Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Warhammer
Zarejestruj się Użytkownicy

Sesje RPG - Warhammer Wkrocz w mroczne realia zabobonnego średniowiecza. Wybierz się na morderczą krucjatę na Pustkowia Chaosu, spłoń na stosie lub utoń w blasku imperialnego bóstwa Sigmara. Poznaj dumne elfy i waleczne krasnoludy. Zamieszkaj w Starym Świecie, a umrzesz... młodo.


Odpowiedz
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 17-07-2019, 10:38   #1
 
Mroku's Avatar
 
Reputacja: 14679 Mroku ma wspaniałą reputacjęMroku ma wspaniałą reputacjęMroku ma wspaniałą reputacjęMroku ma wspaniałą reputacjęMroku ma wspaniałą reputacjęMroku ma wspaniałą reputacjęMroku ma wspaniałą reputacjęMroku ma wspaniałą reputacjęMroku ma wspaniałą reputacjęMroku ma wspaniałą reputacjęMroku ma wspaniałą reputację
[WFRP 2ed.] Popioły Middenheim


25. Brauzeit 2522 KI,
Wielkie Księstwo Middenheim i Middenlandu,
Untergard, kilka dni drogi od Middenheim.



Burza Chaosu oficjalnie się skończyła, lecz to nie oznaczało zakończenia kłopotów Imperium. Kilka miesięcy wcześniej, Archaon Wybraniec, Pan Końca Czasów zaatakował ojczyznę Sigmara, wiodąc pięć potężnych armii. Z Pustkowi Chaosu wyruszyły hordy mutantów, koszmarnych potworów i ogarniętych obłędem czarnoksiężników. Biczownicy i wróżbici głosili, iż nadszedł kres ludzkości. Łatwo było dać temu wiarę, gdy słyszało się o hordach najeźdźców plądrujących i palących wszystko na swojej drodze, pustosząc północne prowincje Imperium. Kraj pogrążył się w strachu i panice.

I choć Middenheim ostatecznie nie ugieło się pod atakiem Chaosu, to Ostland, Hochland i Middenland były w kompletnej ruinie. Setki tysięcy ludzi zginęło w zmaganiach z armiami Archaona, a ci, którzy przeżyli, musieli zmierzyć się z bezdomnością i głodem. Fala szaleństwa przetaczała się przez cały kraj, gdyż nie wszyscy potrafili poradzić sobie z tym, co zobaczyli i czego doświadczyli na wojnie. Niektórzy z mieszkańców Imperium oddawali się w objęcia Mrocznych Potęg, nie widząc dla siebie innego wyjścia. Ludzie powiadali, że sam Sigmar znów stąpał po ziemi, a dawni bohaterowie wstają z grobów, by bronić Imperium.

Rzeczywistość dla szarych zjadaczy chleba nie była jednak tak kolorowa. Brakowało pożywienia, w niektórych miejscach również wody pitnej. W ludziach uwalniały się najgorsze instynkty, znów panowało prawo pięści i sprytu. Brat stawał przeciwko bratu, w powietrzu wisiała wizja wojny domowej. Kraj toczyły przeróżne choroby i zarazy, z którymi możni nie potrafili - lub nie chcieli - sobie poradzić. Niedobitki armii Archaona zostały wyparte z Middenheim, zostawiając za sobą zrujnowane miasta i popalone wioski. Niezliczni obrońcy próbowali odbudować prowincję z popiołów, walcząc z bandami zwierzoludzi i innymi niebezpieczeństwami.


O tym ostatnim sami mogliście się ostatnio przekonać, gdy jeden z przywódców zwierzoludzi z Drakwaldu - Khazrak Jednooki, zaatakował ze swoją bandą Untergard, miejsce, w którym znajdowaliście się od niespełna dwóch tygodni. Małe miasteczko posiadało strategiczny most wiodący na południe do Grimminhagen, przy którym cumowały barki kupieckie. Zwierzoludzie Khazraka wdarli siię na mury, przebili do środka i opanowali wschodnią część miasteczka. Nie mając wyjścia, również wzięliście udział w dziewięciodniowej bitwie o utrzymanie Untergardu. Walczących wspomogły setki imperialnych żołnierzy i krasnoludzkich sprzymierzeńców a most łączący wschodnią część miasta z zachodnią stał się miejscem niewyobrażalnej rzezi. Atak został powstrzymany, jednak za zwycięstwo przyszło zapłacić wysoką cenę.

Zginęło wielu mieszkańców i ochotników, a wschodnia część miasteczka była zupełnie zrujnowana. Na pewien czas ocalali ludzie musieli opuścić tamtą dzielnicę i choć miejscowi zabrali się za jej odbudowę, brakowało wielu podstawowych materiałów, przez co prace właściwie nie posuwały się do przodu. Imperialna armia ruszyła na północ, gdzie przeniosły się walki, a ci, którzy zostali w Untergardzie, z mozołem pomagali tubylcom w przeróżnych sprawach. Od zakończenia walk niemal nie przestawało padać, jakby niebo opłakiwało poległych mieszkańców miasta, brakowało też ludzi do grzebania ciał i miejscowi bali się wybuchu zarazy.

Co prawda sam książę Borys Todbringer przysłał do Untergardu dwadzieścia bochnów chleba i dwanaście butelek wina, jako gest wdzięczności za odparcie najeźdźców, ale to była jedynie kropla w morzu potrzeb. W Untergardzie wciąż obowiązywał stan wojenny zarządzony przez kapitana straży Gerharda Schillera, którego wszyscy tutaj bardzo szanowali a sprawni mężczyźni i kobiety przez kilka godzin dziennie pełnili straż na murach i palisadzie nad rzeką. W całym mieście panował nastrój przygnębienia i żałoby.

Codziennie zbieraliście się w głównej sali jedynej gospody Untergardu, "Szarym Zającu", gdzie mogliście swobodnie porozmawiać. Los połączył was w grupę podczas bitwy o most, choć Rudiger i Cassandra przybyli do miasta razem i znali się już wcześniej. Oprócz nich, przy stoliku zasiadał jeszcze młody uczeń czarodzieja Gerwazy, najemniczka Erika oraz przepatrywacz Konrad. Na śniadanie dostaliście kolejny raz jakiś marchwiowo-groszkowy kleik, trochę twardego mięsa pozabwionego smaku i czerstwy chleb. Do tego dzbanek rozwodnionego wina z zapasów przyslanych przez Księcia Middenheim. Żarcie nie zaspokajało głodu, ale pozwalało przeżyć. Zresztą, na nic więcej i tak nikt tutaj nie mógł liczyć, bo brakowało wszystkiego.

Od samego rana lokalni rozmawiali głównie o tym, że do miasteczka wrócił Hans Baumer, miejscowy drwal i łowczy, który zniknął przed tygodniem. Ludzie podejrzewali, że został zamordowany przez zwierzoludzi z Drakwaldu. Niepokoił ich fakt, że mężczyzna od razu po pojawieniu się, pognał do kapitana Schillera, co nic dobrego wróżyć nie mogło. Ledwo skończyliście skromne śniadanie, drzwi gospody otworzyły się i w środku pojawiła się starsza kobiecina, nazywana przez wszystkich Babunią Moescher - lokalną zielarką i uzdrowicielką, która pomagała przy rannych podczas najazdu Khazraka. Rozejrzała się ze splecionymi dłońmi po pełnej sali i rzekła spokojnym, ciepłym głosem, na który nie wskazywała jej postura i wiecznie skrzywiony wyraz twarzy..
- Kapitan Schiller zaprasza na Ackerplatz, gdzie wygłosi przemówienie do mieszkańców. Prosi, by stawili się wszyscy, bez wyjątku, to bardzo ważne.
Po tych słowach wyszła z gospody, a wśród gości podniosła się wrzawa i poruszenie. Pierwsi z nich ruszyli w ślad Babuni, a przez okno widzieliście już spory tłumek, który zebrał się na głównym placu miasteczka. Zauważyliśćie również, że w końcu przestało padać...

 
Mroku jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 17-07-2019, 13:23   #2
 
Tabasa's Avatar
 
Reputacja: 18818 Tabasa ma wspaniałą reputacjęTabasa ma wspaniałą reputacjęTabasa ma wspaniałą reputacjęTabasa ma wspaniałą reputacjęTabasa ma wspaniałą reputacjęTabasa ma wspaniałą reputacjęTabasa ma wspaniałą reputacjęTabasa ma wspaniałą reputacjęTabasa ma wspaniałą reputacjęTabasa ma wspaniałą reputacjęTabasa ma wspaniałą reputację
Walczyła, odkąd pamiętała. To było jej życie, a zasady wpajane przez ojca Ulrykanina pozwalały być jej siłą i drogą. Gdy wybuchła Burza Chaosu i wróg pojawił się na ziemiach Imperium, wruszyła ze swoimi towarzyszami z "Szarych Sokołów" tam, gdzie było trzeba. Tam, gdzie ludzie potrzebowali pomocy. Podczas walk ze zwierzoludźmi i innymi strasznymi potworami widziała śmierć, cierpienie i ból, który zmienił ją na zawsze. Widziała ostatnie chwile towarzyszy, których traciła jednego po drugim. Tułając się po niemal całym Imperium, w końcu wróciła do do domu... do Middenlandu, jednak nie dane było jej dotrzeć do Miasta Białego Wilka, by wesprzeć mieszkańców w walce z Archaonem. Wiele wydarzyło się po drodze, a ona w końcu trafiła do Untergardu i trochę się tu zasiedziała.

Podobno Burza Chaosu się skończyła, ale jakoś nie było tego widać. W lasach wciąż czaiły się potwory, które w końcu przypuściły atak na miasteczko. Walczyła ramię w ramię z mieszkańcami, ochotnikami i armią Imperatora, a bitwa ze zwierzoludźmi zdawała się nie mieć końca. W końcu jednak, po dziewięciu dniach ofiarności, Chaośnicy odpuścili i uciekli. Zwycięstwo smakowało połowicznie, gdyż wielu mieszkańców miasta, nienawykłych do używania miecza, zginęło z rąk potwornych przeciwników. Erika pomagała przy grzebaniu zmarłych, starając się jakoś wspierać na duchu ich najbliższych, ale nie była w tym dobra. Miała wrażenie, że wojna wyprała ją z uczuć, pozbawiła wszelkich emocji. Nawet słowa otuchy z jej ust nie brzmiały naturalnie.

Była wysoką, mierzącą 176 cm, atletycznie zbudowaną kobietą z wyraźnie zarysowanymi mięśniami, toteż nie bała się fizycznych prac przy odbudowie miasteczka, w których z chęcią uczestniczyła. Teraz każdy musiał pomagać każdemu, choć dochodziły ją głosy, że w niektórych miejscach działa to na odwrotnej zasadzie. Miała długie do ramion, czarne włosy, które zwykle splatała w dwa warkocze, co było praktyczne podczas walki. Mogła by być postrzegana za całkiem ładną, gdyby nie blizny ciągnące się od prawej strony czoła, przez policzek, aż do górnej wargi i podbródka. To była pamiątka po walkach ze zwierzoludźmi w Nordlandzie. Jej postawa i wyraz twarzy zdradzały, że jest kobietą hardą i nie warto z nią zadzierać. W obyciu była rzeczowa, rzadko mówiła więcej, niż musiała a z jej oblicza nie dało się wyczytać żadnych emocji.

Nosiła się jak niemal każdy najemnik - miała na sobie praktyczne ubranie podróżne, buty pod kolano, a pancerz stanowiły kaftan kolczy i skórzana kurta, na który zarzucała płaszcz z kapturem. Podczas bitwy o most towarzysze mogli widzieć ją strzelającą z kuszy, jak i walczącą mieczem oraz tarczą. Oprócz tego miała jeszcze plecak, którego zawartości strzegła tak samo mocno, jak i broni. Od pewnego czasu spotykała się przy stoliku z tymi samymi ludźmi, trzema mężczyznami i kobietą. Pamiętała ich z walki o obronę miasta i zyskali jej szacunek odwagą i determinacją, choć z tego, co wiedziała, nie wszyscy z nich byli wojownikami. Podczas śniadania jadła w ciszy, odzywając się jedynie, gdy była pytana, bądź miała coś od siebie do przekazania. Zastanawiał ją powrót do miasta tego gajowego Baumera, który pognał od razu do Schillera. Takie sytuacje były podejrzane i czuła w kościach, że coś się szykuje.

Pojawienie się w karczmie tej starej cyruliczki zbierającej wszystkich na placu miejskim tylko ją w tym utwierdziło. Dokończyła pić rozwodnione wino z drewnianego kubka i wstała od stolika, zabierając swoje rzeczy.
- Ruszmy się i sprawdźmy, co się tam dzieje. Daję głowę, że chodzi o tego gajowego Baumera. Leciał do Schillera jakby mu się dupa paliła - powiedziała do kompanów przy stole i wydłubując palcem resztki twardego mięsiwa spomiędzy zębów ruszyła za tubylcami na zewnątrz.
 

Ostatnio edytowane przez Tabasa : 17-07-2019 o 13:26.
Tabasa jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 17-07-2019, 16:49   #3
Administrator
 
Kerm's Avatar
 
Reputacja: 46025 Kerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputację
Wojna jest po to, by zbrojni mężowie łupy brać mogli.
Tak powiadali, kiedyś, weterani, snujący opowieści o swych wojennych wyczynach i to Konrad dokładnie zapamiętał. No i przekonał się, że tamte opowieści mijały się (delikatnie mówiąc) z prawdą, przynajmniej jeśli chodziło o kwestię łupów. Bo jakież to niby łupy można było zdobyć na bandzie zwierzoludzi? Guzy i trochę ran, a Konradowi jedna blizna całkowicie wystarczała. Kilka guzów też mu do szczęścia potrzebnych nie było. Wolałby kilka złotych koron, bo sławy nie dało się wsadzić do garnka, a miano bohatera czy obrońcy ojczyzny nie mogło zapełnić żołądka.
Oczywiście mógłby zjeść Burzę, ale nie był na tyle zdesperowany i głodny, by zjeść konia z kopytami.
A zwłaszcza swojego konia.

* * *


Był wysokim mężczyzną, wyglądający na więcej lat, niż miał w rzeczywistości. Gęste, ciemne, niemal czarne włosy od dawna nie widziały balwierza, czy choćby grzebienia, chociaż trzeba było przyznać, że braku czystości nie można było im odmówić.
Podobnie jak i reszcie stroju - nieco sfatygowanego, lecz stale dobrze utrzymanego.
O broń dba również i, jak się przekonali ci, co widzieli go w walce, nie nosi miecza od parady, chociaż woli używać łuku.

Wystarczyło przebywać z nim kilka dni by się przekonać, że jest człowiekiem dość przyjaźnie nastawionym do otoczenia, pod warunkiem, że owo otoczenie nie usiłuje go zabić. I chociaż nie szuka zaczepek, to w razie konieczności nie daje sobie w kaszę dmuchać.

* * *


Wieść o pojawieniu się Baumera, gajowego, który ponoć miał od dawna nie żyć, nie zrobiła na Konradzie zbyt wielkiego wrażenia. A przynajmniej nie na tyle wielkiego, by go oderwać od strawy, jaką raczono dzielnych obrońców.
Żeby żyć (i walczyć), trzeba było jeść. A reszta świata musiała poczekać na koniec posiłku.
 
Kerm jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 17-07-2019, 20:50   #4
Focze Fantazje
 
Nami's Avatar
 
Reputacja: 48631 Nami ma wspaniałą reputacjęNami ma wspaniałą reputacjęNami ma wspaniałą reputacjęNami ma wspaniałą reputacjęNami ma wspaniałą reputacjęNami ma wspaniałą reputacjęNami ma wspaniałą reputacjęNami ma wspaniałą reputacjęNami ma wspaniałą reputacjęNami ma wspaniałą reputacjęNami ma wspaniałą reputację
Gdy opuszczała Nuln wraz z Rudigerem, Burza Chaosu była ostatnią rzeczą, której się spodziewała. W jej myślach przewijało się wiele czarnych scenariuszy, od kradzieży, poprzez gwałty a skończywszy na sztylecie zatopionym w ciele przez jakiegoś bandytę spotkanego na drodze. Wierzyła i obawiała się rzeczy wprost przyziemnych i takich, które mogły przydarzyć się na co dzień każdemu, kto opuszcza bezpieczne mury miasta.

Mężczyzna był jej zupełnie obcy, ale nie bała się. No bo co mógłby jej zabrać? Cnotę? Sama może mu pozwolić na to, by sobie ulżył z pomocą jej ciała, choć cnót na próżno przyszłoby mu szukać. Któregoś dnia podróży, zdziwiona tym, że mężczyzna ani razu nawet nie próbował jej dotknąć w sposób nieprzyzwoity, sama postanowiła “zapłacić” tym, co najlepiej potrafiła, za ochronę w czasie podróży. O ile Rudiger przyjął kilka skromnych pocałunków, o tyle gdy ręce dziewczyny powędrowały znacznie niżej, ten odepchnął ją. NIe było to coś, czego Cassandra mogłaby się spodziewać. Poczuła się wtedy dziwnie źle, choć być może wcale nie powinna, może wręcz powinna się uśmiechnąć i ucieszyć, że nie musi tego robić? Mimo wszystko, jakoś nie potrafiła. Posmutniała, a jej zachwiane poczucie wartości spadło do zera.


Całe to zdarzenie straciło na znaczeniu gdy przybyło niespodziewane. Krew, krzyki, śmierć, rozpacz, ból, cierpienie, bezradność - tego jej oczy widziały najwięcej, to jej umysł dopuszczał do siebie, mieląc jej rozbitą duszę i pozostawiając bez żadnej nadziei. Cassandra nie pokazywała innym, że ma ochotę się rozryczeć i schować w najciemniejszy i niedostępny kąt. Co prawda nie była bezbłędna w swym aktorstwie, ale potrafiła udawać silną. Gdy Rudiger szedł walczyć w obronie miasta, próbowała go powstrzymać. Nie chciała zostać sama, ale mężczyzna nie dał się wziąć nawet na jej łzy czy błaganie na kolanach. Ona w walce pomóc nie umiała, mimo iż bardzo tego pragnęła. Czasami wyobrażała sobie jak wbiega między zwierzoludzi i sztyletem rozcina ich brzuchy i kopyta. Niestety kiedy jej wyobraźnia zaszalała pokazując też rozlewaną krew, śmierdzące truchła i wybebeszone ciała, zebrało jej się na wymioty. Do smrodu miasta zdążyła się już przyzwyczaić i przestała czuć zapach juchy jak i zwłok. Pomagała cerując ubrania, nosząc wodę, przygotowując posiłki, opatrując rany, albo po prostu wspierając na duchy. Oferowała wojownikom chwile przyjemnego relaksu z dala od wścibskich oczu, nie dlatego że bała się krytyki swojej osoby, ale raczej żołnierza. Wszak oczekiwano od niego waleczności i machania mieczem, a nie spuszczania się na pośladki prostytutki i machania czymże zgoła innym. Cassandra jednak uważała, że pomaga tym walecznym mężczyznom, że dzięki niej stają się silniejsi i mają więcej samozaparcia jak i odwagi.

Dziewczyna, choć prawdziwego miecza w swej delikatnej dłoni nie trzymała, była lubiana wśród mieszkańców dzięki swojej dobroci i chęci pomocy. Wśród mężczyzn i nawet za więcej niż tylko to, ale i nie każdy musiał o tym wiedzieć. Ona nie miała z tym żadnych problemów, traktowała to jak codzienność i zwyczajną czynność, tak jak jeść było trzeba czy pić, tak i zaspokajanie innych potrzeb zdawało jej się ważne. Pamiętała, że jej ojciec zawsze był agresywny i nerwowy, gdy nie dostał tego, czego potrzebował.

Cassandra zdawała się być dziewczyną bardzo pozytywną jak i młodą. Była niziutka, mierzyła około 157 centymetrów. Była bardzo drobna, o filigranowej figurze i delikatnych dłoniach, które nie wyglądały na ręce osoby pracującej fizycznie. Jej zielone, duże oczy potrafiły hipnotyzować, a w ich głębi ukryty był spokój, który koił nerwy również tym, którzy postanowili zatopić w nich swoje spojrzenie. Gęste, czarne włosy sięgały aż do jej wąskiej talii, często ostatnio splatane były w luźny warkocz. Jej twarzyczka obdarzona została niewinnym jak i naprawdę kokietującym wyrazem mimiki, miękkie usta poruszały się z ogromną dbałością, a z gardła zawsze wybrzmiewała spokojna i kobieca nuta. Potrafiła uśmiechnąć się w taki sposób, że człowiek zyskiwał nadzieję na lepsze jutro, że chciał walczyć o ten świat aby móc widzieć ten uśmiech każdego dnia. Dla niej. Nawet jej ubiór był kobiecy, nie sugerując nawet zdolności walecznych, nosiła bowiem długie sukienki z głębokim, kwadratowym dekoltem, który uwydatniał jej jędrne piersi. Nikt nigdy nie posądziłby jej o to, że ma mniej niż 19 lat, że mogłaby być jeszcze dzieckiem. I chyba nie była.

Każdą noc spędzała wtulona w Rudigera, często płacząc nim w ogóle udało jej się zasnąć. Przed położeniem się zawsze dbała o jego ubiór i rany. Codziennie starała się sprać krew z jego rzeczy. Później, gdy w walce zapoznał się z trzema innymi osobami, im również pomagała jak mogła. Była zdziwiona, gdy poznała Erikę - kobieta waleczna, silna i znająca swoją wartość. Dla Cassandry stała się cichym bohaterem, osobą, którą podziwiała i z której chciała czerpać inspirację. Czuła się jednak zbyt słaba aby być tak waleczną i dzielną osobą jak Erika, przez co często popadała w smutek, którego i tak nie okazywała. Gerwazy jak i Kondrad mogli czuć od niej uwodzicielskość. Była bardzo delikatna, czuła i opiekuńcza. W jej wykonaniu nawet starcie zaschniętej krwi z policzka emanowało erotyzmem, a gdy do tego zatopiła swoje spojrzenie w mężczyźnie - ciężko było mieć ochotę na coś innego niż na nią, choć głód i pragnienie często zagłuszały inne potrzeby. Nie odmówiłaby jednak, gdyby któremuś przyszedł do głowy “pierwszy krok” ku wędrówce w przyjemności i namiętność.


Znali się już dłużej, niż początkowe parę dni. Nie była to znajomość bliska i zażyła, jednak w grupie czuć było wsparcie i człowiek nie był tak bardzo pozostawiony sobie. Wiedział, że jest ktoś na kogo może liczyć i to potrafiło podreperować podniszczonego ducha. Cassandra nie jadła dużo, oddając część swojego jedzenia a to jednej, a to drugiej osobie, zawsze mówiąc, że nie jest aż tak głodna i jeśli nie wezmą, to wyrzuci a szkoda by się marnowało. Kłamała, ale uważała, że jest ostatnią osobą, która powinna chodzić najedzona. Odrobina wystarczyła, resztę mogła zapić wodą lub czymkolwiek zdatnym do picia. Nie była warta więcej, nie była aż tak przydatna.
Nadejście starowinki, którą zdążyła już poznać - jako że ta pokazywała jej jak najlepiej wspomagać rannych - sprawiło, że Cassie ożyła. Nie każdy był tak energiczny jak ona, niektórzy chcieli w spokoju dokończyć posiłek, ona jednak pragnęła wiedzy. Marzyła o tym by ten koszmar dobiegł końca i wciąż tliła się nadzieja w jej małym sercu.

- Tak! Chodźmy! Można zawsze zjeść po drodze, nie trzeba tutaj siedzieć! A jak nas coś ominie ważnego? A jeśli to już koniec, to i najeść się zdążymy - uśmiechnęła się lekko i chwyciła Gerwazego za rękę. Miał dłonie bardziej delikatne niż Konrad czy Rudiger, nie były tak szorstkie. - No chodź, chociaż ty ze mną pójdź, na pewno też jesteś ciekawy informacji. - leciutko próbowała pociągnąć go za rękę ku wyjścia. Erika zdążyła już wstać, tak i Cassandra pragnęła wyjść szybciutko, nawet gdyby miała zostawić innych w karczmie. Nie mogła przegapić ani słowa.
 
__________________
"Zbyt ona piękna, zbyt mądra zarazem,
zbyt mądrze piękna, stąd istnym jest głazem."
~ William Shakespeare
Nami jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 17-07-2019, 22:21   #5
 
Lechu's Avatar
 
Reputacja: 12304 Lechu ma wspaniałą reputacjęLechu ma wspaniałą reputacjęLechu ma wspaniałą reputacjęLechu ma wspaniałą reputacjęLechu ma wspaniałą reputacjęLechu ma wspaniałą reputacjęLechu ma wspaniałą reputacjęLechu ma wspaniałą reputacjęLechu ma wspaniałą reputacjęLechu ma wspaniałą reputacjęLechu ma wspaniałą reputację
Post Sorka za długi post. Następne będą mniejsze.


Nuln, Bastion Południa, Klejnot i Zbrojownia Imperium. Miasto, w którym wychował się Rudiger miało wiele nazw i znało wiele historii. Było drugim miastem pod względem wielkości w Imperium. Słynęło z produkowania zatrważającej ilości armat oraz prochu i stanowiło najpotężniejszą fortecę swoich czasów. Było to jedyne miejsce na rzece Reik, gdzie stał most na tyle potężny aby przeciąć całą rzekę. Ba. Tamtejszy most można było podnosić i opuszczać za pomocą specjalnego mechanizmu. Powiadają, że jeżeli widziałeś to cudo mechaniki i architektoniki żadna budowla w Imperium nie była w stanie Cię zadziwić. Jakby miasto było niewystarczająco ciekawe w Nuln znajdowała się Akademia Artyleryjska, przez którą miasto zyskało reputację ośrodka nauki. Oddziały szkolone w Nuln były cenione w całym Imperium. Wielu mylnie uważało, że Nuln włada Emmanuelle von Liebowitz (Księżna-Elektorka Wissenlandu, Hrabina Nuln i Księżna Meissen) podczas gdy tak naprawdę miasto było w rękach przestępców. W Nuln osiadło ponad tuzin rodzin przestępczych, które trudniły się legalnym biznesem oraz przemytem, wymuszeniami i szantażem. Rudiger jako sierota został przygarnięty przez członka jednej z takich rodzin – Wiktora von Huydermana.

Jako dziecko Shultz doświadczył samotności, bo do czwartego roku życia jego wychowaniem zajęły się opiekunki z sierocińca, które mimo dobrych serc były przepracowane, a sam sierociniec był przeludniony. Później jednak chłopak poznał Wiktora, który starał się kreować na dobrego opiekuna. Niemal wszystkie cechy charakteru Rudigera pochodzą od przybranego ojca. Wiktor był twardzielem, który nie zajmował się płotkami. Pod przykrywką ochrony von Huyderman ściągał haracze od lokalnych przedsiębiorców. Trzeba było jednak przyznać, że był człowiekiem wyrozumiałym i cierpliwym często ratując skórę swoich „podopiecznych”. Przestępca nie przynosił pracy „do domu” zatem późniejsze dzieciństwo Rudigera było dość przyjemne. Wiktor uczył go rozmawiania z ludźmi, nauczał go o Imperium i starał się zabezpieczyć jego przyszłość zapisując go na lekcje jeździectwa oraz handlu u jednego kupca. Chłopak posiadał talent do targowania, a z czasem polubił jazdę konną.

Rudiger jako nastolatek chłonął od Wiktora garściami nieświadomie stając się takim jak on. Był twardy, opanowany i charyzmatyczny. Niepokój Wiktora wzbudzał jednak brak podporządkowania chłopaka, który wiele spraw wolał załatwiać po swojemu. W młodzieńczych latach Shultz nauczył się sprawnie bić, a za sprawą dzieciaków kumpli Wiktora trenował wielokrotnie zastraszanie, któremu poddawani byli słabsi studenci, młodzi mieszczanie i przejezdni. W tamtych czasach młody mężczyzna musiał się wyszaleć i jedynie dzięki kontaktom Wiktora nie zakończyło się to dla niego tragicznie.

Wiktor von Huyderman umarł w niewyjaśnionych okolicznościach kiedy Rudiger miał 22 lata. Mężczyzna znał kilka osób z rodziny poza Wiktorem jednak, jak się szybko okazało, osoby te uważały Rudigera za zbyt głośnego, rzucającego się w oczy aby mógł on wziąć czynny udział w ich „interesach”. Shultz postanowił wyruszyć w świat i zająć się tym czym zajmuje się do dnia dzisiejszego. Głównie było to obijanie pysków, odzyskiwanie długów i sabotowanie niewygodnych zleceniodawcom kupców. Bez względu na przedmiot zlecenia Shultz zawsze weryfikował swoje cele. Nie brał zleceń na kobiety i dzieci. Nie pochylał się nad sprawami, które nie były tego warte, ale nie czuł oporów przed wykonaniem słabiej płatnego zlecenia jeżeli było ono zgodne z jego ideologią.

Rudiger odwiedził wiele miast i wsi Imperium nie zapuszczając się jednak poza jego granice. Kiedy był zmuszony obić kilka pysków zwykle ruszał dalej nie chcąc przykuwać uwagi miejscowych organów ścigania. Póki co Shultz chyba nie trafił na listy gończe. Starał się nie deptać bez powodu odcisków ludzi na tyle wpływowych aby wystawiono za nim zlecenie ścigania. Był jednak jeden kupiec z Nuln, któremu podpadł na tyle mocno, że chciałby znaleźć i ukarać Shultza, który w obronie człowieka Huydermanów pogruchotał szczękę jego jedynakowi. Jedno było jednak pewne. Kiedyś nadejdzie dzień, w którym jego instynkt go zawiedzenie i stanie po niewłaściwej stronie barykady…


Rudiger pierwszy raz zobaczył Cassandre jeszcze za czasów swojego pobytu w Nuln. Lato tamtego roku było upalne, a ta noc nie była wyjątkiem od tej reguły. Siedział z Wiktorem w karczmie „Pod wściekłym wieprzem” czekając na pierwsze tej nocy piwo. Mężczyźni ledwo weszli do niemal pełnego przybytku. Wszyscy pozostali byli już porządnie wstawieni. Wielu półprzytomnym wzrokiem wpatrywało się w blat, niektórzy leżeli w kątach skąpani we własnych wymiocinach, a inni grali w kości. Shultz nie odwiedzał podobnych przybytków zbyt często, ale tego wieczoru mieli z Wiktorem robotę w okolicy.

Dziewczyna, która weszła do karczmy wyglądała jak zaniedbany chłopiec. Włosy miała krótko ścięte, jej twarz była umorusana, a kolorowa sukienka cerowana różnymi skrawkami kolorowego materiału. Rudiger zwrócił na nią uwagę, bo rzucała się w oczy w pomieszczeniu pełnym mniej lub bardziej barczystych facetów.

Dziewczyna podeszła do rosłego mężczyzny grającego w kości i mówiąc coś do niego zaczęła łapać go za rękaw. Facet nagle wstał z krzesła wydzierając się basowym głosem i mocno uderzył ją w twarz. Dziecko wylądowało na podłodze wypluwając krew wraz z jednym zębem. Rudiger odsunął lekko krzesło i chciał wstać, ale poczuł solidne kopnięcie w piszczel.

- To nie twoja sprawa młody. – powiedział znad kufla Wiktor głosem cierpkim i zimnym, nie znoszącym sprzeciwu.

Shultz spojrzał jedynie w tamtym kierunku nie odzywając się. Z chęcią dałby tatuśkowi nauczkę. Grający z facetem mężczyźni zamarli nie wiedząc dobrze jak powinni postąpić. Rudiger z Wiktorem mieli tej nocy trochę do zrobienia i nie mogli się rzucać w oczy. Wojownik przełknął przekleństwo patrząc jak oczy dziewczyny zachodzą łzami. Coś jednak mówiło mu, że to nie był koniec. Dziecko wstało i ponownie zaczęło mówić.

- Tato proszę. Przestań. Martwimy się o Ciebie. Wróć już do domu. – największym zdradzającym płeć dziewczyny był głośny i wyraźny damski głos.

- Mogę wrócić, ale tylko jak będę miał do czego. Ostatnio byłaś niegrzeczna. – odpowiedział facet rzucając kośćmi.

Dziewczyna odpowiedziała coś bardzo cicho po czym bezceremonialnie wyszła z karczmy. Rudiger pewnie zapomniałby o tamtej nocy gdyby to nie była jedna z ostatnich spędzonych w towarzystwie Wiktora…

Cassandra pewnie nie pamiętała Rudigera co nie było niczym niezwykłym. Mimo iż facet był wysoki i dobrze zbudowany to w pomieszczeniu pełnym mężczyzn był nie do zapamiętania. Kobieta zmieniła się niemal nie do poznania. Była filigranowa, zgrabna i zadbana. Widać było u niej wiele zmian. Dojrzała, miała długie, gęste, czarne włosy i zielone, hipnotyzujące oczy. Emanowała delikatnością i urodą. Mimo iż przypominała niewiniątko to nosiła wydekoltowane sukienki. Jej delikatne, kobiece dłonie wyglądały jakby kobieta nigdy nie była zmuszana do ciężkiej, fizycznej pracy.

Shultz nie był miękki, ale kiedy Cassandra dołączyła do niego wyruszając z Nuln wojownik polubił ją. Kobieta bała się podróżować sama co przesadnie nie dziwiło nikogo znającego świat poza murami Miasta Twierdzy. Rudiger był świadom, że kobieta uwodziła go każdym swoim gestem jednak nie chciał zepsuć ich relacji korzystając z okazji i „biorąc ją” pierwszego dnia znajomości. Nikt nie uwierzyłby jak ciężko było ją zatrzymać kiedy całowała go swoimi ponętnymi, miękkimi ustami. Było widać, że kobieta nie nawykła do odrzucenia po niezręcznej sytuacji stając się smutna i małomówna. Rudiger nie mówił jednak o tym nic poza tym, że jest piękna i w jego typie. Wojownik nie był mistrzem improwizacji, ale starał się ją rozśmieszyć i zagaić rozmowę. Czy poskutkowało? Sam naprawdę tego nie wiedział. Był facetem, któremu bardzo ciężko było wyczuć piękne kobiety…

Wojownik wiedział, że Cassandra wyruszyła z Nuln aby zająć się chorą matką mieszkającą z Mieście Białego Wilka. Jej ojciec nie żył, a brat starszy o 8 lat miał żonę i dwójkę dzieci. Ustatkowany jako rolnik mężczyzna nie był w stanie opuścić Nuln. Trochę dziwiło Rudigera, że starszy brat nie dopilnował bezpieczeństwa w podróży siostry, ale wojownik nie zadawał więcej pytań. Cassandra opiekowała się ojcem aż do śmierci, a później wyruszyła z Nuln po raz pierwszy opuszczając miasto. Rudiger nie naciskał i nie starał się wyciągnąć od niej więcej niż sama chciała powiedzieć. Jedyna taka próba zakończyła się dość prowokacyjnym i niewiele mówiącym tekstem, który Shultz skwitował śmiechem.


Rudiger był wysokim, dobrze zbudowanym mężczyzną obdarzony przez los genami sportowca. Facet ma szeroką obręcz barkową i stosunkowo niewielkie stawy przez co jego muskulatura wygląda całkiem imponująco. Jego włosy jak i zarost były koloru kruczoczarnego. Zwykle Shultz miał krótkie, zadbane włosy i zarost ogolony na pierwszy rzut oka niedbale, ale jeżeli się przyjrzeć widać, że facet zajmuje się nim co kilka dni. Surowego wyglądu dopełniają szeroka szczęka i delikatnie podkrążone oczy koloru piwnego. Zwykle mężczyzna ubrany był w ćwiekową skórznie, a u pasa dyndał mu miecz. Na jego plecach spoczywał plecak, a na nim tarcza.

Wojenna zawierucha nie sprzyjała robocie Rudigera, który do opadnięcia kurzu bitewnego postanowił zawiesić działalność. Nie dało się pracować kiedy jeden człowiek drugiemu z głodu i pragnienia skakał do gardła. Mimo wszędobylskiego strachu i paniki Shultz nie tracił wiary, że mieszkańcy Imperium jeszcze podniosą się z kolan. Nie żeby był całkowicie pozbawionym obaw, ale odwaga i pozytywne myślenie zawsze przychodziły mu bez trudu. Wojownik swoim postępowaniem starał się pokrzepić tych mniej pewnych odbudowy ojczyzny.

Poza atakującymi na traktach niedobitkami armii chaosu ludzi nękały liczne choroby. O ile Rudiger nie bał się o stan swojej psychiki to gdzieś na granicy świadomości trzymał myśl, że istniało małe, znikome prawdopodobieństwo, że na tych brudnych, skąpanych w krwi i flakach traktach, opatrywany przez cuchnącego potem, gównem i zwątpieniem cyrulika złapie jakiś syf, który ostatecznie podda się po kilku tygodniach ciężkiej walki. Mężczyzna nie chciał przyznać, że bardziej niż o swoje zdrowie bał się o Cassandre, która jako delikatna, filigranowa ślicznotka nie mogła mieć zbyt wiele odporności na wszędobylski syf.

Rudiger od dawna nie walczył w sprawie innej niż opłacanej przez chcącego skopać jaja rywala człowieka interesu. Dla niego dziewięciodniowa bitwa była czymś nowym czego nie mógł powiedzieć o Erice, która najwyraźniej brała udział w licznych bitkach. Patrząc na nią ciężko było nazwać kobiety słabszą płcią. Była niemal tak wysoka jak on, z lepiej wyeksponowanymi bliznami i niewiele ustępującą muskulaturą. Shultz musiał przyznać, że gdyby rozpuścić jej jeden warkoczyk i częściowo zakryć pamiątkowe blizny Erica miałaby całkiem dobre wzięcie.

Widok stert ciał ochotników walczących w przedłużającym się starciu ze zwierzoludźmi nie był dla niego przyjemnym. W zasadzie wojownik nigdy wcześniej nie widział tylu trupów. Nie tracił jednak wiary w chwilach zwątpienia prosząc o błogosławieństwo Myrmidię. W czasie walk Rudiger zapamiętał kilka osób. Jedną z nich był Gerhard Schiller będący kapitanem lokalnej straży. Trzeba przyznać, że był całkiem dobrym dowódcą i człowiekiem potrafiącym podnieść morale wszystkich wliczając osoby nie potrafiące walczyć wcale.

Rudiger póki co starał się poznać członków oddziału, który utworzony został w trakcie bitwy o most. Erica i Konrad wyglądali na twardych, Gerwazy był dość tajemniczy, a Cassandra… Ona zrobiła w tej bitwie o wiele więcej niż powinna. Zebrani w „Zającu” ludzie mówili o powrocie miejscowego łowczego, który pognał do kapitana Schillera. Shultz chyba jako jedyny nie przesądzał, że musiało to być złe fatum i z ciekawością patrzył w przyszłość.

Kiedy do przybytku weszła zielarka wojownik jeszcze walczył z ostatnim gryzem twardego mięsa. Musiał przyznać, że w połączeniu z czerstwym chlebem i marchwiowo-groszkową papką było ono… Ledwo do przełknięcia. Babunia Moescher nie przebierała w środkach i od razu zaprosiła wszystkich na miejscowy plac. Shultza ciekawiło co kapitan Schiller miał do powiedzenia. Nie mógł tego ominąć. Niemniej zaciekawione były kobiety. Erica, zwykle milcząca, zajęła głos jako pierwsza, a Cassandra jak zwykle była wulkanem energii.

- Już idę… - rzucił młody adept tajemnych sztuk zatrzaskując leżącą przed nim księgę. - Mam nadzieję, że tym razem będą to jakieś dobre wieści. - dodał chowając wolumin w plecaku po czym ruszył za ciągnącą go ku wyjściu kobietą.

- Chociaż padać przestało, co nie? - zagadnął Shultz wstając z krzesła po czym zamocował pochwę z mieczem do pasa. - W świetle ostatnich wydarzeń coś mi mówi, że nie zabawimy tu długo.

- Masz na myśli tę karczmę, czy to miasto? - spytał Konrad, idąc w ślady kompana.

- Jedno i drugie. - odpowiedział Rudiger przeciągając się.

- Optymista... - mruknął Konrad. - Chodź, bo przegapimy najważniejsze rzeczy.
 
__________________
[Samouczek] Szarpanie krawędzi obrazów by Lechu...
[Samouczek] Przezroczystość by Lechu...

---> Zapraszam do "Kuferka Skarbów"
Lechu jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 19-07-2019, 16:46   #6
 
Gerwazy's Avatar
 
Reputacja: 3882 Gerwazy ma wspaniałą reputacjęGerwazy ma wspaniałą reputacjęGerwazy ma wspaniałą reputacjęGerwazy ma wspaniałą reputacjęGerwazy ma wspaniałą reputacjęGerwazy ma wspaniałą reputacjęGerwazy ma wspaniałą reputacjęGerwazy ma wspaniałą reputacjęGerwazy ma wspaniałą reputacjęGerwazy ma wspaniałą reputacjęGerwazy ma wspaniałą reputację
Dni spędzone w kolegium ukształtowały go w sposób tak odmienny od dotychczasowego życia, że niemal przypominało to ponowne narodziny. Dla młodego szlacheckiego syna z przygranicznych imperialnych włości nie był to skok na głęboko wodę, był to skok w nieznane. Do tego młody mężczyzna wciąż miał wrażenie, że nigdy nie udało mu się wylądować, że pozostał gdzieś zawieszony pomiędzy światem realnym i tym nowym, tajemniczym, kuszącym swoją mocą wymiarze nie mającym końca. Dotąd znane zabawy z mieczem i łukiem, polowania z ojcem, braćmi i kuzynami, wieczorne uczty i zachwycające swą surowością mroźne poranki. Te wszystkie wspomnienia proste i żywe powoli zacierały się pod wpływem wypełniającej go mocy. Emocje ustępowały miejsca pytaniom. Impulsy przerodziły się w konkretne działania. Życie powoli i nieustannie stawało się egzystencją.

Zatrważająca w swej surowości zmiana powoli postępowała ale młody adept nie dawał za wygraną. Wciąż walczył jak każdy młodzieniec, dziko i bezsensownie. Starał się doświadczać życie nim, o ironio, światło wypali je doszczętnie. Wciąż mógł wybrać inaczej, mógł związać się z innym prądem magii, odmienić swój los. Miał jeszcze czas. Lecz decyzja została podjęta za niego.

Odwieczny wróg podniósł swój łeb i zwrócił nienawistne spojrzenie w stronę Imperium. Hordy Chaosu wkroczyły na nieskalane dotąd wpływem spaczenia ziemię. Rzuciły wyzwanie potędze ludzi i ich sojuszników. Przyszedł czas poświęceń, walki i ofiar. Jedną z nich był młody adept sztuk magicznych imieniem Gerwazy. Zarzucił on swoją młodość, poświęcił prawo do wyboru, ofiarował swoje ludzkie słabości w zamian za moc. I choć poświęcenie to miało miejsce w samotni, bez wielkich mszy darów czy innych obrządków, to ofiara została złożona. Po raz pierwszy w swoim życiu dar władania mocą został zaakceptowany. Z oczu spadły łuski pozwalające dostrzegać wiatry magii. Zmysły o których dotąd nie miał pojęcia przebudziły się. W końcu jego umysł i ciało stały się jednością.

Odmieniony poświęcił się nauce z nieznanym dotąd zapałem. Choć czasu pozostawało niewiele udało mu się poznać podstawy splatania mocy. Wciąż doskonalił świeżo poznane umiejętności z niespotykaną dotąd ambicją i poświęceniem. Pochłaniał setki informacji a jego moc rosła. Jednak te wszystkie starania miały swój kres. Pewnego dnia nadeszło wezwanie, a Gerwazy razem ze swoim mistrzem ruszył do walki przeciwko siłom chaosu.
Los rzucał ich w przeróżne miejsca, czasami przypadkiem, czasami z rozkazu. Kilkanaście razy wraz z mistrzem i innymi uczniami uczestniczyli w mniejszych i większych bitwach, raz nawet stawiając czoła pomniejszeniu demonowi. Każda strata upewniała młodego czarodzieja w idei poświęcenia życia walce z chaosem.

Koleje losu przywiodły go daleko na północ do wioski Untergard. Tam wziął udział w wielkiej bitwie o most, lecz już pierwszego dnia został ranny. Uraz nie był groźny ale uniemożliwiał podróż. Jego mistrz tymczasem odebrał nowe wezwanie i wyruszył w drogę, przykazując swojemu uczniowi by stawił się w Middenheimie gdy tylko wydobrzeje. Gerwazy przyrzekł dotrzymać słowa. Dochodząc do siebie w miejscowym lazarecie poznał niezwykłą dziewczynę, Cassandrę. Urocza zielonooka brunetka z taką dbałością zajęła się jego ranami, że oczarowany młodzieniec na moment zapomniał o całym ogarniającym ich szaleństwie. Zew natury przebił się przez złożone obietnice i przysięgi uderzając młodzieńca z siłą dwuręcznego młota. Wystarczył uśmiech tej słodkiej istoty a umysł Gerwazego stawał dęba i odmawiał posłuszeństwa. Gdy nie było jej przy nim, pluł sobie w brodę i przeklinał słabą wolę. Jak miał zostać czarodziejem gdy tracił nad swoją kontrolę w obecności tej słodkiej istoty. Rozdarty młody mężczyzna to uciekał w objęcia samotności tłumacząc się potrzebą studiowania, to znów szukał obecności tej zjawiskowej dziewczyny.

Sam też miał nadzieję, że zwróciła na niego uwagę. W końcu był młodym mężczyzną wyglądający mniej więcej na tyle wiosen ile w rzeczywistości miał, czyli koło dwudziestu. Płowa gęsta czupryna włosów bez najmniejszych oznak łysienia zdobiła prostokątny zarys twarzy tworząc jedność z delikatnym, młodzieńczym zarostem. Wysokie czoło kończyło się na krzaczastych brwiach, które z kolei okalały głęboko osadzone jasnoniebieskie oczy. Prosty nos, duże czerwone usta i mocno zarysowana szczęka dopełniały obrazu całkiem przystojnego młodzieńca. Budową ciała Gerwazy raczej przypominał żylastego szermierza niż uczonego. Szczupły, szeroki w barach, wąski w biodrach idealnie wpisywał się w kanon mężczyzn przyciągających spojrzenia przedstawicielek płci pięknej.

Gdy tylko poczuł na dłoni jej dotyk, skry ogniste przeszły go celując w serce. A przynajmniej tak to sobie tłumaczył mimo, iż ciepło całego ciała zdawało się kierować w innym kierunku. Dzięki bogom jako adept sztuk magicznych nosił luźną szatę. Na wezwanie obiektu westchnień zareagował natychmiast zatrzaśnięciem księgi. Zresztą i tak nie był w stanie spamiętać słowa gdy była w pobliżu. Rzucił wolumin byle jak do plecaka i szybko chwycił drugą ręką za sakwojaż. Z jego ust wydobyła się jakaś neutralną uwaga, lecz znaczenie słów nawet do niego nie dotarło gdyż właśnie miał przyjemność oglądać postać Cassandry od tyłu. A za tym widokiem, mógłby pójść choćby w paszczę Archaona.
 

Ostatnio edytowane przez Gerwazy : 19-07-2019 o 16:52. Powód: zapomniałem o wyglądzie postaci
Gerwazy jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 19-07-2019, 17:25   #7
 
Mroku's Avatar
 
Reputacja: 14679 Mroku ma wspaniałą reputacjęMroku ma wspaniałą reputacjęMroku ma wspaniałą reputacjęMroku ma wspaniałą reputacjęMroku ma wspaniałą reputacjęMroku ma wspaniałą reputacjęMroku ma wspaniałą reputacjęMroku ma wspaniałą reputacjęMroku ma wspaniałą reputacjęMroku ma wspaniałą reputacjęMroku ma wspaniałą reputację
Wymieniając kilka zdań, wyszliście z gospody wprost na rześkie, pachnące deszczem i chłodem poranne powietrze. Przeszliście wraz z innymi mieszkańcami na Ackerplatz, gdzie na jednej ze skrzyń, otoczony już sporym zbiorowiskiem ludzi stał wysoki, postawny mężczyzna o ponurym obliczu. Gerhard Schiller był doświadczonym żołnierzem i weteranem wielu bitew. To on zorganizował obronę miasta i kierował naprawą miejskich murów, a po odparciu sił Khazraka, mieszkańcy Untergardu jednogłośnie wybrali go na swojego przywdócę.

Po jego prawicy stał Hans Baumer, leśniczy, który uważany był za martwego. Wysoki, brodaty mężczyzna miał zatroskany wyraz twarzy i gestem dłoni nawoływał innych, by się pospieszyli. Nie było to proste, gdyż większość mieszkańców wciąż nosiła opatrunki i dochodziła do siebie po bitwie. Gdy w końcu wokół kapitana Schillera zebrali się niemal wszyscy mieszkańcy miasta, stary weteran uniósł rękę, gasząc w jednej chwili wszelkie rozmowy i szepty.
- Obywatele Untergardu! - zaczął chrapliwym, donośnym głosem. - Kilka dni temu cieszyliśmy się z podarunków przysłanych nam przez samego księcia Todbringera! Zdawało się, że wszystko idzie ku dobremu i najgorsze już za nami! Niestety, nie jest to prawdą. Hans, który wrócił dziś z rana do miasta, przyniósł ze sobą złe wieści, ale najlepiej będzie, jeśli on same je wam przedstawi!
Schiller skinął na Baumera.
- Jak wiecie, nie było mnie tu od tygodnia - powiedział łowczy. - Włóczyłem się po Drakwaldzie, pilnując okolicznych terenów i polując na bestie, które zaatakowały nasz ukochany dom. Przy okazji znalazłem świeże ślady zwierzoludzi, wiodące z południa. Wygląda na to, że w stronę Untergardu zmierza banda licząca jakieś dwie setki stworów.

Wśród ludzi zebranych na Ackerplatz podniosła się wrzawa. W wielu spojrzeniach dostrzegliście strach i panikę.
- Cisza!!! - Krzyknął kapitan Schiller, a mieszkańcy - choć niechętnie - w końcu zamilkli.
- Przybyłem czem prędzej, by was ostrzec i byśmy mogli podjąć dalesze działania. Jak chyba wszyscy zdają sobie sprawę, zdziesiątkowane miasto nie przetrwa naporu takiej hordy zwierzoludzi. Zginiemy, pozostając w domach, próbując bronić dobytku... Dlatego uważam, że powinniśmy uciekać, choć ostateczna decyzja będzie należeć do kapitana Schillera. Kilka dni temu odwiedziłem też Grimminhagen, z którego na pewno nie otrzymamy pomocy, bo miasto leży w gruzach. Ucieczka to nasza jedyna szansa na przeżycie. Mamy półtora, może dwa dni, zanim tu dotrą.

- Jeśli mogę zabrać głos... - Spomiędzy ludzi wychynął łysawy mężczyzna w kapłańskich szatach. To był ojciec Dietrich, kapłan Sigmara, który po śmierci swego poprzednika przybył do miasteczka, by krzepić serca ocalałych i odprawiać nabożeństwa w prowizorycznej kaplicy. Jak zwykle tulił do piersi oprawioną w ramę ikonę Młotodzierżcy. - Nie powinniśmy zostawać w miasteczku dłużej, niż to potrzebne. Już wystarczająco ludzi zginęło i choć niezbadane są wyroki Sigmara, tak jak mówi Hans, nie sądzę, byśmy mieli szansę na odparcie ataku. Nie, gdy w mieście pozostało zaledwie siedzemdziesiąt dusz, z czego część to starcy i dzieci.

Schiller odchrząknął, rozglądając się po wychudłych, zbolałych twarzach swoich ziomków.
- Dobrze więc... chociaż mówię to ze zbolałym sercem, jutro z rana wyruszamy na północ, w stronę Middenheim. Wiemy, że wciąż rządzi tam przychylny nam stary wilk Todbringer, a za murami miasta znajdziemy odpowiednie schronienie. Z pomocą księcia wrócimy do miasta i dokończymy odbudowę naszych domostw. Untergard znów będzie wielkim miastem! A teraz pozbierajcie najważniejszy dobytek i przygotujcie się do wymarszu z samego rana. Komu potrzebna pomoc przy ranach, niech się zgłosi do Babuni, ale nie obawiajcie się, nawet najpoważniej rannych nie zostawimy samych sobie.

Ludzie nie zdążyli się dobrze rozejść, gdy na placu pojawił się jeden z mieszkańców w towarzystwie wysokiego, wyraźnie wystraszonego i wycieńczonego młodego mężczyzny, który padł w końcu na kolana, dysząc ciężko.
- Dobijał się do bramy, to go wpuściłem - powiedział tęgi strażnik z kosą. - Mówi, że jest z wioski Eichdorf i że trupy chodzące wszystkich tam pozabijały, a jemu jednemu udało się ucieć. Chciał się widzieć z tobą, kapitanie.
- To prawda... - chłopak łapał powietrze do płuc. - Wszyscy w wiosce... nie żyją... Żywe trupy nas zaatakowały... z zaskoczenia... szkielety w zbrojach i z mieczami... zabijały dla niego... tego, tego... - Nieznajomy cały się trząsł. - Czarownika... w czarnym kapturze... widziałem, jak machnął rękom, a ludzie z wioski powstawali, jakby żywi byli... ale nie byli żywi... to on ich ożywił! - Krzyknął, a z ust aż kapała mu ślina. Mieszkańcy zaczęli szeptać między sobą. - Udało mi się schować... zabrać konia wójta... ale szkapa padła po drodze, więc żem biegł co sił... Widziałem, jak ruszyli ścieżką przez las na Untergard... Oni tu idom!
- Jak cię zwą? - Zapytał spokojnie Schiller, jakby usłyszane wiadomości zupełnie nie zrobiły na nim wrażenia. - Jesteś pewien tego, co mówisz? Bo niech cię Ulryk chroni, jeśli nie.
- Rolf... Rolf Baumann, panie... Na mamusię przysięgam, że prawdę mówię... Musicie... musimy uciekać... widziałem, jak zostawili wioskę i oni się tu wlokom, będą przed wieczorem pewnie. - Rolf otarł spocone czoło, przeskakując przerażonymi oczyma po twarzach zebranych.
- Ilu ich jest?
- Nie wiem, jak uciekałem, to nie liczyłem... ale z pięćdziesiątka lekkom rękom będzie
- powiedział Baumann, po czym obejrzał się za siebie, jakby trupy były już u bram. - I czarownik!

Takich informacji dla miejscowych było już za wiele. Nie dość, że na Untergard zmierzała banda zwierzoludzi, to ten młodzian ostrzegał ich właśnie przed chodzącymi zwłokami i czarownikiem. Walka z żywym przeciwnikiem to jedno, ale z martwym, pobudzonym do życia mrocznymi mocami, to było coś zupełnie innego. Ludzie ze strachem w oczach rozmawiali podniesionymi głosami, słychać było kobiecy szloch i płacz dzieci.
- Hans, zabierz Rolfa do gospody, niech chłopak dostanie coś do picia i jedzenia, potem się z tobą rozmówię. - Zaordynował Schiller. - Kobiety, starcy i dzieci do domów, niech zostaną tylko najsilniejsi i ci, co mogą walczyć.

Gdy mieszkańcy zaczęli się rozchodzić, kapitan podszedł do was i wziął na bok, z dala od tłumu.
- Bardzo żeście się przysłużyli miasteczku przy bitwie o most, dlatego muszę was jeszcze raz prosić o pomoc. Nie mam powodu, by nie wierzyć temu chłopakowi, dlatego musimy się przygotować na ewentualny atak martwiaków. Walczyło które z was z nimi kiedyś? Ścierwojady nie są ruchliwe, ale strzały i bełty nie robią na nich wielkiego wrażenia... Najbardziej martwi mnie ten czarownik. - Schiller przejechał dłonią po siwej brodzie. - Na pięćdziesiąt trupów i nekromantę mam jakichś dziewiętnastu zdrowych chłopa, co się ostali po ataku Khazraka, oprócz tego ja, Hans i wy. Liczebnie tamci będą mieć przewagę, ale jak ich pomysłem podejdziemy, to utrzymamy miasto do rana, a potem wyruszymy do Middenheim. Trza bramę czymś wzmocnić, w gruzach w południowej części miasta mogą się znaleźć jakieś belki, ale po tylu dniach deszczu nie wiem, czy się jeszcze do czego nadadzą. Żywych trupów nam tu jeszcze, psia mać, brakowało. Bogowie ostatnio nas nie oszczędzają. Jeśli macie jakieś propozycje, z chęcią wysłucham. - Schiller spojrzał na was, oczekując, co macie do powiedzenia.

 
Mroku jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 19-07-2019, 18:40   #8
 
Tabasa's Avatar
 
Reputacja: 18818 Tabasa ma wspaniałą reputacjęTabasa ma wspaniałą reputacjęTabasa ma wspaniałą reputacjęTabasa ma wspaniałą reputacjęTabasa ma wspaniałą reputacjęTabasa ma wspaniałą reputacjęTabasa ma wspaniałą reputacjęTabasa ma wspaniałą reputacjęTabasa ma wspaniałą reputacjęTabasa ma wspaniałą reputacjęTabasa ma wspaniałą reputację
Dotarłszy na plac targowy, Erika oparła się o ścianę jednego z budynków i z założonymi na piersiach rękoma przysłuchiwała się słowom Schillera i Baumera. Złe wiadomości przyjęła ze spokojem, choć cieszyła się, że stary kapitan podjął jedyną słuszną decyzję i postanowił ewakuować ludność następnego dnia o świcie. Może dali sobie radę z atakiem zwierzoludzi na most, ale w obecnym położeniu, gdy została ich garstka, czekanie na dwustu Chaośników byłoby jedynie podpisaniem na siebie wyroku śmierci. A na tamten świat najemniczce się jeszcze nie spieszyło.

Po wystąpieniu Schillera miała ruszyć z pozostałymi do karczmy, by spakować swoje rzeczy, gdy jeden ze strażników przyprowadził wystraszonego, młodego wieśniaka. To, o czym opowiedział, wstrząsnęło mieszkańcami i Erika im się nie dziwiła - nawet ona, walcząc na wielu frontach Burzy Chaosu, nie spotkała się nigdy z ożywieńcami, a co dopiero mieszczuchy, którzy kilka dni temu po raz pierwszy widzieli zwierzoludzi w pełnej okazałości. Kobieta słyszała jednak co nieco o żywych trupach i to nie one ją niepokoiły, tylko ten, kto wzniecił w nich iskrę fałszywego życia. To on był najgroźniejszym z nich. To jego się słuchały, prąc do przodu i niosąc śmierć w kolejne miejsca. Dlatego to czarownika należało się pozbyć jak najszybciej.
- Jeśli da radę, trzeba ubić nekromantę - powiedziała. - Trupy są z nim połączone, więc jeśli padnie on, padną i one. Nie będzie to łatwie, ale tak, jak mówisz, kapitanie, może nam się udać obronić, jeśli wszystko zaplanujemy. Gerwazy. - Spojrzała na młodego adepta magii. - Masz w zanadrzu jakieś czary, którymi będziesz mógł nas wspomóc w razie czego?

Nie sądziła, by mężczyzna mógł się zmierzyć z czarownikiem w otwartej, magicznej walce, ale najważniejsze było mieć jakieś opcje. Kolejna część rozmowy zeszła na przerzucanie się pomysłami, jak rozprawić się z ożywieńcami, w której Erika chętnie uczestniczyła. Nie lubiła siedzieć z założonymi rękoma, zwłaszcza, gdy zagrożenie było realne i miało pojawić się w miasteczku wieczorem. Po uzgodnieniu wszystkiego zabrała się za robotę, ruszając w zrujnowaną część miasta, by przytargać na mury jakieś solidniejsze kamienie oraz pozostałości po ścianach, które byłyby na tyle ciężkie, by zrzucić je trupom na łby. Potem pomagała w czym tylko była potrzebna, bo roboty przy zabezpieczeniu bramy i przygotowaniu pułapek nie brakowało. Miała tylko nadzieję, że ich wysiłek nie pójdzie na marne.
 
Tabasa jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 19-07-2019, 19:48   #9
Administrator
 
Kerm's Avatar
 
Reputacja: 46025 Kerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputację
Okazało się, że nie bez powodu kapitan Schiller zwołał zebranie mieszkańców - na jego miejscu Konrad podjąłby dokładnie tę samą decyzję. Rozsądek nakazywał wziąć nogi za pas i modlić się, by nadciągająca banda zwierzoludzi nie okazała się zbyt szybka. Obrona miasteczka mijała się z celem, chyba że chcieli popełnić zbiorowe samobójstwo. A wszyscy (a przynajmniej większość, a przynajmniej Konrad) chcieli żyć. Aby jednak to pragnienie mogło się spełnić, należało się znaleźć daleko stąd. Im dalej, tym lepiej. I im szybciej, tym lepiej.

Jak się jednak wnet okazało, owo 'szybciej' mogło być nieco utrudnione. I raczej nie można było sądzić, że dobrym słowem powstrzyma się nekromantę i ciągnącą za nim bandę chodzących trupów. Trzeba było wymyślić coś, a nawet kilka 'cosiów', dzięki którym dałoby się wyeliminować hordę nieumarłych tudzież tego, który ich stworzył.
Na szczęście co parę głów, to nie jedna, więc parę sposobów się znalazło.
Potem Konrad spakował swoje rzeczy, sprawdził, czy jego Burzy nic nie dolega, a następnie zabrał się za pomaganie w realizowaniu pomysłów obrony, z których niektóre były nawet jego dziełem.
 
Kerm jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 23-07-2019, 07:55   #10
 
Lechu's Avatar
 
Reputacja: 12304 Lechu ma wspaniałą reputacjęLechu ma wspaniałą reputacjęLechu ma wspaniałą reputacjęLechu ma wspaniałą reputacjęLechu ma wspaniałą reputacjęLechu ma wspaniałą reputacjęLechu ma wspaniałą reputacjęLechu ma wspaniałą reputacjęLechu ma wspaniałą reputacjęLechu ma wspaniałą reputacjęLechu ma wspaniałą reputację
Post Dzięki za dialog :)

Gerhard Schiller zrobił na Rudigerze olbrzymie wrażenie. Jako oficer armii Imperium mężczyzna spisał się znakomicie w czasie bitwy ze zwierzoludźmi dowodząc nie tylko żołnierzami, ale też nie przystosowanymi do walki i wykonywania rozkazów mieszkańcami Untergardu. Kapitan posiadał dar nie tylko do zrozumiałego wykrzykiwania poleceń, ale też do podnoszenia morale na tyle aby bednarz, stajenny czy krawiec z żelazem w rękach stawili opór większym i silniejszym tworom chaosu.

Shultz nie potrzebował pokrzepienia, bo mimo swego przestępczego pochodzenia wyróżniał się honorowym zachowaniem i dotrzymywaniem słowa mimo wszelkich przeciwności losu. Wojownik pierwszego dnia bitwy o most obiecał sobie i kilku innym osobom, że nie opuści mieszkańców miasteczka w potrzebie. Nawet gdyby ktoś na to wpadł to w drodze do Miasta Białego Wilka zginąć było łatwiej niż w Untergardzie. Poza mieszkańcami wojownik chciał ocalić Cassandrę, która zmierzała do Middenheim aby wesprzeć chorą matkę. Shultz bał się przyznać przed samym sobą, ale polubił kobietę bardziej niż zamierzał.

Schiller czekał na Ackerplatz w otoczeniu zebranych mieszkańców i łowczego Baumera. Kiedy zaczął swoją przemowę Rudiger wiedział, że kapitan nie miał dla nich dobrych wieści. Żal było patrzeć na rannych, wyczerpanych ludzi czekających z nadzieją na sprzyjające im nowiny. Jakie było też ich zdziwienie kiedy Hans oświadczył, że w ich kierunku zbliża się horda zwierzoludzi. Te strachliwe, spanikowane okrzyki można było porównać do skowytu jeńców wojennych idących na stracenie…

- Teraz wszyscy zginiemy! – krzyknął ktoś z tłumu.

- Na Sigmara! Moje dziatki są za młode na śmierć! – zawtórowała jakaś spanikowana kobieta.


- Cisza! – kapitan Schiller skutecznie uciszył tłum.

Shultz przyglądał się całej sytuacji od środka. Stał w środku tłumu chłonąc niecodzienną atmosferę. Widział, że wielu zebranych ukradkiem zerkało na niego. Swoją postawą wojownik starał się wesprzeć innych na duchu. Na próżno było szukać u niego strachu czy zwątpienia. Rudiger wiedział co powinni zrobić, ale to do kapitana należała decyzja. To w jego ręce złożono bezpieczeństwo tych wszystkich ludzi…

Wiadomym było, że musieli uciekać co potwierdzili łowczy, kapitan oraz ojciec Dietrich. Mimo iż całej sprawie nie brakowało pikanterii to na placu pojawił się młody, wystraszony mężczyzna oznajmiając, że do Untergardu zmierzała licząca ponad 50 jednostek armia nieumarłych dowodzonych przez nekromantę. Shultz nie miał trudności z utrzymaniem powagi. Nie chciał aby ludzie zobaczyli zwątpienie w oczach jednego z nielicznych wojowników. Rudiger emanował pewnością siebie do czasu aż ludzie zaczęli się rozchodzić do swoich domostw.

Kapitan Schiller zdecydował się na rozmowę z oddziałem walczącym niedawno o most. Zapowiadała się poważna bitka, w której przeciwnik miał przewagę liczebną. Oni mogli jednak nadrobić sprytem, przygotowaniem pola bitwy i odpowiednią taktyką.

- Skoro oni mają przewagę liczebną to dobrym wyjściem będzie wykonać pułapki. - powiedział Rudiger po chwili zastanowienia. - Wilcze doły pełne kolców, belki na uwięzi i tym podobne. Strzelcy mogliby razić czarownika, a wojownicy atakować to co zostanie z trupów po przejściu pola pułapek. - dodał Shultz. - Poza pułapkami można zrobić prowizoryczne umocnienia aby trupy poszły takim szlakiem jaki im wytyczymy. Zbierzemy ich w kupę i wyrżniemy w wąskim gardle. - Wojownik spojrzał po pozostałych.

- Też o tym pomyślałam - powiedziała Erika. - Ze zrujnowanej części miasta można by zabrać jakieś cięższe kawałki porozbijanych ścian i przytaszczyć na mury, żeby im na łby pozrzucać, jeśli jakieś się przeprawią do bramy. A potem, tak jak mówi Rudiger, wyrżnąć pozostałych do nogi. Kobiety, starców i dzieci w jednym miejscu ulokować, żeby nie kręcili się pod nogami i nie przeszkadzali. Na przykład w największym budynku miasteczka.

- Dobry pomysł z tymi wilczymi dołami i zrzucaniem kamieni z murów. Zaraz zagonię ludzi, żeby wam z tym pomogli - rzucił Schiller. - Kobiety i resztę można zamknąć w karczmie na czas walki, albo starym magazynie zbożowym dwie ulice dalej. Pomyślę nad tym.

- Ogniem by trzeba z nim walczyć - powiedział Konrad. - Olej, oliwa, słoma... i co tam jeszcze macie, żeby się dobrze paliło.

- Oliwa i olej się znajdą, słomy też trochę będzie, ale nie liczcie na cuda, wszystko na wykończeniu jest - powiedział kapitan.

- Czy ktoś czasem nie ma pod ręką jakiejś brony? - spytał Konrad. - Takie kolce mogą nieco utrudnić chodzenie.

- Niestety, nic takiego tu nie mamy. Kosy, siekiery, noże, łuki i strzały tak, ale żadnych rolniczych narzędzi. Utrzymywaliśmy się głównie z handlu i rybołówstwa - wyjaśnił Schiller.

- Musimy zatem polegać na tym co jest pod ręką. - powiedział Shultz. - Najpierw zróbmy pułapki i umocnienia, a później wskażmy dobre miejsce dla strzelców. Wojownicy powinni być gdzieś przy barykadach aby w razie potrzeby zaatakować bez narażania łuczników aby ci w czasie walki mogli nadal strzelać. Najlepiej z dachów chat albo z jakiegoś delikatnego podwyższenia. Kapitanie proszę wyznaczyć ludzi do budowy, a od razu zajmiemy się tematem.

Cassandra stała gdzieś z boku przysłuchując się rozmowie z nietęgą miną. Choć bardzo starała się być dzielna i chciała pomóc jak najlepiej umiała, to była świadoma tego, że się nie nadaje. Rozmowa, której była właśnie świadkiem, była najlepszym na to dowodem. Przez to nie potrafiła dłużej kamuflować smutku, jaki ją ogarniał. Nie chcąc zwracać na siebie uwagi po prostu stała w milczeniu zastanawiając się czy jest jakikolwiek sposób, aby mogła być przydatna. Ciężko jej jednak było dojść do jakiegokolwiek wniosku.

- A sieci? - spytała bardzo nieśmiało i cicho, nie wiedząc czy w ogóle ktokolwiek zwróci na nią uwagę - Sieć można zrzucić i kogoś unieruchomić, jak rybę? - niewinny grymas wymalował się na jej słodkiej buzi, a policzki okrył rumieniec nieśmiałości.

- Bardzo dobry pomysł - powiedział po chwili Rudiger. - Kapitanie. Skoro żyjecie z rybołówstwa musicie mieć sieci - dodał. - Będą bardzo przydatne. Cassandro, zgodzisz się towarzyszyć kobietom i dzieciom w schronieniu? Byłbym spokojniejszy w trakcie walki.

Rudiger spojrzał na nią, a ta uśmiechnęła się bardzo delikatnie. Wyprostowała i podniosła nieco głowę, gdyż w końcu poczuła się bardziej przydatna, niż początkowo myślała.

- Tak, mogę się nimi zająć, pomóc im we wszystkim, tylko… - westchnęła młódka widząc, że spojrzenia pozostałych skierowane są w jej stronę - … chciałabym też, nim pójdziesz, o coś cię zapytać. - Cassandra odchrząknęła cichutko, czując drapanie w gardle. Zdecydowanie za mało piła i jadła, oddając innym swoją rację i zaczynała odczuwać tego skutki. - Ale to później, dobrze? A teraz powinnam zebrać chyba mieszkańców w jedno miejsce i przygotować im warunki. Tak?

- Zgadza się. - odparł Shultz. - Kapitanie lepsza do ewentualnej obrony będzie karczma czy magazyn o którym Herr wspominał?

- Sieci to świetny pomysł, i tak już do niczego nam się więcej nie przydadzą, jeśli mamy opuścić miasto - rzucił Schiller. - Zaraz poślę ze dwóch moich ludzi, żeby wszystko przygotowali. Kobiety, dzieci i starców lepiej zebrać w karczmie - piętrowa jest, więc łatwiej będzie się bronić z góry, jeśli coś poszłoby nie po naszej myśli. Z murów można atakować dystansowo i jak Erika wspomniała, zrzucać im na głowy co cięższe rzeczy. Myślę, że sobie poradzimy. No, nie ma co tak stać, trzeba się zabrać za robotę. Zaraz wyznaczę ludzi do kopania przed bramą i od razu im zapowiem, że mają się was słuchać, cokolwiek im powiecie, żeby zrobili odnośnie umocnień. Panna Cassandra powinna zostać w karczmie z innymi, żeby mieć na nich oko i informować w razie czego. Jeśli nikt nie ma już żadnych pytań i propozycji, ruszajmy, bo czas nie działa na naszą korzyść - zakończył Schiller.

- Bramę proponuję zatarasować jakimiś beczkami, skrzyniami, czy innymi cięższymi rzeczami. I niech miastowi nie skąpią niczego, bo gówno im przyjdzie z dobytku, jak trupy ich do Morra wyślą - powiedziała po wysłuchaniu wszystkich Erika. Chciała zaproponować wozy, które mogliby ustawić pod kątem, barykadując oba skrzydła, ale podejrzewała, że te przydadzą się rannym i starcom, gdy będą opuszczać z rana Untergard. O ile dotrwają do rana, choć takiej myśli nie chciała do siebie dopuszczać. - Do roboty zatem! Wezmę kilku ludzi i pójdę rozejrzeć się za większymi kamieniami w zrujnowanej części miasta. Jakbyście potrzebowali z czymś pomocy, będę potem gdzieś w pobliżu, najpewniej pracowała na murach.

Po tych słowach ruszyła w stronę stojących nieopodal mężczyzn i zagoniła kilku, by ruszyli wraz z nią.

- No to do roboty. - Konrad skinął głową i ruszył "w miasto", by pomagać w organizowaniu obrony.

Rudiger skinął głową kapitanowi i ruszył. Najpierw musiał porozmawiać z uroczą Cassandrą, a później brać się do roboty. Nie mieli czasu do stracenia…


Shultz nie wiedział o co chciała zapytać go Cassandra. Kiedy ją odnalazł ta jak zwykle zaskoczyła go swoją eksplozywnością. Wojownik mógł kontrolować swój umysł, ale – jak każdy mężczyzna – posiadał odruchy ciała, które dały o sobie znać kiedy filigranowa kobieta przylgnęła go niego.

Rudiger czuł się nieswojo kiedy zdał sobie sprawę, że jeszcze kilka tygodni temu nieznana mu kobieta martwiła się o niego z troską w głosie, której nie zaznał przez całe życie. Wiktor lata temu bał się o niego, ale była to szorstka, ojcowska miłość pełna wymagań i obowiązków. Tym razem było to coś innego, zupełnie nowego i niespotykanego dotąd…

Kiedy Cassandra zasugerowała, że Rudiger mógłby spędzić bitwę z nią, kobietami, dziećmi i starcami wojownik poczuł wstyd biorąc to w ogóle pod rozwagę. Wiedział jednak, że ona nie rozumiała jeszcze jego sposobu myślenia. Nie mógł jej za to winić. Znali się krótko i mimo szczerych chęci nie byli w stanie poznać się aż tak dogłębnie. Shultz postanowił wytłumaczyć kobiecie to spokojnie i z empatią, która nie pasowała do Rudigera sprzed kilku miesięcy.

Wojownik znał się na walce i na podstawie tej wiedzy starał się wyjaśnić Cassandrze jak duże były jego szanse w starciu. Pominął kwestie takie jak zmęczenie, które dotyczyło jego i nie miało miejsca u ożywionych zwłok. Pominął sprawę obrażeń, które na nim zrobiłyby wrażenie, podczas gdy ożywiony trup pomimo nich parłby napal naprzód. Shultz zręcznie omijał szczegóły, które mogłyby wzbudzić w kobiecie większe wątpliwości. W jego głowie pojawiła się myśl, która nie dawała mu spokoju. On naprawdę ją lubił i nie chciał zacząć traktować inaczej niż dotychczas. Wiedział, że kiedy wejdzie z nią na tą ścieżkę nie będzie z niej powrotu. Już nie będą mogli być przyjaciółmi, za jakich uważał ich obecnie Rudiger. Mężczyzna nie winił za to Cassandry tylko siebie. To jego umysł niepotrzebnie dodawał do jej uwodzicielskich gestów uczucia, które wcale nie musiały im towarzyszyć.

Na koniec ich rozmowy Rudiger walczył z myślą, że mógłby ją pocałować, ale bał się, że zrobi za wiele. Wojownik mógł kontrolować swoje ciało i umysł, ale wszystko miało swoje granice. Cassandra była piękną kobietą co nie ułatwiało mu zadania. Miał nadzieję, że jego pożegnanie nie było zbyt oschłe i nieczułe. Z drugiej strony chciał aby takie było na wypadek gdyby nie przeżył bitwy z umarlakami… Lepiej byłoby jej się pozbierać myśląc o nim jako nieczułym skurwysynu niż mężczyźnie, z którym kiedyś, w odpowiednich okolicznościach, mogłoby ją połączyć uczucie.


Shultz nie miał czasu do stracenia. Przed rozpoczęciem przygotowań pozwolił sobie na krótką, ale treściwą modlitwę do Myrmidii. Patronka żołnierzy i strategów, córka Vereny i Morra, na pierwszy rzut oka nie pasowała do osoby wojownika jakim był. Wysoka, dobrze zbudowana, młoda kobieta przypominała w wyobrażeniach przestępcy Erikę. Rudiger pomyślał, że postać kompanki mogła być dobrym znakiem i jego bogini stała tym razem po stronie obrońców Untergardu.


Chociaż Erika bardziej wyglądała na wyznawczynię Ulryka to Shultz nie chciał jej kojarzyć z szałem bitewnym tylko taktycznym pomyślunkiem, którym się wykazała w rozmowie z kapitanem Schillerem. Konrad i Cassandra również dorzucili ciekawe i warte uwagi pomysły. Gerwazy zapewne rozmyślał nad nekromantą, o których mógł słyszeć jako adept sztuk magicznych. Młodzik wydawał się nieobecnym chociaż Shultz czuł, że jeszcze ich czymś zaskoczy. Po modlitwie Rudiger musiał przygotować pole bitwy.

W przygotowaniach dołączył do innych obrońców Untergardu. Byli to zarówno zwykli ludzie, ale też bohaterscy Konrad, Erika i Gerwazy. Mimo iż wielu mogło nie doceniać Cassandry to jej podtrzymywanie na duchu i zajęcie zmartwionych mieszkańców miasta było dla Rudigera wyżej cenione niż kolejny miecz do siekania nieumarłych. Do zrobienia były umocnienia, barykady, pułapki, stanowiska dla strzelców. Ludzi do pracy nie było wcale tak wielu, a poza samym przygotowaniem pola bitwy musieli mieć też siły aby walczyć. Zbliżające się godziny mogły być decydujące o ich życiu lub śmierci. Shultz zazwyczaj nie polegał na innych, ale miał nadzieję, że jego patronka będzie im sprzyjała…
 
__________________
[Samouczek] Szarpanie krawędzi obrazów by Lechu...
[Samouczek] Przezroczystość by Lechu...

---> Zapraszam do "Kuferka Skarbów"

Ostatnio edytowane przez Lechu : 23-07-2019 o 17:45.
Lechu jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Odpowiedz



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 23:45.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2019, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166