![]() | ![]() |
![]() |
| |||||||
| Archiwum sesji Warhammer Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemie Warhammer (wraz z komentarzami) |
| | Narzędzia wątku | Wygląd |
| | #221 |
![]() | - Zło Andresa Ren! Wykrzyczał te słowa prosto w twarz kapłana. Jego złość rozszalała się na dobre. Powód tego był prosty, niczego nie mógł się dowiedzieć i z nikim zaufanie porozmawiać. Chwilę potem milczał i czekał, aż złość go opóści. Cisze przerwał grzmot burzy, a błyskawica która przed odgłosem ukazała się rozświetliła całe podwórze. Andres zauważył, że ktoś ich obserwuje. Stał tak przez chwilę wpatrująć się w okno, w którym ukazała się jakaś postać. Po chwili zwrócił się do mężczyzny, który nie szczędził sobie katuszy. - Dobrze kapłanie, nie zawracam ci już głowy. Mam nadzieje, że zaznasz spokoju. Życzę powodzenia Miałeś swoją szanse kapłanie. Jeśli jesteś po mojej stronie mogliśmy sobie pomóc, jesli jednak po przeciwnej, to mam nadzieje, że zaznasz jeszcze wiekszej krzywdy, iż sam sobie ową zadajesz. Co teraz? Dokąd? Andres skierował się do kanienicy, z której jakaś postać się im przyglądała
__________________ Oddajmy im wszystko to, co do nich należy- krew dla boga krwi!... ;) no i śmierć samobójcom |
| |
| Reklama |
| |
| | #222 |
![]() | Calien spojrzała na mężczyznę, uważnie przysłuchując się temu co mówi. -Musiałeś bardzo kochać rodziców...W pewnym sensie walczysz w ich imieniu... Max ściągnął z bólem na twarzy jednego buta. -Fakt kochałem ich, lecz teraz nie pamiętam nawet jak wyglądali. Calien wyraźnie posmutniała. - Masz szczęście, że ich znałeś...Ja nie wiem co to znaczy mieć rodziców. Max popatrzył na twarz Calien i zrezygnował tymczasowo ze ściągania drugiego buta. -Większość ludzi mieszkających w biednej części miasta nie ma rodziców. Taki już nasz świat. Czasami się zastanawiam co jest większym złem? Władcy Imperium czy nasz odwieczny wróg Chaos? Wciąż nie mogę odpowiedzieć sobie na to pytanie... Calien wstała z łóżka i podeszła w kierunku Maxa. Przez chwilę zastanawiała się nad słowami, które padły z jego ust. Co jest większym złem? Co nim jest? –Pomyślała Calien. Nie znalazła na nie odpowiedzi. Być może kiedyś przekona się o prawdzie. Przybliżyła się do Maxa. Stojąc boso tuż przed nim, delikatnie podparła jego podbródek podnosząc tak, by widzieć jego oczy. - Widzę, że cierpisz duchowo tak jak ja...Ale te rany na twym ciele... Czy pozwolisz mi, odebrać choć część tego bólu? Max jakby przestraszył się dotyku Calien. Spojrzał jej w oczy z lękiem. Nie mogę zawieźć samego siebie! Obiecałem sobie, że nie będę już mieszał się w stałe uczucia...nie takim kosztem... –Pomyślał Max. Max przez chwilę był nieobecny. W końcu odezwał się. -Chodzi ci o rany na plecach? Calien niepewnie spojrzała na mężczyznę. -Tak, rany na plecach...Dlaczego je masz? Cierpisz przez nie...Chciałabym pomóc. Max złapał Calien za dłoń i położył na swoim barku, jednocześnie wymuszając tym to, aby Calien schyliła się twarzą w jego kierunku. Uśmiechnął się. Calien zaskoczona mimo woli nachyliła się. Poczuła ciepło jakie biło od ciała mężczyzny. Nie pierwszy raz dotykała ciała mężczyzny, ale tym razem było inaczej. Przez jej ciało przeszła fala nieopisanego ciepła i uczucia. Spojrzała prosto w oczy Maxa, który uśmiechał się do niej. Szeptem poczęła wypowiadać słowa inkantacji: - Cura ut valeas, cura ut valeas… Powtórzyła kilka razy wyraźnie akcentując pierwsze z członów. Ciepło i delikatnie falująca powłoka ogarnęła ciało mężczyzny. Delikatny dreszcz przeszedł po plecach a rany poczynały zasklepiać się tworząc coraz mniej widzialne cienie. Max wstał i niemalże dotknął swoja twarzą twarzy Calien. -Wyśmienicie... Dziękuję za pomoc... Calien odsunęła się do tyłu. Skinęła głową i obróciła w stronę łóżka. -Proszę. Cieszę się, że mogłam pomóc chociaż w taki sposób… * * * Felix pochłonięty błogim snem, nagle został zbudzony. Zaspanym wzrokiem rozejrzał się po pomieszczeniu. Przekonany faktem, że obudziło go chrapanie Joachima, położył głowę na poduszce. Ponownie coś go poderwało ze snu. Tym razem jednak był pewny, że to nie Joachim. Przez chwile myślał, że może to burza lub deszcz. Odgłosy dochodziły zza zamkniętej okiennicy. To rozwiało jego wątpliwości co do deszczu i burzy. Felix zorientował się, że ktoś lub coś jest za oknem. * * * -Wystrzegaj się tego, który kłamstwem przez prawdę przemawia. On będzie Ci zgubą! Andres podbiegł do kamienicy, w której dostrzegł tajemniczą postać. Nagle z jednego z okien kamienicy, pod którą stał Andres padł strzał. Kula rozbiła w powietrzu krople deszczu, pozostawiając smugę dymu w powietrzu. Andres słysząc kolejno uderzenie pioruna i strzał broni, ujrzał błysk na niebie i myślał, że kula trafiła w jego ciało…Andres upadł w kałużę. Potknął się na kamieniu. Odwrócił głowę w kierunku kapłana. Mężczyzna leżał w kałuży własnej krwi na ziemi. Okropny ból miotał nim po brukowanej ulicy. Wyciągnął rękę w kierunku Andresa. -Poomóż mmmi…! –Wystękał dość głośno mężczyzna, tak by Andres mógł usłyszeć.
__________________ God Hate Us All ! Wróciłem do żywych mili Państwo. Ostatnio edytowane przez DrHyde : 02-12-2008 o 22:37. |
| |
| | #223 |
![]() | Andres szybko wstał i podbiegł pod ściany kamienicy, dokładnie pod okno z którego padł strzał. Rozglądał się uważnie, zerkając czy strzelec nadal jest na swoim posterunku. Cholera! To mi się udało. Widocznie on jest dla nich wiekszym zagrożeniem i woleli najpierw jego się pozbyć. Co za tchórz strzela z ukrycia, boi się czy co? Andres uspokajał kapłana leżącego na ziemi ruchami dłoni. Po pewenym czasie zaryzykował i wyglądnął więcej, czy w oknie ktoś jeszcze jest. Gdy nikogo nie spostrzegł, schował miecze i ruszył w kierunku rannego. Dobrze, ryzykujmy Odbiegł od ściany w kierunku kapłana, szybkim spojrzeniem przeleciał okna kamienicy, czy ktoś nie czekał na taki właśnie błąd. - Chodź kapłanie, musimy uciekać... Andres wziął mężczyzne na barki i zaczął szybkim krokiem uciekać z podwórza. Dopiero teraz zauważył, jakie to miejsce jest dogodne, do zastawienia pułapki... Gdzie mieści się świątynia Shally! Potrzeba mu medyka! Zanim wybiegł na ulice miasta, przystanął przy wyjściu z budynku i się rozglądnął uważnie. Gdy, nic i nikogo nie zauważył, wybiegł i skierował się do ciemnego zaułku. - Nie opodal są medycy, zaborę go tam! Musimy się spieszyć! Andres zmierzał w stronę budynku niosąc rannego mężczyznę. Jego kroki były szybkie i stanowcze, aczkolwiek spogladał co jakiś czas za siebie.
__________________ Oddajmy im wszystko to, co do nich należy- krew dla boga krwi!... ;) no i śmierć samobójcom Ostatnio edytowane przez Andres : 02-13-2008 o 13:10. |
| |
| | #224 |
![]() | Calien zanim wróciła do łóżka wypowiedziała krótkie zaklęcie. - Protego Maxima... W jednej chwili od miejsca w którym stała, przeszła krótka fala energii, niczym tafla wody wzburzona pod wpływem kropli deszczu. -W razie kłopotowów powinno nam to pomóc. Ułożyła się w łóżku wygodnie na bok. Przez chwilę spoglądała na mężczyznę. Skuliła nogi zakrywając się kocem. Mam nadzieję, że ta burza pozwoli mi zasnąć. Boję się...I całe szczęście mam dach nad głową. Calien pomyślała przez chwilę zamykając oczy. Przy większym grzmocie wzdrygała się lekko. Po chwili jednak zasnęła spokojnie.
__________________ Didn't you read the tale Where happily ever after was to kiss a frog? Don't you know this tale In which all I ever wanted I'll never have For who could ever learn to love a beast? |
| |
| | #225 |
![]() | Co za licho tłucze się po nocy i to w taką pogodę? Rozejrzał się po pokoju. Gdy jego wzrok przywykł do ciemności zauważył śpiącego w najlepsze Joachima. Ostrożnie wciągną buty, potem wciągana kuszę spod łóżka. Szybko sprawdził czy nadaje się do użytku. Gdy upewnił się ze jest gotowa do strzału poczuł się pewniej. Mrukną do cicho pod nosem. Hmm… Teraz sprawdzimy, co to za nocni goście harcują za oknem. Nie zapalając światła przyłożył kuszę do ramienia. Kucną naprzeciwko okna, powoli i ostrożnie wstając mierzył w okno lustrując uważnie, co działo się na zewnątrz gotowy w każdej chwili ukucnąć by schować się przed napastnikiem lub samemu oddać strzał.
__________________ i tak umrzesz, więc po co odwlekać nieuniknione |
| |
| | #226 |
![]() | Andres wybiegł na ulice i skierował się do budynku Gildii Medyków. Zaczął dobijać się do środka, jednak nikt nie otwierał. Nagle dzięki opatrzności Bogów nadjechał jakiś powóz i zatrzymał się. Powóz z brązowego drewna najpewniej należał do jakiejś kompanii przewozowej. Andres mimo prób nie dostrzegł z jakiej. Mężczyzna siedzący na kulbace, okryty był brązowym płaszczem impregnowanym, który w taką pogodę nie wiele mu jednak dawał. Na głowie kapelusz przykrywał kaptur. Kawałek ronda kapelusza funkcjonował niczym rynna. Woda ociekała po nim, jakby ktoś lał ją wiadrem. Woźnica spojrzał na Andresa. Twarz ukryta w cieniu kaptura przemówiła. - Kiepska pogoda by umierać! – Krzyknął i skinął na kapłana. Pioruny rozbłysły na niebie. Wiatr zerwał się, powodując prawdziwą nawałnicę deszczu. Andres rozglądał się po okolicy i doszedł do wniosku, że to chyba jedyny ratunek w tej sytuacji. -Macie szczęście, że akurat przejeżdżałem. Medycy siedzą o tej godzinie w domach. Wracam do kompanii przewozowej z dalekiej podróży. Wsiadajcie do środka. Podrzucę was do jakiegoś medyka. Andres nie zastanawiał się długo, ani nie wdawał w zbędne dyskusje. Wsiadł do powozu, który ruszył dość szybko w głąb miasta. Natłok myśli zaatakował głowę fechmistrza. Nie mógł pojąć tego co stało się od przyjazdu do miasta aż do tego momentu. Jedno było pewne musiał znaleźć szybko jakąś robotę, inaczej bardzo szybko odnajdzie konsekwencje braku pieniędzy. Po chwili zatrzymali się w znajomej Andresowi okolicy naprzeciwko jakiegoś przybytku o nazwie „Bakałarz”. Andres błyskawicznie się zorientował, że jest w dzielnicy uczonych. W oddali dostrzegał wieże siedziby Arcymaga. Woźnica zsiadł z powozu i pomógł zanieść krwawiącego mężczyznę do domu, pod którym się zatrzymał. Kapłan zaczął bredzić coś pod nosem. Krew wylewała się z dużej rany w lewym barku. Woźnica zapukał mocno do drzwi. W oknie na parterze zapaliło się słabe światło. Zza drzwi dało się usłyszeć podniesiony głos. - Kogo diabli niosą o tej godzinie! Drzwi otworzyły się i w progu stanął starszy mężczyzna, trzymając świeczkę w dłoni. Biały, nieco za duży szlafrok zwisał swobodnie na wychudzonym ciele. Krótka, czarna, nierówna broda świeciła siwymi włosami. Biała mycka z dzyndzlem przypominającym pompon okrywała głowę. Mężczyzna podniósł świeczkę nieco wyżej, dzięki czemu dostrzegli jego twarz strudzoną wiekiem. Świeczka zgasła. - Szlag by to trafił! Co za cholerna pogoda! Wnieście go do środka zanim się wykrwawi. Za mną. Medyk pokierował ich korytarzem do gabinetu, który bardziej przypominał sale tortur i eksperymentów niż gabinet. Na środku niedomyty z krwi stół. Ściany ozdobione szafkami, na których stały poukładane różne butelki, fiolki, miseczki, narzędzia typu nożyce czy też nóż i inne tym podobne graty. Mężczyzna zapalił lampę oliwną i spojrzał na gości. - Panowie zajmę się teraz rannym. Wynagrodzenie, wyjaśnienia i inne tematy zostawmy na później. Pierwsze drzwi od lewej prowadzą do kuchni. Poczekajcie tam. Tylko nie róbcie hałasu Tomas bo u góry śpi moja uczennica. Na kuchni stoją jakieś resztki z kolacji. W szafkach znajdziecie inne przysmaki… Monolog mężczyzny przerwał głośny jęk rannego kapłana. Medyk ruchem ręki wyprosił gości z gabinetu. Andres wszedł jako pierwszy do kuchni i dopadł do garnka z resztką kapusty z grzybami. Złapał za łychę i kawałek chleba ze stołu i zaczął jeść. - Częstuj się… Już jadłem… - Powiedział Tomas i podał Andresowi butelkę z resztą wina. – To nie moja sprawa, ale co w ogóle zaszło? Ktoś was ściga? Mamy spodziewać się gości? * * * Calien mijała płyty nagrobków w mroku długiego świątynnego korytarza. Na nagrobkach siedziały białe gołębie. W powietrzu wirowały jesienne liście, popychane przez wiatr. Na końcu korytarza Calien dostrzegła Sporych rozmiarów posąg. Przed posągiem w mroku stała jakaś postać. Powoli wyłoniła się z cienia. Jej blask rozjaśnił pomieszczenie. ![]() Gołębie wzbiły się w powietrze. Nagle uwagę Calien przykuła postać leżąca we krwi na posadzce. Starała się zbliżyć do niej… Wyciągała dłonie w tamtym kierunku… Zakrwawione dłonie… Zrobiło jej się zimno… Blask zanikł a pomieszczenie spowijał niepokojący mrok. ![]() Stała przed Calien w swej okrutnej postaci, która budziła w niej lęk. Wokoło latały groteskowe hybrydy gołębi o kościstych głowach. Będziesz następna Calien… Będziesz następna… Calien… Calien… Calien! Obudził ją Max. Czuła pot spływający po jej ciele i dreszcze ze strachu. Calien rozejrzała się. Max objął ją i przytulił. - Dopiero północ… Miałaś jakiś koszmar… To tylko zły sen… * * * Felix skradał się w kierunku okna. Powoli otworzył okiennicę i odskoczył w tył gdy ujrzał cień za oknem. Podniósł kuszę i wycelował w gotowości bojowej w kota. Kot… Felix bohaterze prawie pokonałeś kota. Pomyślał Felix i śmiał się sam z siebie w myślach. Wiatr wpadł do pomieszczenia. Felix poczuł zimno. Popatrzył na zewnątrz, na lejący nieprzerwanie deszcz i burzę. Czarny kot wskoczył do pomieszczenia. Najwyraźniej nie miał gdzie się skryć przed pogodą. Wbiegł pod łóżko Felixa.
__________________ God Hate Us All ! Wróciłem do żywych mili Państwo. |
| |
| | #227 |
![]() | Tylko kot… Chyba robię się przewrażliwiony przez te wszystkie podchody. Przez chwilę popatrzył na łóżko potem na pogodę zakonem. Zamkną okno nim chłód i odgłosy deszczu zbudziły śpiącego w najlepsze Joachima. Odstawił ostrożnie kuszę na stół. Cicho podszedł do drzwi wyjrzał na korytarz. Upewnił się ze wszyscy śpią nasłuchując uważnie odgłosów na korytarzu. Chyba jednak nic tu nie grozi. Zwierzęta pierwsze wyczuwają niebezpieczeństwo. Podszedł do stolika zdjął z łoża bełt i najciszej jak mógł zluzował cięciwę. Postawił broń pod ścianą. Nachylił się pod łóżko najpierw dał kotu do powąchania rękę potem go delikatnie chwycił. Usiadł na łóżku położył zmarnowane trzęsące się zwierze na kolanach. Sięgną po swoją torbę. Zdezoriętowany kot wbił pazurki w nogę Feliksa. Pogłaskał go. - Nie bój się. Nie wyrzucę cię w taką pogodę. Powiedział cicho do kota Wyciągną z torby jakiś materiał. Ostrożnie wytarł jeżącego się kota. Potem podstawił mu pod pyszczek kawałek chleba. Głodne zwierze zjadło i się trochę uspokoiło. Feliks ponownie położył się na posłaniu. Położył sobie kota na brzuchu i głaszcząc go machinalnie pogrążył się w spokojniejszym już śnie.
__________________ i tak umrzesz, więc po co odwlekać nieuniknione |
| |
| | #228 |
![]() | Serce Calien wyczuwalnie przyspieszyło bicia. Skroń, po której ściekała kropla potu była delikatnie zmarszczona. Wtuliła sie w ramiona Maxa, który wybudził ją z tego koszmaru. Otarła rękawem łzy ściekające po policzkach. -Znów to samo...Ten okropny sen...Skrzydlata kobieta i krew. Miałam już ten sen Maxie, jednak nie wiem jeszcze co on znaczy... Calien spojrzała na mężczyznę bojaźliwym wzrokiem. Jej oddech powoli uspakajał się, ale jej ciało nadal drżało. Wstała z łóżka i podeszła do komody na której stał dzban z miednicą. Nalała do misy wody i przemyła twarz. -Będę następna... Będę następna? Umrę? Czy teraz moja kolej? Co to wszystko oznacza...Mam natłok myśli, których nie potrafię wyjaśnić... Stanęła przy oknie i patrzyła w niebo zakryte gęstymi, burzowymi chmurami.
__________________ Didn't you read the tale Where happily ever after was to kiss a frog? Don't you know this tale In which all I ever wanted I'll never have For who could ever learn to love a beast? Ostatnio edytowane przez Scarlet : 02-17-2008 o 10:42. |
| |
| | #229 |
![]() | Andres nie wiedział co począć, kiedy nagle nadjechał wóz, a woźnica zaoferował swą pomoc. Nie miał czasu aby zastanawiać sie nad prawdziwymi intencjami owego mężczyzny. Nawet jeśli prowadził ich na pewną śmierć musiał zaryzykować. Medyk, wyraźnie niezadowolony z późnej pory wizyty, przyjął ich do swego domostwa i zajął się rannym kapłanem. Po części przyniosło to ulgę Andresowi, wiedział, że daje to jakieś szanse na przeżycie ów rannemu. -Eh...Całe szczęście Panie, że znalazłeś się na tej drodze. Nie wiem czy znalazł bym medyka. Ten kapłan wykrwawiał się niemiłosiernie. Nazywam się Andres, a ten kapłan hm.... Co by tu dużo mówić. Najwidoczniej jest komuś kolcem w oku. Widziałem jak ktoś strzelił do niego w czasie modlitwy. Jest kapłanem Sigmara z tego co wiem. Rozmawialiśmy przez chwilę zanim został ranny. Nic ponad to nie wiem. I nie wiem kim był zamachowiec. Andres w między czasie podjadał z gara kapustę z grzybami. Zjadł sporą ilość, jego żołądek w końcu sie napełnił. Zapił to wszystko winem, które podał mu Tomas.
__________________ Oddajmy im wszystko to, co do nich należy- krew dla boga krwi!... ;) no i śmierć samobójcom |
| |
| | #230 |
![]() | 31 Erntezeit. Angestag Tomas zastanowił się dłuższą chwilę, nad tym co powiedział Andres. Drzwi do kuchni otworzyły się i wszedł medyk. Obmył ręce upaćkane od krwi w misce wody. - Twój kompan będzie żył. Porozmawiamy o tym rano. Jeśli chcesz to możesz położyć się tu w kuchni przy piecu. Dziękuje za pomoc Tomas. Gdybyś ich do mnie nie przyprowadził to tamten już by nie żył. Tomas skinął głową . Uściski przy drzwiach wyjściowych i podziękowania pożegnały Tomasa, który wyszedł z domu. Medyk przedstawił się jako Franz Schrödinger. Zamknął drzwi wejściowe na klucz i udał się do góry na spoczynek. Andres położył się koło pieca na kocu, który przyniósł Franz i przykrył się drugim, który leżał na krześle. Rankiem Andres przebudził się muskany promieniami słonecznymi po twarzy. Obok siebie dostrzegł już Franza, ubranego w biało-niebieski wams z wyszytym herbem Middenheim i najprawdopodobniej Gildii Medyków. Stroju dopełniały granatowe spodnie i czarne trzewiki. - Zanim zaproszę Cię do jadalni, chcę wiedzieć kilka istotnych rzeczy. – Podał Andresowi kubek z sokiem. – Dlaczego ratowałeś życie heretykowi ściganemu przez prawo? Dlaczego rano do moich drzwi zapukała straż miejska i pytał akurat o ciebie? Kim jest Calien Hazant i Maximilian Teufelfeuer? * * * Max podszedł do Calien i objął ją. - Nie martw się to tylko zły sen… Odwrócił ją twarzą do siebie i zaprowadził z powrotem do łóżka niczym małą dziewczynkę. Calien położyła się. Max wahał się przez chwilę, lecz tez się położył. Z tym, że razem z Calien w jej łóżku. Przytulił ją i pocałował we włosy. Po chwili już spali. Calien obudziła się gdy usłyszała jakiś krzyk w pokoju obok. Max spał jeszcze obok niej. * * * - Aaaa….! – W pokoju rozległ się krzyk. Joachim przebudzony blaskiem słońca ujrzał na swej klatce piersiowej kota, co było dla niego nie małym szokiem. Kot w równie wielkim przerażeniu drapnął Joachima w twarz i zeskoczył na podłogę. Błyskawicznym susem wskoczył pod łóżko Felixa, którego cały ten rumor obudził.
__________________ God Hate Us All ! Wróciłem do żywych mili Państwo. Ostatnio edytowane przez DrHyde : 03-28-2008 o 09:26. |
| |
| Reklama |
| |
| Użytkownicy aktualnie czytający ten wątek: 1 (0 użytkownik i 1 gości) | |
| Narzędzia wątku | |
| Wygląd | |
| |
Podobne wątki | ||||
| Wątek | Autor wątku | Forum | Odpowiedzi | Ostatni Post / Autor |
| [Warhammer I] "Purpurowy Cień Śmierci" | DrHyde | Archiwum sesji Warhammer | 39 | 03-20-2008 06:28 |
| "Cienie Doliny Sedgemoor" LARP Warhammer, 26-26.08 Wrocław | nika | Konwenty oraz forumowe zloty | 0 | 07-14-2007 10:55 |
| [sesja] "Bezowocne noce" - Warhammer 40k | Azazel | Archiwum sesji Innych | 18 | 01-18-2006 09:16 |
| [komentarze] "Bezowocne noce" - Warhammer 40k | Azazel | Archiwum sesji Innych | 7 | 01-03-2006 18:28 |
| "Warhammer nieco inaczej" | Fistus | Warhammer Fantasy Role Play | 10 | 04-01-2005 18:29 |