Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Warhammer
Zarejestruj się Użytkownicy

Sesje RPG - Warhammer Wkrocz w mroczne realia zabobonnego średniowiecza. Wybierz się na morderczą krucjatę na Pustkowia Chaosu, spłoń na stosie lub utoń w blasku imperialnego bóstwa Sigmara. Poznaj dumne elfy i waleczne krasnoludy. Zamieszkaj w Starym Świecie, a umrzesz... młodo.


Odpowiedz
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 27-02-2022, 17:46   #1
Aro
 
Aro's Avatar
 
Reputacja: 1 Aro ma wspaniałą reputacjęAro ma wspaniałą reputacjęAro ma wspaniałą reputacjęAro ma wspaniałą reputacjęAro ma wspaniałą reputacjęAro ma wspaniałą reputacjęAro ma wspaniałą reputacjęAro ma wspaniałą reputacjęAro ma wspaniałą reputacjęAro ma wspaniałą reputacjęAro ma wspaniałą reputację
[WFRP 2ed.] Wissenlandzkie obyczaje I (18+)

"Wissenlandzkie obyczaje I"


Mapa w pełnej rozdzielczości


***


8. Sommerzeit, 2524 KI
Pogranicze Teoffen i Serrig


Kłęby dymu, gorąc płomieni, trzaski, iskry. Wysuszony przez letnią pogodę las hajcował się lepiej niż niejedno ognisko przy przesileniu zimowym. Szyszki, igły i liście napędzały pożogę, siwo-szara mgła wyciskała siódme poty i łzy z oczu. Gorąc buchał zewsząd, płomienie tańcowały i lizały otoczenie, pochłaniając kolejne pędzi leśnego poszycia, rosnąc i puchnąc w zastraszającym tempie, strzelając w górę łapczywymi jęzorami.

Eksplozja. Tupik rzucił się w tył, szarpiąc za rękaw Semena i, ze zdumiewającą u niego siłą, powalił go na ziemię. Fontanna ognia wybuchła może krok od miejsca, gdzie przed chwilą stali. Wybuch rozsadził grupkę zbrojnych, którzy nie dość szybko pojęli grozę sytuacji. Jeden wciąż się miotał, wyjąc i niczym pochodnia rozświetlając półmrok lasu. Płonął. Semen też płonął, zlany z prawej strony jakąś oleistą cieczą. Cały świat płonął. A przez strzelający ogień, przez spowijające polankę kłęby czarnego dymu, wprost na drużynę z Teoffen przedarły się straszliwe sylwetki...

Ściana ognia wyrosła niczym namacalna granica, wijąc się esowo-floresowo, przedzielając las na dwa, zajmując i wypełniając pustą przestrzeń między dwoma grupami, zupełnie już zasłaniając i tak słabą widoczność, urzeczywistniając niewidzialny podział. Pożoga jednak, jak to z żywiołami było, nie dyskryminowała i groziła wszystkim jednako.

Ognisty półokrąg sięgał Hansa i Gregera. Furkoczące strzały świszczały i z mlaskiem przebijały skórznie, kolczugi i ciała, dziesiątkując szeregi ludzi z Serring. Ciemne kształty spływały gdzieś z wysokości, ostrza i klingi błyskały w szerokich cięciach. Rust wywinął się skokiem, wyminął zamaskowanego agresora, ale taktyczny odwrót zaraz wstrzymał kolejny wybuch, gorąc i iskry. Rzeź, ogień. Strzały zza krzewów i krzaków. Szczęk żelaza. Chaos i wycie, przekleństwa i desperacja. Byle dalej od ognia palącego wszystko na swej drodze, żarem bijącego po oczach, wyciskającego dymem powietrze z palących płuc.

Freundeswald płonął…


***



Pertraktacje, negocjacje, debaty i dyskusje. Ani Rewolucja, która ogarnęła pożogą ziemię wokół przeklętego po trzykroć Wusterburga, ani odwieczna ludzka tendencja do bycia drugiemu człowiekowi wilkiem, nie stłamsiły kompletnie i nieodwracalnie ducha dyplomacji. Nawet i typowy szlachecki upór, napędzany przez pogłębiający się przez wieloletnie sąsiedztwo konflikt i coraz to nowsze scysje, zdawał się ustąpić na rzecz pokojowego spotkania dwóch zwaśnionych od lat stron, bez zwyczajowej animozji pod hasłem “my kontra oni”. Czy do rozmów doszło dzięki zawierusze rozpoczętej przez Głosiciela, czy przez wewnętrzne problemy, czy przez odwilż w tej prowincjonalnej zimnej wojnie - ciężko było stwierdzić. Faktem było, że jeden sąsiad podszedł do przysłowiowego płotu, jako i drugi podszedł. Rozmawiać.

Kurtuazja prędko została jednak odrzucona precz, wytrzymując zaledwie początkowe grzeczności i mało szczere formułki narzucone przez kindersztubę. Wyrosła na przepastnych błoniach, przedzielonych granicą na mapach wissenlandzkich włości, płócienna osada namiotów, ozdobiona teoffeńskimi oszczepami w czerwonym polu i sarrigańską szachownicą, prędko przeszła z miejsca spokojnego obradowania błękitnokrwistych do, nie przymierzając, burdelu na kółkach ogarniętego pożarem. Rzucano mięsem, rzucano oskarżeniami, rzucano i glinianymi kubkami - ożywione dyskusje, o ironio, były wspólnym mianownikiem obu stron. Lady Matilda, żona lorda Erycka, pana na Teoffen, zwana za plecami Matroną wraz z bratem lorda, Dietmarem - w geście niesłychanej solidarności - wspólnie oskarżali swoich sąsiadów o zawalenie kopalni, która miała być dla Teoffen kaczką znoszącą złote jaja. Młoda lady Henrietta, pani na Serrig, szorstko i po żołniersku, nie przebierając w słowach, wytykała naruszanie dawnych umów i tchórzostwo teoffeńskich wojsk, trzymanych z dala od szeroko pojętego frontu tworzącego się przeciw rozlewającej się po południu Wissenlandu rewolucji. Argumenty ad personam i wbijane szpile napędzały jedynie błędne koło, prędko zmierzające ku metaforycznej przepaści.

Jedynym głosem rozsądku, nieco przytłumionym przez matulę i stryja, okazał się być młody panicz Detlef. Rozważny młodzieniec nawołujący ze swojego miejsca na krańcu stołu do zjednoczenia przeciw Głosicielowi; który na błonie sprowadził salwatorów ojca i ocaleńców wusterburskich, mających w charakterze naocznych świadków opowiedzieć o bitwie, rewolucji i nadchodzącym niebezpieczeństwie, które nie dyskryminowało. Rozsądek udzielił się i tileańskiemu doradcy Henrietty, Corrado da Capelliemu, który pomimo zażyłości ze swoją seniorką (zażyłości, której dokładna natura była przedmiotem wielu plotek, warto nadmienić), zdawał się nawiązać nić porozumienia z młodym Detlefem. Tileańczyk na mównicę wypchnął quasi-delegację wprost z Nuln, która mogła potwierdzić coraz to szerszy zasięg rewolucji i buntownicze nastroje wzdłuż i wszerz Wissenlandu. Nawet w samym Nuln!

Rewelacje zdawały się chłodzić gorące szlacheckie głowy - przynajmniej na tyle, by uczynić pierwszy krok ku lepszemu. Krokiem tym miała być wspólna ekspedycja do zawalonej teoffeńskiej kopalni. Tak zwana wizja lokalna. Ot, gest dobrej woli, początek współpracy. Uwertura do lepszych relacji sąsiedzkich. By zyskać na czasie i przemyśleć stanowiska.

Wyszło… jak wyszło.


***



Freundeswald, Las Przyjaciół, nie był najgorszym miejscem na spacery, przynajmniej na obrzeżach. Nie był to ponury i otoczony złą sławą Drakwald. Szum ociekających zielenią buków, które w wyższych partiach wzgórz przechodziły w świerki i sosny, ptasi trel, trzaskające gałęzie pod butami. Ale jak mówi ludowe przysłowie - “im dalej w las”... Im dalej w las, tym było mniej przyjemnie. Potężne i stare konary, zdradzieckie korzenie skryte w runie leśnym, zielono-liściasty baldachim rzucający cienie nawet mimo późnopopołudniowej godziny. Dzięki temu ostatniemu wczesna letnia aura nie dawała się aż tak we znaki, jak podczas wędrówki z obozowiska dyplomatycznego na granicy ziem obu rodów, ale mimo wszystko nastroje za bardzo nie dopisywały. Brnęli w las, ku zawalonej kopalni miedzi, z polecenia możnowładców. Z tej strony nie było żadnej drogi wiodącej w to miejsce, Teoffen zazdrośnie strzegło swego bogactwa. Szczęściem byli w grupie ludzie znający las, umiejący odnaleźć się w jego matecznikach i wądołach. Poprzedzeni przez takowych dalej szli już “delegaci”. Wpierw wypchnięci na mównicę, teraz w dzicz, jako “łączona ekspedycja”. Jedynie rycerze panicza Detlefa zdawali się rzeczywiście uhonorowani przydziałem, ale tak to już z rycerzami było. “Za Sigmara i ojczyznę”, “chwała i sława”, et cetera, i tak dalej, i tym podobne. Dla nich inni członkowie ekspedycji mogli w zasadzie nie istnieć i potrzebni byli niczym świni siodło.

Inni natomiast... Z innych rycerze byli marni. Semen Paczenko potrafił zabijać jak mało kto, ale gdzież tam było Kislevicie do rycerskiego stanu! Owszem, jakiś tam szacunek na dworze zyskał, ale taki sam miałby wprawny rzeźnik. Dobry kandydat na nauczyciela fechtunku dla młodych rodowców, ale nie daj Sigmarze, by spojrzeniem omiótł którąś z rodowych cór! Karłowaty Tupik von Goldenzungen też niejeden żywot w swoim życiu skrócił, ale do stawania w szranki z większymi się nie palił. A pomimo swego sporego doświadczenia w dworskich intrygach, póki co zyskał jedynie pewność, że szlachectwo w Imperium to coś zupełnie innego niźli szlachectwo w Bretonii. Tam był na ten przykład zwykle na dworze majordomus, który trząsł całym dworem. Tu tę funkcję gromadzącą spore kompetencje dzielili różni ludzie - łowczy, zbrojmistrz, dowódca drużyny Teoffen, podczaszy, kanclerz, a nawet nadworny kucharz. Każdy miał swoją rolę, funkcję, zadania do wykonania i rozsiewał swoje małe intrygi, chcąc zyskać większy wpływ na młodego panicza Detlefa, w którym już upatrywano dziedzica. Tupik ciężko odnajdywał się w tych zawiłościach i jedynie fakt, że panicz mający umiłowanie w bretońskich dworskich obyczajach cenił jego słowa, utrzymywał jego siłę ducha i niechęć do porzucenia Teoffen. Philippus Hohenheim z kolei, z racji swojego zawodu, był od składania i zszywania zbrojnej tłuszczy, a nie jej wyrzynania. Ceniony jednak za swój dar łatania dziur po ostrych narzędziach służących do krzywdzenia współbraci, wielbiony niemal przez część dworu w Teoffen za ocalenie lorda Erycka o czym było głośno, przez drugą połowę dworu, z niewiadomych przyczyn, był niemal znienawidzony. Wyrazy obu uczuć odczuł na własnej skórze i nawet cieszył się chwilą wytchnienia w gronie kompanów. Las, w przeciwieństwie do dworu, był uczciwy. Z kolei Dexter Schlejer problemy wolał rozwiązywać w inny sposób, z których jego ulubionym było po prostu i zwyczajnie ich unikanie. Byli tacy, którzy nazywali go tchórzem, ale nie zwykło mu to przeszkadzać. Inni cenili tę jego cnotę. Odziany jak ubogi rycerz i za takiego się podający, znalazł w Teoffen bezpieczną przystań. Do czasu, gdy jakaś matrona, wdowa po jakimś Jurgenie von Werk, w pijackim pewnie widzie, uznała go za swego z dawien dawna zaginionego syna. A przecież wszyscy wiedzieli, że jego rodowe zawołanie brzmi zupełnie inaczej!! To sprawiło, że wybrał się ochotniczo na rozmowy graniczne, towarzysząc paniczowi Detlefowi. Od szalonych bab lepiej się było trzymać z dala. Lanwin, pełniący na zamku rolę jednego z zastępców łowczego, szedł w gronie “delegatów” Teoffen z ponurą miną. Otoczony opieką przez lorda Erycka po tym jak porzucił służbę na rzecz strażników dróg, doceniony za umiejętności, schrzanił wszak ostatnie swe zadanie. Miał co prawda tylko pilnować wyrębu, bezpieczeństwa drwali, ale kopalnia była w pobliżu, a on nie ustrzegł pracujących tam ludzi. I nadal nie mógł swemu panu odpowiedzieć, kto napadł na świeżo wykopaną sztolnię, wybił górników i zawalił tunele. Hohenheim tyle co postawił towarzyszy na nogi, a blizny przestały dokuczać przy zmianie pogody, już zostawiali bezpieczne mury zamku w Teoffen, ruszając na prowincję, razem z popadłym w niełaskę Lanwinem i uciekającym od nawiedzonej baby Dexterem. Do tego jeszcze “oni”. Zbrojna banda z Serrig i - pożalcie się bogi - sojusznicy w wyprawie.

Druga część ekspedycji, ludzie działający w imieniu Serrig, szła jak i oni. Słyszeli trzaski wysuszonych gałęzi odbijające się echem między drzewami i gdzieś na granicy wzroku, wśród wściekłej zieleni, migały im sylwetki ludzi lady Henrietty. “Wspólna ekspedycja” była na nich narzucona, ale integracji nikt im nie nakazał. Trzymali się względnie swoich ludzi, tych których jako tako kojarzyli z teoffeńskiego dworu. Tych z Serrig widzieli w obozowisku i wiedzieli, że podobnie jak pod sztandarem Teoffen, tak i tam byli ludzie którzy potrafili zabijać, którym powieka by nie drgnęła, którzy zapewne mieli rozkazy rozwiązania sprawy kopalni na korzyść Serrig. Oni mieli swoje rozkazy. Pójść, uzgodnić, rozwiązać. Wyminąć wycinkę lasu tak, by druga banda jej nie widziała. Szli więc wiedzeni przez tropicieli z Teoffen i idących na przedzie rycerzy, klucząc strategicznie na prawej flance “sąsiadów”, narzucając im kierunek marszu. Z duszami na ramionach, czujnie wypatrując niebezpieczeństw, strzygąc uszami i nasłuchując, czy ta gorsza połowa ekspedycji nie miała w planach zdradzieckiego ataku. Widmo zasadzki błądziło gdzieś na granicy świadomości. Wypatrywali więc ludzi lady Henrietty szukając znaku, dziwnego zachowania, czegokolwiek co mogłoby poprzedzić zdradziecki atak.

Dalej i głębiej. Starsze jeszcze drzewa i bardziej ściśnięte korony. Grube świerki o pniach szerszych niźli dwóch najtęższych ludzi. Pamiętających zapewne stare, bardzo stare czasy. Półmrok, jaki tylko nietknięty przez ludzi, dziewiczy i dziki las, potrafił wytworzyć. Nie mogli powstrzymać bulgoczącego w trzewiach niepokoju. Prowincja prowincją, ale tutaj... O, tutaj królowała Matka Natura w swej pierwotnej postaci i nie mogli pozbyć się uczucia, że byli intruzami i stąpali tam, gdzie nie powinni. Zwłaszcza Philippus, którego mrowiła cała skóra, któremu szum liści jawił się jako umykający zrozumieniu szept, dla którego konary i korzenie wyginały się w znajome formy, jak z na wpół zapomnianego snu. Nie, Hohenheim czuł, że byli intruzami, że nie powinno ich tu być, że oto nadchodzi niebezpieczeństwo... Tupik wyczuł to drugi. Czule nastrojony zmysł przetrwania zaalarmował go, poczucie bycia obserwowanym zmusiło do chwycenia za broń, a oczy same powędrowały w zalegające daleko cienie. Zaraz po tym pomknął wzrokiem ku oddziałowi z Serrig. Zdążył jedynie syknąć na kompanów, których znał już czas jakiś i którzy mieli do jego instynktu jako takie zaufanie. Ułamek uderzenia serca, pół oddechu, kapka chwili wystarczająca na dobycie broni.

Krzyk. Trzask. Świst strzał i wirujące ręczne toporki. Syk dobywanych ostrzy, przekleństwa. Kolejne krzyki i trzaski. Potężne sylwetki skryte w cieniach, pędzące ku nim ze wściekłymi rykami wydzierającymi się z gardeł. Dzicy wojownicy, górscy berserkerzy, z pomalowanymi twarzami, okryci skórą, rwali ku nim jak szaleni. Klanowi, których niektórym z nich dane było już poznać.

- Do broni! - Rozkaz sir Magnusa był zbędny. Zwyciężały wyuczone odruchy. - Do broni! Za Teoffen! Serrig nas zdradz...

Sir Magnus nie miał szansy dokończyć pokrzepiających słów. Z toporkiem wbitym między krzaczaste brwi i krwią wyrywającą z czaszki, mógł jedynie bulgotać, skrzeczeć i charczeć. Z groteskowo wykręconą miną legł w leśne poszycie, ale nikomu nie było do śmiechu. Nikt nawet za bardzo nie zauważył mało chwalebnej śmierci znanego rycerza, koncentrując się na o wiele ważniejszych sprawach - własnym przeżyciu. Rozszalałe oczy szukały najbliższego napastnika, drogi ucieczki, szansy ocalenia…

Gdzieś na granicy świadomości dało się słyszeć kolejne ryki, od strony gdzie była banda z Serrig.

Ryki zgoła innego sortu.


***



Spacery na świeżym powietrzu, na łonie Matki Natury podobno służyły zdrowiu. Człowiek odprężał się, oddychał pełną piersią, robiło się lżej na sercu i na umyśle. Może i tak, ale przepastne lasy Imperium owiane były złą sławą nie bez przyczyny. Historie o kryjących się w głębinach gajów plugawych kultach, plemionach mutantów czy nawet zwykłych drapieżnikach, skutecznie przeważały szalę plusów i minusów leśnych wycieczek. Freundeswald, z tego co wiedzieli, było jednak miejscem względnie bezpiecznym, a obrana ścieżka obfitowała jedynie w niebezpieczeństwa ograniczające się do nierównej gleby czy skrytych korzeni. Nie licząc, rzecz jasna, teoffeńskiej zgrai, z którą przyszło im wspólnie pracować w ramach wypracowanego przez możnych konsensusu.

Wędrówka szła im dosyć gładko, to musieli przyznać. Lawirowali i kluczyli leśnymi ostępami w ślad za, co tu dużo mówić, najlepszym przewodnikiem jakiego mogli mieć. Felix Fynn Fuchs, młodociany druid, znał las jak własną kieszeń. Każdy zakamarek, każde drzewo, kryjówki i skróty, groty i jaskinie. Prowadził ich pewnie, a sam las zdawał się przed nim ustępować. Reszta stąpała więc za nim z namaszczeniem i uwagą, zdając się na jego druidzkie talenty. Dzicz nie była ich domeną. Nie dla typowego miejskiego zawodnika, jakim był Rust DeGroat; nie dla siwiejącego już Waldemara Bröka; nie dla siepaczy prima sort w osobach Hansa Grubera i Gregera Bedhofa. Tutaj nie dorastali druidowi do pięt, ale gdzie Felix miał braki, tam brylowali oni.

DeGroat i Brök, czuli na przekręty i kombinacje, węszyli spiski możnych i czytali między przysłowiowymi wierszami, upatrując w tej całej “wspólnej ekspedycji” politycznego manewru. Zwłaszcza DeGroat, który zdawał się mieć wiedzę o problemach granicznych z Teoffen, wiedzę nie gorszą niż dworacy lady Henrietty. Tym razem czuli intrygę, która co prawda opuściła miejskie mury i dworskie sale, ale jednak była namacalna. Tylko nie wiedzieli jeszcze kto, komu, co i za co. Dumali nad tym samodzielnie, wymieniając się zdawkowymi uwagami. Nie ufając “tamtym” i nie do końca ufając sobie. Tego nauczyło ich życie. Gruber i Bedhof z kolei, eksperci w swoim fachu, mieli baczenie na teoffeński oddział, w którym widzieli rzeźników równie dobrych, co oni sami i przeczuwali, że cała ta wycieczka odbije się negatywnie na czyimś zdrowiu. Zapewne gdyby mieli taką możliwość, grzecznie podziękowaliby za wyznaczenie ich do udziału w ekspedycji, ale ręce mieli związane. Ciężko było sprzeciwić się protektorowi, który w ich osobach widział rozwiązanie problemów trapiących Serrig. Ot, zapewne efekt przychylnych recenzji Orsiniego spisanych w wiadomości z jaką posłał ich na dwór lady Henrietty. On i jego pryncypałowie. Kimkolwiek by oni nie byli. Jedno jednak było pewne - Orsini mierzył wysoko. Zatem i oni, choć nie do końca rozumiejąc intencje kierujące adwokacką szychą w kierowaniu ich na to zadupie, grali o jakąś dużą stawkę. A im większa stawka, tym większe wióry lecą, jak się to w branży mówiło. Czasem wielkości odrąbanych rąk, nóg i głów Towarzyszący im żołnierze z kolei wykonywali tylko rozkazy swojej seniorki, a druid... Druid był enigmą, ale powody swoje pewnie miał.

Niepokój był. Nie miało prawa go nie być. Gęstniejące korony drzew, węższe odstępy między konarami, coraz bardziej zdradzieckie korzenie i pogłębiający się półmrok - im dalej, tym gorzej i nawet druidzka wiedza nie pomagała, bo czasami najzwyczajniej w świecie nie było jak stawać w szranki z Matką Naturą. Brnęli więc dalej, ostrożnie stawiając kroki, nasłuchując i zerkając w kierunku tych z Teoffen. Felix wiedział, że kierunek marszu był im niejako narzucony, by minęli szerokim łukiem miejsca, gdzie Teoffen drwa rąbało i wióry leciały. Mógł się tego spodziewać. Skurwiele nie chcieli pokazać skali zniszczeń, jakie dokonywane były w lesie z rozkazu ich lorda. Mógł się temu sprzeciwić. Tyle tylko, że nie wiedział jak. Dworskie rozmowy, półsłówka, intrygi, wszystko to było spoza jego kręgu pojmowania. Nie wiedział nawet, czy jego słowa wywarłyby jakikolwiek skutek. I tak większość dworaków gardziła jego prymitywnym wyglądem. Tego też mógł się spodziewać.

Nie spodziewał się za to nagłego zamarcia wpół kroku. Coś było nie tak. Czuł to pod skórą i w świerzbiących palcach, gdy las zaszumiał dziwnie i nieznajomo, a towarzyszący im wcześniej śpiew ptaków zamilkł złowieszczo. Odwrócił się i syknął ostrzegawczo do swoich towarzyszy. W ostatniej chwili. Kształty i cienie na granicy wzroku, powiew eterycznego wiatru. Jakby ostrzeż... Strzała zafurkotała wściekle cale od jego twarzy. Druid odruchowo skoczył za konar, a kolejne świsty zburzyły ciszę. Pierwsza salwa nadeszła od frontu, ale szczęknięcia cięciw i świst lotek zaraz rozległy się i na prawicy.

- Will, Allan, teraz! - Nadszedł okrzyk.

- Jebane teoffeńskie psy - warknął młody Victor zza wzniesionej tarczy.

Kolejna salwa zasypała oddział z Serrig. Gdzieś z góry, spomiędzy wysokich koron, zrzucone zostały liny i opadły na nich zamaskowane kształty, błyskając ostrzami i klingami. Członkowie orszaku w pośpiechu dobywali ostrzy. Nikt nie czekał, szerokie cięcia i szybkie sztychy zaraz zaczęły wyrywać krwawe smugi, plamiąc na szkarłatno-brunatno runo. Ostrzał ustał, a strzelcy rzucili się w ich stronę, skorzy połączyć siły ze swoimi kamratami. “Pieprzeni banici-bimbrownicy,” przemknęło Felixowi przez myśl, gdy rozpoznał Wesołą Kompanię, jak w przyleśnych wioskach nazywano zbirów kryjących się w trzewiach Freundeswaldu. Teoffeńczycy naprawdę musieli być zdesperowani, by do ataku najmować margines marginesu, w dodatku tak przez nich znienawidzonego.

Nie było jednak czasu na dokładną identyfikację atakujących, nie było czasu na przybranie szyku, nie było czasu na organizację kontrataku - nie było czasu na nic, za wyjątkiem desperackiej obrony. Strzały, uderzenia, pięści i kopniaki. Jak tylko mogli, opierali się wściekłemu i zajadłemu atakowi z ukrycia, i już, już zdawało się że wyrębywali sobie powoli przewagę. Wprawieni w boju zbrojni z Serrig sprawdzili się, odpychając napastników, wiążąc ich społem z “delegatami”. Przeciwników przybywało, ale stracili asumpt zaskoczenia. Teraz trzeba było ich tylko…

Deszcz oleistej cieczy spadł z nieba, a wraz z nim buchnął ogień, a zaraz za nim żar. Suche runo, liźnięte przez ogniste jęzory, zajęło się prędko i dym spowił walczących. Płonęły drzewa, płonęły krzewy, płonęło runo i płonęli ludzie, z wyciem miotając się w desperackiej walce z żywiołem. Rust miał szczęście, wrodzonemu zmysłowi taktycznemu zawdzięczał to, że nie walczył w pierwszym szeregu, kryjąc się za rozłożystymi plecami Gregera i tylko od czasu do czasu wysuwając z zań ostrze. Jak zgrany tandem. Dzięki temu uniknął płonącej ulewy, która pokryła jego wielkiego towarzysza, zmieniając go w jednej chwili w płonącą kukłę. Greger zawył, rzucając się w tył, a Rust rzucił się zrywać z kompana płonący płaszcz, dławić rozlewającą się po jego ciele pożogę. Brök doskoczył, szerokim cięciem odpychając od ich dwójki napastników, którzy sami też mieli problemy z płomieniami. Felix z przerażeniem spoglądał na falę zniszczeń. To było barbarzyństwo! “Skurwysyny!,” zawył w środku, czując wszechobecny ból lasu, cierpienie tysiąca tysięcy istnień. Hans i kilku zbrojnych cofało się przed ogniem krzycząc z całych sił i odcinając się przeciwnikom.

- Do tyłu! Musimy się wycofać!

Błyskawicznie rosnąca pożoga postępowała i chłonęła wszystko na swej drodze. Ktoś - swój czy wróg? - wepchnięty w gorące objęcia pożaru zawył nieludzko, wierzgnął i rzucił się na ziemię, próbując ugasić samego siebie, ale było za późno. Tłusta maź, pewnie oliwa, okleiła go uniemożliwiając ratunek. Płonąć zaczęły również ubrania, włosy, żar wdzierał się w gardła dławiąc krzyki…

Smród palonego mięsa wymieszał się z dymem.


***


Kłęby dymu, gorąc płomieni, trzaski i iskry. Krzyki, przekleństwa, świsty i wycie. Krew i popiół. Freundeswald płonął na całego, dusząc i pochłaniając życia. Ogień postępował i pożerał wszystko jednako, za nic mając ścierających się w otoczeniu płomieni ludzi.

Pożoga nie znała pojęcia litości.






_________________________________________

Zaczynamy, Panowie. Życzymy miłej zabawy i prosimy, byście umieszczali pod każdym postem 5 rzutów k100.



Podział polityczny Wissenlandu
(mapa autorstwa Mike'a)



Mapa w pełnej rozdzielczości
 

Ostatnio edytowane przez Aro : 27-02-2022 o 23:29.
Aro jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 28-02-2022, 00:10   #2
 
Eliasz's Avatar
 
Reputacja: 1 Eliasz ma wspaniałą reputacjęEliasz ma wspaniałą reputacjęEliasz ma wspaniałą reputacjęEliasz ma wspaniałą reputacjęEliasz ma wspaniałą reputacjęEliasz ma wspaniałą reputacjęEliasz ma wspaniałą reputacjęEliasz ma wspaniałą reputacjęEliasz ma wspaniałą reputacjęEliasz ma wspaniałą reputacjęEliasz ma wspaniałą reputację
Żył i był bezpieczny. To już było nader imponujące osiągnięcie, biorąc pod uwagę krętą i wyboistą ścieżkę, jaką przyszło Tupikowi przebyć, by dobić do bezpiecznej przystani. Przeklęty Wusterburg, bitwa, zasypane śniegiem trakty, rzeź na Wiedźmim Wzgórzu - po drodze ocierając się o śmierć nie raz i nie dwa. Nawet moc piekielna, która nawiedzała sny ocaleńców wusterburskich i snuła złowieszcze wizje przyszłości, jakby przestała sięgać ku Tupikowi. Koszmary dalej się pojawiały, jakżeby nie mogły, ale ich intensywność lżała z dnia na dzień, z tygodnia na tydzień i z miesiąca na miesiąc. Może była to kwestia odległości od Wusterburga i grubych murów Teoffen?

Jakby nie było, Teoffen było dlań i jego kompanów schronieniem. Czy stałym, czy nie, to pozostawało do ustalenia, ale całą wiosnę spędzili na zamku, liżąc rany i dochodząc do siebie. Należało im się, przeszli wiele. Tupik na dworze odnalazł się... No, może nie jak ryba w wodzie, ale niszę swoją znalazł. Papiery poświadczające szlachectwo przydały się w odnajdywaniu owej niszy, ale prawdziwy sukces zapewniło to, co von Goldenzungen wyniósł z Bretonnii. Młody panicz Detlef, który wychował się w tamtych stronach i forsował rycerską kulturę na zamku, od razu zainteresował się Tupikiem i nić porozumienia z czasem przeszła w coś na kształt znajomości.

Znajomości, której nie każdy był tak chętny jak młodociany dziedzic i jego rycerze. Lady Matilda, Matrona Teoffen, była w swojej niechęci powściągliwa i dyskretna jak diabli, ale Tupik wiedział że za tym chłodnym, kalkulowanym uśmiechem i skrupulatnie utrzymywaną facjatą kryła się kobieta, której nie należało wchodzić w drogę. Widział takie, znał takie. Wiedział lepiej. Stryjek Detlefa, Dietmar, nie krył się ze swoją niechęcią. Nie krył się w sumie z niczym, ale tutaj zapewne górę brały lata żołnierskiego wychowania. Prosty człowiek o prostym podejściu, z charakterem prostym jak konstrukcja cepa.

Dworskie intrygi, jak prędko się okazało, nie były domeną jedynie bogatych rejonów i docierały nawet tutaj, na prowincję. Ba, nawet niżej, do dworu, służby i pewnie dużo, dużo niżej. “Pewnie i psy w psiarni kopią tu jeden pod drugim dołki,” myślał czasami. Tupik przez tygodnie uważnie obserwował i układał w głowie skomplikowaną sieć intryg, która powstała pod nieobecność lorda Erycka i utrzymywała się dalej - “Łupacz”, słabując na zdrowiu, miał guzik do gadania. Matrona sprawowała rządy w jego imieniu, będąc de facto regentką Teoffen. Dietmar skupiał wokół siebie tradycjonalistów, knując zarówno przeciw bratowej, jak i młodemu Detlefowi. Sam panicz z kolei rwał się do sterów, snując szlachetne plany zjednoczenia wszystkich przeciw rewolucji. Jak to bywa, każdy grał na własną rękę, snując własne plany i chcąc ziścić własne ambicje.

Polityczna sieć sięgała nawet Serrig za południową granicą. Zimna wojna, którą tamtejsza lady Henrietta prowadziła wobec Teoffen, ocieplała się nader prędko, napędzana przez wspólne oskarżenia, insynuacje i plotki. Serrig wytykało palcem wstrzymanie wojsk przed ruszeniem na front i wycinkę granicznego Freundeswald, która naruszała stare umowy; Teoffen ripostowało, oskarżając sąsiadów o zawalenie kopalni i przestawanie z rewolucjonistami. Niesnaskom nie było końca, nawet w obliczu niepokojących wieści z innych części Wissenlandu, w tym z samego Nuln. Rozmowy pokojowe, o których zdecydowano, dawały nadzieję na pojednanie, albo chociaż na pierwsze kroki w kierunku jakiegoś porozumienia. Znikomą, bo znikomą, ale zawsze...

Wszak nadzieja matką głupich.


***

- Płaszcz prosto z Altdorfu . Wspaniała okazja. Podszyty gronostajem o proszę Panie , proszę spojrzeć jak pięknie ! – Tupik długo nie myśląc dał się namówić na zakup , kosztowało go to dwa pierścienie z całkiem pokaźnymi rubinami, część fantów zabranych z poległych pod Wusterburgiem…

To było zanim piękny płaszczyk stał się nadpaloną szmatą…

- Na ziemie ! - zakrzyknął po czym praktycznie podcinając Semena przyśpieszył jego lądowanie na glebie. Chwilę później piękny, gronostajem podszyty płaszczyk stał się ratunkiem dla płonącego Kislevity , Tupik szybko zdusił ogień, niemal tak szybko jak wewnętrzną rozpacz spowodowaną poświęceniem kosztownego – a co ważniejsze – stylowego ubranka… „Gdzie ja teraz taki płaszczyk znajdę” – zastanawiał się w duchu jednocześnie oceniając sytuację.

Widok Klanowych wzbudził w Tupiku najgorsze wspomnienia. Rzeź jaka miała miejsce pod Wusterburgiem. Helga – wspaniała kobieta, na której ramionach Tupik zamierzał zwojować cały świat… No może chociaż wygrać bitwę… Wiedział że z Klanowymi nie ma żartów. Chwilę po tym jak pomógł Semenowi już szykował w dłoni procę oddzielając się od napastników dzielnym Kislevitom. W zasadzie oddzielając się każdym jednym rycerzem, żołnierzem, kimkolwiek, nie śpieszyło mu się bowiem do powtórki z Wusterburgu, gdzie chcąc nie chcąc ( raczej nie chcąc ) stanął ostatecznie w pierwszym szeregu. Zwłaszcza że tym razem nie miał pod ręką żadnej Helgi na którą mógłby wskoczyć.

Choć zbierało mu się na bojowe okrzyki i komendy wolał zachować milczenie. Po co rzucać się dodatkowo przeciwnikowi w oczy? Niech tłuką się inni. Tupik mógł co najwyżej pomóc a gdy pomaganie stawało się nazbyt niebezpieczne to cóż … Halfling z wozu koniom lżej…

Z drugiej strony zgubne dla halflinga przywiązanie do ludzi których znał i lubił nie pozwalało mu tak całkiem brać nogi za pas przy pierwszych – a czasem nawet drugich niesprzyjających okolicznościach. Zbyt wiele ich przeżył by rejterować na pierwszą lepszą oznakę trudności. „Chronić medyka” – przemknęło mu przez myśl. Dobrze wiedział że Philiphus może być najbardziej narażony w tym momencie. Jako że bardziej znał się na szyciu ran niż ich zadawaniu - choć dotychczas pokazał że i to potrafi...

Klanowych mogła nająć lady Henrietta oskarżana wszak o zawalenie kopalni. Jednak czy na pewno, skoro nawet droga do kopalni była tak bardzo okryta tajemnicą? Czy za zamachem nie stał ktoś bliższy Detlefowi, ktoś kto dobrze wiedział którędy panicz będzie szedł i kto miał bezpośredni interes w tym by się go pozbyć? A może zasadzkę urządził ktoś trzeci , inny sąsiad wyznający zasadę gdzie dwóch się bije i oskarża nawzajem, tam trzeci niechybnie skorzysta?

Tupik był na dworze wystarczająco długo by mieć pewne podejrzenia co do natury zasadzki. Przecież klanowi nie siedzieli tak sobie z dupy wzięci gdzieś w głębinach lasu, przypadkiem na drodze, która poruszał się panicz do strzeżonej pilnie kopalni , na drodze owianej tajemnicą…

Jedyne co mógł w tej chwili zrobić to lawirować gdzieś pomiędzy Semenem a Philippusem, szyjąc z procy, wykorzystując naturalną zasłonę z drzew i przewagę swojej wielkości – czy też niewielkości, pozwalającej łatwiej mu się schować za sojusznikami. Przynajmniej dopóki nie był przyparty do muru. Wówczas miecz i tarcza obita łuską z wywerny - ta sama która nie raz już uratowała go od śmierci... Wolał jednak unikać bezpośredniego starcia zostawiając je w rękach lepszych - choćby Semena.


K100 : 11, 09, 17, 07, 06 ... chyba zachowam te kostki

 

Ostatnio edytowane przez Eliasz : 28-02-2022 o 16:05.
Eliasz jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 28-02-2022, 21:59   #3
 
Anonim's Avatar
 
Reputacja: 1 Anonim ma wspaniałą reputacjęAnonim ma wspaniałą reputacjęAnonim ma wspaniałą reputacjęAnonim ma wspaniałą reputacjęAnonim ma wspaniałą reputacjęAnonim ma wspaniałą reputacjęAnonim ma wspaniałą reputacjęAnonim ma wspaniałą reputacjęAnonim ma wspaniałą reputacjęAnonim ma wspaniałą reputacjęAnonim ma wspaniałą reputację
Hans Gruber miał niewiele. Żył z dnia na dzień, z zadania na zadanie, a większość tego co zarabiał to szybko tracił. Resztę pożerały podatki. Mając niewiele nie mógł stracić wiele. Prosty rachunek zdawał się być jego dewizą życiową. Nie bardzo interesowały go szczegóły, a i geopolityka mało go obchodziła. Niektórzy mówili, że bycie najemnikiem to skomplikowana kariera, ale Hans w ogóle tak tego nie postrzegał. Wszystko było niezwykle proste. Przychodziło zlecenie, wypełniało się je i dostawało się pieniądze. Proste. Nie było czego komplikować, choć czasem ten czy inny chciał zdradzić misję i nie miał ku temu dobrego powodu. Bo przecież zawsze można dogadać się. Z każdym i zawsze. No może prawie z każdym i prawie zawsze. Każdy miał jakieś ograniczenia. Nawet Hans Gruber, choć ciężko było je dostrzec.

Marsz przez las nie wydawał się przyjemny. Coś wisiało w powietrzu i nie były to tylko bąki Gregera. Hans obiecał sobie, że wspomni osiłkowi, żeby przestał nażerać się fasolą przed misjami. To jest, kurwa, poważna sprawa - pomyślał sobie czując smród kolejnego bąka. Z tego powodu Hans odrobinę spowolnił kroku trzymając się teoretycznie anonimowych żołdaków. No w sumie nie byli tacy anonimowi, bo jednego czy drugiego spotkał na pijaństwie albo dziwkach. Chociażby taki jeden ponurak to Klaus Carstein - facet, którego raz wyrzucili z burdelu za wyrzyganie na dziwkę bardzo dużej ilości wina. Wyglądało to iście komicznie.

Nagle Gruber dostrzegł jakąś dziwną, z grubsza humanoidalną, postać czającą się na jednym z drzew. Wpatrywała się w ich oddział oczami, które w pewnym momencie zabłyszczały na zielono. Po chwili widziadło zniknęło, a Gruber dostrzegł jedynie jak gałęzie delikatnie ruszały się po kolejnych skokach tej dziwnej istoty. Powiedziałby reszcie o tym, ale nie chciał robić z siebie świra. Nikt inny tego nie zobaczył, a Gruber nie miał żadnych dowodów, że to nie jest jedynie część jego wyobraźni. Charakterystyczny zielony błysk oczu dostrzegł później raz jeszcze: chwilę przed zrzuceniem na jego kompanów oleistej cieczy i początku pożogi.

Co do samej pożogi to Hans Gruber w pierwszym odruchu opanował śmiech. Krzyk płonących ludzi był dla niego dość komiczny i miał ochotę wepchnąć w płomienie jeszcze kogoś, ale z drugiej strony bał się, że wówczas nie wytrzyma i po prostu zacznie się śmiać na głos. Śmiech to zdrowie. Gruber zasadniczo trzymał się zbrojnych, z którymi próbował dotrzeć do jakichś przeciwników przy okazji nie obrywając od nikogo. Na walce znał się dobrze, ale spróbuje wepchnąć kogoś w ogień - ot tak dla żartu. Oczywiście ten ktoś nie mógł być częścią jego "oddziału" (choć ten druid to chyba nie liczy się, nie?).

Dzień zapowiadał się naprawdę dobrze.

Rzuty: 42, 63, 18, 29, 78
 

Ostatnio edytowane przez Anonim : 28-02-2022 o 22:14.
Anonim jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 28-02-2022, 23:20   #4
 
Mike's Avatar
 
Reputacja: 1 Mike ma wspaniałą reputacjęMike ma wspaniałą reputacjęMike ma wspaniałą reputacjęMike ma wspaniałą reputacjęMike ma wspaniałą reputacjęMike ma wspaniałą reputacjęMike ma wspaniałą reputacjęMike ma wspaniałą reputacjęMike ma wspaniałą reputacjęMike ma wspaniałą reputacjęMike ma wspaniałą reputację
Wusterburg i Wiedźmie Wzgórze nie chciały odejść w niepamięć. Czarcie sny trwały dalej, nieco lżejsze, ale mimo wszystko równie straszne co przedtem. Demon, Krwawy Deszcz, pola zasłane trupami. Wykrzywione i zmasakrowane twarze Ingwara, Bruno i Carla. Oczy wyzierające z poharatanych czaszek, palce oskarżycielsko wyciągnięte w jego stronę na czarcich sznurkach. Topór ociekający posoką, ciężki w kislevickich dłoniach. Skrzek z gardeł ofiar rzezi na Wiedźmim, obiecujący zemstę i kościste paluchy zaciskające się na jego gardle, wyżymające resztki oddechu i życia jednako.

Nie, sen nie przynosił ukojenia przez długi czas. Mimo bezpiecznej przystani w Teoffen, do którego dotarli wraz z lordem Eryckiem i zbrojną eskortą i w którym zostali przyjęci nader ciepło przez lordowską rodzinę, i mimo zapewnionego bezpieczeństwa. Minęły długie tygodnie, zanim sen zaczął na powrót odnawiać nadwyrężone siły; długie tygodnie spędzone na rekonwalescencji i lizaniu ran. Długie, nudne tygodnie na teoffeńskim dworze.

Siły jednak wróciły, zagoiły się rany, nowe blizny dołączyły do kolekcji, wiosna przeszła w lato. Zostali w Teoffen. Lady Matilda i młody panicz Detlef zapewnili im wikt i opierunek, zapewnili miejsce na zamku. Nawet lord Eryck, gdy już lecznicze zabiegi Hohenheima wybudziły go ze śpiączki, osobiście i twarzą w twarzą wyraził swoją wdzięczność. Zostali. Bezpieczne przystanie były teraz rzadkością, gdy rewolucja ogarniała kolejne ziemie. Nie było co ryzykować.

Semen zyskał nawet uznanie teoffeńskich żołnierzy, przechodząc z obcego Kislevity w... Mentora? Nauczyciela? Mistrza? Cóż, jakkolwiek by tego nie nazwać, trenował zarówno młodych poborowych, jak i trenował z weteranami. Życie na wissenlandzkiej prowincji toczyło się powoli, ale w zasłyszanych rozmowach oraz powtarzanych plotkach Semen widział zbliżające się burzowe chmury. Czuł w kościach, że spokój zostanie prędzej czy później zburzony, a dyplomatyczne rozmowy możnych będą, koniec końców, jedynie odroczeniem nieuchronnego. Jakichkolwiek możnych. Z kimkolwiek.

- Pożywiom, uwidim - wzdychał. wiedząc że stare powiedzenie nigdy nie kłamie.

***

Widząc śmierć sir Magnusa Semen mógł zrobić tylko jedno:
- W pary! I chronić się nawzajem! - wydarł się Semen - Szyku w lesie nie utrzymamy. - Szacunek jaki sobie wywalczył pozwolił mu na więcej niż wynikało z urodzenia. Nawet panowie rycerze dwa razy się zastanawiali, gdy szło do zbrojnej rozprawy. Nawet na dziedzińcu podczas treningów.

Gdy pojawił się ogień skinął w podzięce pokurczowi i rozszczepiając łeb płonącego klanowca zawołał:
- Wycofać się do kopalni. Inaczej ogień nas dopadnie!

k100: 22, 86, 45, 26, 38

 
Mike jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 01-03-2022, 08:43   #5
 
Bielonek's Avatar
 
Reputacja: 1 Bielonek nie jest za bardzo znanyBielonek nie jest za bardzo znanyBielonek nie jest za bardzo znanyBielonek nie jest za bardzo znanyBielonek nie jest za bardzo znanyBielonek nie jest za bardzo znany
-Mówię ci, pycha! W „Imperialnej” takiej nie dawali. – Greger wepchnął sobie do ust kolejną porcję bigosu pachnącego jakimiś południowymi ziołami zajadając świeżo zjedzoną fasolę. Za nic miał szydercze spojrzenie Grubera, który pokpiwał z jego apetytu. Rust pokręcił tylko głową ze zdumieniem konstatując jakie ilości żarcia jego kompan może w siebie wcisnąć. Drewniana łycha zastukała o drewniany talerz gdy Greger kończył wydrapując ostatnie resztki żując to co właśnie wchłonął.

-Tuueee huurffiee shyny hżą? - wielkolud zadał pytanie z pełnymi ustami i powiódł pytającym spojrzenim od Rusta, swego przyjaciela do Waldemara, który na dworze Serrig zdawał się być najlepiej rozeznany. Wzruszenie ramion obu było wymowną odpowiedzią. Gruber parsknął. Greger urwał sobie kawał chleba ze spieczoną skórką i zaczął wycierać resztki z misy.

-Trudno powiedzieć. Gdyby dążyli do wojny byli by szaleni. Mają tę rewolucję pod bokiem. - DeGroat myślał. W ich tandemie od myślenia był on. Greger wiedział, że druhowi brakuje Klemensa i Tesslara, ale było minęło. Tamci zwiali ze swoją częścią łupu i wiatr się po nich rozwiał. Nie, Greger nie miał prawa narzekać, swoją dolę dostał uczciwie. I nadal miał odłożoną gotowiznę, na wypadek gdyby udało mu się znaleźć bliskich Durnhelma. Pamiętał ile się musiał wykłócać z kamratami o tę działkę, ale było warto. Byli w tym razem od początku a słowo nie dmuchawiec co na wietrze ulatuje. Tak jak i teraz, nawet jeśli towarzystwo nie do końca odpowiadało osiłkowi. - Nic to, zbieraj się! Mamy wizytować tę sporną dziurę w ziemi, będzie okazja przyjrzeć im się z bliska.

Greger skinął głową i wepchnął sobie ostatni kęs chleba do ust, po czym popił wodą z garnca. Był prawie gotów. Gdyby miał jeszcze chwilę, poszedł by na stronę, ale słyszał już głosy zwołujące „delegatów”. „Cóż, może w lesie będzie okazja przysiąść pod jakimś łopianem.” pomyślał zrezygnowany narzucając ciężki skórzany płaszcz na garb czując w nim ciężar przymocowanego doń oręża. Noży, tasaków i kastetów. Narzędzi do krzywdzenia bliźnich, które były jego nieodłącznymi towarzyszami. Przeciągnął się strzelając karkiem, po czym ruszył za Rustem. Jak zawsze. Gdzie DeGroat tam on.


***

Żar buchał zewsząd a Greger tasakiem i mieczem czyścił przedpole niepomny na tlącą się odzież. Zaskoczyli ich. Jak dzieci. W mieście coś takiego nie miało prawa się udać, ale w lesie... W lesie to inna sprawa. Greger w ostatniej chwili uchylił się przed cięciem, które wymierzył mu jakiś obszarpaniec spływający z nieboskłonie na długiej linie. Odruchowo odpowiedział uderzeniem tasaka. Ostrze wgryzło się w dłonie linoskoczka, który z wyciem, ciągnąc za sobą fontannę krwi, runął w płomienie. Kurczowo zaciśnięte na linie dłonie odpłynęły łukiem dalej. Ktoś z boku wyciął Gregera w bok, zza krzaka. Teraz dopiero dostrzegł napastnika z siekierą w garści. Za późno. Zmieciony siłą ciosu upał na płonące igliwie czując żar palący wąsy, włosy, skórę twarzy. Żar w zranionym toporem boku. Rust z ostatniej chwili zasłoną zbił kolejny cios siekiery, która pewnie zakończyła by doczesne problemy Gregera. Osiłek odtoczył się niezgrabnie, dźwigając się na nogi.

Potyczka rozgorzała na dobre a z tego co Greger potrafił wywnioskować przybierała coraz bardziej chaotyczny przebieg. Ludzie stawali do siebie plecami starając wzajemnie kryć się przeciwko napastnikom, ale tych było więcej. Przeklęty druid wciągnął ich w zasadzkę. I te kurwie syny, tropiciele z Teoffen. Byli w matni a żar pożogi zdawał się zacieśniać ich i tak wąską drogę ucieczki.

-Rust! Do tyłu! Musimy się z tego wydostać! - ryknął przekrzykując innych by dotrzeć do druha. Musieli się z tego wydostać. Obaj. I Greger wiedział, że uczyni wszystko, by się tak stało.

***


5k100: 53, 17, 01, 58, 33
 
Bielonek jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 01-03-2022, 09:16   #6
 
Lynx Lynx's Avatar
 
Reputacja: 1 Lynx Lynx ma wspaniałą reputacjęLynx Lynx ma wspaniałą reputacjęLynx Lynx ma wspaniałą reputacjęLynx Lynx ma wspaniałą reputacjęLynx Lynx ma wspaniałą reputacjęLynx Lynx ma wspaniałą reputacjęLynx Lynx ma wspaniałą reputacjęLynx Lynx ma wspaniałą reputacjęLynx Lynx ma wspaniałą reputacjęLynx Lynx ma wspaniałą reputacjęLynx Lynx ma wspaniałą reputację
Rewolucyjna zawierucha nie sprzyjała podróżom. Szlaki lądowe i wodne południowego Wissenlandu stały się jeszcze bardziej zdradzieckie, niż zazwyczaj i ciężko było o własne bezpieczeństwo, jeśli nie miało się zbrojnej eskorty. Szczęśliwie jednak, Dexter Schlejer - człowiek z głową na karku - zdołał ujść przed rewolucyjnym chaosem i zaszył się w Eigenhof, o rzut beretem od przeklętego Wusterburga. Pozując jako zaściankowy szlachcic, dzięki podrobionym papierom, znalazł bezpieczne schronienie na względnie bezpiecznym dworze barona Manfreda. Mimo wszystko, zastępy Głosiciela i Prokuratora K tuż za miedzą były niepokojące i o wiele za blisko jak na jego gust.

Całe szczęście, o ironio, że sytuacja między podległym baronowi Lordem Eryckiem z Teoffen, a sąsiadującym Serrig uległa pogorszeniu, a sam Lord ustami swego syna (bo sam ponoć wciąż słabował po ranach odniesionych zimą) odmówił wysłania wojsk na ostateczną rozprawę z rewolucyjnym buntem, do czego nawoływał i gromadził siły baron Manfred z Eigenhof. Baron nie czekał i wysłał poselstwo z żądaniem do krnąbrnego wasala; nie czekał i Dexter, dołączając do skromnego orszaku i ruszając w stronę bezpieczniejszych stron. Mimo chłodnego przyjęcia w Teoffen, lady Matilda wraz z młodym Detlefem zapewnili wysłannikom swego seniora wikt i opierunek. Wszystko układało się tak doskonale…

Aż nagle jakaś stara baba przebywająca na zamku Teoffen, wdowa po rycerzu Jurgenie von Werk, krzykiem zagłuszyła ujadające na zamkowym dziedzińcu psy.

- Morgden! Mój Morgden! Synku…!

Ileż on się musiał natłumaczyć zdumionym towarzyszom po tym, jak udało mu się wyrwać z jej starych łap, że nie jest żadnym Morgdenem, że nie zwie się von Werk i nie pochodzi… No właśnie w sumie nawet nie zapamiętał skąd. Dość powiedzieć, że gdy tylko usłyszał o rozmowach pokojowych pomiędzy Teoffen a Serrig sam zaproponował swój udział. I po kilku dniach ukrywania się przed staruchą po zamku lorda Erycka, dołączył do misji dyplomatycznej z radością. Tym większą, kiedy usłyszał, że stara posłała po jakiegoś kapłana, który miał dać świadectwo jego krwi!

8. Sommerzeit, 2524 KI
Pogranicze Teoffen i Serrig


~ Cholerna stracha ropucha.~ sklął w myślach starą raszple Dexter przez, którą stracił bezpieczne i jakże wygodne miejsce przy pańskim stole, a teraz musiał przedzierać przez jakieś chaszcze, gdzie wilcy dupą wyją. Szedł z buta z bliżej nieznanymi sobie osobami, a szalone majaki starej baby ciągnęły za nim brzydkie paszkwile jakie zapewne co niektórzy z obecnych z chęcią słuchali.
- Cholera z nimi. Czas ruszać do Tilaei- mamrotał pod nosem swe przyszłe plany. Tylko jak to zrobić. Cholerna rewolucja się panoszy, a śmierć może Cię spotkać z naprawdę błahego powodu.
Tak sobie szedł przez las dumając sobie, aż tu nagle jak nie hukło i pierdutło. Ogień, strzały i martwy sir Magnus. Szaleństwo na Sigmara istne szaleństwo. Człowiek w takiej chwili miał parę opcji do wyboru. Śmierć w walce, stać i czekać na śmierć i uciekać z potencjalną śmiercią wbitą w plecy. Zawsze też można było użyć głowy i jakoś przeżyć.
Ten Kozak zaczął wołać i starać się przewodzić w całym tym zamieszaniu. Warto kogoś takiego mieć w ekipie. Miał przy boku tego tam znachora i niziołka jeszcze. Ktoś wprawny w sztuce leczniczej zawsze się przyda, a niziołek... cóż jak coś zniknie wiadomo czyja wina. Ruszył do nich starając się unikać wszelakich rzeczy skłonnych zakończyć jego doczesny żywot. W końcu doświadczenie nauczyło go iż w grupie ucieka się raźniej. Nie trzeba było wtedy być szybszy od nieprzyjaciela. Wystarczy prześcignąć najwolniejszego towarzysza.
Po drodze starał się wypatrzeć lukę w zasadce. Żaden plan nie jest bez wad. Musi w całości być dziura, którędy da się nawiać przed ogniem jak i napastnikami. Nie byli przecież w stanie zabezpieczyć każdej dziury między drzewami.

Rzuty: 42, 01, 82, 97, 07
 
Lynx Lynx jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 01-03-2022, 13:19   #7
 
Feniu's Avatar
 
Reputacja: 1 Feniu ma wspaniałą reputacjęFeniu ma wspaniałą reputacjęFeniu ma wspaniałą reputacjęFeniu ma wspaniałą reputacjęFeniu ma wspaniałą reputacjęFeniu ma wspaniałą reputacjęFeniu ma wspaniałą reputacjęFeniu ma wspaniałą reputacjęFeniu ma wspaniałą reputacjęFeniu ma wspaniałą reputacjęFeniu ma wspaniałą reputację
Kolorowo nie było. Zawalona kopalnia, kolejny punkt sporny dwóch rodów, przesądziła o losie Lanwina. Był oddelegowany jako dowódca do oddziału mającego zapewnić jej bezpieczeństwo i mieć baczenie na okolicę, ale pod jego nosem doszło do tragedii. Opieszałość w działaniu skutkowała też, że potężna ulewa zmyła wszelkie ślady, jakie mogły pozostać wokół kopalni i Lanwin nie miał wyjaśnień dla wściekłych możnych. Niełaska. Popadł w niełaskę i jego akcje w Teoffen poleciał na łeb i szyję. Musiał wyjaśnić sprawę kopalni. Musiał.

Głowa bolała go od natłoku mysli jak by obuchem dostał. Starał się być dzielny, ale tak naprawdę był przerażony. Taka porażka, cholera taka porażka ... On strażnik dróg i zwiadowca zawiódł. Został zaskoczony jak małe dziecko.

***

- Ależ Panie - tłumaczył się przez swoim zwierzchnikiem - oni nas zaskoczyli tak jak prawy mąż zaskakuje swoją babę która przyprawia mu rogi. Daleko od wejścia do kopalni byłem. Wyrąb drzewa miałem nadzorować, a tu wszystko się zawaliło jak by sam Sigmar młotem w ziemie uderzył.
- Las ciemny i zamieszanie było, a poza tym ten przeklęty deszcz. Nie znaleźliśmy żadnych śladów, ale kto najbardziej zawistny Panie. Tego ja waszej miłości nie muszę mówić.

***

Rozgorzały płomienie, jak on mógł nie zauważyć zasadzki - bystry był przecież. To przez ten ból, przez ból głowy. ~Pieprzona kopalnia. Od czasu wysadzenia kopalni tylko o tym myślał. O tym i jeszcze o odejściu. Osiemnastolatek nie znosił porażek. ~ Otrząśnij się do cholery bo zaraz zginiesz.

Dookoła świstały toporki łamały się nadpalone gałęzie. Lanwin rozejrzał się i wyciągając pistolet celując w jednego z agresorów. Ale ten dzień chyba nie był dla niego łaskawy.



51 - 98 - 77 - 44 - 64
 
Feniu jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 01-03-2022, 16:28   #8
Dział Fantasy
 
Avitto's Avatar
 
Reputacja: 1 Avitto ma wyłączoną reputację
Od pierwszego kadru z ogniem Waldemar pobudził się w dawno nieodczuwany sposób. Potem czuł się już tylko spokojniej. Jego ruchy tylko nieco przybrały na chyżości.

Trzymając się ścieżki, na której nic nie spadło mu na głowę przemieścił się dalej. Chwilę dreptał za Gregerem, który dreptał za Rustem. Potem odłączył się, by zadźgać banitę czającego się za drzewem. Cyrulik rzucił jego ciało na ścianę ognia, przebiegł po zwłokach na kolejną przecinkę, gdzie po kilkunastu dalszych krokach trafił na skraj wyrębu. Wystające pniaki i karpiny smutno świadczyły o działalności teoffeńczyków.

Obejrzał się za siebie, widząc znajome twarze pomachał im. Nożem naznaczył świeżo ścięty pień wskazując kierunek ucieczki. Natychmiast ruszył dalej, szukając dobrej kryjówki.


 
Avitto jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 02-03-2022, 13:16   #9
 
hen_cerbin's Avatar
 
Reputacja: 1 hen_cerbin ma wspaniałą reputacjęhen_cerbin ma wspaniałą reputacjęhen_cerbin ma wspaniałą reputacjęhen_cerbin ma wspaniałą reputacjęhen_cerbin ma wspaniałą reputacjęhen_cerbin ma wspaniałą reputacjęhen_cerbin ma wspaniałą reputacjęhen_cerbin ma wspaniałą reputacjęhen_cerbin ma wspaniałą reputacjęhen_cerbin ma wspaniałą reputacjęhen_cerbin ma wspaniałą reputację
Doktor Hohenheim, jak go w Teoffen nazywali wdzięczni pacjenci (lub "głupi konował", jak nazywali go ci mniej wdzięczni, nie zapominajmy też o "pierdolonym rzeźniku" według uczonych akademików - ale oni mówili tak o każdym chirurgu, więc nie brał tego osobiście, bo ni nie było za co się obrażać), był człowiekiem, który co prawda sporo się już napodróżował, ale zwykle jednak szlakami i trasami przez bardziej cywilizowane okolice. Może nie zawsze chodził po kocich łbach, ale teraz przyjąłby nawet zwykły wysuszony słońcem i zakurzony trakt. A nie dzikie wądoły, gałęzie łapiące za kołnierz, pajęcze sieci klejące się do twarzy i korzenie tylko czekające na okazję. Pełno tu było żyjątek, Miał wrażenie, że wszystkie, jak jeden mąż, nienawidziły medyka. Z wzajemnością, dodajmy. nawet taki o, ośmionożny, o spłaszczonej grzebietowo-brzusznie budowie ciała i ryjku przystosowanym do przysysania się i wysysania krwi, jaki właśnie wylądował mu na rękawie i usiłował przeleźć zanim się go nie rozgniotło, miał niecne zamiary. I z pewnością przenosił jakąś chorobę, gotów był pójść o zakład na każde pieniądze.
I te kolory, od których kręciło się Phillippusowi Aureolusowi Theophrastusowi Bombastusowi Hohenheimowi (dla przyjaciół Theo) w głowie. Bursztyn, brąz, zieleń... No dobra, zieleń wydawała się interesująca. Miała kojący wpływ na pacjentów. Ale od brązu i bursztynowych poblasków robiło się mu niedobrze.
Nagle ludzie wokół zaczęli krzyczeć, a do kolorów dołączył jasnoczerwony.
Kiedyś przeraziłoby go to. Tak, kiedyś by pewnie spanikował. Ale po tym co widział w klasztorze, co przeżył w Wusterburgu, po tym co stało się na Wiedźmim Wzgórzu... i po tym co śnił każdej nocy, zwykły ogień i zasadzka bandytów nie robiły na nim wrażenia. Żadnego. Co prawda wyglądało na to, że trzeba uciekać... ale zapewne dokładnie o to chodziło napastnikom. Podniósł tarczę porzuconą przez nie wiadomo kogo. To co teraz powie, sprawi że tarcza może być przydatna. W drugą nabrał proszku, jaki już wypróbował na Wzgórzu. Na wypadek, gdyby jakiś chciał go załatwić z bliska.
- To zasadzka głosicieli. Chcą nas skłócić! - krzyknął. Nie miał pewności, ale kto inny by zyskał na na nowo roznieconym konflikcie dwóch sąsiadów rewolucji? Musieli mieć szpiega na spotkaniu. Gdyby rewolucja wyglądała tak jak sobie wymarzył, medyk by im nawet kibicował. Ale władzę jak zwykle przejęła banda pojebów i zamiast ideałów wolności i rozwoju, postanowili zniszczyć wszystko, by wszyscy mieli gówno, ale po równo.
- Słuchać się dowódców i nie panikować! Oni chcą żebyśmy uciekali na ślepo, żeby wygodnie celować w nasze plecy!.
Medyk był tchórzem. Do walki się nie nadawał. Każdy to wiedział. Więc jeśli nawet on nie panikował... Hohenheim nie mógł pomóc walcząc mano a mano. Ale zadbanie o morale to już inna bajka.
E: zapomniane rzuty: [5d100=71, 64, 36, 89, 66]

 
__________________
Ostatni
Proszę o odpis:
Gob1in, Druidh, Gladin

Ostatnio edytowane przez hen_cerbin : 02-03-2022 o 15:59.
hen_cerbin jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 02-03-2022, 16:54   #10
 
Nanatar's Avatar
 
Reputacja: 1 Nanatar ma wspaniałą reputacjęNanatar ma wspaniałą reputacjęNanatar ma wspaniałą reputacjęNanatar ma wspaniałą reputacjęNanatar ma wspaniałą reputacjęNanatar ma wspaniałą reputacjęNanatar ma wspaniałą reputacjęNanatar ma wspaniałą reputacjęNanatar ma wspaniałą reputacjęNanatar ma wspaniałą reputacjęNanatar ma wspaniałą reputację
8. Sommerzeit, 2524 KI; Pogranicze Teoffen i Serrig

Pomysł ciągnięcia tak licznej grupy przez leśne ostępy w tak zbitej grupie wydawał się Fretce niedorzeczny. Na domiar grupy składającej się z pałacowych fircyków i blaszanych paniczów. Nikt jednak nie spytał go o zdanie, toteż Leo czuł się nieco obrażony, wbrew zdrowemu rozsądkowi darzył szlak kompletną ignorancją, całą czujność skupiając na osobie leśnego dziada. Może druida. Człek ów w istocie nie był wcale tak stary za jakiego chciał uchodzić, Leo nie rozumiał dlaczego ktoś miałby udawać starszego niż był w rzeczywistości, sam był miłośnikiem młodzieńczej energii i jędrności ciała, co więcej był pewien, że moda na młodość zdobędzie kiedyś cały świat, a ludzkość utonie w pogoni za eliksirem młodości i nieśmiertelności. Będą to z pewnością złote czasy dla jego dalekich elfich kuzynów.

Tymczasem las gęstniał, a ptaki śpiewały, że w tej części głuszy może czaić się niebezpieczeństwo, szumiały o tym drzewa, ale głośna kolumna potrafiła własnym rumorem zagłuszyć jawne ostrzeżenia. Fretka wręcz życzył dworakom draki, a obserwowanemu borowemu dziadowi pomyłki. Niemniej nie potrafił powściągnąć zainteresowania osobą druida. Z bezpiecznej odległości, wmieszany miedzy utyskujących na niedogodności mieszczuchów śledził każdy ruch, bezruch, a nawet reakcję lasu na obserwowanego.

Być może pojął niebezpieczeństwo szybciej od samego druida, po drgnięciach onego mięśni, po zawahaniu, działając wpół tylko świadomie wystrzelił do przodu jak strzała z balistae.
Dlaczego nie w tył - przemknęło mu przez myśl

W obliczu zagrożenia powinien chronić paniczów, tymczasem był już przy boku druida, wznosząc wysoko tarczę. Mógł właśnie skazać się na bolesne baty...

Nieco wcześniej we dworze Serring

Leo poklepał po zadzie klaczkę.

- Żebyś ty jeszcze umiała gotować Jaskółeczko - pogładził umięśniony bok wierzchowca, którego właśnie wyczyścił i opatrzył po podróży.

Mieszaniec lubił zapach stajni, miejsce gdzie dwór mieszał się z dzikością otwartych przestrzeni. Zapach siana przywodził na myśl czynione na nim miłosne figle z dojarkami i wodziankami. Z rozmarzenia wyrwało go bulgotanie w brzuchu dopraszającego się o kęs świata dla siebie. Leo skierował się do kuchni, ciepłych i przyćmionych pomieszczeń, pełnych śmiechu korpulentnych kucharek i czarujących zapachów.

Równie łapczywie jak pochłaniał podaną mu kaszankę pożerał wzrokiem pełne kształty Kunegundy, kobiety już nie pierwszej wiosny, ale wciąż żwawej i radosnej.

Już na piecu woda wrze,
Sagan z garnkiem tańczyć chce,
Tak ja prędko lepię chleb,
Już rumiane lico me
Dziś powróci mój kochany,
I tak długo wyglądany
....
- śpiewała kucharka

Urwała, kiedy w drzwiach zjawił się żołdak, Leo obrzucił go karcącym spojrzeniem.

- Kończ zwei Monde, panowie czekają na twój raport.
- Nie widzisz, że jem pachołku?! - odparł gniewnie jedzący
- To nie prośba odmieńcze. Rozkaz kapitana. - bronił się natręt

Tropiciel niechętnie wstał, wytarł ręce w spodnie, cmoknął Kunegundę w policzek. - Dziękuję moja piękna, wrócę dokończyć później.

Długo, mimo protestów i nakazów zamilknięcia tłumaczył przepatrywacz sytuację w lasach na granicy, przeciwstawiając się sposobowi i marszrucie wyprawy. Odesłano go pod groźbą batów i odebrano przewodnictwo zwiadowców.

8. Sommerzeit, 2524 KI; Pogranicze Teoffen i Serrig

Tarcza przyjęła pierwszy impet uderzenia, kamienie z proc i ciskane toporki odrywały drzazgi z jej drewnianego ciała. Tropiciel doskonale zdawał sobie sprawę, że nie sąsiedzi sprowadzili na poczet zasadzkę, podejrzewał w tym miejscu rabusiów i bandy zbuntowanych chłopów, niemniej nie mógł się nadziwić determinacji banitów, mogło to zwiastować, że napastnicy nie odkryli wszystkich kart i szykują niespodzianki gorsze i groźniejsze niż brawurowy atak na rycerstwo.

Zimno syknął do druida - Do kupy dziadzie, w kupie siła! - znów wzniósł tarczę, sparował cios błyskawicznie wypuszczając w przód ostrze włóczni, podobne do atakującego węża, by upewnić się skuteczności ciosu poprawił okręcając drzewce w powietrzu uderzył zadnią stroną opatrzoną w spiżową stopkę.

Krok za krokiem, wolno, byle nie spanikować cofał się w kierunku zwierających się szeregów obrońców, kiedy obawy przybrały postać gorejących płomieni. Oderwane od drewna kawałki zamieniły się w powietrzu w wirujące ogniki. Hipnotyczne, niebezpieczne, urzekające. Podniecenie rozmyło wzrok mieszańca, kierując zmysły w eter. Już nie napastników widział Fretka, a mieszaninę szaleństwa i strachu, smród bezpodstawnej złości wypełniał nozdrza zgnilizną, przypalonym plackiem i zafałszowaną balladą o wolności.

Tuż przed twarzą wybuchła plama przerażenia, a potwór ze stalowym łbem dzierżony w dłoni popędził wprost na jej spotkanie malując świat energią Shyish, napastnik pogrążył się w ametyście, zwiedziony płomiennym szafirem oczu Leonidasa.

Płomienie, nie trawiły tylko ściółki i drzew, kradły życie, skręcały się wokół Ghyran dusząc je w uściskach. Zdradliwie szeptały do świtlistookiego w próbach złamania jego woli.

Oczy wciąż jeszcze świeciły podobne zaklętym w ciele szafirom, kiedy uderzył bokiem tarczy o inną, co oznaczało, że stanął w szyku. Nie był to jego sposób walki, ale zdawał sobie sprawę, że taka taktyka ochroni być może i jego tyłek. Mąż, przy mężu, osłona zachodząca na osłonę, zgodne wytrenowane ruchy. Wznieś, uderz, krok w przód, krok w tył.

Serce biło w tempie galopującego wierzchowca, ale rytm się zrównał, nadwidzenie opuściło zmysły Fretki na tyle by ten zorientował się, gdzie znajdują się możni za których czuł odpowiedzialność. Znów drobiąc kroki skierował się w tamtym kierunku, może oszczędzi mu to batów, za to, że nie zjawił się tam wcześniej.

Inicjatywę przejęli zbrojni okuci w stal. Wykorzystując moment względnego spokoju rozejrzał się po okolicy szukając możliwej drogi odwrotu. Możliwej, choć nie oczywistej, bo na takiej mogła czyhać kolejna zasadzka. Torba na ramieniu przeszkadzała, łuk w sajdaku wystawał znad pleców jak niepotrzebna ozdoba.

Leo poszuka sensownej drogi odwrotu, zna nieco te lasy. Oceni też przebieg walki, kierunki natarcia, rozprzestrzeniania się pożaru i poszuka jego przyczyny - namacalnej, czy magicznej.



49/24/77/14/50
 
Nanatar jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Odpowiedz



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 16:27.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2024, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169 170 171 172