Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Warhammer
Zarejestruj się Użytkownicy

Sesje RPG - Warhammer Wkrocz w mroczne realia zabobonnego średniowiecza. Wybierz się na morderczą krucjatę na Pustkowia Chaosu, spłoń na stosie lub utoń w blasku imperialnego bóstwa Sigmara. Poznaj dumne elfy i waleczne krasnoludy. Zamieszkaj w Starym Świecie, a umrzesz... młodo.


Odpowiedz
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 19-02-2021, 12:56   #1
 
Quantum's Avatar
 
[Kamienie Zagłady] Ogień w górach (Część I)

KAMIENIE ZAGŁADY
CZĘŚĆ I: OGIEŃ W GÓRACH



13 Sigmarzeit 2516 KI

Kreutzhofen, w którym rozpoczyna się nasza opowieść, było miastem dość ruchliwym i zamożnym. Mieszkańcy żyli tutaj i prowadzili swoje interesy spokojnym rytmem, z dala od społecznych wstrząsów reszty kraju o których słyszało się tutaj w różnych opowieściach. Miastu nie zagrażały żadne potwory, czy zwierzoludzie a nawet jeśli już, to garstka żołnierzy pod dowództwem kapitana Trottela, którzy stacjonowali w Kreutzhofen, potrafiła sobie z nimi poradzić. A do tego, z czym nie potrafili sobie poradzić, albo nie chcieli, wynajmowano chętnych na zarobek awanturników. W ostatnim czasie szczególnie szóstka z nich, zajmująca apartament w jednej z kamienic lokalnego potentata nieruchomości - Josefa Gieriga, zyskała dość sporą rozpoznawalność w miasteczku i okolicach. Mieli na swoim koncie kilka rozwiązanych spraw, w tym między innymi odbicie z rąk porywaczy jedynego syna retmanki Gretchen Erdhaim, Kaspara, za wypuszczenie którego porywacze żądali 500 koron. Vessa, Bardin, Galeb, Zachariasz, Felix i Klaus odnaleźli ukrytą głęboko w lesie starą leśniczówkę, gdzie ośmiu banitów przetrzymywało młodego chłopaka i wyrżnęli wszystkich, sprowadzając Kaspara bezpiecznie do domu. Tym zaskarbili sobie jeszcze większy szacunek mieszkańców Kreutzhofen.

Samo miasto kipiało od różnych plotek i informacji, które bohaterowie mogli usłyszeć, przebywając w gospodach "Pod Czarnym Orłem", lub w nieco lepszym zajeździe "Pod Żeglarzem". Faktem było, że niebezpieczeństwa w Dolinie Yetzin i na Szlaku Mroźnych Kłów ograniczyły handel z Księstwami Granicznymi. Plemiona orków, goblinów i bandy banitów napadały na karawany kupieckie ciągnące w obie strony i nikt nie kwapił się zbytnio, by coś z tym zrobić. Niektórzy rozprawiali przy mocniejszych trunkach o Bestii z Gór Szarych. Miała to być prastara maszkara, na której widok ludzie sobie sami gardła podcinali. Niedawno znaleziono zmasakrowanego jednego z górników i ludzi strach obleciał. Ludzie żyli też bardziej przyziemnymi sprawami, co by chociaż na chwilę nie myśleć o zagrożeniach poza miastem.

Tu i tam słyszało się, że Zachariasz zachodził do Walusi, córki kucharza Josefa Gieriga i ojcu pannicy się to nie widziało. Również Felix posądzany był o romans z Carmen Santiago, tileańską pięknością, która czekała w swoim domu na powrót męża z misji w Tilei. Chociaż nikt twardych dowodów nie miał, słowo po mieście się poniosło. Klaus sporo czasu spędzał w domu Kayi Eishertz, mieszkającej na obrzeżach miasta zielarki, którą mieszkańcy podejrzewali o bycie wiedźmą. Ponoć czarny kot kobiety bardzo lubił łowcę wąpierzy, a ludzie gadali, że zielarka rzuciła na Weghorsta jakieś czary. Jedynie Vessa, Bardin i Galeb nie dawali powodów do żadnych plotek, głównie z jednego powodu - mieszkańcy raczej omijali krasnoludy (zwłaszcza Galeba, którego się bali ze względu na bandaże pokrywające jego twarz), a gdy raz Vessa położyła jednym ciosem dobierającego się do niej przy barze w "Czarnym Orle" syna lokalnego kowala, inni stracili zainteresowanie.

Niemniej, cała szóstka dobrze wkomponowała się w lokalną społeczność i przez wielu byli traktowani jak swoi. Od pewnego czasu roboty żadnej nowej nie mieli, toteż skupiali się na tym, co życie przynosi dnia codziennego, jednak nie mogli odpędzić się od przeczucia, że ktoś ich obserwuje. A to Galeb i Bardin daliby głowę, że ktoś się im przygląda, gdy piją w "Orle", a to Klaus wychodzący od Kayi czuł na sobie czyjeś spojrzenie, a to Vessa i Felix mieli wrażenie, że już ostatnio mijali nieznajomego podobnego z twarzy do nikogo. Kolejnego dnia rano, gdy bohaterowie siedzieli przy śniadaniu, rozległo się glośne pukanie do drzwi ich apartamentu. Otworzył Galeb, a chudy, niezbyt czysto ubrany urwis mający na oko jakieś dziesięć wiosen, na jego widok wcisnął mu szybko w dłoń kawałek pergaminu i zbiegł po schodach, aż się za nim kurzyło.

Krasnolud westchnął tylko ciężko, zamknął drzwi i wrócił do stołu, przy którym siedziała reszta. Rozwinął pergamin i zaczął czytać.
- "Drodzy moi i szanowni. Dużo dobrego słyszałem o waszych umiejętnościach i zasługach dla lokalnej społeczności. Tak się składa, że w potrzebie jestem palącej, by wynająć ludzi zaufanych, znających się na walce i potrafiących być dyskretnymi. Pracę mam dla was, dobrze płatną i oferującą dreszczyk emocji. Jeśli jesteście zainteresowani, będę oczekiwał was o ósmym dzwonie w gospodzie "Pod Żeglarzem". Liczę, że nie odmówicie mi pomocy. Baron Sigfrid von Shtauffen." - zakończył Galeb.
 
Quantum jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 19-02-2021, 19:10   #2
 
Gladin's Avatar
 

 Opowieść Bardina

Urodziłem się w Altdorfie, wielkim brudnym mieście ludzi. Ojciec mój, w latach swej młodości, musiał uciekać z rodzinnej twierdzy, gdzie zapowiadał się na zdolnego inżyniera. Niestety, coś poszło nie tak, zadarł nie z tym kim trzeba i wyrzucono go z gildii. A żeby ratować życie, opuścił domowe pielesze. Nie mnie osądzać, czy był mędrcem czy tchórzem, podejmując taką a nie inną decyzję. Włóczył się po świecie zadając z różnymi typami spod ciemnej bądź jasnej gwiazdy. Walczył, zabijał, podróżował. Gdy dotarł do Altdorfu, przystąpił do akademii. Uczył się tutaj i równocześnie uczył innych - jego wiedza jako inżyniera pomogła ludziom rozwinąć swoją wiedzę. Ojciec sam zgłębiał tajniki broni palnej oraz ładunków wybuchowych. Można powiedzieć, że posiadanie przez ludzi swoich inżynierów jest w dużej mierze zasługą jakiegoś zaplutego krasnoluda, który wymusił na moim ojcu ucieczkę. Ale dość o nim. Kładł mi do głowy, żeby nie interesować się wojaczką czy pogonią za jakimiś przygodami. Solidny fach to podstawa, mawiał.

A od niego mogłem się wiele nauczyć. Na początek wysłał mnie jednak na praktykę do znajomego płatnerza - żebym nauczył się czegoś, w czym on mniej mógł mi pomóc. Więc robiłem te zbroje w warsztacie, zanim stary uznał, że jestem gotowy pójść na studia. Poszedłem więc do imperialnej akademii w Altdorfie, a ojciec nie szczędził ni środków, ni własnej wiedzy. Miałem dostęp do rzadkich manuskryptów, prywatnych notatek ojca i jego projektów - niektóre ukończone, inne nigdy nie wyszły poza tę fazę. Sam zacząłem majstrować i składać, głównie specjalizując się w broni strzeleckiej (ojciec miał wiele projektów, sam się tym fascynował za młodu) oraz broni palnej. W tym drugim przypadku ojciec nie mógł mi wiele pomóc, bo dla niego to była już zbytnia nowomoda, ale posiadał wielką wiedzę o prochach, ładunkach wybuchowych, bombach, fajerwerkach… na akademii ukończył za młodych lat szkolenie saperskie...

Ale wiecie jak to jest, gdy wszyscy porównują Cię do twojego ojca, który jest żywą legendą… a i sam ojciec nie sypał dobrym słowem. Ciągle było coś nie tak. Ciągle niepotrzebnie się włóczyłem gdzieś ze studentami. Trwoniłem czas na zabawę, zamiast siedzieć i się uczyć jak należy. Że niby dawno powinienem dorosnąć. Że jestem nieodpowiedzialny. Że się nie przykładam. No rany… do tego siostra też została inżynierem. I ciągle było: Bardin, spójrz na siostrę. Ona zrobiła to, zdobyła tamto. Popatrz, Symfonia już zdała ten egzamin, a ty kiedy? Ple, ple, ple… gdy więc tylko dostałem glejt uprawniający do posługiwania się tytułem inżyniera, wyrwałem się z tego rynsztoku, jakim jest ludzka stolica, byle dalej od legendy ojca.

Szukając zajęcia trafiła się okazja zamusztrować się na okręt, który miał dla Tzara łupić, czy jak to tam ładnie nazwali. Kapitanów statków szukających załogi było wielu. Nawet mój absolutny brak doświadczenia okrętowego nie przeszkodził. Wiedza na temat broni palnej i tytuł inżyniera dały mi od razu stanowisko oficera na łajbie (a tak! slangu morskiego już się zdążyłem co nieco nauczyć) o dziwnej nazwie Visla. No dobra… to nie było to, co sobie wymarzyłem. O czym marzyłem? W sumie nie wiem. Myślałem, że ruszę do jakiejś krasnoludzkiej twierdzy, że zostanę „prawdziwym” krasnoludem. Że ojciec się o tym dowie i może pokiwa z uznaniem głową… sam nie wiem.

Tymczasem zamiast pod ziemię, trafiłem - o zgrozo - na wodę. Na domiar złego, zamiast obracać się w towarzystwie statecznych khazadów okazało się, że abordażem dowodzi ogr, niziołek jest kwatermistrzem, a elfi mag odpowiada za wiatry i takie tam. Widział kto kiedy takie krasnoluda? Ale kiedy wiesz, że lądując w wodzie pójdziesz na dno i twoje życie zależy nie tylko od ludzi, ale od elfów, niziołków i ogrów, zaczynasz inaczej spoglądać na świat. I masz gdzieś, że tysiące lat temu twoi przodkowie poprztykali się z przodkami elfów. Teraz to już nie tylko ojciec, ale i inne krasnoludy będą na mnie dziwnie patrzeć, taki los...

Doglądałem więc dział i balisty, pokrzykiwałem sobie na ich obsługę. Kilka razy nawet wszedłem do wody aby przekonać się, że wolę jednak trzymać się pokładu. I tak bujaliśmy się napadając, aż kiedyś kapitan zszedł na brzeg i już nie wrócił. Pewnie zadźgali go w jakimś zamtuzie. Co było robić, zawinąłem się zabierając ze sobą należną mi część łupów, zszedłem z powrotem na ląd i zacząłem szukać nowego zajęcia.

 
Gladin jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 19-02-2021, 20:53   #3
 
Ayoze's Avatar
 
Trochę się zasiedział w Kreutzhofen, to trzeba było przyznać. Na szczęście czas ten nie został zmarnowany, a wręcz mógłby powiedzieć, że wykorzystał go bardziej, niż odpowiednio. Chociaż przyzwyczajony do działania w pojedynkę, dobrze czuł się w drużynie złożonej z przeróżnych osobowości. A i mieli co robić w miasteczku i okolicach, choć Klaus lubił chadzać swoimi ścieżkami. Niektóre zadania brał tylko na siebie, ale wciągał w nie niektórych członków zespołu - z Vessą pozbyli się porywaczy zwłok z okolicznego cmentarza, a z Felixem i Galebem odwiedzili ruiny starej wieży w Lesie Duchów, gdzie zakończyli marny żywot pewnego nekromanty i kilku jego sługusów, których zdążył zawezwać. Działo się więc całkiem sporo i na nudę na pewno Weghorst nie narzekał.

Jako człowiek, który nie lubił nie wiedzieć, co się w okolicy dzieje, przy okazji sprawdził też pogłoski na temat niejakiej Kayi Eishertz, którą lokalni obgadywali za plecami, mianując w opowieściach wiedźmą. Klaus będąc subtelnym poznał się z kobietą i poczynił swoje śledztwo, które nie przyniosło jednak żadnych dowodów, jakoby Kaya istotnie czarownicą była. Wręcz przeciwnie - zielarka okazała się być ciepłą, sympatyczną osobą o spokojnym usposobieniu i miłości do natury. Weghorst złapał się na tym, że gdy z drużyną nie miał nic poważniejszego do roboty, zachodził zwykle do blondwłosej zielarki i popijał jej ziołowe herbaty. Plotek, które poniosły się po mieście, jakoby Kaya rzuciła na niego jakieś czary nawet nie zamierzał prostować, bo ludzie i tak będą mieć swoją historię, nieważne, czy im coś wyjaśnisz, czy nie.

Pomimo prawie czterdziestki na karku, Klaus trzymał się bardzo dobrze. Był mężczyzną całkiem przystojnym, o zaczesanych do tyłu czarnych włosach i zaroście, o który dbał. Wysoki, szczupły, ale z wyraźnie zarysowanymi mięśniami. Dbał o siebie, bo w fachu, jaki wykonywał nie było marginesu na błędy - od tego, jak był przygotowany i w jakiej formie zależało jego życie. Dlatego nigdy nie przesadzał z alkoholem, a ciało poddawał codziennemu treningowi, dzięki czemu czuł się silnie i pewnie. Na co dzień ubierał się w dobrej jakości ubranie podróżne oraz płaszcz z kapturem, a gdy wyruszali w teren przywdziewał pełną zbroję kolczą. Po mieście poruszał się jedynie z najlepszej jakości mieczem wiszącym przy pasie oraz sztyletem, jednak jego uzbrojenia dopełniała kusza samopowtarzalna oraz zwykła kusza, z której też czasami korzystał (tak samo z sieci, czy arkana). Większość rzeczy noszonych w plecaku leżało teraz w jego pokoju w apartamencie Gieriga, gdzie mieszkali całą bandą.

I akurat tak się złożyło, że gdy pięknego, wiosennego poranka zasiedli do śniadania, ktoś zapukał do drzwi. Galeb postanowił to sprawdzić, co Klausowi było całkiem na rękę, bo zdążył sobie właśnie posmarować kromkę chleba dżemem wiśniowym, który dostał od Kayi dzień wcześniej i już zaczął kosztować.
- Częstujcie się, przyjaciele, dżemem - powiedział do towarzyszy. - Z zapasów lokalnej zielarki, palce lizać.
Galeb pojawił się w końcu z powrotem z jakimś zawiniątkiem w dłoni, która okazała się być listem od jakiegoś barona.
- Słyszeliście coś może o Herr Shtauffenie? - Zapytał, skacząc wzrokiem po twarzach kompanów. - Jeśli nie, to przed pojawieniem się w wyznaczonym miejscu warto by było zasięgnąć języka wśród miejscowych. Może oni coś wiedzą. W każdym razie powinniśmy przyjąć zaproszenie i chociaż sprawdzić, co to za “dyskretna” robota. - Klaus ugryzł niewielki kawałek chleba z dżemem, pozwalając wypowiedzieć się pozostałym. Sam po śniadaniu miał zamiar udać się w miasto i popytać tu i tam o tego barona.
 
Ayoze jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 20-02-2021, 10:13   #4
 
Gladin's Avatar
 
 Bardin jaki jest, każdy widzi

Bardin, jak sam mawiał, urodę odziedziczył po matce. Był przystojnym krasnoludem, z brązową ułożoną brodą - w rodzinie jego ojca ponoć większość była rudowłosa. Ponoć, bo znał ich głównie ze słyszenia. Kilka razy w życiu odwiedził ich stryj Tladin, krasnolud parający się wojaczką. Poza nim ojciec utrzymywał kontakt z rodem jedynie listownie. Z postury Gladinson nie wyglądał na potężnego wojaka, ale posiadał zadziwiająco dużą siłę. Śmiał się, że to dzięki treningom w przeciąganie liny z ogrem. Pozwalało mu to dźwigać pokaźne ilości ekwipunku, na który składały się narzędzia wszelakie. Specjalna uprząż pozwalała mu na wpięcie do niej i kilofa i łopaty, pił, pilników, łomu, pochodni a nawet drabinki sznurowej. Tę ostatnią wyniósł ze statku bo jak mawiał, wygodniejsze to niż lina do wspinania się. Z widoczną lubością dźwigał też na sobie zbroję płytową.

- Wiecie, - mawiał - po tylu tygodniach na statku miło było założyć porządny kawał blachy na siebie. Na łajbie to co najwyżej skórznię można było wdziać. Cała reszta w razie czego ciągnęła od razu na dno. Spotkałem co prawda takich co woleli mieć na sobie pancerz chroniących ich w walce, godząc się na ryzyko utonięcia. Ich sprawa...

Tak więc Bardin chodzi pobrzękując swym pancerzem, którego przeciętny człowiek pewnie by nawet nie udźwignął.
Jest też niegłupim krasnoludem, jak możnaby oczekiwać po inżynierze. Niestety zupełnie nie potrafi rozmawiać z innymi i zraża ich do siebie zupełnie niechcący. Opowiadał wam historię, jak próbował zapoznać się ze swoją nową załogą Visly. Niziołka Koniczynka, Kwatermistrzyni, na dzień dobry strzeliła mu z liścia biorąc jego miłe słowa za obleśną próbę poderwania jej. No cóż, taki już był. Zrzucał winę na dziedzictwo swego ojca, który też niezbyt dobrze sobie radził w relacjach z innymi

 Śniadanie

- Ha, no i dobrze - skwitował poranną wizytę inżynier. - Coś nowego będzie się dziać - mruknął już częstując się dżemem. - Dobre - dodał mlaskając przy pierwszych kęsach. - Teraz rozumiem, po co tak nadskakujesz tej Kayi - zaśmiał się.

- Robocie trzeba się przyjrzeć, nie ma dwóch zdań. Ale nie zaszkodzi popytać - zgodził się z Klausem. - Dobra, to ja się rozejrzę za tym smykiem, co tu wpadł. Może powie mi coś więcej - pożegnał towarzyszy machnięciem. Zabrał ze sobą jedynie broń i pieniądze, plecak z całym majdanem pozostawiając w pokoju. Zszedł na dół i rozejrzał się za kimś, kto może udzielić mu wskazówek. Jako, że było rano, większość ludzi była w pracy. Udał się więc na most, gdzie niejaki Thomas Schutz pobierał opłaty za przejście.

- Taa... chyba wiem o kogo Ci chodzi - pokiwał głową, opierając się łokciem o barierkę. - To Carlo, jest tu od jakiegoś czasu. Nie powinno być go trudno znaleźć. Wszędzie go pełno. O tej porze pewnie jest na przystani gdzieś tam - machnął ręką wskazując kierunek. - A jeżeli tam go nie znajdziesz, to nocuje w Domu Artystów.

Bardin zapytał jeszcze strażnika o samego Shtauffena, po czym udał się w stronę przystani. Faktycznie, poszukiwany przez niego smyk kręcił się tam, zagadując kupców. Gladinson podszedł do niego.
- Słuchaj mały, ty przyniosłeś nam dzisiaj list of Shtauffena? - rozpoczął z wrodzoną sobie subtelnością. Opowiedz mi co wiesz o nim[/i] - dodał wyciągając srebrną monetę z zanadrza. Liczył na to, że moneta nadrobi jego braki w umiejętności przekonywania.

- A signore khazad dobrze trafił - mały tileańczyk wyszczerzył się w uśmiechu szybko chwytając monetę. Bardin nie planował przekazać mu jej tak szybko, ale chłopak okazał się zręczniejszy. - Sporo wiem, a czego nie wiem, to się dowiem. Signore z towarzyszami tu znani w okolicy są. Signore szuka dyskretnego i bystrego człowieka do załatwienia problemi? Jestem Carlo i chętnie dla signore będę pracował. Też nie jestem tutejszy. Biegle znam tileański, potrafię cicho chodzić i chować się tak, żeby nikt mnie nie zauważył, potrafię dostrzec to, czego inni nie widzą i znaleźć to, co ukryte, wiem jak znaleźć pułapki, mam zręczne dłonie, umiem słuchać co w trawie piszczy, umiem przekonująco mówić, znam się na wartości różnych przedmiotów, umiem udawać inne osoby, jestem dyskretny, umiem liczyć do trzydziestu…

Bardin przerwał mu ten potok słów machając rękoma.
- Dość, dość! Ja chcę tylko dowiedzieć się czegoś o tym Shtauffenie.
 
Gladin jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 20-02-2021, 10:46   #5
 
Obca's Avatar
 
Vessa dołączyła na śniadanie prawie zawsze ostatnia. I prawie zawsze ubrana tak jakby była w każdej chwili wyjść w świat daleki na jakąś wyprawę. Większość poranka przeznaczyła na ćwiczenia i sprawdzanie swojego oręża. I jak to z ludźmi którzy odwlekają poranny posiłek przychodziła na niego głodna jak wilk.

- Mhm dzień zaczynamy słodkościami Klaus? Uważaj bo przywykniesz i ci strzała się wbije w kolano.
- Powiedziała z entuzjazmem nakładając sobie na pajdę chleba z białym serem bogatą porcję kwaśnawo-słodkawej brei z kawałkami leśnych owoców.

- Wy sobie chodźcie za chłopaczkami ja dzisiaj odbieram nowy miecz od kowala i parę innych zamówionych rzeczy. Mogę więc popytać u kupców. Spotykamy się tutaj i idziemy razem czy na miejscu? - Vessa była bardzo konkretną kobietą, wychowana przez rodziców najemników prawie całe swoje życie spędziła na wojaczce i pokazywaniu słabszym od niej agresorom gdzie ich miejsce. Ceniła sobie brutalną szczerość, zaradność i czarny humor. Jest Tileanka z pochodzenia choć większość życia spędziła w Imperium.
 
Obca jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 20-02-2021, 12:39   #6
 
Ayoze's Avatar
 
Klaus uniósł brew na słowa Bardina.
- No przecie pod urokiem jej czarów jestem, to i nie mam wyboru - odparł wesoło krasnoludowi. - I może jednak nie jedzcie, bo i was zaczaruje. Nigdy nie wiadomo, czego tam dorzuciła, wiedźma paskudna. - Zakończył ironicznie.

Gdy pojawiła się Vessa i dorzuciła swoje, odpowiedział:
- Zwykle nie jem takich specyfików, ale obiecałem Kayi, że spróbuję i powiem, co sądzę, jak ją znowu odwiedzę. A co do strzały w kolanie, to tak się może zdarzyć i bez jedzenia słodkości. Ale że kompanów mam takich, co mnie w potrzebie nie zostawią, to się tym nie martwię na zapas. Jeśli chodzi o spotkanie z baronem, to ja przed wieczorem raczej będę w domu, więc jak któreś z was się pojawi, to pójdziemy razem. Po śniadaniu popytam o Shtauffena w “Orle”, więc możemy wyjść wspólnie, Vesso, bo gospoda jest po drodze do kuźni.

Było jeszcze wcześnie, więc nie spieszył się z jedzeniem. I tak, jeśli ktoś posiadał jakieś informacje na temat barona, to się czegoś do wieczora dowiedzą.
 
Ayoze jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 20-02-2021, 14:28   #7
 
Stalowy's Avatar
 
- Jak będziecie rozpytywać o barona to przynajmniej nie róbcie tego tak by cała okolica wiedziała że jesteście nim zainteresowani. - rzekł oschle Galeb - Jeżeli już próbujemy wykazać się dyskrecją.

Bandaże na twarzy Kowala Run poruszały się na wspomnienie o miejscowym kowalu. Galeb cieszył się że ma tą osłonę na twarzy gdyż łatwiej mu było ukryć grymas irytacji. Przegnało go spróbowanie dżemu od zielarki za który podziękował solidnym skinieniem głową - wyraźnym znakiem aprobaty z jego strony.

W słowach i myśli był biegły jak mało kto lecz wciąż gdzieś pod tą zasłoną mądrości i stateczności kipiał gniew - jakaś dawna uraza, może? Trudno było powiedzieć. Nie dzielił się tym za bardzo z towarzyszami. Przy bajdurzenia o dawnych czasach i przygodach zwykle przywoływał swoje dość ponure doświadczenia - oblężenie Karak Azul, walki z zielonoskórymi i skavenami, podróż przez Złoziemie, szarpaniny z człeczą szlachtą. Zawsze mówił to wszystko ponurym głosem jakby cytował Księgę Uraz.

Raz gdy napił się trochę bardziej wspomniał że urodził się w Barak Varn ale szkolił się na Przełęczy Czarnego Ognia. Jego ojciec był cenionym piwowarem pobierającym nauki u samego Josefa Bugmana, on jednak pomimo bycia pierworodnym poszedł na termin do Rhunkarakiego.

W trakcie przygód wykazał się... wyjątkowym pragmatyzmem jak na krasnoluda z gór. Nie nosił pełnej zbroi płytowej, tylko skórznię i pancerne płyty czernione pastą którą sporządzał z ogniskowego popiołu. Na szlaku i w dziczy zdawał się czuć lepiej niż w miastach, doskonale nawigował, a i potrafił wznieść solidne obozowisko tylko z pomocą saperskiej łopatki, którą z resztą potrafił też elegancko przywalić w czyjś łeb.

Z powodu oparzeń na twarzy nie miał brody (z resztą poparzone miał też dłonie), dość szczupłej sylwetki (jak na krasnoluda) i sporego wzrostu (jak na krasnoluda) można było go pomylić z człowiekiem, choć patrząc na jego krzepę i dźwigany plecak jasnym stawało się że nie należy do człeczej rasy. Zestaw narzędzi, antałek piwa, lina i wielki, solidnie wypchany plecak pomimo którego Galeb maszerował raźniej niż nie jeden człek dawał jasno do rozumienia że jest obdarzony typową dla krasnoludów kondycją.
Czasem zdarzało mu się ściągać bandaże. Głównie do mycia się, albo gdy bardzo się zabrudziły. Starał się oszczędzać widoku pobliźnionej przez alchemiczny ogień skóry towarzyszom, gdy jednak nie było rady nie krępował się by popsuć niektórym dzień tym widokiem. Higiena była dla niego bardzo ważna - w życiu przeżył już parę medycznych zabiegów, wolał nie mieć problemów z zakażeniami lub infekcjami.

Gdy przybył do Kreutzhofen i związał swój los z resztą bandy wybywał chętnie na przygody i wyprawy, a zarobione pieniądze przeznaczał na materiały i wynajem kuźni. Pracy kowala nie komentował w żaden sposób, ani tego ile życzył sobie za wynajem części warsztatu. Skupiony na doskonaleniu swojego rzemiosła Galeb za runiarstwo brał się tylko wtedy gdy nikogo nie było w pobliżu, choć czasem przy towarzyszach odnawiał runy na swoim pancerzu i broni.
Tej ostatniej miał kilka sztuk - młot bojowy z tajemniczego stopu własnej receptury, który momentalnie potrafił zająć się ogniem i rozgrzać do czerwoności. Zakrzywiony miecz, podobny do szabli, choć krótszy i bardziej masywny, dobry do walki w ciasnocie. Solidny nóż myśliwski dobry do oprawiania zwierzyny. Wspomniana łopatka o zaostrzonej krawędzi która dublowała też za siekierę. No i kusza z bełtami z kutej stali, choć po nią Galeb sięgać nie lubił, bo w walce na odległość nie był utalentowany.
Ostatnią sztuką wyposażenia była tarcza, lekka metalowa, którą zdobiła runa w kształcie dzbana. Podobny znak znajdował się na hełmie noszonym przez Runiarza. Znak jego klanu. Klanu Kamiennego Dzbana.

Gdy zjadł śniadanie, rozłożył pałatkę, a na niej swoje rzeczy. Wyjął drewniane pudełeczko z pastą, buteleczkę z olejem i zaczął nasmarowywać sprzączki, blachy, broń i tak dalej. Ostrza przejechał osełką. Pomniejsze runy zużyte w trakcie ostatniej wyprawy odnowił mrucząc tajemne krasnoludzkie zaklęcia. Potem wszystko spakował do plecaka, poprzytraczał co trzeba, tak by nazajutrz rano móc po prostu wstać, to wszystko założyć na grzbiet i ruszyć na szlak czy gdzie tam będzie potrzeba. Wolał to wszystko zrobić dzisiaj, by móc dłużej pospać.

Dopiero na porę obiadową poszedł na miasto zobaczyć czy nie spotka któregoś z towarzyszy w karczmie i czy nie byłoby okazji napić się piwa.
 

Ostatnio edytowane przez Stalowy : 20-02-2021 o 15:52.
Stalowy jest teraz online   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 20-02-2021, 20:29   #8
 
xeper's Avatar
 
Oczywiście Zachariasza nie było w gospodzie kiedy zjawił się posłaniec. Tak naprawdę minął się z nim na schodach, kiedy chłopak pędem wybiegł z pokoju po dostarczeniu listu. Niziołek podrapał się po głowie, jeszcze bardziej czochrając swoje nieprzystrzyżone, długie i skołtunione włosy zastanawiając się gdzie chłopaczyna tak leci. Potem pogwizdując na skoczną nutę Panieneczek od gąseczek wspiął się na piętro i wszedł do pokoju, akurat wtedy gdy Galeb kończył czytać list.

- Ahoj – zakrzyknął radośnie na powitanie, cisnął w kąt kapelusz i burozielony płaszcz, odsłaniając znajdujący się pod nim jaskrawozielony kubrak ze złotymi guzami i wystającą spod niego czerwoną koszulę. Na nogach miał niepasujące do góry ubioru obcisłe spodnie w wiśniowo-seledynowe pasy, podtrzymywane przez szeroki, tkany pas, który jak już niejednokrotnie opowiadał, był elfiej roboty. – Piękny dzionek dzisiaj, nieprawdaż? – zaszczebiotał z charakterystycznym dla niziołków z Krainy Zgromadenia śpiewnym akcentem. – Cóż to za sprawa? – spytał krasnoluda wskazując palcem na list i nie czekając na odpowiedź, zajął się konsumpcją dżemu. – Viborne – mlasnął, oblizując palce. – Musicie wiedzieć, że najlepsze konfitury robił niejaki Vaclav Vlażka z Barnoubic, a tak dobre były, że kiedy trafiły na stół Jaśnie Pana von Grochau, to ów sprowadził Vaclava do siebie na zamek do Hopfenhauptdorfu i nie chciał za nic puścić. Baron von Locha und Bouerben, powinowaty księcia Tassenicka, któren też miłośnikiem owych konfitur był od pierwszej łyżeczki, gdy się zwiedział, że Vlażka w niewoli siedzi zbrojnych wyszykował i najechał na ziemie Grochaua, sromotnie go pokonując i jeńca oswobodzając. Owe żołnierskie podchody noszą miano Konfiturowej Wojenki i niejeden o niej słyszał. Wy pewnie też, a?

- No, ale do tematu. Cóż to za sprawa? Nie pytałem? Bo jakem tu wlaził, jakiś chłopak zbiegał, pomyślałem złodziej. A taką historię miał pan Junz z Wergsdorfa…
- Zachariasz umilkł pod spojrzeniami kompanów i wysłuchał treści listu. – Nie ma się co divit. Bierem tą robotę, co? Bo widzicie, sprawa ma się tak… - zaczerwienił się nieco na ogorzałym, wcale nie pucułowatym licu. Podrapał po potylicy, co sugerowało, że ma jakiś problem. – Walusia… znaczy się panna Brancikówna, córka kucharza Brancika co mi jest przychylna… Jeno jej tatko nie jest… No co tu dużo pravit. Trzeba by mnie się ukryć, zniknąć na jakiś czas, bom miał przygodę podobną do tej, która się pewnemu Tadeusowi Hopplenowi przydarzyła w miasteczku Jorstburg w Talabeklandzie. Chodził on do pana radcy Oldenburga za ręką uroczej Aldigardy, ale ojciec był nieugięty i innego chłopa miał dla córki. A ona przychylna młodemu Tadziowi była, bo chłopak był zaradny i gładki na licu. I tak im jakoś się zeszło, że nagusieńcy na stryszku baraszkowali i miłosnym zapasom się oddawali, a tatko miał być w podróży, ale nie był! Nakrył ich, moi drodzy, że tak powiem in fragranti – Zachariasz obdarował towarzyszy szerokim uśmiechem. – A Tadzio jak zmykał z gołym dupskiem przez okno i po dachach, to aż się kurzyło. Potem Oldenburg śledczych wynajął, hycli i rakarzy, żeby Hoppelna ująć, że mu niby córkę zbałamucił i zbrzuchacił. No i dorwał… A ja dorwany być nie chcę, rozumitie pratele? A dżem doskonały. To od tej Twojej lubej, Weghorst?
 
xeper jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 20-02-2021, 22:09   #9
Administrator
 
Kerm's Avatar
 
Chociaż w Kreutzhofen Felix bawił juz od jakiegoś czasu, całkiem nawet długiego, to stale jednak nie czuł się to jak w domu. Nie mówiąc już o tym, że pogoda w Imperium nijak nie miała się do klimatu słonecznej Estalii, a wina były jakości - delikatnie mówiąc - miernej, to na dodatek swobody w tym miasteczku nie było za grosz. Nie można było odwiedzić urodziwej niewiasty, by nie narobiły się ploty... których Felix ani nie potwierdzał, ani nie zaprzeczał - wiedział, że cokolwiek by rzekł, to mieszkańcy miasteczka i tak wiedzieliby swoje.
Prawdę mówiąc nawet swoim kompanom nie zdradził, jak wyglądały sprawy między nim, wartą grzechu Carmen.

* * *


Felix jest dość wysokim, stosunkowo szczupłym mężczyzną. Niebieskie oczy spokojnie spoglądają na świat z opalonej twarzy, ozdobionej starannie utrzymanym zarostem. Twarzy może nieco zbyt poważnej, jak na młody jeszcze wiek Felixa.
Ubrany jest strój bardzo dobrej jakości, w różnych odcieniach brązu - jasna koszula, ciemnobrązowe spodnie, wysokie, skórzane buty do kolan, o wywijanych cholewach. Brązowa skórzana kurtka wykonana jest z dobrze wyprawionej skóry jakiegoś jaszczura, którego ponoć własnoręcznie ubił w Górach Szarych.
Nie rozstaje się z rapierem i dwoma pistoletami.

* * *

- Faktycznie, świetny dżem - powiedział, z uznaniem kiwając głową. - Ma kobieta talent - przyznał.
- A co do barona... - Zamyślił się na chwilę. - Może mieć dla nas ciekawą robotę, ale faktycznie warto by się czegoś wywiedzieć o naszym potencjalnym zleceniodawcy. Po co mamy się wpakować coś podejrzanego. Ale dyskretne wypytywanie? To małe miasteczko. Kichniesz, a po paru chwilach na drugim końcu będą wiedzieć, że masz katar.
- Trzeba wypytać dobrych znajomych - dodał. - Ale w sumie to dziwne, że nikt nigdy nie wspomniał tego miana.

Sam miał zamiar odwiedzić Carmen. Kobiety często wiedziały dużo więcej, niż się tego spodziewali mężczyźni.
 
Kerm jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 21-02-2021, 12:29   #10
 
Quantum's Avatar
 
++++Bardin++++

- No i ja bym opowiedział, signore khazad, ale ten pan wielmożny zakazał mi mówić cokolwiek… - Carlo przejechał palcem wskazującym po ustach, po czym udawał, że zamyka niewidzialną kłódkę na klucz i chowa go do kieszeni. Drugą dłoń wyciągnął w kierunku krasnoluda i potarł kciukiem o palec wskazujący, domagając się kolejnej monety. Bardin musiał przyznać, że chłopak umiał dbać o swoje. Pewnie w innych okolicznościach pogoniłby małego, ale teraz potrzebował informacji. Wręczył więc tileańczykowi kilka miedziaków.

Carlo schował szybko pieniądze do kieszeni i niewidzialnym kluczem otworzył równie niewidzialną kłódkę na ustach.
- To jest bogaty pan, z czterema ochroniarzami chodzi. Wielkie one, boję się ich. On z Księstw Granicznych jest, szczodry signore. Tak przynajmniej usłyszałem, jak rozmawiał z tymi ochroniarzami. Ja chciałem pożyczyć od niego trochę grosza, ale tak, żeby się nie dowiedział, ale jeden z ochroniarzy mnie złapał i dupsko złoił. A ten signore baron powiedział, że mogę mu się przydać. No i kazał mi przynieść ten papier do was. On się zatrzymał w jednym z domów signore Gieriga, niedaleko Domu Artystów. Tam jeszcze ktoś jest, ale nie widziałem dobrze. A teraz muszę już iść i donieść, że dostarczyłem papier, bo ci ochroniarze to powiedzieli, że mi nogi z dupy powyrywają, jak nie wrócę przed południem. Ale jakby coś było poczeba, to pamiętaj o mnie, signore khazad. Mnie łatwo na przystani znaleźć. Jak żem mówił, umiem słuchać co w trawie piszczy i mam lepkie… eee… znaczy zręczne rence.

Uśmiechnął się łobuzersko do inżyniera i rzucił biegiem, znikając w wąskiej alejce nieopodal.

+++Vessa+++

Klaus towarzyszył jej w drodze do kuźni i rozdzielili się, gdy na horyzoncie pojawiła się gospoda “Pod Czarnym Orłem”. Najemniczka odebrała swój pięknie wykonany miecz z kuźni i robiąc zakupy w centrum miasteczka wypytywała kupców o barona von Schtauffena, jednak żaden z nich nie był w stanie niczego ciekawego jej powiedzieć. Ale przynajmniej zakupy jej się udały.

+++Klaus+++

Wyszedł z domu wraz z Vessą i rozdzielili się, gdy na horyzoncie pojawiła się gospoda “Pod Czarnym Orłem”. W środku jak zwykle większość stolików była zajęta, ale jeden ze stołków przy szynku był wolny, więc Weghorst podszedł tam i rozpytał stojącego za kontuarem właściciela karczmy, Johana Silbera o tajemniczego barona. Johan wiedział tylko tyle, że mężczyzna wygląda na majętnego i był raz w gospodzie w towarzystwie czterech rosłych ochroniarzy. Podobno wypytywali o zaufanych ludzi do wynajęcia.

+++Felix+++

Po śniadaniu postanowił odwiedzić Carmen, co też uczynił. Piękna, czarnowłosa kobieta o śniadej cerze nie wiedziała nic na temat barona von Schtauffena, ale zwadźca nie mógł uznać czasu, jak u niej spędził za zmarnowany, gdyż Freulein Santiago od razu zaciągnęła go do sypialni, gdzie spędzili kilka przyjemnych chwil. Przy objęciach i pocałunkach kobiety, baron von Schtauffen przestał być już ważnym tematem. Przynajmniej tymczasowo.

+++Wszyscy+++

W apartamencie łapali się w różnych odstępach czasu, ale udało im się ustalić co nieco, dzieląc się wiedzą z każdym z towarzyszy. Tak więc baron von Schtauffen prawdopodobnie pochodził z Księstw Granicznych, był majętny i szukał odpowiednich ludzi do wynajęcia, choć do jakiej sprawy, z tym się nie wyświetlał. Bohaterowie poczekali więc, aż nadejdzie pora spotkania i wspólnie, lub jedynie w swoim towarzystwie, udali się do zajazdu “Pod Żeglarzem”.


Gospoda znana była w mieście jako ta z nieco wyższej półki, w której zatrzymywali się przejezdni kupcy czy szlachta. Prowadzona była przez Ralfa Grossa, którego rodzina żyła w Kreutzhofen od trzech stuleci. Posiłki serwowała jego żona Ewa i trzeba było przyznać, że na gotowaniu znała się jak mało kto. Główna sala zawsze była wysprzątana, w powietrzu unosił się zapach gotowanych potraw, a porządku strzegł emerytowany żołnierz, Gaspard Reinier. Lokal cieszył się renomą spokojnego miejsca, w którym nikomu nic złego bez powodu się nie stanie. Nie dziwiło więc, że baron wybrał to miejsce na spotkanie.

Ledwo bohaterowie pojawili się w środku, brat Rolfa, Borys, który pracował tu wieczorami jako barman, od razu pokierował ich do alkowy w rogu sali, gdzie przy dwóch złączonych ze sobą stołach, na których znajdował się dzban z winem i kilka kielichów, siedziało już pięciu ludzi. Jeden z nich wyróżniał się bogatym, zielono-białym strojem, kilkoma złotymi sygnetami na palcach i zadbanymi bokobrodami na jego pulchnej twarzy. Po jego obu stronach znajdowało się czterech wielkich chłopów o twarzach morderców, odzianych w skórznie i kolczugi. Wszyscy byli przy mieczach. Unieśli się nieco z siedzisk, gdy bohaterowie pojawili się w alkowie, ale jowialny mężczyzna gestem dłoni nakazał im usiąść.

- A więc jednak się zdecydowaliście. Świetnie, świetnie. - powiedział, zacierając pulchne dłonie. - Nazywam się baron Sigfrid von Schtauffen, siadajcie proszę, to wino dla was. Na rozluźnienie. Wziąłem najlepsze, jakie tutaj polecono.
Gdy zajęli miejsca, kontynuował.
- To zaszczyt was w końcu poznać. Wiele o was słyszałem. - Oczy mu się świeciły. - Jak już wiecie, propozycję pracy mam. Bardzo tajną, bardzo dobrze płatną. Dla odpowiednich ludzi, a takimi się wydajecie. Do rzeczy jednak, bo czas nagli. Jestem wysłannikiem z Vidovdanu, jednego z królestw Księstw Granicznych. Maximilian, następca tronu, studiował potajemnie na uniwersytecie nulneńskim, ale w tym czasie jego młodszy brat, Henning, wspomagany przez sąsiadującą z Vidovdanem Styrację, właśnie uzurpował sobie tron. Dlatego ważne jest, żeby prawowity spadkobierca wrócił od razu do domu. Zabraliśmy Maximiliana z Nuln jak najszybciej, ale jego brat dowiedział się o tej misji i ze swoich źródeł wiem, że wysłał swoje oddziały, by nie dopuściły, aby Maximilian dotarł do Vidovdanu.

Pstryknął palcami, a siedzący po prawo ochroniarz wyciągnął z plecaka złożony na cztery pergamin, który okazał się być mapą Księstw Granicznych. Baron rozłożył ją na stole.
- Spróbujemy wyprowadzić ewentualnych zabójców w pole - powiedział. - Ja ze swoimi ludźmi i fałszywym, ucharakteryzowanym na Maximiliana księciem udamy się główną drogą, na południe, przez Przełęcz Czarnego Ognia. Wy, jako ochroniarze prawdziwego księcia Maximiliana, ruszycie Szlakiem Mroźnych Kłów i w dół Doliny Yetzin. Droga jest niebezpieczniejsza, ale mniejsze prawdopodobieństwo, że oddziały Henninga ruszyłyby tędy - nie braliby pod uwagę, że moglibyśmy narażać księcia. Gdy miniecie granicę, spotkamy się na skrzyżowaniu drogi Kypryjskiej, gdzie przebiega rzeka Trebecz. Wszystko macie zaznaczone na mapie.

Odwrócił ją w waszą stronę.


- Daję sto koron na głowę, drugie tyle, jeśli uda wam się przewieźć Maximiliana przez granicę i spotkać się z nami w wyznaczonym miejscu. Przyjedziemy po niego z większymi siłami, by mógł bezpiecznie dotrzeć do domu - powiedział, upijając wina z pucharka. - Oprócz pieniędzy zapewnię wam konie i kuce, jeśli nie macie własnych. Jak będzie? Mogę na was liczyć? Jakieś pytania?
 
Quantum jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Odpowiedz



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 14:13.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2021, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168