosiły strawę. Garnce kaszy i dwa kociołki apetycznie pachnącej polewki. Choć więcej było w niej marchwi, cebuli i innych warzyw, to znalazło się sporo kawałków kury. Parę szlachty usadzono u krótszego boku stołu, naprzeciwko małżeństwa karczmarzy. Po lewym dłuższym boku, tuż przy Aili siedziała “Babka” patrząca wciąż nieprzyjaznym wzrokiem na piękną blondynkę, przez co odsunięta była na zydlu była w stronę smutnej żony ‘zbiegłego’ kowala (a najpewniej wdowy po nim). Babka musiała zręcznie lawirować przy stole by nie zbliżyć się przy tym zbytnio do ojca karczmarza, starego Jakuba, wieńczącego to ‘starcze trio’ i którego widać darzyła srogą pogardą. Ten jakby nic sobie z tego nie robił i też traktował babke jak powietrze, humor miał jednak wyśmienity.
Po drugiej stronie względem trójki starszych, bliżej gospodarza siedział ciemnowłosy Heinrich wciąż przyglądający się gościom niby to mimochodem, ale coraz bardziej w tym Aili. Obok nieobyczajnie może przed ślubem, siedziała Alina zawstydzona ale i szczęśliwa, a kręgu stołu dopełniała żywiołowa Urszula.
O ile chleba czy sera w koszach ustawionego, można było sobie brać w rękę, to kociołki z polewką i garnce kaszy były jedynie po dwa, ustawione bliżej pary gospodarzy i gości. Aila ze zgrozą zarejestrowała brak jakiejkolwiek zastawy, czy sztućców. Jeno drewniane łychy do kaszy i też nie każdemu osobno dane. Aila i Alex mieli jedną na dwoje, ale to chyba nie ze skąpstwa, a zwyczaju. Małżeństwo karczmarzy i zaręczeni też po jednej mieli, a i obie starsze kobiety siedzące po lewej od Aili posiłkowały się jedną na zmianę.

Zaraz też szlachcianka odkryła jak toto należało jeść, bo po krótkiej modlitwie pierwsza na kaszę ruszyła Urszula zabierając pełną łychę, mocząc ją w polewce po stronie gości i po prostu wkładając do ust. Stary Jakub równie szybko zabrał się do drugiego kociołka, ale on miast łyżki z nabraną kaszą maczał w nim grubo krojone pajdy chleba.
Ot talerze były zbędne.
Mimo to szlachcianka krępowała się wielce tak jeść, toteż nie spieszyła się do “łychy”, a Alex użył chleba jak ojciec Filipa. Aila przyglądała mu się chwilę, w końcu niepewnie sięgnęła po chleb. Poczekała aż żadna ręka nie będzie w kociołku, co w sumie było dość trudne i sama nieśmiało nabrała w ten sposób potrawki. Chwila wahania. W końcu jednak przełknęła chleb i... było widać, że zasmakował jej wiejski przysmak, bo potem już śmiało sięgała do garnka. Gospodyni uśmiechnęła się na to, widząc że oboje jedzą ze smakiem, bo i Alexander sobie nie żałował.

[MEDIA]https://1.bp.blogspot.com/-H7ryqlwvezg/V0ZQAw0cMnI/AAAAAAAAPkM/fG4_stCZHm019XhsFpHVpuqg2TYL5D4LACLcB/s1600/Potjiekos%2BChicken%2Band%2BPlantain%2BStew.jpg[/MEDIA]

Kiedy wszyscy nasycili żołądki i pochwalili jadło po kilka razy, przeszedł czas na rozmowy o zaślubinach. Oczywiście, chciano wiedzieć jak ceremonie wyglądają na zamkach, toteż Aila i Alexander byli zarzucani tysiącem pytań. Przez cały ten czas narzeczony siedział cicho, wyglądając na znużonego i tylko czasem zerkał w stronę gości.
- A czy to prawda... - odezwał się nagle - że w noc poślubną szlachcie na zamku też towarzyszą gapie? Aż do momentu skonsumowania związku? - zapytał, a jego wzrok padł na Ailę, która odruchowo zaczerwieniła się i spuściła oczy. Dla niej to wciąż było krępujące wspomnienie. Niemiecki akcent Heinricha był koszmarny, ale po tej minie szlachcianki znać było, że w pełni zrozumiały.
- Czasem tak bywa - odpowiedział Alexander wyręczając żonę i skupiając na sobie, a nie na niej uwagę współbiesiadników. Alina też zaczerwieniła się na myśl o jutrzejszych pokładzinach.
- A jak było u was? - zapytał mężczyzna po raz pierwszy uśmiechając się lekko.
- Łoże z baldachimem i kotary - rzekł bękart chwytając pod stołem dłoń Aili.
Choć denerwowało go skrępowanie żony, oraz to jak Heinrich ku niej zerkał, to… wspomniał jak oszukali świadków, oraz iże sami byli dla siebie za pierwszym swym razem.
Uśmiechnął się lekko.
Aila jednak zamiast odwzajemnić uścisk, wstała od stołu. Wszyscy spojrzeli na nią zdziwieni.
- Zaraz wracam - powiedziała tylko, kierując się do wyjścia, więc większość zebranych uznała, że za potrzebą odchodzi. Poza Alexandrem, który stropił się lekko jej reakcją. a raczej brakiem. Wymawiając się i też obiecując rychły powrót wyszedł w chwilę za nią.

Jego żona stała tam, gdzie ostatnio się całowali w cieniu strzechy. Brwi miała ściągnięte. Ręce zaplotła pod piersiami.
- Nie zniosę dłużej tego...tego... grubiaństwa - warknęła, gdy zobaczyła męża.
- Tak mnie zaskoczyło, że wieśniak odważył się zapytać o to szlachetnie urodzonych, żem zgłupiał - odpowiedział. - On dziwnym mi się zdaje, nie pasuje do nich, wojenny żywot w nim znać.
- Nie wiem jaki to żywot, ale mam ochotę go ukrócić. Zresztą nie tylko on mnie drażni... Te baby... Ci chłopi... Mili może, ale o czym ja mam z nimi gadać? No powiedz mi, o czym?
- Wyboru nie mamy - zbliżył się i pochylił by szeptać jej do ucha: - możemy odjechać i rozbić się gdzie, aby wampira szukać na własną rękę. Ale to sensu nie ma.
- Wiem, dlatego wyszłam się pozłościć ino - odparła naburmuszona.
- Złość, ale nie sama. Zmierzcha już.
Aila spojrzała w niebo.
- Fakt. Nie pomyślałam... choć wątpię, by przy jutrzejszej uroczystości dziś się miał tu wampir zjawić.
Rycerz skinął głową.
- Ale jutro moi ludzie już będą, mocniej do szukania sie można będzie zabrać i bezpieczniej w nocy to jednak - Alex przekrzywił głowę - a jutro podpitych za język można łacniej wyciągnąć, nawet gdy sie co nie stanie. Nic nie mamy zaczepienia - dodał cicho.
Patrzyła chwilę na niego wciąż naburmuszona, ale wreszcie skinęła głową.
- Wróćmy więc i gdy trafi się okazja, wracajmy. - poprosiła.
Kiwnął głowa ujmując ją za ramię. Faktycznie się ściemniało.

Gdy weszli do środka nie zdążyli przejść z sieni do głównej izby gdy krzątanina jaką zobaczyli wskazywała koniec wieczerzy. Filip wyszedł im naprzeciw.
- Jakem wczoraj wielmożnemu małżonkowi mówił, to alkierzyk jest tu na dole - odezwał się. - Na jutrzejsza noc możem wyszykować, już zaczęlim z Eugenem go sprzątać. Rzeknijcie jeno czy chcecie, czy wolicie przy kościele, to nie będziemy na darmo z gratów czyścić.
Aila spojrzała pytająco na męża. Z jednej strony wszak warunki zachęcały, z drugiej... nie było to uprzejme wobec księdza, a i tutejszym domownikom sprawiali dodatkową robotę.
- A dużo to roboty? Nie chcielibyśmy kłopotów narobić więcej niż to konieczne - odpowiedział Alex pod wzrokiem małżonki.
- A gdzie tam. Trochę rzeczy zostanie, bo gdzie trzymać nie mam, ale wysprząta się i będzie piknie. - Filip wskazał dwoje drzwi z sieni będących naprzeciw wielkiej izby. - Dawniej to parobkowie tu mieszkali, ninie na dole ojciec z Ulką śpi, a drugi przerobilim na komórkę. - Otworzył prawe drzwi. - Na górze w jednej izbie ja z żoną, w drugiej ociec z Aliną, bo babka z nim wojnę ma i by się pozabijali jakby w jednej izdebce im przyszło. A ten alkierz jak uprzątnąć to pusty. Na gości przedni, ale że ich nie miewamy, to ot...
Faktycznie trochę zagracony ten alkierz był i srogo tu znoszone być musiało wszystko zewsząd. To stąd karczmarz i młynarz targali szafę. Były tam też dwa koła od wozu, kilka kufrów, zwoje lin, jakieś dyby z prowizorycznego pręgierza, worki, stary szyld karczemny, trochę innych drobniejszych przedmiotów. Łóżko na którym wory stały większe było niż prycza wikariusza. Sama izba była jak dwie tamte, a co w oczy się rzuciło, to brak jednego dużego okna jak tam. W przyziemnej z kamienia uczynionej części karczmy, jak w głównej izbie czy kuchni były mniejsze otwory, niczym świetliki a nie okna. Na zewnętrznych ścianach tego narożnego alkierza tu po dwa były w dzień zapewniając światło, ale nijak kto by mógł się nimi wcisnąć.
Wzrok Aili padł na jeden z tych świetlików. Idealne zabezpieczenie przeciwko wampirom.
- Dziś już późno, nie ma co was narażać na dodatkowy wysiłek, ale jutro... chętnie skorzystamy, a i nie będzie nam głupio względem księdza, żeśmy jego gościną wzgardzili. - odparła zerkając na męża, czy się z nią zgodzi.
- Jutro nijak z tym co czynić - rzekł Filip, nie czekając na słowa Alexandra. Od rana przygotowania do weselicha, czasu nie będzie. No… ale dziś rozpleciny przeca, mi i mej starej to dziś nie na górze siedzieć. - Roześmiał się. - Ona jeszcze co tam w kuchni doglądać chce, a ja mogę powynosić co dam radę. Potem się zamiecie, kurze zetrze jeno. Na tę noc nic nie uradzim, do księdza Wam mus, ale jak uwidział wam się jaśnie państwo alkierzyk, to się zara z kim za robotę wezmę.
- Wdzięczni będziemy - Alexander kiwnął głową.

Tymczasem zza Filipa nieśmiało poczęła wyglądać Alina, ni to wzrok spuszczając ni to szukając nim szlachcianki, która jednak udawała, że nie zauważa tych spojrzeń, patrząc na męża.
- No to chyba czas na nas... a jutro chętnie z gościny skorzystamy.
- Tak, dziękujemy Filipie… - nie wiadomo czy co chciał jeszcze powiedzieć, ale Alina wykorzystała ten moment by ojca wyminąć i na kolana przed Ailą padła.
- Pani prosić strach… - zaczęła jąkając się podczas walki sama ze sobą by być odważną i co rzec. - Proszę z serca całego, bądź mi jedną z druhen… - urwała pochylając głowę, by nie widać było jak reaguje na własną śmiałość.
Szlachcianka spojrzała na nią, z trudem maskując już własne zmieszanie. Dłonie do dziewczyny wyciągnęła.
- Wstań, Alino, nie godzi się, by panna młoda, na którą wszyscy patrzeć będą, na kolana przed kimkolwiek innym niż panbuk padała - powiedziała łagodnie, a gdy dziewczyna podniosła się, wciąż nieśmiało spojrzenie spuszczając, Aila uścisnęła delikatnie jej palce. - Dzięki ci, kochana za to zaufanie, ale ja przecie obyczajów waszych nie znam, mogłabym czemu uchybić - rzekła, a czując, że ten argument nie wystarczy, dodała: - ja już też zbyt zmęczona, by się czego uczyć. Nie dałabym rady po prostu.
Dziewczę mocno uchwyciło jej dłoń powstając.
- Nic panienka nie musi! - mówiła z mocą, choć cicho bo wciąż z nieśmiałością walcząc. - Jeno być. Jeno… Bo panienka taka dobra i na dobrą wróżbę… - W oczach coś jej się zaszkliło. - Panienka z mężem się kochają, to widać przecie… a u wysoko rodzonych to rzadkie… Szczęście takowe wielkie i niczem wybranka losu panienka, niechaj na mnie to spadnie bym szczęśliwa była.
Aila wysłuchała jej słów, po czym spojrzała bezradnie na Alexandra, u niego szukając ratunku. Ten jednak choć widział, że Aila nie chce w tym wszystkim uczestniczyć nie bardzo wiedział jak ją przed tym uchronić. Mógł wszak po prostu rzec “nie”, że to szlachciance uwłaczać będzie, ale dziewczyna pewnie mocno wzięłaby to do siebie. Zdruzgotać ją tuż przed ślubem, gdy po reakcjach Heinricha wychodziło jakoby nie było tu miejsca na szczęśliwe małżeństwo?
- A na czym obowiązki druhny polegają?
- No najpierw to z innymi w rozplecinach stroić włosy panny młodej i śpiewać. I towarzystwa dotrzymać do rana… - Alina mówiła szybko. - Przed kościołem u boku być jak ksiądz zaślubia… Do pokładzin przygotować… Przy stole usługiwać młodej i się tańcem radować.. do oczepin poprowadzić
Postanowił jednak być tym złym.
- Nie będzie ma małżonka nikomu na weselisku usługiwać, ani do rana dziś siedzieć, zmęczona jest i ostatnio o stan swój dbać musi. - Zaprzeczył, a tym ostatnim sprawił, że Filip lekko brwi uniósł.
- Ale nie, panie! - Alina teraz do niego doskoczyła i oboje już za ręce trzymała. - Gdzie tam mi usługiwać, gdzie do rana trzymać. Niechby dziś jeno na trochę z nami została, o tyci - Pokazała na paluszku jak tyci. - U boku stanęła przed kościołem i usługiwać to ja jej prędzej przy weselnym stole, nie panienka mi!
- Alino, wybacz, ale rozczarować cię muszę, lecz i to dla mnie może być za wiele. - powiedziała Aila ze spokojem, podejmując grę Alexandra i kładąc sobie jakby nieumyślnie rękę na brzuchu.
Dziewczyna kiwnęła głową i nie podnosząc jej odeszła do głównej izby i zapewne na górę.
Smutno było na nią patrzeć, jednak ważniejszym dla Aili był prawdziwy cel jej wyprawy tutaj. Wciąż bowiem myślała o Merlinie. Czasem nawet wydawało jej się, że słyszy jak ją gdzieś nawołuje, lecz po prawdzie była tak samo zagubiona jak na początku.

Małżonkowie pożegnali się z karczmarzem i ruszyli ku domostwu księdza.


Duchowny nie spali jeszcze, choć zmrok zdążył zapaść. Ksiądz Adrian czytał księgę przy świecy, a gospodyni krzątała się po kuchni i widocznie dziś był ten z dni, że zamierzała zostać na noc.
Gdy małżonkowie byli jeszcze w sieni, z daleka przyniosło chóralny dziewczęcy śpiew.
Fałszowały okrutnie.

(…) grzebień na stole, warkocz na głowie
jeszcze nieee rozpleciooonyyy (...)

Widocznie to druhny i inne pannice szły przez wieś na rozpleciny. Cała noc zawodzenia nad biednym losem porzucenia panieństwa i strojenia warkocza oblubienicy w kwiatki i kokardki.
I Aila mogła tam być…
Zrobiło jej się słabo.

- Pierzyny przygotowałam - burknęła Cecylia, zerkając przez drzwi kuchni.
- Dziękujemy - odpowiedziała szlachcianka i uśmiechnęła się, choć też na jej policzkach pojawił się lekki rumieniec teraz, gdy już wiedziała czemu gospodyni tak na nią patrzy.

Małżonkowie skłonili się księdzu, wymienili z nim kilka uprzejmości na temat zbliżającej sie uroczystości oraz poinformowali o planach zmiany lokum, co Adrian przyjął chyba z zadowoleniem. W każdym razie o więcej już nie pytał, tylko życzył im spokojnej nowy.
Aleksander i Aila zostali więc sami w ciasnym, pokoiku wikarego. Ponieważ było tu naprawdę ciasno, dziewczyna poprosiła małżonka, by ten pomógł jej z rozwiązywaniem sukni.
Zabrał się za to od razu.
- Nie powinnaś tak mocno sznurować w tym stanie - zażartował cicho.
Ona jednak nie zaśmiałą się. Wyglądała raczej na zamyśloną. Nim jednak spytał, co jej po głowie chodzi, sama rzekła:
- Ciekawe czy kiedyś... mi tak powiesz... Na razie to wciąż niemożliwe.
Milczał dłuższą chwilę, by rzec w końcu:
- To przed nami, czas musi upłynąć, spokój zapanować. Dom swój odnaleźć. Wtedy zastanawiać się nad tym.
Uśmiechnęła się delikatnie.
- Dziś jednak wypada nam do woli gospodarzy się zastosować i grzecznie do snu z dala od siebie ułożyć. - powiedziała, gdy rozebrała się do spodniej, zwiewnej sukni.
- Spać ciężko, po południu się wyspałem - mruknął cofając się od niej o pół kroku. - Zastanawiam się jednak, na ile wypada nam… - urwał. - Przegrzebać rzeczy wikarego - dodał cicho. - Zapewne przypadkowa ofiara, ale…
- Myślę, że to dobry pomysł - podchwyciła Aila i bez oporów otworzyła szafę na oścież.
Zawierała jedynie trzy półki, na których poukładana była odzież i to bardzo biedna, w tym jeden podniszczony habit. Alexander zaczął grzebać w niej, ale nie spodziewał się znalezienia jakichś prywatnych przedmiotów.
Jako to ktoś ocenił mężczyznę: asceta.
- Nic - rzekł rzucając na łóżko ostatnią koszulinę i w świetle świecy grzebiąc jeszcze ręką - pokutnik jaki co się wszelkich wygód wyrzekł.

Aila tymczasem obejrzała ołtarzyk, a potem klęcznik - wyjątkowo zdobnie wykonany.
- Coś tu jest... - wzięła świece i poświeciła sobie, zerkając na boczną belkę.
- Tu jest wygrawerowane imię. Sophia.
Bękart zbliżył się do Aili i pochylił nad nią by też widzieć.
- Sophia… na ołtarzykuu? - zdziwił się.
- Nie, na klęczniku. O tutaj, z boku, pod półeczką na dłonie.
Alex delikatnie przejechał dłonią po drewnie.
- Żona? Córka, którą stracił? - Tyle pytań, a żadnej odpowiedzi nie było. - Możem spytać księdza jutro… Ale tak to nic nie wydumamy. - Macał napis. Sprawdź no jeszcze pod łóżkiem i połóż się, ja poczuwam.
- Powinieneś chociaż spróbować zasnąć... - powiedziała Aila klękając na podłodze i schylając się, by zerknąć pod skromne łóżko. Nagle kształt jej pośladków stał się bardzo dobrze widoczny pod naprężona halką.
- Nieee. Tu nic nie ma... - szepnęła Aila, rozglądając się jeszcze, by mieć pewność.
- Poświecę Ci… - Alex zniżył świecę klęknąwszy za nią i wpatrywał się w piękny widok.
- Niee... raczej nie... - powiedziała, niczego nieświadoma Aila i przesunęła się odrobinę w lewo, zahaczając biodrem o udo męża.
- Poświeć jeszcze tutaj dla pewności. - wskazała kierunek.
Wychylił rękę dodając więcej jasności tam gdzie pokazała, ale nie patrzył tam wciąż skupiony na czym innym.
- Boże daj mi siłę… - rzekł bezgłośnie.
- Coś mówiłeś? - zapytała Aila, wycofując się i tak jej pośladki trafiły na jego lędźwia - Oj... - westchnęła aż, zdziwiona.
- Tak jeno… że jak nic tam, to byś pod pierzynę wskakiwała… chłodno - rzekł odruchowo łapiąc dłonią za jej kibić by pomóc wstać.
- Ach... - podniosła się z kolan wraz z nim i spojrzała spod długich rzęs. Na jej twarzy igrał lekki uśmieszek, jakby doskonale wiedziała o odczuciach Alexandra - Czyli... mam się położyć?
- … - Już miał otworzyć usta by co rzec, gdy oboje usłyszeli jakiś szelest od drzwi. Jakby sukni po podłodze.
Aila spojrzała w tamtą stronę, po czym przewróciła oczyma.
- Dobranoc mężu. - pocałowała go w policzek.
- Dobranoc - znienacka wziął ją na ręce i ciesząc się choć chwilę dotyku ciepłego ciała pod spodnią suknią jaką wciąż na sobie miała, złożył na pryczy.

Zgasili świecę.

- Mam nadzieję, że się nie mylimy i to będzie nasz pierworodny - powiedziała Aila głośniej w ciemności.
Uśmiechnął się i schylił po miecz, po czym usiadł na łóżku obok i drugą dłonią okrył ją pierzyną.
Schylił jeszcze by rzec:
- Ja też - ucałował ją w ciemności przelotnie i wrócił do siadu opierając plecy i głowę o ścianę.
Nie trwało długo, gdy usłyszał równy oddech śpiącej żony.
Pamietał jeszcze ogromny sierp księżyca za oknem, pamiętał chyba północ, choć już wtedy sen go morzył i położył się na swoim posłaniu z mieczem u boku. Cichy oddech Aili działał na niego uspokajająco...
Alexander sam nie wiedział kiedy zasnął.


Obudziło go przyjemne uczucie w okolicy lędźwi, które budziło nie tylko jego ale też jego męskość.
Jego spodnie i koszula zostały rozsznurowane, a on czuł na skórze dotyk chłodnych, delikatnych paluszków. Był na siebie zły, że przysnął. Wilhelm uczył go, że najlepszym treningiem siły woli jest walka z samym sobą i z własnymi pragnieniami. Walka ze snem była tu jedną z najlepszych, bo człowiek zmagał się z własnym umysłem i ciałem... Nie czynienie nic by odwrócić uwagę od senności, jeno patrzenie w ogień lub gwiazdy wsłuchując się w odgłosy nocy. Alex kilka razy potrafił przesiedzieć tak w bezruchu całą noc, ale nader często przysypiał, tak jak tej nocy gdy wsłuchiwał się w słodki odgłos oddechu Aili.
Czy dlatego Wilhelm uznawał, że łowca nie jest jeszcze gotowy?
Spróbował otworzyć oczy, lecz zaledwie odrobinę rozchylił powieki, tak bardzo był rezespany. W poświacie księżyca zobaczył jednak kształt kobiecy, który teraz siedział na nim okrakiem i pieścił jego ciało.
Długie, złociste włosy łaskotały jego brzuch, gdy kobieta pochylała się nad nim. Po chwili poczuł jak całuje jego pierś, a jej usta schodzą coraz niżej…

- Ailo… - szepnął rozespany gładząc pukiel złotych włosów. - Obiecaliśmy księdzu…
Nie odpowiedziała, poczuł jednak jak jej usta schodzą jeszcze niżej, teraz muskając podbrzusze. Delikatne dłonie pieściły jego uda. W świetle księżyca widział jedynie jej kształt i połyskujące złociste pukle, rozsypane teraz po jego ciele, jakby go oplatające...
Westchnął poddając się pieszczocie i odchylając głowę.
Uczciwość przed Adrianem…
Obiecanie mu czegoś…
Czy takie pieszczoty się liczyły?
Zamarł w pewnym momencie i wstrzymał oddech.
Oplatające go włosy…
Aila miała ścięte w klasztorze i ledwo sięgały jej ramion. Ujął w dłoń jeden z pukli.
Pamiętał, że włosy Aili, gdy były długie, kręciły się nieco - te tutaj zaś były proste całkiem. Tymczasem usta kobiety dotarły do jego intymnych stref. Poczuł na męskości chłodny, mokry języczek…
- Kim jesteś? - wyszeptał spanikowany. Wciąż nie myślał jeszcze jasno, ale zaczynał rozumieć, że ktoś zakradł się tu i pieści go, gdy obok śpi jego żona. Podświadomie podnieciło go to, ale nic z tego nie rozumiał. - Urszula? - zaryzykował wspominając blond włosy karczmareczki.
- Ciiiii... - usłyszał, gdy kobieta podniosła twarz ponad dowodem jego uznania dla jej urody i pieszczot - Ciiii... śpij słodko... jutro... jutro się spotkamy... - szeptała, a on czuł, że faktycznie się uspokaja. Jego ciało opanowywało rozluźnienie... i choć starał się z ty walczyć, walkę tę przegrywał. Ostatkiem sił rozchylił jeszcze raz powieki. Teraz dostrzegł twarz siedzącej ponad sobą istoty. Piękną... ale i nieludzką...

[MEDIA]https://img00.deviantart.net/faef/i/2015/141/7/6/nightmare_by_zaryunya-d8u7c0z.jpg[/MEDIA]

Obudził się nagle i gwałtownie zerwał z posłania. Kobiety nigdzie nie było, jedynie Księżyc przesunął się dalej na niebie, zapowiadając niedługo nadejście świtu. Obok na łóżku spała Aila - tak jak pamiętał.
Czyżby więc śnił?
Wstał i sprawdził drzwi i okno, zorientował się też, że ma zapięte spodnie i koszulę.

Sen.
Koszmar.

Wzdrygnął się siadając znów obok śpiącej szlachcianki i niecierpliwie czekał świtu.
Ten wreszcie nadszedł, a Alexander czuł jak powieki mu ciążą coraz bardziej. Dopiero wtedy odłożył miecz, położył się obok Aili i pozwolił sobie na sen.
Przebudziła się na moment i pogładziła go po biodrze, wtulając się w niego.

 
__________________
"Soft kitty, warm kitty, little ball of fur...
Happy kitty, creepy kitty, pur, pur, pur."

"za (...) działanie na szkodę forum, trzęsienie ziemi, gradobicie i koklusz!"

Ostatnio edytowane przez Leoncoeur : 12-10-2017 o 22:34.
Leoncoeur jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Odpowiedz



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 06:37.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2018, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164