Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Świat Mroku
Zarejestruj się Użytkownicy

Sesje RPG - Świat Mroku Czy wiodłeś przykładny żywot? Czy grzechem zbrodni okryłeś istnienie swe? Na próżno! Życie ci skradli, wpisali Cię do przeklętych ksiąg, chyba... że pogrążysz się w mrok! Niech ciemność – matka zbłąkanych dusz - utuli Cię. Poczuj ból egzystencji i powstań z popiołów jako Nocy Dziecię.


Odpowiedz
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 03-05-2018, 00:16   #1
 
Johan Watherman's Avatar
 
Reputacja: 2752 Johan Watherman ma wspaniałą reputacjęJohan Watherman ma wspaniałą reputacjęJohan Watherman ma wspaniałą reputacjęJohan Watherman ma wspaniałą reputacjęJohan Watherman ma wspaniałą reputacjęJohan Watherman ma wspaniałą reputacjęJohan Watherman ma wspaniałą reputacjęJohan Watherman ma wspaniałą reputacjęJohan Watherman ma wspaniałą reputacjęJohan Watherman ma wspaniałą reputacjęJohan Watherman ma wspaniałą reputację
[Mag: Wstąpienie] Burza w szklance wody

Burza w szklance wody



Cienie kościelnych ław tańczyły w rytm rozedrganych płomieni ogniska rozpalonego tuż przed ołtarzem. Dzięki tej odrobinie światła, wiekowe wnętrze świątyni wydawało się jeszcze bardziej upiorne i tajemnicze. Cisze przerywało na przemian trzaskanie płomieni oraz chochla uderzająca o ścianki mosiężnego kotła.
Trzy czarownice, każda w innym wieku, w milczeniu przygotowywały dzisiejszy wywar. Najstarsza, zeschnięta na wiór staruszka bardziej niż rozcieraniem ziół w młodzieży (gdyż w noc Walpurgii najlepiej sprawują się świeże zioła) interesowała się ołtarzem wlepiając stare, zmęczone oczy w krzyż.
Oto bowiem była krew przymierza – jak mawiała jej nieżyjąca mentora. Staruszka, mimo bycia okrutną, potężną czarownicą (o aparycji starej dewotki), bardzo szanowała krzyż. Gdyż to właśnie ofiara potrafiła uczynić życie najpotężniejszym, a ostateczna ofiara – pokonać śmierć. Nie było to życie zmarnowane ani zaprzepaszczone. Osobiście uważała, że Jezus byłby tak samo dobrym pasterzem jak i opiekunem grodów Verben. Też był poganinem.
Wzrok staruszki spotkał się z najmłodszą uczestniczką wiecu. Wymieniły porozumiewawcze uśmiechy.
- Stasiu, ciągle mam wrażenie, że budzimy potwora – szeptem wtrąciła przebudzona w średnim wieku, w kierunku najstarszej. Głos jej lekko drżał. Była zbyt doświadczona aby się nie bać. I zbyt mało aby pokonać strach.
- Rozmawiamy o tym. Nazywaj koniec czasów jak chcesz, ragnarök jest blisko. Moje pokolenie być może będzie miało szczęście go nie zobaczyć. On musi powstać i zabijać. W małych wojnach i wielkich bitwach.
Stanisława cisnęła do wrzącej, gęstej cieczy żywą żmiję. Wydawało się, że gad piszczy agonalne.
- Poza tym, prosiła mnie o to Freja. Nawet gdybym nie miała długów, bogini się nie odmawia.
- Jeśli to była ona, a nie coś, co za Freje się podawało.
- Zgoda, Marta, jeśli to była ona. Ja jednak wierzę – starsza mocno zacisnęła usta. Była poirytowana.
- To czemu Freja nie poprosiła od razu o przebudzenie Odyna? Zrobiłby nam na początek taki holokaust, że Hitler zacząłby bić mu z zaświatów brawa.
- To Odyn jest wampirem?! Wiemy gdzie leży?! - Niespodziewanie wtrąciła się najmłodsza z czarownic uniesionym, podekscytowanym głosem. Stasia uśmiechnęła się dobrotliwie.
- Być może któryś z Odynów był wampirem. Tylko który? Jak się odpowiednie wsłuchać w legendy, to nagle okazuje się, iż jedno miano nosi ich setka... Lecz gdyby to był ten – staruszka skrzywiła się nieznacznie – musiałybyśmy go zgładzić. Zbyt stara krew jest jak wino.
- Psuje się?
- Kwaśnieje.


***

Ziemia. Ja w ziemi. Ziemia mną. Ziemia ponad mną. Ziemia wokół mnie. Ziemia. Ziemia. Ziemia i tylko ziemia, a ponad wszystko ziemia. Leif nie był jak zakopana skała. Przez te setki lat on BYŁ myślącą skałą której egzystencję wypełniały skalne myśli. O ziemi. O erozji. O ziemi. O stopach nad sobą. O ziemi. O przyciąganiu. O ziemi. O ciekach wodnych. O ziemi. O malutkich żyłkach minerałów. O ziemi. O czasie który go nie tyczył bo skały nie rozumują w ludzkim pojęciu. O ziemi. I wreszcie o śnie. A może to wszystko było snem?
Czasem śnił o krwi. Krwi w ziemi oczywiście. Wtedy jego kamienna świadomość słyszała czyjś głos. Głoś matki tego co żywe, tego co urodzajne i, ostatecznie, tego co niepojęte. Wtedy też nie pamiętał jak miała na imię. Wracał do kamiennych myśli.
Lecz teraz było inaczej. Wampir słyszał krzyk. Jeden, wiek, rozdzierający krzyk. Krzyk duszy która spędziła tysiąc lat w letargu.
Słyszał swój własny krzyk.


***

Rzeczywistość była jak napięta struna, gotowa w każdej chwili zerwać się i uderzyć w twarz nierozważnemu mistykowi. Lecz mimo to, nic się nie działo. Największe miejsce kościoła, to gdzie mieszczą się ławy dla wiernych, przypominało miejsce wybuchu. Tylko, że wybuchły tutaj nie jakieś środki chemiczne, a natura. Korzenie rozsadziły kamień, mech porósł resztki drewna. Najmłodsza czarownica czuła, iż stoją jej wszystkie włosy na ciele. I jakby coś dyszało jej w kark. Zemsta rzeczywistości była blisko.
- I tak technole powiedzą, że to wybuch gazu albo inne szuru-buru…
- Ale ludzie zaczną myśleć. Nie da się zmienić świata… nie zmieniając go.
Dwójka przybyłych wampirów nie wtrącała się w dysputy przebudzonych. I tak byli wyraźnie spięci i zaniepokojeni. Czy ktokolwiek obyty w temacie mógłby się im dziwić? Czyli się jakby budzili co najmniej przedpotopowaca. Wojna krwi trwała nadal. Czy budzili doi życia swój kres? Pana? Sługę?
Lecz czasem trzeba podjąć decyzje których nie chce się podejmować. Gdy przychodzi do ciebie Piaskowa Wiedźma, nie odmawiasz jej, a słuchasz z zaciekawieniem jaki to interesujący układ ma do zaoferowania.
Stasia uśmiechała się nieznacznie.

***

Ciało Leifa przypominało bardziej mumię niż zwłoki. Nad kociołkiem każda czarownic upuściła krwi, a następnie uczynili to przybyli krwiopijcy. Ciecz zabulgotała przybierającą mętną barwę przypominającą błoto zmieszane ze śniegiem, krwią oraz ropą z jątrzących się ran niedobitków.
Jezus z krzyża spoglądał na wyschnięte zwłoki swym cierpiętniczym wyrazem twarzy.
- Czyń honory, dżentelmenie – poleciła czarownica w średnim wieku. Pod palcami ugniatała bluzkę. Jeden z obecnych gangreli dźwignął rozgrzany kocioł. I chlusnął cieczą w Leifa.


***

- Już czas. Zbliża się koniec czasów. Zbliża się wojna.
- Jestem kamieniem.
- Już czas. Ragnarök wzywa.
- Nie słyszę trąb.
- Więc pij, tyj, poluj. Walcz, kochaj i niszcz co znienawidzisz. Przypomnij sobie o swej sile. Będę cię potrzebowała.


***

Krew. Leifal czuł krew. Zupełnie tak gdy narodził się po raz drugi – dla nocy. Przebudzenie z wiekowego snu przypominało kolejne przeistoczenie. Ostygłe ścięgna odmawiały współpracy, serce zabiło tylko raz – ale z całą mocą nieśmiertelne furii przeklętego. Umysł wyłaniał się z mgły jak płomienie strzał podczas bitwy. Tak, był ogniem, płomieniem który myśli. Gniewem, potworem, potęgą, łowcą.
Ogień zgasł. Popioły okryły gniew i to w popiołach odnalazł siebie. Dopiero teraz mógł skoncentrować się na tym co czuł. Krew przypominała w dużej mierze jego własną tylko bardziej rozwodnioną. Skażoną wiekami słabości, ukrywania się i porażek. Ale jednak – własną. Czyżby czuł krew swoich odległych potomków? Krew z jego krwi, dar z jego daru, gniew – z jego własnego gniewu.
Czuł też smak (całym ciałem) krwi śmiertelnych. Stara, silna krew przypominała jad Jormunganda. Ona sama przypominała pradawnego węża. Potężna, zdradziecka, upiorna, a ponad wszystko – zakuta w ramach prawd których wampir nie do końca rozumiał. Jad jej krwi palił go pod skórą. Czuł jak wżera się w w mięśnie, jak wsiąka w mózg, wyżera wątrobę i spopielił płuca. Jak zagnieździł się w nim niczym klątwa.
Druga krew była lepka, ciągnąca się. Nie mógł sobie przypomnieć jaka substancje mu przypominała. Oplatała ciało na równi z umysłem tak jak… pająk! Tak jak pająk oplata ofiarę, tak opleciono jego myśl, zakuto w sztywne wiary. Jakby coś chciało spętać jego siły.
Trzeciego smaku szukał długo. Wiedział, że gdzieś jest, najmłodszy, najsłabszy, ale z drugiej strony – tak cudowanie pożywny. Młoda krew była silna w inny sposób. Gdy wreszcie ją poczuł, smakowała jak słońce padające na twarz – bólem za tym co utracone, palącą skórą ale też… jakby symbolem. Początkiem, życiem, kwitnącym kwiatem, nowym wilczym miotem, wiosną. I ta krew wpłynęła tuż pod jego serce. I czuł, że to jej powinien obawiać się najbardziej.


***

Wspomnienia sprzed trzydziestu lat wracały do spokrewnionego z dziwną, niemal mistyczną siłą. Nie wiedział czy to czar pieszej wędrówki, dzisiejsza pełnia czy też urok przybywania do nowego miejsca? Krew w żyłach Leifala buzowała niemal samoistnie w jakimś dziwnym, niepokojącym podnieceniu. Krew to życie, a czy wspomnienia nie były esencją życia?
Wędrówka na wzgórze opłacała się, widok był niesamowity. Lillehammer skąpane w światłach nocnego życia przypominało wielką kulę jasności usadzoną w dolinie wtórzy i gór porośniętych żółknącymi drzewami. Spokrewniony mógł zastanawiać się cz to była tylko chęć zobaczenia miasta z tej perspektywy czy też stary nawyk? Zima się zbliżała, a wybierając miejsce do przezimowania należało się mu dobrze przyjrzeć.
Tylko, że to nie była decyzja Leifala, dobrze (i boleśnie) o tym wiedział. Szczególnie bolesny był widok przerażonej miny Hannah gdy przekazywała mu polecenie Verben. Doskonale pamiętał gdy dziewczyna powiedziała co miała powiedzieć i niczego nieświadoma dotknęła wampira ręką.
A wtedy wszechświat eksplodował. Miał wrażenie, iż prawdziwy komunikat, jego serce wyryto wprost na jego wiekowych kościach, milimetr po milimetrze, wytrawiono w mięśniach, zapisano tuszem w szpiku i, na sam koniec, przypieczętowano woskiem na sercu. Nie potrafił tego ubrać w jednoznaczne słowa, gdyż mimo wszystko, komunikatowi bliżej było do do koncepcji. Idei. Jedź do Lillehammer, tam czeka cię bitwa której pragniesz. Znajdź ołtarz dawnej wiary. Spraw aby życie nim ponownie popłynęło. Tylko tyle i aż tyle. Zauważył też, iż od tego czasu częściej słyszy Ferye. Lecz co niepokojące, nie może zrozumieć jej głosu.
Myśli wampira popłynęły w stronę Hannah. Przybyła do miasta kilka dni wcześniej i tradycyjnie zorganizowała najpotrzebniejsze rzeczy spokrewnionemu. Jontho jak zwykle włóczył się po koncertach lecz podobno miał zagrać i tu. Czemu nagle zechciał mieć ich przy sobie?
- Miały dla oka widok, prawda?
Spokojny, ciepły głos popłynął zza pleców Einherjara. Nie udawał nawet, iż był zaskoczony obecnością nieznajomego. Prawdę mówiąc wyczuwał go już od dawna. I nie miał też wątpliwości, iż śledzący go wampir wcale nie ukrywał swej obecności bardziej niż wymagałoby minimum szacunku do śledzonego. Właściciel głosu zrównał się Leifem, pozwalając przyjrzeć się mu. Wyglądał, mówiąc wprost – sympatycznie. Był jegomościem o ciemnej karnacji i długich, czarnych włosach upiętych w kucyk. Ciągle uśmiechał się lekko i wyjątkowo przyjaźnie, tak przyjaźnie, iż większość ludzi powierzyłaby mu swoje dzieci na opiekę. Przyodziany w luźną koszulę, noszący markowy zegarek jegomość wyglądałby w lesie niedrożenie niczym zagubiony, arabski turysta. Lecz bijąca odeń pewność siebie wymieszana z pewnym ulotnym, trudnym do określenie mistycyzmem (właściwym bardziej wędrownym wieszczom) sprawiały, iż wampir musiał wszędzie tak dobrze pasować jak wszędzie czuł się dobrze.
- Nazywam się Nabhan. Wybacz najście, lecz z racji pełnionej funkcji oprawcy aktualnie panującego księcia, zmuszony jestem mącić wasz spokój.
Po chwili dotarły do Leifa dwa fakty. Fakt pierwszy – akcent nieznajomego jest niemal niewychwytany. Fakt drugi – aura Nabahna usiana jest gęstą siecią wyraźnych, acz wyblakłych nici. Czarnych nici diabolisty.


***

Trochę ponad tydzień pobyty na dworku należącym do Jacek Czackiego przypominał intensywną, wakacyjną pracę. Z jednej strony magowie musieli przedyskutować szereg spraw, załatwić formalności związane z przeprowadzką (wynajem bądź zakup samochodów, mieszkań czy po prostu zatwierdzanie ostatnich formalności związanych ze zwykłą pracą) oraz… zapoznać się. I z tym było najgorzej.
Jacek był nazbyt natrętnym gospodarzem. Ten zbzikowany Syn Eteru potrafił godzinami przeszkadzać w pracy powiadając o historii swego kraju oraz wyższości kultury szlacheckiej nad każdą inną. Nie oszczędził też nikomu wykładu o starożytnym plemieniu sarmatów którzy wedle jego wizji mieli nosić najczystsze i najpotężniejsze avatary jakie znała ziemia. Sprawę pogarszał fakt, iż norweski Jacka był fatalny, a i angielski ucierpiał. Eteryk twierdził, iż nauczył się ich tydzień przed przybyciem ekipy i niestety taki był efekt uboczny eksperymentu. Całe szczęście, iż Mistrz Jonathan wraz z Hannah przybili na sam koniec tygodnia do heteryka, gdyż mimo ogólnej łagodności niepełnosprawnego przebudzonego, powoli puszczały mu nerwy. Jednakże każdy z przybyłych magów wyciągnął z tego czasu kilka interesujących wydarzeń – które zapamiętają na długo.


***

Patrick Healy przybył na miejsce pierwszy i do czasu przybycia pozostałych magów mógł raczyć się przepyszną śliwowicą podczas długich wieczorów z Jackiem. Wtedy eteryk był całkiem miłym kompanem posiadającym jednak pewien unikalny dar gawędy wspomagany dobrą koleją trunków. Praktycznie do końca Czacki wyciągał Patricka na nauki szermierki. Z wielkim zainteresowaniem słuchał o walce claymore chociaż ciągle uważał go za broń zbyt ciężko. Pokazywał też Patrickowi podstawy opanowania szabli. Healy musiał przyznać, iż w opanowaniu szermierki, Jacek wyprzedzał go o całe lata świetlne.
Miłym akcentem był też podarek. Siedzieli wtedy w centrum podziemnego warsztatu Syna Eteru. Huk bliżej niezidentyfikowanych maszyn obijał się po ścianach. Patrick dobrze znał już to miejsce, trzeba było przejść przez warsztat i zejść niżej aby dotrzeć do piwniczek – a alkoholem oraz konserwami. W tym z najlepszymi kiszonymi ogórkami. Pierwszy raz gdy Patrick zapytał o wódkę, wywołał spore oburzenie gospodarza. „Czystą wódkę przywieźli do ruscy. Właśnie zaborca rozpił potwornie polskie chłopstwo tanią gorzałą. Prawdziwy Polak nie pije czystej. Może dzisiaj piwo? Znajomy ma browar...” - wspomniał wtedy i jakoś dziwnie posmutniał.
Jacek właśnie wykładał na stół dwa pakunki – ostrożnie i spokojnie.
- Patrick, raczy waść podejść? Na początku wyleciało mi z głowy, ale nasza umiłowana, eteryczna rodzina przysłała dla was wyprawkę.
Szlachcic wyłożył na stół pistolet. Przypominał lekko zmodyfikowanego Steyr M-1A. Czarna farba pobłyskiwała lekko na jego powierzchni. Obok leżały trzy pełne magazynki 9mm po czternaście sztuk.
- Czekaj, znowu… - Jacek schylił się pod stół w poszukiwaniu swego szklanego oka. Ciągłe wypadanie tego przedmiotu dziwiło ludzi tylko na początku (wraz noszeniem do niego monokla) lecz potem przechodziło się z tym do normy.
- Wiesz, że kiedyś wyhodowałem sobie organiczne? Ale miało zęby i trzeba było je karmić. Żonce się nie spodobało… no, mam! Fajna pukawka, co? Wykrywa słabe punkty celu, sygnalizując o tym lekkimi drganiami uchwytu. Jeśli pocisk będzie grzybkował, cel czekają sille zakłócenia eteru podstawowego. Miłe, nie? Zasilanie zawarte jest w każdym pocisku. I tu waść, mamy problem…
Jacek zasępił się lekko.
- Przysłali tylko trzy magazynki. Pozwoliłem sobie obejrzeć jeden, podstawowymi metodami nie byłem w stanie wyciągnąć z nich eteru podstawowego. Jeśli nie jesteś w tym dobry, raczej nie dorobisz kolejnych. Jeśli zostawisz mi jeden magazynek do badań, będę mógł nad tym popracować i albo wyślę ci kolejne pociski albo chociaż opracuję metodę na duplikację. Niby jest jakaś dokumentacja… ale pies mi zjadł.
Coś dziwnego musiało się w tym momencie pojawić na twarzy Irlandczyka gdyż Jacek szybko zmienił temat. Nic dziwnego. Szlachcic nie miał psa.
- Ale, dobry z ciebie kompan. Nie masz może polskich antenatów? Jakiś czas temu pracowałem nad pewnym prototypem. Zaszczytem byłoby gdybyś przetestował go w polu.
Szlachcic wyjął na stół ciężki, nieporęczny i niesamowicie klekoczący rewolwer. Wprawne oko Patricka od razu oceniło, iż jest to konstrukcja bardzo nietypowa bo dziewięciostrzałowa. Drobne płytki okalające bęben oraz lufę poruszały się w cyklicznym porządku.
- W środku znajduje się pojemnik zawierający pewną metapsychiczną obecność. Nazwałem go Ćwikła, ale spokojnie możesz go przechrzcić. Większość czasu się nie odzywa i można o nim zapomnieć. Ale czasem jak coś dowali to klękajcie narody, hahaha! No burak z niego. Broń lubi się zacinać i to w najgorszych sytuacjach. Trudno znaleźć mi jakieś prawidła w zachowaniu broni, efekty zdają się być procesem wysoce stochastycznym. Ale patrz!
Polak wziął rewolwer i wstrzelił w kamienną ścianę swej pracowni. Czy właściwie – dawniej kamienną. Większość ściany rozpłynęła się na podłogę w kałuży kwaśnego mleka. I lekko świecącego.
- A poza tym… lepiej nie trzymaj go z innym sprzętem. Czasem urządzenia przy tym wariują.


***

Każdemu zapadła w pamięć Hannah, przybyła przed Mistrzem Jonathanem, młoda przebudzona Porządku Hermesa, gdyż prost nie dawała jej żyć. Nie aby szczególnie upatrzyła sobie rolę uprzykrzając życia. Hermetyczka od początku swego przybycia, do samego końca podrzucała wszystkim istne tony dokumentów dotyczących głównie formalnej strony zakładania nowej fundacji oraz bezwartościowych, nieaktualnych dokumentów opisujących ulicę. Należało jednak oddać jej sprawiedliwości, iż z pewnym powodzeniem zmusiła wszystkich do przyswojenia sobie podstawowych informacji.
Był akurat wtorek gdy Mervi spędzała przyjemny czas na rozszyfrowywaniu kolejnej wiadomości od Adama Firesona (jak się potem okazało, uprzedzająca, iż do Skandynawii przybędzie z pewnym opóźnieniem). Wirtualna Adeptka musiała przyznać, iż wiadomości od tego hakera rzeczywistości stanowiły małe dzieła sztuki. Wprawdzie kosztem skuteczności zabezpieczeń, potrafiły zapewnić zabawę na długie minuty i był po prostu… piękne. Czuć było w nich rękę wykształconego matematyka.
Gdy drzwi zaskrzypiały, były niemal pewna, iż zaraz stanie w nich Jacek, lekko jeszcze spocony po trwającym treningu z Patrickiem, wtrąci jakąś zabawną anegdotę, pogładzi wąsa oraz poprosi o asystowanie w kolejnym eksperymencie. Z jakiegoś dziwnego powodu Syn Eteru upatrzył sobie właśnie ją jako asystentkę, chociaż najpewniej po prostu bawiło gdy wszystkie włosy na głowie kobiety stawały dęba i przeskakiwały po nich iskry.
Miast eteryka, Mervi ujrzała poważną Hannah. Jedno się zgadzała – też była spocona. Tylko, że potwornie. Otyła przebudzona systematycznie trenowała lecz jak widać nie uzyskiwała w tym procesie nic poza potem oraz dodatkowym atakiem astmy.
- Nie przewracaj oczami – westchnęła hermetyczka jednocześnie kładąc przez hakerką wielki, ciężki tom w drewnianej oprawie.
- Mistrz Schwarzvogel prosił aby jeszcze przed przybyciem do Lillehammer poddać go digitalizacji tak aby wszyscy magowie mieli do niego dostęp. Miał przy tym pomagać Fireson, dzieło nie jest łatwe, ale skoro go nie ma…
Otyła dziewczyna spojrzała w sufit.
- I jeszcze coś. Wybacz, że nie przy wszystkich ale… Porządek nie chce aby było to wszystkim wiadome.
Wirtualna Adeptka mogła obejrzeć wyjątki z teczki, masywny elektroprzekaźnik. Był chyba wielkości pieści obu kobiet.
- To fragment maszyny przy pomocy której Alan Turing odkrył Pajęczynę. Ma raczej wartość historyczną ale powinno należeć do was. Polecił mi to dać wam mój mentor. Pójdę już.


***

Żona Czackiego gotowała niesamowicie wręcz dobrze, lecz podczas wczesnej, pożegnalnej kolacji przeszła samą sobie. Może to wyśmienite mięso bobra, może dobre trudni, a może po prostu kunszt gospodyni potrafiącej zwyczajny bigos czy kotleta schabowego uczynić ambrozją?
Gospodarz właśnie wygrzebywał swe szklane oko z bigosu mając przy tym dość ponurą minę. Było mu żal żegnać Healya oraz Klaus Krugger. Od przybycia tego drugiego, Jacek był wręcz zafascynowany teoriami eteryka i pluł sobie w brodę, iż jakimś cudem ominął publikacje Klausa.
Mistrz Jonathan w milczeniu znęcał się nad koletem. Hermetyk nie należał do szczególnie imprezowych ludzi, lecz dał się poznać jako człowiek pozbawiony charakterystycznej dla swej tradycji, napuszonej dumy. Oraz wyjątkowo celnym dowcipem gdy Hannah przywiozła go do dworku. Skwitował to krótkim – prowadził ślepy kulawego.
- Muszę przyznać, iż Synowie Eteru byli bardzo hojni. Nie abym spodziewał się czegoś innego…
Niepełnosprawny mag skierował wzrok w stronę solidnej, sporej gabarytowo, metalowej walizki opartej o ścianę. Klaus mógł pozwolić sobie na odrobinę słusznej dumy i radości. Wszak to właśnie na jego ręce oraz do jego dyspozycji oddano jakże ważną walizkę – tak ważną, iż to między innymi przez nią odpadała tradycyjna podróż. Musieli skorzystać z usług badawczo-akademickiej fundacji Porządku Hermesa w Hamar , a konkretnie – to z jej dziedziny horyzontalnej.
Tak ważną, gdyż mieściła w sobie kolekcję wysokoenergetycznych próbek, czyli mówiąc wprost, haustów. Zdecydowana większość z nich wymagała przetworzenia przed użyciem. Lecz czy ilość dwudziestu czterech jednostek kwintesencji nie miała prawić robić wrażenia? Miała i robiła.
- Panowie, mamy jeszcze godzinę do aktywacji tunelu. Zatem, zanim zaproszę wszystkich do piwnicy, proponuję wznieść toast. Za inspirację i… Macie coś do dodania, Mistrzu?
- Za przeznaczenie które nas tu rzuciło. I za naszego gospodarza.
- Zatem za inspirację i los!
Brzdęknęły szkła.

***

Gerard Guivre mógł mówić o pewnym szczęściu. Dzięki swemu przybyciu o dzień wcześniej w porwaniu do ekipy technomantów, ominął go wątpliwy zaszczyt przestrzenno-umbralnej podróży, eskorty haustów oraz jakże fascynującego rozwożenia wszystkich do domostwa i kwater. Wczoraj miał nawet okazję zamienić kilka słów z ojcem Iwanem który to nawet nie miał za złe braku obecności na przygotowaniu do wyprawy. Z pełnym zrozumieniem stwierdził, iż Inkwizytorzy muszą mieć swoje metody działania i nie pozostaje mu nic innego jak je uszanować. Gerard nie był do końca przekonany czy jest to tylko zręczna figura retoryczna czy faktyczne przyzwolenie na większą samodzielność. Nie wiedział też czy duchowny jest szczerze sympatycznym, starszym jegomościem czy też intrygantem w tak wprawny sposób pragnącym sobie zjednać Inkwizytora. W tej chwili nie był to jednak najistotniejszy problem.
Szczęściem był też przytulny domek który chórzysta zajął już w pierwszy dzień swego pobytu w mieście. Miejscowa policja bardzo ucieszyła się z pomocy Interpolu w sprawie mordercy zwanego poetycko „Skórownikiem”. Przebudzony otrzymał na start trochę pokładanej w niego nadziei, tonę akt oraz… dom w którym aktualnie przebywał. Oficjalnie zajął je jako biuro Interpolu wobec bardzo intensywnych namów komendanta (stanowczo zbyt wylewnego jak na Norwega) tłumaczącego się, iż w przeciwnym wypadku będzie musiał przekazać dom rodzinie imigrantów. Tutejsza policja miała już dość problemów w muzułmańskiej dzielnicy aby jeszcze aktywnie wpierać zajmowanie przez wyznawców proroka kolejnych partii miasta.
Kolejną porcję fortuny Gerard trzymał przed oczami w postaci skrupulatnie prowadzonych akt związanych ze sprawą Skórownik. Morderca miał podróżować po całej Skandynawii, zatrzymując się niekiedy w danym rejonie na dłużej. Skórownik nie czynił mordów zbyt często. Co prawda bywało, iż w przeciągu miesiąc znajdywano po kilka ciał, to jednak częściej morderca, podczas swych trzech lat działalności, praktykował długie, czasem nawet trzymiesięczne, przerwy.
Skoro o ciałach mowa, Skórownik zawdzięczał swój pseudonim specyficznemu obchodzeniu się z ciałami ofiar. Dokonywał wiwisekcji (zwykle na żywo) poprzez którą usuwał z ciała ofiary wnętrzności i kościec. Pozostałą skórę z warstwami tłuszczu... wyrzucał gdzieś nie dbając o nią. W kwestii organów, zwykle znajdowany 20-30% ich.
Mag nie zdążył doczytać o zabójstwach w Lillehammer gdyż do drzwi zapukał właśnie koniec szczęścia w postaci Tomasa. Nikt nie wiedział ile czasu eutnatos rezyduje w mieście ani gdzie się właściwie zatrzymał. Inkwizytor mógł stwierdzić, iż jeśli on sam był trudny do wykrycia z samego faktu swego istnienia (lub jak wolał Joshua: cuda zawsze przemykają oka) to Tomas był po prostu upierdliwy w tym zakresie. Doskonale pamiętał jak kilka miesięcy temu, cztery razy zapominał numer telefonu Tomasa po ich pierwej rozmowie. I wtedy przypomniały się mu inne słowa swego mentora. Szatan zawsze przemyka w ciemności, poza wzrokiem prawych. A może to były własne przemyślenia inkwizytora? Już nie pamiętał.
- Miło cię widzieć – Tomas uśmiechnął się do chórzysty w sposób niemal przyjacielski. - Ruszamy?
Mieli odebrać z lotniska Walerię Smog, młodą, utalentowaną przedstawicielkę tradycji Verbena. Inkwizytor mógł zadać sobie kwaśne pytanie kto w ekipie zakładającej nową fundację nie był albo młody albo utalentowany, a najlepiej wszystko naraz?
Idąc w kierunku parkingu, minęli obskurną kamieniczkę pełną obscenicznego, obelżywego graffiti wśród którego dumnie przyciągał kolorowy napis „no future”, a leżący pod nim bezdomny dziad dawał potwierdzenie tej tezie – przynajmniej dla niego nie było już przyszłości.
- Jak wspominałem, Waleria osobiście odpowiada za nasz kontakt z wampirzą społecznością. Nie zostałem wtajemniczony w dokładną naturę tych powiązań, lecz w razie kłopotów, mamy kontakt do innej verbeny. Tyle dobrego.
Sposób w jaki ten człowiek powiedział o posiadaniu kłopotów był dość.. kłopotliwy. Mimo, iż żadne słowo, żaden gest, żadna metafizyczna nuta nie zostały zabarwione ponurą aurą, inkwizytor mógłby przysiąc, iż eutanatos ma na myśli zgon lub okaleczenie uniemożliwiające bycie przydatnym. Czyżby Larsen coś podejrzewał?


***

Leif spacerował w kierunku samochodu spotkanego oprawcy, w celu złożenia kompletnych wyjaśnień i ewentualnej wizyty u szeryfa. Z każdym kolejnym krokiem malował mu się wyraźniejszy obraz Nabahna czy raczej obraz który Nabahna chciał mu sprzedać. Sprzedać gdyż arab bardzo przypominał mu arabskich kupców i podróżników. Nie widział ich co prawda nazbyt wielu, i z bólem musiał przyznać, iż bardziej kojarzył ten filmowy wizerunek, w który miał niedawno (ze swej perspektywy) okazję poznać. Wampir sprzedawał opowieści, dużo gestykulował, śmiał się, opowiadał, zauważał szczegóły otoczenia które raczył skomentować krótkimi zdaniami. I Leif mógłby powiedzieć, że wampir tym sprytnym sposobem wyciąga od niego informacje lecz czuł, iż nie byłoby to uczciwe porwanie. Poprawniej byłoby stwierdzić, iż Nabahan próbuje kupić wiedzę, płacąc swą gawędą, ciekawostkami oraz, mimo wszystko, dość miłym towarzystwem.
- W normalnych okolicznościach posiedzielibyśmy przy ognisku. Ogniska są dobre jeśli się do nich przyzwyczaić. Oddzielają noc, las, pustynię, cały złowrogi świat od nas, karawany, grupy przyjaciół, nieznajomych, pogrążonych w swoich sprawach. To co na zewnątrz jest oddzielone od tego co intymne i bliskie sercu…
Gangrel zauważył już od dłuższego czasu, iż jego rozmówca wpadał często w dziwny, niemal mistyczny patos pomiędzy kolejnymi partiami luźnej pogawędki. I wychodziło mu to całkiem naturalnie. Prawdę mówiąc, Leif spodziewał się takiej zdolności. Znał ją zbyt dobrze po spotkaniach obwoźnymi handlarzami rzekomo cudownymi, magicznymi przedmiotami, a w późniejszym czasie – relikwiami świętych.
- Ale teraz są podłe czasy – arab kontynuował opierając się o maskę swego samochodu – nasz książę domaga się najwyższych środków bezpieczeństwa. Wybacz, przyjacielu, drobny podstęp.
Leif zauważył dwie rzeczy i to dwie bardzo niepokojące rzeczy, z czego jedna była wręcz olśniewająco piękna. Na skraju parking, pod lampą stał najpiękniejszy mężczyzna jakiego kiedykolwiek widział. Gdyby nie zdecydowanie zbyt kontynentalne rysy twarzy, mógłby przysiąc, iż w gustownej koszuli stoi przed nim jakiś kuzyn Baldura. I uśmiechał się w sposób starego przyjaciela. Przez kilka pierwszych chwil Leif pragnął po prostu porozmawiać z mężczyzną. Być blisko. Mieć takiego przyjaciela. Tak jak cały świat wielbi Baldura. Zachwyt minął szybko lecz nieznajomy pozostawał ciągle nieziemsko, wręcz nienaturalnie piękny.
Drugą rzeczą było.. coś. Coś na skraju wzroku. Jakaś inna obecność kryła się w ciemnościach. Wampir był niemal pewien, iż ów niewidoczny osobnik musiał uprzednio otulić całunem niewidzialności pięknisia. I chociaż mógł spokojnie stwierdzić, iż obroniłby się przed arabem bez większego wysiłku, nawet nie zmuszając się do poważnego zranienia tegoż, to coś mówiło mu, iż pseudo-baldur był przeciwnikiem innego, większego kalibru.
- Witam cię, einherjar. Początkowo Nabahn miał faktycznie zwieść cię do mnie. Jednak gdy zorientowałem się kogo właściwie odnalazł, cóż, miałem szczęście akurat przebywać w pobliżu, zatem mogę przywitać cię osobiście.
Nieznajomy uśmiechnął się urzekająco i wyciągnął dłoń w kierunku wampira w geście powitania.
- Jestem Marek, tutejszy szeryf. Koniecznie musimy pogadać.


***

Od początku lotu Walerii chciało się spać. Nierozważnie zrzuciła to na karb ogólnego przemęczenia oraz emocji, a miała czym się emocjonować. Wszak czy to nie na jej barki zrzucono odpowiedzialność za kontakt z wampirami? A konkretnie z jednym wampirem. I to ważnym wampirem skoro sam Ruta pofatygował się prawie osobiście (jednak wizytę jako odbicie w lustrze nie mogła określić jako w pełni osobisty kontakt), a nawet udzieliła cennych rad. Z charakterystyczną dla siebie pobłażliwością,wszak w oczach wiekowego maga wszyscy byli jak dzieci, urządził verbenie krótką, poglądową lekcję na temat społeczeństwa spokrewnionych. Postać w lustrze ciągle przy tym falowała.
- Ów wampir został wybudzony i spętany przez moją dobrą znajomą. Zwana jest Pyłową Wiedźmą i nie znam cieplejszej osoby od niej.
W pierwszej chwili Walerię zaskoczyło podobieństwo pseudonimu wiedźmy do pewnego powszechnie znanego ducha paradoksu, lecz nic się nie odezwała. Dopiero po tej rozmowie poszukała wiadomości o wspomnianej kobiecie. I szczerze mówiąc, czarownicy która potrafiła swoich wrogów zmienić w parujące kłębowisko kości, mięśni i nerwów zdolne zwijać się tygodniami w agonii zanim nie wykończy go niewiara lub znalazca okazujący miłosierdzie, stanowiła chyba najdalszą definicję bardzo ciepłej osoby.
Potem Ruta opowiadała jej o Leifie. I o tym, że kazano mu przybyć do miasta i oczekiwać na bitwę. Ruta był bardzo septyczny co do tego, czy do jakiejkolwiek bitwy miałoby dojść. Jednakże podkreślał, iż ze względu na specyfikę miasta, kontakt ze spokrewnionymi jest niezbędny. Wyczuwała w głosie starego maga pewien niepokój.
Po rozmowie ze swym mentorom, Waleria została z numerem kontaktem do Hannah Strædet przedstawionej jej jako łącznik z osobą Leifa oraz wierną akolitkę tradycji. Została też z klepsydrą wypełnioną bordowym piaskiem. Czyżby jakaś postać krwi? Ruta stwierdziła, iż gdyby chciała skontaktować się z Pyłową Wiedźmą, powinna postawić klepsydrę w misce świeżej krwi obsypanej piołunem i poczekać. Waleria była już na tyle uczonym magiem, iż wiedziała, że po prawie wystarczy dowolne, gorzkie zioło miast piołunu.
Mimo ogólnych nerwów, pewien cień spokoju w Walerii budziła jej siostra, która postanowiła jeszcze zostać w kraju. Spokoju w tej materii dodawał jej Dziadek, jak kazał się nazywać dwumetrowy, porośnięty mchem odeszły w którego żyłach płynął biały sok. Dziadek próchniał od lewej strony, ze względu na swój powolny temperament, Waleria nie usłyszała dokładnych wyjaśnień. Dziadek po prostu spojrzał swymi czarnymi oczyma w ziemię i wybełkotał ze smutkiem – matka umiera.
I właśnie dlatego, że matka umierała, sam znalazł Walerię w umbrze słysząc od innych duchów o jej problemie. Długo jej zajęło dojście do porozumienia z roślinnym golemem, nie zw względu na różnicę zdań lecz jego ociężałość. Lecz ostatnie słowa Dziadka były w pewien sposób chwytające za serce. Powiedział, iż już niczego nie chce. Że kiedyś ludzi przynosili pajdę chleba, czasem umoczoną w krwi, czasem przynosili miód. To były dobre czasy. Lecz teraz już nic nie chce. Tylko aby o nim pamiętano.
W momencie gdy wysiadała z pokładu samolotu, potwornie chciało się jej spać. Potem pamiętała już tylko krzyk.
 
__________________
Otium sine litteris mors est et hominis vivi sepultura.

Ostatnio edytowane przez Johan Watherman : 05-05-2018 o 23:08.
Johan Watherman jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 03-05-2018, 00:18   #2
 
Johan Watherman's Avatar
 
Reputacja: 2752 Johan Watherman ma wspaniałą reputacjęJohan Watherman ma wspaniałą reputacjęJohan Watherman ma wspaniałą reputacjęJohan Watherman ma wspaniałą reputacjęJohan Watherman ma wspaniałą reputacjęJohan Watherman ma wspaniałą reputacjęJohan Watherman ma wspaniałą reputacjęJohan Watherman ma wspaniałą reputacjęJohan Watherman ma wspaniałą reputacjęJohan Watherman ma wspaniałą reputacjęJohan Watherman ma wspaniałą reputację
Krzyk, wszędzie krzyk. Krzyczało bordowe niebo rozrywane przez nienazwane hordy spoza pojmowalnej rzeczywistości. Krzyczał bezkresny horyzont falując pod wpływem nieziemskiego gorąca. Krzyczały uschnięte drzewa wyginając swe poczerniały konary w stronę umierającego słońca. Wrzeszczała bagnista ziemia w której po kostki zatopiona stała Waleria. Czuła w nozdrzach zapach zepsutej krwi. Powietrze stało w miejscu. Też chciała krzyczeć lecz godność czarownicy nie pozwała jej na to.
Spojrzała w prawo – upadały góry.
Spojrzała w lewo – oceany posoki wrzały.
Jeszcze raz w prawo – ciągnął się bezkresny, zamglony horyzont czerwieni.
A przed nią stał brodaty jegomość w długich, rytualnych szatach. Czarnych jak noc o której zapomniał księżyc, bordowych jak kafle opuszczonej rzeźni, zielonych jak zatruty staw, granatowych jak niebo przed burzą i białych – jak wilk w owczej skórze. Gdy podniósł głos, zdawało się, że czas się zatrzymuje.
- Witaj młoda czarownico w mej domenie. Moi panowie zapragnęli zaproponować ci użyczenie twych mocy na korzyść naszej sprawy. Oczywiście, nie za darmo. Są wstanie dać wiele, takie nasiono jak Ty będzie miało prawo rozwinąć się. Jednak…
Krew pod jej stopami zabulgotała.
- Nie każde ziarno wyrasta.
Verbena, do tej pory skołowana, poczuła jasność myśli. To był sen, tego była pewna. Wiedziała, że to nie do końca było pociechą, sny potrafią być groźne, a w samej dziedzinie marzeń można znaleźć koszmary starsze niż ludzkość. Jednak była w tym pewna pocieszająca świadomość, że jej ciało musi leżeć gdzieś tam, bez ducha, lecz jednak po tej stronie rękawicy.
Jej rozmówca podniósł dłoń do góry i krwawe niebo runęło na przebudzoną. Omiótł ją zimny wiatr, lecz rześki i spokojny. I wiatr szeptał.
- Tyś jest drzewo, nie ziarno.
I była drzewem, i podtrzymała całe niebiosa jak atlas – nie podnosząc przy tym ani palca w górę. Na doskonale anonimowej twarzy jej rozmówcy przez ułamek sekundy wymalował się cień przerażenia. Ta ulotna chwila wystarczyła.
- Nie dajesz się wystraszyć, to dobrze. O kogoś takiego nam chodziło.
Krzyk całej domeny lekko się uspokoił. Spadł rdzawy deszcz.

***

- Straciła przytomność, zabrali ją przyjaciele…
Pracownik obsługo lotniska tłumaczył się Tomasowi oraz Gerard. Właściwie to chciał dalej tłumaczyć co zaszło gdyby nie przeszkodził mu eutanatos. Tomas niepozornie rozejrzał się po okolicy, a następnie chwytając otwartą dłonią na wysokości oczu pracownika, z całym impetem cisnął jego głową w ścianę. Gerard mógłby przysiąc, iż tamten po prostu rozbił mu głowę. Lecz nic takiego się nie stało, miast tego Tomas przymrużył lekko oczy. Gdy puścił przesłuchiwanego mężczyznę, ten był wyjątkowo blady i drżał jak w febrze.
- Mam numery rejestracyjne. Zapomnieli bagażu rejestrowanego, stary Olaf na sortowni przesyłek pewnie się do niego dobiera. Mam też numery rejestracyjne.
Ruszył w kierunku sortowni znając trasę. W drodze pozwolił sobie jeszcze rzucić w kierunku Inkwizytora:
- Stara rota Eutanatosów, nie jestem z tego dumny.
Niebański Chórzysta jakoś do końca nie mógł mu wierzyć. Tomas stanowczo zbyt mało się wahał, a zadziałał po prostu jak maszyna.


***

Jonathan, Hannah Riis, Klaus, Patrick, Mervi musieli przeżyć mały szok. Dopiero co wchodzi zza elektryczną kurtynę maszyny teleportującej Jacka, postawioną w zatęchłej piwnicy pełnej technicznych gratów, a teraz właśnie stali mając za plecami falującą taflę lustra w wielkiej, białej sali urządzonej w antycznym stylu. Przywitał ich pomarszczony, łysy hermetyk. Jeśli długości brody należało mierzyć oświecenie, ów jegomość świeciłby blaskiem mądrości.
Miast tego zakaszlał próbując zebrać głos.
- Mistrz Einar Jørgen Blackhammer bani Verditius, Pedagog i Kanclerz Fundacji Seledynowej Wieży, Prorok Kości – mag skłonił się lekko – miło was spotkać, w szczególności mistrza Jonathan.
Uśmiechnął się lekko i… skonsternował. Jego zdumiony wzrok padł na Mervi. Był bardzo zdumiony i bardzo rozpromieniony. Powolnym krokiem ruszył ku niej i prawdziwie, po przyjacielsku uściskał ją.
- Miło widzieć was, adeptko. Naprawdę, miło…
Poklepał ją po ramieniu, a następnie udał się w kierunku korytarza zapraszając wszystkich za sobą.
- Przygotowanie przejścia do Hamar nie powinno zająć nam dłużej niż godzinę.
- Myślałem, że macie stały portal do miasta – wtrącił lekko zdezorientowany Jonathan.
- Mieliśmy, piętnaście lat temu. Od straty tamtejszego węzłuna rzecz Unii, fundacja przeniosła się całkowicie do umbry.
- Tego mi już w Doissetepcie nie powiedzieli… - Jonathan westchnął rozgoryczony.


***

Klaus oraz Hannah dane było spędzić czas oczekiwania na jednym z niższych pięter wieży. Hermetyczka pomagała dwojgu młodych uczniów kończyć rzeźbić pieczęcie potrzebne do otworzenia portalu. Jeden z młodych magów, pucułowaty, blady blondyn nie dawał mu spokoju.
- Mistrz Einar koresponduje tutaj Paradigmę, czytałem pańskie artykuły – przyznał się wreszcie odkrywając wzrok od kręg u na podłodze – bardzo ciekawe. Przed przybyciem znałem tylko wasze imię, ale jak się pojawiliście, trudno pomylić.
- Ekhem – wtrąciła się Hannah – wybaczcie. Fundacja od dawna jest taka opustoszała? Ilu właściwie was jest?
- Z mistrzem to będzie sześciu, z czego Adept Knut jest poza dziedziną. I chyba będziemy ostatni…


***

- ...i tak odchowuję ostatnie pokolenie uczniów nim dziedzina całkowicie upadnie. Unia przez lata ograbiała nas ze wszystkich węzłów zasilających. Obecnie nie mamy ani jednego.
Mistrz Einar zakończył wyjaśnienia dla Jonathan. W tym czasie Patrick oraz Mervi mieli okazję, poza oczywistemu przysłuchiwaniu się rozmowie dwóch hermetyków, podziwiać okolice wieży. Z tarasu na jej szczycie malował się imponujący, acz dość przerażający widok szarych, pylnych pustkowi ubogaconych równie szarymi, ostrymi głazami rzuconymi w nie w jakimś dziwnym porządku. Wiatr na dole szarpał i porywał pył tworząc przeciwne zawirowania przypominając kształtem pomieszanie geometrycznych pomieszanie figur oraz sylwetek zwierząt. Nad ich głowami górowano ołowiane, zamruczanemu niebo świecące własnym, bladym światłem.
- To nie jest do końca dziedzina horyzontalna, prawda? - bardziej stwierdził niż zapytał Jonathan.
- Nie. Prawdę mówiąc, nie wiadomo do końca gdzie jesteśmy. Dość dawno wieżę stworzył Porządek Hermesa wraz z Ahl-i-Batin. Dlatego też celem naszej fundacji, poza edukacją młodych magów jest badanie tego miejsca.
- Miło, że pomyśleliście o windzie – uśmiechnął się żartobliwie stukając palcem w kółko swego wózka.
Brodaty staruszek zasępił się spoglądając na rozstępując się chmury. Mervi na moment pociemniało w oczach, a po chwili świat w jej oczach wybuchnął feerią barw, prawie nic nie widziała. I przestała słyszeć. Kolory zrobiły się jeszcze jaśniejsze, jeszcze bardziej irytujące - na skraju wytrzymania. Wirtualna adeptka pobladła. Słyszała głos swego avatara. „Odpuść – trzask jak rozregulowanego odbiornika – dziś odpuść dane. Są rzeczy których się nie dowiesz. Po prostu odpuść i uciekaj” - zakończył. Świat wrócił do normy.


***

Do ceremonialnej sali z impetem wywarzania okutych drzwi wdarło się coś… Coś metalicznego, o mniej-więcej ludzkich kształtach wpadło do pokoju, pochwyciło jednego ze studentów, sądząc po krwi – chyba nabijając go na pazury, a następnie wyrzuciło przez wielki witraż przedstawiający archanioła Fanuela. Wraz z całym witrażem.
Hannah krzyczała, drugi uczeń skulił się w kącie. Klaus zareagował instynktownie. Nawet nie przyjrzał się z czym walczy, po prostu zmienił strukturę napastnika w proszek porwany przed dmący w dziurze po oknie wiatr. Sam nie wiedział dlaczego wybrał akurat proch. Może to te tumany kurzu poniżej wieży?


***

Chmury rozdarły się w zielonym blasku z którego wyłonił się srebrzysty kadłub okrętu technokracji. W powietrzu dało się poczuć woń ozonu. Ikry elektryczne przeskakiwały pomiędzy metalowymi fragmentami balustrady. Chyba nikt z magów nie mógł uwierzyć w to co wodzi. Dla Patricka i wirtualnej adeptki obraz wydawał się stanowczo zbyt niemożliwym. Takie zbiegi okoliczności po prostu się nie zdarzają. Mistrz Jonathan podniósł brew i zaniemówił. Mieli już przed sobą już połowę okrętu. Wyczuwali silne zaburzenia przestrzenne. Okręt unii musiał teleportować desant wprost do wieży.
Einarowi drżały ręce. Staruszek wyglądał na śmiertelnie bladego i przerażonego. Lecz w jego bladych oczach nie było strachu, wyłącznie ponura determinacja. Sięgną jedna rzędną ręką do nieba, biała rękawica na jego dłoni zalśniła szarym blaskiem. Niebo poczerwieniało.
- Ewakuacje uczniów, zabierzcie ich ze sobą. Dam opór, cała Wieża jest ze mną…
Niebo nabrało jeszcze czerwieńszej barwy. Krwiste błyskawice poczęły uderzać w dłoń maga, aż pozostali musieli schować głowy. Huk był przeraźliwy. Staruszek ledwo trzymał się na nogach. Wskazał palcem w kierunku wyłaniającego się okrętu.


***

Kapitan Roland z całym impetem uderzył głową o konsolę dowodzenia w momencie gdy kilodżule energii rozchodziły się po kadłubie krążownika. Pobliskiego operatora impet uderzenia wyrwał z fotela i wprost wprasował w podłogę. Gdyby nie buzująca adrenalina, w mig Roland poczułby intensywny zapach krwi i wnętrzności.
- Stan, meldować – rzucił w kierunki podoficerów.
- Przyjęliśmy dziesięć koma dziewięć procent udaru. Tetratron sprzęgnięty z sideratorami – warknął młody oficer.
Dowódca wlepił spokojny, martwy wzrok w konsolę. Dostrzegał jak wściekle czerwone słupki przeciążenia powoli opadają zmieniając barwę na żółtą, aby ostatecznie opaść w zielone rejony. Prawie jedenaście procent. Przy trzynastu nie byłoby co z nas zbierać – pomyślał wściekle. Nie spodziewali się tak nagłego i potężnego ataku, więc zagrali najwyższym atutem. Tarcza z wału grawitacyjnego była niemożliwa do przebycia w tym kosmosie, nie przy tych prawach fizyki, niczym poza inną osobliwością. Lecz niemożliwe byłe jej ostre ogniskowanie. Roland zacisnął usta. Pobladł. Nie podobał się mu obecny rozwój sytuacji. Jako dowódca krążownika alfa odpowiadał za sukces całej operacji. Ta stosunkowo mała jednostka była czołem szarzy – miała wdzierać się na dany teren i zapewniać wsparcie w postaci tunelu przestrzennego dla cięższych jednostek, w tym nawet – w razie potrzeby – pancerników klasy omega.
Był w tym jakiś dziwny romantyzm. Alfa i omega. Początek i koniec. Alfa przybywa jak anioł pański – anioł zagłady. Omegę wzywało się tylko gdy sytuacja była beznadziejna. Omega – koniec. Jam jest Alfa i Omega. Jam jest początek – i koniec.
Kolejna fala uderzeniowa, tym razem wybroniona z dużo większej odległości, rozeszła się po poszyciu. Wskaźniki mocy wariowały.
- Rozpiąć tetratron. Sideratory na tunel. Procedura czasu pożyczonego.
Oficerowie krzyczeli, gdzieś za mostkiem słyszał konturujące desant cyborgi – aby zmiękczyć obronę naziemną. Niepokoił się. Jako okręt alfa i tak mieli wielką przewagę, od początku wejścia w ten wymiar poruszali się w strumieniu tachionów zyskując na czasie względem reszty wszechświata. Teraz trzeba było wycisnąć co się da z tetratronu.
Pozostało mu czekać. Wiedział, iż podczas pożyczonego czasu można wykorzystać tylko z jednego sideratora. Jednakże zwiększenie ilości operatorów pozwalało skutecznie obchodzić to ograniczenie. Spojrzał na konsolę. Zostało im dwanaście minut nim wrócą do rytmu okolicznego kosmosu.
Operatorzy nie odzywali się.
Oficer korpusu inżynierów odpina pasy i biegnie na dolny pokład. Coś się dzieje. Każda chwila dłuży się w nieskończoność.
Zostało dziesięć minut. Tunel gotowy w 14%. Okręty od A-1, A-2 i B-3 gotowe do skoku.
Operatorzy milczą.
- Przepalił się tetratron!
Oficer krzyczy. Katastrofa. Roland przełyka suchą ślinę. Tetratron istnieje w przesunięciu fazowym względem reszty wszechświata o kilkanaście minut. Więc mimo, iż przepalony TERAZ, jeszcze działa, jeszcze zapewnia im czas – gdyż jakaś siła zniszczy go ZA CHWILĘ.
Było źle. Roland nie przypuszczał, iż rutynowa acz widowiskowa akcja może przerodzić się w taką katastrofę. Był wszak prawdziwy rycerzem – obrońcą. Nie zginął podczas bombardowania Wielkiego Smoka Pychy (nie lubił oficjalnej nazwy – obiektu HD 188753 A b), nie zginął w walce z nieopisanymi koszmarami przed którymi chronił świat. Strata tetratronu była katastrofą. Trudno mu było wyobrazić sobie siłę zdolną przeciążyć to urządzenie. Zatem na każda szlachetną walkę przypadało kilka wymordowanych wsi. Roland przyjmował to jako ciężar swego rycerskiego etosu. Nie sądził jednak, że zginie w takiej misji. To było poniżej jego honoru.
Za kilka minut zniszczony tetraron realnie przestanie działać. Sideratory zwariują. Operatorzy może je utrzymają ryzach, lecz jeśli nie ochronią ich inne okręty – będą bezbronni.
Czasem trzeba postawić wszystko na jedną kartę.
- A-1, A-2, B-3, po skoku pełna tarcze na alfę.
Wdech.
- Wszyscy operatorzy do sideratorów. Obciążenie krytyczne na tetatron, sprzęgnąć do kreacji tuneli.
Wydech.
- Pełna moc. Desant kontynuować.


***

Kolejne trzy okręty wyłoniły się z chmur. Natychmiastowo pierwszy, najmniejszy okręt otoczono pół-przeźroczystą bańką tarcz. W sam raz aby fala uderzeniowa potężnego wybuchu paradoksu nie zmiotła pozostałej floty. Okręt alfa zapętlił się w sobie, przednia część okrętu zdążyła pordzewieć, podczas gdy tylna przypominała wczesny etap konstrukcji. Następnie wszystko zwinęło się w jakąś pokraczną wariacje na temat wstęgi Möbiusa, a następnie wybuchło.
- Uciekajcie – warknął Einar celując mocą Wieży w kolejny okręt.
 
__________________
Otium sine litteris mors est et hominis vivi sepultura.

Ostatnio edytowane przez Johan Watherman : 05-07-2018 o 19:09.
Johan Watherman jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 05-05-2018, 22:09   #3
 
Wisienki's Avatar
 
Reputacja: 10212 Wisienki ma wspaniałą reputacjęWisienki ma wspaniałą reputacjęWisienki ma wspaniałą reputacjęWisienki ma wspaniałą reputacjęWisienki ma wspaniałą reputacjęWisienki ma wspaniałą reputacjęWisienki ma wspaniałą reputacjęWisienki ma wspaniałą reputacjęWisienki ma wspaniałą reputacjęWisienki ma wspaniałą reputacjęWisienki ma wspaniałą reputację
Waleria nie okazywała wewnętrznego niepokoju. Stała z szeroko otwartymi oczyma. Szukała w wizji czegokolwiek co mogłoby dać jej jakiś punkt zaczepienia. Analizowała: mężczyzna, szaty, głos, broda, zepsucie, krew, niebo, ziemia. Zbierała okruszki wiedzy szukając znajomego elementu, który w połączeniu z innymi pozwoli jej zrozumieć kim może być jegomość w czarnych szatach i gdzież do licha może znajdować się jego domena.

- Jak widzisz nie jestem z tych strachliwych i więcej osiągniesz ze mną rozmawiając w sposób cywilizowany, niż próbując mnie straszyć. Rozumiem, że jestem gościem w twojej domenie, nietypowy masz sposób przyjmowania gości, już widzę. - roześmiała się perliście - ale spróbuję dostosować się do zwyczajów gospodarza, nawet jeśli są dla mnie odrobinę ekstraordynaryjne. - kontynuowała z uśmiechem na twarzy - Czy mógłbyś mi zatem objaśnić w czym mogłabym się przydać twoim mocodawcom i jaka byłaby dla mnie korzyść w ewentualnej współpracy? Sam rozumiesz, że w dzisiejszych czasach trzeba czytać to co napisane małym druczkiem w umowie.

- Sprawdzam słabych - odparł zadziwiająco szczerze. - Jestem czarownikiem z domu Tremere. Przed wiekami odstąpiliśmy od takich jak wy, śmiertelnych magów, w poszukiwaniu czegoś, co pokona śmierć. I odnaleźliśmy - pauzował na kilka dłuższych chwil. - Reprezentuję pewną grupę nieśmiertelnych. Jedni zwą nas Sabatem, inni Strażnikami gdyż stoimy na straży tego świata. Na świecie drzemie od tysiącleci wielu innych nieśmiertelnych. Niby takich jak my, lecz potwornych, zbratanych z demonami, oszalałych przez wieki. Celem naszej straży jest nie doprowadzić do ich powtórnego przyjścia na świat. Poleciła cię, Walerio, inna czarownica twego rodzaju. Powiedziała, że zrozumiesz. Zatem oferuję ci sojusz, a w zamian możesz prosić o co chcesz. Pomoc w waszej wojnie, sekrety nieśmiertelnych, naszą krew czy dobra materialne.

Zamilkł. Rdzawy deszcz rozpadał się na dobre. Krzyk z domeny ucichł, przeobrażają się tylko w cichy jęk.

- Tremer - wypowiedziała smakując w ustach egzotyczne słowo - zaiste sporo już czasu minęło odkąd rozeszły się wasze drogi z Porządkiem, czy jak to mówią nie życzliwi Zakonem Hermesa. - przyjrzała mu się dokładniej - wybacz profesjonalną ciekawość, ale nie dane mi było osobiście poznać, żadnego z waszego rodzaju… jeśli chodzi o kwestie niedopuszczenia aby zbratane z demonami obłąkane potwory pałętały się po ziemi, to mam podobne zdanie w tej kwestii, powrót na ziemię takich istot nie wydaje się zgodny z moim światopoglądem. Nie tylko zresztą moim, ale i wielu innych magów jakich znam. Może więc zostałeś skierowany do właściwej osoby, do przeprowadzenia rozmowy…

- Polecono mi was, Walerio. Jesteś pełna odwagi oraz należysz do grupy która słynie ze zrozumienia mocy krwi - zakończył oschle.

- Kto nas poleca, warto byłoby wiedzieć, czy jest to godzien zaufania sojusznik. Inna sprawa, że i ja chciałabym poznać więcej szczegółów, to w końcu w pełni zrozumiałe jeśli chce się z kimś rozpocząć współpracę…
- Tego wyjawić nie mogę. Gdy wrócisz z tej dziedziny, staniesz przed obliczem mojego przywódcy. Będziesz mogła zadać mu więcej pytań. Ja tutaj jestem tylko heroldem. - Brodaty mężczyzna nie wyglądał na zniecierpliwionego. Wręcz wydawało się, że zbyt długa rozmowa jest ma na rękę.

- Tak czy inaczej prościej było wysłać SMS’a jeśli i tak nie jest Twą rolą gospodarzu aby mi cokolwiek wyjaśnić. Wobec czego rozumiem, że nasza rozmowa w tym miejscu się kończy i wracam do domu, chyba że powiesz mi coś konkretniejszego, co sprawi, że zechce tu zostać. Nie chcecie przecież robić ze mnie swego wroga, jeśli potrzebujecie mojej pomocy, a ja póki co jestem do was życzliwie nastawiona. A jeśli będziecie chcieli ze mną rozmawiać upraszam o wcześniejszy kontakt telefoniczny.

Wampir zaplótł dłonie na wysokości klatki piersiowej.
- Prawa wyższej teurgii pętają nas tutaj do końca czasu trwania rytuału. Bardzo mi przykro.

- Powiesz mi chociaż co to za rytuał i co ma na celu ? Wiesz nie lubię tak stać jak kołek, i to jeszcze nie świadomy, tego wymagała by podstawowa grzeczność gospodarza w stosunku do gościa.

- Otwiera drogę krwi do tego miejsca. Niestety, powrotna rzeka pojawia się dopiero po czasie. Jeśli nas sojusz się sfinalizuje, mogę cię tego nauczyć.

-Droga krwi, to brzmi intrygująco, czemu ma on służyć - odpowiedziała próbując zachęcić go do mówienia. Sama zaczęła rozglądać się w poszukiwaniu śladów magyji, powiązanych z przeprowadzanym rytuałem. Próbowała określić w oparciu o swoją wiedzę co tu się odpierdala. Nie miała ochoty zostać niczyją przekąską a to jej zaczynało wyglądać na one way ticket. Po chwili wyczuła tylko silny związek pomiędzy tym miejscem, a jej rozmówcą. Nic dziwnego, skoro on ją przywiódł tutaj i panował nad okolicą, musiało istnieć silne powiązanie między nim, a tym miejscem. Zdała sobie też sprawę, iż w tym miejscu Dziedziny Marzeń, a najpewniej to w niej się znalazła, nie znajdzie za dużo śladów jakiejkolwiek mocy która ją tu wysłała. Wszak czar musiał odbyć się po drugiej stronie rękawicy, tutaj miały prawo bytować tylko jego niewyraźne echa. Nic nie odpowiadał i to zaczęło Walerię delikatnie niepokoić. Zamknęła oczy, gospodarz sam wspomniał była drzewem w tej domenie, podtrzymywała niebiosa jak atlas. Drzewo, drzewo życia, wielkie drzewo łączące ziemię z niebem, materię z Umbrą.

- Zatem nie pozostaje nam nic innego jak tylko czekać na koniec rytuału, bo rozumiem że nie chcesz mi nic więcej powiedzieć.

Zamknęła oczy i przywołała obraz, wielkiego drzewa, nie typowego a skonkretyzowanego pod obrazem lipy posadzonej jeszcze za życia Ruty z przed przebudzenia w rodzinnej wsi. Drzewa za pośrednictwem którego jej mentorka odwiedzała swoje dzieci. Drzewa, w cieniu którego latem stała jej kołyska. Medytowała. Wyobrażała sobie, że jest drzewem, listkiem, sokiem płynącym w liściu, niosącym życiową siłę słońca do samych ukrytych głęboko w ziemi korzeni.

Kliknij w miniaturkę

Sok siła życia wędrowała powoli po cienkiej gałązce, która z czasem stawała się coraz grubsza i grubsza. Wierzyła głęboko, że gdy uda jej się dotrzeć do dążąc do pnia będzie jej łatwiej, zgodnie bowiem z naturą jest przemieszczanie się cieczy z góry w dół. I tak właśnie było, sok przelewał się powoli kropla za kropą, ku korzeniom, ku ziemi, ku ciału.

Gdy wreszcie je poczuła, poczuła spokój. W ciele czuła się jak w dobrze znanym wygodnym łachu, który może jest tu i tam sprany, i może nie wygląda najpiękniej ale jest najwygodniejszy ze wszystkich. Nie otwierała jednak oczu w pierwszej chwili, korzystając z dobrodziejstwa pozostałych zmysłów. Nie chciała zbyt wcześnie ujawnić swego przebudzenia. Czuła, iż ma skrępowane ręce. Wydawało się jej też, iż w pobliżu znajduje się kilkoro ludzi, lecz nie czuła ani nie słyszała oddechu. Było zbyt cicho, tylko miarowy odgłos silnika zaburzał to. Leżała zatem w samochodzie, chyba na tylnym siedzeniu. Obok niej siedział jakiś wyjątkowo zimny człowiek. W aucie rozdzwonił się telefon. Przesłanek było, aż nadto aby zrozumieć, że ma do czynienia z krwiopijcami. "Ładni mi sojusznicy" - pomyślała i zaczęła delikatnie poruszać nadgarstkiem poszukując w myślach tej jednej jedynej nitki która zamokła. Jeśli bowiem zamokła jedna przemokła też druga, a o to w tym paskudnym klimacie nie jest trudno. Mało kto dba o rzeczy tak jak powinno to się robić i jak działo się to w dawnych czasach. W międzyczasie nasłuchiwała.

Jeden mężczyzna, sądząc po kierunku skąd odbierał głos, siedzący przy kierowcy, wsłuchiwał się w serię trzasków z telefonu. Waleria nie mogła dosłyszeć jakie informacje mu przekazują.

- U nas jeszcze śpi. Może tylko uciekła z tego twojego mambo-dżambo ale dalej lula sobie? Zresztą, to ty dałeś dupy, jak się Dzik dowie… No dobra, będziemy mieć oko.

Zakończył połączenie. Odezwał się do jegomościa siedzącego przy udającej sen Walerii.

- Umiesz ją powtórnie ululać? Bo uciekła wielkiemu czarodziejowi, do dupy kopanemu.

- Wolałbym tego uniknąć - powściągliwie odparł. Verbena słyszała w jego głosie zdenerwowanie na mężczyznę z przodu.

Oddychała spokojnie jakby dalej była pod wpływem snu. Miała nadzieję, że uda jej się dowiedzieć czegoś więcej. Wiedziała, że skandynawowie są milczący, ale żeby taka duża grupa ludzi jechała przez dłuższy czas w milczeniu, to nie wydawało jej się możliwe. Zaczęła więc przygotowywać się do ewentualnej ewakuacji. Zaczęła zastanawiać się gdzie jest, i jak daleko ją odwieźli. W tym celu zaczęła analizować smak powietrza, liczyła na to że obecne w nim fragmenty energii dadzą jej odpowiedź na to pytanie. Po chwili poczuła odpowiedź. Byli już poza miastem, jechali drogą ekspresową na północ. Samochód kołysał miarowo, silnik szumiał, a Waleria wsłuchiwała się w ten dźwięk szukając w nim jakiegokolwiek niepokojącego odgłosu. Gdy zaś po dłuższej chwili usłyszała delikatne stuknięcie z trudem powstrzymała się od uśmiechu. Znalazła punkt zaczepienia, po czym skierowała swą wolę do silnika. Szło jej wyjątkowo opornie, wiec w myśli zaczęła powtarzać prostą zaklinankę, którą słyszała jeszcze w dzieciństwie, za każdym razem gdy ktoś znieważył jej babkę i dopiero wtedy się udało, ledwo. Silnik stuknął, puknął samochód zwolnił, kierowca zaklął ale pojazd nadal się toczył, jeszcze przez jakiś czas.
 
__________________
Wiesz co jest największą tragedią tego świata? (...) Ludzie obdarzeni talentem, którego nigdy nie poznają. A może nawet nie rodzą się w czasie, w którym mogliby go odkryć. Ruchome obrazki - Terry Pratchett

Ostatnio edytowane przez Wisienki : 05-05-2018 o 22:22.
Wisienki jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 06-05-2018, 00:31   #4
Inkwizytor
 
Mi Raaz's Avatar
 
Reputacja: 17006 Mi Raaz ma wspaniałą reputacjęMi Raaz ma wspaniałą reputacjęMi Raaz ma wspaniałą reputacjęMi Raaz ma wspaniałą reputacjęMi Raaz ma wspaniałą reputacjęMi Raaz ma wspaniałą reputacjęMi Raaz ma wspaniałą reputacjęMi Raaz ma wspaniałą reputacjęMi Raaz ma wspaniałą reputacjęMi Raaz ma wspaniałą reputacjęMi Raaz ma wspaniałą reputację
Spotkanie z Klimowem było dziwne. Gerard nadal nie przywykł do statusu inkwizytora. Zazwyczaj Mistrzowie patrzyli na niego z wyższością. Teraz wszystko się zmieniło. Co nie znaczyło, że młody Inkwizytor przestał patrzeć na Mistrzów z szacunkiem. Iwan w pewnych kręgach był legendą. Anioły i demony podporządkowywały się jego woli. Miał nadzieję kiedyś osiągnąć poziom mistrzostwa w tej sferze. Nic więc dziwnego, że właśnie ten mistrz przewodził ich jakże zróżnicowanej drużynie.
Gerard celowo unikał integracji z pozostałymi. Większość magów peszyła się w obecności Inkwizytorów. Nie chciał dodawać im stresu. Ciekawe cóż myślał Iwan? Wśród adeptów podsunięto mu Inkwizytora. Komu ma patrzeć na ręce? Ktoś na górze boi się układów z wampirami? Dobrze jest mieć w drużynie Inkwizytora. Ale jeszcze lepiej go nie mieć. Większość komentarzy Mistrza Iwana Gerard podsumowywał kiwnięciem głową. Bez zbędnego komentarza. Bez dodatkowych pytań. Dopiero tuż przed pożegnaniem Gerard wyszedł z inicjatywą:
- Ojcze, jeszcze jedno - powiedział, co najmniej tak, jakby było choć “jedno” przed tym “jeszcze jednym”.
- Tak, synu? - powiedział egzarcha, najwyraźniej cały czas spodziewając się trafienia obuchem ze strony Guivre’a.
- Chciałbym się wyspowiadać. Poleci ojciec jakiegoś spowiednika?

Gerard zazwyczaj wyznawał swe grzechy śpiącym. Choć nie miał ostatnio niczego ciężkiego na sumieniu, ale zbliżały się niespokojne czasy. Potrzebował uzyskać odkupienie win. Obydwaj wiedzieli, że odmówi spowiedzi przed przywódcą ich grupy. Ale czy Iwan Kilmow obdarzy go tak wielkim zaufaniem, żeby polecić własnego spowiednika?

Ojciec Iwan uśmiechnął się delikatnie z pewnym… żalem. Tak, stanowczo była to drobna kropla żalu zalegająca pomiędzy jego licami.
- Niestety, wszyscy jesteśmy w oczach Boga winni i uważam, że wobec nas, w pewien sposób wybranych, nie ma sposobu aby zdjąć ciężar win. Bo Jezus nie umarł za nas. To my umieramy jak on.
Gerard jedynie skinął głową, lecz już nie odpowiedział. On miał inne zdanie. W spowiedzi nie chodziło o odpuszczenie grzechów, ale o wyznanie swej winy. Przed kimś innym. Zresztą… potrzebował tego aby przeprowadzić rytuał. Dlatego też po spotkaniu z Mistrzem udał się do małego kościoła bliżej komisariatu, gdzie przystąpił do sakramentu.

***


Wizyta na posterunku policji przebiegła podobnie. Komendant formalnie nie znajdował się pod jurysdykcją Interpolu. Jednak nad lokalnym komendantem była zawsze jakaś władza rejonowa, wojewódzka czy też krajowa. A zwłaszcza ta ostatnia lubiła chwalić się dochodzeniami na szczeblu międzynarodowym, które zakończyły się sukcesem. To stawiało lokalnego komendanta pod ścianą, bo wszelka odmowa współpracy, czy choćby zbytnie wydłużenie procedur odnotowane w raporcie Interpolu mogło skończyć się jego “awansem” na stanowisko naczelnika policji w gminie Pipidówko Małe. Gdzie do końca życia mógłby rozstrzygać sąsiedzkie spory o wieczorne zastraszanie krów. Toteż sytuacja była równie zawiła jak ze stanowiskiem Inkwizytora w środowisku Przebudzonych. Gerard mógł komendanta jedynie “prosić o pomoc i środki”. Choć nikt jeszcze tym prośbom nie odmówił.

Z radością przyjął propozycję zamieszkania w domu socjalnym. Sto metrów kwadratowych, trzy pokoje, salon, łazienka i kuchnia. Aż nadto na potrzeby skromnego inspektora. Przywykł do trzygwiazdkowego hotelu w wersji “budżetowej” z wyżywieniem w formie bufetu. Tutaj wprawdzie sam musiał zaopatrywać lodówkę i przygotowywać posiłki, ale mógł też przyjmować gości, czego nie uświadczył od dobrych kilku lat. Natychmiast jeden z największych pokojów sypialnych mianował “biurem”. To tam rozłożył na małym biurku całą dokumentację. Brakowało mu jeszcze tablicy korkowej z wycinkami prasowymi i zdjęciami z miejsca zbrodni. Ale to tylko kwestia czasu. Zgłosi zapotrzebowanie do komendanta.

Prowadził podwójne życie. Wielu magów zrezygnowało z tego po osiągnięciu statusu adepta. Ale Gerard nigdy by sobie na to nie pozwolił. Gdy jeszcze aktywnie działał w Zakonie to właśnie praca w Interpolu dawała im najwięcej haczyków do łowienie grubych ryb. Dość wspomnieć, że na osiem ostatnio prowadzonych śledztw tylko dwa nie były związane z aktywnością nadnaturali. Wampiry zabijają, bo szukają krwi. Wilkołaki zabijają, gdy ktoś rozgniewa duchy. Magowie zabijają…. Magowie nie powinni zabijać. Umysł Gerarda odpłynął na moment do wspomnienia ostatniej sprawy. Najbardziej pochrzanionej, jaką spotkał przez lata. A jednak… rytualna ofiara niesie ze sobą zbyt wielki ładunek rezonansu, żeby istoty zza zasłony przeszły wobec niej obojętnie. A podporządkowanie sobie demonów jest najłatwiejszą drogą na skróty. Tak łatwą, dlatego, że do końca nie wiadomo któż jest podporządkowującym, a któż podporządkowanym.

Francuz otrząsnął się. Tamta sprawa była już zamknięta. Pozostawiła blizny, ale nie było sensu ich rozdrapywać. Klątwa musiała się wypełnić, ale Inkwizytor nie miał zamiaru tego ułatwiać. Przeszedł do pracy. Zaczął od luźnego czytania opisu kolejnych zwłok. Notował jedynie dane ofiar. Płeć, wiek, rasę. Sprawdził też, w jakim stopniu pokrywały się narządy wewnętrzne jakie odnaleziono. Czy była to losowość, czy też za każdym razem znikało serce i wątroba. Wpadł w cug segregując poszlaki i właśnie wtedy przyjechał Tomas. Dokumentacja musiała poczekać.

***

Kolejny już raz pozwalał mówić swemu towarzyszowi. Na parkingu nie odpowiedział na gorzki komentarz w zakresie wyboru auta. Hybrydowa Toyota klasy C. Dobrze, że nie Prius. Norwegowie mieli jakiegoś bzika w eko-kwestiach. Dlatego miał do wyboru takie auto z wypożyczalni lub ewentualnie rower. Parkingów dla rowerów robiło się w Lillehammer niemal tyle co w Amsterdamie. Czy mógł wybrać inne auto? W zasadzie niewiele droższy byłby Ford z silnikiem EcoBoost. Ale zgodnie ze skandynawskimi standardami koszt jego wypożyczenia przekraczał kwotę przewidzianą przez Interpol na utrzymanie środka transportu inspektora polowego. A Gerardowi serdecznie nie chciało się wypełniać dodatkowych wniosków. Niestety, nie każdy Wierny został obdarzony darem teleportacji, czy bilokacji. I tym właśnie przypadło w udziale poruszanie się samochodami.
Niewątpliwą zaletą było nafaszerowanie Aurisa elektroniką i automatyką. Od automatycznej skrzyni biegów zaczynając, na systemie wspomagania hamowania w sytuacji zagrożenia kończąc. Bezpieczeństwo przede wszystkim! Auto ruszyło bezszelestnie w stronę lotniska.

***


Przemoc, przemoc, przemoc. Tomas przemocą wdarł się wprost do mózgu faceta z obsługi. Gerardem nieco to wstrząsnęło. To było niepotrzebne. Zazwyczaj wystarczało odchylić poły marynarki i pokazać spluwę w czasie sięgania po odznakę.
Samolot dopiero przyleciał. Przeszła przez odprawę, ale nie odebrała bagażu, co oznacza, że czekali jeszcze w części dla pasażerów. Przylecieli z nią samolotem? Przylecieli jakimś innym? Mieli znajomych na lotnisku? Fakty były takie, że znajdowali się o krok od celu.

- Mam numery rejestracyjne. Zapomnieli bagażu rejestrowanego, stary Olaf na sortowni przesyłek pewnie się do niego dobiera. Mam też numery rejestracyjne. - powiedział Tomas. Dlaczego dwa razy wspomniał o numerach rejestracyjnych? Dlaczego uciszył tego chłopaka zanim cokolwiek powiedział?

Gerard sięgnął do kieszeni i włożył do ucha słuchawkę. Sprawiało to, że z wyglądu podejrzanego typa przybrał wygląd “ochroniarza łączącego się z bazą”. Chórzysta wybrał stosowny utwór z playlisty. Chorały gregoriańskie po łacinie zawsze go uspokajały. A nie powinien się denerwować. Łączył fakty. Tomas powiedział “Nie zostałem wtajemniczony w dokładną naturę tych powiązań, lecz w razie kłopotów, mamy kontakt do innej Verbeny. Tyle dobrego.”
- W razie kłopotów - wyszeptał do siebie Gerard. Przez moment rozpatrywał w głowie konspiracyjne możliwości zdrady ze strony Tomasa. Aż w końcu przypomniał sobie Joshuę. Jego mentor, ten sam, który tak bardzo nakłaniał Gerarda do szkolenia się w magyi umysłu, stawał się równie zamotany gdy w jego głowie zachodziły efekty tej sfery. To raczej nie była zdrada Eutanatosa, lecz słabo postawiona tarcza umysłu w czasie zespolenia wspomnień. Albo coś jeszcze innego, czego Inkwizytor nie rozumiał. Jego towarzysz wyglądał jakby miał plan. Dlatego Gerard milczał.

Szedł za Tomasem zespalając myśli z rytmem chóru w słuchawce. Po chwili zaczął recytować krótką modlitwę do aniołów. Wszak otaczali go aniołowie. Aniołowie, którzy też musieli coś dojrzeć. Młoda i utalentowana Verbena nie przechodzi obojętnie wobec aniołów. Nawet jeżeli mówimy o międzynarodowym lotnisku.
- Pomóż mi, proszę - szeptał do słuchawki zostając nieco w tyle za Tomasem - była tu dziewczyna, z pewnością czułeś jej moc. Jej kwintesencję. Pomóż mi ją odnaleźć, a podzielę się z tobą częścią swojej. Iahhelu, przybądź na me wezwanie.

Iahhel jednak milczał. Przez moment Gerard myślał, że zaklęcie nie zadziałało. W zasadzie skoro anioł się nie stawił, to mógłby jeszcze wezwać pająka wzorca. Na pewno w okolicy było ich sporo. Musiał tylko znaleźć jakiegoś silnego.

I wtedy przyszło to uczucie. Niemal namacalne. Dziwne poczucie, że coś na niego patrzy. Coś, czego nie widać. Wiele istot. Nie było to przyjemne, ale dawało jednoznacznie do zrozumienia, że jego głos przebił się na drugą stronę.

A potem piskliwy głos niemal rozerwał mu bębenki. Kerubiel. Sługa Razjela. Może to i lepiej, że nie sam Iahhel. A może gorzej. Z aniołami mało co było wiadomo. Ten podobno kiedyś był jednym z Tronów.

- Dziewczyna, Waleria, mag. Była tu na lotnisku. Ktoś ją zabrał. Podziel się ze mną wiedzą o tym gdzie teraz jest.
- Nie wiem - odpowiedział irytującym głosem anioł wiedzy. Gerard widział przed sobą wyobrażenie wielkiego koła, które kręci się w powietrzu. Tak właśnie manifestował się ów obdarzony wolną wolą Tron w umbrze. Teraz jednak Gerard go jedynie słyszał. To nie należało do przyjemnych doświadczeń. Nie dla ludzkich uszu powstał głos aniołów Pana.
- Dowiem się. Trzeba czasu. Czy to wszystko - w piskliwym głosie irytacja była główną nutą. Prawdopodobnie Kerubiel wykona zadanie, ale Gerard i tak będzie musiał oddać mu przysługę. Pytanie też, czy do tego czasu Verbenie nic się nie stanie.

Gdy mijali kolejne korytarze Gerard zadzwonił do lokalnego komendanta policji.
- Mam do sprawdzenia pewien numer samochodu, czy może mi pan podać bezpośredni kontakt do kogoś w drogówce? Bo pan pewnie jest zbyt zajęty… - zakończył pauzą Gerard.

Nie wątpił, że ktoś z większym talentem oratorskim skłoniłby policjanta do “osobistego zajęcia się sprawą”. Niestety, Pan poskąpił mu tych talentów.

Już zbliżali się do kanciapy owego starego Olafa, gdy Gerard oprzytomniał. Szedł za Tomasem bo myślał, że on ma plan. Z drugiej strony nie chciał oglądać kolejnego człowieka z mózgiem wywijanym na lewą stronę. Zwłaszcza, że najwyraźniej nie robiło to dobrze samemu Tomasowi. Inkwizytor położył dłoń na ramieniu Eutanatosa i powiedział:
- Tym razem ja się tym zajmę.
- Ten Olaf żyje z tego, że obrabia co lepsze bagaże -
wtrącił Tomas. Gerard nie pytał, czy dowiedział się tego z czytania myśli tamtego faceta, czy raczej miał jakiś kontakt w obsłudze lotniska. To nie miało znaczenia. Tak jak i źródło utrzymania Olafa. Choć to drugie mogło być pomocne.

Tomas czekał przed drzwiami małej kanciapy. Biuro Olafa było wielkości schowka na szczotki. Gdy wszedł do niego Gerard to przestrzeń wypełniła się znacząco. Inspektor machnął odznaką przed oczami starszego mężczyzny wywołując pewną dozę paniki. Sytuacja dzięki temu miała istotny plus. Olafowi zależało na tym, żeby pozbyć się glin ze swojego małego królestwa. Przekazał bagaże poszukiwanej Walerii Smog w mniej niż dwie minuty. Nie pofatygował się nawet ze spisaniem numeru odznaki.

Gdy odebrali walizki kobiety, Tomas bez zbędnego słowa, bardzo pośpiesznym krokiem skierował się w stronę ich samochodu. Wrzucił bagaże na tyle siedzenie i z wielką wprawą otworzył zamek. Nie było to co prawda zadziwiające, zamki w walizkach miały głównie służyć zapobieganiu przed przypadkowym rozsypaniem się rzeczy, nie kradzieżą. Po kilku szybkich chwilach Eutnatos przerzucił się na drugi bagaż kobiety. Wreszcie znalazł. Czyżby pozwolił sobie na nikły uśmiech? Raczej z gatunku tych autoironiczny. Tomasz trzymał w dłoni biustonosz i majtki. Konkretnie, to biustonosz i kilka par majtek.
- To jest moment w którym wyjaśniasz mi jak stanik 65 D pomoże nam znaleźć młodą i utalentowaną Verbenę - powiedział głosem ociekającym ironią Francuz.
- Jest intymne. Po tym łatwiej będzie mi zorientować się w którym kierunku mamy jechać. I… Wiem, to jest ekscentryczne. Moja mentorka to akceptowała, ale dla jej mentora byłby to pewnie upadek obyczajów oraz wyniosłej sztuki. Parszywe czasy. Poprowadzisz?
Gerard nie odpowiedział. Zamknął pierwszą z walizek schował do bagażnika. Drugą zostawił na tylnym siedzeniu, w nadziei, że odłożą tam “pożyczone” przedmioty osobiste. Usiadł bez słowa za kierownicą i ruszył.
Tomas wyjął zza pazuchy prosty, żelazny sztylet (wyglądający na broń ceremonialną, jakim cudem wszedł z tym na lotnisko pozostało tajemnicą), z pełnym szacunkiem ucałował ostrze i… owinął wokół niego bieliznę. Zamknął oczy, wyrównał oddech. Szeptał mantrę. Po kilku minutach otworzył je i do końca drogi wpatrywał się w zawiniątko co razu szepcząc porady gdzie skręcać. Nie szło mu to zbyt dobrze i kilka razy wracali się czy kołowali w miejscu czekając aż eutanatos złapie trop.

Przy kolejnym takim zawahaniu Gerard zatrzymał wóz. Zdjął okulary i przecierał je. Różaniec wokół prawej dłoni ze ściereczką był tak bardzo kontrastujący do małych damskich majteczek w dłoni Eutanatosa.

Gdy Gerard założył okulary świat wyglądał już nieco inaczej. Skoro i tak kręcili się w kółko, to mógł choć rzucić okiem na ulice miasta.
- Jedź, nie traćmy czasu - powiedział Tomas, który zdawał się nie być świadom ile czasu tracili na jego niedociągnięciach w sztuce tropienia młodych dziewczyn.
- Jakże bym śmiał buruseromanto.
Odpowiedział Inkwizytor i ruszyli dalej.
Ze słuchawki nadal dobiegał dźwięk muzyki, a krzyżyk miarowo postukiwał o maleńką gałkę zmiany biegów.

Na wyświetlaczu samochodu pojawiła się wiadomość:

Cytat:
Auto należy do Fundacji imienia Oskara II Bernadotte
SMS świadczył o tym, że nikomu z lokalnej policji nie chce się z nim gadać. Cóż, dobre i to.
 
__________________
Wszelkie podobieństwo do prawdziwych osób lub zdarzeń jest całkowicie przypadkowe.
Mi Raaz jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 07-05-2018, 23:13   #5
 
abishai's Avatar
 
Reputacja: 14205 abishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputację
Scena W Wieży

SCENA W WIEŻY, część pierwsza


Einar się bał. I miał pewnie rację. Patrick przyglądając się statkowi nie odczuwał strachu. Ciekawość i może ekscytację. Ale nie strach. Nie miał powodu się bać. Wieża nie należała do niego i nie był z nią emocjonalnie związany. Einar się bał bo mógł stracić coś cennego.
Patrick zaś z zafascynowaniem patrzył na wynurzający się statek i dopiero po chwili zareagował na słowa staruszka.
- Tak jest. - rzekł z uśmiechem Irlandczyk sięgając dłonią do kieszeni pełnej metalowych części i mechanicznych komponentów. - Jakieś sugestie co do drogi jaką mamy obrać i pomocnych miejscówek lub przedmiotów w Wieży? Przypuszczam, że paru adeptów Techników już się mogło przedostać do budowli.
Mervi obserwowała zbliżające się statki Unii, których pojawienie się nie pomogło w uspokajaniu żołądka jakiego zawartość została wrzucona do jaskrawego blendera przez Glitcha. Adeptka zmrużyła oczy, licząc pod nosem dla uspokojenia myśli, jednak kiedy Einar robiący za artylerzystę zwrócił się do nich i przebrzmiały już słowa Eteryty, Mervi podeszła bliżej Mistrza Jonathana, zwracając się do niego.
- Ehm... Mistrzu JMS? - odezwała się bez ogródek - Potrzeba nam czegoś więcej niż tylko artylerii... - uśmiechnęła się krzywo - Może ma Mistrz ochotę na trochę zabawy?
Hermetyk na wózku zignorował nawet zwrócenie się doń skrótem przypominającym symptom chorobowy. Wzrok miał oddalony. Mimo, iż odwrócił się w stronę wirtualnej adeptki, wydawało się, iż patrzy za nią.
- Za chwilę…

Mervi jedynie wzruszyła ramionami, uznając że w takim razie zajmie się kolejną sprawą. Wyciągnęła z kieszonki w koszuli bezprzewodowy bluetooth, który założyła na ucho. Odsunęła się dwa kroki od hermetyty i ustawiając jakość dźwięku w umocowanym urządzonku, zgadując jak wysoko są nad poziomem pozostałych na dole magów, postarała się nawiązać kontakt z, możliwie, żywymi magami... a dokładniej wybierając eterytę na swój cel.


Klaus spojrzał na dziurę przez którą niedawno wyleciał jeden z uczniów, oraz ich niedoszły oprawca.
- Scheiße! - zaklął, po czym spojrzał Hannah i pozostałego ucznia. Momentalnie sięgnął do płaszcza wyjmując trzy grube latarki, oraz jakieś urządzenie, którym wskazał w elektryczne pochodnie. Po kilku chwilach podał każdemu po latarce. - Lichtschwert… znaczy Miecz Świetlne. Działają jak w filmach, nie celować w siebie, nie zaglądać do ostrza. Środek ciężkości jest bliżej rękojeści więc uważajcie. Celować w kończyny. - Sięgnął do kieszeni i po chwili nałożył na oczy parę grubych gogli. Nacisnął włącznik latarki, światło nieśmiałe wyłoniło się i powoli (jak na światło) osiągnęło długość około 120 cm po czym zatrzymało się. Nie było okrągłe, ale spłaszczone przypominając faktyczne ostrze. Klaus spojrzał na pozostałą dwójkę westchnął, wskazując urządzeniem którym skalibrował eter, aby uformować światło w klingi, uruchomił latarki pozostałej dwójki i pstryknął im palcami przed oczami.
- Ej, pobudka, nie mamy teraz czasu na podziwianie kiczowatych urządzeń technokracji. Ruszamy, czy mam was pogonić?
Hannah otrzeźwiała, spojrzała na ucznia. I chyba coś im zaświtało lecz nie w tym kierunku, w jakim chciałby. Odezwał się uczeń.
- To jedyny gotowy portal, może lepiej dokończyć i spływać? Główne bramy dziedziny pewnie roją się od Unii..
Hermetyczka kiwnęła potwierdzająco głową. Za ścianą, z głębi piętra, usłyszeli buczący odgłos jakiś urządzeń.
Klaus się zastanowił sekundę.
- Nie bez ustalenia stanu pozostałych. Jeżeli walczą trzeba im pomóc, jeżeli nie żyją trzeba się upewnić, że ta instalacja nie wpadnie w ręce Technokracji. Pierwsza zasada wojny, chodzi aby tamten przegrał. Macie jakąś metodę na kontakt z pozostałymi piętrami? - Krugger zerknął w stronę buczenia i skierował w tamtą stronę ostrze - Odpowiadajcie szybko możemy mieć towarzystwo… - przerwało mu dzwonienie telefonu w jego płaszczu. Trochę bojaźliwie sięgnął po niego i spojrzał na wyświetlacz - Computer Hexenmeister? Czego ona chce… jak ona… - odebrał telefon - Ja? Mervi, jak ty…

- Klaus! Jak miło cię słyszeć! - głos Mervii brzmiał bardzo pogodnie - Jak tam u was? Dobre widoki? Bo u nas jest super!
- Jeden uczeń nie żyje, więc nie mam nastroju na podziwianie krajobrazu. Zatomizowałem jakieś… coś, technokratyczne mam nadzieję. Zgaduję po brzydocie. Hannah i drugi uczeń jeszcze zbierają szczęki z podłogi.
- U nas za to jeden ze statków został popsuty. - ton Wirtualnej udawał smutek - Ale były ładne fajerwerki z niego chociaż.
- Statek? Jeden z? Co się tam dzieje? - Klaus oparł się na mieczu jak o lasce.
- Technosy przyleciały nas odwiedzić. - parsknięcie przeszło przez kanał komunikacyjny - Gospodarz wysyła rakiety wieża-powietrze i ogólnie mamy tu life-size bitwę morską. A, Technoski nie mogły się doczekać party z nami, to aż jaki desant nam robią. Czemu pytasz?
- Bo chyba jest ich kilku tutaj. Słychać jakieś buczenie. Hannah i młody chcieli wiać, jaki mamy plan? Czy mamy plan? - eteryta zaczął obserwować ostrze swojej broni, westchnął dostrzegając kilka niedoskonałości w kształcie i przepływie eteru.
- Och, śmietanka Tradycji chciała nawiać? Więc jesteśmy zgubieni... - słowa Mervii ociekały trucizną złośliwości - A plan? Oczywiście, że nie mamy. To survival mode. - sekunda ciszy - Głosuję za fragami na punkty.
- Priorytety Mervi, priorytety.Zabrać przyszłe pokolenie magów w bezpieczne miejsce najpierw, teleportowanie bomb nuklearnych na statki technokracji później.

Zaległa ponownie cisza, gdy Mervi zwracała się do innej osoby, co brzmiało przez komórkę jakby zasłoniła na chwilę swoją słuchawkę, ale Klaus mógł wyraźnie usłyszeć słowo "zjeżdżalni".
- Za mało czasu aby ustawić zjeżdżalnie, która wystrzeli bomby nuklearne w statki. Po za tym nie wiem, czy wieża jest dość wysoka, aby dać nam dostateczną prędkość. - Klaus westchnął, że musiał tłumaczyć tak oczywiste rzeczy.
- Jakie bomby? Przecież on na wózku jeździ. Naprawdę... I czy ty chcesz Mistrzem JMSem rzucać w statki technokratyczne? - westchnęła zrezygnowana pomysłami eteryty.
- Bomby, jakie mógłbym skręcić z tego co widzę tu… potrzebowałbym tylko naładować energią eteryczną trochę surowego materiału. Przyznam wózek pomógłby w osiągnięciu odpowiedniej prędkości… Dobra. zbaczamy z tematu, o co wam chodziło z zjeżdżalnią? - Klaus popukał delikatnie w ścianę, aby upewnić się, że dobrze wycenił jej walory energetyczne.

Hannah i uczeń stanęli na brzegu wyrwy po drzwiach wpatrując się z niepokojem w korytarz. Hermetyczka poczęła szeptać dziwnie brzmiące zaklęcie (bardziej przypominające modlitwę). Powietrze we framudze falowało.


Nucąc pod nosem Patrick poprawił przewieszoną przez ramię torbę i zaczął wyjmować z niej nieduże elementy. Soczewka została opleciona metalowym drucikiem, tworząc monokl, do którego to Irlandczyk doczepił nieduży rezystor i połączył z małą diodką. Wszystko to wzmocnił za pomocą plasteliny ignorując wrzaski swojego niezadowolonego awatara.
Wszak nie mieli czasu na bardziej finezyjną robotą. Kilka minut nucenia przy prostej roboty i ta daam! Monokl wykrywania zagubionych duszyczek i zagubionej drogi był gotowy. Oby jeszcze zadziałał. Irlandczyk założył monokl na twarz i spojrzał na okręt w ramach testu.
Patrick przymknął jedno oko i widział cały wzorzec okrętu, jego plan. Szkoda że nie miał szkicownika ! A i talent do rysowania też by się przydał. Dostrzegał syletki oblekające świadome umysły magów, ale było tam coś więcej. Inne umysły, bardziej statyczne, więc o nikłej poświacie entropii. Roboty! Tych się tu nie spodziewał. Tradycje miały zbyt wiele doświadczeń z tymi tworami Technokracji, by nie być przygotowanym na ich unieszkodliwienie. Niemniej Healy nie zaprzątał sobie tym głowy, bo spojrzał na samą wieżę przenikając przez jej wzorzec i przeszukując wzrokiem dwa piętra poniżej. Nie wykrył tam umysłów na razie były puste. Na razie…
Syn eteru sięgnął do torby i wyjął z niej laseczkę dynamitu. Miał słabość do tego środka wybuchowego, mimo że istniały zdecydowanie lepsze i nowocześniejsze rodzaje materiałów wybuchowych. Niemniej w lasce dynamitu było coś… romantycznego. A że wolał nie tłumaczyć się na granicach z posiadanych środków wybuchowych, to cały zapas miał przy sobie. Ciekawe czy któraś z rot magów technokracji zabezpiecza ich przed eksplozją dynamitu pod nogami.
- Możemy pomyśleć nad zmianą schodów w zjeżdżalnię. Pytanie tylko czy powinniśmy go stąd ruszać. - zapytał Patrick podrzucając wyjęty z torby przedmiot. Owe słowa skierowane były do Mervi.

Mervi spojrzała na stojącego obok eterytę, gdy Klaus zapytał o zjeżdżalnię.
- JMS musi na dół zjechać, ale o zjeżdżalnię to Patricka pytaj. - mruknęła jeszcze wyraźnie do Klausa po drugiej stronie Bluetootha, po czym skierowała słowa do bliższego z miłośników Eteru, jednocześnie przekazując je też do drugiego - Ruszać to powinniśmy, chyba że ma tu za cel dla statków robić, ale darujcie sobie zjeżdżalnię. Szybki portal, szybkie sprowadzenie Mistrza na dół i pozostaje nam cofnąć się po odstawieniu Mistrza na wózku, aby pozbierać dzieciarnię. Bo wiadomo, technomanci są lepsi niż ci, co by zostawili innych chcąc tylko swoje zacne tłuste dupska chronić. - chyba chciała urwać w tym momencie, ale dodała jeszcze - A, i nie widzi mi się władować w Techno-party, to ja tak na ślepo portalu nie chcę…
- Nie są wcale tacy twardzi… ten cały technochrom na pyskach to tylko ta nooo… zagrywka psychologiczna. Ale portal… jeśli zdołasz wyczarować to wycało… byłoby miło, gdybyś go zrobiła Mervi.- odparł Irlandczyk układając kolejne laski dynamitu w torbie tak, by mieć je pod ręką. Tylko gdzie była zapalniczka?
- I możliwy Przebudzony toster. - odparła lekko, zerkając na Mistrza na wózku.

Wieża drżała u podstaw gdy Mistrz Einar ściągnął całą moc konstruktu w wściekle czerwone błyskawice uderzające w kołujące nad budynkiem statki technokracji. Na dole kotłowało się w burzy pyłu. Co ważne, statki nie atakowały Wieży bezpośrednio. Tylko tarczami odpierały atak, skupiając się na desancie. Widać bardziej zależało im na przejęciu budowli niż jej zniszczeniu.
Jonathan wreszcie wybudził się z transu. Był lekko spocony, lecz nie z wysiłku, lecz od nagłego uderzenia żaru którego źródło mieściło się tuż za plecami hermetyckiego mistrza. Po chwili i oni poczuli niesamowite gorąco. Powietrze falowało, rozjaśniło się w nagłym, kontrolowanym wybuchu płomieni. Natychmiast płomienie uformowały się w humanoidalną sylwetkę ciemnoskórego jegomościa w złotym, lecz pordzewiałym (kiedy indziej trzeba było się zastanowić jak złoto może rdzewieć) pancerzu na wzór antycznego rynsztunku. Oczy miał czarne, twarz pokrywały mu poruszające się płomienie. Skinął główą na powitanie. Wyraz twarzy miał srogi.
- Pyriflegeton, Umarły Strażnik Zgasłego Pieca Gwiazd. Prawda, że poetyckie? - Mistrz uśmiechnął się lekko. - Prawdziwa forma mego dobrego konsora byłaby jednak w tym przypadku drobnym nadużyciem. Lecz zobowiązał się pomóc.
Hermetyk uśmiechał się ciągle w delikatny sposób. Zatem podczas transu szukał ducha, negocjował pakt lub wykłócał się z nim o interpretacje starej umowy? Któż mógł wiedzieć? Na koniec Mistrz Jonathan machnął kilka razy wokół swego wózka, a ten… uniósł się lekko w powietrzu. NIe było to najlepiej uplecione zaklęcie i raczej nie oferowało dobrej szybkości, to jednak rozwiązywało część problemów.
- To powinien być latający dywan… - Hermetyk westchnął.

- Ehm... Tak... Poetyckie, przyznam. - brakowało w zdaniu Mervi stwierdzenia, że w tej poezji za mało liczb - Ładnie, że wózek lata, pomoże, ale na dół do dzieciarni lepiej portalem. - zerknęła na statki Technokracji i dodała - No i mam nadzieję, że Mistrz JMS nie ma za dużo przeciw bombie atomowej w wieży? Bo te tostery nad nami to chyba ją chcą, a Klaus gadał o atomówce na Eter...
Hermetyk zignorował Wirtualną Adeptkę. Nie był w nastroju na żarty.

Eteryta z dolnego poziomu westchnął patrząc na framugę przy której majstrowała dwójka dzieciaków.
- Za ile będziecie? - odezwał się przez komórkę - I proszę nie wprowadzaj naszego drogiego mistrza w błąd. Nie zrobię "atomówki na eter". Po prostu wykorzystam pra-substancję do transmutowania jakiegoś surowca w materiał radioaktywny, który szybko osiągnie masę krytyczną. Wystarczy wtedy w czymś zamknąć i dostarczyć na statki Technokracji. - Grobian kann versteht nicht Kunst. - mruknął pod nosem eteryta. Spojrzał na barierę, którą stworzyła Hannah. Zwykłe proste falujące powietrze, ale etergogle pozwalały mu zobaczyć wady w jej konstrukcji, ale będzie musiała wystarczyć na razie. Zauważył, że buczenie, które do tej pory było tylko drobnym nie dogodnym hałasem trzecioplanowym, zaczęło się nasilać. Klaus zastanawiał się, czy Technokracji może wysłali jakiś czołg, albo ciężkiego cyborga na silnik antygrawitacyjny…

Mervi jedynie pokręciła oczami, nie wiadomo czy na słowa Klausa, czy na reakcję hermetyka. Mruknęła jedynie do eteryty po drugiej stronie komunikacyjnej "zaraz będziemy", nie precyzując jednak mało konkretnego określenia czasu. Wyciągnęła z kieszeni koszuli niewielki przedmiot na pierwszy rzut oka wyglądający jak MP3 z małym wyświetlaczem, na którym zaczęły pojawiać się liczby, po spojrzeniu na które, Mervi zaczęła "projektować".
 
__________________
I don't really care what you're going to do. I'm GM not your nanny.

Ostatnio edytowane przez abishai : 07-05-2018 o 23:25.
abishai jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 07-05-2018, 23:21   #6
 
Zell's Avatar
 
Reputacja: 5205 Zell ma wspaniałą reputacjęZell ma wspaniałą reputacjęZell ma wspaniałą reputacjęZell ma wspaniałą reputacjęZell ma wspaniałą reputacjęZell ma wspaniałą reputacjęZell ma wspaniałą reputacjęZell ma wspaniałą reputacjęZell ma wspaniałą reputacjęZell ma wspaniałą reputacjęZell ma wspaniałą reputację
Scena w wieży #2

SCENA W WIEŻY, część druga

Patrick w tym czasie obserwował okręt, podrzucając w dłoni laskę dynamitu. W drugiej dłoni już znajdowała się zapalniczka. Na szczęście/nieszczęście… nie było żadnego zagrożenie któremu mógłby podrzucić ten prezent. Rozmowa pomiędzy wirtualną adeptką a niemieckim synem eteru nie interesowała go w ogóle.
“Niepotrzebne detale hamują rozwój, zamiast go wspierać”- tak zrzędził jego avatar często. Niemiec, jak na gust Patricka, za bardzo skupiał się na szczegółach.
W trzasku rozdzielnej przestrzeni dane im było dostrzec kilkusekundową materializację robotów na szczycie wieży. Zbudowane ze srebrzystego metalu humanoidy o długich szponach jak kosy oraz głowie wyposażonej w szereg soczewek, niektóre nie emitowały światła w paśmie widzialnym, inne świeciły się na niebiesko, zielony czy - głownie - czerwono. Przyzwany przez hermetyka duch uderzył jednego jeszcze w połowie materializacji rozgrzewając metal do czerwoności. Smród gorącego metalu, spalonych przewodów oraz tworzyw sztucznych został szybko rozwiany przez wiatr, podobnie jak pierwsze płomyki. Zauważyli, iż w tym dziwnym miejscu ogień nie chce się łatwo rozpalać. Drugiego przeciwnika Pyriflegeton po prostu wyrzucił w dół Wieży. Zupełnie nie przyjmował się zadanymi mu ranami, które na chwilę buchały iskrami, a następnie zarastały się bliznami po oparzeniach.

Kolejne trzy cyborgi materializowały się trzy metry od magów.

Patrick znów nucąc jakąś melodię pod nosem, odsłonił zawieszone na pasku “ ustrojstwo”, stuknął w nie, zapalił lont trzaskając zapalniczką trzy razy, nim zaskoczył w niej płomień. Po czym rzucił dynamit w kierunku robotów z łobuzerskim uśmiechem. Wykorzystał bowiem prosty efekt mocy, by ukierunkować wybuch.
Wybuch rzuconego dynamitu nie tylko wprost rozerwał jednego z atakujących roboty na przypaloną kupę złomu, ale też poważnie ranił drugiego. Fala uderzeniowa odbiła się od tarczy z impetem odrywając jedną szponiastą dłoń. Ostatni z robotów, mimo, iż nie został trafiony bezpośrednio, przewrócił się i uderzył w balustradę. Światła na jego głowie zamrugały dziwacznie. Wydawało się, iż robot restartuje system.

Nic nie mogło być lepsze od desantu Technokracji w momencie tworzenia portalu. Mervi widziała jak dynamitowa agresywna obrona Patricka zajmuje się całą trójką, choć tylko jeden z tosterów został zniszczony.
Mervi miała zamiar popieścić elektrostatyką z powietrza pozostałe dwa, ale konieczność szybkiej reakcji nie sprzyjała odczytom urządzenia, jakie miało określić poziom tej siły w przestrzeni przy cyborgach. Jeden rzut oka na wyświetlacz wysuniętego sprzętu z kieszeni torby (przypominającego bardziej konsolę PSP niż profesjonalny aparat, wystarczył do zrozumienia, iż trzeba improwizować, zgadując dalszy ciąg wyliczenia, jakiego ostateczna wartość nie zdążyła się ukazać. Adeptka naprawdę tego nie lubiła.
A szczególnie, gdy przez brak obliczeń wyzwolona zostaje zbyt mała energia... jak i teraz było, gdy jedynym efektem starań Mervi było naelektryzowane powietrze. I stek przekleństw.

Jonathan skorzystał z bardzo klasycznej roty porządku. Ogólnie był bardzo klasyczny i nawet nie pokazał po sobie zdenerwowania poza wyjątkową bladością lic. W klasyczny sposób wycelował dłoń w kierunku jednorękiego robo-bandyty, klasycznie wyszeptał inkantacje, zamknął oczy, otworzył i… strzelił palcami. Grzmot był na tyle potężny, iż wszystkim momentalnie brzęczało w uszach. Piorun kulisty wyrwał robotowi wielką, spaloną dziurę w torsie.
Kolejne cztery roboty zaczęły się materializować na szczycie. Gospodarz wyglądał na coraz bardziej osłabionego starciem ze statkami technokracji. Wszyscy czuli potężne drgania rozchodzące się po podłodze, a i pewnie - po całej konstrukcji. Podobnie jak za pierwszym razem, duch wezwany przez hermetyka doskoczył do robotów. Jednemu wyrwał ręce, a z drugim wplątał się w nierówną walkę wręcz.

- Mervi pospiesz się z tym przejściem!- krzyknął Irlandczyk, po czym nucąc sięgnął po kolejną laskę dynamitu. Syk palącego się lontu. Rzut. Pięć sekund. Buum!
Ruchy jak w zegarku. Proste, nie pasującego do typowego maga podejście. Bo w końcu po co komplikować sobie życie i roty?
Ciekawiło Patricka czy Technokraci przewidzieli taką sytuację. Że zamiast napotkać habiciarzy deklamujących wierszyki i ciskających kule ogniste, ich automatony zmierzą się z rzucanym pod ich “stopy” dynamitem? W każdym razie efekt był zadowalający. Kolejna eksplozja rozerwała następnych dwóch metalowych “ludzi” na strzępy.

Mervi chyba chciała coś niemiłego fuknąć do Patricka, ale zmieniła najwyraźniej zdanie co do tonu, rzucając zamiast tego coś innego w jego stronę.
- Patrick, jak dam znać to musisz zabrać stąd... Einara - imię Mistrza wypowiedziała z wahaniem, jakby próbowała sobie je przypomnieć - Brama będzie otwarta krótko, a on po prostu sam zejdzie szybko. - spojrzała na zegarek naręczny, którego wiele tarcz określało czas. A czasu było im trzeba.
Healy zerknął na starca niepewny czy ma szansę go zabrać. Stary mag wydawał się mu chętny do śmierci wraz z wieżą, niż rejterady.
Einar chyba wiedział o co chodzi. Wykrzyczał zdartym głosem jakieś niezrozumiałą, bulgotliwą inkantacje. Niebo rozświetliły błyskawice. Jeden ze statków z trudem trzymał tarcze. Stary mag oparł się o balustradę, nogi drżały mu jak osika. Był blady, spocony i potwornie przerażony.
- Zostanę tu. Moim przeznaczeniem jest umrzeć wraz z końcem Wieży. Nie sądziłem jednak, że sam będę zmuszony strącić ją w otchłanie pyłu aby nie dostała jej Unia… - dyszał - To miało wyglądać zupełnie inaczej. Ocalcie uczniów.

Wezwany przez Jonathana duch przyśpieszył i sprawnymi, zapaśniczymi chwytami podszytymi ciosami rozgrzanych do białości pięści zlikwidował pozostałe roboty. Jonathan spojrzał na starego hermetyka wzrokiem jakby bardzo chciał zaprzeczyć. Chyba jako Mistrz Czasu nie mógł - nie kłamiąc.
Powietrze zadrżało. Na szczycie właśnie zmaterializowały się cztery jednostki bojowe, jak poprzednio… oraz coś dużego, na oko ponad dwumetrowego, o rozmytych, ludzkich kształtach, srebrzystej poświacie i sporej masie. Na tym etapie trudno było określić dokładny kształt istoty, wyposażenie oraz klasę jednostki.

- Zabierz Jonathana. Ja pójdę za wami.- zadecydował Irlandczyk sięgając po kolejną laskę dynamitu i oceniając sytuację, by najlepiej wykorzystać ów wybuchowy prezent.

Mervi wyglądała w tym momencie, jakby ktoś ją uderzył w twarz - i nie mogła się zdecydować czy być wściekła, czy zbolała.
- Gówno prawda... - szepnęła po słowach Einara, a gdy skończył mówić Patrick jej wypowiedź była już wyraźna - Gówno prawda z tym całym chrzanieniem o przeznaczeniu! Bzdura! - mimo wszystko nie zaprzestała kreacji portalu, pozostawiając dalsze słowa niewypowiedziane.

Wskazania wyświetlane na urządzeniu kojarzącym się z MP3 przestały zmieniać wartości zatrzymując się na konkretnej w momencie, gdy kreowane przejście w przestrzeni zostało ustabilizowane.
- Patrick, zabieraj upartego, czasu nie ma! - odwróciła się na chwilę do eteryty - Szybciej przedszkole z nim znajdziemy, kij z tym bzdurzeniem o przeznaczeniu. - spojrzała na Jonathana - Mistrz też śmierci szuka czy pożyjemy jeszcze? - wykonała ironiczny gest kamerdynera zapraszającego do środka.
- Słyszysz mistrzu naszą odźwierną… musimy stąd zmiatać. Nie można jakoś wieży zdetonować zdalnie lub z kilkuminutowym opóźnieniem? Gdy my już będziemy bezpieczni?- negocjował słowami, ale już w ramach czynów pochwycił starca za ramię i ruszył w kierunku portalu, by rzucić laskę dynamitu z palącym się lontem w ostatniej chwili.

Ponieważ starzec nie stawiał wystarczającego oporu, Patrick zaciągnął biedaka przez portal. Przed nim pozostała laska dynamitu z dopalającym się lontem. Akurat po to by zastopować wszelkie roboty próbujace podążyć za nimi.
Wraz z Patrickiem i Mervi przeszła przez portal, ustawiony czasowo, by się zamknąć w odpowiednim momencie, którego wyjście akurat zostało umiejscowione przy zniszczonym witrażu w pomieszczeniu, gdzie był Klaus.


Nasilające się buczenie zaczynało powoli niepokoić Klausa. Spojrzał na Hannah i ucznia.
- Stańcie za mną, schnell. - sięgnął ponownie do swego płaszcza wyjmując kolejną latarkę i jakiś dziwny przyrząd. Urządzenie przypominało… w sumie nic. Było to metalowe pudełko, do którego Eteryta właśnie przyczepił latarkę, do którego dołączone były kable i rurki prowadzące do dyszy od drukarki. Włączył latarkę i wycelował w podłogę. Po chwili z dyszy wystrzelił strumień światła, który zaczął odkładać się na podłodze tworząc, warstwa po warstwie, konstrukcję ściany. Klaus zakończył kiedy cała trójka była dokładnie zasłonięta pionową płachtą twardego światła. Na środku ściany był niewielki otwór, na tyle, aby dało się przez niego wycelować z broni palnej. Oczywiście Hannah i uczeń mieli problem z zauważeniem tego, gdyż ściana była przeźroczysta z ich strony, dając dokładny widok na drzwi, zza którego wydobywało się buczenie. Klaus przykucnął i wyciągnął KOLEJNĄ latarkę. Przyłożył do przyrząd, którego użył wcześniej do zrobienia mieczy świetlnych.
- Nie wiadomo co stamtąd wyjdzie. Nie zgrywajcie bohaterów.

Ledwo Hannah miała wskoczyć za osłonę, do pokoju wskoczył humanoidalny robot, identyczny z tymi, z jakimi zmagali się magowie na szczycie. Wyhamował impet na postawionej w futrynie barierze, dopiero drugi, taki sam wpadający na plecy towarzysza wepchnął go do środka tuż pod świetlne ostrze dzierżone przez Hannah. Kobieta z jakimś dziwnym szczęściem przecięła torsy technokratycznych konstruktów i wskoczyła za osłonę. Dopiero za osłoną dostrzegła, iż posiada na ramieniu paskudne, głębokie rany. Broczyła krwią lecz nawet nie skrzywiła się, a tylko urwała elegancką bluzkę i zacisnęła opatrunek.
- Zajmiemy się portalem na ziemię. Jesteś w stanie… - głos się jej łamał - ...dać opór?
Czuli jak wieża wibruje, drży i kołysze się. Uczeń wyglądał na człowieka w ciężkim szoku. Tylko resztą woli trzymał się aby pomóc w aktywacji portalu, lecz było to niewiele.
- Reszta żyje? Żyje… - sam sobie odpowiedział spuszczając wzrok na podłogę.

Buczenie osiągnęło apogeum. Kolejne trzy roboty wskoczyły do pomieszczenia. Wszystkie soczewki na ich głowach przybrały szmaragdową barwę. Czegoś szukały. Za nimi stał… człowiek. Chyba człowiek. Wyglądał jak futurystyczny komandos, na plecach nosił ciężki, buczący osprzęt, prawdopodobnie generujący pole siłowe. Potężnym laserem celował po pomieszczeniu. Nie widzieli twarzy, całość przysłaniał wizjer oraz maska.

Klaus odliczył do trzech, po czym podniósł patrząc przez okno strzelnicze.
- TO jest laser. Auf Wiedersehen! - płynnym ruchem wymierzył latarką w trzy roboty i komandosa i odpalił ją. Strumień światła pokrył maszyny i technokratę zmieniając ich w parę w przeciągu ułamków sekund. Klaus sam był pod wrażeniem destrukcji swego dzieła. Dmuchnął w latarkę i schował ją z powrotem do płaszcza.
Eteryta spojrzał na Hannah i uczniaka po czym zarzucił żartobliwie - Nie potrzebowaliśmy tamtej ściany prawda?
Hannah zacisnęła zęby w bólu. Rana mimo prowizorycznego opatrunku, wciąż mocno broczyła krwią. Uczeń wbijał mętny wzrok w podłogę lecz zaczął kończyć jedną z pieczęci brakujących do otwarcia portalu. Hermetyczka zaczęła szukać w swej torbie jakiś narzędzi do czynienia Sztuki.
Z głębi korytarza dobiegły odgłosy strzałów z broni konwencjonalnej.

Barbarzyństwo pomyślał Klaus. Spojrzał na ranę Hannah po czym sięgnął po kolejną latarkę, ta była szersza, a kiedy ją włączył wydała z siebie światło czarne. Wymierzył nim w ranę hermetyczki, po czym delikatnie przekręcił czołówkę i światło zmieniło kolor na zielony. Hannah po chwili uświadomiła sobie, że ból odszedł i z nielada zdumieniem poczuła jak rana zasklepia się.
- Nie zaszkodzi poprosić o pomoc następnym razem. - Eteryta poklepał dziewczynę po ramieniu i wrócił do swojej ściany. Zastanawiał się czy byłby w stanie naładować konstrukt tak mocno, że straciłby stabilność i wybuchł… eksperyment na następny raz.

 

Ostatnio edytowane przez Zell : 09-05-2018 o 00:17.
Zell jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 07-05-2018, 23:25   #7
 
Seachmall's Avatar
 
Reputacja: 1649 Seachmall ma wspaniałą przyszłośćSeachmall ma wspaniałą przyszłośćSeachmall ma wspaniałą przyszłośćSeachmall ma wspaniałą przyszłośćSeachmall ma wspaniałą przyszłośćSeachmall ma wspaniałą przyszłośćSeachmall ma wspaniałą przyszłośćSeachmall ma wspaniałą przyszłośćSeachmall ma wspaniałą przyszłośćSeachmall ma wspaniałą przyszłośćSeachmall ma wspaniałą przyszłość

SCENA W WIEŻY, część trzecia

Najpierw zgromadzeni walczyli o przetrwanie mieczami świetlnymi i laserem zza ściany ze światła... aby po tym z przestrzeni, jaką wcześniej witraż zajmował... wypadli zaginieni magowie.
Dosłownie.
Portal utworzony został praktycznie w dziurze po witrażu, a jego ustabilizowaniu się prawie od razu towarzyszyło pojawienie się Mistrza Jonathana... za którym podążył po chwili wciągnięty Mistrz Einar oraz Patrick i Mervi.... oraz płonący... duchowy jegomość. Na pożegnanie rozbrzmiał wybuch zza portalu, który w jednym momencie zatrzasnął się i rozpłynął w niebyt.
- Co dalej? - spytał Patrick bardziej obecnie podtrzymując niż trzymając staruszka.

Klaus spojrzał na nowo przybyłą grupę.
- Co tak długo? Ta dwójka już chciała chyba uciekać bez was. -wskazał na Hannah i ucznia - Młodzik potrzebuje chyba terapii. Zapadł chyba na PTSD, Post Technocratic Stress Disorder.
- To potwarz. - Hannah zacisnęła usta. Nie było jej do śmiechu. W oczach momentalnie pojawiła się jej czarna nienawiść.

Z głębi korytarza dochodził dźwięk strzałów, laserów oraz… walki? Całkiem możliwe. Brodaty mistrz ledwo dyszał. Pierścień na jego dłoni rozwiał się w pył. Wieża momentalnie przestała drżeć u podstaw. Jonathan westchnął. Ciężko, powoli, spokojnie z pewną niewypowiedzianą irytacją. Właściwie, to niewypowiedzianą do czasu. Bo po tonie jego głosu można było usłyszeć, iż jest zdenerwowany na magów, a w szczególności na Patricka którego potraktował wgniatajacym w ziemię spojrzeniem.
- Drodzy państwo, przyjaciele - spojrzał na Einara - kamraci - zwrócił się do ekipy - oraz obecni wśród nas ludzie którym zamarzyło się bohaterstwo. Mamy przejebane. Korzystając z czasu podczas którego szanowny konsor - wskazał na ducha - szukał mej świadomości, aby dotrzeć w to miejsce, badałem strumień czasu. Za dokładnie minutę burza na górze rozwieje się. Za minutę i piętnaście sekund od kiedy skończę wypowiedź, technokracja ześle tutaj przebudzone cyborgi oraz wykorzysta pełnię środków wsparcia zdalne. Za dwie minuty szanowny Klaus będzie trupem. Wybacz dosadność, Klaus, jeśli mogę po imieniu. - uśmiechnął się dając do zrozumienia, iż nie chciał obrazić eteryka ani nie ma ku niemu pretensji.
- Aby było ciekawiej, tutejsza konstrukcja… jest jakby szpilką w przestrzeni. Szpilką wbitą pomiędzy warstwami… Nieważne. Na pocieszenie, mamy jednak spore szanse na przeżycie, nawet szanowny Patrick. Tylko proszę zdawać sobie sprawę z zagrożenia. Za kilka chwil postaram się wygenerować pole ochronno-maskujące jeśli nikt nie ma obiekcji. Hannah, podaj mi klepsydrę…

Mevri otrzepała ubranie, jednocześnie zdając się coś liczyć. Spojrzała po wypowiedzi hermetyka na niego, aby zabrać głos.
- Jeden problem na raz. Trzeba w końcu nie tylko przeżyć, ale przedszkole zebrać i rozwalić to miejsce... nie dokładnie tak, jak chciał Mistrz na górze. Mniej dramatyzmu, więcej chłodniejszej oceny może? - spojrzała w górę - Kwiatów na pogrzeb Klausa nie mamy, więc może jeszcze niech nie ginie, co? A z wieży Technosy to skład kabli i tosterów zrobią, a to jest nie-nie. Pole maskujące zawsze w cenie, oczywiście. - dodała, kierując spojrzenie na Hannah - Hej, rada dla ciebie słonko. Poczytaj o psychologii rozładowywania stresu. Świetna sprawa.
Klaus westchnął i spojrzał na hermetytkę.
- Jesteś świadoma, że toczymy wojnę dziewczyno? Jeżeli ten młodzieniaszek pozwoli, aby coś tak trywialnego jak ten atak teraz, podczas którego nic się tak naprawdę jemu nie stało, wstrząsnęło nim tak mocno. To może nie być mentalnie gotowy na borykanie się z cięższymi aspektami Sztuki. - westchnął ponownie - Rozumiem, że jest młody i to może go trochę przerastać. Moje słowa nie miały na celu urażenia go, ale nie możemy teraz sobie pozwolić na bezczynne stanie. Za półtorej minuty mam być martwy więc, może się zabierzmy stąd.

- Skoro już wszyscy pokazali jacy są mega twardzi i ile to bitew stoczyli z Technokratami to może… skupmy się na przeżyciu i wydostaniu.- zaproponował polubownie Patrick.- Musimy otworzyć przejście do reala i wysadzić wieżę. Miała być jakaś bomba atomowa czy coś w tym stylu?
- Rzeźbię pieczęcie. - warknęła Hannah na słowa o portalu do rzeczywistości. Co raz z trudem dopytywała ucznia o szczegóły. Do tego dołączył się Einar lecz nagle ożył, słysząc o wysadzeniu wieży. Spojrzał na Syna Eteru z rezygnacją.
- To awykonalne. Fizyczna obecność Wieży to tylko powłoka. Należy odessać całą Vis ze struktury oraz użyć pewnych mechanizmów. Inaczej zniszczymy tylko… - starzec rozkaszlał się - tylko formę.
Delikatna mgiełka rozeszła się po pomieszczeniu gdy Mistrz Jonathan zakończył swe zaklęcie. Magowie poczuli na skórze specyficzne mrowienie jakże charakterystyczne w przypadku silnego nagromadzenia energii kinetycznej w otoczeniu. Dało się też odnieść wrażenie, że tutaj z czasem coś miało być nie tak…
- Hmm… to niepraktyczne. Gdybym ja był… twórcą wieży…- zadumał się Patrick studiując jej struktury monoklem.- To wbudowałbym w nią zabezpieczenie na taką sytuację. Kamień którego usunięcie wywoła lawinę i sprawi, że wieża rozwali się jak domek z kart.

Z korytarza dobiegały coraz intensywniejsze dźwięki. Zza drzwi wyłoniły się kolejne roboty, sprawnie znokautowane przez przyzwanego ducha. Teraz oczy płonęły mu prastarym gniewem. Odwrócił się w kierunku hermetyka i poczynił kilka kroków do przodu biorąc na siebie… boczny ogień. Magowie nie widzieli kto strzela, ale sądząc z kalibru broni oraz skutków - ciało ducha ledwo nadążało z egeneracją, tak, iż niemal cały przypominał już tylko żywy płomień z resztkami - ciała - był to zmasowany atak. Ognista fala wywołana przez Pyriflegetona w prawo chyba dała spoko szturmowi z tej strony. Rzucił się z impetem na lewo.
Do pomieszczenia zaczęły wdzierać się się kolejne, znane magom ze szczytu, roboty. Rozbijały się o tarczę hermetyka. Był to doprawdy zabawny widok gdy ich pazury odbijały się od powietrza, a następnie pękały od nagromadzonych drgań rezonansowych.
Do czasu. Poczuli silny podmuch nieznanej energii. Wszystkie ostre kształty w pomieszczeniu zdały się rozpływać jakby od żaru, lecz nie czuli ciepła. Klaus zrazu poczuł, iż nie ma mowy o fizycznej materii. Coś zgięło przestrzeń, a następnie, korzystając z jej energii, zdmuchnęło całą magyę z pomieszczenia. Szable świetlne wyłączyły się, jedna z nich niemal nie wybuchłą gdy rozgrzała się do czerwoności sypiąc iskrami na podłogę. Tarcza hermetyka ostatnim tchnieniem, pękając, odrzuciła napastników na korytarz, większość niszcząc - lecz za chwilę mieli przyjść kolejni.
Tak silnego strumienia kontramagy nie widzieli nigdy w życiu. I chyba mieli nadzieję, że nigdy nie zobaczą. Przytłaczający, statyczny rezonans wypełnił pomieszczenie.

- Ok… ma ktoś głośniczki? Możemy użyć moich wzmacniaczy, by posłać falę dźwiękową. I powiadomić uczniów, by zbiegali się do nas. Technokracja i tak wie, gdzie jesteśmy. - zaproponował Patrick, szukając w torbie modułów które służyły mu do wzmacniania efektu ze Sfery sił. Wszystko jedno jakiego rodzaju sił.
- Najpierw musimy znać ich lokacje... - westchnęła Wirtualna.
- To dźwięk.. rozchodzi się falą wszędzie. Nie musimy znać ich lokacji. Wystarczy że będzie donośny. - wtrącił Partick nie zgadzając się z dziewczyną.

Mervi spojrzała z irytacją na eterytę.
- Czy naprawdę uważasz mnie za debilkę? Nie dlatego o lokacji mówię. Nie chcę fali wysyłać przez CAŁĄ wieżę, która też zaalarmuje Technosów o uczniach. Chcę ich znaleźć i dzięki temu wysłać im wiadomość, bez powiadamiania każdego tostera w okolicy. Otwarcie szczeliny do danej przestrzeni to nie problem, jak szczelina ma być malutka, co wystarczy na wiadomość, a w razie czego mogę kombinować tym sposobem, jakim z Klausem nawiązałam połączenie.
- Tak. Bo nie bierzesz pod uwagę, że nie mamy czasu by ich szukać. W ogóle… ani jednej zbędnej minutki. Albo przebiją się do nas. Albo...zginą, a my też czekając na nich. - wyjaśnił smutnym tonem Patrick. - Jak ktoś tu zdaje się zauważył. To jest wojna, a na wojnie są ofiary. Poza tym Technokraci wiedzą pewnie i o uczniach, a fala dźwiękowa nie zdradzi gdzie są.
- Bo przeglądanie kilku lokacji na raz jest złym pomysłem? - machnęła ręką - Ja i tak będę starała się pomóc tym, co spróbują uciec... Chociażby ich kierując tak, żeby omijali Technoli.
- Sami… nie wiemy, gdzie są. - westchnął Healy wymieniając wypalony dzyngiel, na nowy gadżet tarczy. Oby zadziałał równie dobrze jak poprzednik.
- Nie mów, że się poddajesz. - fuknęła Mervi, po czym spojrzała na wymęczonego Einara. Podeszła do niego i przyklęknęła na podłodze obok hermetyty pomagającego z runami.
- Pomóż nam, Mistrzu... Nie, pomóż swoim uczniom pomagając nam. - poprawiła się - Chcę ich znaleźć i wspomóc w bezpiecznym dotarciu do nas, ale potrzebuję wskazówek co do możliwych lokacji, obszarów; najprawdopodobniejszych, w których mogli się skryć.*
Mistrz Einar bardziej skupił się na pomaganiu przy kreśleniu pieczęci mających otworzyć istniejący w Wieży portal. Wyglądał na człowieka załamanego lecz jego pomoc przyspieszyła prace. Spojrzał na adeptkę.
- Nie wiem… - i poczuła, iż powiedzenie tych słów bolało starego hermetyka u podstaw.

Martwe, płonące, podziurawione ścierwo Pyriflegetona runęło korytarzem. Przez wyrwę po drzwiach zobaczyli tylko lecące ciało. Do pomieszczenia wrzucono pęk granatów. Błysk i huk eksplozji został urwany w połowie. Mistrz Jonathan wyciągnął dłoń i dosłownie zamroził w czasie wybuchy. Gorące, nieruchome fale uderzeniowe, plazmy oraz odłamów spoczywały na podłodze w liczbie ośmiu niczym surrealistyczne dzieło sztuki.
Z trzaskiem łamanej przestrzeni otworzył się seledynowy portal. Hannah niewiele myśląc, wyrzuciła zań ucznia. Mistrz Einar wyglądał na skołowanego.
Do pomieszczenia przedzierały się kolejne maszyny w niezliczonej fali srebrzystych pazurów. Jednak, czuć było w ich działaniach większą koordynację. Z oddali dobiegały strzały.
I zza pleców. Uzbrojony w plecak odrzutowy żołnierz przepuścił serię celując w Klausa. Pierwsze pociski zobaczyły toru, następne powstrzymał mistrz Einar. KIlka ostatnich raniło Klausa w nogę. O dziwo nie czuł bólu. Trudno powiedzieć czy to była adrenalina czy coś innego. Nie czuł również dziur. I nie krwawił.

Kule rozpłynęły się jak sen złoty. Mistrz Einar drżał i zataczał się. Cyborgi wskakiwały do pomieszczenia, żołnierz przymierzał się do kolejnego strzału.
Irlandzki Syn Eteru ponowił swą taktykę, rzucają laski dynamitu w kierunku wrogów. Głównie dlatego, że nie było czasu na nic innego. Ani na przygotowanie min, ani na zbudowanie mechanicznego wsparcia, na nic… A wpadający kupą wrogowie przynajmniej czynili laski dynamitu szczególnie skutecznymi. Nie dość, że ciężko było nie trafić w coś, ale też każda eksplozja mogła wywołać odpowiednio duże zniszczenia.
Irlandczyk opuszczać zamierzał “pokład” wieży jako ostatni, przed wyjściem podrzucając wiązkę pięciu lasek w ramach prezentu pożegnalnego. Aby go Technokraci zapamiętali.
Mervi nie była w stanie już skupić się na niczym innym, jak tylko na działaniu... wymuszonym sytuacyjnie. Działaniu TERAZ.
- Klaus! Jonathan! - krzyknęła do eteryty, mając tylko nadzieję, że ten pojmie zamiar. Patrick chciał zapewne jeszcze prezent tosterom zostawić... Byle to nie był on.
Wirtualna pochwyciła zmęczonego i skołowanego Einara, którego bez oczekiwania na jakiekolwiek słowa po prostu wepchnęła w portal, którym i sama podążyła.
- Ja, lessen die Wissenschaftle von bürde... - Eteryta sapnął pod nosem i podbiegł do mistrza Jonathana. - Komm her, keine Zeit. - szybko zaczął pchać wózek mistrza i przebiegł z nim przez portal.
Patrick był ostatni… jeszcze doszedł do jego uszu odgłos eksplozji ostatniej wiązki dynamitu.
- Sayonara suckers- szepnął do siebie z uśmiechem.
 
__________________
Mother always said: Don't lose!
Seachmall jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 08-05-2018, 12:56   #8
 
Leoncoeur's Avatar
 
Reputacja: 9623 Leoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputację


Wzrok starego wampira skupiony był przez chwilę na dłoni szeryfa, ale nie na tyle długo by ten mógł brak reakcji odczytać jako obrazę, lub nietakt. Po tej krótkiej chwili Leif wyciągnął własną i uścisnął prawicę Marka.
- Leif - odparł krótko wibrującym pomrukliwym głosem. - Znam wasze obyczaje i nie chciałem im uchybiać. Miałem zamiar pokłonić się panu tej domeny - dodał zgadując, iż to spotkanie mogło dotyczyć pewnych podejrzeń szeryfa Lillehammer. Podejrzeń, że nowoprzybyły patrzący na tradycje przez palce, może swoim zachowaniem narobić w mieście kłopotów.
Cóż, Leif nie dziwił się temu, wiedział jaką ma reputację.

Szeryf uśmiechnął się przyjaźnie na widok zaakceptowanego gestu. Poprowadził Leifa na mały spacer po terenie parkingu.
- Miłościwie panujący nam książe zwykle nalega aby wstępne zapoznanie przeprowadzać z moją osobą. Dopiero potem, w zależności czy dana osoba zechce się tu zatrzymać oraz akceptuje nasze prawa, czeka audiencji.
- Nie wiem ile wypadnie mi tu pozostać. Jeżeli nie wadzi wam ma obecność, przyrzekam praw respektować, w niczym gospodarzom nie uchybiając.
- Nie jest rozważnym akceptować praw których się nie zna, z całym szacunkiem - szeryf uczynił małą pauzę - książę nakłada szereg ograniczeń. Pomijając typowe prawa i zwyczaje, obowiązuje nas limit śmierci. Pięć zwłok na rok, do dziesięciu jeśli zostałeś zaatakowany. Osobiście polecam nie korzystać z tego wcale. Dodatkowo, zakaz pożywiania się dziećmi do roku szesnastego, zakaz zabijania dzieci oraz młodych kobiet, zakaz mieszania się w sprawy duchowieństwa bez wyraźnej zgody, zakaz niepokojenia lupinów, zakaz kontaktu z wiedźmą, bycie na wezwanie księcia… - Westchnął teatralnie. - Dużo tych zakazów, prawda? A to tylko główne. Pozostałe tyczą ogólnorozumianej równowagi interesów i na obecną chwilę nie powinny cię niepokoić.

Leif stał w bezruchu, choć liczba tych zakazów nie dziwiła go nadto, to brew nad jednym z kocich oczu powędrowała do góry, gdy doszło do Marty.
- Bardzo rzadko pożywiam się na ludziach, nie zwykłem też zabijać bez potrzeby. Ulfhedin prowokować nie mam zamiaru, a minęły dawno czasy gdym myślał iż sposobem na czarnych jest palenie ich świątyń. - Gangrel wbił w szeryfa zaciekawiony wzrok. - Książę oferuje gościnę, tedy i jestem na jego wezwanie, tylko… - Zmrużył oczy. - Czemu jest zakaz kontaktu z wiedźmą?
- Oferujemy gościnę każdemu kto miłuje pokój oraz chce odejść od wojny krwi. To bardzo unikalne miejsce… Widzicie, z wiedźmą to długa historia. Po prawdzie jest naszą sojuszniczką i możliwy jest z nią kontakt. Lecz ona sama nazbyt entuzjastycznie do kontaktu z nami nie podchodzi, temu książe zalecił nie niepokoić jej. Gdyby zainteresowała cię ta kobieta - Marek zmrużył brwi - polecam wystąpić o pozwolenie do księcia lub senszala. Polecam rozmawiać z Olafem właśnie. Książe ostatnio dużo choruje.
- Przekażcie mu tedy me życzenia powrotu do zdrowia. - Leifowi nie drgnęła nawet brew gdy usłyszał o ‘chorującym wampirze’. - Myślę, że nie będę zmuszony prosić o to pozwolenie, mam nadzieję, iż wiedźma nie będzie mi potrzebna w moich poszukiwaniach.
- I tym gładkim sposobem dochodzimy do celu waszej wizyty w mieście.
- Turystyka. - Leif uśmiechnął się lekko. - Przyszedłem pozwiedzać.
- Jeśli byłaby to turystyka militarna, rozumiałbym - wzruszył ramionami. - Lecz biorąc pod uwagę trwające oblężenie, nie przekonaliście mnie. Myślisz, że dlaczego ta cała szopka? Patrole wokół miasta, wynajmowanie dodatkowego oprawcy, śledzenie ruchów wokół miasta? Turystyka w obecnej sytuacji nie ma miejsca. Z turystami - Marek zamyślił się - powiedzmy, że przychodzą albo bracia nieprzygotowani albo szpiedzy. Oczywiście staramy się zapewnić ochronę wszystkim.
- Są takie miejsca, gdzie ludzie wyrzynają się nawzajem. Bomby, zamachy, krew... a jednak turystyka działa prężnie. Religijna. Choćby Jerozolima. Turysta, czy pielgrzym, wychodzi na to samo.
- Pielgrzym? Chyba powoli dochodzimy do prawdy. Przykro mi, einherjar, muszę wiedzieć dokładnie o co chodzi. Może w normalnych okolicznościach, darowałbym to. Jednak w te noce, książę nie daruje mi.

Leif zrobił powoli dwa kroki naprzód wpatrując się w miasto rozświetlane latarniami.
- Dawno temu nie budowano świątyń, wielbiąc bogów tam gdzie akurat wypadło, a kapłanami, godi, byli jarlowie, osoby cieszące się mirem i uznaniem, lub po prostu głowy rodzin - mówiąc to nie patrzył na Szeryfa. - Na przykład cała osada gromadziła się czasem przy kamieniu, który godi znaczył runami i wspólnota prosiła Njorda, oraz Aegira o to by ich krewni dotarli bezpiecznie na Islandię. Jest wiele takich miejsc - odwrócił się do Marka - a niektóre wciąż tętnią echem wiary przodków tych śmiertelników. Szukam ich, odnajduję je, opiekuję się nimi. Po całej Norwegii. Tu też są takie. Nic więcej.

Szeryf zamyślił się. Wbił swe piękne oczy w ziemię, zacisnął gładkie usta, podrapał po symetrycznej brodzie. Trwało to kilka dobrych chwil. Stanowczo zbyt długo aby uwierzyć, iż tyle czasu zajmuje mu zebranie myśli - w czasie rozmowy odpowiadał chyżo. Raczej był to kolejny, wyuczony gest.
- Przy takim postawieniu spraw konieczna będzie rozmowa z księciem albo chociaż drugim oprawcą. Valborga raczej teraz nie uświadczymy w kontakcie, zostaje nam wycieczka do elizjum. Chcę mieć pewność, iż do wspomnianych przez ciebie obiektów pretensji nie rości sobie ani czarownica, ani wilkołaki. Reflektujesz Leif na małą przejażdżkę?
- Z przyjemnością Mark - stary Gangrel uśmiechnął się, aparycja szeryfa wzbudzała podziw i szczerą chęć zaprzyjaźnienia się. - Tylko, że jest nas dwóch. - Odwrócił się ku miejscu, gdzie znalazł go Assamita i wydał z siebie głośne miauknięcie.

Po chwili spory Maine-Coon ostrożnie wyłonił się z mroku nerwowo poruszając ogonem.
- Mam nadzieję, że to nie problem?
- Książe lubi zwierzęta, więc to nawet plus. Taka cecha rodzinna, lubił je ojciec, syn, babka, pradziadek… Tylko chyba pra-pradziadek wyłamywał się z tego schematu. Ale to stary skurwysyn był, nic dziwnego, że zdetronizował go syn. Właśnie poznałeś trochę historii miasta. - Szeryf zmrużył jedno oko.



Po drodze panowało głównie grzeczne i mało kłopotliwe milczenie . Z jednej strony Leifa nie interesowało Lillehammer w aspekcie wampirzego półświatka, toteż nie próbował ciągnąc szeryfa za język. Z drugiej pytał na temat miejsc jakich poszukiwał, dowiadując się, że główny oprawca, Valborg, z zastępca i ojcem czasem odwiedzali tego typu miejsca, choć raczej nie w celach kultu. Wedle słów Marka chwilowo był on jednak nieosiągalny mając jakąś misję.
Leif i tu specjalnie nie drążył.
Z ciekawości spytał jeszcze o tę “chorobę księcia” i dowiedział się, że władca miasta jest z dość chorowitej rodziny. Wedle słów Marka niewiele pomagała mu klasyczna medycyna, ni magiczne sztuki. Na szczęście okresy remisji potrafiły być długie. Spokrewnieni podejrzewali w tej kwestii jakąś formę raka.

Leif usłyszawszy to, trochę zbaraniały patrzył na szeryfa bez słowa, ale nie zauważył jakoby ten dworował sobie z gościa.
Więcej o nic już nie pytał.

Elizjum prezentowało się z zewnątrz niepozornie. Bo jak inaczej określić niedużą, dwupiętrową kamieniczkę wciśniętą pomiędzy podobnymi budynkami jak niepozorną? Nawet fasada budynku nie wyróżniała się szczególnie. Lekko odnowiona, lecz nie na tyle aby wybijać się na tle innych nieruchomości. Przy tej samej ulicy stały i budynki zdecydowanie bardziej pokiereszowane przez czas jak, i kamienice o wiele lepiej zadbane.

Mark wprowadził Leifa przez bramę na dziedziniec. W momencie przekraczania progu drewnianej bramy, stary spokrewniony dostrzegł dwa ciekawe fakty. Po pierwsze ochrona. Pod marynarkami mieli kamizelki kuloodporne.
I strzelby.
Był niemal pewny, iż mają gdzieś na stanie broń automatyczną. Nie wyglądali zresztą jak zwykli ochroniarze lecz jak zadeklarowani mordercy. Drugim faktem były ogólne zabezpieczenia natury mistycznej pieczętujące eliza... Co prawda nie dostrzegł żadnych wizualnych oznak jakiejkolwiek magii, pieczęci, ani symboli, to jednak zbyt dobrze znał specyficzne odczucie przy wchodzeniu na taki obszar. Nie mógł się mylić.

Na klatce schodowej nie spotkali nikogo. Samo Elizjum przypominało dość wymarłe miejsce. Dopiero wędrówka korytarzem pozwoliła im minąć kilka osób. Tłum, szarą masę, nikogo ważnego – kilku mężczyzn ubranych galowo, jednego ochroniarza czy kuso przyodziane kobiety.
Do czasu.
- O! - niemal nie wpadła na nich, wyłaniając się zakrętu, smukła, niska blondynka. Leif miał okazję się jej dokładniej przyjrzeć. Wydatny biust niemal nie wyskakiwał ze stanowczo zbyt dużego dekoltu, kręcone włosy opadały na ramiona. Kobieta wydęła wydatne, czerwone usta (przesadzała z makijażem, róż na polikach wyglądał tandetnie) i wyszczerzyła w idiotycznym wyrazie oczy.
- Kogoś ty tu sprowadził?! Pachnie ziemią z grobu i…
- ...i zamknij się – szeryf w ton głosu włożył tak wiele uprzejmości, iż brzmiało to niemal jak komplement.
Minęli zakłopotaną wampirzycę.
- Wybacz, to moja nieudana córka. Nie mam szczęścia do potomków.
- Bywają różni - stary Gangrel uśmiechnął się lekko. Kocur wampira umościł się na jego barkach wyglądając niby żywy szal. - Czasem wystarczy dać im szansę. Czasem to na nic - dodał rozglądając się z ciekawością, ale bez wścibskości. Nie reagował też przesadnie ni na ochronę, ni na wampirzycę kiwając jej jedynie uprzejmie głową.
- Witaj pani - rzekł zwracając się do niej na odchodne, a wampirzyca fuknęła pod nosem na znak ogólnej dezaprobaty i mrucząc coś o brudzie oraz braku stylu zadarła głowę w górę i poszła, ubierając maskę aby ukryć swój wstyd.

Jeszcze chwilę wędrowali nudnym korytarzem, gdy dotarli do celu. Marek otworzył drzwi do jednego pomieszczenia. Światło było w nim przygaszone, z wnętrza wydobywała się przyjemna muzyka fortepianowa. Właśnie fortepian przykuwał główną uwagę. Grał na nim szpakowaty, wyjątkowo blady jegomość ubrany na wpół galowo. Smukłymi palcami wygrywał smętną muzykę lecz nie sposób odmówić było temu wykonaniu artyzmu oraz piękna. Obok w milczeniu stała, z opuszczoną głową, niewysoka blondynka, właścicielka równie bladej cery, mocnego makijażu (acz na swój sposób gustownego i stonowanego) oraz przyjemnych, norweskich rysów twarzy. Ubrana była równie oficjalnie, w grafitowej garsonce wyglądała na wczesne czterdzieści lat. Uśmiechnęła się nieznacznie na widok Marka.
Trzecią osobą był ktoś na wózku inwalidzkim, o niebywale gęstej, czarnej, nieco kiczowatej, czuprynie. Siedział na nim tyłem do drzwi.

Musieli w ciszy poczekać do końca miniaturowego koncertu, dopiero wtedy Mark dał znak aby się odzywać. Mężczyzna przy fortepianie odwrócił się do nich i skłonił lekko głową na znak przywitania. Wyglądał bardzo młodo, nawet lekka, kozia bródka, mimo iż szykowna, nie postarzała go wystarczająco.
Tylko te oczy.
Leif poznałby wszędzie, oczy tych co wiedzieli już setki zim.
Kobieta odwróciła w ich stronę wózek. Oczom Leifa ukazał się ubrany w smoking… manekin używany przy testach zderzeniowych. Miał na głowie perukę oraz krzywo przyklejone okulary.
- Miło mi przedstawić naszego księcia, miłościwie nam panującego Eysteina IV Oświeconego. Książę, to jest Leif, wampir o którym wspominałem. Zgodził się przyjąć nasze prawa w ramach tymczasowe gościny - szeptał.

Przedstawiony ‘księciu’ afterganger nie był dobrym aktorem, toteż nietrudno było zauważyć jak jest zaskoczony. Jeżeli chciał ukryć taką reakcję, to zdecydowanie mu nie wyszło.
Wszyscy milczeli chwilę. Pierwsza odezwała się kobieta, równie szeptem.
- Ten zacny artysta to Sigrud Krokrygg…
- … a ta zacna dama - wspomniany wtrącił się szeptem - to opiekunka Elizjum, Ingrid Stenkilsson. Mam nadzieję, że podobała się muzyka. Zawsze grywam naszemu księciu gdy podupada na zdrowiu. - Spojrzał na manekina zasłuchany jakby faktycznie słuchał. Uśmiechnął się po chwili. - Miło mi to słyszeć, książę.
- Rozumiem, że książęca mość czuje się dość na siłach aby podołać wysłuchaniu prośby sprowadzonego tu Leifa? Tak, doskonale - Marek schylił głowę.
- Mamy wyjść? - zapytał artysta.
- Sprawy są natury tajemnej - wytłumaczył Mark, spojrzał na księcia. Artysta też. Leif nic nie słyszał ale wszyscy uznali, że powinni zostać, jakby im polecono.
Zamknięto drzwi.

Słuchano Leifa, który potoczył wkoło wzrokiem patrząc na ‘księcia’, oraz przenosząc spojrzenie na blondynkę i artystę, znów na ‘księcia’, w końcu na Marka.
- Niech dawni bogowie patrzą na was przychylnie - rzekł ni to do manekina na wózku, ni o do dwójki nowopoznanych. - … - Chciał chyba jeszcze coś powiedzieć, ale nie potrafił odnaleźć słów.
Kiwnęli głowami jakby w podzięce za tak piękne powitanie. Nie odzywali się. Po minie artysty, mógłby stwierdzić, iż książe “powiedział” coś nie do końca pochlebnego, acz chyba ubranego w bardzo łagodne słowa.
Westchnąwszy Leif znów przejechał wzrokiem po twarzach artysty i blondynki, po czym obrócił się bardziej ku manekinowi. Wiedział, że to mistyfikacja widząc w nim takąż samą aurę co w wózku na którym siedział, czy (co by nie szukać daleko) fortepianie.
Nie interesowało go zbytnio po co to robią. By zabawić się jego kosztem?
Cóż, afterganger nie był istotą nadmiernie dumną, by im tej zabawy nie dać. Poza tym coś się za tym mogło kryć.
- Przybywam, jako rzekł Marek, prosząc o gościnę - rzekł już w stronę ‘inwalidy’ - przysięgając respektować tradycje i lokalne prawa. Szukam miejsc kultu dawnej wiary, mam nadzieję, że są takie tu, w Lillehammer. Nie mam żadnych innych celów i opuszczę miasto wkrótce po odnalezieniu ich, lub upewnieniu się, że takowych tu nie ma. - Skłonił lekko głową przed manekinem.

Zapadło milczenie.

Wszystko wskazywało, iż zgromadzeni spokrewnieni z uwagą wsłuchiwali się w “wypowiedź” księcia, acz chyba Marek czynił to najgorliwiej, a blondynka doganiła go w tej pozie tuż-tuż. Sigrud nachylił się nad księciem.
Kiwał głową.
- Tak, tak. Stanowczo. Nie, to już nie problem… Tamten? Nie jestem przekonany co do lupinów.
Następnie odszedł krok w bok. Jeszcze kilka chwil słuchali księcia. Po chwili wszystkie spojrzenia skierowały się w stronę Leifa.
- Lupinów…? - Gangrel coraz gorzej czuł się w tej rozmowie. Ta maskarada oznaczała jakoby manekin coś mówił, a ignorowanie słów księcia nie było dobrym pomysłem.
To problem, gdy się takowych nie słyszało.
Czuł się niezręcznie, to wszystko zdawało się być szaleństwem.

Milczenie wypełniło salę. Artysta spoglądał w sufit trochę znużony, blondynka wsłuchiwała się nieistniejące słowa z pewną dezaprobatą. Chyba Leif zmusił księcia do powtarzania się. Marek wyglądał jakby to nie był problem.
- Zgodnie z życzeniem - rzekł Mark. Ponownie spojrzenia wróciły na manekina, a po krótkiej chwili - na Leifa.
- Ja… - zaczął ten czując na sobie wzrok, ale nie skończył. Zerknął na szeryfa z niemą prośbą o pomoc, lecz Marek zignorował to. Pozwolił niezręcznej chwili wybrzmieć, rozkwitnąć społecznym reakcjom, poczuć Leifowi na sobie spojrzenie artysty i blondynki, ołowiane i pełne dezaprobaty. Jednocześnie chyba bardzo wsłuchiwał się w słowa księcia. Skłonił się lekko na pożegnanie, w taki sposób, aby ten gest nie umknął Leifowi, który również pochylił głowę przed manekinem na wózku, a także powtórzył to wobec nieumarłej dwójki.
- Niech Frigg błogosławi temu domostwu - rzucił powoli, po czym zaczął wycofywać się za Markiem.

Szeryf wyprowadził ich za korytarz, delikatnie, po cichu zamykając drzwi. KIedy wędrowali korytarzem, usłyszeli, iż w pokoju bardzo szybko, ponownie, zaczęła grać muzyka. Marek uśmiechnął się z pewną sympatią.
- No! To mam nadzieję, że wszystkie sprawy wyjaśnione. Co prawda niezbyt dobrze wyszło ci przed księciem, z całym szacunkiem, ale nie ma co się załamywać. Widziałem gorsze występy, a potem i tak, w większości, się wyrobili.
- To przeze mnie - Leif odpowiedział ostrożnie. - Język, który wyuczyłem się tysiąc lat temu różni się od dzisiejszego znacznie. Tak czysty nynorsk w ustach księcia, godzien artystów, był dla mnie nieco niezrozumiały…
- Czysty nynorski, powiadasz… - Szeryf zmarszczył brwi. - Widzisz, zaczynasz rozumieć, prawda? - Wampir mrugnął do Leifa. - Mowa księcia jest jak… śpiew aniołów. Zawiera wiele poziomów komunikatu, subtelnych praw i mądrości. Nie bez przyczyn Tremere studiują jego nagrane wypowiedzi niczym wytrawni kabaliści.
- Zaiste. Czy gdy już doszliśmy do tego, żem jeszcze niegodny zrozumienia...
- Nie można być niegodnym, a na pewno niegodny nie może być ktoś taki jak wy - ostro i pośpiesznie wtrącił się w wypowiedź.
- Czy książę czegoś ode mnie chciał, oczekiwał? - Leif dokończył zmieniając nieco to co chciał rzec nim szeryf mu przerwał.
- Ufam, iż słyszałeś. Książe wypowiedział się łagodnie i w pełni jasno. Zechcesz zostać w tutejszym przybytku czy odwiedź cię gdzieś? Byłbym kontent na rozmowę w niedługiej przyszłości - rzekł Marek w gruncie rzeczy, w bardzo serdeczny sposób.
- Oczywiście, już się na nią cieszę. Nie trzeba mnie nigdzie odwozić, ale na razie opuszczę ten piękny, gościnny dom. Chciałby zobaczyć miasto. - Afterganger nie chciał zostawać w tej oazie szaleństwa ni chwili dłużej. Spojrzał na wampira z ciekawością. - Czy będzie mi dane spotkać również Valborga? Mówiłeś wprawdzie, że niełatwo go znaleźć, ale spodziewacie się może zobaczyć go w najbliższej przyszłości?
- To jest wasza krew, waszego klanu, powinniście mieć lepsze metody niż ja na skontaktowanie się z nim… Jak już się ruszy to raz na kilka dni do mnie dzwoni albo przychodzi. Mogę mu szepnąć, iż go szukasz. Powinien też czasem odwiedzać wysypisko, ma tam kamratów. Tylko coś z Sabatem w tej materii są problemy. - Mark zamyślił się - Lepiej go teraz na wysypisku nie szukać. Wybacz zamieszanie.
- Spróbuję go znaleźć, ale będę wdzięczny za ‘szepnięcie’. - Leif nie chciał komentować kwestii ‘klanowych’, darował sobie to już dawno. - Cieszę się, że dane mi było cię poznać Marku. - Uśmiechnął się lekko.
- Z taką gębą, to wszyscy mi tak mówią - Marek roześmiał się serdecznie. - Ale mnie też, mnie też.
- Do zobaczenia.



Obrzeża Lillehammer w okolicy skoczni narciarskiej pamiętającej siedemnaste zimowe igrzyska olimpijskie, były ciche i spokojne. To tam skierował się niespiesznie Leif po długiej, pieszej przechadzce z elizjum, uznając, że nigdzie mu się nie spieszy.

Niewielki kamper stał pod zagajnikiem drzew z przestrzenią mieszkalną powiększoną o spory namiot przyklejony do bocznej ściany samochodu. Wrześniowe noce potrafiły być już chłodne, ale mimo to było na tyle ciepło, aby nieumarły mógł pozwolić sobie na ten rodzaj schronienia nie skazując Hannah, Jontho, lub obojga, na marznięcie podczas biwakowania.
Klommander zrozumiawszy, że to docelowe miejsce, prysnął w zagajnik pod którym stał kamper i cichym prychnięciem wywieszczył holocaust okolicznej populacji wiewiórek.

Dawna akolitka Verben siedziała w środku, jak zwykle - przy laptopie, zapewne pracując. Podskoczyła z zaskoczenia, gdy zobaczyła wampira, który wślizgnąwszy się przez uchyloną płachtę namiotu, przez chwilę stał w wejściu do mieszkalnej części samochodu przypatrując się dziewczynie.
- Kiedyś doprowadzisz mnie do zawału. - Zamachnęła się laptopem jakby chciała nim weń rzucić. Prócz zwykłej w jej wzroku fascynacji pomieszanej z obawą względem wampira, na wierzch wypełzła teraz złość. - No? Jak się podoba? - spytała po chwili z lekkim uśmiechem.
- Bardzo ładna okolica, pięknie tu.
- Spokój, to najważniejsze, i poza sezonem, małe szanse na jakiekolwiek towarzystwo. W sumie nawet się cieszę, że przyjechałam.
- I tak będziesz siedzieć i pracować jak cię znam. - Wampir zwichrzył lekko jej włosy.
- Mniej niżbym siedziała w domu w Oslo, szczególnie jak Jontho przyjedzie. Też chcę się rozejrzeć. A właśnie, przygotowałam ci apkę, daj telefon.

Leif podał jej smartfona, na którym Hannah zaczęła coś grzebać.
- To nakładka na google maps z wyszczególnieniem na niej tych miejsc i instytucji co zwykle… Przy okazji, czemu upierasz się przy rzeźniach? Przecież przy dzisiejszych technikach odprowadzania krwi…
- Zostaw je, to zawsze jest przydatne. Wyszczególnij mi też miejskie wysypisko, oraz… - przekazał jej opisowo kamienicę wariatów z tutejszej Camarilli.
- Mhm… I ten klub, bo wiesz jutro spotkanie z Walerią i…
- Będę, będę. Kładź się już spać, odpocznij.
- Mam jeszcze robotę - westchnęła. - Dimmu Borgir są w trasie i nieźle hulają. Mam deadline na artykuł.
- Wypoczynek co?
- Pffff - prychnęła. - A Ty się gdzieś wybierasz Leif?
- Tak, Rozejrzeć się po mieście, poszukać ewentualnych sojuszników i… jeszcze kogoś.
- A ołtarz?
- Nie wszystko na raz. Nie siedź za długo. Jak twoja szefowa będzie mieć pretensje, to ją zamienię w wiewiórkę i oddamy ją Klommanderowi.

Dziewczyna roześmiała się sięgając po laptopa, a Leif wyszedł z kampera i przed namiot.
Chwilę stał przypatrując się pogrążonemu w ciemności lasowi i skoczni narciarskiej, po czym ruszył z powrotem ku miastu.
Należało je bliżej poznać.

 
__________________
"Soft kitty, warm kitty, little ball of fur...
Happy kitty, creepy kitty, pur, pur, pur."

"za (...) działanie na szkodę forum, trzęsienie ziemi, gradobicie i koklusz!"

Ostatnio edytowane przez Leoncoeur : 04-07-2018 o 18:10.
Leoncoeur jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 12-05-2018, 17:39   #9
 
Johan Watherman's Avatar
 
Reputacja: 2752 Johan Watherman ma wspaniałą reputacjęJohan Watherman ma wspaniałą reputacjęJohan Watherman ma wspaniałą reputacjęJohan Watherman ma wspaniałą reputacjęJohan Watherman ma wspaniałą reputacjęJohan Watherman ma wspaniałą reputacjęJohan Watherman ma wspaniałą reputacjęJohan Watherman ma wspaniałą reputacjęJohan Watherman ma wspaniałą reputacjęJohan Watherman ma wspaniałą reputacjęJohan Watherman ma wspaniałą reputację
Portal za magami zamknął się w zupełnej ciszy. Nie dodarł do nich jakikolwiek odgłos wybuchu, ani to materiałów wybuchowych, ani granatów zamrożonych w czasie, nie słyszeli strzałów. Nic. Tylko powiew gorącego powierza w kark świadczył o tym, iż zostawili za sobą małe piekło. Ten ostatni zefir pełen majestatu walki z Technokracją, trudnych wyborów, portali w przestrzeni oraz lasek dynamitu musiał im wystarczyć do przełknięcia prozy brudnej rzeczywistości.
Wraz ze swymi walizkami wyglądaliby jak grupa turystów. Tylko, że turyści zwykle nie stoją w brudnym, śmierdzącym moczem zaułku. Jeden z nich, w osobiście rozedrganego, jedynego ocalałego ucznia nie wymiotuje żółcią na ziemię wprost na nogi bezdomnego, zbyt pijanego aby zareagować. Wśród turystów nie znajduje się brodaty, wiekowy hermetycki mistrz od którego niemal było czuć, iż ta płaszczyzna egzystencji bardzo go nie chce nosić.
I wreszcie, zwykli turyści nie czują, iż adrenalina przestaje im buzować w żyłach gdy czują, iż są względnie bezpieczni, a śmierć nie czai się za każdym rogiem. Oczywiście, nie każdy miał świadomość groźby śmierci.
Na twarzy Jonathana malował się potężny wstyd. Nie wstyd za siebie, wstyd za Mistrza Einara. Chociaż niepełnosprawny hermetyk ukrywał swe emocje za maską opanowania, jego oczy zdradzały wszystko. Zdawały się mówić, iż Mistrz Einar swą niemocą, słabością, skołowaniem, może też starością – podważa wszystko czym powinna być Piramida. Z drugiej strony widać było i Jonathana wielki szacunek do starego maga. Tak jakby było mu przykro, lecz nie był nań zły. Było mu wstyd, iż Porządek pokazuje się od tej strony. Uchwycił Mistrz Einara za dłoń. Spojrzał w oczy.
- Mistrzu… Proszę pamiętać. Prawo, Tablice, Zakon – trwają.
Einar spojrzał załzawionymi oczami na niego i chyba jakąś resztą siły woli zebrał się na powtórzenie starej, hermetyckiej sentencji. Tej samej którą członkowie tego starożytnego zgromadzenia powtarzali jak mantrę podczas każdego kryzysu i upadku, a było ich już wiele.
- Tak, Prawo, Tablice, Zakon, trwać będą.
Na koniec lekko załamał się mu głos.
Jonathan zwrócił się do reszty magów. Opanowany, spokojny lecz jednocześnie, jak dało się zauważyć po głosie, lekko zakłopotany. Podparł ramię o oparcie swego rozkaz inwalidzkiego.
- Na początek, wybaczcie drodzy przedramatyzowany ton na jaki zebrałem się w Wieży. Oczywiście, sytuacja była poważna lecz nie był to czas ani miejsca na tak melodramatyczne dyskusje. Pozwolę sobie wytłumaczyć. Podjąłem się pewnych szachów z losem. Jak sami wiecie, przekazanie przepowiedni może ją wzmocnić lub osłabić. Znamy Przykład króla Dariusa oraz wyroczni Pytii, wy, technomanci tworzycie swe skomplikowane modele w teorii informacji, wspominacie o superpozycjach stanów kwantowych i jednolitości przekazania informacji z energią. Zatem mą przemową lekko odchyliłem prawdopodobieństwo czyjegokolwiek zgonu – uśmiechnął się lekko jakoby dodając sobie otuchy.
- Co nie znaczy, iż szanowny Patrick wraz z drogą Mervi ułatwili Technokracji działanie oraz narazili pośrednio nasze życie. I to jest zabawne – niepełnosprawny mag skrzywił się lekko – będą was krył. Chodźmy już, dwie przecznice dalej mamy podstawione samochody.

***

Waleria mogła być zadowolona z siebie. Jak do tej pory niemal wszystko działo się tak jak zechciała. Pomijając już wyswobodzenie się z sennej uwięzi, to przerwanie więzów czy rzecz uszkadzająca silnik należały do godnych podziwu. I jak tu nie mówić, iż współcześni magowie kroczą pośród wielu, małych cudów?
Porywaczom chciało się za to mówić co innego. Kierowca oraz drugi jegomość wyklinali na czym świat stoi, z przewagą pasażera w tym zacnym kunszcie używania wulgaryzmów. Ostatnimi podrygami stalowej maszyny, zjechali na leśną drogę, nieopodal drogi ekspresowej. Wtedy też samochód odmówił posłuszeństwa. Przez otwarte drzwi Waleria poczuła zapach leśnego, trochę już przemarzniętego runa. Słyszała odbiegające z dali odgłosy nocnych zwierząt, głównie ptactwa i gryzoni.
Zdążyła już trochę zorientować się w porywaczach. Mężczyzna który siedział przy niej musiał być kimś w rodzaju czarownika (raczej st stycznego). Pasażer siedzący obok kierowcy wydawał się odpowiedzialny za kontakt z mocodawcami i bardzo agresywny. Kierowca natomiast… wydawał się nijaki. Wyszli z samochodu, zostawiając ją w wnętrzu. Lecz bez trudu słyszała rozmowy.
- Nie masz może jakiegoś mambo-dżambo aby naprawić silnik – ciągnął pasażer podenerwowanym głosem – albo ją w trans wprowadzić? Dziwne, ale problemy zaczęły się gdy w dupę kopany czarnoksiężnik stracił ją z sideł. Na pewno śpi?
- Tak, śpi – spokojnie odparł czarownik z cieniem irytacji w głosie – proponowałbym zadzwonić do Dzika po pomoc, może to ograniczy jego irytację.
Pasażer zadzwonił z prośbą o odbiór innym autem. Odszedł na bok, sądząc po niedobiegającym z oddali głosie w którym usłużnie przyjmował, mówiąc delikatnie, poniżające wyzwiska. Czarownik i kierowca ucięli sobie interesującą rozmowę, zainicjowaną przez tego drugiego:
- Robert, dlaczego pozwalasz sobą tak pomiatać? Nie mówię teraz, ale... kurwa… robisz lepszą robotę niż my wszyscy…
- Nie czuję się poniżany, bracia z krwi nie mogą poniżyć się wzajemnie. Wszak czy rzucając złe słowo na brata nie rzucamy go na siebie? - Zaczął dyplomatycznie. - Moja bytność tutaj to zaufanie.
- Dobra… a ta, wiedźma. Na pewno nic nie kombinuje? Wiem, że śpi, ale kuźwa, to zbytni przypadek. I jakoś wymachnęła się twemu mistrzowi, nie?
- Gdyby nie spała, wyczułbym to – Waleria wyczuła w tych słowach ciężką nutę fałszu. Czarownik coś kręcił i być może na jej korzyść.
- Jak to się nazywa? Ta wasze senne macanki?
- Oniromancja, dar Morfeusza, czwarta nauka Ferii, istnieje wiele nazw.
- Dobra… Dzik ją potem zostawi? Szanuje was, magów, ale..
- Zostawi, jak powiedział. Więcej zaufania – czarownik uciął krótko.

***

Tomas nie był dobrym przewodnikiem. Gerard po pewnym czasie przestał liczyć ile dokładnie tracili czasu na fałszywych tropach czy trudnościach w złapaniu sygnału przez przebudzonego (słowo tropu było jednak nie na miejscu biorąc pod uwagę, iż ślad zapewniała im bielizna, na szczęście eutanatos nie tropił na węch).
Przejeżdżali akurat drogą ekspresową gdy Inkwizytor dostał całkiem solidny powód do irytacji w postaci piskliwego głosu anioła rozbrzmiewającego w głowie. Anioł był tak podniecony nowymi odkryciami, iż praktycznie nie powstrzymywał się. Chórzysta myślał, iż w pierwszej chwili rozsadzi mu głowę. Omal nie doszło do wypadku.
Tron z entuzjazm opowiadał o procedurach przedwczesnego lądowania, czasie trwania lotów czy nawet możliwości wcześniejszego przylotu. Było to dlań całkiem nowe źródło wiedzy przypominające odkrycie przez ducha nowego smaku w starym narkotyku od którego był uzależniony – wiedzy. Kilka dobrych chwil zajęło Inkwizytorowi wydobycie od anioła informacji, iż samolot Walerii wylądował wcześniej. Dodatkowo, jedna z pasażerek zasłabła. Sama Waleria wychodziła z pokładu półprzytomna. Na koniec anioł się wygrażał, iż w zamian za tak bezcenne informacje należy mu się do miesiąca spłata. Inkwizytor wiedział, iż może zignorować roszczenia ducha, a nawet, przy najbliżej okazji, poskarżyć się Archaniołowi Tajemnic.
W połowie drugiej godziny poszukiwań, gdy zdawało się, iż są na dobrym tropie, Gerald zaczął odnajdywać na trasie delikatne, niemal niewyczuwalne zaburzania kwintesencji. Trudno było mówić w tym wypadku od przebudzonej magy czy nawet statyczny sztukach – coś jednak było na rzeczy. I chyba coś niedobrego.

***

Nocne miasto żyło własnym, nieśpiesznym rytmem. Im bliżej centrum podchodził stary Gangrel tym mocniej dało się zauważyć typową dla większych miast zgniliznę. Bezdomnych, prostytutki, bandyci. Można było powiedzieć, iż jest to typowy, miejski widok. Ludzie mawiali, iż było tak zawsze. Wampir wiedział, iż nie była to prawda. Gdy miasta i osady były mniej ludne, wyglądało to inaczej. Każdy wiedział kto gotuje halucynogenne grzybki, kogo wyrzucono z ojcowizna, a która kobieta użycza swych wdzięków. Lecz wydawało się to bardziej swojskie, naturalna, a nawet – intymne. Coś upiorne przeszło nad światem przez ostatnie tysiąc lat. Czyżby kończył się czas?
Leif minął tandetny neon klubu nocnego, nawet zignorował zaczepki bandy arabów którzy zapuścili się trochę zbyt daleko od swej dzielnicy. Czuł, iż ktoś go śledzi. I wtedy spotkał ją.
W ciemnym zaułku, z dala od spojrzeń ciekawskiej ulicy, z dala od miejskich kamer, poza zasięgiem nocnego życia miasta, drogę zastąpiła mu dziewczyna. Nie mogła mieć więcej niż piętnaście wiosen, może nawet mniej. Ubrana w luźnym sportowym stylu, przetarte dżinsy, gruba bluza mająca złagodzić zimno nocy, trampki. Twarz miała nie wyrażającą żadnej emocji. Ciepły, rumiany i zasadniczo ładny owal jej oblicza otoczony burzą rudych loków. Trochę piegów. Leif poczuł, od bardzo, bardzo dawna ciarki na plecach. Zimny metal w kręgosłupie.
- Czy przyszedłeś mnie zabić, Einherjar?
Nie wiedział czy to język odmawia mu posłuszeństwa czy też myśli. Czuł strach, od wielu nocy czuł te zimne macki kiełkującego przerażenia. Rozumiał swą wewnętrzną Bestię, prawdę mówiąc, w pewnym sensie – sam był Bestią. Zrodzoną do wielkich i chwalebnych czynów, dzikością, szałem i furią. Lecz właśnie, w ciele tej dziewczynki odnalazł większą bestię, starszą i o wiele bardziej groźniejszą. Leif był przerażony, śmiertelnie przerążony. Był na tyle przerażony, iż nie czuł nawet wstydu z tego powodu. Nieopatrznie spojrzał na jej rumiane lica, twarz bez kaszty emocji, w oczy.
Wydawały się błękitne. Ciemne. Jak ciemny ocean. Granatowe jak burzowe niebo. I wtedy, w źrenicy dojrzał grozę. Niemal poczuł jak jego wewnętrzna Bestia załkała, skuliła się w sobie i zawyła żałośnie. Dotknął pierwotnej grozy.
Pamiętaj już tylko, iż uciekał na oślep.

***

Ostatnie co Leif pamiętał, to jak wpadł do wyschniętego koryta rzeki, pod mostem na którym dział się nieśpieszny, miejski ruch aut. Dalej czuł strach. Leżał oparty o beton, spocony krwią. Wokół niego kłębiły się szczury. Szczury zlizywały krwawy pot Leifa. W zamglonych czerwią oczach widział sylwetkę. Czy to była Freja? Nie był przekonany. Lecz jakiś spokojny, acz surowy głos rozbrzmiewa mu w czaszce. W taki sposób mówiła tylko bogini.
- Przyszedłeś ją zabić. Nie dodam ci odwagi, nie będzie pocieszenia. Nie uda ci się. Ale… - głos Freji stał się łagodny, niemal matczyny - wierzy w ciebie sama bogini. Czy masz prawo zawieść?
Spojrzał na boginię, zaćmienie zmysłów wraz z niknącym głosem bogini, odchodziło. Przed nim czuwał kolejny potwór, lecz tego potwora się nie bał. Była to swojska maszkara w postaci pokrzywionej gęby przedstawiciela klanu Nosferatu. Trzymał na ramionach dorodną szczurzycę, przytuloną do swej odzianą w łachmany piersi… Trzymała. Ona. I głaskała szczura z czułością zdeformowanymi palcami, pokrzywionymi niczym dzieła ze szczytu formy Picassa.
- Ledwo żem cię dogoniła.
Chyb nie miała złych zamiarów, wszak czuwała przy nim. Był to kamień z serca. Leif nie był przekonany, czy mógłby teraz sprawnie bronić się. Prawdę mówiąc, ciągle się bał. Lecz teraz już nie na tyle aby czuć wstyd.
- Z kuzynem śledzimy cię od początku nocy. Trzeba dbać o wywiad, rozumiecie. Jak i wy macie prawo biegać po lasach tak my mamy prawo mieć wszędzie oczy – uśmiechnęła się ukazując groteskowe, prostokątne zębiska.
- Czemu tak uciekali, he? Widzieli co, e? Bo ja nie. A! Monika, miło żem ci poznać pana.

***

Pierwsze z aut prowadził Patrick. Czekała ich około godzina drogi z Hamar do Lillehammer. Z przodu, jako pasażera miał Jonathana. Z tyłu siedział uczeń, od którego po opuszczeniu dziedziny nie dało się wydobyć ani słowa oraz przybity Mistrz Einar. Podróż do hotelu mijała na spokojnej rozmowie Einara z Jonathanem. Hermetycy ustalali między sobą, co właściwie zaszło w dziedzinie. Patrick niewiele rozumiał z ich rozmowy gdy schodzili na tematy stricte metafizyczne. Po raz pierwszy od dawna poczuł co znaczy hermetycki język w odniesieniu do ograniczania dostępu do wiedzy. Mimo tego, iż podczas normalnej rozmowy mógłby podjąć z nimi dyskusję, to gdy ci zaczęli używać terminów własnej tradycji, w tym tych nie znanych na zewnątrz, eteryka musiał odpuścić próby zrozumienia rozmowy.
Natomiast w pełni zrozumiał rzecz najistotniejszą. Jonathan zabiegał aby Einar jak najdłużej wstrzymał się z wysyłaniem jakiegokolwiek raportu oraz rozmawianiu o tym co zaszło z innymi magami. Wydawało się, iż brodaty mag i tak nie ma na to sił i nie jest w jakiś jawny sposób zły. Jednakże, był bardzo rozgoryczony. Kilkakrotnie wspominał, iż miał tam umrzeć, iż nie udało się im ocalić pozostałych uczniów, a Unia tępa siłą wydarła mu to co badał.
Do hotelu dojechali przed drugą ekipą magów. Jonathana już na początku powiano ciepło przez zarządcę hotelu. Wymienili między sobą kilka uprzejmości pośród których znajdowały się niemal na pewno sekretne znaki przekazywane przez Porządek swoim akolitom. Chociaż sądząc po ich dosadności, zarządca nie należał ani do najgorliwszych akonitów ani zbytnio wtajemniczonych.
Wjechali windą na ostatnie piętro, zostawiając Einara z uczniem we własnym pokoju, tak aby starzec mógł się w dalszym ciągu opiekować podopiecznym. Przed wejściem Patrickado jego pokoju, zatrzymał go Jonathan.
- Pozwól na słowo. Osobiście, nie mam za złe wydarzeń z wieży. Każdy na swej ścieżce popełnia błędy. Wiem, to truizm, ale chyba właśnie na tym to polega, aby pamiętać o truizmach. Chciałbym cię jednak adepcie poprosić o jedną rzecz. Miej trochę więcej zaufania do mej osoby. Nie bez przyczyn jestem zastępcą dowódcy tej wyprawy i posiadam jednak trochę większe doświadczenie. Proponuję też nie rozmawiać do czasu zebrania z Iwanem. Dobrej nocy.

Tymczasem w drugim aucie którym podróżowała reszta, panowała cisza wypełniona ciężkim powietrzem. Zdenerwowana Hannah rozpętała we wnętrzu samo chu małą awanturę, iż niemal powątpiewali czy młoda heretyczka będzie w stanie ich bezpiecznie dowieść do mieszkań. Wirtualna adeptka jak na siebie, od początku siedziała dość cicho. Przez pierwszą połowę drogi wizualne atrakcje zapewnione jej przez własnego avatara niemal nie doprowadziły jej do wymiotów. Teraz tylko na skraju pola widzenia widziała kolorowe artefakty oraz nieprawidłowe piele. Wygalałoby to nawet ciekawie gdyby nie była człowiekiem którego wzrok jednak nie operuje na pikselach…
Klaus czuł lekkie zdegustowanie sytuacją skierowane w stronę przewrotnego losu. To właśnie przez podarowany mu zestaw haustów wybrali, zdawało się bezpieczniejsza, drogę podróż, unikając lotnisk i wsze obecnego systemu Echelon. Wszystko poszło źle. Klaus nie mal czuł, iż świat w jakiś pokrętny sposób zakpił sobie z niego w bardzo okrutny sposób. Czy też, zakpił sobie z logiki. Na nic plany, na nic sztywny umysł, gdy kilkanaście minut po wejściu do cudzej dziedziny pojawiają się krążowniki Technokracji. Absurdalne. Nie do pomyślenia.
A jednak stało się, a na jego oczach nadziano na szpony człowieka i wyrzucono za okno. Na bucie naukowca znajdowała się zaschnięta kropla krwi. Czy należała do tamtego chłopca który tak bardzo oczekiwał uczonego? Czytywał jego teorie i już w tak młodym wieku mieszał to co mistyczne z tym co naukowe. Poczuł smutek.

***

Tomas wyrwał się z głębokiego transu, lecz wyglądało na to, iż dalej utrzymuje kontakt na Walerię. I Waleria czuła już teraz, że ktoś mana nią oko, lecz wewnętrzna świadomość mówiła jej, iż jest to oko przyjazne.
- Za kwadrans zjedź w polną drogę. Za zakrętem na niej stoi auto, w środku jest Waleria. I trzech nieumarłych. Normalnie optowałbym przy rozwiązaniu pokojwym, ale biorąc pod uwagę okoliczności, prowadź Inkwizytorze – stwierdził Tomas.
- Kurwa kopana nam problemów narobiła – warknął pasażer po skończonej rozmowie – czarownica narobiła nam problemów. Za dwadzieścia minut będzie drugie auto z tym dupkiem, Jonem.
 
__________________
Otium sine litteris mors est et hominis vivi sepultura.

Ostatnio edytowane przez Johan Watherman : 12-05-2018 o 23:01.
Johan Watherman jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 15-05-2018, 17:34   #10
 
Leoncoeur's Avatar
 
Reputacja: 9623 Leoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputację


Patrząc na Monikę wciąż czuł ten strach będący echem dzikiego przerażenia, którego doświadczył spotkawszy nieznajomą przy nocnym klubie. Wracająca jasność myśli kierowała go ku wspomnieniom. Kiedy ostatnio się tak bał?
Czy to było wtedy gdy zrozumiał co uczynił mu król Harald zwany Surowym?
Nie… tamto przerażenie wynikało z logicznej oceny swej sytuacji i jej konsekwencji, a groza temu towarzysząca choć przeszywała do szpiku kości nie oddziaływała tak strasznym zatraceniem się w dzikiej, bezrozumnej panice.
Takiej jak tej nocy.

- Leif - odezwał się unosząc głowę i prześlizgując się wzrokiem po sylwetce i twarzy wampirzycy. - Jestem, Leif. - Wypowiadanie na głos własnego imienia dodawało oparcia psychice podnoszącej się ze zgliszcz jakie stanowiła jeszcze przed kilkoma chwilami.

Spróbował wstać starając się nie zgnieść szczurów kłębiących się przy nim. Poczuł jak t-shirt i jeansy lepią się do jego ciała oblepione od wewnątrz krwią, przesiąkającą przez materiał na zewnątrz.
- Ja… sam nie wiem… Poczułem coś, potem nic nie pamiętam - skłamał.
- Kolejny w tym mieście widzi rzeczy których nie ma - nosferatka spojrzała w niebo odrobinę zniesmaczona. - Albo udajecie, jak reszta. Jeden czort zresztą. Uważaj na szczury, są pamiętliwe.
- Są - zgodził się prostując sylwetkę. - Nie uczyniłbym im krzywdy, prędzej ludziom. One to czują, a Ty to wiesz, prawda?
- Żem się dowiedziała… kiedyś. Ale… To prawo natury. Tylko nie warto być bezmyślnym - wzruszyła ramionami ciągle głaszcząc szczura leżącego na jej dłoni.

Zmiana tematu na szczury była na rękę staremu wampirowi, zatem fakt iż ciągnęło go ku temu co wciąż odzywało się zimnymi ukłuciami strachu, wydawał się być ciężkim paradoksem. Monika była jednak nosferatu, a oni byli mistrzami wiedzy o tym co dzieje się w miastach.
Z jednej strony pytanie o dziewczynę, której śmierci chciała Freya nie miało sensu. To było duże miasto, a Leif nie miał nic poza pobieżnym wyglądem, nawet nie wiedząc czy nie jest to maska przybrana przez tę istotę. Kim, lub czymkolwiek by była. Z drugiej strony spytać nie wadziło, a choćby i reakcja Moniki mogła być jakąś odpowiedzią.
- Nastolatka ubierająca się na sportowo, ładna rumiana twarz oznaczona piegami i okolona burzą rudych loków. - Leif patrzył uważnie na wampirzycę. - I oczy. Ciemny błękit kryjący w sobie grozę. Kojarzysz taką Moniko?
- Możem widziała. Mogłabym kuzynów popytać. Ja sem długo w mieście nie jest. Pewny, że to nie zwidy? Pół Camarilli się tu prześciga który bardziej szalony…
- Wiem, byłem w elizjum… - Wampir wspomniał “księcia”. - Szukam dwóch osób, valborga i tej dziewczyny, sam chciałem z małymi braćmi się rozmówić - zerknał na szczury popiskujące na ziemi - ale skoro to twoi przyjaciele, może powinienem ciebie prosić o przysługę?
- Valbrh? Ja nie znaju… Szczury, myśli, żm brzydka, to tylko ze szczyrami się bratam, he? Te tu przylazły czując krew. Ale wszystko w tym mieście ładni krwi już - nosferatka zamyśliła się. - Ale winny przysługę mi żeś jest. Bom powinna cię wyssać do duszy. Gdyby moi wiedzieli, nie miałabym nieżycia.
I zaśmiała się, śmiechem nie przystającym do potwornej formy. Śmiechem może kiedyś pięknej dziewczyny.
- Wyssać? - Leif zdziwił się. - To tu można ‘do duszy’ innych wysysać?
- Kto może, ten może. Trzeba być w odpowiednim porządku. Stary że sruchniały i szalony. Nowy zdobywa miasto. Tam trzeba. Musimy być silni aby chronić świat.
- Jakąż chcesz przysługę, za swojąż wielką wspaniałomyślność? - stary wampir uśmiechnął się lekko, kącikiem ust.
-Ja żem uważam, że ironia nie jest potrzebna. Odezwę się nic wielkiego. Podpytam. Musimy czerpać informacje, nie wszystko da się wyśledzić. I żem chyba nie chciała. Lubię plotkować - mrugnęła okiem.
- Odwdzięczę się jakoś za informacje o tej dziewczynie. A kimże są ci “Twoi”?
- Żem nie będe ganiała za zjawą. Ale jak się czego dowiem… Wolisz mi puścić SMSa czy szczura?
Zapytała badawczo wyciągając z kieszeni różowy telefon w celu podania numeru.
- Szczura, ale nie zawadzi telefon. - Leif mruknął wyciągając smartfona. - Te małe chłopaki i dziewczyny kiepsko radzą sobie z abstrakcją. Co nie? - spytał raczej nie Monikę, bo spojrzał w dół i zapiszczał po szczurzemu.
Po tym gdy wymienili się numerami, Monika zaśmiała się.
- Staryś, prawda? Wystarczy kartę im przykleić. Teraz wszyscy już czytają. Pytałeś o moich. Kuzyn jest Mój - położyła nacisk na to - oraz reszta klanu. No i mój jest Sabat, ale to żeś widział, mniej.

Sabat…
Domyślał się lekko od ‘wysysania do duszy’.
Leif miał w dupie całą tą wojnę Camarilli z Sabatem, tych drugich uważając za zbyt chaotycznych i niepotrzebnie brutalnych. Niby mu nie wadzili, ale przez ostatnie trzy tygodnie ścinał się z nimi wielokrotnie, jako że bruździli sobie nawzajem w pewnych interesach. To dlatego nawiązywał kontakty z Camarillą.
- Sabat… - powiedział na głos i zmrużył oczy. - Przekaż swoim… - w jego głosie znać było mocniejszy pomruk niż zwykle - że nie mam zamiaru wchodzić wam w drogę. Nie interesuje mnie to co mają z tymi szaleńcami z Elizjum.
- Zrozumiałam. Ale uważaj, ci szaleńcy są mniej szaleni niż myślisz. Chce czego jeszcze?
- Odpocząć. - Wampiry nie odczuwały fizycznego zmęczenia, ale panika i ucieczka znużyły go psychicznie. - Mówisz, że lubisz plotkować… - zerknął na obrzydliwą sabatnicę. - Jeżeli nie spieszysz się nigdzie, to chętnie poplotkuję nim czas będzie by iść.
- Prawdę mówiąc, żem trochę zajęta. Jutro?
- Czemu nie, bywaj Moniko.

Leif tylko przez chwilę patrzył za nosferatką znikającą w mroku, po czym przykucnął z powrotem w miejscu w którym się ocknął. Potoczył wzrokiem po gryzoniach, ale zdawał sobie sprawę jak ciężko mu będzie znaleźć Valborga poprzez te zwierzęta. Nie miał żadnych cech charakterystycznych, żadnych informacji o oprawcy Lillehammer, które mógłby przekazać.
Coś jednak przyszło mu do głowy.
- No maluchy… mam prośbę - powiedział raczej do samego siebie niż do nie rozumiejących ludzkiej mowy szczurów. - Wyczuwacie śmierć w takich jak ja, co? - pogłaskał jednego z większych osobników po grzbiecie. Zwierzęta zwykle lgnęły do starego wampira, inaczej niż względem innych nieumarłych. - Poszukajcie mi ich, sprawdźcie gdzie są…i Ilu. - Uśmiechnął się do siebie i pisnął głośno zwracając na siebie uwagę gryzoni.

Po czym sięgnął po moc krwi.

Sięgnął do darów bogów danych wraz z nieśmiertelnością Canarlowi przez Odyna i Freyę, które ten przekazywał swym potomkom, einherjar. Wykorzystując tę moc, Leif wślizgiwał się w zwierzęce umysły szczurów starając się nakłonić je do spełnienia jego próśb.



Było niedługo przed świtem, gdy wampir dotarł do miejsca biwaku nieopodal skoczni narciarskiej. Nawet o tej porze, gdy ulice były puste nie byłoby bezpiecznie chodzić otwarcie w jego stanie, charakteryzującym się mocno okrwawionym ubraniem.
On na szczęście nie musiał się tym martwić.

Gdy był już blisko kampera z krzaków wyprysnął ciemny kształt.
Klommander podbiegł do wampira i mrucząc otarł się o jego nogę. Pomruk ten zresztą był zduszony, bo maine-coon trzymał w pyszczku upolowaną zdobycz.
Leifa zawsze ciekawiło czemu akurat wiewiórki. Nie myszy, szczury czy inne stworzenia, a fetysz na rude kity… Kiedyś w końcu spytał kota wprost, na co ten dał mentalna odpowiedź znacząca coś w stylu lubienia wyzwania. Zaiste, w skali trudności nadrzewne polowanie na wiewiórki stało zdecydowanie wyżej niż uganianie się po ziemi za marnymi ryjówkami.

Drzwi do kampera były zamknięte, co Leifa nie dziwiło. To wciąż był kraj Nord-Vegr, ale coraz większe rzesze imigrantów z południa sprawiały, że dla młodej dziewczyny spanie na uboczu w otwartym samochodzie nie było pomysłem z listy najlepszych na jakie można wpaść.
Nie chciał jej budzić, zresztą i tak nie zamierzał spać w wozie.
Kamper był Hannah, jemu starczał namiot.

Nim wzeszło słońce jaźń wampira pogrążyła się w dziennym śnie.


 
__________________
"Soft kitty, warm kitty, little ball of fur...
Happy kitty, creepy kitty, pur, pur, pur."

"za (...) działanie na szkodę forum, trzęsienie ziemi, gradobicie i koklusz!"

Ostatnio edytowane przez Leoncoeur : 04-07-2018 o 18:08.
Leoncoeur jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Odpowiedz



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 13:53.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2018, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166