![]() | ![]() |
![]() |
| |||||||
| Sesje RPG - Warhammer Wkrocz do mrocznych realiów zabobonnego średniowiecza. Wybierz się na morderczą krucjatę na Pustkowia Chaosu, spłoń na stosie lub utoń w blasku Imperialnego bóstwa Sigmara. Poznaj dumne elfy i proste krasnoludy. Zamieszkaj na Starym Świecie, a umrzesz... Młodo... |
![]() |
| | Narzędzia wątku | Wygląd |
| | #211 |
![]() | Louis niechętnie podszedł do cyrulika. Nie pierwszy i pewnie nie ostatni raz miał zbitą rękę. Bolała go, ale do bólu był przyzwyczajony. Jednakże cierpliwie poczekał, aż medyk skończył oglądać jego ramię. Informacja, że nic mu nie będzie nie zrobiła na nim wrażenia. Wiedział to już wcześniej. Wreszcie udało się im się wydostać z miejsca zdarzenia i udać się na spotkanie z kapitanem straży. Bretończyk skrzywił się, gdy jakiś strażnik oznajmił im, że muszą poczekać. Czas nie działał na ich korzyść i czekanie na "audiencję" u podobało się banicie. - Tylko, żebyśmy czekać długo nie musieli - zawołał do odchodzącego strażnika. - Mamy ważniejsze rzeczy do roboty niż zapuszczać tu korzenie. - Mam nadzieję, że ma on coś ciekawego do powiedzenia - zwrócił się widocznym niezadowoleniem w głosie do towarzyszy. - Konował jeden... - Spojrzał na leżącego wojownika, który ocknął się przed chwilą i powiedział - Ciekaw jestem po cóż go tu przywiedli?
__________________ Nic nie zostanie zapomniane, Nic nie zostanie wybaczone. Księga Żalu I,1 |
| | |
| Reklama |
| |
| | #212 |
![]() | Barry odprowadził strażnika nienawistnym wzrokiem. Jakaż chęć w nim wzbierała, by cisnąć weń toporkiem, jak za dawnych czasów… Teraz jednakże miał ważniejsze rzeczy na głowie. Lekko zniecierpliwiony najemnik z ulgą przyjął, iż cyrulik zakończył swoje oględziny. Kiwnął z uznaniem głową na rannego rycerza i powiedział burkliwie: - Masz fart. Urodziłeś się pod szczęśliwą gwiazdą. – po czym spojrzał wyczekująco po swoich towarzyszach, czekając aż wreszcie wyruszą. Gdy zobaczył Justicara, zaśmiał się głośno. Jak widać, czekał na nich długo, nie wiedząc nawet co się działo. - Wiele Cię ominęło! – rzekł z uśmiechem – Omal wszyscy nie zginęliśmy w drodze! Po tym nagłym ataku nieuzasadnionej wesołości, ruszył nerwowym krokiem w stronę budynku straży. Widać było, że nie podoba mu się to miejsce. Gdy, jak spod ziemi, wyrósł przed nimi drobny mężczyzna, omal nie chwycił za broń – niewątpliwie dałby upust swojemu napięciu, gdyby nie kolejny odzew zdrowego rozsądku, który ostatnio aktywował się niesamowicie, jak na niego, często, Gdy usłyszał, co tamten ma do przekazania, zaśmiał się w duchu: „Kapitan straży, a nawet porządnego pomieszczenia nie ma!” Po skierowaniu do dużego pomieszczenia, znalazł sobie miejsce na ławie i usiadł ciężko niedaleko rycerza, który także, ku jego zdziwieniu, został tu zawiedziony: - A ciebie Panie, co u licha tu sprowadza? Nieźleś się poobijał! |
| | |
| | #213 |
![]() | Niewiele obchodziło już Baliusa co siędziało po drodze ani kto mógł próbować z nimi nawiązać kontakt. Jedyne co robił to trzymał się blisko grupy i analizował w głowie wypadki dotychczasowych dni. Nie podobały się one ani trochę blondynowi. "Komu mogło zależeć na tym abyśmy zgineli? Czyżby już wiedzą, że wynajęto nas do odnalezienia truciciela? Co za głupia myśl. Na pewno już ten ktoś wie. I wątpie by to była pojedyńcza osoba. Może to był atak wyznawców pani trucizn. Ta zagadka przestaje mnie już bawić. Do tego dowódca straży bardzo często nas chce widywać. Najwyraźniej klasztor chce również znać każdy nasz krok. Czy właśnie w tym momencie nie następuje jakiś przeciek informacji?" Ze swoich przemyśleń został oderwany dopiero w pokoju, w którym czekali na dowódcę straży. Nie zamierzał zabierać z początku głosu w jakiejkolwiek sprawie jednak słysząc niezadowolonych toważyszy i widząc tutaj odratowanego przechodnia postanowił jednak coś dopowiedzieć. Pierwsza myśl jaka naszła Baliusa o tej osobie, że klasztor jest tak zdesperowany i pokłada tak ogromną nadzieję w tej drużynie, że musiał wysłać wtykę. Kimkolwiek nie był postanowił się przywitać ze szczęśliwcem. Podchodząc do mężczyzny wyciąga rękę w geście przywitania. -Witaj! Nazywają mnie Balius, a Ty, jak się zwiesz?- Nie czekając na odpowiedź od razu dodał.- Widzę, że musieli Cię przywlec tutaj jako świadka. Znaczy się tego zdarzenia z koniem i domem, prawda? Tak czy owak, miałeś wiele szczęścia, bo oberwało Ci się najgorzej z nas wszystkich.
__________________ "...a ścieżka, którą podążać będą zaścieli trawy krwią bezbronnych i niewinnych. Szczątki ludzkie wskrzeszać będą do swych armii aż do upadku wszelkiego życia. Nim słońce..." |
| | |
| | #214 |
![]() | Justicar spojżał smętnie na swoich towarzyszy. Był tak zapity że ledwo widział na oczy. Ale znowu miał koszmary. No i poza tym przypomniało mu się pewne dosyć przykre wydarzenie. Dziwnie było być jednym z kilku ocalałych ludzi i patrzyć jak setki znajomych umierają w jednej chwili od czarnoksięskich zaklęć. Niby miał teraz zadanie do wykonania i w dodatku nieźle płatne ale to nie miało sensu. Co miałby zrobić z tymi pieniędzmi? Przepić? Uśmiechnął się szeroko i wyjął z pochwy sztylet. Ścisnął go z taką siłą że jego kłykcie zbielały. Zamachnął się i wbił sztylet celując w serce. Jego ręka jednak się zachwiała i ostatecznie trafił w żebra. Zsunął się na ziemię nadal uśmiechając się. Uśmiech ten był jednak pełen bólu. Skulil się i zaczął próbować zatamować krwawienie. Nie miał siły żeby się dobić a teraz zrozumiał że popełnił błąd. Może za dużo pił? Chociaż pancerz zmniejszył siłę uderzenia to rana była dosyć głęboka. Ostatnią myślą byłego żołnierza było to że napewno za chwilę zobaczy cholernego Sigmara który zdzieli go za głupotę młotem po łbie. |
| | |
| | #215 |
![]() | Arian Bransoleta zgodnie ze słowami kapitana zaraz po założeniu zaczęła się kurczyć i dopasowywać do kształtu twego nadgarstka. Na mement w tym umyślę, pojawiła się myśl, że nie zatrzyma się i zmiażdży kości, pozbawiając cię dłoni, jednak chwilę później błyskotka zaprzestała swej czynność a ty ze zdumieniem spostrzegłeś jak ciasno i dokładnie przylega ona do ciała nie tamując przy tym przepływu krwi. Ktokolwiek ją wykonał musiał być nie tylko dobrym rzemieślnikiem, ale tez potężnym magiem. Kiedy spojrzałeś znów w twarz kapitana dostrzegłeś wypisaną na niej satysfakcję. - Słuszny wybór, miałem przeczucie, że jesteś rozsądny. Moje zadanie nie jest zresztą szczególnie skomplikowane, choć wiąże się z niejakim ryzykiem. Przechodząc do rzeczy, niedawno na prośbę opata z pobliskiego klasztoru uwolniłem kilku więźniów, którzy mieli odnaleźć dla niego pewna osobę. Z kolei jako kapitan straży muszę wiedzieć wszystko o poczynaniach tamtej bandy. Zresztą gdy przyjdzie co do czego muszę wiedzieć kim była poszukiwana przez nich persona. Innymi słowy będziesz moim szpiegiem pośród nich. Doszły mnie pogłoski, że jeden z nich jest ciężko ranny, i chcę wykorzystać tą okazję. – W tym momencie do pokoju wszedł jakiś mężczyzna, po czym podszedł do kapitana i wyszeptał mu coś na ucho. Ten skinął jedynie głową i skinieniem dłoni oddalił podwładnego. - Szczęście zdaje się mi dopisywać. Grupa o której wspominałem jest już tutaj. Zdaje się, że po drodze stracili w jakimś wypadku dwóch kompanów, więc tym bardziej wiarygodna będzie próba dołączenia cię do tej hałastry. Nie traćmy więcej czasu i chodźmy już. – Mężczyzna wstał i ruszył w stronę drzwi, a ty lekko zdezorientowany podążyłeś za nim. Nagle odwrócił się on i spojrzał ci prosto w oczy. – Byłbym zapomniał. Jedno słowo, o tym co powiedziałem ci w mym gabinecie, a możesz być pewny, że cało miasta nie opuścisz. Jednak jeśli mnie nie zawiedziesz, wyjedziesz stąd jako wolny człowiek, pamiętaj o tym. – Słowa te nie poprawiły ci i tak ponurego już nastroju, jednak jak zauważyłeś nie było chwilowo żadnej innej opcji, jak tylko poddać się woli kapitana, który najwyraźniej rozgrywał tu jakąś swoją prywatną grę. Louis, Barry, Balius, Jonas, Arian Lekko zniecierpliwieni czekaniem na kapitana, zagadaliście do poobijanego rycerza. Jednak najwyraźniej zbyt wysokie to były progi jak na wasze chamskie nogi, bo jaśnie pan nawet nie raczył na was rzucić okiem, a co dopiero odezwać się do was. Rozdrażniony Barry najwyraźniej miał właśnie zamiar wygarnąć co myśli o takich jak on, kiedy niespodziewanie dal wszystkich Justicar chwycił za sztylet, po czym wbił go sobie w trzewia. Wszyscy na moment osłupieli. Dopiero gdy bezwładne ciało uderzyło o podłogę krwawiąc przy tym obficie Louis otrząsnął się ze zdziwienia i rzucił do towarzysza. Z pobieżnych oględzin mógł ocenić, ze ostrze niegroźnie ześlizgnęło się po żebrach, pozostawiając jednak głęboką ranę, przez którą wartkim strumieniem uciekał życiodajny płyn. Bretończyk właśnie ciął sztyletem ubranie rannego by zatamować choćby na chwile krwotok, gdy do pomieszczenia wszedł nikt inny jak sam kapitan w towarzystwie jeszcze jednego mężczyzny. Uśmiechnął się on do was nieszczerze, po czym odezwał się. - Widzę, że wasza kompania coraz bardziej się kurczy… - Dopiero wtedy spostrzegł rosnącą plamę krwi. Nie zastanawiając się dłużej odwrócił się, by krzyknąć wzywając po medyka. Zaraz po tym odwrócił się w waszą stronę i zapytał z mieszaniną złości i zdziwienia odezwał się do Baliusa. - Co tu się do ciężkiej cholery stało? Dźgnęliście nożem własnego towarzysza, czyście do reszty rozum stracili? -
__________________ Jeśli masz zamiar wznieść miecz, upewnij się, że czynisz to w słusznej sprawie. Art o Armii Republiki Rzymskiej Moje gg: 8819833 Od 1 listopada prawdopodobnie nie mam neta na czas nieokreślony. |
| | |
| | #216 |
![]() | Jonas Kristof Van Koyt Chociaż odzyskał przytomność, jego wzrok był mętny i zagubiony, w głowie słyszał tylko szum i pogłos toczących się dookoła rozmów. Patrzył gdzieś przed siebie, powoli dochodząc do faktu, że to, co się z nim dzieje, nie jest już snem nieprzytomnego człowieka zmagającego się z bólem. Dopiero widok i zapach krwi, zabarwiającej szkarłatem podłogę i ubranie samobójcy, ocucił go i błyskawicznie napełnił płuca świeżym powietrzem, które aż zaświszczało w krtani. Patrzył chwilę osłupiały i zaskoczony, zastanawiając się, jaka okrutna sytuacja, pchnęła tego nieszczęśnika to takiego aktu desperacji. Albo było to coś strasznego ponad wyobrażenie, albo był to człowiek słabej woli, który po prostu się poddał. Jonas nie miał do czynienia z tego typu ludźmi, wszyscy jakich znał, a którzy potem odeszli (z wyjątkiem jednego zwanego nie bezpodstawnie tchórzliwym), zrobili to z honorem, walcząc do końca w obliczu przerażającej śmierci, niesionej przez stal i zęby demonicznych bestii, mutantów i wszelkiego plugastwa. Poderwał się z krzesła wstając na proste nogi, lecz był to tylko impuls braku obojętności w obliczu cudzej śmierci, wiedział, że w tej sytuacji, ani Święta Panienka, ani nawet Shalyia nic tu nie pomogą. Śmierć przyszła błyskawicznie. Stał tak krótką chwilę bez słowa, lecz ból nóg, o którym z wrażenia zapomniał, zaraz posadził go z powrotem na krześle, wykrzywiając twarz grymasem. Dopiero oskarżenie rzucone przez kapitana, który niespodziewanie wszedł do pomieszczenia, wywołało w nim nagły sprzeciw i otworzyło usta. - Nie kapitanie! - rzekł zdecydowanie - honorem szlachcica ręczę ze to, że ten człowiek zginął z własnej ręki. Przed chwilą na moich oczach targnął się na swoje życie. - powiedział wielce poruszony. - Jestem jednak bardzo ciekaw, w jakiejż straszliwej musiał być desperacji, że posunął się do takowego czynu. Może domyślasz się kapitanie, co mogło go do tego popchnąć… Ostatnio edytowane przez Lorn : 08-12-2008 o 06:47. |
| | |
| | #217 |
![]() | - Psi synu... - Louis wycedził przez zęby próbując zatamować krwotok. Starał się jak mógł, lecz krew jak górskiego źródła wypływała z ciała towarzysza. Uciskał ranę jak mógł najmocniej. Poczuł chrzęst kości i zorientował się, że nieco za mocno nacisnął i żebro rannego pękło. W tym momencie do sali wszedł kapitan i po chwili oskarżył ich o napaść na Justicara. Bretończyk nie zdziwił się, na jego miejscu też by zapewne tak zareagował. Zaskakujące mogło być jedynie to, że kapitan nie wezwał natychmiast straży by ich wszystkich wtrącić z powrotem do lochów. Wezwał medyka, choć banita zaczął sobie uświadamiać, że nie będzie on potrzebny. Louis puścił leżącego Justicara. - Uszło już z niego życie - stwierdził. - To co mówi ten człowiek jest prawdą. - Potwierdził słowa rannego rycerza. W głosie Jonasa mimo, że był słaby wychwycił bretoński akcent. Uważniej przyjrzał się rodakowi. Nie przepadał za rycerstwem, a zwłaszcza za rycerstwem ze swoich ziem ojcowskich. To przez takich jak Jonas musiał ukrywać się po lasach, napadać na kupców i zabijać. Przyzwyczaił się tego trybu życia, lecz nie zapomniał, że to nie był do końca jego wybór. Klęcząc nad ciałem towarzysza próbował domyślić się powodu tego tragicznego czynu. Prawdą było to, że nie znał go. Łączył ich wspólny cel, ale nic poza tym. Nie wiedział skąd pochodził, co przeżył przed ich spotkaniem. Nie wiedział nawet za co trafił do tutejszych lochów. Ta sytuacja uzmysłowiła mu rzecz wydaje się oczywistą, że nie znał w ogóle ludzi, z którymi przebywał.
__________________ Nic nie zostanie zapomniane, Nic nie zostanie wybaczone. Księga Żalu I,1 |
| | |
| | #218 |
![]() | Jonas Kristof Van Koyt Malujące się na obliczu rycerza strapienie, spowodowane widokiem tej niespodziewanej śmierci, szybko go opuściło, bowiem słysząc słowa krajana, Jonas zaśmiał się bez skrępowania. - Zaiste człecze, tupetu lub dowcipu Ci nie brak, mógłbyś z powodzeniem zastąpić królewskiego błazna i ku uciesze gości potwierdzać prawdomówność słów króla. Chętnie nagrodzę Twe słowa szklanicą dobrego wina. – po czym dodał już zupełnie poważnie. - Zważ jeno na przyszłość, iż dowcip zbyt często powtarzany staje się nudny i zaczyna drażnić. Wszak to nie moje słowa potrzebują tu poparcia, tylko wasza reputacja mojego. Widać wątpliwa, skoro kapitan tak lekko rzuca na was oskarżenia o zbrodnię. Bądźcie jednak pewni, że Jonas Kristof Van Koyt dziś ręczy za waszą niewinność i żadna kara was dziś z tego tytułu nie spotka. - rzekł spoglądajac po twarzach siedzących tu osób. Po czym szybko skupił swe spojrzenie na dowódcy garnizonu. - A teraz rzecz kapitanie, w jakim celu zostałem tu przywiedziony przez Twoich ludzi i czy ma to jakowy związek ze zniknięciem mojego przyjaciela, Martina von Krügera? To jest bowiem jedyny cel mojej wizyty w tych progach. |
| | |
| | #219 |
![]() | Słowa rycerza sprawiły, że w żyłach Louisa zagotowała się krew. Spojrzał na Bretończyka piorunującym wzrokiem. Dawniej chwyciłby go za koszulę i nauczył szacunku do innych. Przy okazji odwdzięczyłby się mu za krzywdy jakie odnósł on i jego radzina z rąk bretońskich możnowładców. Nie dał się jednak sprowokować. Znał chłód tutejszych kajdanów. Wiedział jak cała ta sytuacja mogłaby się skończyć, gdyby poniosły go emocje. Zapewne osiągnąłby swój cel, skopałby tego wyperfumowanego rycerzyka, lecz jakim kosztem? - Jesteś daleko od rodzinnych stron rycerzu - powiedział zaciskając zęby by nie powiedzieć za dużo. - Ranny jesteś więc rozumiem, żeś jest słaby i pleciesz, język ci się plącze. "Urwałbym ci go i do tyłka wsadził, parszywy psie" - dodał w myślach. Przez chwilę w przed oczami miał widok błagającego o litość szlachcica. Uśmiechnął się w duszy na ten widok.
__________________ Nic nie zostanie zapomniane, Nic nie zostanie wybaczone. Księga Żalu I,1 Ostatnio edytowane przez Kokesz : 08-19-2008 o 07:21. |
| | |
| | #220 |
![]() | Kolejny raz jakoś nie zmartwiło blondyna to, że zarzuca się jakieś czyny jego osobie. Problemem mogło stać się to jak należało by wyplątać się z tego zarzutu. Słysząc rozmowę tego rycerza, którego pochodzenie dla Baliusa nie było tajemnicą z kompanem, który również pochodził z Bratoni, zauważył niejaki konflikt w tonacji. Ten protekcjonalny, szlachecki ton od razu uderzył w ucho blondyna. Postanowił przyjąć grę słów rycerza by w miarę możliwości skompromitować go lub z powrotem wrócić na salony. Wzruszając ramionami w stronę kapitana straży i nie widząc dalszej możliwości tłumaczenia się temu człowiekowi z sarkastyczną nutą w głosie odparł do Jonasa. -Zaiste dziękować Ci musimy za Twe dobrodziejstwo, które uchroniło nas od pokarania. Zważ jednak me słowa. Milcz lub będziesz kolejną osobą, która postanowiła dźgnąć swe trzewia. Nie obchodziła go odpowiedź ze strony rycerza, zależało mu aby opuścić to pomieszczenie jak najszybciej. Wiedział dobrze, że w tej grze w ciuciubabke to klasztor będzie kręcił ślepcami. Przyprowadzenie następne osoby do pomieszczenia przez kapitana straży sprawiło mieszane uczucia u Balisa wobec tych dwoje nowych. Był wręcz pewien, że przynajmniej jedna osoba będzie wtyką, ale co jeśli klasztor postanowił śledzić losy drużyny, która się podzieli. Rozwiązali problem w postaci dwóch szpiclów. Blondyn był tego pewien tak samo jak widok wypływających wnętrzności Justicara. Nie było więc sensu przedłużać tej pełnej żenady sytuacji. Szybko zmieniając temat zwraca się do kapitana. -Jeśli to możliwe czy możemy usłyszeć po co nas wezwano? Bo pomimo, że mi zbytnio nie zależy tak bardzo jak Wam na odnalezieniu odtrutki, to wolałbym już wrócić szukać dalszych, jakichkolwiek śladów. Na myśl Baliusowi przyszły słowa niziołka i wiedział gdzie teraz się uda i wiedział, że jednak to nie będzie miasto. Niestety.
__________________ "...a ścieżka, którą podążać będą zaścieli trawy krwią bezbronnych i niewinnych. Szczątki ludzkie wskrzeszać będą do swych armii aż do upadku wszelkiego życia. Nim słońce..." |
| | |
| Reklama |
| |
![]() |
| Użytkownicy aktualnie czytający ten wątek: 1 (0 użytkownik i 1 gości) | |
| Narzędzia wątku | |
| Wygląd | |
| |
Podobne wątki | ||||
| Wątek | Autor wątku | Forum | Odpowiedzi | Ostatni Post / Autor |
| [Komentarze] Wszystko zostaje w rodzinie. | John5 | Komentarze do sesji RPG - Warhammer | 241 | 11-12-2008 16:49 |
| [Warhammer 2ed] Wszystko zostaje w rodzinie. | John5 | Archiwum rekrutacji | 30 | 12-07-2007 23:31 |
| Forumowy kurier - "Wszystko spox" | Kos(A) | WIEŚCI | 0 | 02-12-2005 17:03 |
| D&D Magazine #1: Wszystko o słowie. | Kos(A) | DnD i d20 | 0 | 01-17-2005 16:26 |