![]() | ![]() |
![]() |
| |||||||
| Sesje RPG - World of Darkness Nocą z ukrycia wychodzą istoty, o których istnieniu wiedzą tylko nieliczni. Czy starczy Ci sił, aby zamienić sie w kochanka nocy - wampira? Czy szał nie opanuje Twej duszy, gdy wcielisz sie w wilkołaka? Czy świat podda się Twej woli, gdy staniesz się magiem? Niech ogarnie cie Mrok... |
![]() |
| | Narzędzia wątku | Wygląd |
| | #201 |
![]() | Brian, Vengador Vengador z lubością dokończył dzieła Brujaha. Miło zresztą było współpracować z kimś takim jak George – prawdziwy wojownik. Szkoda, że Książę nie był takim twardzielem. Wedle jego polecenia ruszył jednak poszukać Briana, choć bynajmniej nie pałał doń sympatią większą niż poprzedniego dnia. Znalazł go przy basenie w otoczeniu Malkavian. Z rozbawieniem olbrzym zauważył, że Gangrel rąbie drewno, a każdemu uderzeniu Dżeje przyklaskiwali radośnie, co tworzyło prymitywną odmianę muzyki techno. - Pasuje do ciebie ta robota, amigo. - Spadaj. - Brian odsłonił kły. - Zamierzam, ale pierw chodź do środka. Mamy wojnę z tą całą księżną, Roberto chce pogadać z nami. - Wojna, wojna! – podłapali od razu Malkavianie, chwytając się za głowy i udając przerażenie. - O matko Bogobojna Będzie wojna! Przyszłość nasza gnojna Bo będzie wojna! To ostatnia noc upojna Idzie wszak wojna! - Ej, wy! – Vengador starał się przekrzyczeć szaleńców – Lepiej powiadomcie Rolanda. O dziwo, usłuchali i pobiegli w stronę posesji. Natomiast dwaj Kainici, patrząc w ślad za świrami, również ruszyli do dworu, a konkretnie do klasy, gdzie miała odbyć się narada. Tu też w udziale przypadło im kolejne niewdzięczne zadanie: sprzątnięcie ścierwa. Czyżby książę wychodził z założenia, że nic tak nie zbliża jak wspólna brudna robota? Robert Oczekując aż wszyscy się zbiorą, Aligarii planował zamienić kilka słów z George'em, ten jednak – nadzwyczaj uprzejmie (jak na Brujaha) – przeprosił go na moment i wyciągnął z kieszeni telefon komórkowy z czaszką na odwrocie. - Ten Nosferatu miał dobry pomysł. Trzeba powiadomić naszych w mieście. Zadzwonię do chłopaków w melinie, oni powiadomią resztę. - Dobry pomysł. – podsumował to Robert, który choć w ten sposób chciał zachować pozory, iż to od niego wyszło przyzwolenie na te akcję. „Hmmm... faktycznie to dobry pomysł takie powiadomienie... Właśnie! A’propos powiadamiania ja również muszę dokonać przekazu informacji!” To pomyślawszy, Aligarii postanowił spełnić swój obowiązek względem Camarilli i powiadomić organizacje o śmierci kolejnego radnego. Co prawda informacja ta raczej nie wpłynie pozytywnie na jego reputacje, lecz gdyby chciał to zataić i nie daj Boże szanowny Archont poczułby się w obowiązku przekazania tej informacji... wtedy sytuacja miałaby się jeszcze gorzej. Zresztą Ventrue wiedział, że podstawą jest tu odpowiednia kompozycja słowna. Brian, Robert, Vengador Gdy trzech Kainitów „ z zewnątrz” oraz George wreszcie zebrali się w klasie, w drzwiach pojawiła się kolejna osoba, bardzo dziwna przy tym, bo wymalowana na czarno i biało – zupełnie jak szachownica. - Witaj Ro...Aj! – Stańczyk w ramach przywitania Malkaviana dostał w twarz gońcem. Roland wyszczerzył zeby w uśmiechu, wyraźnie zadowolony. Poczłapał do Księcia w swych cudacznych - przypominających płetwy - butach i spojrzał mu prosto w twarz, po czym zaczął mówić głosem patetycznym i donośnym. - Chwieje się Lew, upada w mrok, Chwytają go demony. Szkarłatne skrzydła pręży Smok Przez czarny wiatr niesiony... Rycerze wiecznym legli snem, Bo srogi bój ich strudził, A w głębi gór przeklętych, hen, Szatański rój się budzi. Godzina Smoka! Trupi chłód. Strach krwawym łypie okiem... Godzina Smoka! Struchlał lud- Któż oprze się przed Smokiem ???* Nim Robert zdążył zareagować na zachowanie swego poprzednika, ten wcisnął mu w dłoń zwitek papieru i wyszedł z klasy, trzaskając drzwiami. Książę rozwinął prezent i początkowo nie bardzo wiedział czego dotyczy szkic wręczony mu przez Rolanda, dopiero, gdy pokazał go pozostałym, George wykrzyknął. ![]() - To przecież plan posiadłości tej cholernej wiedźmy! Ja pierdolę! Nie wiem skąd nasz szachista to miał, ale chyba mu wycałuje ta wymalowaną mordę. Teraz możemy zaplanować dokładny atak! Antoine, Karol Tymczasem Nosferatu wrócił do upatrzonego na swoją siedzibę garażu i tam zebrał wszystkie szczury, pojąc je własna krwią. Kiedy tak otoczyły go ze wszech stron i wpatrywały się w niego rozkochanymi oczami, czuł się jak szczurzy król. - A teraz słuchajcie! – przemówił w mowie swych poddanych – Chcę byście odnaleźli dla mnie kobietę, wampirzycę. Znacie ją pewnie, bo wasz dawny pan nie raz chodził do niej do muzeum – budynku pełnego kamieni. Tam też odnajdźcie jej trop i znajdźcie ją dla mnie, a gdy już będziecie wiedzieli gdzie jest, przekażcie mi tą informacje jak najprędzej. Do dzieła! Szczury rozpierzchły się, a Lipińskiemu nie pozostało teraz nic, prócz czekania na wieści. Chcąc urozmaicić sobie ten czas, wybrał się na przechadzkę. Dotarł ledwo do placyku przed posesja, gdy usłyszał znajome kwilenie. Spomiędzy drzew wyparzył ku niemu opasły zwierz. Bach wspiął się po ramieniu swego pana i pełen podekscytowania zaczął relacjonować swoja wyprawę: - Znalazłem tuż, tuż bliziutko, znalazłem ją ja sam! Stoi ta pani i chyba czeka, a czas jej ucieka A ona tu niedaleko, tu, tu, bliziutko! Tu gdzie dużo krzyży jest i ludzi – tych martwych Ona mnie widziała i się śmiała, ona czeka chyba na ciebie! Bach dobry, Bach pierwszy, nikt od Bacha nie jest lepszy! Nie mając innego wyboru za bardzo, Karol nagrodził szczura smakołykiem i już ruszył w stronę pobliskiego cmentarza, gdy koło niego przystanęła biała Toyota. Szyba opuściła się automatycznie, ukazując znajome Karolowi oblicze Antine’a. - O proszę, widzę, że nasz Archont również spieszy na naradę wojenną. – przywitał go Lipiński - Naradę? – zdziwił się szczerze Toreador – Nie, nie. Ja do pana. Ale o jaką wojnę panu chodzi? Jako spec od informacji, Nosferatu poczuł się w obowiązku opowiedzenia o ostatnich wydarzeniach we dworze. Zresztą to on przecież mówił, że trzeba wszystkich Kainitów w mieście powiadomić o wojnie z czarownicami. Mercedes Własny dom... własny dom to wielki skarb, lecz jeszcze większym jest własny, piękny dom! Mercedes uśmiechnęła się do siebie z zadowoleniem. Lubiła swój dom, a jeszcze bardziej lubiła meble, żywe meble, w który był on wyposażony. Bardzo piękne meble... - Ojej już pani wróciła! – przywitała ją radosnym szczebiotem młoda dziewczyna o wielkich niebieskich oczach i rozpuszczonych blond włosach. – Maria dziś nauczyła się piosenki dla pani, zechce pani wysłuchać? Ona specjalnie się nie kładła. - Hmmm właściwie czemu nie. – odpowiedziała Toreadorka, podając dziewczynie dłoń. Gdy już miały przekroczyć próg rezydencji, do wrażliwych uszu wampirzycy dotarł znajomy dźwięk. Ten dźwięk zwykle zwiastował pojawienie się gościa – a był to warkot silnika motocyklu. Ponieważ pojazd zbliżał się z zawrotną szybkością, postanowiła na niego zaczekać. George pewnie też będzie w siódmym niebie, że uczyniła mu taki zaszczyt. „Niczym żoneczka czekająca na męża...” – zaśmiała się w duchu. Okazało się jednak, że motocyklista wcale nie był przywódcą Brujahów, lecz jakimś Kainitą z jego ekipy – poznała to po kasku. Brakowało na nim wielkiego miecza, wokół którego owinięta była kolczasta róża. - Cześć dupa! – przywitał kobietę Mick, najstarszy i najbardziej obleśny z gangu – George przysyła mnie z jebitnie pilną wiadomością. ![]() W normalnych warunkach Mercedes pewnie zbyłaby takiego delikwenta jakąś kąśliwą uwagą czy po prostu demonstracyjnym odwróceniem się. Skoro jednak to George przesyłał jej w ten sposób informację, znaczyło to, że faktycznie jest ważna. Marszcząc piękne, łukowato wygięte brwi Mercedes zbliżyła się powolnym krokiem do Brujaha. Była zimna i wyniosła niczym królowa, to jednak nie zbiło motocyklisty z tropu. Przyciągnął ją do siebie i konspiracyjnym szeptem zaczął mówić: - George jest teraz u nowego Księcia, tego Ventrasa, nie? Dzwonił do bazy i powiedział, że udupili Lalkarza, to jednak oznacza wojnę miedzy nami a tym kurwiszonem – hrabiną Munk. Trudno powiedzieć, kiedy się wiedźmy rozszaleją, ale zeszłej nocy ostro im się od Krwawej Marry oberwało, więc agrecha im skoczyła. George powiedział, że musisz mieć obstawę. Najlepiej jakbyś teraz pojechała do nas do bazy albo do księcia. Taka lala nie powinna być sama, jak jest wojna. – Mick bez krępacji zaglądał w dekolt kobiety - To, co mała, wsiądziesz na mojego rumaka i pojedziemy do meliny? * Robert Howard
__________________ W moich słowach słoma czai się. Nie znaczą nic! Jeśli szukasz sensu prawdy w nich. Zawiedziesz się... Projekty: Hrabia Tadeusz / Warsztaty Storytellingu / Mroczne Wieki Moje sesje: Zapałka na zakręcie / Fontanna Młodości / DELIRIUM / Noc Kupały Ostatnio edytowane przez Mira : 05-01-2008 o 19:16. |
| | |
| Reklama |
| |
| | #202 |
![]() | Vengador postąpił kilka kroków do przodu. Zatrzymał się i obrócił do stojącego w miejscu Briana. - Idę – syknął Gangren, ponownie obnażając kły. Nosferat wzruszył potężnymi ramionami i odszedł w kierunku willi. Brian natomiast, upewniwszy się, iż tamten nie patrzy już w jego kierunku, złapał za rękaw ostatniego, ociągającego się Malkavianina. Mrużąc oczy, patrzył jeszcze chwilę za Vengadorem, a kiedy tamten oddalił się już na znaczniejszy dystans, zwrócił się do świra: - Powiedz, mi Dżej… To gdzie ta pieśń i dobre słowa? * Brian skrzywił się lekko. Szybko jednak przybrał na powrót neutralny wyraz twarzy i usłużnie pomógł Vengadorowi sprzątnąć trupa z pomieszczenia. Jak mus to mus. Zakopali go po amerykańsku, w ogródku za domem. Lasalle i Lipiński nie pojawili się jeszcze, jednak Książe, Brian, George i Vengador stali razem w zdewastowanej szkolnej sali. Z padających to tu, to tam oszczędnych półsłówek Gangren mógł z grubsza wywnioskować, co się stało. Jednak tym razem, o dziwo, nie ubodła go tak bardzo świadomość ponownego wyłączenia poza nawias wydarzeń. Myślał o tym, co kryje się tu w piwnicy. O ścianie wydającej pusty, głuchy odgłos… Na razie porąbał jedynie drewno. Jednak niech tylko już odbębni tą radę, a wróci do piwnicy, do podziemi… Brian nie odzywał się, zamyślony i wpatrzony w gwieździstą noc za oknem…
__________________ Ich bin ein Teil von jener Kraft Die stets das Böse will Und stets das Gute schafft... |
| | |
| | #203 |
![]() | Mick był nieokrzesanym i gruboskórnym typem niemniej przynosił istotne wieści. Przez chwilę analizowała je w głowie. Udupili Lalkarza? Wojna z hrabiną Munk? I oczywiście Krwawa Mary maczała w tym swoje parszywe palce. Przez ułamek sekundy jej gładkie czoło przecięła pionowa zmarszczka sygnalizująca jak bardzo jest wzburzona, zniknęła ona jednak tak szybko jak się pojawiła. Mercedes zastanawiało czy istnieje realne zagrożenie wobec jej konkretnej osoby. Jak dotąd konsekwentnie trzymała się zasad narzuconych przez wiedźmę. Nie wkraczała do jej zakazanej strefy, za co tamta odpłacała jej zupełnym brakiem zainteresowania. Ten układ jej w zasadzie odpowiadał. Ale teraz stan rzeczy chyba uległ gruntownej zmianie. Ale co w związku z tym? Czy rzeczywiście powinna opuścić swój dom? Nie miała na to najmniejszej ochoty. Chciała zaszyć się w jego komfortowym wnętrzu i delektować się kompletą bezczynnością. Niemniej widmo wojny znacznie ją zaniepokoiło. Jeśli czarownica zaweźmie się aby uprzykrzyć życie wszystkim wampirom w Reykjaviku mogą wyniknąć z tego spore kłopoty. Chyba jednak nie powinna ignorować zagrożenia jakkolwiek bardzo nie chciała brać tej ewentualności pod uwagę. Odeszła kilka kroków od Micka i odwróciła się do niego plecami. Opieszale wyjęła z torebki telefon komórkowy i wybrała numer Georga. Zaskoczyło ją, że mimo wszystko głos miała nadal znudzony i beznamiętny. - Witam George. Otrzymałam twoją wiadomość. Czy sprawy rzeczywiście mają się tak źle? - Mamy jawną wojnę, więc owszem Mercedes, sprawy mają się bardzo źle. - usłyszała po drugiej stronie niski zdecydowany głos Georga. - W porządku, nadążam. - rzuciła niechętnie - Gdzie teraz jesteś? - W Elizjum. - W takim razie zaczekaj tam na mnie. Będę niebawem. Rozłączyła się i zaklęła brzydko. Nowy Książę nie próżnuje. Ostre wywołał zamieszanie zważywszy, że to sam początek jego kadencji. Prawdę powiedziawszy nic a nic jej się to nie podobało. Jak do tej pory między wampirami a hrabiną Munk panowało swoiste status quo polegające na wzajemnym braku ingerencji. Było jej to w zupełności na rękę. Nie przyjechała tutaj aby mieszać się w wojnę. Nie miała do tego głowy. W zasadzie nie miała głowy praktycznie do niczego. Od tak dawna ogarniało ją odrętwienie i niemoc. Jedynie wysiłkiem woli zmuszała się żeby każdej kolejnej nocy w ogóle otworzyć oczy, a teraz zafundowali jej takie urozmaicenie. Została rzucona w ten katastroficzny wir zupełnie wbrew własnej woli. Ale trudno, trzeba podołać nowej sytuacji. I jeszcze Lasalle. Znajomość zapowiadała się intrygująco i nawet spotkanie z nim nieco ją ożywiło, przynajmniej na tą chwilę. Teraz jednak trzeba błahostki odłożyć na bok. Będzie musiała przełknąć gorycz upokorzenia i pojawić się w Elizjum. Po całym przedstawieniu jakie odegrała i zaproponowała mu wspólną grę sama teraz złamie jej zasady. Pozbawi ich przyjemności tej kuszącej rozgrywki. Prawdę powiedziawszy nawet ciekawiło ją czy Antoine miał w ogóle zamiar podjąć wyzwanie. Trudno, zapewne nie będzie sposobności się już o tym przekonać. Wojna i polityka. To z pewnością skutecznie zakończy ten mały flirt zanim zdążył się jeszcze rozpocząć. Zatopiła się w myślach na dłuższą chwilę. Mick zaczynał okazywać zniecierpliwienie i głośno stukać ciężkim butem o asfalt. Uśmiechnęła się do niego i odparła wreszcie: - Dziękuję za wiadomość Mick. Nie musisz na mnie czekać, poradzę sobie. Nie oczekując na jego komentarz zniknęła we wnętrzu domu słysząc za plecami oddalający się ryk silnika. Zaczynała znów czuć się słabo. Opuszczały ją siły i wszelka moc do działania. Nawet złość, którą odczuwała silnie przed momentem ulatywała z niej jak dym robiąc miejsca wszechogarniającej apatii. Nie może pokazać się w takiej formie przed obliczem nowego Księcia. Poszła do salonu gdzie w rytmie muzyki rozkosznie bawiło się jej chlewne stadko. Uśmiechnęła się kpiąco na ten widok. Tacy zależni, omotani, bezwolni... Podeszła do dziewczyny podrygującej rytmicznie niby w transie. Nie pamiętała nawet jej imienia. Zerknęła w jej rozszerzone źrenice i pogładziła po włosach. Ujęła wreszcie jej dłoń i poprowadziła do drugiego pokoju. Dziewczyna podążała za nią wyraźnie podekscytowana, szybko stawiała kroki, cała aż kipiała energią. Mercedes słyszała gwałtowne bicie jej serca, zupełnie jakby miało wyskoczyć tamtej z piersi. Była to niebiańska muzyka dla jej uszu, zwiastowała witalność... A ona tak bardzo teraz jej potrzebowała. Podziel się ze mną swoim wigorem skarbie. Ja potrzebuję go bardziej niż ty – pomyślała. Podeszła do dziewczyny bez słowa. Nie czuła potrzeby aby ją choćby uprzedzić o tym, co ma zamiar zrobić, by w ogóle się do niej odzywać. Pogładziła ją tyko po mleczno białej szyi i zatopiła w niej swoje kły. Nadeszła ekstaza, rozkoszny dreszcz, eksplozja życia i emocji. Cudowna ciepła krew napełniała ją, ożywiała zmysły, dodawała utraconej gdzieś po drodze energii. Dom opuszczała uśmiechnięta, oblizując jeszcze wargi na wspomnienie wspaniałego smaku. Wrzuciła do bagażnika skrzynkę najlepszej vitae z jej domowych zapasów. Nie wypadało przecież pojawiać się u księcia z pustymi rękami. Nawet jeśli była to sytuacja wyjątkowej wagi powinna mimo wszystko zachować choć namiastkę etykiety i wykazać się należytą ogładą. Wsiadła do swojego sportowego wozu, włączyła ostry gitarowy kawałek i pomknęła ulicami Reykjaviku łamiąc wszystkie znane jej zasady bezpiecznej jazdy. Znów poczuła się błogo, znów czuła że żyje. Przypomniał jej się Lasalle. Żałowała, że ta intrygująca zabawa nie może zostać kontynuowana. Był postacią na tyle fascynującą, że warto byłoby zasięgnąć języka na jego temat. A może był po prostu nową zagadką, kolejnym wyzwaniem? Tak ostatnio potrzebną jej odmianą? Cokolwiek to było chciała się tym delektować zanim zniknie bezpowrotnie. Wszystko po czasie ją nużyło, dlaczego z nim miałoby być inaczej? Ta myśl niespodziewanie ją przygnębiła. Nie ściągając nogi z pedała gazu sięgnęła ponownie po telefon i wybrała znajomy numer. Powitał ją melodyjny męski głos. - Maria Luiza. Jak dobrze cię słyszeć moje dziecko. Wszystko w porządku? - Tak ojcze, w należytym. - Nie była co do tego pewna ale nie widziała potrzeby żeby kłopotać go sprawami Reykjaviku. - Ale nie o mnie chciałam rozmawiać. Poznałam dziś pewnego Kainitę. Francuza, dlatego pomyślałam, że może coś słyszałeś na jego temat. Antoine Lasalle. - Ach, Lasalle. Oczywiście. Dość znajome nazwisko. Archont. Za życia był ponoć ulubionym generałem Napoleona. Kawalerzysta. Doskonały taktyk. Kobieciarz. Tyle pamiętam. Wśród Kainitów cieszy się nienaganną reputacją. Pełni obecnie funkcję mediatora Camarilli. Lepiej na niego uważaj skarbie. To wpływowy wampir, proszę nie zachodź mu za skórę. - Dziękuję Francois. Będę taktowna i uprzejma jak zawsze. Czyżbyś zaczynał wątpić w moje dobre maniery? - Moja droga, doskonale wiesz, że niepokoję się twoim bieżącym stanem. Nie mogę udawać, że nie zauważam zmian jakie w tobie zaszły. Przygasłaś moje dziecko. Gdzie jest ogień, pasja i entuzjazm, który kiedyś cię rozrywał? - Zrobił dłuższą pauzę, wyczuła jego zakłopotanie. - I dobiegły mnie słuchy, że masz pewną... słabość. To stawia cię w nie najlepszym świetle Mario Luizo, musisz z tym skończyć. Ileż życia można zmarnować na czcze rozrywki? - Na razie muszę kończyć ojcze – przerwała mu wyraźnie rozdrażniona torem jaki obrała ta rozmowa – Dziękuję za troskę ale naprawdę, mam się świetnie. I dziękuję za informacje, niebawem zapewne znów się odezwę. Odłożyła słuchawkę dokładnie w tym momencie gdy jej czarne Lamborghini Gallardo zatrzymało się na podjeździe z piskiem opon. ![]() Jeszcze przez chwilę wsłuchiwała się w potężny ryk silnika zanim go wyłączyła. Zatrzasnęła drzwi i pieszczotliwie pogładziła dłonią czarny metaliczny lakier. Zerknęła jeszcze raz na wyświetlacz telefonu. Nieodebrane połączenie od Simona. Oddzwoniła. - O co chodzi Simon? - Posłuchaj uważnie Mercedes. Dzwonił do mnie mężczyzna, z którym rozmawiałaś na przyjęciu. Mówił, że szykuje się wojna z hrabiną i że w mieście może nie być bezpiecznie. Proponował abyś udała się do Elizjum. Sam już prawdopodobnie tam jest. - Dziękuje Simon. Wszystko wiem i już jestem na miejscu. Będziemy w kontakcie. Niezły ferment – pomyślała. - Zobaczymy co z tego wszystkiego wyniknie. A teraz czas poznać nowego Księcia i jego Radę. Dźwignęła skrzynkę z połową tuzina butelek od wina i skierowała się do wejścia do Elizjum.
__________________ I beat my machine, its a part of me, its inside of me, I'm stuck in this dream, its changing me, I am becoming. Ostatnio edytowane przez liliel : 05-02-2008 o 10:21. |
| | |
| | #204 |
![]() | El Negro Vengador był trochę wkurzony postawą George'a. To, że wygrał pojedynek nie upoważnia go do rozkazywania mi i sprzątania jedynie ścierw, które on ubił na miazgę... Razem z Brianem zabrali się za sprzątanie. Będąc na tyłach dworku, w ogródku w ciszy kopiąc dół zapaśnik przerwał krępującą ciszę. -Słuchaj, Brian... Wiem, że nasza znajomość nie wyszła najlepiej, ale może czas zakopać topór wojenny? Dosłownie zakopać... Wskazał palcem na mogiłę śmiejąc się. -Jesteśmy w końcu paczką, i powinniśmy się trzymać razem. Zgoda? Nosferatu sięgnął ręką w trawę i podniósł gałązkę, która miała chyba symbolizować topór wojenny. Wyciągnął do Gangrela dłoń, a gałąź zawiesił w powietrzu nad dołkiem. _______ (Parę chwil później, w klasie) Miguel siedział wyluzowany w ławce, z jedną nogą położoną na krześle przed nim. To spojrzał na Briana, to na George'a, to na Stańczyka, to na... Rolanda. Zapaśnik zmarszczył brwi patrząc na jego wyraz twarzy, chodź wiersza słuchał z uwagą, przypadł mu do gustu. Nagle Malkavian wcisnął Księciu coś w dłoń. Wszyscy się zerwali z miejsc zobaczyć, co tam świr przyniósł. Vengador również wstał i podszedł, stając za resztą zebranych, a mimo to świetnie widząc plany domu dzięki swemu wzrostowi. George wybuchł przygotowany do ataku. ...Nosferatu spojrzał na Roberta czekając na jego reakcję. Przypodoba się znów Brujahowi czy może okaże się rozsądny i podda plan działania głębszemu przemyśleniu?
__________________ "Oh, she gives me kisses, My knife never misses." |
| | |
| | #205 |
![]() | Lasalle słuchał rewelacji Lipińskiego, a jednocześnie myślał o niej. Chyba nie chciał przyznać przed samym sobą, jakie wywarła na nim wrażenie. Może tak naprawdę bał się dopuścić do siebie tej myśli? Takie kobiety jak ona zawsze sprowadzały kłopoty, szczególnie, jeżeli były wampirzycami. Nie potrafił stwierdzić, czy poznanie jej było formą błogosławieństwa czy raczej przekleństwa. Cóż to w zasadzie, zresztą, za istota? Teraz, kiedy zniknęła sprzed jego oczu nie potrafił odtworzyć z pamięci ponownie jej obrazu. Jej idealnych rysów, błyszczących oczu i miękkich warg. Chociaż wiedział, ze za moment się to zmieni i będzie widział ją taką, jak jeszcze przed chwilą, kiedy stała przy nim piękna, niczym królowa śniegu. Lecz czy tak samo zimna i mająca chęć uwięzić go, jak tamta schwytała w pułapkę biednego Kaya? Przypomniał sobie, że gdy ją wtedy dostrzegł wydawała mu się wiotka i eteryczna niczym zjawa. A może istotnie była jedynie ułudą? Jakąś fantastyczną wizją lub wytworem jego umysłu? Zdawała się być zwyczajnie zbyt doskonała aby mogła w ogóle być prawdziwa. Jakby stanął twarzą w twarz z aniołem ... Może nim istotnie była? A może wprost przeciwnie i miał do czynienia s sukubem łowiącym nieszczęśników, którzy mieli pecha stanąć na jej drodze? Z powodu takiej kobiety można pogrążyć się w zazdrości tak wielkiej, że przysłoni racjonalne myślenie, sprowadzi obłęd. Obcowanie z nią byłoby niewątpliwie ekscytujące, ale też niebezpieczne. Jak spacer na krawędzi urwiska i spoglądanie z wysokości w spienione kłęby wzburzonego morza. Ale czy dla takich chwil, dla dreszczu jakie z sobą niosą nie warto podjąć ryzyka? Czymże byłoby życie bez odrobiny namiętności, gorączki i ekscytacji? Niczym, jednak pod jednym warunkiem, ze to on decydował o przebiegu gry. Nie ekscytował się szaleństwem, gonitwą za nieosiągalnym, jeżeli zaś wstępował w jakiekolwiek szranki, nawet z pozoru niebezpieczne, to dla niego był to skutek przemyślanego ryzyka oraz zaufania do własnych umiejętności. Jednak czy dla niej nie warto by było odrzucić, choć na chwilę, nawyki, które pozwalały mu przetrwać w zawistnym tłumie wampirzej społeczności? Jeszcze nie wiedział, nie wiedział niczego poza tym, iż znowu chce ją ujrzeć. Wysłuchał Lipińskiego, potem bez słowa podniósł telefon naciskając numer Eleny. Przez chwilę nie odbierała, wreszcie wampir usłyszał jej rozbawiony głos w tle którego leciała głośno wydzierająca się Britney Spears: - Halo, Antoine! Co się stało? – Krzyczała do telefonu. - Elena, mam do ciebie prośbę. - Przepraszam, nie słyszę, poczekaj, zaraz wyjdę na korytarz – słów tych raczej archont się domyślał, niż je dokładnie rozumiał. Muzyka rzeczywiście za chwilę przycichła i dawało się już prowadzić jako tako rozmowę: - Co się stało? Kiedy wracasz? Może jednak jesteś z twoją pięknością? - To ostatnie w połowie prawdziwe, czyli „pięknością” tak, „moją” niestety nie, ale ja chciałem o czym innym. Niestety, okazało się, ze mogę dzisiaj się nie wyrobić i jednak nie przyjadę. W dodatku wyniknęły pewne problemy, dlatego mam prośbę, czy mogłabyś się dzisiaj przespać u koleżanki, owej Birgit? - No, zasadniczo tak, ale w sumie mieszkam niedaleko, więc spokojnie się przespaceruję. - Bardzo proszę, zostań u niej. Później wytłumaczę, co się dzieje. - Antoine, co ty mówisz – zaniepokoiła się - Jeden z naszych klientów, znaczy korporacji, dla której pracuję, lekko się wściekł i doszły nas słuchy, że coś planuje. Owszem, jeżeli już, to uderzyłby raczej we mnie, albo prędzej w prezydenturę owej korporacji w Reykiawiku, ale proszę, na wszelki wypadek uważaj. - Masz taką niebezpieczną pracę? Interpol? - Eleno, błagam, ciszej. Nie, nie Interpol, ale ... sama rozumiesz, nie mogę mówić. - Rozumiem. Antoine, daj mi słowo, że nie jesteś w nic wplątany nielegalnego. - To mogę dać słowo. Możesz mi wierzyć, że nie jest to nielegalne. - Dobrze, obiecuję, że zostanę u Birgit. - Przepraszam, że tak wyszło, ale nie przypuszczałem, że do tego może dojść. Jeszcze jedno, czy możesz dać mi Simona? - Simona? - Tak na moment. - Dobrze. Poczekaj chwilę. - Chciał pan ze mną rozmawiać – rozległ się głos ghula Mercedes. - Tak, dwie sprawy. Po pierwsze ostrzeż Mercedes, że czarownica zaczyna szaleć. Może być wojna. Udaję się obecnie do siedziby księcia. Proponuję jej, żeby też tam ruszyła, bo obecnie to chyba najbezpieczniejsze miejsce w Reykiawiku. I osobista prośba, uważaj na Elenę. Jeżeli coś by się działo, dzwoń natychmiast do mnie, proszę, a jakbym nie odbierał, to na numer 794 123 456. to do Stephena, mojego kamerdynera. To tylko prośba, ale nie chcę, żeby coś się stało Elenie. - No cóż, panie Lasalle, postaram się. Skopiuję także pański numer z telefonu Eleny do swojego. Czy coś jeszcze? - Nie, do zobaczenia i bawcie się dobrze. Nosferatu popatrzył badawczo na Lasalle’a: - To właśnie w tych sprawach chciałem z panem porozmawiać. Spotkałem pewną osobę, nazywa się Mercedes Rosario Ortega i jest Toreadorem zamieszkałym tutaj od 5iu lat. Spotkałem ją w - archont podał adres i dzielnicę. – Ma ghula, Simona, który dalej tam przebywa podczas, gdy ona wyszła. Chciałbym pana prosić, jako szefa wywiadu księcia – uśmiechnął się – o przysługę. Chciałbym prosić, żeby ją pan odnalazł i miał na nią baczenie, gdzie jest, co robi, gdzie mieszka i tak dalej. Także dla jej bezpieczeństwa, ale i mojej ciekawości. Wprawdzie może to wszystko okaże się nie do końca potrzebne, gdyż jest szansa, że pojawi się u księcia Roberta, ale tak czy siak chciałbym wiedzieć o niej więcej. Odpowiedział mu pytający wzrok skrzypka. - Jasne, że podaję trochę mało danych, ale proszę dać mi moment, zaraz obydwoje panu pokażę. Lasalle wyciągnął z kieszeni resztki szkła. Skupił się, otwarł umysł na fale przeszłości emitowane przez przedmiot, który dotykała wcześniej Mercedes. Moc go opływała, kiedy siła wampirzej dyscypliny powoli rozdzierała kotarę przeszłości. Mgła się rozstępowała. Najpierw powoli, potem zaś coraz mocniej stopniowo ukazując fragment postaci dziewczyny. Najpierw wypielęgnowanej, smukłej dłoni, a potem rozszerzył się na cała niezrównaną postać. [Nadwrażliwość] - Mam ją. Jeżeli pan pozwoli, prześlę jej wizerunek. Widząc skinienie głowy Lipińskiego na mgnienie oka otwarł swój umysł wysyłając jej obraz Nosferatu. Po chwili powtórzył wszystkie czynności z drugim kawałkiem szkła i postacią Simona. - To oni, dziewczyna - Toreador i jej ghul Simon. Teraz, skoro mamy starcie z hrabiną mogą być zagrożeni, a ja nie chcę, żeby stało się coś złego. Nie mówiąc o drobiazgu, że byłby to kolejny członek rodziny popierający księcia. Dlatego chciałby prosić, żeby pańscy podopieczni zerknęli na te osoby. Czy dałoby radę? A przy okazji, mam nadzieję, że wojna nie przeszkodzi nam w jutrzejszym koncercie. Wprawdzie okaże się jeszcze, ale byłoby interesująco posłuchać miejscowych interpretacji muzyki włoskiej. Oczywiście, zapraszam też do samochodu. Jeżeli udaje się pan do dworku księcia, chętnie podrzucę. Pańskich podopiecznych również. Antoine czekał na odpowiedź Karola. Szczerze mówiąc, był on wampirem, do którego miał największe zaufanie z całej grupy. Wydawał się najstabilniejszy emocjonalnie, znacznie stabilniejszy od Gangrela i nie zależało mu na kombinacjach politycznych, którymi żył wręcz Robert. Za to drugi Nosferatu przypominał mu raczej mało myślącego boksera, więc póki co, nie powierzyłby mu jakiejkolwiek istotniejszej sprawy. Miał nadzieję, że dogadają się, a jeśli nie, cóż, będzie musiał radzić sobie sam. Zresztą nie wątpił, że mógłby odnaleźć Mercedes, ale przy pomocy Lipińskiego byłoby to znacznie prostsze. Lasalle nie był graczem, stawiał na pewniaki. Dlatego średnio podobało mu się wyzwanie Mercedes. Był zwykłym urzędnikiem Camarilli, który robił swoje i o którym wiedziano, że zrobi swoje. Lubił piękno, kwiaty, drzewa, lubił japońską herbatę, sztukę starożytnej Grecji oraz kobiety wielkiej urody. Takiej, jak Mercedes. Być Toreadorem to pozwolić, by serce wampirze drgało rozradowane na widok piękna. Jemu drgało na wspomnienie jej szlachetnego oblicza i pobierał z tego niezwykłego uczucia nową moc do życia takiego, jakie mu zostało bez jego woli ofiarowane. Cieszył się nią, owym wizerunkiem, który pielęgnował w swoich myślach, niczym dziecko, któremu ofiaruje się zabawkę lub artysta na widok hołdów składanych swojej sztuce. Odnosił jednak niejasne wrażenie, że nie tylko to sprawiało, iż o niej myślał. Dziwne, bardzo dziwne, jak na wampira. Ale czuł, ze coś było nie tak, a raczej, że pojawiło się w nim jakieś nowe zaangażowanie. Czy to była ciekawość, zainteresowanie, zaintrygowanie tajemniczą nieznajomą? Pewnie także. Trudno zresztą, żeby było inaczej. Przemknęła niby postać z mgły upleciona, ułuda wabiąca mężczyzn swą posągową urodą. Jej usta zapraszały, by je całować, oczy lśniły blaskiem gwiazd tonących w głębi oceanu. Cała zresztą postać tchnęła doskonałością, w której jedyną drobną rysę stanowił delikatny cień obojętności. To tak jakby wielki artysta wyrzeźbił doskonały posąg, ot tak sobie, wkładając w to podświadomie cały potencjał umiejętności, ale nie wkładając serca. Ją także otaczała szara chmura takiego podejścia do świata. Była doskonałością. Skończoną, idealną, ale jego czułe zmysły odbierały pewien dysonans pomiędzy cudem postaci oraz niekoniecznie idealną osobowością. Antoine nawet nie potrafiłby tego nazwać, określić, o co mu chodzi, ale dostrzegał ten drobny zgrzyt w przecudnej melodii nazywającej się Mercedes Ortega. Uśmiechnął się tak, iż stojący obok Nosferatu spojrzał zdziwiony. Ale Toreador właśnie uświadomił sobie, że owo odczucie mu wcale nie przeszkadza. Normalnie, spojrzał by jeszcze raz na nią, lekko korygując poprzedni zachwyt, albo, raczej, ograniczając go do samej formy. Jednak nie zrobił tego. Sam nie znał powodu, lecz musiał przyznać, że jej wizerunek wcale nie utracił na owej drobnostce, a może nawet zyskał. Bezsensowne, szczególnie w oczach prawdziwego Toreadora. Chyba przestał rozumieć, co się dzieje. Potrząsnął głową czekając na odpowiedź Karola. Ostatnio edytowane przez Kelly : 05-06-2008 o 11:03. |
| | |
| | #206 |
| Newsman ![]() | Karol Lipiński Nosferatu milczał przez chwilę po wysłuchawszy słów Archonta, u niego również przez ostatnią noc wiele się musiało wydarzyć. Karol mógłby przysiąc, że wyczuł coś więcej niż zwykłą troskę w słowach wampira. –„Szczególnie wspominając o tej piękniej torreadorce”. Prośba Antonie'a była drobnostką i choć ze względów bezpieczeństwa mógłby odmówić, wszakże każdy szczurzy szpieg jest potrzebny w posiadłości to jednak kierując się zwyczajną sympatią do Lasalle’a postanowił ją spełnić. -Natychmiast wyślę moich szpiegów, aby mieli oko na te osoby. Niestety żadnego bezpieczeństwa zapewnić im nie mogę, o to najłatwiej w posiadłości Księcia. Choć malkavianie są szaleni, wydają się być jednocześnie solidną obstawą. Teraz najważniejszą rzeczą jest powiadomienie każdego kainitę o wojnie i zagrożeniu ze strony hrabiny. Niestety – westchnął głośno– obawiam się, że wojna została wypowiedziana pochopnie, o czym już się pan niebawem zapewne przekona. Choć chciałbym się mylić. Tyle rzeczy do omówienia a tak niewiele czasu. Nie chcąc przytrzymywać dłużej Archonta pośpiesznie dokończył dosyć ponurym nawet jak na niego głosem. – Jest wiele kwestii, o których chciałbym porozmawiać, niestety teraz nie mogę udać się z panem. Czeka mnie bardzo ważne spotkanie. Jutrzejszy koncert oczywiście jest nadal aktualny, nic mi nie przeszkodzi w wysłuchaniu dobrego występu. – wysilił się na odrobinę wesołości. - Do zobaczenia i… uważaj na siebie, te czarownicę są naprawdę twarde. –Pozwolił sobie na nieoficjalny ton i wolnym krokiem odszedł parę metrów od samochodu. Podejdźcie. – Zapiszczał w szczurzej mowie a kilka gryzoni ukrywających się w pobliżu i podążających za nim posłusznie zbliżyło się do swego pana. – Chce żebyście odnaleźli i mieli oko na te osoby.- Wytężył umysł i próbował przywołać sobie sylwetki przedstawionych osób a następnie przelał swe myśli na szczurzych przyjaciół. – Jeżeli im się coś stanie macie natychmiast mi o tym donieść. Ruszajcie, Mozart idź z nimi i uważaj na siebie. Szczury dosyć niechętnie, usłuchały rozkazu Nosferatu i pobiegły w kierunku miasta. – „Mozart sobie poradzi a teraz...” Teraz wyraźnie podekscytowany pośpiesznym krokiem udał się w kierunku, gdzie oczekiwała na niego ona, Marry. Nie przypuszczał, że tak szybko znowu ją spotka. Tak naprawdę nie oczekiwał żadnej pomocy wampirzycy, wręcz przeciwnie był gotowy ofiarować swoją. Zdecydowanie już nie pamiętał uczucia, jakie wzbudziła w nim ta kobieta – "Niezwykle intrygująca osoba." Siedziała na jednym ze starych zapomnianych przez ludzi i nadtrawionym przez czas nagrobku. Nie zauważając początkowo Nosferatu dopalała spokojnie papierosa. – Witaj pa…Marry. – Odezwał się uśmiechając pod fałdami szala i jednocześnie z założonymi za plecami rękoma zbliżył się do kobiety wyłaniając się z cienia pobliskiego starego drzewa. Czuł, że wzbiera w nim nowa melodia daleka od planowanego utworu żałobnego inspirowanego nieszczęśliwą śmiercią jednego z jezusów, powinien ją wykorzystać i zagrać swój najlepszy koncert. |
| | |
| | #207 |
| Obsługa ![]() | Okrzyk Georga w ostatniej chwili powstrzymał Stańczyka od udania się za Rolandem i udzielenia mu ostrej reprymendy. Bo chociaż wiedział, iż powinien tolerować dziwactwa swego poprzednika, to tego typu zachowanie było już ponad wszelkie normy. A tego typu przegięć Robert nie miał zamiaru tolerować. A jednak dzięki temu świrowi mieli dokładny plan rezydencji hrabiny Munk. Kwestię wyjaśnienia skąd ten wampir mógł mieć coś, co wiedźma z pewnością stara się ukryć, Aligarii postanowił pozostawić na później - zresztą, sam Roland na pewno nie powiedziałby mu niczego sensownego. W tej chwili ich droga do zwycięstwa zostało mocno ułatwione przez te parę linii, a przed oczy Ventrue wracały sceny kolejnych narad przed bitwami. Wówczas to on był wodzem. Teraz przecież też nim jest... - Przede wszystkim najważniejsze są nasze siły. Liczbę zdolnych do walki wampirów znam, ale co z ghulami? Nie wątpię, iż wielu z naszych braci ma ich tu wielu... Czy wasi ludzie, George, są zdolni do walki? Jak wielu jesteście w stanie zabrać ze sobą? - Dalej, z pewnością nie raz starłeś się w boju z plugawymi psubratami hrabiny. Możesz mi coś o nich powiedzieć? Jak walczą, czym, co potrafią...? Taka informacja bardzo by nam pomogła... - Sam plan zaś daje nam sporo możliwości taktycznych. Cztery wejścia, dwa wyglądające na naprawdę wystawne, jedno boczne i ostatnie z nich, odrobinę kameralne, acz wciąż urokliwe - przypuszczam, iż ten mały tarasik przy wschodnim skrzydle jest połączony z apartamentami hrabiny. Tyle moich domysłów. Ale cztery wejścia sugerują jedno rozwiązanie taktyczne... - Musimy, niczym wytrawni szermierze, zamarkować pierwszy cios, pozorując atak od frontu. Jak mniemam, odpowiednio głośny ryk silnika potrafi skupić uwagę straży z jednej strony. Jedna osoba, najlepiej ktoś, dla kogo szybka ucieczka przed wojskami nie będzie problemem, będzie odpowiadać za owy podstęp. Reszta z nas zaś po cichu podkradnie się pod kolejne wrota prowadzące do rezydencji, by tam szybko wejść do środka i zająć się naszą nemezis. Ale i z tym wiąże się jedna uwaga... - Munk rzekomo umie spoglądać w przyszłość. Co gorsza, nie znamy sposobu działania jej zdolności. Być może odczytuje nasze zamierzenia, potrafi wniknąć w plany i rozszyfrować je niczym królewscy szpiedzy. A to oznacza jedno. Nasz plan kończy się na wejściu do domu. Dalsza taktyka polega już tylko na walce i próbie jak najszybszego dotarcia do wiedźmy. Każdy bardziej zaawansowany plan jest zbyt wielkim ryzykiem, gdy bowiem ktoś odkryje nasze wszystkie zamiary, będzie możliwe przygotowanie na nas zasadzki, która zniweluje wręcz nasze szanse. - Jakieś wnioski, pomysły, obiekcje? Nie muszę dodawać, panowie, iż w boju uczestniczyć będzie każdy sprawny i zdolny do walki wampir. Ci zaś, którym los odebrał mobilność i nie dał sprawności... - Robert delikatnie zerknął na swą nogę - Także będą na miejscu, by - wraz ze mną - stanowić swoistą radę koordynującą działania tych, którzy w tańcu ze śmiercią zanurzą się w ogniu walki.
__________________ Są ludzie, którzy mają do Kutaka wiele zastrzeżeń. Oczywiście, szanujemy ich. Z przyczyn ode mnie niezależnych w najbliższych dniach moja aktywność na LI będzie mniejsza. Czyli nie bijcie mocno za opóźnienia. |
| | |
| | #208 |
![]() | Karol - Nieźle się pojebało, co? ![]() Marry odrzuciła na wpół wypalonego papierosa w ośnieżoną trawę. Nawet nie kwapiła się, by go zgasić. Widać jej myśli błądziły zupełnie gdzieś indziej i nawet pojawienie się Nosferatu, nie wyrwało jej z odrętwienia. Zupełnie przeciwnie zaś czuł się Karol... Coś w jego środku się poruszyło na widok nagiej szyi wampirzycy, ubranej mimo chłodu jedynie w damski garnitur. Jej obute w ciężkie glany nogi machały się w rytm jakiejś wewnętrznej muzyki – zupełnie tak, jakby była małą dziewczynką. Ten ruch bardzo podobał się Lipińskiemu, a raczej temu, który znajdował się w jego środku... Potworowi. Odruchowo Kainita złapał się za brzuch, chcąc powstrzymać głodną bestię, która coraz mocniej dopominała się pożywienia... ciepłej, gęstej posoki... - Wiem, co zrobiliście z lalkarzem i doceniam to. – kontynuowała niczego nieświadoma Marry, wpatrując się we wróble, które dokazywały między grobowcami – Nie jestem idiotką, żeby się nie domyśleć, jaką cenę wyznaczyła stara Munk. Cokolwiek chciała w kwestii terytorium, jestem pewna, że jednym z punktów była moja głowa. Czas więc, żebym się odwdzięczyła: Opowiem ci jeden mój sen i jedną historię miłosną... Sen i romansidło? Karol skrzywił się na samą myśl. Nastała wojna i skończył się czas zabawy w kotka i myszkę. Potrzebne były konkretne atuty, fakty! A nie jakieś bajki. - Pamiętaj, że to Reykiawik- miasto świrów. Tu nic nie jest oczywiste, tu nic nie jest prawdą do końca... – Marry odpowiedziała niejako na jego myśli – Zacznę może od mojego snu, snu o kryształach. Tak, właśnie takich jak ten, dzięki któremu zniszczyłam muzeum. Jest ich więcej. Początkowo myślałam, że są tylko dwa. Jeden – należący do mnie i drugi – ukryty na tej wyspie, uśpiony. Wydawało mi się początkowo, że ten drugi należy do czarownic, bo uwzięły się na mnie w momencie, gdy znalazłam swój kamień. Jeszcze zanim przybyłam na Islandię... W każdym razie śniłam dziś o kolejnym krysztale. On również jest na wyspie i to aktywny – wyczułam jego strażnika! Mężczyznę w bieli, o połyskujących oczach. Nie wiem, kim jest, lecz gdybyś go spotkał, strzeż się! No i powiadom mnie... te kryształy są zbyt potężne, by spocząć w niewłaściwych rękach. Wampirzyca przerwała, gdy płatek śniegu spadł wprost na jej nos. Śmiesznie wyglądała, gdy tak patrząc na niego, jej oczy zrobiły zeza. Płatek roztopił się, a ona wyciągnęła z kieszeni paczkę papierosów. Gdy zapaliła jednego z nich, chwilę rozkoszowała się dymem w płucach, po czym znów odezwała. Tym razem jej wzrok spoczął na sylwetce Karola. - Historia miłosna natomiast związana jest z tymi ziemiami i... jest prawdziwa. Jak nie w całości, to przynajmniej w części. Jak wiesz, hrabina Munk ma wiele córek, które również posiadają moc magiczną. Jednakże tylko jedna córka, podobnie jak hrabina posiadała dar widzenia przyszłości w swoich snach. Ta córa – Rozalia była przez to oczywiście oczkiem w głowie mamusi, która pozwalała ulubienicy na wiele więcej, niż innym wiedźmom. Trudno powiedzieć czy to złośliwość losu, czy też sama Rozalia zbudowała wokół siebie zasłonę, lecz w tym przypadku hrabina nie przewidziała przyszłości. Dopiero, gdy brzuch jej ulubienicy wydął się nadmiernie, poczęła się niepokoić. Uwięziła swoją córkę, gdyż ta nie chciała jej wyjawić, kto jest ojcem dziecka. Matka była obrażona, lecz wszelkie jej nerwy puściły, gdy zamiast dziewczynki (co widać jej jedyna opcja u czarownic), Rozalia powiła chłopca – małego, włochatego potworka. Jedna z czarownic już chciała zadusić dziecię, lecz to ponoć urodziło się z zębami i odgryzło jej dłoń, pożerając ją następnie. Trochę więc trwało zanim czarownice uradziły co robić i sama hrabina postanowiła zadusić noworodka. Było jednak za późno. Ktoś pomógł uciec Rozalii wraz z dzieckiem i ta skryła się w naszej – wampirzej części miasta. To ona była powodem napaści hrabiny. Trop jednak zaginął. Nawet Gustav nie był w stanie wyśledzić dziewczyny... – Marry wyrzuciła peta w pobliskie krzewy – Mówił, że są dwie ewentualności. Rozalia albo została złapana, albo udało jej się opuścić Islandię, albo... Malkavianie wzięli ją w opiekę, spowijając bariera swego szaleństwa.... Dlaczego ci to mówię? Z prostego powodu. Jeżeli wszak to ta ostatnia ewentualność, to jest to niewątpliwy atut w walce z hrabiną. Mając po swojej stronie jej córkę, która potrafi nałożyć barierę na sny matki, stara smoczyca oślepnie, a wtedy sama z przyjemnością skoczę jej do piersi, by wyszarpać serce... Wszyscy poza Karolem George podparł się pod bok i znudzonym spojrzeniem zmierzył sylwetkę nowego księcia. Aligarii, wsparty na swej nieodłącznej lasce, wytrzymał jego wzrok bez trudu, czekając na słowa. Choć uważał swój plan za najlepszy, nie spodziewał się aplauzu. W końcu miał do czynienia z Brujahem. Mimochodem zauważył przez okno podjeżdżający biały samochód. Kiedy Ventrue podszedł do szyby, rozpoznał znajomą postać Archonta. „No tak, pszczoły zlatują się do ula.” - Z całym szacunkiem... nie można prościej? – rozmyślania księcia przerwał George - Z całej tej tyrady wyłapałem kilka pytań, natomiast ta reszta chujowa. Bez sensu bawić się w podchody, jak wiedźma i tak wszystko wie, nie? Trzeba zebrać mięso i co waleczniejszych z nas i zaatakować... każdym wejściem. Reszta zostaje pilnować Elizjum. Ot i filozofia. A co, do mięcha właśnie... - „Mięcha”? - No, ghuli, nie? Nasza Toreadorka ma trochę tego, ale to raczej mięczaki. My mamy sześciu do pilnowania meliny, no i ci by się już nadawali do bitki, Gustav miał szczury... Z Malkavianami to nawet nie wiem. Chyba nikogo nie mają. W każdym razie, jeśli chodzi o czarownice, to jest ich kilkanaście, plus Lalkarz. Nie ma co się oszukiwać, zatłukliśmy tylko kolejne jego ciało, ale nie jego. Roland coś mówił swojego czasu, że żeby ubić skurwysyna, musimy dorwać jego prawdziwe ciało, albo ubijać bez ustanku kolejne wcielenia. Takie przenoszenie się, też go osłabia. Nasz najlepszy wynik, to trzy wcielenia udupione jednej nocy. Jak widzisz brachu, Paladio dalej dycha, więc to za mało. Poza tym czarownice mają samców. Swoje sługi – facetów, tych jest chyba na ich posesji kilkadziesiąt. Niby zwykli ludzie, ale wszyscy kamikadze... Pomijając więc jasnowidzenie starej żmii, i tak mają przewagę. A zatem musisz się sprężyć książeciuniu i coś lepszego wymyślić. Najprościej byłoby powiązać atak z jakimiś ludźmi, choćby agresywni bojownicy o prawa zwierząt i plota, ze hrabina trzyma u siebie dzikie zwierzęta pod ochroną... się da cosik zrobić i to w 2-3 dni. Problem polega tylko na tym, że póki ludzie dychają, to my nie będziemy mogli korzystać z mocy. Czyli...jak na to nie spojrzysz, dupa z tyłu... George urwał, gdyż do uszu zebranych dotarł kolejny warkot silnika. Vengador wyjrzawszy przez okno, burknął: - To ktoś obcy. Po chwili z czarnego, sportowego auta, które zaparkowało obok Toyoty Antoine’a, wysiadła najpiękniejsza kobieta, jaką kiedykolwiek Kainici mieli sposobność widzieć. Jej oczy, jej ruchy, jej sylwetka... nawet z tak daleka można było dostrzec, że wszystko to jest idealne. - No i jest moja gwiazda! – odezwał się George z miną właściciela – To właśnie nasza Toreadorka, Mercedes Rosario Ortega. Szprycha, jak się patrzy, nie? Ej, ty! – Brujah zwrócił się do Briana, który od początku trzymał się na uboczu, milcząc jak zaklęty – Idź przywitać panią i powiedz, gdzie jesteśmy, okey? Ona lubi takie gładkie buźki... Antoine, Mercedes Antoine wysiadł z samochodu powolnym, płynnym ruchem skradającej się pantery. Poprawiwszy ubranie, popatrzył na podniszczony dwór. Znów jego duszę nawiedziła melancholia. Bo dlaczego musiał tu być? Dlaczego musiał wejść do tych zrujnowanych ścian, skoro wiedział, że nic pięknego go tam nie spotka? No chyba... chyba, że Ona się tu pojawi. Teraz, gdy już wiedział, kim jest i jak się nazywa, miał ochotę rzucić wszystko i ją odnaleźć. Wiedział jednak, że nie tędy droga. Za stary był zresztą i chyba nadto zmęczony, by poddawać się zrywom swego – martwego jakby nie było – serca. Gdy wszedł do budynku, powitał go, jak ostatnio, jeden z Malkavian. - Szaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaach maaaaaaaaaaaaaaaaaaat!!! Grad pionków posypał się w stronę Toreadora. Ponieważ jednak „ofiara” nie bardzo się broniła, rzucanie szybko znudziło się Dżejowi. Wyszedł zza przewróconej szafy i przycupnął na połamanej stercie desek, które kiedyś musiały być barokowym biurkiem lub szafką. - Heja, bracie! Ściągaj gacie! Książę właśnie obraduje, W klasie bajki swoje snuje, By wiedźmowe uciąć wici I rzec: veni, vidi, vici! Zanim Archont zdążył sformułować jakąś odpowiedź, dostrzegł przez brudne szyby holu, że pod posiadłość zajechał drugi samochód. Czarny, sportowy wóz był niczym jin do jang względem jego własnego, białego samochodu. ![]() Skojarzenie to wydało się idealne, gdy mimo przyćmionych okien, od razu rozpoznał osobę, która wysiadła z auta. To była ona – tajemnicza Toreadorka, która posiadła jego myśli z chwila, gdy ich spojrzenia się spotkały na przyjęciu.
__________________ W moich słowach słoma czai się. Nie znaczą nic! Jeśli szukasz sensu prawdy w nich. Zawiedziesz się... Projekty: Hrabia Tadeusz / Warsztaty Storytellingu / Mroczne Wieki Moje sesje: Zapałka na zakręcie / Fontanna Młodości / DELIRIUM / Noc Kupały Ostatnio edytowane przez Mira : 05-13-2008 o 14:39. |
| | |
| | #209 |
![]() | Mercedes. Jak gwiazda zaranna, a może wieczorna? Czerń i biel splątana w jeden węzeł tańczących ze sobą nici. Czerwień warg kontrastująca z bielą kłów jasnych, niczym najdroższa kość słoniowa, a na wargach słodka, purpurowa kropla krwi. A potem język zmysłowo przesuwający się, powoli, jakby obawiał się dotknąć owej czerwonej drobiny. Przez chwilę. Jeszcze ułamek sekundy, odbicie światła księżyca w kropelce, która już była na języku, zanim została pochłonięta przez niesyte gardło wampira. Potwora. Bez względu na wygląd zewnętrzny, który był tylko skórą naciągniętą na straszliwe wnętrze. A jednak! Czy delikatny blask w oku mógł pochodzić od bezlitosnego mordercy, który pobiera haracz od człowieczej rasy, jako należny sobie, traktując ją jak zwyczajną zwierzynę? Druga kropla. Wypływająca z kącika oka, następnie powoli przemierzająca doskonały, niczym wyryty w białym marmurze, policzek, aż wreszcie oderwana od ciała, ginąca gdzieś na zakurzonym chodniku wiodącym do pałacu. Łza, cenna, jak czerwona perła, prawdziwy okruch żalu wampira, który płacze własną krwią. Szlag trafił! Głupie myśli i wizje prześladowały go natarczywie wypełniając umysł chaosem, niszcząc ład, wypychając rozsądek. - Sacrebleu – wypłynęło ciche przekleństwo. Był zmęczony. Westchnął. Ludzki odruch, jedno z nielicznych dziedzictw dawnych lat. Niekiedy nachodziły go takie chwile, w których czuł się, jak piegowaty, rudy nastolatek o zrytej wągrami twarzy, odrzucony przez innych, samotnie wędrujący gdzieś w dal, niby wśród ludzi, ale tak naprawdę obok nich. Gorzko. W gardle, w sercu, wszędzie. Stojący przy nim Malkavianie coś mówili, ale dźwięki przechodziły obok niego, jakby specjalnie omijając małżowiny uszne. Widać nawet one szanowały apatyczny stan Toreadora, nie chcąc mu przeszkadzać w samozadręczniu się. Toreador nie lubił niespodzianek, a ona była niespodzianką, jednak jeszcze większą niespodzianką było to, co powoli wzbierało się w jego myślach.: - „Dziwne, zresztą nie, właśnie normalne. Przecież jest piękna. Szalenie piękna, upajająco piękna, tak bardzo, jej urodą można się upić niby najsłodszą krwią zmieszaną ze starym burgundem.” Owszem, to było to, ale nie tylko. Ale co jeszcze? Czyż nie był zmęczonym urzędnikiem, który od wielu lat pchał ten wózek, jako jeden ze sług Rady Camarilli i przyjechał tu przede wszystkim odpocząć? Przy muzyce, chętnie z Karolem, który miał podobne zamiłowania i który przypadł mu do gustu najbardziej z całej rady. Ale Karol mógł być świetnym kompanem, lecz Mercedes ... To dziwne, zwykle na inne wampiry patrzył przez pryzmat, kim są, wiedząc, iż ich wygląd może być złudny. Zresztą, jako jeden spośród nich, znał ową prawdę najlepiej. Płeć już dawno straciła znaczenie, bo tak jak dla byka nie jest ważne, czy jego gardło rozrywa lew czy lwica, dla wampira inny wampir był po prostu kolejnym drapieżnikiem żerującym na ludzkim stadzie. Rzecz jasna, jako Toreador patrzył na ludzi przez pryzmat urody i tu rzeczywiście, zakorzeniona w nim świadomość stworzona przez kulturę wieków, przyznawała płci niewieściej pierwszeństwo. One były piękniejsze, tak jak mężczyźni byli silniejsi, ale wszystkie kobiety gasły przy Mercedes. Pod podkreślającym doskonały kształt ciała strojem kryła się, nie wątpił, kobieca doskonałość, ideał, którego pragnęli wszyscy mężczyźni od tysięcy lat, lecz który prawdziwie pojąć mogli tylko ci nieliczni obdarzeni poczuciem artyzmu. Jednak ona była nie tylko wampirem, nie tylko pięknym ciałem, ona była ... do jasnej cholery ... kim ona była, że Antoine nie mógł sprecyzować swoich uczuć? Wtedy zobaczył ją. Czarne Lamborghini nagle zahamowało z piskiem opon, a z wnętrza samochodu, niczym z paszczy mrocznego, potężnego potwora wyszła Mercedes. Uświadomił sobie, że za chwilę, dziewczyna wejdzie tutaj i stanie oko w oko z rozwrzeszczaną grupą szalejących Malkavian, którzy powitają ją na sto tysięcy rozmaitych sposobów, tylko nie na ten, który byłby użyty przez każdego normalnego człowieka czy wampira. Postanowił rozbroić tą malkaviańską, szalejącą bombę. Namacał w kieszeni tabliczkę czekolady wziętą jeszcze na imprezie u Birgit: - Cześć wam bracia, kurde blade, Mam dziś dla was czekoladę. Urządzamy już zawody Dla zdobycia tej nagrody. Wiecie, chcę powitać laskę, Która wyszła przed kolaskę Zwaną czarnym Lamborghini. Teraz stańcie tu na linii I ją przywitajcie zgodnie, Tak, jak to się czyni godnie. Powiedzcie, że jest kochana, Zatańczcie przed nią kankana, Ale pomysł to jest słaby, Byście grali z nią w warcaby I rzucali takie gadki, Że chcecie szachozagadki. Któren wykaże ogładę To dostanie czekoladę. Mając nadzieję, że to powstrzyma ich od przynajmniej najgłupszych wybryków, Antoine wyszedł przed dom kierując się w stronę dziewczyny chowającej do torebki kluczyki. Patrząc na nią rozumiał starą legendę, krążącą wśród Toreadorów, iż jeden z nich wykuł sobie oczy patrząc na nimfę, gdyż pragnął, bo właśnie ten obraz pozostał w jego pamięci na zawsze. Przybrał twarz, jak zwykle nienagannie ozdobioną firmowym uśmiechem nr 9, którego używał zwykle przy takich okazjach. Lekki, błądzący, niepokojący. Wiedział, że jego wargi układają się właśnie w taki sposób. Jak to dobrze, że nie widać było źrenic spod szkieł kontaktowych i ciemnych okularów, które podwójną barierą odgradzały od świata jego lśniące oczy. Dziś, na jej widok, błyszczały czerwonym ogniem jeszcze bardziej niż zwykle. Skrzyły zawsze purpurą, która potrafiła przerazić normalnych ludzi oraz była niezbyt częstą przypadłością u gatunku wampirzego. Lasalle jej, niestety, podlegał oraz wiedział, że ów blask lśni mocniej, kiedy zaangażowane są jego uczucia. Szedł do niej. Widział, jak zatrzymała się przy samochodzie, może zaskoczona jego widokiem, a może po prostu czekała, co zrobi. Jakiś zwiędły liść przywitany przez zimny wiatr Islandii zaszeleścił pod butem. Było chłodno, ale i tak dziwne, że nie padał śnieg. Teraz biel jego garnituru kontrastowała z czernią nocy. Przypuszczał jednak, że niedługo śnieg, jak zwykle, pokryje tą zmarzniętą wyspę i wówczas będą obydwaj skąpani w bieli: on i ta ziemia. - Miło panią znowu widzieć, seniorita Ortega – znowu pochylił się ku jej dłoni delikatnie muskając je wargami. – Nie spodziewałem się ujrzeć panią tak szybko, choć, przyznam, miałem nadzieję. - Najwyraźniej to spotkanie było nam pisane panie Lasalle. Ubolewam mocno, iż zmuszona byłam przerwać nam naszą małą, rozkoszną zabawę. Ale zalecono mi stawić się w Elizjum, więc oto jestem - wzruszyła ramionami w geście bezradności. - I słusznie. Teraz siedziba księcia Roberta jest chyba najbezpieczniejszym miejsce w Rejkiawiku. Ach, jak będzie pani z nim rozmawiała, proszę uważać. Bynajmniej nie przypomina Rolanda, to ćwik kuty na cztery nogi, no, zresztą pewnie dlatego został tutaj księciem. - Mało kto jest w stanie równać się z Rolandem pod względem... Cóż, po prostu rzadko można spotkać postać równie barwną i ekscentryczną jak on. Co zaś się tyczy nowego księcia... Po Ventrue spodziewałam się dalece bardziej racjonalnego myślenia. Jest w Reykjaviku zaledwie od dwóch dni i już podejmuje się takich radykalnych kroków. W moim mniemaniu nie świadczy to o nim najlepiej. Chyba, że go wybitnie nie doceniam. Możliwe oczywiście, że jest nadzwyczaj pewny swojej przewagi nad hrabiną i powodzenia swojego planu. O ile oczywiście w ogóle ma jakiś plan. - pokręciła głową z jawną dezaprobatą - Pragnę w to wierzyć, bo jeśli ta wojna to tylko efekt książęcego kaprysu i zachłyśnięcia się władzą... Ach, lepiej nie myśleć. Wtedy, mój drogi panie Lasalle, okazałoby się, że tkwimy wszyscy po uszy w rynsztoku. W zasadzie wie pan cokolwiek o zamiarach księcia? - Uśmiechnęła się rozkosznie i gestem odrzuciła z czoła długie, lśniące włosy. - Nie, nie znam dokładnych szczegółów, albo raczej, znam tylko to, co przekazał mi Karol Lipiński, jeden z członków rady księcia. Może słyszała pani to nazwisko, kiedyś wyjątkowy muzyk, rywal wielkiego Paganiniego. Zresztą pewnie pozna go pani, jak i pozostałych członków rady u księcia. Wprawdzie Karola jeszcze nie ma, ale pewnie przyjdzie na radę wojenną. Natomiast, co do księcia, cóż, jest w tym wiele prawdy, że mocno pragnie władzy, ale wątpię, czy wywołałby wojnę ot tak, dla kaprysu. Albo więc faktycznie dysponuje odpowiednią siłą, albo został do tego zmuszony. Rzecz jasna, jest możliwa jeszcze jedna sytuacja, mianowicie ta, że wszystko się wyrwało spod kontroli. Przyznam, ze to chyba najgorsza możliwość, gdyż wiem, że wcześniej były tutaj problemy z utrzymaniem maskarady. Wojna zaś, szczególnie właśnie taka wojna totalnie chaotyczna, to nic innego, jak rezygnacja z tej podstawowej zasady naszej społeczności. Tymczasem, co do moich informacji, to niestety, mogę powtórzyć praktycznie tylko to, co powiedziałem Simonowi przez telefon. Ach, mam nadzieję, ze pani przyboczny zajmie się odpowiednio moją podopieczną i w razie potrzeby, utrzyma ją z daleka od pola walki. -Proszę aby był pan spokojny. Simon jest osobą godną zaufania. Wyciągnęła w jego kierunku skrzynkę wypełnioną butelkami. - Mógłby mi pan pomóc? - Uśmiechnęła się czarująco i zrobiła minę godną kruchej bezbronnej kobietki . Poczekała aż Antoine wziął z jej rąk balast i ruszyli razem do wejścia. - Na czym skończyliśmy? A tak, wojna - znów skrzywiła się z niesmakiem. - Zgadza się. Zdaje się, że nowa rada oraz nowy książę nie do końca przynieśli szczęście temu miejscu, skoro swoje panowanie zaczynają od wojny. Choć, można także powiedzieć, że to konieczne i gdyby udało się poskromić hrabinę, dopiero wtedy w mieście zapanowałby pokój. Cóż, wojna dla pokoju, czasem wymówka stara niczym cywilizacja, czasem konieczność. Tak czy siak, mam nadzieję, ze książę zacznie naradę od wyjaśnienia sytuacji oraz określenia, jak do tego doszło. Wprawdzie czarownica próbowała już wcześniej atakować rodzinę, ale co innego wzajemne podszczypywanie, co innego zaś otwarta wojna. - Osobiście nadal nie widzę konieczności otwartej wojny. Zresztą nie będę przed panem ukrywać, że nie podoba mi się cała ten spór z hrabiną Munk. Jak dotąd trzymałam się z dala od jej terytorium i skutecznie unikałam wszelkiej konfrontacji z nią i jej pomylonymi córkami. Nasz czarownica posiada chyba zdolności rozrodcze porównywalne z królikami, bo ponoć spłodziła ich całą armię. Wolałabym osobiście nie mieć z tą rodzinką nic wspólnego. Ale decyzja księcia jest święta prawda? - Prychnęła jak kotka dając ujście złości - Co on u diabła wyprawia? Ponoć stara wiedźma umie uprzykrzyć wampirom życie i bez jawnej scysji, jak daleko posunie się więc teraz? Krążą plotki, że potrafi przewidywać przyszłość. To nie dobrze rokuje, prawda? Jeśli to się potwierdzi nasze szanse na powodzenie zasadniczo by się skurczyły. Nie zdziwiłoby mnie gdyby Krwawa Marry przyczyniła się do zaostrzenia tegoż konfliktu. Wojna wampirów z hrabiną pewnie jest jej na rękę, bo sama ma z nią osobiste porachunki. - Krwawa Marry? Raczej nie miałem sposobności jeszcze jej poznać. Chyba, że pani ma na myśli koktajl alkoholowy przygotowany najczęściej ze spirytusu, soku pomidorowego i przypraw. Choć czasem niektórzy zastępują sok pomidorowy pomarańczami, ale osobiście jestem pod tym względem purytaninem. No cóż, może na pomidorowo bardziej przypomina krew? Merceds zaśmiała się i ujęła go pod rękę. Antoine kontynuował: - Natomiast osoby o takim imieniu. Nie, nie znam i nie słyszałem, ale wie pani, jestem tu przybyszem, więc nawet, jeżeli to ktoś ważny dla rodziny, jej nie spotkałem jeszcze. - Nie ma pan czego żałować. Parias? Brujah? Nieistotne. Jest w Reykjaviku od niedawna, załatwia tutaj jakieś swoje ciemne sprawki. Spotkałyśmy się kilkakrotnie i prawdę powiedziawszy nie przypadłyśmy sobie do gustu. Widzi pan, żywię do niej pewną urazę. Wciągnęła w swój osobisty zatarg mojego dobrego znajomego, Gustava z klanu Nosferatu. A teraz on zniknął. Najprawdopodobniej nie żyje a Marry szuka zapewne innych środków, żeby nie powiedzieć naiwniaków, aby kontynuowali z nią jej plany. Jeśli wszystkie wampiry w mieście zostaną na rozkaz księcia włączone do wojny będzie pewnie ukontentowana. A pan panie Lasalle jak ustosunkowuje się do tej batalii? Doszły mnie słuchy, że walka jest poniekąd pana żywiołem? - Nie, nie przepadam za walką, choć, jak będę musiał, to po prostu to zrobię w obronie swojej, albo tych, na których mi zależy – uśmiechnął się ciut mocniej, gubiąc na chwilę firmówkę numer 9. – Wie pani, ja byłem kiedyś żołnierzem i wiem doskonale, co to takiego toczyć wojnę. Zazwyczaj bój rozpętują ci, którzy są przekonani, że nie będą w nim uczestniczyć. Cóż, najłatwiej kasztany wybierać z ognia cudzymi rękami. Tylko – dodał jakby do siebie cicho – cesarz był inny. No, jest jeszcze jedna grupa: osoby pozbawione wyobraźni, ale do której należy książę? Trudno powiedzieć. - Prawdę powiedziawszy doskonale wiem, że był pan żołnierzem. Mam nadzieję, że tym pana nie urażę, ale zaciągnęłam języka na pana temat. Muszę przyznać, że wydaje się pan intrygującą osobą panie Lasalle. Mój mentor wspomniał, że był pan ulubionym generałem samego Napoleona. Zaiste fascynujące. Chociaż bardziej zwróciła moją uwagę pana nienaganna reputacja. Istotnie jest pan taki nieskazitelny Antoine? Nie dowierzam w istnienie ludzi bez skazy, a już na pewno nie wampirów będących ucieleśnieniem szlachetności i prawości. Może dlatego, że ja nigdy nie byłam grzeczną dziewczynką. Wie pan, że już jako podrostek uciekałam z niedzielnej mszy aby malować akty. Szczególnie lubiłam kształcić swój warsztat, gdy mojej grupie pozowali nadzy przystojni mężczyźni - zaśmiała się frywolnie i bezwstydnie oblizała językiem wargę. Rozmyślnie robiła to opieszale i wpatrywała się w niego wyzywająco. Lekki uśmieszek tańczył na jej ustach. Wyglądała na wyraźnie rozbawioną. - Ale zboczyłam z tematu. Mówił pan, że nie przepada za walką, zgadza się? - Nieskazitelny? – Antoine parsknął ponurym śmiechem nawiązując do jej poprzedniej uwagi. – Wampir nieskazitelny? Nie, droga pani – rzucił dobitnie, - podobnie, jak my wszyscy jestem zwykłym bandytą, szakalem żerującym na innych. Może tym gorszym od innych szakali, że czasem udaję, że tak nie jest. Bynajmniej nie chodzi o malowanie aktów, nie tylko dlatego, iż nadzy mężczyźni średnio mnie interesują i nie umiem malować. Zresztą nieważne ... Natomiast wojna. Obecnie dostrzegam inne sposoby rozstrzygania sporów, ale, nie będę się przejmował oraz pół godziny wzdychał nad potraktowaniem ostro kogoś, kto będzie groził mnie oraz moim bliskim. - Moim bliskim? Czy biorąc pod uwagę ten konkretny konflikt, o jakim wspólnie prawimy ma pan kogoś szczególnego na myśli? - Spojrzała na niego wymownie spod gęstej zasłony długich rzęs, po czym zaśmiała się kokieteryjnie. - Przywiózł pan ze sobą kogoś bliskiego pana sercu? Kogoś wartego by zabrudzić sobie dłonie krwią? - Nie, nie mam na myśli konkretnego starcia, myślę ogólnikowo. Wie pani, jestem trochę filozofem i czasem lubię ponudzić innych takim szerszym spojrzeniem na ideę wojny. Jakkolwiek odpowiedź na pani pytanie brzmi: nie. Nie przywiozłem nikogo ze sobą i jestem samotny. Tak naprawdę przybyłem tu trochę odpocząć mając nadzieję na miłe towarzystwo oraz trochę leniuchowania. Tymczasem książę zapowiedział wojnę, trudno więc mówić o jakimkolwiek relaksie. - A propos księcia, czy wie pan, jak pan Robert z Ventrue dorobił się takiego wysokiego stołka? - Jak? To żadna tajemnica. Rzecz jasna mianowanie Rady Camarilli. Księciem można wszak zostać tylko tak, albo przez przewrót, a tego w Reykiawiku nie było. - To oczywiste. Mianowaniem Camarilli. Chodziło mi bardziej przed kim należy się ukorzyć, komu zaprzedać duszę bądź też, mówiąc pospolicie, komu wylizać tyłek, aby zasłużyć sobie na takie wyróżnienie? - Jej ton był lekceważący. Przesycony kpiną lecz zarazem obojętny. - Zresztą nieważne. Widzi pan, ma pan na mnie wyjątkowo zły wpływ panie Lasalle. Mówię przy panu na głos rzeczy które z reguły rozważam jedynie w swojej głowie. Lepiej zmieńmy temat zanim wpędzę się w kłopoty. Proszę mi coś powiedzieć o członkach Rady. - Wszyscy członkowie rady to przyjezdni, zresztą, to pani sama będzie wiedzieć, kiedy ich pozna. Mieszkając już tu 5 lat pewnie zna pani komplet rodziny. Nie mniej, książę to inteligentny gość, członkowie jego rady różnie. Proszę szczególnie uważać na wielkiego gościa wyglądającego na zapaśnika wrestlingu. Czasem szybciej robi, niż myśli. Wsparła się na ramieniu Antoina i szepnęła mu wprost do ucha jakby zdradzała ważną tajemnicę: - To zupełnie jak ja – Przez chwilę słyszał jeszcze jej słodki chichot. - Damie można to wybaczyć, ale on nie jest tak uroczy, jak pani – Antoine wypowiedział to zdanie z całkowitą pewnością gentlemana starej szkoły, który od mężczyzny wymaga więcej po prostu dlatego, że urodził się mężczyzną. Gdy na nią spojrzał dostrzegł, że jej twarz przybrała słodki, dziewczęcy wygląd. Jakby umyślnie zrzuciła na chwilę sztywną maskę i pozwoliła mu ujrzeć swoją inną stronę. - Prosi mnie pan abym trzymała się z dala od kłopotów? W takim razie, w rewanżu, ja powinnam poradzić panu, aby trzymał się pan ode mnie z daleka. Ale ponieważ jestem próżna i zepsuta nie poproszę o to pana, Antoine - znów się zaśmiała. Najwyraźniej wieści o wojnie nie popsuły jej humoru tak bardzo jak początkowo sądziła. A może towarzystwo sprawiało że czuła się bardziej swobodnie niżby sytuacja tego wymagała. - Poproszenie mnie o trzymanie się z daleka byłoby stanowczo nie fair, seniorita. Nie mówiąc już o tym, że moją męska duma otrzymałaby mocny cios, ego zaś zmniejszyło się do rozmiarów naparstka. Ponadto byłoby mi przykro, nie mogąc spełnić takiej prośby. Jest pani piękna, madame, i bardzo się cieszę, że nie zostawiła pani kolegi Toreadora z dala od możliwości podziwiania tej niezwykłej urody – Antoine specjalnie odnosił się tylko do dość oczywistej dla każdego Toreadora płaszczyzny. Nie mogąc sobie poradzić z resztą uczuć, które dopiero zaczynały się kształtować i nie były jeszcze jednoznacznie skrystalizowane mówił tylko o tym, czego był pewien. Może tylko drobne zawahania pięknie modulowanego głosu oraz króciutkie zawieszenia wskazywały, że przekazywana myśl nie jest kompletna. Nagle zorientował się, że zamiast iść do siedziby księcia stoją na placu i rozmawiają od dłuższej chwili. - Zostajemy, czy idziemy? – Zapytał Antoine – A jeżeli idziemy: to woli pani naradę, czy spacer? Ewentualnie jedno i drugie? - Oczywiście idziemy i choć wolałabym spacer, obawiam się, że ten będziemy zmuszeni odłożyć w czasie. Nie powinniśmy kazać na siebie czekać. Malkavian nie było. Dziwne, niezwykle dziwne. Antoine przez sekundkę zastanawiał się, co wpadło do głowy tym szalonym pałkom. Przypuszczał, ze nagle wyskoczą skądś zaskakując jego i Mercedes. Jednak nie. Przystanął rozglądając się i przytrzymując odruchowo wspartą na jego ramieniu towarzyszkę. Spojrzała na niego zdziwiona. Uśmiechnął się przepraszająco. Poszli dalej, książę czekał. |
| | |
| | #210 |
| Newsman ![]() | Karol Lipiński Kompozytor z uwagą wysłuchał historii miłosnej do samego końca, starając się jednocześnie zapanować nad budzącą się w nim bestią. Nie mógł już z tym dłużej zwlekać, musiał jak najszybciej zaspokoić swój wewnętrzny głód za nim ten przejmie nad nim kontrole. Lipiński wzdrygnął się na samą myśl o tym co na pewno nie uszło uwadze rozmówczyni. - Rozuuumiieem.- Powiedział przeciągając ten wyraz do granic możliwości dając sobie ty samym więcej czasu do namysłu.- Jeżeli historia, jaką mi opowiedziałaś jest prawdziwa to musimy za wszelka cenę tą wiedzę wykorzystać. Jestem skłonny uwierzyć w to, iż ta dziewczyna ukrywa się gdzieś niedaleko z prostego powodu. Dlaczego hrabina miałaby godzić się na jakieś bzdurne pakty z wampirami skoro jej zdolność może przewidzieć ich każdy ruch? Może malkavianie ukrywają Rozalie zapewniając sobie tym samym bezpieczeństwo i spokój. – Ostatnie zdanie już nie było pytaniem a stwierdzeniem faktów, te mimo, że pozostawały nadal dużą zagadką wydawały się do siebie pasować. Nosferatu jednak nie okazywał żadnych uczuć. Jego sen mógł być ostrzeżeniem przed tą kobietą, coś jednak ciągnęło go do Krwawej Marry. -Jak najszybciej zbadam tą sprawę. Znajdę tajemniczą Rozalię. – Dodał pewnym siebie głosem bardziej utwierdzając siebie w tym przekonaniu, niż Marry. Nawet nie zauważył, kiedy zaczął dreptać w kółko rozmyślając o rzeczach, które powinien natychmiast załatwić, prawie zapominając o rozmówczyni. Wampirzyca tymczasem ze spokojem wodziła za nim wzrokiem. Tak bardzo przypominał jej Gustava... za bardzo. A może właśnie o to chodzi? Może właśnie to jej szansa, żeby odkupić grzechy? „Grzech-srechy. Nie jestem cholernym Malkavianem, żeby bawić się w takie pierdoły...” Prychnęła na samą myśl, czym zwróciła uwagę Nosferatu. -Przepraszam, czasami tak mam, gdy za wiele pomysłów krąży mi w głowie. – Lekko zmieszany wyjaśnił. – Jeśli chodzi o tajemniczą postać w bieli z twoich snów to może nim być ktokolwiek. Przynajmniej na razie nic mi o takiej osobie nie wiadomo… – skłamał nie zmieniając tonu głosu choćby na chwilę. Jeżeli to co mówi wampirzyca jest prawdą to wiedział kto był w posiadaniu drugiego kamienia. Antoine. -…Choć i to da się rozwiązać. Najlepiej na koncercie. Tak! To dobry pomysł, jutro wybieram się na koncert muzyki klasycznej i mam nosa, że tam znajdziesz swojego człowieka w bieli. Czy nie zechciałabyś mi towarzyszyć? – Dokończył radosnym głosem. Marry nawet nie zdawała sobie sprawy jak Nosferatu bawił się jej kosztem. Zastanawiał się jak długo wytrzyma jego gierki zanim wybuchnie. -„Piękna, wybuchowa i groźna” Krwawa Marry zmarszczyła brwi. Nie uśmiechała jej się impreza pełna nadętych bubków. Miała ważniejsze zajęcia. Niemniej ta cała gadanina o mężczyźnie w bieli... Uśmiechnęła się na samą myśl, że oto ona – manipulantka, staje się marionetką w rękach Karola. Nie ma co jednak plątać mu sznurków zbyt wcześnie. Niech się pobawi... -Nie lubię takich imprez. Wolę nocne kluby, gdzie otwarcie się chleje, ćpa i pierdoli, a nie puszcza oczka i robi aluzje po to, by zrobić to samo później w hotelowym pokoju. – ględziła, śledząc wzrokiem spadające płatki śniegu – Niemniej raz na ruski rok można się wybrać. Wiedźmy znając moje gusta, raczej nie będą mnie tam szukać. Umówmy się przed budynkiem, o której ten występ? -Koncert rozpoczyna się o 22.00 w gmachu Uniwersytetu Islandzkiego. – odpowiedział Lipiński nie zrażając się chamską paplaniną kobiety. Lubiła najwyraźniej popisywać się prostactwem jakby było to jakąś cechą pozytywną za którą można dostać pochwałę. – 21.30 przed budynkiem w takim razie. Szybko jednak zmienił temat, czas gonił go nieubłaganie.-Ciekawi mnie jednak, czym są owe kamienie i do czego mogą służyć? Jeżeli wiesz coś na ich temat a mniemam, że tak, to jest najwłaściwsza chwila, żeby mi o tym powiedzieć. Jeśli mam pomóc Ci w uch znalezieniu to muszę wiedzieć o nich wszystko. – Koniec podchodów, czas wyłożyć karty na stół. Wampirzyca najwyraźniej potrzebowała umiejętności Karola inaczej nie spotykałaby się z nim drugi raz. No i stało się. Pęta dobrego wychowania puściły, a oczy Marry nabiegły krwią. -A kiedy ja cię do kurwy-nędzy prosiłam o pomoc?! – wykrzykując te słowa, uderzyła zaciśniętą pięścią w nagrobek, który rozsypał się pod wpływem jej ogromnej siły – Posłuchaj mnie, ty cholerny brzydalu, to mój teren! To ja wiem, co tu się dzieje i to ja pomagam tobie i temu twojemu księciu przeżyć. Bo to jest dżungla, czaisz? To bramy piekieł, które otworzą się lada moment. Masz jakiś plan na przeżycie? Nie, kurwa. Jesteś jak radosny szczyl, który szuka muszelek na plaży, nie wiedząc, że zaraz będzie przypływ. Nie próbuj więc być mądrzejszy, niż wypada, bo mogę cię odciąć od jakichkolwiek informacji... Na zawsze. Wampirzyca dyszała ciężko, wyraźnie starając się okiełznać furię w sercu i chociaż ciało powoli się uspokajało, oczy jej pałały ogniem. Kompozytor zachował jednak spokój przynajmniej na zewnątrz, w końcu doskonale wiedział jak zareaguje Marry na jego słowa. –„Jest taka przewidywalna z tymi swoimi wybuchami.” -Pani mnie jednak z kimś musi mylić. – Podjął rozmowę zupełnie obojętnym tonem, tak, aby zabolało ją to najmocniej. – Nie zamierzam dłużej tolerować pani śmiesznych wybuchów złości. Dziękuje, za przekazane informację, jeśli pani będzie chciała żebym wyrównał dług proszę mnie wezwać. Odwrócił się plecami do wampirzycy i wolnym krokiem zaczął zmierzać w kierunku, z którego przybył. Przystanął jeszcze na sekundę i powiedział na pożegnanie. - Będę jutro na panią czekał… Nie wiedział czy Krwawa Marry coś jeszcze powiedziała i tak za dużo już usłyszał. Przygryzł wargi i starał się oczyścić umysł, lecz postać wampirzycy wciąż do niego wracała. -Spacer, tak. Tylko długi spacer może mi pomóc. – Powiedział sam do siebie i mimo wielu rzeczy, jakie na niego czekały, nie obrał drogi powrotnej do posiadłości Księcia. *** Głód był coraz mocniejszy, powoli przejmował kontrole. Kompozytor wiedział, że prędzej czy później będzie musiał mu ulec. Chciał ulec. Spotkanie z piękną wampirzycą wyprowadziło go kompletnie z równowagi. Gdy jego szczurza gwardia podczas spaceru powiadomiła go o intruzie, nie przypuszczał, że spotka w tych okolicach jakiegoś człowieka. Brodaty mężczyzna spał zagrzebany w kupce liści. Bezdomny? Najprawdopodobniej, ale wampir nie dbał o to. Biedak nawet się nie poruszył, kiedy bestia przykucnęła nad nim wpatrując się w jego osłonięta jedynie starą koszula, szyje. Nosferatu starannym ruchem odsunął skrawek materiału, po czym nie przedłużając tej chwili w nieskończoność zatopił swoje kły w ciepłym ciele człowieka. Smak vitae jak na zwykłego menela był doprawdy nienajgorszy. Cudowne uczucie rozchodzące się po całym ciele muzykanta wołało do niego: jeszcze, jeszcze! Wampir chciał poddać się instynktowi, jednak rozum wziął górę i tym razem. -Będziesz żył. – Rzekł do bezwładnie leżącego ciała i zalizawszy uprzednio rany na szyi człowieka podniósł się z ziemi. Zaspokoiwszy bestie odszedł tak jak przybył niezauważony. *** Lipiński szybkim truchtem szedł w kierunku dworu, chcąc nadrobić stracony czas. Choć emocję po spotkaniu z wampirzycą jeszcze do końca nie opadły, to mógł przynajmniej skupić się na innych mnożących się jak króliczki problemach. – Ciekawe czy zdążę złapać Archonta… Ostatnio edytowane przez mataichi : 05-18-2008 o 15:32. Powód: Post tworzony przy współpracy z naszą drogą panią MG ;) |
| |