![]() | ![]() |
![]() |
| |||||||
| Sesje RPG - Warhammer Wkrocz do mrocznych realiów zabobonnego średniowiecza. Wybierz się na morderczą krucjatę na Pustkowia Chaosu, spłoń na stosie lub utoń w blasku Imperialnego bóstwa Sigmara. Poznaj dumne elfy i proste krasnoludy. Zamieszkaj na Starym Świecie, a umrzesz... Młodo... |
![]() |
| | Narzędzia wątku | Wygląd |
| | #131 |
![]() | Cohen, Revan Kiedy wyszliście z karczmy ku waszemu niebotycznemu wręcz zdumieniu zauważyliście, że słońce wcale nie stoi wysoko na niebie. Światła było coraz mniej, powoli i nieuchronnie zaczynał zapadać zmierzch. Revan pokręcił z niedowierzaniem głową. Jak było możliwe, że tyle czasu przeciekło wam pomiędzy palcami. Czy zszedł wam on na piciu, czy na słuchaniu opowieści starca? Tego żaden z was nie był w stanie określić, jedyna pewną rzeczą było to, że słońce znikało już za horyzontem (czego oczywiście nie mogliście zobaczyć, bo przesłaniały wam to budynki) . Nadal nie mogąc pojąć jak mogło minąć tyle czasu spojrzeliście po sobie mocno zdezorientowanym wzrokiem. Po ulicy jak zauważyliście szła dwójka strażników, którzy zajmowali się zapełnianiem latarń ulicznych. Jeden z nich mając długą na trzy metry tyczkę z hakiem na końcu ściągał latarnie, a drugi uzupełniał w nich olej i zapalał. Potem latarnia wędrowała z powrotem na górę, gdzie zawieszana była na trzech solidnych hakach. Latarnie rozstawione były od siebie w odległości mniej więcej piętnastu metrów i zapewne dawały dość światła, by zamienić ciemności nocy przynajmniej w szarość. Cohen z konsternacją, zaczął się zastanawiać czy jest sens w tym, by teraz udać się w miejsce gdzie znaleziono sakiewkę. Louis, Justicar, Raziel Polana rana potwornie piekła. Z trudem powstrzymałeś krzyk bólu, kiedy towarzysze pomagali ci wstać i nieopatrznie chwycili cię za ranne ramię. Ale kiedy wstałeś, przy ich niewielkiej pomocy dałeś radę iść w miarę prosto. Ból mimo iż przeszkadzał i mącił myśli nie był aż tak silny byś nie mógł sobie przypomnieć dzielnicy, gdzie mieszkał cyrulik. Dokładnego domu i ulicy niestety nie byłeś w stanie podać, po prostu tego nie wiedziałeś. Luis oraz Justicar'a liczyli na odrobinę szczęścia i to, że któryś ze spotkanych przechodniów wskaże im jak dotrzeć do konowała. Lekko niepokojący był fakt, że dzień już zszarzał i możliwe było, że zastaną zamknięte na cztery spusty drzwi. Justicar z doświadczenia własnego mógł powiedzieć, że wszystko zależy od dobrej woli i humory cyrulika. Jedni gotowi byli pomagać niemal zawsze i o każdej porze inni z kolei nawet nie raczyli otworzyć drzwi po określonej godzinie. Miał tylko nadzieję, że tutejszy należy do tego pierwszej grupy. Kolejny zawrót głowy o mały włos nie spowodował upadku całej trójki. W końcu po kilkunastu minutach dotarliście do odpowiedniej dzielnicy. Jak na razie nie spotkaliście nikogo poza jedną staruszką, która na sam wasz widok uciekła z żwawością, której wypadało pozazdrościć. Jednak kilka metrów dalej dostrzegliście dwie sylwetki, prawdopodobnie męskie. Stwierdzić z pewnością było trudno, ciemności zapadały szybko, a w tej okolicy latarnie nie zostały jeszcze zapalone.
__________________ Jeśli masz zamiar wznieść miecz, upewnij się, że czynisz to w słusznej sprawie. Art o Armii Republiki Rzymskiej Moje gg: 8819833 Od 1 listopada prawdopodobnie nie mam neta na czas nieokreślony. Ostatnio edytowane przez John5 : 02-19-2008 o 04:59. |
| | |
| Reklama |
| |
| | #132 |
![]() | -Ciekawe i to dość mocno ciekawe. Jeden z magazynów należących do klasztoru spłonął w okolicy tygodniowego przedziału czasowego. Dlaczego nam ten mnich o tym nie wspomniał? Barry uśmiechnął się i ku zdziwieniu Baliusa powiedział spokojnym, nie brzmiącym wcale chłopsko głosem: - Rozumiem. Od początku wydawało mi się, iż kapłan ukrywa przed nami coś istotnego - po czym wrócił do normalnego głosu - Ale kto cholernika wie?! Po powrocie z udanej kampani nauczył się nieco dworskich manier i języka, wszak weteranowi na paradzie nie przystawało, by szczał z konia. -Możliwe, że opata doścignęła jego przeszłość. Nie jest stąd i dostał się tu jakieś trzydzieści lat temu. Ten na dziedzińcu jest zapewne zwykłą płotką. Podżegacz jakich wielu, który za kilka monet polazł na deski i woła do byle kogo. Ale mniejsza o tego typa. Byłem też w miejscu gdzie stał ten magazyn. Niczego nie znalazłem co mogło by być miejscem przyżądzenia tam trucizny. Nic co mogło by spowodować pożar. Ślady zostały dobrze zatarte a nasza zwierzyna nieźle to za sobą robi. - Od razu wiedziałem że to jest fachowiec! - tu Barry zacisnął pięść - Ale i u nas się paru fachowców znajdzie... - Tu błysnął nieprzyjemnie okiem. - Powiedz mi, blondas, co żeś przeskrobał że cie do ciupy wsadzili? Nie wyglądasz mi na takiego, co okrada szlachetne panie z dziewictwa i pierścieni. - spytał z ciekawością, życzliwie, by nawiązać jakiś lepszy kontakt z kompanem. [b]Balius chwilę zastanawiał się na ile można sobie pozwolić na ujawnianie swojej przeszłości. Jednak szybko doszedł do wniosku, że ktoś powinien wiedzieć jednak z kim mają do czynienia. -Nazywam się Balius. I swojego czasu zajmowałem się dawaniem szczęscia ludziom cierpiącym. Nie chodzę po dworach i pałacach. Mieszkałem i mieszkam na ulicy a cała reszta to czysta fikcja dzięki której jestem w stanie zarobić sporo pieniędzy. Dużo zależy jednak od kogoś kto będzie działał gdy ja odwracam skutecznie uwagę dużej liczby ludzi. Chyba wiesz co mam na myśli? Po odpowiedzi Barry powiedział: - Ja jużem rzucił zbójnictwo i na dobrą drogę zawrócił, ale mi się po pijaku szlachciura pod pięść nawinęła - tu westchnął smutno - A jużem myślał, że tylko lepiej być może... - po czym dodał weselszym głosem - No to, dobrze że się na coś moje wiadomości przydały. Ja idę spać, a ty jak chcesz czekaj na tych łachudrów. O ile wrócą. - A następnie poszedł na miejsce, gdzie poprzednio spał i ułożył się spokojnie, zasypiając, z bronią przy sobie. Balius postanowił oprzeć się o ścianę plecami i siedząc w totalnych ciemnościach zamierzał poczekać na resztę. Bądź co bądź to właśnie on miał ciągle klucz to tej rudery. Nie zamierzał narażać głównie własnego życia pozostawiając w nieznanym miejscu otwarte miejsce jego snu.
__________________ "...a ścieżka, którą podążać będą zaścieli trawy krwią bezbronnych i niewinnych. Szczątki ludzkie wskrzeszać będą do swych armii aż do upadku wszelkiego życia. Nim słońce..." |
| | |
| | #133 |
![]() | Justicar szedł z rannym Razielem niezbyt zadowolony. Było tu mało ludzi. Przypomniało mu się że kiedyś o tej godzinie prawie go nie zabito. Chociaż dzięki swojemu szczęściu, bełt wbity w jego ramię nie spowodował trwałych szkód. Od tej pory już nigdy, ale to nigdy nie pożyczał pieniędzy od ważnych osób w miastach. Nagle zobaczył gdzieś dwie sylwetki . -Coś tu śmierdzi. Widzieliście jak strażnicy byli zdenerwowani? Są dwie możliwości. Albo to inny patrol albo jakieś ciemne typy. Tak mi się przynajmniej zdaje. Może będą przynajmniej wiedzieli gdzie jest ten znachor. Poczekajcie tu chwilę. Puścił powoli Raziela, tak by oparł się o Louisa. Sam poszedł w stronę dwóch postaci. Na wszelki wypadek trzymał dłonie na gałkach sztyletów. Zamierzał spytać o cyrulika. |
| | |
| | #134 |
![]() | Louis rozglądał się uważnie szukając kogokolwiek, kto mógł im pomóc. Niestety ani on ani jego towarzysze chyba nie mieli tego dnia szczęścia i ulice okazały się puste jakby całe miasto było wymarłe. Widzieli jedynie jakąś kobietę, lecz ta widząc ich nie wiele się zastanawiając uciekła jak zając przed czającym się w zaroślach lisem. Bretończyk skrzywił się na ten widok. "W tym Imperium nawet, gdy jesteś w potrzebie nikt ci nie pomoże" - pomyślał z pogardą. Nagle przed sobą zobaczyli jakieś dwie sylwetki ukryte w mroku. Latarnie ni były jeszcze zapalone, więc banita nie mógł dostrzec kim są owe osoby. - Coś tu śmierdzi - odezwał się Justicar. - Widzieliście jak strażnicy byli zdenerwowani? Są dwie możliwości. Albo to inny patrol albo jakieś ciemne typy. Tak mi się przynajmniej zdaje. Może będą przynajmniej wiedzieli gdzie jest ten znachor. Poczekajcie tu chwilę. Louis nic nie odpowiedział tylko podszedł do najbliższej ściany by Raziel mógł oprzeć się o nią nieco. Wiedział, że w razie problemów będzie musiał zostawić go, a nie chciał zostawiać go na środku ulicy. Tak więc nadal podtrzymując kompana stał i uważnie przyglądał się Justicarowi i dwóm nieznajomym.
__________________ Nic nie zostanie zapomniane, Nic nie zostanie wybaczone. Księga Żalu I,1 |
| | |
| | #135 |
![]() | Raziel walczył teraz sam ze sobą, aby nie omdleć. Wiedział, że to by tylko sprawiło więcej kłopotów. Po drodze napotkali tylko staruszkę, która uciekła nim do niej coś powiedzieli. Gdy poszli trochę dalej, zauważyli kilku mężczyzn stojących w cieniu. Wtedy Justicar odezwał się: Coś tu śmierdzi. Widzieliście jak strażnicy byli zdenerwowani? Są dwie możliwości. Albo to inny patrol albo jakieś ciemne typy. Tak mi się przynajmniej zdaje. Może będą przynajmniej wiedzieli gdzie jest ten znachor. Poczekajcie tu chwilę. Raziel niz nie odpowiedział. "Oby znowu do walki nie doszło, szczególnie że do zabawy nie mógł bym się przyłączyć." pomyślał sobie i lekko się uśmiechnął. Wtedy Louis podprowadził go do ściany, gdzie Raziel się na niej lekko oparł. Oby znowu nie doszło do bójki.-powiedział do Louisa, po czym znów zakręciło mu się w głowie.-A najgorsze, że bym się nie mógł przyłączyć.-powiedział znów lekko się uśmiechając, przy czym znów dostał zawrotu głowy. Teraz tylko obserwował, co robi Justicar. |
| | |
| | #136 |
![]() | Balius Kładąc swój topór na wyciągniecie ręki Barry usnął szybko i bez najmniejszych problemów. Po chwili w pomieszczeniu zapadła cicha przerywana jedynie pochrapywaniem Barry’ego. Balius siedząc nieopodal zastanawiał się, jak można spać tak spokojnie, kiedy to, czy przeżyjecie nadal jest niepewne. Niepokoiło cię, co stanie się jeśli zawiedziecie. Jeśli opat umrze zanim znajdziecie truciciela. Czy zostaniecie z powrotem wrzuceni do więzienia? Czy też może powieszą was jak morderców, chcąc pozbyć się świadków. Musiałeś przyznać, że macie tylko dwa wyjścia. Schwytać niedoszłego mordercę lub uciec. Przy czym ta druga opcja w jakiś sposób zdawała ci się niezbyt korzystna. Nie chodziło ci już nawet o listy gończe, które z pewnością zostałyby za wami rozesłane. Instynktownie czułeś, że mnich nie wspomniał wam o czymś istotnym, zresztą byłaby to kolejna rzecz o jakiej nie powiedział. Nagle usłyszałeś chrobot. Zerwałeś się na nogi wyciągając sztylet. Wrócili inni, czy też macie nieproszonego gościa? Nie słyszałeś, żeby drzwi się otwierały … Barry Kładąc się na lekko zalatującym stęchlizną sienniku pomyślałeś, że z samego rana, jak tylko się obudzisz zrugasz tych powsinogów z góry na dół. Tak, żeby wiedzieli jak mają się zachować się następnym razem. Ale teraz jedynym czego pragnąłeś był sen. Zasnąłeś niemal natychmiast, zaraz po zamknięciu oczu. Nagle coś przerwało twój spoczynek, obudziłeś się i otworzyłeś oczy. Świtało. Jednak w słabo oświetlonym magazynie nie byłeś w stanie dostrzec nikogo, nawet Baliusa. Zdziwiony wstałeś chwytając swój topór i spojrzałeś po skrzyniach. Coś było nie tak, czułeś to całym sobą. Wtedy usłyszałeś szuranie butów za plecami. Błyskawicznie obróciłeś się i oślepiający blask zmusił cię do zamknięcia oczu. Zobaczyłeś cień zmierzający z lewej strony w kierunku twej głowy, jednak było już za późno. Kij uderzył ogłuszając cię na miejscu, na wpół przytomny poczułeś, że ktoś gdzieś cię ciągnie. Zaraz potem straciłeś resztki świadomości. Obudziłeś się ku swemu zdumieniu nawet nie związany. Jeszcze większym zaskoczeniem był fakt, że nadal znajdowałeś się w magazynie, choć nieco oddalony od sienników. Ręka nieznośnie cię swędziała, tak samo zresztą, jak całe ciało. Zdenerwowany podrapałeś się po przedramieniu i syknąłeś z bólu, kiedy tylko dotknąłeś skóry paznokciami. Lekko zaskoczony spojrzałeś na ramię… to co ujrzałeś sprawiło, że żołądek mimowolnie podszedł ci do gardła. Na długości całego ramienia brakowało skóry, z zafascynowaniem i przerażeniem jednocześnie, patrzyłeś na grę mięśni i krew sączącą się z całej powierzchni ręki, skapującą powoli na kamienie podłogi. Druga ręka również nie miała na sobie nawet kawałka skóry. Było jednak coś co odwróciło twoją uwagę od tego potwornego widoku. Twoje nogi, tak samo jak ręce pozbawione zostały skóry. Z okrzykiem bólu zerwałeś się z zakrwawionej podłogi. Z najwyższym trudem podszedłeś do beczki, gdzie jak wiedziałeś była woda. Tyle, że teraz beczka pełna była krwi, krwi, w której pojawiło się odbicie pozbawionej twarzy czaszki. Poruszające się mięśnie jedynie czyniły obraz bardziej przerażającym.
__________________ Jeśli masz zamiar wznieść miecz, upewnij się, że czynisz to w słusznej sprawie. Art o Armii Republiki Rzymskiej Moje gg: 8819833 Od 1 listopada prawdopodobnie nie mam neta na czas nieokreślony. Ostatnio edytowane przez John5 : 02-22-2008 o 23:19. |
| | |
| | #137 |
| Newsman ![]() | Cohen długo rozważał gdzie się udać, oraz dziwne zachwianie czasowe. „Przecież tyle czasu nie mogliśmy przebywać w gospodzie, coś dziwnego się dzieje w tym mieście. Pewnie coś dodali na w gospodzie, co otępiło zmysły, a może nawet uśpiło, te dziwne owoce, co pływały w kwasie. Ciekawe, czego dodali do piwa, które pił Raven.” - Nie sądzisz, iż nie powinna jeszcze zapadać noc. Wyczułeś coś może w swoim piwie dziwnego w smaku Ravenie. U mnie pływały jakieś dziwne owoce, które raczej nie powinny być w kwasie chlebowym, bynajmniej sobie czegoś takiego nie przypominam. Rozejrzał się po ulicach, jako iż zapadł zmrok pora wydawała się jak najbardziej odpowiednia do przejrzenia miejsca gdzie zaginął tamten człowiek. Bynajmniej Cohen był o tym przekonany. „Może go coś zaatakowało, z czym nie potrafił sobie poradzić. Dwóch wyszkolonych wojowników swobodnie to pokona.” - Przejdźmy się jednak teraz w tamto miejsce, gdzie zaginął tamten kmiotek. Może w nocy natrafimy na jakiś ślad, którego w dzień nie widać.
__________________ Choć kroczę doliną Śmierci, Zła się nie ulęknę. Ktokolwiek walczy z potworami, powinien uważać, by sam nie stał się potworem. gg 643974 Zło kroczy ulicami. Coś się psuje. *** Warsztaty - Życie. |
| | |
| | #138 |
![]() | Baliusa naszły znowu ciemne myśli. Ledwo się uspokoiło a tu kolejny raz coś się dzieje. Nie znosił zamkniętych pomieszczeń. Zamkniętych i ciemnych. Człowiek stawał się wtedy taki bezbronny i narażony na wszystko co potrafi widzieć w ciemnościach. To nie to samo co stanie na podwyższeniu na głownym placu i wygłaszanie do ludzi jakiś bzdur, podjudzając ich różnych rzeczy. "Jutro idę kupić lampę, bo nie wytrzymam tu z tymi mordercami i kryminalistami pod jednym dachem po ciemku. Co ja do cholery tu robię. Nic złego nie zrobiłem aby brali mnie do więzienia." W pogotowiu przygotował nóż. Nie jest to broń potężna, jednak Balius nie był wojownikiem. I zawsze mu to wystarczyło. Powoli zaczął zbliżać się do drzwi. 'Więcej światła z zewnątrz potrzebuje, bo oślepnę tu wypatrując co się stało. No jeszcze nam tu brakowało skrytobójcy. Ech..."
__________________ "...a ścieżka, którą podążać będą zaścieli trawy krwią bezbronnych i niewinnych. Szczątki ludzkie wskrzeszać będą do swych armii aż do upadku wszelkiego życia. Nim słońce..." |
| | |
| | #139 |
![]() | Revan z konsternacją dostrzegł, że słońce chyliło się ku zachodowi, i wcale nic go nie oślepiało. I tak jednak przez chwilę trzymał rękę, po czym ją opuścił, i przytrzymał się jakiejś latarni, aby nagle nie upaść. Czuł się, jakby nagle krew uderzyła mu do głowy, kurczowo trzymał się słupa. Chwilę potem oprzytomniał, jakby nigdy nic, i chwiejnym krokiem zbliżył się do Cohena - Mówisz o tych szczynach, co je piwem nazywali? Pewno coś tam było, cholera wie. Powiódł wzrokiem po knypkach zapalających latarnie. Potem spojrzał w jakiś zaułek, jakby spodziewał się zobaczyć tam czegoś ciekawego. A potem spojrzał w pomarańczowo fioletowe niebo. - Jestem za, idziemy.
__________________ Gimme brain... More brainzzz... Brains I said! gg: 3777067 |
| | |
| | #140 |
![]() | Barry otworzył szeroko oczy. Kolejny piękny dzień... Coś jednak było nie tak. Śmierdziało jak zwykle, było brudno jak zwykle - ale nikogo nie było. Coś nie grało w tym wszystkim wojownikowi. Wstał obracając się i wtedy poczuł cios pałki na głowie. "Co u cholery?!" - pomyślał, ale oczy wkrótce odjechały mu w tył. Ponowne przebudzenie nie należało już do tak przyjemnych. Wojownik wstał, nie rozumiejąc całkowicie, o co w tym wszystkim chodzi. Czemu go nie związano? I czemu swędzi go, jakby znów miał świerzb? Nie patrząc chciał się podrapać, lecz aż podskoczył gdy dotknął swojej ręki. Drapanie się, nigdy nie było jeszcze tak bolesne, nawet w trakcie świerzbu! Wojownik spojrzał na swoje ramię i osłupiał. Nie miał na nim skóry. Oglądał dalej - nie miał jej nigdzie indziej! Szarpnął się i wydał z siebie tak nieludzki ryk, że osoby w pobliżu winny były uciekać pchane samym instynktem samozachowawczym. Barry oglądał swoje ciało z fascynacją dalej. Był na krawędzi oszalenia. Każdy centymetr jego skóry został z dokładnością wyrwany. Ociekał krwią - sam nie wiedział czemu jeszcze mógł stać. " Kto? Kurwa! Kto?!" - wpadła pierwsza myśl do głowy, a zaraz za nią nadeszła druga, rzeczowa - " Tylko prawdziwy Mistrz Umierania mógłby zrobić coś takiego - i to nie byle jaki! Żeby obedrzeć go żywcem ze skóry tak, by mógł jeszcze stać - to zakrawało na arcydzieło. - Po co nasyłać tak drogą osobę na taką płotkę jak ja? Po cholere mi to zrobili? A może to pieprzony sen?" - [kolejny ciąg przekleństw i okrzyków] To sen! To tylko sen! Ahahaha! Podbiegł do beczki, by sprawdzić, czy aby napewno to sen. Gdzieś kiedyś słyszał, że we śnie nie widzi się własnego odbicia. Kiedy spojrzał w sobie twarz, zwymiotował. Zwymiotował do beczki pełnej własnej krwi. Następnie ssikał się ze strachu i bólu. Nie był na to przygotowany... - Za co? Za co?! - wył - po czym pobiegł pędem by poszukać w swoich rzeczach alkoholu - Wóóóódkiii! - darł się tak żałośnie i przeraźliwie, że całe miasto mogłoby go usłyszeć Zwymiotował po raz kolejny ledwo stojąc na nogach i zrobiło mu się nieco lepiej. Pierwsza fala paniki minęła. Ból nie był nieznośny, a on żył. Pies może żyć bez skóry. Pies zabije bez skóry. Włożył sobie kawałek szmaty w zęby i spróbował założyć na siebie cokolwiek, a następnie schwycić broń. "Nawet gdybym przeżył tą popieprzoną sytuację, do końca życia nie będę mógł niczego dotknąć. Będę miał niegojące się rany. Nie naucze się z tym żyć - nie będę mógł nosić nawet ubrania. Udupili mnie, skurwysyny, udupili. Powinienem był zginąć na stryku wcześniej. A teraz dali mi szansę, żeby im podziękować" Następnie wybiegł przed skład. Nie było już życia - była tylko zemsta. |
| | |
| Reklama |
| |
![]() |
| Użytkownicy aktualnie czytający ten wątek: 1 (0 użytkownik i 1 gości) | |
| Narzędzia wątku | |
| Wygląd | |
| |
Podobne wątki | ||||
| Wątek | Autor wątku | Forum | Odpowiedzi | Ostatni Post / Autor |
| [Komentarze] Wszystko zostaje w rodzinie. | John5 | Komentarze do sesji RPG - Warhammer | 241 | 11-12-2008 16:49 |
| [Warhammer 2ed] Wszystko zostaje w rodzinie. | John5 | Archiwum rekrutacji | 30 | 12-07-2007 23:31 |
| Forumowy kurier - "Wszystko spox" | Kos(A) | WIEŚCI | 0 | 02-12-2005 17:03 |
| D&D Magazine #1: Wszystko o słowie. | Kos(A) | DnD i d20 | 0 | 01-17-2005 16:26 |