Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Warhammer
Zarejestruj się Użytkownicy

Sesje RPG - Warhammer Wkrocz w mroczne realia zabobonnego średniowiecza. Wybierz się na morderczą krucjatę na Pustkowia Chaosu, spłoń na stosie lub utoń w blasku imperialnego bóstwa Sigmara. Poznaj dumne elfy i waleczne krasnoludy. Zamieszkaj w Starym Świecie, a umrzesz... młodo.


Odpowiedz
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 04-07-2021, 20:56   #1
 
hen_cerbin's Avatar
 
[WFRP II ed.] Ostatni. Nóż w plecy. Część IV.

PROLOG
Najazd wroga odparto. Bohaterowie zdobyli skarby i wrócili do domu. Tam czekały już na nich ukochane, awanse i nagrody. Tak, w bajkach historia kończy się w momencie zwycięstwa. Ale nasza historia w tym miejscu się dopiero rozpoczyna.

***

Zwycięstwo! Sukces! Wiktoria!
Ale jakim kosztem? Ile potu, ile grozy, ile krwi? Ile mogił pozostawionych na szlaku?

Powiadają, że zwycięzców się nie sądzi. To prawda. Sądzi się bowiem innych,
Kiedy opadnie bitewny pył, nadchodzi czas rozliczeń. Strach zmienia się w żądzę zemsty. Dalekiego wroga trudno się nienawidzi, a jeszcze trudniej się na nim mści. Na szczęście zawsze znajdą się jacyś wrogowie wewnętrzni. A nawet jeśli nie, można ich przecież stworzyć. Oskarżyć o kolaborację. O niewystarczającą pomoc. O niezapobieżenie kryzysowi. Któryś z nich w złości w końcu powie coś czego nie powinien. A wtedy rozpali się stosy.

***

Powiedzieć, że w Nuln gotowało się niczym w kotle czarownicy to jak nic nie powiedzieć. Upadek Pfeildorfu przeraził Wissenlandczyków, a śmierć Wielkiej Baronowej Etelki von Toppenheimer wywołała szok na szczytach władzy. Nawet jeśli baron Olaf Sektliebe, jej adoptowany syn i następca przejmie schedę po matce (co przy jedenastce rodzeństwa wcale nie było pewne), nie będzie miał dość środków by poradzić sobie finansowo. Plany podziału prowincji snute przez Elektorkę legły w gruzach.
Wrzało również w Zgromadzeniu, organie teoretycznie doradczym, w praktyce odpowiedniku rządu prowincji, radośnie ignorowanych przez Elektorkę. Czy jak głosiły plotki była zainteresowana tylko nowymi strojami i dworem, czy też była słabym zarządcą świadomym swoich braków na tyle, że zrezygnowała z zajmowania się tym dla dobra wszystkich, czy może celowo udawała głupszą niż jest - dość, że to Zgromadzenie musiało radzić sobie z sytuacją w prowincji, a choć wiele dobrego można powiedzieć o procedurach demokratycznych - nie były one ani szybkie ani nie przebiegały gładko, kiedy stronnictwa kupców, fabrykantów, wojska, dworu, szlachty prowincjonalnej i nieludzi (wpływy tych ostatnich zmalały dosyć znacznie po zdradzie ze strony Karak Hirn) kotłowały się i zawierały sojusze rozpadające się jeszcze w tym samym tygodniu. Aż dziw, że udało się w ogóle jakieś siły zebrać i wysłać. Wtedy jednak sytuacja była pilna. Teraz nie. Więc choć sytuacja była tak kryzysowa jak nie tak dawno temu przedstawiał to w pewnym namiocie szef wywiadu swoim nowo werbowanym agentom, działania Zgromadzenia były zwykle spóźnione i w najlepszym razie fragmentaryczne. Nuln funkcjonowało. Ale nie zamierzało pomagać. A może inaczej - każdy uważał że pomóc należy - ale nikt nie zamierzał na to płacić. Niektórzy jednak płacili - nawet jeśli nie pieniędzmi, to odczuwaną powszechnie pogardą i niechęcią, jak krasnoludy. Albo tylko pogardą, jak uchodźcy. A goście z poza Imperium (i inni, którzy mieli pecha być za nich uznanymi) nawet życiem, jeśli komuś ktoś wyglądał na “oberwańca z południa”. Samosądy, ogólne “wzmożenie czujności”, plotki o zdrajcach w szeregach szlachty, wojska, kupców… Po zwycięstwie upojeni nim ludzie mają tendencję do przynajmniej chwilowego odpuszczenia sąsiadowi. W końcu “wygraliśmy”. Po porażce… nigdy. W końcu to “oni przegrali”. A nawet jeśli “my”, to zawsze “przez kogoś”.
Atmosfera w mieście stali była ciężka nie tylko ze względu na wyziewy z hut.


***

Co ciekawe, w Imperium, jako takim, nastroje były dokładnie odwrotne. W końcu “my, ludzie”, wygraliśmy. Ludzie, którzy całe swoje życia spędzili w lęku przed nadejściem Chaosu, dowiedzieli się, że kiedy ten w końcu nadszedł, Imperialna Armia odparła najazd zwyciężając w walnej bitwie. Wieści rozeszły się szybko. Kto by nie świętował takiego sukcesu? Kto by się przejmował jakimiś resztkami mutantów i innych stworów kryjących się po lasach? Jeszcze przy okazji sporo zielonych poszło do piachu, nawet wampiry przestraszyły się i wróciły do siebie.
Sukcesy te wiązał się jednak z wieloma wyrzeczeniami. I rosnącymi podatkami. Rósł w siłę pogląd, że może i jaki potwór zeżre czasem drwala czy myśliwego, a banda zwierzoludzi zabije kupca na trakcie (i dobrze tak, burżujowi!), ale to w sumie nie jest takie znowu częste, a i może mnie osobiście nie dotknie. Za to poborca podatkowy, oby oparszywiał skurwiel, zawsze przylezie i co roku woła więcej. Pogłówne, podymne, podatek od pasa, od drzwi i okien, od przychodu i dochodu, tylko patrzeć, aż za oddychanie też każą płacić. Że niby na wojsko co broni przez wrogiem. Nu, to wroga pokonali, to spokój bydzie, to i piniondza już brać tyle nie powinni. Co? Dalej chco wiecej? Trzymajta mie chopy, bo nie strzymie…
I o ile chłopom zawsze było źle, jak to chłopom, to ostatnio zaczęli sarkać także kupcy. I mieszczanie. I różni tacy intelektualiści, co to sugerowali, że skoro w końcu wygraliśmy, to może by już trochę na wymianę poglądów pozwolić i znaleźć na nią inne miejsce niż szafot czy szczyt fachowo zbudowanego stosu.
Na dwory podobne herezje jeszcze nie przeniknęły (w końcu mało kto narzeka na podatki, których i tak, z racji urodzenia, nie płaci), ale i nie zauważono tam także tego, że trudno będzie usadzić z powrotem na roli i zmusić do kornego klękania pod butem kogoś, kogo dopiero co nauczono, że z muszkietem jest w stanie ze stu kroków powalić dzikiego Norsemena. A także tego, że kiedy ktoś przetrwał widok ryczących biegnących na niego bestii Chaosu i nie porzucił piki ani nie uciekł, widok szlachcica z jego mieczykiem może u niego wzbudzić jedynie śmiech.

***

O tym wszystkim, i o wielu innych rzeczach rozmawiano tego dnia obiedzie dziękczynnym za uratowanie jedynej córki Hrabiny von Liebwitz, Magritty. Spotkanie było kameralne, z dwudziestką gości, ledwo czterdziestką służby i zaledwie jednym pieczonym w całości łosiem (plus dwa dziki, cztery jelenie i tak dalej, aż do szesnastu królików i trzydziestu dwóch perliczek) oraz skromnym wyborem z dwunastu win. Uboga oprawa imprezy podpowiedziała Gustawowi von Essing, że wdowa po Leosie von Liebwitz, rodzonym bracie Elektorki, wciąż była w żałobie. Zginął biedak gwałtowną śmiercią, w niejasnych okolicznościach, takie wydarzenia sprawiają, że trudniej się ze śmiercią pogodzić.
Przy stole znajdował się poza wymienionymi oczywiście brat wdowy i wuj Magritty, którego jakoś do tej pory nikt o imię nie spytał (co najwyraźniej nie przeszkadzało mu szczególnie), dwóch zaproszonych listownie krasnoludów z oddziału Gustawa, Galeb Galvinson oraz Detlef Thorvaldsson oraz Roz Bauer, wyglądająca jak ktoś kto po długiej i ciężkiej chorobie dochodzi do siebie. Udawanie kogoś, kto ostatnie tygodnie spędził za granicą na leczeniu, było może mniej konieczne wśród zaufanych gości Hrabiny, ale Roz dobrze wiedziała, że nawet wśród nich może pracować ktoś taki jak ona, kto sprzedaje informacje każdemu kto zapłaci.
Pozostali goście, jak Gustaw także szybko się domyślił, będą służyć głównie do tworzenia pozorów, że impreza dalej trwa, kiedy już pewne osoby, do których zresztą sam się również zaliczał, przeniosą się do mniejszego gabinetu na piętrze. W tamtym pokoju nie będzie łosia, dzików ani perliczek, nie będzie służących i nie będzie rozmów o niczym. Chociaż, jak dobrze wiedział, z takich nieznaczących rozmów można wynieść zaskakująco dużo informacji, jeśli tylko się umie. A on potrafił.
Miał jedynie nadzieję, że jego towarzysze, do tej pory nie grzeszący manierami i umiejętnością kurtuazyjnej rozmowy nie obrażą gospodyni dopóki nie będą mogli “zniknąć”. Nie martwił się jednak zbytnio - matka jedynaczki dużo może wybaczyć wybawcom swojej córki.
 
__________________
Sonda - Gobliny

Ostatni, cz. IV
Gladin, Druidh, Gob1in, Stalowy

Ostatnio edytowane przez hen_cerbin : 11-08-2021 o 05:13.
hen_cerbin jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 15-07-2021, 20:17   #2
 
Stalowy's Avatar
 
Ze stoickim spokojem Galeb odkrawał kawałki mięsa z użyciem noża i widelca. Pieczyste z łosia powędrowało do zdeformowanych ust, by po chwili zostać przeżute przez twarde jak kamień zęby krasnoluda. Krzykliwość i przepych panujące wokół drażniły runiarza, lecz on przybrał kamienną maskę spokoju. Im mniej się odzywał tym lepiej, choć i też mało kto chciał z nim rozmawiać.

***

Zaczęło się od zaproszenia jakie otrzymali w garnizonie. To że je dostali mogło świadczyć o naprawdę wielkiej wdzięczności matki Mag… albo że jej wuj już o nich wie.

Wracając z garnizonu do kwatery Galeb marudził Detlefowi by ten ubrał się w coś bardziej pasującego do okazji. Pewno Hrabina nie miała wobec ich zachowania wielkich wymagań lecz dobre wrażenie mogłoby im zjednać jej przychylność ponad to co już zdołali wypracować.

Sam Galeb zjawił się u Hrabiny ubrany w eleganckie odzienie (przynajmniej w jego mniemaniu) jakie pobrał jeszcze w Karak Hirn. Nie były to jednak szaty, odpowiadające jego funkcji. Woląc nie epatować swoim stanem wybrał białą bawełnianą koszulę z kołnierzem o długim rękawie, czarną haftowaną w proste wzory kamizelkę wraz z solidnymi spodniami podtrzymywanymi przez szeroki pas z grawerowaną sprzączką. Buty miał te co zwykle, ale wyczyścił je i wypastował. Całość choć prosta była wykonana z wielką starannością, wysokiej jakości materiałów (importowana z Arabii bawełna w Imperium odziewała jedynie bogaczy) a kolory były wyraźne i świeże. Długie rękawy koszuli podwinął jednak aż za łokieć odsłaniając zabandażowane dłonie i przedramiona.
Mógłby uchodzić za kupca lub mieszczanina lecz cały ten strój był lekko napięty przez muskularną sylwetkę Kowala Run zdradzając że nie jest osobą wiodącą spokojny i lekki żywot. Podobną wskazówką był przypięty do pasa Majcher, nad którym Galeb popracował jeszcze w Karak Hirn, a z którego piętno dawnego właściciela wypędził kowalskim ogniem. Uczynił tak zgodnie z prastarym obyczajem przekuwania zdobycznych przedmiotów lub trofeów na przedmioty praktyczne, czy to do użycia codziennego czy też jako artefaktów. Pochwę ostrza ozdobił misternym kanciastym wzorem wyciętym w skórze, a sam metal i rękojeść dopracował tworząc solidne narzędzie do użycia zarówno w walce jak i w dziczy. Grawerunek i wzory miały jednak zamaskować tą funkcję.
Ze sobą zabrał dwie butelki napełnione krasnoludzkim trunkiem, który przywieźli z gór. Choć cena tego napoju z pewnością nie robiła na arystokracji wrażenia to jego niedostępność w ludzkich krainach była czymś co im nie umknie. Uznał że to będzie dobry krok by podziękować za gościnę (chociaż wszak to dziękowano im i reszcie Ostatnich za pomoc) a przy tym będą wyrazem dobrych chęci.

***

Po przybyciu i przedstawieniu się nastąpiła krótka, niezręczna cisza, którą Galeb przerwał wręczając podarunek dla gospodarzy. Jednak i tu grzeczności szybko się wyczerpały, co znów zaowocowało krępującą pauzą, przerwaną tym razem przez Wujka. Człowiek ten zapytał bez złośliwości o osobliwe nakrycie głowy które Galeb posiadał. Runiarz bez krępacji odpowiedział że twarz zakrywa ze względu na innych, którzy mogą nie być nawykli do tak nieprzyjemnych widoków. Dla podkreślenia swoich słów uchylił odrobinę bandaży ukazując pobliźnioną skórę na rękach i twarzy. Korciło go jak zawsze by od razu odsłonić całą oszpeconą facjatę, jednak zdołał się powstrzymać od rzucenia tego “wyzwania” ludziom przed którymi stał.

- Pod Górami Krańca Świata ogień dotknął całej mej głowy i przedramion wraz z dłońmi. - rzekł spokojnie.
Lepiej panował nad głosem i ciałem. Był bardziej świadomy tego jak protekcjonalnie się odnosił do tych którzy nie wycierpieli tyle co on, nie znali takich tajemnic świata, ani nie głowili się nad wielkimi sprawami. Powstrzymywał się też od tych gestów, którymi próbował wpędzić innych w zmieszanie. Był co prawda przy tym sztywny, brak mu było swobody z jaką poruszali się i mówili ludzie.

Na szczęście oszczędzono im dalszych niezręczności i zaproszono do sali w gdzie mieli zjeść posiłek.

***

I tak trwał w milczeniu na dziękczynnym obiadzie u Hrabiny. Jadł spokojnie co jakiś czas zerkając na pozostałych gości, których zaproszono na posiłek, oraz rzecz jasna na gospodarzy. Widział też że wiele spojrzeń pada na niego i na Detlefa lecz nie uciekał wzrokiem. Zastanawiał się czy była to jakaś przykrywka czy już wciągano ich w jakąś grę cieni lub intrygę, która miała czemuś posłużyć.

Niecierpliwie wyczekiwał tylko momentu kiedy Wujaszek postanowi się z nimi rozmówić, bowiem co jak co ale wątpił by cokolwiek powiedzieli mu Roz i Gustav było w stanie wyczerpać jego ciekawość odnośnie tego co wydarzyło się na Przełęczy… i czego zdołali się dowiedzieć.

Lecz na jego nieszczęście w pewnym momencie ktoś zebrał się na odwagę by go zagadać. Był to szlachcic siedzący naprzeciw, którego twarz zdobiła malownicza blizna przez policzek i brew, a która oszczędziła jedno z jego błękitnych oczu.

- A pan, panie krasnoludzie w jakiej walce zyskał takie trofea? - swobodnym gestem dłoni przesunął po twarzy - Czyżbyście potykali się ze smokiem? - zapytał błyskając uśmiechem pełnym jasnych zębów...

...i podszywając pytanie szyderstwem? A może kpiną? Może tak po prostu miał?

Ponieważ pytanie było skierowane do kogoś kto pasował na tym obiedzie jak pięść do nosa część rozmów przycichło wsłuchując się w co powie krasnolud.

Galeb położył delikatnie sztućce na talerzu, z ostrożnością jakby to wszystko było zrobione z kruchutkiego szkła. Przemknęło mu przez głowę że ludzi od zadania dużo bardziej kłopotliwego pytania o wojnę z Granicznymi i neutralność krasnoludów mogła powstrzymywać tylko groźna aparycja dawi i obawa że dwóch mięśniatych dzikusów będzie chciało wyjaśnić sprawę przy pomocy swoich potężnie umięśnionych rąk.

- Szanowny panie. - rzekł rzucając przeciągłe spojrzenie na umgiego - W trakcie walk z pomiotami z czeluści gór znalazłem się w polu rażenia ognia alchemicznego, którego wybuch zdołałem przeżyć. Moi wrogowie... nie. - zrobił krótką pauzę by wrócić do krojenia kawałka mięsa na swoim talerzu - Choć przypłaciłem to tygodniami niewypowiedzianych mąk, kiedy trzeba było zrywać pierwsze bandaże... - powstrzymał się ledwie od opisania bezczelnemu człekowi jak wraz z bandażami odchodziły mu z głowy całe płaty skóry, czym zapewne przyprawiłby o wymioty połowę zebranych tu ludzi - A wasza blizna, panie?

- Och. To pamiątka po pojedynku.
- odparł tamten niezrażony, acz może lekko zawiedziony że nie wyprowadził krasnoluda na manowce - Broniłem honoru damy mego serca.

- W pojedynku na rapiery jak mniemam.
- odparł Galeb.

- Rzeczywiście! Po czym poznać?

- Gładka blizna i dość wąska. Ostrze musiało być dość cienkie i bardzo ostre. Zakładam cięcie końcem rapiera. Mieliście też na podorędziu dobrego medyka.

- Niesłychane! Tyle móc wyczytać z blizn! Czyżbyście byli panie krasnoludzie medykiem?


Galeb pokręcił powoli głową.

- Nie. Zbrojmistrzem. - odparł krótko.

- Naprawdę szczęście mi dziś dopisuje. Mam okazję spytać prawdziwego eksperta. Od kiedy ukończyłem szkołę u mistrza Giovanniego nie raz już wdawałem się w dyskusję na temat wyższości różnych rodzajów oręża nad innymi. Herr Freiburg zawsze mi mówi "drogi Herr Dunkelheim, nic nie przebije doskonałej formy miecza". Co o tym stwierdzeniu może powiedzieć ktoś tak obeznany z orężem jak wy?

Parę osób nadstawiło uszu, głównie mężczyźni o bardziej bojowym usposobieniu. Galeb dokończył kęs, jako że nic nie miał w tej chwili na talerzu wytarł usta serwetką, niezbyt elegamcko. Widać było w nim pewne ozywienie na rozmowę o broni.

- Herr Freiburg sprecyzował jaki miecz ma na myśli? W czym jego forma jest doskonała?

- Nie raczył powiedzieć, acz myślę że miał na myśli zweihandera, bowiem z takiej broni korzysta.

- W moi mniemaniu dyskusja jest bezcelowa bez konkretnego kryterium lub wyzwania stawionego przed bronią.
- stwierdził z naciskiem krasnolud - Opinia Herr Freiburga jest, przynajmniej dla mnie, czysto filozoficzna. Nie wiem też co dokładnie mógł mieć na myśli. Kwestia doskonałości wiązałbym ze słowami pewnego krasnoludzkiego mistrza, który rzekł że "doskonałość czy też jakość to stopień w jakim rzecz spełnia pokładane w niej oczekiwania". Mam pewną ciekawą historię odnośnie jednych z najwspanialszych mieczy na świecie.
Słyszeliście może o mieczach z Nipponu?


- Kupcy opowiadali o różnych dziwach z dalskich krain. Ponoć wykuwają piękne miecze. - wtrącił się do rozmowy jakiś wąsaty szlachcic, zapewne oficer albo rycerz.

- To prawda. Długa pleciona rękojeść, okrągły lejec i delikatnie zakrzywione ostrze ścięte na samym końcu. Wypolerowane na lustrzany połysk. Nipponśkie ostrza są niezwykle eleganckie, wykonane z niezwykłą starannością. O ich ostrości chodzą legendy - najczęściej powtarzana to taka że kawałek najdelikatniejszego materiału zostanie przecięty w pół spadając na swobodnie spoczywające ostrze. Powstała wokół nich cała kulturalna otoczka, mają charakter praktyczny i ceremonialny. Nawet mawia się że ostrza te przechowują część duszy ich właściciela, tak bardzo szanowane są to przedmioty. Ich właściciele szkolą się w posługiwaniu nimi przez całe życie, a prędkość z jaką zdają cięcia konkuruje z szybkością Tancerzy Ostrzy elgich. - Galeb rozparł się wygodniej na krześle widząc że przykuł uwagę - To przepiękna robota prawdziwych mistrzów rzemiosła. Lecz w zbrojowni wojującego Staroświatowca ta wspaniała broń miałaby wartość głównie kolekcjonerską.

- Naprawdę? - zapytał się wąsaty jegomość, poprawiając się w krześle - Dlaczegóż to skoro jest takim niezwykłym przedmiotem?

- Relatywność. - wyjaśnił Krasnolud biorąc w dłoń jeden z noży wykonany cały ze stali - W Starym Świecie jakość rud żelaza jest wysoka, w dodatku są dość powszechne. Tak bardzo że przestano zwracać na to uwagę. W Nipponie jest jej stosunkowo mało. Częstsza jest taka która w naszym regionie świata służy do wyrabiania narzędzi rolnych. Dlatego nippońscy mistrzowie kowalstwa stworzyli metodę kucia doskonałych ostrzy z obu rodzajów żelaza - po prostu na miękki rdzeń ze słabego metalu nakładają warstwę twardego, dobrego metalu. Potem ostrzą twardą warstwę do granic możliwości i pieczołowicie wykańczają. Powstaje piękne ostrze, którego cięcia zdają poważne, strasznie krwawiące rany. Nieopancerzony przeciwnik nie ma szans...

Wąsacz podkręcił wąsa słuchając uważnie o egzotycznych dziwach.

- A jeżeli nosi na sobie zbroję? - zapytał.

- Ostrze się zdeformuje. Twarda warstwa wyszczerbi się. Miękki rdzeń wygnie. - Galeb dla pokreślenia swoich słów naparł palcami na nóż jakby chciał go wygiąć, lecz powstrzymał się przed tą demonstracją swojej krzepy.

- To przecież niepojęte! Jaki sens korzystać z takiej broni, jeżeli zbroja może ją zniszczyć? - zapytał błękitnooki szermierz.

- O właśnie. Ale pamiętacie że wspomniałem iż Nippon nie posiada dużych zasobów żelaza? Oni swoje pancerze tworzą z mocnych plecionek tamtejszych roślin. Nie dają takiej ochrony jak stal, ale swoje zdanie spełniają, są do tego dużo lżejsze.

- Cóż za ironia losu. Tyle wysiłku na marne... - pokręcił głową młodzian.

- Nie powiedziałbym. - odparł Galvinson - Jak rzekłem: to sprawa relatywna. Na ich warunki ta broń jest świetna, wręcz "doskonała". Sam pomysł by ją stworzyć z tego co mają wymagał niesamowitego kunsztu i pomysłowości. Witać to w masie innych broni przez nich wymyślonych oraz tego z jaką wyobraźnią stosują proch.

- Ale jaki jest sens dalszego wytwarzania nippońskiego ostrza skoro tak łatwo je zniszczyć?
- dopytał się wąsaty szlachcic.

- Widzę dwa potencjalne powody. - rzekł Galeb znów bawiąc się nożem - Pierwszy: Nippończycy mają magów którzy potrafią skutecznie zaklinać ostrza i sprawić że ułomność ich struktury przestaje mieć znaczenie. Drugi, do którego się przychylam: Po ustanowieniu relacji ze Starym Światem, a konkretniej z Marienburgiem, Nippon zyskał dostęp do dobrej jakości stali w sporych ilościach. Biorąc pod uwagę kunszt tamtejszych kowali, sądzę że zdołali już opracować odpowiednią technikę wykorzystania lepszych materiałów. Jeżeli wierzyć historiom o ich rycerstwie i zapałowi z jakim ćwiczą się w walce bronią to po wyrównaniu tej technicznej przepaści staną się prawdziwym wyzwaniem dla wojowników Starego Świata.

- Oczywiście jeżeli kiedykolwiek zawitają w Starym Świecie, albo Stary Świat zawita u nich.
- dodał z lekkim uśmiechem.

Bojowi szlachcice wydawali się być nieźle zafascynowani opowieścią Runiarza.

- To doprawdy wielce ciekawa historia. Dotąd nie spotkałem rzemieślnika, który interesowałby się rzemiosłem z odległych krańców świata. - prawie zawołał wąsacz - No ale może wróćmy w nasze strony. A co byście powiedzieli zbrojmistrzu o rapierach?

- O rapierach...? - rzekł Galeb pociągając spory łyk wina z kielicha - To trzeba zacząć od tego skąd wywodzi się ten rodzaj ostrza oraz jakie jest jego zastosowanie.

Dawno dawno temu...


***

Trafienie w odpowiedni temat pozwalał zjednywać sobie ludzi, nawet jeżeli powszechnie szerzyła się niechęć. Zarówno błękitnooki młodzik jak i wąsacz wydawali się bardzo przykuci opowieściami Galeba, więc kiedy wstano od stołów, a rozmowy stały się swobodniejsze miał on kogo zapytać o wieści z północy i przebiegu wojny z Chaosem.
Wolał nie poruszać tematów tego co się działo na południu, a gdyby wdał się w jakąkolwiek o tym rozmowę wolał dyplomatycznie stwierdzić, że zbyt wiele niewiadomych w tym wszystkim by cokolwiek stwierdzić.
W razie nadmiernych natarczywości miał wszak za pasem parę argumentów - między innymi powszechnie wiadomy proceder otwierania przez ludzi na dziko kopalni na terenach krasnoludów czy trucie (głównie poprzez przemysł farbiarski i garbarski) rzek oraz strumieni z których browary pobierały wodę do warzenia piwa i małą garść "sąsiedzkich incydentów" ze strony ludzi.
Mógł się też po prostu odwołać do tego by nie poruszać tak drażliwych tematów na przyjęciu u wdowy pogrążonej w żałobie.
Miał jednak nadzieję że nie dojdzie do sytuacji gdy będzie musiał przypominać o takich rzeczach.
 

Ostatnio edytowane przez Stalowy : 04-08-2021 o 20:40.
Stalowy jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 16-07-2021, 22:23   #3
 
Gob1in's Avatar
 
Zaproszenie na obiad u hrabiny, matki Kadetki uratowanej przez Ostatnich, było równie wielkim zaskoczeniem dla Detlefa, jak i zakłopotanie wywołane samym przyjęciem, obecnością wielmożów i mnóstwem zwyczajów oraz niuansów, o których krasnoludzki wojownik zupełnie nie miał pojęcia. Brodacz zwykł posiłki jadać przy ognisku na szlaku albo w gospodzie, czy podjadając kąski zakupione od ulicznych handlarzy - na przyjęciu wydanym przez możnowładców nie był nigdy i jak dotąd nie spodziewał się być. I jak tak o tym wszystkim myślał, to chyba nawet nie chciał tam być...

Galeb próbował podpowiadać, co powinien na taką okazję założyć i jak się zachować, ale prostolinijny dawi zupełnie nie potrafił się wczuć w rolę i zbliżające się wydarzenie coraz bardziej go irytowało. Mimo namów Runiarza nie widział powodu, by szukać wysublimowanych (a przy tym niemożebnie drogich!) fatałaszków, w których poczułby się bardziej jak niewiasta, niż mężczyzna z krwi i kości. Dlatego ograniczył się do wymiany znoszonych i dziurawych w wielu miejscach portek, koszuli, płaszcza z kapturem oraz butów - słowem wyrzucił łachmany w jakie zamieniło się jego ubranie w czasie ostatniej wyprawy, a ubrał porządne, ale zupełnie zwyczajnie wyglądające łachy, których główną zaletą poza wygodą było to, że były czyste.

Galvinson zasugerował, żeby nie zabierał całego arsenału, który zwykł targać ze sobą - pancerze i niemal cała broń miały zostać na kwaterze, a jedynym przedłużeniem ramienia miał być wysłużony nóż z nieco poszczerbionym ostrzem i wygładzonej podczas częstego używania drewnianej rękojeści. Narzędzie, a nie broń na paradę. Bez topora lub młota czuł się jak bez ręki, dlatego dołożył jeszcze do sakiewki parę napięściaków - w szynku często się przydawały, może u hrabiny też bijatyki przy alkoholu będą?

* * *

Podczas przyjęcia trzymał się blisko Runiarza, nie odzywał się niepytany i generalnie starał się go naśladować. Szybko pogubił się w zawiłościach stołowej etykiety, dlatego zamiast kolejnego kompletu sztućców do konsumpcji następnego dania używał pierwszego, który chwycił, ale jak już głód zaczął mu skręcać kiszki, to bez skrępowania zaczął rwać mięso rękoma i wpychać do ust. Swój nietakt (i tak nie znał znaczenia tego słowa) spostrzegł dopiero, gdy solidnie popijając pieczyste winem z nieco zbyt małego jak na jego gust kielicha zebrał się do donośnego beknięcia i dostrzegł wpatrzone w siebie kilka par oczu. Odbicie w ostatniej chwili stłumił, pozorowanym kaszlem wyrównując ciśnienie w układzie trawiennym, by sięgnąć z powrotem po leżące obok talerza utensylia w postaci noża i widelca. Po dłuższej chwili męczenia się z trzymanymi w obu dłoniach sztućcami wbił wreszcie widelec w środek porcji mięsa na jego talerzu i trzymając niczym prosię nabite na rożen zaczął je ogryzać wywołując żartobliwe (lub złośliwe) komentarze, a także gromiące spojrzenie Galeba.

Tak - zdecydowanie Detlef nie czuł się tutaj dobrze, dlatego z ulgą skorzystał z przerwy pomiędzy kolejnymi daniami, by podążyć na balkon rezydencji, na którym palący mężczyźni oddawali się swojemu nałogowi. Wkrótce wokół niego zrobiło się nieco luźniej, gdy fajka nabita świeżo kupionym zielem zaczęła kopcić rozściełając dookoła niego ciężki zapach niezbyt dobrze wysuszonego tytoniu.

Z dala od stołu czuł się dużo lepiej.
 
__________________
I used to be an adventurer like you, but then I took an arrow to the knee...
Gob1in jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 20-07-2021, 23:44   #4
 
druidh's Avatar
 
Kobieta miała dużo czasu, żeby myśleć i słychać. Mimo tego, że teoretycznie nikt do niej nie mówił, to słuchała i tak. Zadawała też pytania, których nikt nie słyszał. Przynajmniej nikt z obecnych w jej otoczeniu. Wyrzucała też sobie wszystkie popełnione błędy i dziękowała wszystkim Bogom, za to że skończyło się to tak, a nie inaczej. Nie była jakimś wielkim entuzjastą swojej biologicznej egzystencji, ale nie chciała umrzeć, nie rozwiązawszy wpierw sprawy, którą tak spektakularnie pokpiła.

Na szczęście zostawiła za sobą wreszcie te bezkresne przestrzenie pełnie lasów, łąk, gór, przełęczy i innego terenu, który głównie budził jej niepokój i mogła znów poczuć pod rękami chłód kamiennych budowli, pod stopami solidny bruk, a w nosie znajomy zapach mieszaniny ludzkich odchodów i rozkładających się resztek jedzenia. Zdążyła już za nim zatęsknić. Do tego starcia wielkich armii miały zastąpić intrygi, podsłuchiwania, kradzieże i wbijanie noża w plecy. Dobrze było wrócić na stare śmieci.

* * *

Powracająca z rekonwalescencji Roz, udając się na proszone przyjęcie, była dokładnie tym na kogo wyglądała. Człowiekiem niższego stanu na co wskazywał jej ubiór oraz maniery wskazujące, że jest ona przyzwyczajona wykonywać polecenia oraz słuchać, a nie podejmować jakiekolwiek decyzje. Gdyby, ktoś się zastanowił dłużej nad jej osobą, nie znając historii podejrzewałby pewnie, że jest to jakaś guwernantka, do której pan lub pani domu mają słabość, bo wyjątkowo dobrze wyuczyła jej dzieci. Obserwator nie miałby też wątpliwości, że najlepsze lata tej kobiety minęły bezpowrotnie i szybkim tempem zmierza ona w kierunku nieuchronnej, choć może niezbyt szybkiej śmierci. Blada, ale nie na szlachecki, a bardziej na chorobliwy sposób, poruszała się z nieumiejętnie ukrywanym trudem, całym swoim ciałem pokazując, że nie chce nikomu sprawiać kłopotu. Szczerze mówiąc nikogo jej kłopoty nie obchodziły. Szlachta, kupcy i całe miasto mieli dość swoich zmartwień, aby przejmować się pół żywą guwernantką bez specjalnego znaczenia.

* * *

Na przyjęciu zajęła należne sobie miejsce, spożywając posiłek zgodnie z zasadami panującymi przy stole. Na krasnoludy nie zwracała uwagi, chyba, że ich hałaśliwy sposób bycia utrudniał jej uprzejmą konwersację z sąsiadami. Wtedy milkła na chwilę, czekałą cierpliwie na ciszę i kontynuowałą wypowiedź. Starała się nie zdradzać szczegółów ze swojego życia, co z resztą nie było trudne, bo kogo interesuje życie kobiet do towarzystwa, sama jednak chętnie słuchała tego, czym inni chcieli się pochwalić. Bezproblemowy biały wywiad przy szlacheckim stole. Spróbowawszy odpowiednią ilość potraw, czekała na dalszy ciąg tego interesującego przyjęcia zastanawiając się kto jest kim i ukradkiem próbując sprawdzić, czy sama nie jest jednak nadmiernie obserwowana przez kogoś. Pospólstwo na szlacheckich przyjęciach, to nie jest w końcu tak częsty widok.
 
__________________
by dru'
druidh jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 01-08-2021, 10:33   #5
 
Gladin's Avatar
 

 Zaproszenie

Rudolf obracał w dłoniach otrzymane zaproszenie czytając je dokładnie po raz kolejny. W końcu westchnął i odłożył ja na biurko, po czym odchylił się w hotelu. Zabębnił palcami po oparciu. Czegoś takiego się nie spodziewał. Owszem, pracował długo i ciężko na dobicie się do elit Nuln, ale zaproszenie było całkowicie niespodziewane. Najwyższa śmietanka towarzyska. Wielkie możliwości, ale też wielkie ryzyko. Będzie musiał dać z siebie wszystko. Trzeba będzie bardzo starannie się przygotować. Na pewno odwiedzi swojego niziołkowego balwierza. I będzie musiał pomyśleć o jakimś odpowiednim prezencie. Nie będzie to tanie, ale spróbuje z tej inwestycji wycisnąć ile się da.

Zerknął jeszcze raz na zaproszenie. Ranald uśmiechnął się do niego, wysłuchawszy modlitw. Oczywiście zrobił to po swojemu. Zaproszenie mogło okazać się zarówno błogosławieństwem, jak i przekleństwem. Dar boga musiał być odpowiednio wykorzystany. Głupiec narobi sobie kłopotów, natomiast Rudolf... Rudolf głupcem nie był. To, że był tu, posiadał własny dom w dzielnicy kupieckiej, zamiast tłoczyć się z rodzicami, siostrą, bratem i jego rodziną w Kreutzhofen... to świadczyło, że potrafił sobie radzić i wykorzystywał sposobności zsyłane mu przez niebiosa. Nawet mimo tego, że los często obracał się przeciw niemu, a nawet raz przypłacił to życiem...

 Obiad

Na obiad zostało zaproszone niewiele osób. Kaufmann widział, że jest to wyjątkowe wyróżnienie dla niego. Z drugiej strony dużo trudniej było wtopić się w tłum, a każdy nietakt i potknięcie zostanie zauważone. Dlatego też jego przybycie nie mogło zostać niezauważone. Zresztą, jego masywna postać była łatwa do zauważenia. I mimo, iż ostatnie lata wymagały od niego większej aktywności i że stracił trochę kilogramów, to nadal mógł się pochwalić imponującym wyglądem. Widać było, iż mu się powodzi i głodem nie przymiera. Powstrzymał się od przeczesania niedawno ułożonej fryzury. Cały jej kunszt polegał na tym, że była poprawna. Nie ekstrawagancka, ani zaniedbana. Po prostu poprawna. Wspólnie z fryzjerem uznali, że przy jego pozycji społecznej będzie to najlepsze wyjście. Podobnie postąpił z ubiorem. Dobrał strój wysokiej jakości, głęboko barwiony. Niezbyt nachalna ilość biżuterii miała pokazać wszystkim, że jest człowiekiem zamożnym. Szczególnie, że założył to, co miał najcenniejszego. Jego ubiór miał jednak też okazać szlachcicom, iż jednak różni się od nich. Miał im pokazać, że jest od nich gorszy. Ale że potrafi się odpowiednio ubrać.

W towarzystwie starał się więcej słuchać niż mówić. Mimo, że na codzień żył z obrotności swego języka, to jednak dużo bardziej cenił sobie swoją spostrzegawczość i umiejętność wyciągania wniosków. Na twarzy gościł mu niewielki uśmiech, który miał budować przyjazny wizerunek, ale nie sprawiać wrażenia głupkowatości czy wywyższania się.

Przyglądając się gościom tylko przelotnym spojrzeniem zaszczycił kobietę, która odsunęła się w dalszą część pokoju. Na swoje szczęście, główną atrakcją przyjęcia było dwóch krasnoludów, którzy skutecznie odwracali uwagę wszystkich od kupca. Sam natomiast starał się dyskretnie zasłyszeć lub ostatecznie dopytać o imiona, rody i źródła dochodów. Oczywiście nie wprost!

Jednym z gości przyjęcia okazała się być Adelajda von Einstenstad, której ojciec był gorącym poplecznikiem von Liebovitzów. Kolejny chichot losu, ze strony jego boga, Ranalda. Niech dziewczyna zobaczy, jak wysoko cenią sobie Rudolfa! Z drugiej strony mogła niewłaściwym słowem zbyt wiele powiedzieć pozostałym, o jego przeszłości. Chyba po raz pierwszy mógł w duchu dziękować, że hrabianka zdaje się nie zwracać na niego zbytniej uwagi.

Więcej śmiałości miał w rozmowach z khazadami. Mniejsze szanse, na popełnienie gafy. Chyba. Zbliżył się do zbrojmistrza i przedstawił.
- Zajmuje się pan ciekawą profesją, herr Galvinson. Miałem przyjemność oglądać wybitny okaz, który wyszedł spod rąk waszego mistrza. Otóż dorfrichter Kippel w Kreutzhofen ma wyjątkową pawęż - Rudolf starał się sobie teraz przypomnieć wszystko, czego miał okazję dowiedzieć się na ten temat od ojca Rozamundy. - Należy ona od lat do jego rodziny. Rzeczywiście bardzo stara i solidna robota, jeżeli mogę wyrazić swoje mało fachowe zdanie. Do tego posiadająca na sobie aż trzy runy! Według legendy rodzinnej, to dar wdzięczności za uratowanie życia jej twórcy, mistrzowi... hm... nie pomnę jego imienia. Gdy zaczęliście tak ciekawie opowiadać, przypomniała mi się ona. Bo wiadomo, legendy z czasem obrastają mitami, ale może słyszeliście coś na temat tej historii i możecie rzucić na nią nieco światła?

Rudolf zwilżył gardło odrobiną wina.

- Przypomniałem sobie jeszcze, że dorfrichter bardzo sobie chwalił strzały z runą lodu. Podobno to również rzadko spotykana rzecz, a wykonana była za młodu przez tego samego mistrza. Słyszałem, że to trudna do wykonania runa i ci, którzy potrafią ją wykonać, nie tracą czasu na nakładanie ich na strzały. Zapewne więc strzały te były swego rodzaju wprawką, nauką ich tworzenia.

W kontakcie z krasnoludami Rudolf wydawał się być osobą sympatyczną i elegancką, przy czym w żaden sposób nie sprawiał wrażenia, że dostrzega nietaktowane zachowanie Detlefa. Miał nadzieję też dowiedzieć się jak najwięcej na temat Karak Hirn. Przy obecnie mocno schłodzonych relacjach między ludźmi a krasnoludami pewien przedsiębiorczy kupiec, niezbyt jawnie pośredniczący w relacjach handlowych, mógłby tutaj sporo zarobić, hm...

Zarówno od khazadów jak i od innych osób starał się jak najwięcej dowiedzieć o śmierci Leosa von Liebwitza i Etelki von Toppenheimer. Oraz jak to wpłynie na krainę. To mogły być cenne informacje, które dało się przerobić na zyski. Nadstawiał też ucha na informacje o Olafie Sektliebe i jego rodzeństwie. Dobrze by było trafnie obstawić zwycięstwo w walce o schedę. Wsparcie takiej osoby mogłoby zaowocować zyskami w przyszłości.

I starał się znaleźć informacje, najlepiej z pierwszej ręki, o aktualnym stanie wojny. Czy już się skończyła? W zależności od sytuacji, inne towary powinny drożeć, a inne tanieć. Czy inwestować w broń, czy może w surowce? Czy walczymy, czy odbudowujemy krainę? Czy planowana jest jakaś akcja odwetowa? Czy ktoś wspomina coś o brakach w zaopatrzeniu, wyjątkowo wysokich cenach? Rudolf pilnie nadstawiał ucha.


Rzut na spostrzegawczość: 80 --> porażka, nie zauważył, że Roz mu się przygląda. Pozwoliłem sobie na takie rozstrzygnięcie z uwagi na fakt, że Roz się raczej ukrywa.
Dla MG: pytania o personalia dotyczą również imion matki Margritty i wuja, skoro do tej pory nie padły.


 

Ostatnio edytowane przez Gladin : 08-08-2021 o 21:25.
Gladin jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 03-08-2021, 22:42   #6
 
hen_cerbin's Avatar
 

Galeb opowiadając o broni znalazł wdzięcznych słuchaczy, a że znał się na tym, nie zwracali oni większej uwagi na niewyraźną czasem wymowę czy ewidentne “popisywanie się” krasnoluda. Zarówno wąsaty oficer, Kapitan Straży Miejskiej (przekazał przy okazji pozdrowienia od Porucznika Grubera, którego jednak Galeb, ku zdumieniu Kapitana, nie znał) jak i Herr Dunkelheim z Dunkelbergu w Reiklandzie, z którego jednak bliżej do Nuln niż do Altdorfu, szlachcic aspirujący do bycia inżynierem, kończący naukę w Wyższej Szkole Inżynierii, wręczyli Galvinsonowi swoje wizytówki i zaprosili do swoich domostw w wolnej chwili.

Detlef nie był jedynym, który nie lubił tłoku i rozmów. Zwalisty mężczyzna, podobnie jak Detlef pasujący do eleganckiej imprezy u Hrabiny niczym sznur Marienburskich pereł do taniego kożucha (a może raczej jak kożuch do pereł) wyciągnął w jego stronę kapciuch ze znacznie lepszym tytoniem i nie zawracał sobie głowy niepotrzebnym gadaniem. Wyglądał na weterana, a jego oczy pozostawały czujne przez cały czas.

Roz Bauer zaskoczyła swojego nowego szefa “znikając” z jego otoczenia i pojawiając się na imprezie w przebraniu. Kiedy przemyślał sprawę, uśmiechnął się z zadowoleniem. Przecież nie chciał, by kojarzono go ze śledztwem w sprawie listów Elektorki. Więc to, że nikt go z “guwernantką” nie powiąże było tylko na jego korzyść. Roz tymczasem, ignorowana przez większość, słuchała. Gości nie było zbyt wielu, a z tego co słyszała, nie byli także osobistościami szczególnie ważnymi, nie było tu na przykład nikogo z wielkich kupieckich rodów Nuln. Nie wszyscy byli szlachcicami, a ci co byli, nawet jeśli mieli wymyślne tytuły to reprezentowali drobnicę. Ambitną, ale drobnicę. Z nich wszystkich najbliżej Elektorki był chyba Hieronimus Ostwald, jej były sekretarz. Trochę się niego podśmiewano, że wszędzie widzi skavenów, podobno zmęczona tym Elektorka się go w końcu pozbyła dając mu jakąś inną funkcję. Roz dowiedziała się też, że imprezy u tej Hrabiny von Liebowitz (w odróżnieniu od tych u Elektorki) są rzadkością.

Roz nie była jedyną osobą zbierającą informacje. Rudolf Kaufmann wykorzystywał sytuację do poprawienia swojego losu i rozwinięcia interesów. Choć dyskusja jaka wybuchła w kwestii sukcesji władzy w rodzie Toppenheimerów uzmysłowiła mu tylko, że wynik jest niepewny, a poznają go najpewniej jego dzieci lub wnuki, ponieważ już raz niemoralnie prowadzący się Olaf był dziedzicem i został “wycofany” z tej pozycji w związku z tym, a znaleziony testament Etelki, który znów przekazuje jej wolę w tej kwestii będzie oprotestowany. Prawnicy zacierają już ręce, a zakłady są nie o to, kto wygra, a czy sprawa rozwiąże się w ciągu dekady czy nie. I czy Olaf dożyje. Zastanawiano się też co zrobi Johann von Mecklemburg, który co prawda dawno temu abdykował przekazując władzę Etelce, a choć potem wyjechał i niemal zapadł się pod ziemię, to jednak nie umarł, a w każdym razie nic o tym nie wiadomo. O śmierci Etelki von Toppenheimer także mówiono - tyle że nic z tego nie miało sensu. Graniczni zdobyli Pfeildorf dzięki otworzonej furcie w murach, ktoś ewidentnie zdradził, ale Etelka była w zamku, którego nie zdobyto. “Dobrze poinformowani” szeptali, że cała sprawa była karą za zdradę, chociaż co Toppenheimerów miałoby do tego popchnąć, nie wiedziano. Mówiono też o zamachowcu, najemniku Karlu Altmeierze, przekupionym przez Granicznych, którego rozsiekano na miejscu zbrodni. Zgadzano się, że najpewniej było to jednak porwanie, które po prostu poszło źle - okup za Etelkę byłby przecież gigantyczny. Pojawiła się też hipoteza, że była to zemsta nulneńskich rodzin przestępczych za rzeź, jaką sprawiła im kilkanaście lat wcześniej, kiedy to porwali jej dzieci za co spaliła cały dystrykt Nuln, w którym przebywali podejrzani i ich rodziny.

Gustaw zauważywszy radosne zachowanie Hrabiny wdowy przy stole musiał zrewidować swoje wcześniejsze przemyślenia na temat żałoby - najwyraźniej nie była aż tak przywiązana do Leosa, a relatywna skromność imprezy (jak na warunki Nuln) musiała wynikać z czegoś innego. Gdy, sprawnie kierując rozmową, dowiedział się z jakiego rodu jego gospodyni, zrozumiał z czego. Co prawda w nazwisku von Windisch-Gratz są aż dwie nazwy, ale obie oznaczają ubogie wioski, dochodu z nich za wiele pewnie nie było. A choć brat Elektorki z pewnością majątku trochę miał, wyglądało na to, że nie wszystko przeszło na wdowę po nim.
Na przyjęciu jednym z gości był sławny w pewnych kręgach Anders von Flicken, samozwańczy Strażnik Dróg, z którym Gustaw miał już kiedyś do czynienia podczas polowania na niesławnego elfiego dezertera. Anders, dość zamożny i nieszkodliwy “wariat” nie był tytanem intelektu, ale pamięć do twarzy miał bardzo dobrą - w końcu jego hobby było ściganie ludzi. Gdy więc tylko zobaczył szlachcica natychmiast się rozpromienił, przepchał się do niego i przywitał się “misiem”, po czym uraczył wszystkich opowieścią o ich wspólnej przygodzie… I Gustaw zamiast słuchać był zmuszony do opowiadania. Ale że miał gadane, wkrótce słuchali go wszyscy, a twarz Magritte jaśniała z zachwytu.


Z ciekawostek i plotek, jakie zasłyszeli, można było wyciągnąć kilka wniosków:

W Nuln sytuacja jest nie za wesoła. To znaczy dla Elektorki niewiele się zmieniło, ale w mieście, w którym rok temu przebywało 85000 mieszkańców (z czego 12000 płacących podatki), obecnie przebywa 115000 ludzi (z czego 12000 płacących podatki). Ceny idą w górę, płace w dół, żebraków i prostytutek coraz więcej, Zgromadzenie miota się pomiędzy propozycjami otworzenia miejskich spichrzy (przeszło częściowo, ale jest tego mało, a tłuszcza i tak marnuje część bijąc się o ziarno i mąkę), podniesienia podatków mieszkańcom (na pewno przejdzie podwyższenie “podatku nożnego”, czyli opłaty od każdej nogi przekraczającej miejskie bramy, prawdopodobnie przejdzie “podatek od brody” oraz “podatek od uszu”, ważą się losy “podatku od komina” dla hut i fabryk, bardzo wątpliwe jest by szlachta dała sobie narzucić “dobrowolną daninę solidarnościową” - tzn. może i zostanie to przegłosowane, ale z pewnością zaraz polecą poskarżyć się Elektorce, nie ma szans na wyższe opodatkowanie Gildii, co najwyżej wzrosną opłaty za licencje handlowe dla nowych chętnych), są pomysły wyrzucenia żebraków poza miasto (przejdzie, ale i tak jakoś wrócą zaraz, nie wiadomo kiedy i jak), itp.

Na najeździe zyskał Magnus von Rudger (bohater, który wygnał Wernicky’ego z Wissenlandu), organizacje przestępcze, które wzbogaciły się na przemycie, nielegalnym handlu i szabrze, Elektorka, która ma dwa głosy elektorskie zamiast jednego, bogate rodziny i gildie kupieckie w Nuln. Straciła drobna szlachta i kupcy. I Toppenheimerowie. Oraz wolne miasta - Meissen i Pfeildorf - obydwa splądrowano i nie wyglądało na to, by mogły odbudować się bez pomocy z Nuln lub pożyczek z przepastnych kufrów Elektorki. Obydwa rozwiązania oznaczać jednak będą utratę statusu wolnego miasta.
Splądrowano też Mecklemburg (oficjalną stolicę nowej-starej prowincji), więc chwilowo zarówno Elektorskim Miastem jak i Prowincją będzie rządzić Zgromadzenie.


***


Księżna-Elektorka Wissenlandu, Hrabina Nuln i Księżna Meissen Emmanuelle von Liebowitz) to władczyni Nuln i całego Wielkiego Księstwa Wissenlandu i jedna z najbardziej towarzyskich Elektorek Imperium jest bliską i długoletnią przyjaciółką Karla Franza (znają się od dzieciństwa). Odkąd wstąpił na tron Imperium, stale prosiła go o tytuł księżnej-elektorki Wissenlandu i Nuln. Niektóre plotki głoszą, że ostatecznie stała się księżną przez łóżko (Gustaw wiedział jednak, że są kuzynami, a co by nie mówić o Imperatorze, do incestu by się nie posunął).
Emmanuelle szczerze kocha Nuln. Uwielbia jego kulturę, przepych, majestat, historię, pokaźny skarbiec. Uwielbia też pieniądze, biżuterię i piękne suknie. Niekoniecznie lubi jego mieszkańców, uważając większość z nich za brudną hołotę. Otacza się gronem arystokratów i arystokratek, z którymi urządza bale. Oczywiście, udziela także audiencji. Raz w tygodniu przyjmuje gości w Pałacu. Są to albo osoby, które ją zainteresowały, albo sławy goszczące akurat w Nuln, ale najczęściej - głowy Gildii wręczające jej bogate dary. Nic dziwnego, że “nowi” mają problem by się przebić w mieście.
Z racji swojej nieprzeciętnej urody i ujmującej osobowości ma ona pokaźne grono zalotników. Mimo, że jest dojrzałą kobietą (zbliża się do czterdziestki), ciągle zachowuje urodę młodej niewiasty i wielu arystokratów stara się o jej rękę choćby dlatego, by móc mieć cząstkę sprawowanej przez nią władzy.

Większość znających ją osób uważa ją za osobę niekompetentną - powiedzenie "Głowa Hrabiny jest równie pusta, jak jej program reform" jest tego najlepszym dowodem. Bardziej niż rządzenie zajmują ją sprawy kolejnych bankietów, egzotycznych potraw, wystroju komnat i tym podobne.Wissenland uważa za krainę ponurych farm i mroźnych zim, prowincję zamieszkaną przez pospólstwo, którym generalnie pogardza. Od lat, znużona codziennymi obowiązkami administracyjnymi, oddawała je w ręce Toppenheimerów z Pfeildorfu. Prowadziła intensywne rozmowy ze swoim przyjacielem, Imperatorem Karlem Franzem, odnośnie oddzielenia Nuln od Wissenlandu, które zakończyły się sukcesem - w zamian za przyznanie Nuln mandatu elektorskiego oraz pozwolenie Wissenlandowi na zatrzymanie swojego głosu, zobowiązała się pożyczyć Karlowi dużą sumę pieniędzy, której połowa miała pochodzić z kufrów jej kuzynki, Etelki von Toppenheimer. Miała jednak pecha - akurat wtedy gdy Imperator się zgodził, miał miejsce najazd Wernicky’ego i nie dość, że Etelka zginęła, to jeszcze nie bardzo jest komu oddać Wissenland - nikt nie jest na tyle potężny, nie mówiąc już o tym, że nikogo na to nie stać.
Większość obowiązków w zarządzaniu miastem przekazała już dawno temu Zgromadzeniu - radzie kupców i pomniejszej szlachty, na których naradach rzadko zjawia się hrabina (ale im przewodzi i teoretycznie może zawetować każdą podjętą przez Zgromadzenie decyzję). A teraz, wobec upadku Pfeildorfu i Mecklemburga, Zgromadzenie będzie musiało się zająć sprawami całej prowincji.

Z hipotezą “głupiutkiej blondynki, która dostała Nuln za zasługi łóżkowe” nie wszyscy się zgadzają. Między innymi uważał tak Manfred von Windisch-Gratz, szef wywiadu Wissenlandu, który zawdzięczał to stanowisko swojemu młodszemu bratu, byłemu kochankowi Elektorki.
Oczywiście Emmanuelle umie używać swojej urody i sexappealu, ale według nich, to tylko kolejna z jej twarzy, a w rzeczywistości jest znacznie bardziej przebiegła. Po pierwsze, rządzi prowincją już prawie dwie dekady i jakoś nikt jej nie obalił. Po drugie - czasem podejmuje decyzje szybko i sprawnie. Na początku swoich rządów też niby nie była zainteresowana niczym poza balami i powołała regenta by rządził w jej imieniu, ale gdy tylko ów regent, Hrabia Bruno Pfeifraucher wysłał wojska prowincji bez jej zgody do Talabeklandu, natychmiast go odwołała. Po trzecie - ostateczny efekt najazdu Wernicky’ego i zniszczenia zarówno politycznego jak i finansowego zaplecza Toppenheimerów jest taki, że Emmanuelle von Liebowitz ma teraz dwa głosy elektorskie - Nuln i Wissenlandu. Mało komu udaje się zdobyć i utrzymać aż dwa głosy elektorskie. Przy czym wszyscy pozostali Elektorzy uważają, że zdobyła je niemalże “niechcący”, ponieważ starała się przecież oddać Wissenland i “w ogóle nie ma do tego całego rządzenia i polityki głowy”.

Elektorka ma poparcie starych rodów szlacheckich i najbogatszych rodzin kupieckich, którym odpowiada status quo. Nie jest przesadnie religijna, kapłani spotykają się z nią rzadko, a ona z nimi spotyka się wyłącznie na pokaz. Najsilniejszy w Nuln jest kult Sigmara, ale od wielu lat słabnie. Jego miejsce powoli zajmuje kult Vereny. Nie można zapominać też o Myrmydii - w końcu Imperialna Akademia Artylerii kształci oficerów rozumiejących znaczenie strategii i taktyki (jakoś trzeba uzasadnić wyższość siedzenia na dalekich od starcia, bezpiecznych pozycjach, nie da się wszak szarżować działem). W wielu wioskach, zwłaszcza położonych w bardziej dzikich, odludnych okolicach można się natomiast nadal natknąć na Starą Wiarę. Kościół Sigmara potępił “całe to zamieszanie” z najazdem - ale był zbyt zajęty wojną z Chaosem, by zareagować poważniej.

Podczas Inwazji Chaosu Elektorka udzieliła pożyczki Imperatorowi i wysłała niemal całość wojsk Wissenlandu na pomoc północnym prowincjom. Podczas najazdu Wernicky’ego nie robiła wiele - sprawy prowincji już dawno zostawiła Toppenheimerom, ale udzieliła zgody na pobór w Nuln i pozwoliła by żołnierze garnizonu Nuln wzmocnili siły obronne prowincji. Tzn zrobiło to Zgromadzenie, Emmanuelle miała ważniejsze sprawy na głowie, buty na bal się same nie wybiorą. W dowodzenie się nie wtrącała. Zagwarantowała pożyczkę jaką zaciągnęła Etelka von Toppenheimer na zatrudnienie Harkina Brocka, który to zażyczył sobie absurdalnej sumy pieniędzy wiedząc, że jest ze swoimi ludźmi jedyną poważną siłą mogącą zatrzymać Wernicky’ego.

Zbrojmistrz Galeb dowiedział się, że Elektorka posiada na swoim wyposażeniu Krwiopijcę, Runiczny Kieł Wissenlandu (jeden z dwunastu Kłów Runicznych) - starodawny dar od dawi, miecz o niezrównanej, podobno, sile. Podobno, ponieważ wisi na ścianie jako ozdoba, nieużywany. Galeb znał tę broń ze słyszenia - rzeczywiście, każdy z Elektorów ma w swoim posiadaniu Runiczny Miecz z gromrilu, noszony do bitwy.

Emmanuelle miała młodszego brata, Leosa von Liebowitza. Przystojny blondyn, mistrz szermierki, zimny i wyobcowany, w aktywnościach towarzyskich brał udział tylko dlatego, że “musiał” - jako brat Elektorki czuł że to jego powinność. Delikatnej urody, złamał mnóstwo serc niewieścich, ale żadnej damie, żadnej piękności ani żadnej podsyłanej mu kurtyzanie nie udało się go zaciągnąć do łóżka. Chodzą plotki, że ożenił się głównie po to, by przestano plotkować o jego orientacji seksualnej. Małżeństwo zostało osobiście zaaranżowane przez Emmanuelle, był podobno jakiś skandal ale o tym się nie mówi. Wdowa po nim to Natalie von Liebowitz, z domu von Windisch-Gratz, najmłodsza siostra Hrabiego Manfreda von Windisch-Gratz, Hrabiny Bergide von Ames (po mężu), władczyni Rohrhof i okolic (podobno serdecznie się nie znoszą) oraz Stefana von Windisch-Grätz, byłego kochanka Emmanuelle, a obecnie jej stewarda (zarządcy) w Wissenburgu (mimo że kochankiem Elektorki już od dawna nie jest, pozostał z nią w przyjacielskich stosunkach). Ponieważ z posiadania dwóch wsi na cały ród trudno wyżyć na poziomie, jest zależna od renty otrzymywanej od Elektorki. Leos był bardzo oddany siostrze, zabił wielu szlachciców w obronie jej honoru. Został zamordowany w bardzo tajemniczych okolicznościach w Altdorfie. Oficjalnie “zginął w pojedynku”, niedługo po “Mglistych Zamieszkach”, była tam jakaś bestia co mordowała ludzi… Lepiej poinformowani mówią, że zginął zabijając ową bestię. Był wtedy przy nim Baron Johann von Meckelmburg, władca Pfeildorfu, który za to, że nie zdołał ochronić Leosa został przez Emmanuelle zmuszony do abdykacji na korzyść Etelki. Leos jest pochowany w rodowej krypcie w Nuln.


***


Od konieczności dalszych rozmów Detlefa i Galeba wybawiło to samo, co przeszkodziło w dalszym zbieraniu informacji Roz i Rudolfowi - Hrabina zaprosiła Gustawa oraz krasnoludy na prywatną audiencję. Jeden z jej sług, ów milczący olbrzym widziany wcześniej w towarzystwie palącego krasnoluda, poprosił zaś o towarzystwo Rudolfa - by porozmawiać w sprawie kredytu - rzekł wystarczająco głośno by usłyszeli to sąsiedzi. A Magritte podeszła do Roz z przepraszającym uśmiechem i ze słowami - Nianiu, musisz ze mną pójść, doktor mówi, że już pora na Twoje lekarstwo.
Pozostawiwszy większość towarzystwa na dole, Ostatni weszli na piętro. Bocznymi schodami weszła Roz w towarzystwie Magritty a po chwili także Rudolf w towarzystwie milczącego osiłka.

***


Spotkali się ponownie w znacznie mniejszym, choć dobrze urządzonym gabinecie na piętrze. Spod podłogi dochodziły odgłosy zabawy, przytłumione przez gruby dywan. Hrabina pojawiła się tam tylko na chwilę. Mag z pewnością chciała na dłużej, ale jej matka nie zamierzała pozwolić na takie kaprysy, a choć Gustaw ratował młódkę przed zakusami przeważającego liczebnie wroga, Hrabiny wolał nie irytować.
Szybko została ich siódemka: wuj Magritty, będący szefem wywiadu; olbrzym, jego milczący ochroniarz; szlachetnie urodzony Gustaw von Grunnenberg; dwójka krasnoludów - Galeb Galvinson oraz Detlef Thorvaldsson, “niezależna” agentka Roz Bauer; oraz, ku zaskoczeniu wspomnianej wcześniej czwórki (i samego siebie), kupiec, Rudolf Kaufmann.

Wuj Magritty wszedłszy razem z Gustawem skinął głową Rudolfowi, delikatnie bił brawo patrząc na Roz i spojrzał na krasnoludy.

- Dziękuję za Wasze przybycie, szlachetni dawi - zwrócił się w znośnym khazalidzie do Detlefa i Galeba - Witam Was zarówno jako członków oddziału, który uratował moją siostrzenicę, jak i wysłanników króla Alrika - wieści roznosiły się szybko. A on w końcu żył z tego, że wiedział co się dzieje “w okolicy”.
- Nazywam się Manfred von Windisch-Gratz i pilnie poszukuję bezpiecznego kanału komunikacji z Karak Hirn. Znany Wam Gustaw von Grunnenberg jak i Pani Bauer stwierdzili, że widzieliście pewne listy, które rzucają światło na wydarzenia związane z najazdem Wernicky’ego. I że jako jedyni nie-mieszkańcy Twierdzy widzieliście list wysłany do Króla Alrika. Być może będziemy sobie mogli nawzajem pomóc… - zawiesił głos, jakby się jeszcze nad czymś zastanawiał - Nie mówi się o tym głośno, ale padła propozycja “odwetu”. Do żadnej zbrojnej akcji nie dojdzie oczywiście, nawet w sztabie nie są tak głupi by zaczynać wojnę, ale retorsje handlowe na dłuższą metę dadzą identyczny efekt. Chcą narzucić karne cła, embarga handlowe, zakazy przewozu dóbr… Tylko czekać aż ktoś spróbuje przeszukać krasnoludzki konwój, jakaś gorąca głowa spróbuje kogoś zastraszyć, sytuacja wymknie się spod kontroli bardzo szybko - wyjaśniał sytuację. Także na użytek innych.
- Pewnie już słyszeliście o wielkim zwycięstwie nad Chaosem? Wygraliśmy bitwę. Z wielkimi stratami i tylko dlatego, że zieloni postanowili zaatakować Archaona, a nie nas. Chaos uczynił kilka następnych kroków w przód cofając się tylko o jeden. Archaon nie zginął, tylko się wycofał. Burza Chaosu dotarła znacznie dalej niż poprzednia inwazja. Objęła wschodnie prowincje Imperium, unicestwiła Wolfenburg i zdruzgotał obronę Middenheim. Ostland, Hochland i Middenland są spustoszone, a ich Elektorzy słabi. Walka o władzę w Imperium właśnie się zaczęła.
Nie będę Wam już zawracał głowy tym kim jest Valten i dlaczego jego śmierć popchnęła Imperium na skraj wojny religijnej, ale pewnie zauważyliście jakie nastroje panują w mieście - jeśli Sigmaryci i Ulrykanie się nie pobiją to nic nie zmieni, i tak będzie czekała nas ruchawka albo zamieszki - czy to z powodu podatków, czy cen chleba… Ale to ogarnę. Natomiast jeśli dojdzie do otwartego konfliktu między Karak Hirn a Nuln… Jeśli Król Alrik ujawni list, o którym mówił Gustaw, sprawa oprze się o Imperatora, a co zrobi Karl-Franz, zmuszony do zrażenia do siebie albo khazadów albo przyjaciółki, która przy okazji jest najbogatszą Elektorką? Brakuje nam tylko rozpadu tysiącletniego sojuszu albo kolejnego Marienburga… Kiedy Archaon zbierze swoje rozbite siły z powrotem, nie będzie już walczył z koalicją wszystkich Prowincji i siłami Krasnoludów oraz Bretonii. W najlepszym razie rozbije kilkanaście mniejszych armijek, których dowódcy będą na siebie śmiertelnie obrażeni. Całe Imperium jest na barkach Karla-Franza, jego doradców i moich przyjaciół ze Służb Dróg i Mostów. Ale Wissenland na moich. Ktoś nieźle namieszał i potrzebuję Waszej pomocy by go odnaleźć. Nawet potężną osobę można zmusić do abdykacji po cichu, nie zapędzając do rogu, gdzie będzie musiała postawić wszystko na jedną kartę. Abstrahując od tego, czyj podpis jest na listach… Potrzebuję mieć choć jeden z nich w swoich rękach. Najlepiej wszystkie, ale nie liczę na cud. Nie liczę też, że Karak Hirn zgodzi się oddać mi list. Ale może pozwoli moim specjalistom go zbadać? Może macie pomysł, kto oprócz Wernicky’ego, Brocka i Króla Alrika mógł go dostać?
- pilnował się i unikał sugestii, że stoi za tym Elektorka.

- Wiem, że wszyscy już współpracowaliście przy obronie Przełęczy - zagaił później zwracając się do Gustawa, Galeba, Detlefa i Roz - Proszę byście podjęli współpracy jeszcze raz. Moi tajni agenci nie są tak tajni jakbym chciał, a jeśli śledztwo zaprowadzi ich zbyt wysoko, z miejsca dostanę rozkaz zakończenia go. Z drugiej strony, Was nie powinni podejrzewać. Chciałbym byście mnie informowali o postępach i podejrzanych, zwłaszcza jeśli nie będą chcieli współpracować, czasem będę mógł ich sprawdzić “z innych powodów”. Naszym łącznikiem będzie obecny tu Rudolf Kaufmann, wschodząca gwiazda handlu beczkami i mój człowiek w Gildii Handlowej, który bardzo żałuje, że popełnił błąd współpracując kiedyś z niejakim Geoffrey’em, prawda? - Ostatni pamiętali swoją pierwszą misję, kiedy to uwalniali Alfonsa z rąk Geoffrey’a, szefa organizacji przestępczej. Nie wszystko poszło jak powinno. I nadal w mieście mówiono o Rzezi przy Dróżce Vogelhansa.

- Macie jakieś tropy albo pomysły? Gustaw sugerował, by sprawdzić podziemne organizacje w Nuln, niestety po fiasku z Alfonsem, moim informatorem, którego wysłani po niego ludzie radośnie przeprowadzili pobitego przez miasto, nie bardzo mi kolejni ufają. Tu też Wam może Rudolf pomóc, zachował kontakty.
- Mnie tu oczywiście nie było i nie rozmawialiśmy, pieniądze, jeśli będą potrzebne, będą dostarczane przez Rudolfa. Wynagrodzenie… cóż, jestem w stanie załatwić wiele rzeczy. W granicach rozsądku.
- nie dodał, że narobić problemów też może. Na przykład przestając chronić Gustawa, uwadniając, że “tamta” Roz Bauer to jednak “ta” Roz Bauer czy ujawniając, że organizacja, która współpracowała z granicznymi używała do przemytu beczek wyprodukowanych i sprzedanych im przez Rudolfa.
 
__________________
Sonda - Gobliny

Ostatni, cz. IV
Gladin, Druidh, Gob1in, Stalowy

Ostatnio edytowane przez hen_cerbin : 03-08-2021 o 22:44.
hen_cerbin jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 08-08-2021, 21:18   #7
 
Gladin's Avatar
 

 Obiad

Rudolf nieco się przeliczył w oczekiwaniach co do spotkania. Zamiast śmietanki towarzyskiej spotkał się tam raczej z drugim, trzecim lub czwartym gatunkiem tejże. Drobni szlachcice oraz mieszanka towarzystwa zupełnie tu nie pasującego. Szybko jednak otrząsnął się i zaczął rozgrywać karty, jakie jego przewrotny bóg mu rozdał. Tak to już z nim było. „Oszust" uśmiechnął się w duchu kupiec i rozpoczął nawiązywanie znajomości i roztaczanie swego kupieckiego wdzięku.

Swoją drogą, z informacji które zebrał wynikało, że elektorka wydaje się być również wyznawczynią Ranalda. Co prawda wszystko wskazywało na to, że rzeczy przypadkiem dzieją się tak, że obracają na jej korzyść. A nawet czasem wydawało się, że dostaje coś, czego zupełnie nie chce i rzeczy dzieją się na jej niekorzyść. Ale kupiecki nos mówił byłemu bendarzowi, że to ona rozdaje tu karty i nie pozwala, by coś szło nie po jej myśli. Na pewno była osobą wartą obserwowania i uczenia się od niej.

Z innych informacji Rudolf wywnioskował, że zapotrzebowanie na jego beczki wkrótce powinno wzrosnąć. Podniesienie podatków poskutkuje zwiększonym przemytem, a więc napędzi jego przedsiębiorstwo. Z drugiej strony zapotrzebowanie na jego umiejętności wyłapywania przemytników i oszustów powinno wzrosnąć, a co za tym idzie jego pozycja w gildii. A spodziewane utrudnienia dla nowych chętnych, by działać w ramach gildii poprawiały jego notowania. Sytuacja wydawała się mu sprzyjać w dwojnasób. Mógł też zarobić dodatkowe karle obniżając płace, bo sytuacja na rynku sprzyjała temu. Ale uznał, że na dłuższą metę nie jest to dobre rozwiązanie.

Natomiast kwestia przejęcia władzy po Etelce była niejasna i Kaufmann nie wyrobił sobie jeszcze na ten temat zdania. Planował jednak w przyszłości pilnie nadstawiać ucha, by znaleźć sposób, na poprawienie swej pozycji dzięki tym rozgrywkom o schedę.

 Spotkanie na piętrze

Von Windish-Gratz nie pierwszy raz wykorzystywał Rudolfa do swoich gierek, szantażując go wyjawieniem pewnych niezbyt wygodnych dla niego informacji. Ale dla kupca nie było sytuacji, której nie próbowałby przekuć na własną korzyść. Gdyby było inaczej, sprzeniewierzyłby się Ranaldowi, a wtedy ten mógłby odwrócić od niego swoje szelmowskie oblicze. O ile więc Mandfred wykorzystywał Rudolfa, o tyle ten drugi korzystał z sytuacji zbierając w ten sposób nowe informacje, które potem przekuwał na pieniądze. Tak miało być również i teraz. Powiązanie go z dwoma khazadami, którzy zdawali się mieć dobre relacje z królem Alrikiem. To było coś. Dlatego współpraca z nimi, była mu jak najbardziej na rękę.

- W rzeczy samej - Rudolf podniósł się zabrać głos. - Czasami niefortunne zdarzenia powodują, iż to co robimy wbrew naszym intencjom obraca się przeciw nam, jak w przypadku moich beczek. Nie załamujemy jednak rąk i staramy się ciężką pracą przekonać społeczeństwo o naszych dobrych intencjach. Dziękuję za położone we mnie zaufanie, panie von Windish-Gratz. Z chęcią pomogę w tej delikatnej sprawie. Mam nadzieję, że w przyszłości doceni pan moje zaangażowanie.

- Jak przedstawił mnie gospodarz naszego małego spotkania, nazywam się Rudolf Kaufmann. Jak rozumiem, naszym głównym zadaniem jest zapobieżenie pogorszeniu się relacji między Nuln a twierdzą Karak Hirn. Będąc członkiem gildii kupców całym sercem popieram to zadanie. Mając zrujnowane miasta wymagające odbudowy, nie stać nas na wojnę handlową. Zresztą zupełnie niepotrzebną.

- Nie do końca natomiast jestem wtajemniczony w kwestię wspomnianej korespondencji. Jak rozumiem, jest ona kluczowa w zaistniałej sytuacji. I jak rozumiem jest ona w rękach Wernickego, Broka i króla Alarika. Czyli praktycznie poza naszym zasięgiem. Dowiedzenie się czegoś od pierwszych dwóch wymagałoby prawdopodobnie wyprawy do Księstw Granicznych. Mam pewne rozeznanie, jeżeli o nie chodzi, ale to wyprawa długa i ryzykowna. Bliżej nam i chyba łatwiej uzyskać posłuchanie u władcy Karak Hirn? Poprawcie mnie, jeżeli mówię źle, być może dysponuję zbyt ubogą wiedzą - zwrócił się w stronę krasnoludów.

- Nasuwa mi się jednak oczywisty wniosek - snuł swe przemyślenia dalej, powoli okrążając pokój. - Wszystkie listy są w rękach osób obecnie nam niechętnych. Odpowiadając więc na zadanie pytanie, kto jeszcze mógł dostać taki list, pytam. A kto - oprócz wymienionych - ostatnimi czasy odwrócił się od Nuln i stał niechętny bądź wrogi?

- Natomiast na ile uda nam się dowiedzieć czegoś w półświatku? - rozłożył ręce- Tej sugestii wcale nie rozumiem. O co właściwie mielibyśmy pytać?

 

Ostatnio edytowane przez Gladin : 12-08-2021 o 21:11.
Gladin jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 09-08-2021, 19:44   #8
 
Stalowy's Avatar
 
Gdy trafiło się w odpowiedni temat to odpowiedni ludzie do rozmowy znajdowali się sami. Nowonawiązane kontakty z pewnością kiedyś zaowocują gdy przyjdzie czas. Pytanie jak prędko?

Pomimo że rozmowa na przyjęciu szła Galebowi dużo lepiej niż przypuszczał to ucieszyło go przejście do tego na co tak bardzo czekał - spotkania z Manfredem von Windisch-Gratzem. Co prawda podczas samego przyjęcia tu i ówdzie omawiano stan rzeczy w Wissenlandzie lecz dla Galeba był to aż przesyt informacji, choć chciał wiedzieć wszystko co było potrzebne by ocenić sytuację.

- Galeb, syn Galvina, rhunkaraki, a to mój serdeczny przyjaciel Detlef, syn Thorvalda, saper. - przedstawił siebie i przyjaciela odpowiadając hrabiemu w khazalidzie - Wiem że dla ludzi wygląda to inaczej, lecz nie działamy z rozkazu króla Alrika. Jesteśmy tutaj dla dobra wszystkich krasnoludów i ludzi.

Runiarz wysłuchał uważnie szefa wywiadu i pokiwał głową.

- Chętnie pomogę wam w nawiązaniu kontaktu z Karak Hirn. Co zaś do listu, nie wiem czy pozostali przekazali szczegóły - brak mu było pieczęci, acz skrybowie przyjrzeli się podpisowi. Uznali go za autentyczny lecz i tak została wysłana na dwór elektorski prośba o potwierdzenie jego treści. Żadna odpowiedź nie nadeszła. Co więcej list ten przyszedł jeszcze zanim rozpoczął się najazd Granicznych na Wissenland.

- Co zaś tyczy się odwetu - z perspektywy Wissenlandu może to by miało przynieść efekt, lecz nie bez powodu Otto von Wernicky robił wszystko by nie rozgniewać dawi. Może chcieć wyciągnąć “pomocną dłoń” do Karak Hirn, które obawiając się prowokacji ze strony ludzi zwróci się ku Granicznym, niechętnie bo niechętnie, ale jednak. Co do analizy sytuacji między Imperium, a Karaz Ankor - wszystko się zgadza. Krasnoludy zdają sobie sprawę że siedzimy na beczce prochu i że ktoś wykorzystał sytuację wiedząc że będziemy jako sojusznicy w klinczu. Polubownie rozejść się nie da - za dużo emocji i gniewu, których nie ma gdzie wylać.


- Jak rzekłem, pomogę w nawiązaniu kontaktu z Hirn i mogę przesłać Hrabio waszą prośbę o wgląd do listu. - skinął głową Runiarz i zwrócił się do kupca - Zgadza się, Herr Kaufmann. Dotąd wiemy o trzech listach. Harkin Brock, dowódca najemników, dostał swój z rąk Granicznych. Zawierał w sobie polecenie by jemu i jego ludziom nie wypłacać pieniędzy za ich służbę. Pokazaliśmy ten list siostrzenicy hrabiego - dla niej podpis wyglądał na autentyczny. List do Karak Hirn już przedstawiłem - był dość chłodnym poleceniem nie wtrącania się w sprawy ludzi. Natomiast list do Otto von Wernicky’ego - gdy z nim rozmawiałem powiedział mi że jest w posiadaniu listu, który wycieknie jeżeli coś mu się stanie. Nie przypominam sobie by bezpośrednio powiedział że chodzi o Elektorkę. - krasnolud zmrużył oczy.

- I racja. Listów trzeba szukać u ludzi, którzy odwrócili się niespodziewanie od Wissenlandu lub “dziwnym zbiegiem okoliczności” nie dopatrzyli swoich obowiązków.

- Co do tego o co pytać półświatek… Słyszałem że te posterunki na Przełęczy zniknęły po cichu, nie zdołały wysłać nawet posłańca. Nie jestem specjalistą od taktyki, lecz wydaje mi się że nie byliby w stanie tego zrobić bez dobrego rozeznania i zabezpieczenia. Może warto zapytać się czy ktoś przed tym atakiem nie zbierał informacji albo nie interesował się tamtym regionem?

- Mamy też jeszcze jeden ślad. Zdołaliśmy ubić człowieka który zabił głównodowodzącego obroną prowincji. Miał przy sobie czek bankowy na okaziciela, podpisany przez bankiera Morgrima Luddssona. Jeżeli zdołamy się dowiedzieć dla kogo wystawia czeki zawęzimy krąg poszukiwań… o ile tych klientów nie jest dużo.

- Jest jeszcze jeden trop. Prośba o potwierdzenie nie doczekała się odpowiedzi. Ile osób mogłoby przejąć list skierowany do Elektorki? Kto ma dostęp do jej korespondencji? Można też poszukać tego kto te listy spisał bowiem charakter pisma różnił się od tego z podpisu.
 

Ostatnio edytowane przez Stalowy : 10-08-2021 o 08:43.
Stalowy jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 10-08-2021, 20:15   #9
 
Gladin's Avatar
 

- Ach tak, fałszerstwo i kalumnie - Rudolf pokiwał ze zrozumieniem głową, gdy Galeb tłumaczył, co zawierały w sobie listy. - W rzeczy samej, dokładna i wnikliwa analiza listu mogłaby być może ujawnić jakiś ślad. A zważywszy, że najprościej, mimo wszystko - zaakcentował wypowiedź palcem wskazującym - będzie zdobyć list w krasnoludzkiej twierdzy, należałoby wybrać się tam jak najszybciej. Panie hrabio - zwrócił się do Manfreda - ze względu na czas, posłałbym specjalistę od razu do Karak Hirn, razem z posłami - dłonią wskazał na obecnych khazadów.

- Jeżeli król się zgodzi, będzie mógł przystąpić od razu do dzieła. A jeżeli się nie zgodzi, no cóż... Trzeba będzie się imać innych możliwości.

- Mistrz Galvinson zastanawia się, czy ktoś mógł przejąć korespondencję wysłaną do księżnej. To nasuwa pytanie - w jaki sposób list został przesłany? - kupiec zwrócił się z pytaniem do zbrojmistrza.

- Poczta powietrzna, powiadacie - Kaufmann potarł w zamyśleniu zarost. - Wysłana zapewne do pałacu... panie Hrabio - obrócił się znowu do Windish-Gratza - czy jesteście w stanie zapewnić nam swobodny dostęp do rejestrów pocztowych? Moglibyśmy sprawdzić, czy jest ślad po tym liście. Mógł on bowiem nie dotrzeć wcale. Mógł też dotrzeć, ale nie zostać zarejestrowany. Oraz mógł dotrzeć i być zarejestrowany. Ale...

Rudolf przerwał, założył ręce za plecami i chwilę chodził w ciszy.

- Czy jest wiadome, w jaki sposób rzekomy list od księżnej dotarł do króla? Czy pocztą powietrzną? Czy wiadomo skąd został wysłany? Nie znam się na tym zbyt dokładnie - znowu potarł nerwowo policzek - ale ptaki wracają chyba do swych siedzib. Czyli ptak, który został wysłany do księżnej musiał najpierw być dostarczony z Nuln do Karak Hirn przez jakiegoś gońca. Zapewne kilka takich ptaków. Och, wybaczcie, trochę się zagalopowałem w mych rozmyślaniach... mówiąc krótko, chyba warto zbadać sposób działania poczty, może rzuci to jakieś światło na tę sprawę...

- Co więcej, jeżeli list do króla dotarł, jak zrozumiałem, szybciej niż to wynikało z wydarzeń... a list do Brocka trafił z rąk Granicznych... zaś listu Wernickyego nikt nie widział... czy nie sugeruje to wszystko, że listy wychodzą właśnie od Granicznych? A gdyby tak faktycznie było... może zamiast koncentrować się jedynie na fałszerstwie podpisu - a jak wiemy, są specjaliści zdolni do tego - warto również zbadać papier, na którym list został spisany oraz użyty atrament? Potrzebni by byli do tego oczywiście specjaliści, jak sądzicie panowie? I pani?
- poprawił się zaraz.
 

Ostatnio edytowane przez Gladin : 12-08-2021 o 21:11.
Gladin jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 11-08-2021, 22:17   #10
 
druidh's Avatar
 
Jeśli Hieronimus Ostwald szukałby kogoś do wygłaszania swoich podejrzeń oraz prawd o skavenach w kanałach Nuln… bo skaveny to na pewno w kanałach mieszkają, prawda? I mogą z tych kanałów wyjść w dowolnym miejscu… ciekawe, czy Szlachetna Pani Elektorka zdaje sobie sprawę z tego zagrożenia… Dom tak Szlachetnej Pani, panującej nam miłościwie, z pewnością jest odpowiednio broniony, ale gdzieś takie wyjście z kanałów na terenie jej posiadłości znajdować się może… i co wtedy? Tak odpowiedzialna osoba jak Rosalinde, Rosemarie albo może po prostu Rose Bauer uznałaby za stosowne zwrócić uwagę byłemu sekretarzowi Elektorki, na tak poważną sprawę.
Zaś sam Pan Hieronimus jest z pewnością jedną z niewielu odpowiedzialnych i obeznanych osób i niesprawiedliwość jaka go spotkała z rąk doradców, Szlachetnej Pani, bo przecież nie jej samej… to by było nie do pomyślenia… była zaiste przykra i bolesna.

Guwernantka w każdym razie wierzyła w słowo pisane, a poważne sprawy, które ma do przekazania Hieronimus Ostwald zdecydowanie wymagały zanotowania na piśmie. Pan sekretarz (cóż, że były) na pewno już o tym myślał, ale jeśli znalazł by chwilę czasu w dniach najbliższych, aby się spotkać i może chciał uporządkować swe myśli, nadać im dynamiki to pani guwernantka o imieniu i nazwisku, które nosiła połowa mieszkanek Nuln chętnie znajdzie czas.

Roz została jednak poproszona od stołu i to opasłe tomisko z cennymi informacjami na temat porządków i organizacji domu Szlachetnej Elektorki musiała odłożyć na później. Ucieszyła się jedynie, że zdołała skosztować większości postawionych na stołach potraw. Takiego przepychu może nie być jej dane zobaczyć ponownie w swoim życiu. Z osób które zwróciły jeszcze jej większą uwagę był Kapitan Straży Miejskiej przekazujący pozdrowienia od porucznika Grubera. Pozdrowienia nie były dla niej, ale i tak odrobinę za długo przyglądała się mężczyźnie.

* * *

Na górze pokiwała głową na słowa szefa wywiadu oraz wzdrygnęła się na myśl, że miałaby opuścić miasto zdążając jeszcze raz w tym obrzydliwym kierunku. Jeśli kupiec chciał jechać mogłaby mu nawet osobiście plombować beczki, a potem życzyć szerokiej drogi. I to w zasadzie było wszystko.

Poczekała cierpliwie, aż mężczyźni skończą mówić i dodała swoją część przemyśleń.
- Dobrze by było prześwietlić sekretariat Elektorki oraz jego archiwum. Może udałoby się wtedy zorientować w najważniejszych kierunkach polityki jej i jej doradców. Możliwe również, że trafić na listy niejasne.
Listy podróżowały normalnymi kanałami. Ktoś kto je stworzył musiał działać w otoczeniu Elektorki i prawdopodobnie ciągle tam przebywa.


Prywatnie zaś panna Bauer chciała się dowiedzieć, czy Elektorka jest głupia, czy zaś tylko taką udaje. Osobiście stawiała na to drugie, a ta myśl z jakiejś przyczyny podnosiła ją na duchu.

- Rozumiem, że głos drugi głos Elektorski miał należeć do domu Toppenheimerów i po śmierci Etelki miał przejść na jej spadkobiercę? - zapytała na koniec - Fatalne okoliczności.

Roz nie była pewna czy w obliczu szefa wywiadu należy podnosić wątpliwości, czy aby sama Elektorka nie działa na szkodę Imperium rozgrywając swoje własne interesy. W końcu on właśnie, a ostatecznie i sama Roz mieli prowadzić śledztwo za jej pieniądze. Roz podobnie jak Elektorka wolała Nuln od całej reszty świata i utrzymanie pokoju z Krasnoludami interesowało ją o tyle tylko, że dalej mogłaby sobie spokojnie w nim mieszkać.
 
__________________
by dru'
druidh jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Odpowiedz



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 15:20.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2021, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168