![]() | ![]() |
![]() |
| |||||||
| Sesje RPG - Warhammer Wkrocz do mrocznych realiów zabobonnego średniowiecza. Wybierz się na morderczą krucjatę na Pustkowia Chaosu, spłoń na stosie lub utoń w blasku Imperialnego bóstwa Sigmara. Poznaj dumne elfy i proste krasnoludy. Zamieszkaj na Starym Świecie, a umrzesz... Młodo... |
![]() |
|
| | Narzędzia wątku | Wygląd |
| | #91 |
![]() | Opuchlizna szczęki stopniowo schodziła pozostawiając po sobie jedynie brudnosine zabarwienie lewego policzka. Rana między żebrami niestety jednak nadal mu doskwierała podczas oddychania i choć w rzeczy samej profesjonalny opatrunek tej biuściastej walkirii zatamował krwawienie, Danstanowi Boss wracało się niesporo do "Siedmiu Pokus". Nawet przechodniów na ulicy jakoś tak mniej niż wczoraj łaziło, czemu akurat zważywszy na gęsto krążące patrole straży miejskiej, nie można było się dziwić. Obie strony liczyły straty, a co odpowiedzialniejsi zapewne szukali winnych. Tylko grabarze zacierali ręce... "Siedem Pokus" - ulokowana na uboczu karczma Bossów dzięki swojej kameralności nie ucierpiała na wczorajszych zajściach i tak jak za starych czasów, gdy Danstan mijał jej progi w środku śniadali nieliczni stali bywalcy należący głównie do rodziny. Petrek, wyrośnięty chłopak, którego pamiętał jako smarka ganiającego kaczki po podwórzu, siedział obok szynkwasu i z wyraźnym zblazowaniem wymalowanym na twarzy, dłubał w nosie przypatrując się swojemu odbiciu w miedzianej łyżce, którą się bawił. Zobaczywszy nowego gościa, a raczej syna gospodarza, zaprzestał tych czynności i rzucił się do drzwi. - Panie Danstan! Chwała bogom żeście wrócili... A któż Pana tak urządził? - Jest... - zastanawiał się przez chwilę jak nazwać Paula Bossa - Jest mój ojciec? - Nie, wyszedł o świcie. Pani Inge jest za to - mówił szybko podając Danstanowi flaszkę z lokalną brandy. Ten nie zwlekając zdjął korek i pociągnął zdrowo. Alkohol podziałał w sposób najbardziej korzystny jaki było to możliwe. Ból po chwili stępiał, a w głowie pozostało wrażenie jasności myślenia... chyba się uzależniał... - Wczoraj wieczorem ani słowa nie powiedziała. A Liza... - Liza też tu jest?? - młody Boss spojrzał żywiej na Petrka. - Taak. Długo wczoraj ryczała. Mówiła, że to na pewno przez nią i że Pan nie wróci, a potem zamknęła się na górze. Chyba tak ją to ryczenie zmęczyło, że w końcu spanie ją wzięło. - Idź po... albo nie. Niech śpi... Daj mi tylko chleba z serem i plaster polędwicy. Muszę się zastanowić. - A może Camilla Panu coś upitrasi? Danstan w sumie zdziwił się usłyszawszy taką propozycję. Zdążył już zapomnieć o niewątpliwych urokach życia w mieście jakim jest codzienne ciepłe danie. - W sumie niech będzie... A, poczekaj. Wiesz może kto teraz powozi u Henrego? - No pewno, że będzie to Cloude - rzekł chłopak uradowany, że może się na coś przydać. - Świetnie. Skocz więc do nich i zapytaj jak się trzyma Machat - w sumie doskonale wiedział, czego się może spodziewać. I tak już na ulicach była grobowa cisza - Potem znajdź tego Cloude'a i zapytaj gdzie wczoraj odwoził tę Catherine, kobietę, która przywiozła Machata... Podeskcytowany chłopak krzyknął coś niewyraźnie do krzątającej się za kontuarem Camilli i jak z procy wypadł z gospody na zewnątrz. Danstan pociągnął raz jeszcze z butelki i odstawiwszy ją na kontuar poszedł na górę po swoje rzeczy. Szczęśliwie jako wachmistrzowi przysługiwał mu dodatkowy mundur, a nie było teraz czasu na kupowanie nowych ubrań. Zabrał więc niezbędne akcesoria wraz z ubraniem i wyszedł na zewnątrz na tyły karczmy gdzie, o ile dobrze pamiętał, była studnia. Postanowił umyć się nieco przed spotkaniem z Lizą. Nie chciał, żeby go zobaczyła w takim stanie. Jeśli na tym świecie jest coś niewinnego, to właśnie była ona i tak jak oprawcy Machata pisana była teraz po prostu śmierć, to gdyby chodziło o Lizę... Umywszy się i ubrawszy wrócił do pustej już teraz gospody gdzie Camilla kończyła przygotowywać mu coś co już teraz smakowicie pachniało. Po chwili pulchna dziewczyna poprosiła go żeby usiadł i postawiła przed nim talerz z czymś co wyglądało jak kluski z jagodami. Następnie odsunęła się i z zaniepokojeniem spoglądała, czy Danstanowi smakuje. Potrawa była zaiste zacna po latach żywienia się chlebem i suszonym mięsem jednak nie było mu dane długo się nią cieszyć gdyż drzwi gospody otworzyły się i do środka wparował kędzierzawy Petrek. Już po jego nietęgiej minie, Danstan łatwo poznał jakie przynosi informacje. Ciężko sapiąc zbliżył się do młodego Bossa i patrząc w ziemię powiedział: - Machat... Machat umarł wczoraj w nocy. Danstan westchnął. Stracił zupełnie apetyt i kontynuował jedzenie już machinalnie. - Dowiedziałeś się reszty? Petrek potwierdził i podał szybko adres kobiety. Catherine Chauprade była osobą, której należało dziś złożyć wizytę. Machat, durniu, jak mogłeś być tak nieostrożny by zaleźć za skórę ludziom Jana de Veille'a... a może jemu samemu? Zasrany Brioński sen... Skoro to nie była gildia złodziei, to nie miało to już znaczenia, czy poszło o dziwkę, czy o Oktawiana. Skończywszy, podziękował Petrkowi i Camilli i zostawił ich samych ruszając na piętro do pokoju, w którym zwykle jeśli jej się zdarzało, nocowała Liza. Zapukał w drzwi; najpierw cicho, potem nieco mocniej. Kiedy jednak od środka nie usłyszał żadnej odpowiedzi, pociągnął za klamkę i wszedł do pokoju. Liza tak jak zapowiadał Petrek spała. Jej jasno niebieska suknia, której jak widać nie zdążyła zmienić na koszulę nocną, pięknie opinała talię i popiersie. Danstan usiadł na krześle koło łóżka i wziął jej dłoń do ręki. - Liza? Dziewczyna mruknęła tylko przez sen, lecz się nie obudziła. W sumie stwierdził, że nie ma sensu jej budzić tylko po to by wcześniej dowiedziała się o nieuniknionej śmierci Machata. Gdy puścił jej rękę, położyła się na boku i nieznacznie otworzyła usta. Na policzkach nadal miała czerwone ślady łez. Pochylił się i pocałował ją w czoło, po czym odwrócił się na pięcie i wyszedł po cichu zamykając za sobą pokój. Zabrał z rzeczy swoją szpadę i felerny pistolet i opuścił "Siedem Pokus" na poszukiwanie Catherine Chauprade.
__________________ Beer is proof that God loves us and wants us to be happy Benjamin Franklin Ostatnio edytowane przez Marrrt : 07-24-2008 o 16:26. Powód: literowki |
| | |
| Reklama |
| |
| | #92 |
![]() | Rezydencja Jana de Veille Jedna z najpiękniejszych ulic Brionne, szeroka, brukowana Aleja z domami arystokracji. Nie stanowiła kwartału zamkniętego, bo trzeba ją było przeciąć, żeby wejść do Parku Miejskiego, ale wszechobecni gwardziści wypraszali każdego, kto zbyt dosłownie rozumiał słowo miejski i nie wyglądając zamożnie i szacownie planował spacer zadbanymi ścieżkami. Ale dziś było inaczej. Tego ranka strażników było dziesięć razy mniej niż zazwyczaj. Zasługę rozłóżmy po równo między podpalaczkę Marianne, a krzyczącego „biją naszych” Petera. Dom książęcego przyjaciela, słynnego szermierza, kawalera Orderu Złotej Gwiazdy, tytularnego Szampierza Księstwa Brionne, szlachetnego i godnego rycerza Jana de Veille był olbrzymi. Słowo pałac oddawałoby stan rzeczy dokładniej. Istnieje podejrzenie, że Diego wiele nie zauważył. Ani surowej masywnej bryły, ani marmurowej elewacji, ani wyrafinowanych rzeźbień dwóch górnych kondygnacji, dwudzielnych arkadowych okien pierwszego i ostatniego poziomu, olbrzymich okien sali balowej rozciągających się wzdłuż niemal całego drugiego piętra. Z pewnością zdawał sobie sprawę z istnienia murów okalających rezydencję, ale cóż mogą mury, gdy brama jest otwarta i nie ma po drodze nikogo, kto zauważyłby biegnącego szaleńca. Na jego nieszczęście. Zadziwiająco łatwo było dostać się do środka. Nim Diego się obejrzał, brudził brudnymi butami lśniącą białą posadzkę a u jego stóp leżał nieprzytomny służący. Poszło za łatwo. Żaden alarm nie rozległ się jednak w głowie opętanego mężczyzny. Diego Korytarz szerokości ośmiu metrów dzielił parter na pół. Cały w różowo białym kamieniu zdobiony jedynie alabastrowymi figurami, bez żadnego mebla, chyba, że uznać za nie, stojących po obu bokach drzwi, nagich satyrów, których rogi i członki mogły robić za wieszaki a trzymane w rękach tamburyny za stoliki. Znajdujące się w połowie korytarza szerokie schody prowadziły na piętro. Zwabiony hałasem, na schodach tych pojawił się szlachcic. Jeden z Twoich wczorajszych sekundantów – Beraud Loisel. - To jakiś żart – usłyszałeś w momencie, gdy go zobaczyłeś. A potem straciłeś przytomność. Ocknąłeś się z bólem głowy, niewątpliwe będącym efektem zetknięcia z posadzką. W pierwszej chwili nie wiedziałeś gdzie jesteś, ale starczył moment, by Twoja dusza z powrotem jęknęła - Leticia – to chciałeś krzyknąć, ale w ustach miałeś knebel Klęczałeś skrepowany, w oczy raziło Cię słoneczne światło. Kto Cię uderzył? Przecież niemożliwe by był to kamienny faun. Łzy napływały Ci do oczu, a źrenice wolno przystosowywały się do oświetlenia. Chciałeś wstać na nogi, lecz do ziemi przygwoździła Cię ciężka dłoń. Zacząłeś rozróżniać rozmazane cienie. Salon, fotele, w nich dwaj mężczyźni, trzej inni za Tobą. - Co za odwaga – naprzeciwko Ciebie, oparty wygodnie o atłasowe obicie fotela siedział książęcy szampierz. – Ale wtargnięcie do mojego domu to nie przelewki. Raczej błąd. Niewybaczalny. - Nie proszę nic nie mówić – niepotrzebny żart, do człowieka z kneblem w ustach – To na nic już. Jest Pan odważny, ma Pan dobry gust, jeśli chodzi o kobiety, w innych okolicznościach – uśmiechnął się dobrotliwie - nie, nie zostalibyśmy przyjaciółmi, ale pracować dla mnie by Pan mógł, signore Barosso. A tak żegnam. - Przekażę pozdrowienia pańskiej przyjaciółce. Tym razem wiedziałeś czyja pięść na Ciebie spada. Ponury typ z pooraną bruzdami twarzą ogłuszył Cię. Peter Leah nie oddała ci noża od razu. Najpierw musiała go odnaleźć w czeluściach domostwa Oskara i Beatrycze. Zadziwiający brak szacunku dla przedmiotu, który wcześniej tak bardzo starała się ukryć. W ogóle w czasie Waszej wieloletniej znajomości, nigdy nie była tak spolegliwa jak teraz. Łaziła zadowolona i uśmiechnięta, coś tam zasyczała do Marianne, ale był to jedyny przejaw znanej Ci Leah. Obecnie dziewczęcia umytego, pogodnego i w sukience. Marianne i Peter Kłopoty, które Was dopadały może jeszcze nie były przytłaczające, ale bez wątpienia miały wyraźną tendencję do spiętrzania się. W drodze do domu Beraud Loisela, a właściwie do domu Jana de Veille, który udzielał Waszemu podejrzanemu gościny, niewiele odzywaliście się do siebie. Peter, mężczyzna jednej idei, po prostu nie mógł odwracać się za często w stronę barbarzyńskiej bogini, bo zawsze kończyłoby się to odwróceniem myśli od sprawy najważniejszej. A Marianne nie poprawiały humoru ani podarte portki i koszula - okropne ciuchy Oskara, ani, o zgrozo, nagły brak atencji ze strony Petera. Łatwiutko spacerowało się dziś po drugiej stronie rzeki. Co prawda kilkakrotnie chowaliście się przed patrolem, ale co to za częstotliwość, arystokracja się wścieknie, niedługo każdy będzie mógł tu się wałęsać. Wielka żelazna brama rezydencji Jana de Veille była uchylona. Nigdzie nie było widać strażników. Obydwoje wiedzieliście, że ta pozorna korzyść może zwiastować wielkie kłopoty, ale ciężko było się oprzeć pokusie. Drugi raz nie będzie okazji, tumultu w dzielnicy nędzy, może nie udać się powtórzyć. Marianne myślała o zamordowanych kobietach, Peter o niebezpieczeństwie grożącym Leah. Trzeba działać. Weszliście na teren prywatny najostrożniej jak potrafiliście. Nie niepokojeni zakradliście się pod wielkie arkadowe okna. Zresztą, obydwoje bardzo zręczni, nie czyniliście hałasu. I wtedy wydarzenia eksplodowały. Wewnątrz pałacu dojrzeliście zbiegającego po schodach Loisela, za nim dwóch ludzi. Przy drzwiach, na podłodze obok posągów dwóch faunów leżał nieprzytomny kamerdyner i… Diego, a do drzwi wejściowych biegli strażnicy w devejowskich barwach. Musieliście się natychmiast schować. Kiedy wypadli na zewnątrz Wy, już ukryci w wielkim krzaku kwitnącej róży, obserwowaliście jeden niewielki salon. Tam rozegrywały się kolejne wydarzenia. Najpierw pojawili się de Veille i Loisel. Wyglądali na rozbawionych. Zaraz potem wniesiono skrępowanego i zakneblowanego Diego. Po króciutkim monologu de Veilla, ponownie ogłuszonego Estalijczyka wyniesiona z komnaty. Nie czekaliście długo na ruch w stajniach. Pod dom zajechał zamknięty powóz. Wszystko przebiegło tak szybko, że właściwie domyśliliście się, nie zobaczyliście, że Diego umieszczona w środku. Wsiadło tam też dwóch zbrojnych jeden powoził. Drzwi do rezydencji zamknęły się. Otwierano dopiero co zamkniętą bramę. Znaleźliście się po środku posiadłości, otoczonej szczelnie murem, w tym momencie dobrze już strzeżonej. Dwóch strażników przy bramie, nstępna dwójka zaczynała rutynowy obchód wzdłuż ogrodzenia. Chwilę później Powóz wyraźnie skierował się w kierunku bramy północnej, najbliższej. Przetnie Dzielnicę Szlachecką i Podmurze w okolicy koszar. Dwóch ludzi, którzy przyszli tu za Peterem i Marianne, niezauważeni przez śledzonych, ani nikogo innego, spojrzało na siebie. Nie trzeba było słów by jeden ruszył za powozem. Drugi nadal obserwował rezydencję. |
| | |
| | #93 |
![]() | Pappo Być może ostrożność się opłaciła. Trudno to rozstrzygnąć na pewno, bo w porównaniu do losów tych biedaków, którzy leżeli na podłodze Rosette, jęcząc, krwawiąc, albo i nie wydając odgłosu, chyba, że złorzecząc pod bramami królestwa Morra, miałeś szczęście, ale wolałbyś być wśród tych, co uciekli. W każdym bądź razie nikogo nie zabiłeś i nie byłeś ranny, gdy wyszedłeś w końcu z Rossette to prosto w ręce tej garstki gwardzistów, którzy stawiali skuteczny opór. I z nimi trafiłeś do miejskiego więzienia. Trzeba przyznać, ze najgorszą stroną spędzonej tam doby, był fakt, że nie mogłeś się umyć. Śmierdziałeś szczynami wylanymi na Ciebie przez wykidajłę Flotta Muchołapki i obiecywałeś sobie, że wsadzisz cholerny łeb tego cholernego pasera do wychodka, każąc jeszcze psom obsikać mu nogawki. Szczęśliwie o Pewne i Gorliwe nie musiałeś się martwic, jeden ze strażników, chłopak o płaskiej twarzy i dobrym sercu, powiedział Ci, że warują pod budynkiem i obiecał podać im wodę i coś do żarcia. A bladym świtem, po nocy przespanej na sianie w smrodzie, do którego przyzwyczaiły Ci się już nozdrza wuj Harteron odnalazł bratanka. Nie jechaliście od razu do domu. Bo tak naprawdę, nie po Ciebie przyjechał tu starszy Pian. Dopiero widok psów uświadomił mu, ze może odebrać z więzienia i kogoś żywego. Potem niestety miałeś okazję zobaczyć w końcu Nanę. Razem z wujem przenieśliście zwłoki rudowłosej dziewczyny do powozu. Catherine Nie miałaś spokojnego życia, ale mordercy nachodzący Cię nocą we własnym domu byli koszmarem, jakiego się nie spodziewałaś. I nie opuszczała Cię świadomość jak dużo miałaś szczęścia, że żyjesz. Tak naprawdę najłatwiej byłoby zwrócić się o pomoc do Iwana, bo nawet gdyby Cię wypytywał, był tez zauroczonym głupcem, którym mogłaś manipulować jak chciałaś, ale cóż poradzić, że serce nadal ciągnęło Cię do Otta. Im bardziej oddalałaś się od domu i serca dzielnicy kupieckiej tym niebezpieczniej się robiło. Aż musiałaś się zatrzymać, do dzielnicy nędzy wkroczyło wojsko. Rozpoczęły się aresztowania zagubionych przechodniów, zbyt zmęczonych, głupich lub pijanych, by zorientować się, że tej nocy trzeba siedzieć w domu. I dlatego wylądowałaś u Flotta. Nie powinnaś z nim się spotykać, było to niebezpieczne i zabronione, ale tylko on ze znanych Ci, wzbudzających zaufanie osób mieszkał w pobliżu. Nie spał. Podobnie jak i Ty nie miał bezpośredniego kontaktu do Otta. Opowiedział Ci o zamieszkach, Ty mu o człowieku Jana de Veille i pobiciu młodego Bossa, o napaści na Twój dom. Opowiadałaś i zdałaś sobie sprawę, co musisz zrobić by stanąć na nogi, uniezależnić się od mężczyzny, który ingerował w całe Twoje życie. Dowiesz się, o co chodzi, sama. Z sojusznikami, których zdobędziesz samodzielnie, bo przecież już masz takich na oku, rodzinę Bossów. Rano postanowiłaś wrócić do domu. Nadal wystraszona, wchodziłaś do budynku kamienicy najciszej jak umiałaś. Kiedy usłyszałaś wrzask. - Złodzieje, ratunku! Głos należał, do mieszkającej w suterenie gospodyni, plotkarki o małych chciwych oczkach, zajmującej się sprzątaniem i ogrodem. Wbiegłaś na górę zaniechawszy ostrożności. Danst Smutne przyjęcie zgotowało Ci to miasto. Zamiast przywitań pożegnanie. Zamiast radości zemsta. Nie groziła Cie jedynie bezczynność, chwila w pokoju Lizy, chwila z innego świata, dobra i spokojna, skończyła się szybko. Bez trudu znalazłeś kamienicę, w której mieszkała szlachcianka. Ładne, ciche miejsce, blisko Rynku Małego. Nie zatrzymał Cię żaden dozorca. Drzwi do mieszkania panny Chauprade były uchylone. Ze środka dochodziły hałasy. Nie, nie bójki, plądrowania. Ostrożnie powiększyłeś szparę. Złodziei była trójka, dość przyzwoicie ubrany brzuchaty mężczyzna koło czterdziestki, niewiasta w podobnym wieku i młody chłopak, pewnie koło szesnastej wiosny. Nie wyglądali na zawodowców. Nie wiele myśląc wpadłeś do środka. Kobieta z piskiem upuściła na Twój widok suknie. - Złodzieje ratunku! – wrzasnęła. Mężczyźni, którzy właśnie krótkimi nożami cięli w strzępy dobry, drogi materac rzucili się w kierunku drzwi, gotowi Cię stratować w trakcie ucieczki. |
| | |
| | #94 |
![]() | Mroźna, mokra i brudna cela, która była trzy razy większa od Pappa przerastała go. - Kap kap kap – krople wody spadające z wilgotnego sufitu lochu aresztu briońskiego doprowadzały małego hobbita do szału. Popiskiwanie mysz, drapania o ścianę i jęki innych aresztowanych dopełniały czary zniechęcenia. - W mordę zapiekanych kasztanów. Przeklęte robaki z jabłek! – zakrzyknął Pappo zdenerwowany – Ej ty! Pappo co się tak gapisz? - Do mnie mówisz? – odpowiedział hobbit - Tak do ciebie, nie susz tak tych zębów, bo suchary ci się zrobią - Pappo Pianie! Nie możesz wypowiadać takich hobbickich przekleństw w moją stronę. - Wiem Pappo, nie mogę sam ze sobą rozmawiać, ale jestem tutaj taki samotny. Boję się. Pomożesz mi? - Pewnie! - A właśnie, ciekawe gdzie jest Pewne i Gorliwe, mam nadzieję, że zajęli się sobą jak przystało na dobrych piesków. Będę musiał umyć im ciałka jak wrócimy do domu ciotki. Mam nadzieję że ten mały daje im coś do jedzenia Pappo Pian siedział z opartymi dłońmi na swoich policzkach na sienniku. Zimna posadzka miała dużą moc dlatego tylna część hobbita odczuwała cały czas przeszywające zimno. - Muszę wstać – zdecydował Pappo. Wstał, pomagając sobie ręką. Zobaczył niebo przez małą dziurkę więzienną gdzie wpadało jedyne światło. Dało się zobaczyć jak mysz przebiegła koło hobbita. - Brrr, łe fuj idź stąd uciekaj! – wzdrygnął się mały bohater widząc małą myszkę. - Pii pii – odpowiedziała myszka i uciekła do swej dziurki wyżłobionej przez pęknięcie skały. Pappo podszedł teraz do krat, które blokowały wszelkie marzenia o ucieczce z tego więzienia. Wpadł tutaj, bo przebywał w tej okropnej Małej Rosette. Już nawet zapomniał po cóż on tam się udał. Hmm, kraty... - Wypuście mnie!!! – krzyczał niziołek do krat telepiąc nimi a raczej sobą bo były cztery razy większe od niego a i do tego z pięć razy cięższe. Odezwał się głos z głębi więzienia, był to głos strażnika, który wrzucił Pappo do celi: - Maćko z zadupia! Zamknij mordę! -Ehh... – odczepił swoje opuszki palców z zimnej stali. – to nic nie da, o nie! Hobbit zobaczył ręce teraz brudne od krat. Wytarł się w świeżo wyprany strój. Ciotka go zabije (przyp. autora). Usiadł na sianku. Poczuł mokrość i zimno. Pociągnął odruchowo dwa razy nosem, poczuł nowy zapach, co to może być? - No w mordę zakalca z ciasta. Mocz, usiadłem na świeżej kałuży moczu. – zakrzyczał Hobbit. Z jego ust zamiast kolejnych przekleństw spadł śmiech. Był to śmiech rozpaczy. Osiągnął pewien moment w życiu w którym nie wie się czy się śmiać czy płakać. Osiągnął dołek emocjonalny. Stał na środku celi, brudny i cuchnący. Ale poniósł winę za to że nic, ale to nic nie zrobił w karczmie. Nie uciekał, nie walczył nie schował się. Po prostu stał w miejscu jak kołek. Jak pal wbity w ziemię zabierając za sobą rozum. Był nikim. Łzy zamieniły się ze śmiechem. Rzeka zniechęcenia i żalu spłynęła po jego policzku. - Hau, hau hau – doszło szczekanie z zewnątrz przerywając łkanie niziołka. Pappo momentalnie podbiegł do ściany, która w górnej części miała wylot powietrza. - Gorliwe, Pewne, moje kochane biegnijcie po wuja i ciotkę. Biegiem. - Hau, Hau. Ale hobbit nie usłyszał ruchu poza więzieniem. Psy nie ruszyły się z miejsca. Wolały zostać tam gdzie ich pan. Pappo machnął ręką zrezygnowany. Jakoś trzeba będzie poczekać. - Przecież jestem inżynierem, no tak. Takie kraty powinny być zbudowane na nawiasach. Ale niziołki są przecież słabe nie tak jak te krasnoludy. Ale oni nie potrafią gotować. Hehe. - Pappo, Pianie! - doszło go wołanie. Głos był trochę podobny do wuja Harterona. Lecz był trochę inny. Po chwili przed małym hobbitem stał troszkę większy niziołek. Wujek Pappa. - Wujku, witaj i dziękuje za ratunek z tego przeklętego miejsca. Ależ było tu strasznie. - mówił Pappo a wuj już ruszył w stronę wyjścia - Wszędzie myszy, mokro, zimno, kapie woda z sufitu, przecieka. Najgorsze są jęki innych aresztowanych. Mówię sobie... ble ble ble... Wyszli na zewnątrz więzienia. - Ale wujku, dlaczego nic nie mówisz? - Pappo, stała się wielka tragedia, pomóż mi. Chwilę później wrzucali ciało małej Nany na wóz. Od ciała niósł się chłód zimna. Pappo stracił humor i pierwszą radość wolności. Teraz miał taki nastrój jak wujek i dobrze go rozumiał. To była w końcu jego rodzina. Ból i kłucie w sercu. Pian bał się tego co zastanie w domu. W drodze powrotnej zapytał cicho wujka: - Wujaszku, co się stało dokładnie z Naną?
__________________ Lubię statki podwodne |
| | |
| | #95 |
![]() | Peter Ci ludzie zdecydowanie źle wpływali na jego dziewuchę. Ciekawe jakich diablich rzeczy jej naopowiadali, gdy go nie było! Ale, że wpływały na Leah tragicznie to widział. Życie to nie je bajka. Nawet o tym nożu zapomniała, a jeszcze niedawno to taka tragedia z tym była! Głupia dziewka. Będzie musiał ją stąd szybko zabrać, by nie zczezła do końca. W ten sposób to ona się życia nie nauczy. A na domiar złego Marianne założyła paskudne ciuchy tego kolesia. Czy on mówił jak się zwie? Za cholerę nie pamiętał, nieważne. Ale wyglądała w nich jak wieki chłop w za krótkim ubraniu. Kolejna głupia dziewka. Otaczali go sami idioci chyba! Chcąc nie chcąc musiał Leah jeszcze tu zostawić. Ale wziął chłopa za chabety i przystawił sobie do twarzy, zionąc mu jakże przyjemnym oparem z ust prosto w nos. -Nie ruszajcie mojej dziewki! Ona przez was jakaś głupia się robi! No. Skinął mu głową, jakby nie mógł już wymyślić nic więcej, po czym wzruszył ramionami i po prostu skierował się w stronę dzielnicy szlachty. Miał z takim jednym do pogadania. Ale ta wielkoludzica to chyba się do niego jak rzep przyczepiła! Przecież mógł ją przedymać już w domu Helgi, a nie się z nim bawi w kotka i myszkę. Jeszcze brzydkie ciuchy założyła! Nie zwracał na nią zbytniej uwagi, jeszcze celowo podkreślając, że się nią już nie interesuje. A, co, nie będzie dawał kobiecie za dużo nadziei! Cały plan wejścia do budynku, którego to planu oczywiście Peter nie miał, wziął w łeb, gdy dotarli do krzaków. Jakiś dupek był tam wcześniej! Zresztą jak szybko zauważył bystrooki paser - tym dupkiem okazał się Diego. Czego on tu szukał? Głupi, czy jak? Peter miał chociaż Marianne. Dzielna wojowniczka na pewno powstrzymałaby wrogów, by tylko on mógł uciec. A tak? A tak zabrali Diego, gdzieś sobie jechali, a dodatkowo postawili strażników. Z tymi nie miał ochoty rozmawiać, więc zaczął myśleć. Spostrzegawczy obserwator pewnie by nawet zauważył parę unoszącą się nad jego mózgiem. Ale wymyślił. Pochylił się nad uchem Marianne. -Poczekamy, aż ten będzie daleko i uciekamy przez mur. A potem za Diego. Muszą gdzieś jechać, tu za dużo straży. Tam może będzie mniej? Było to nawet całkiem logiczne jak na Petera. Nie zwracając uwagi za bardzo na zdanie wielkoludzicy, poczekał aż strażnik będzie wystarczająco daleko i rzucił się w stronę muru. Marianne po prostu nie miała wyjścia. Gdy dotarli do ściany kamyków, paser po prostu nie mógł się powstrzymać. Podsadził kobietę, oczywiście jedną ręką chwytając ją także za tyłek. Potem sam przesadził mur i puścił się za karetą. Klątw Marianne posłucha później. |
| | |
| Reklama |
| |
![]() |
|
| Użytkownicy aktualnie czytający ten wątek: 1 (0 użytkownik i 1 gości) | |
| Narzędzia wątku | |
| Wygląd | |
| |