![]() | ![]() |
![]() |
| |||||||
| Sesje RPG - World of Darkness Czy wiodłeś przykładny żywot? Czy grzechem zbrodni okryłeś istnienie swe? Na próżno! Życie ci skradli, wpisali Cię do przeklętych ksiąg, chyba... że pogrążysz się w mrok! Niech ciemność – matka zbłąkanych dusz - utuli Cię. Poczuj ból egzystencji i powstań z popiołów jako Nocy Dziecię. |
![]() |
| | Narzędzia wątku | Wygląd |
| | #51 |
![]() | Kierowca wypadł z auta z wrzaskiem. Karol wydawał się tyleż zdezorientowany, co zażenowany, a sam Brian nadal trwał ze swym uśmiechem przyklejonym do ust. Przymknął oczy i odetchnął głęboko, jakby starając się uspokoić i wmówić sobie, iż wszystko wokół jest tylko głupią iluzją. Delikatnie wyciągnął rękę i otworzył drzwi ich limuzyny. [Akceleracja] Nagle, w czasie krótszym niż mrugnięcie okiem, drzwi odskoczyły ze swego miejsca, a młody Gangrel zniknął... Czy może raczej wypadł z wozu z nadludzką wprost szybkością. Nim wrzeszczący kierowca zdołał postąpić jeszcze o dwa kroki, zgiął się w pół, odrzucony przez impet niewidzialnego uderzenia na kilka stóp do tyłu. Nim upadł na ziemię, z bezwładnie rozrzuconymi kończynami, Brian znów stał się widzialny dla nieprzystosowanego oka. Stał w miejscu, pochylony, z pięścią nadal wyciągniętą w geście przed chwilą zadanego ciosu. Oddychał głęboko. Dokładnie w splot słoneczny... Miał nadzieję, że nadpobudliwy taksówkarz jedynie leży jak nieżywy. Nie chciał go zabijać... Przynajmniej, dopóki nie upewni się, czy pozostali nie mają jakichś alternatywnych propozycji. Brian wyprostował się, rozciągając ramiona. Odgarnął dłonią włosy z czoła i spojrzał raz jeszcze w kierunku żywego, bądź nie, ciała. Cóż... W każdym razie przez jakiś czas możemy zająć się czymś innym. Gangrel odwrócił się w kierunku pierwszej limuzyny, od której w końcu zaczęła się ta kolejna awantura.
__________________ Ich bin ein Teil von jener Kraft Die stets das Böse will Und stets das Gute schafft... |
| | |
| Reklama |
| |
| | #52 |
![]() | Karol Lipiński Zanim Nosferatu zdążył zareagować Brian w mgnieniu oka obezwładnił nieszczęsnego kierowcę. Wampir zawinął się na powrót swoim szalem klnąc cicho pod nosem. Pierwszy raz od przybycia do stolicy Islandii Karol czuł ogarniający go gniew. Nie chcąc żeby emocje zatruły mu właściwy osąd sytuacji zagryzł dolną wargę i momentalnie uczucie bólu sprowadziło pożądany spokój. -Dobra robota - pochwalił towarzysza wychodząc z limuzyny. – Nieszczęśnik podczas hamowania uderzył o kierownice samochodu tracąc przytomność i kto wie jakie absurdalne rzeczy mogły mu się przyśnić.- Lipiński rozłożył ręce w geście bezradności. – Biedaczek, jak dobrze, że Brianie udzieliłeś mu pomocy. – Dokończył jednak jego uwaga była skupiona już na pierwszej limuzynie. - Chodźmy przyjrzeć się bliżej, co też się takiego wydarzyło. – zaproponował i wolnym krokiem zaczął podchodzić do pierwszej limuzyny. Potrącili człowieka pierwsza myśl przemknęła przez głowę Karola gdy ujrzał leżącą postać. Coś było w niej dziwnego…coś, co nie pozwalało oderwać od niej wzroku wampira i przyciągało jak magnez. Karol rozpoznając oblicze nieznajomego znieruchomiał i o ile było to w ogóle możliwe zbladł jeszcze bardziej. Za życia był gorliwym katolikiem i nawet po śmierci nie zapomniał o wierze. Nie, to tylko zwykła zbieżność wyglądu przekonywał sam siebie, spojrzał jednak na Roberta, który z samochodu przyglądał się potrąconemu i również on wyglądał na zaskoczonego. Człowiek zaczął powolutku podnosić się z ziemi. - Kim do licha jesteś? – Z ust Lipińskiego padło jedynie krótkie pytanie, nagle jego wargi wydawały się niezwykle suche i nie zdolne do artykulacji jakiegokolwiek słowa. |
| | |
| | #53 |
![]() | Cokolwiek się tu stało, było to dziwne. Przerażająco dziwne... Przez parę chwil przyglądał się jeszcze zbierającemu się z ulicy osobnikowi, po czym otworzył drzwi i powoli wysiadł z wozu. Kątem oka przyuważył Briana, który w tempie niemożliwym do pojęcia dla starego i kalekiego Ventrue oszołomił taksówkarza. Cóż, był skuteczny, strasznie skuteczny... Warto będzie go mieć po swojej stronie. Zapukał delikatnie do szyby kierowcy "limuzyny". Ten od razu obniżył ją, ukazując swą spoconą twarz i przekrwione, rozbiegane oczy. - Proszę się nie martwić. Nie stało się tu nic wielkiego, temu panu nic nie będzie, a odpowiedzialność za całą sytuację bierzemy na siebie. Naprawdę, wszystko jest w porządku.- mówił głosem ciepłym, miłym, życzliwie uśmiechając się do taksówkarza i wbijając w niego wzrok, tym razem ciepły, miły. (zauroczenie) Skinął na kierowcę, ten- zdawałoby się, dużo spokojniejszy- podniósł szybę. Nie powinien już sprawiać problemów, a przynajmniej taką nadzieję miał Aligarii- nie potrzeba im było bowiem kolejnych trudności. Mieli ich i tak aż za dużo. - Z drugim porozmawiam jak tylko wróci do siebie. O ile wróci.- rzucił jeszcze do reszty towarzyszy, po czym skupił się już na podnoszącym się z ziemi tajemniczym nieznajomym... Powolnym krokiem zbliżył się do niego i- gdy ten po raz kolejny przy użyciu siły swoich ramion próbował wstać, Robert delikatnie pchnął go w plecy laską- tak, by znów sprowadzić go do "parteru", a potem kucnął dokładnie przed jego twarzą. - Wybacz proszę ton, jakim mój przyjaciel zwracał się do ciebie, lecz to wina nerwów. Wszyscy przeszliśmy już dziś naprawdę wiele i nikt z nas nie ma za bardzo głowy do rozwiązywania tego typu problemów... Chciałbym więc, byś powiedział nam sam- kim jesteś, jak się tu znalazłeś i co tu robisz...?- spytał wampir, wciąż z niedowierzaniem patrząc się na mężczyznę. Dominik setki lat temu często mówił o objawieniach. I chociaż na wspomnienie mnicha Aligarii skrzywił się nieznacznie to kto wie- może właśnie doznał jednego z nich...?
__________________ Kutak - to brzmi dumnie. |
| | |
| | #54 |
![]() | Wstrząs wyrwał Antoine z zamyślenia. Wioząca ich taksówka gwałtownie hamowała, a potem rozległ się głuchy stukot ciała uderzającego o maskę. Wampir utrzymał się na siedzeniu, lecz kamerdyner miał mniej szczęścia. Poleciał do przodu uderzając się boleśnie. - Sacrébleu! – wnerwionemu Antoine zawsze wyrywały się słowa w jego rodzimym języku. Rozejrzał się, a potem rzucił sam do siebie, kiedy książę wysiadał właśnie zobaczyć poszkodowanego: - Wybuch nastąpił o 6.23 – analizował sytuację tak, by wysiadający książę usłyszał. – Teraz minęło 18 minut. Mamy 6.41. Słońce wschodzi o 9.33. Mamy więc naprawdę niewiele czasu i warto pomyśleć jednak o jakim takim legowisku, bo ów Roland może nas wszystkich załatwić na cacy po prostu przeciągając sprawę, potem zaś wypychając jakimś fortelem na światło dzienne. Antoine rozejrzał się wokół. 6.41. Każde miasto o takiej porze lśni już pełnym blaskiem życia. Ulicami ciągną samochody, ludzie śpieszą do pracy i nawet, jeżeli początkowo nie pojawiło się wielu gapiów, to minął ledwie moment, kiedy ktoś stanął, jakiś inny kierowca przystanął, chcąc spytać czy pomoc. Było oczywistym, ze lada moment zjawi się miejscowa służba policyjna i zabawa zabawą, ale po prostu trzeba było się zebrać jak najdalej stąd. Wprawdzie pasażerowie taksówek nie mieli nic wspólnego z samym wypadkiem, ale strażnicy mogli ich zatrzymać chociażby do przepytania, albo spisać dokumenty, a archont nie miał ochoty ani na jedno, ani na drugie. Wyszedł i spojrzał na księcia przepytującego trafionego mężczyznę. Cóż, wygląd miał niezwykły, ale, hm, jedni się stylizowali na Hitlera, inni na Merlin Monroe, a jeszcze inni, szczególnie pokolenie dzieci kwiatów, właśnie tak. - Pan wybaczy – przerwał na moment księciu – tu jest telefon do mnie. Jakby co, ja mam pański numer. Niestety nie mogę się wybrać z panami. – rzekł podając Stańczykowi wizytówkę na której widniał numer oraz imię i nazwisko. Potem zwrócił się do kamerdynera – Idziemy. Skierował się w boczną ulicę uważnie skanując przestrzeń [nadwrażliwość], czy przypadkiem nie jest śledzony. Po drodze wstąpił na pocztę miejska. Była niewielka i oferowała oprócz dwóch okienek do załatwiania spraw także dwie kabiny telefoniczne. Tego mu było trzeba. Zadzwonił, składając pierwszy raport na temat wydarzeń. Opowiedział, jak zwykle dokładnie wszystko, co miało miejsce przekonany, że słuchający go Etrius nie jest szczególnie zadowolony. Antoine nie mógł wyczuć tego starego Tremere. Enigmatyczny, tajemniczy, pełen niezwykłej potęgi. Teraz był jednak naprawdę niezadowolony i, szczerze powiedziawszy, Antoine wcale mu się nie dziwił. Członek Rady zakończył telefon krótkim: - Obserwuj dalej i melduj o każdym niezwykłym elemencie – po czym zerwał połączenie. - Szanowna pani – zwrócił się Antoine do urzędniczki pocztowej, młodej, ale nieszczególnie wyglądającej, rudej, piegowatej dziewczynie, – turysta z Francji prosi o pomoc w znalezieniu hotelu. Czy mogłaby mi pani wskazać coś odpowiedniego. Pani uśmiech daje mi nadzieję na pomoc, które bezskutecznie szukałbym gdzie indziej. [Prezencja] - Ja ... – urzędniczka na chwilę zaplątała się oraz mocno rumieniąc. – Tutaj w pobliżu jest kilka dobrych hoteli. Każdy mieszkaniec Reykiaviku wie. Niedaleko są CenterHotel Thingholt, CenterHotel Skjaldbreid, 4th floor Hotel oraz inne. - A który pani poleca? - Myślę, ze dla gentlemana 4th floor Hotel na ulicy Snorrabraut. Jeden z moich znajomych z Norwegii bardzo chwalił ten hotel. Prowadzony jest przez sympatyczną rodzinę, która zostawia gościom wiele swobody. - Po cóż szukać dalej. Dziękuję za pomoc, madame. Wiedziałem, ze tak urocza dama musi być uprzejma. Miłego dnia - Antoine pozostawił zarumienioną urzędniczkę. - Idziemy – zwrócił się do Stephena - do tego hotelu. Ostatnio edytowane przez Kelly : 11-12-2007 o 17:35. |
| | |
| | #55 |
| Obsługa ![]() | Brian, Karol, Robert Nie minęło nawet ćwierć doby od przylotu do Reykjaviku, a Stańczyk był gotów uznać, że przyszło mu rządzić miastem wariatów. Nie, gorzej – miastem b-ł-a-z-n-ó-w. Może to dlatego go wybrano? No tak, od gęby nie da się uciec, chyba, że w inną gębę – jak to pisał Gombrowicz. Takie oto myśli błąkały się po umyśle Księcia, kiedy przpatrywał się człowiekowi wyglądającemu jak chrześcijański syn boży. W jeszcze większą dezorientację wprawiły go słowa i zachowanie Archonta. - Pan wybaczy, tu jest telefon do mnie. Jakby co, ja mam pański numer. Niestety nie mogę się wybrać z panami. – rzekł Antoine, podając Robertowi wizytówkę. „Jaki numer? Przecież nie używam żadnego z tych technicznych dziwactw...” Zanim jednak Ventrue zdążył wymyślić odpowiedź, która przystawała jego pozycji, Archont oddalił się, a mężczyzna siedzący na ziemi, wreszcie spojrzał nań i... uśmiechnął się szeroko. - Grabulka! – wyciągnął dłoń w stronę Roberta. Nie spodziewając się takiej reakcji, Książę odruchowo cofnął się, ku wielkiemu zaskoczeniu potrąconego przez auto mężczyzny. Swoją drogą... poszkodowany prezentował się nadzwyczaj rześko, biorąc pod uwagę fakt, że uderzył w maskę jadącego z normalną prędkością samochodu. Aby człowiek o powierzchowności Jezusa nie czuł się głupio, Karol Lipiński wyciągnął w jego kierunku swą opatrzoną w rękawiczkę dłoń. Na to mężczyzna uśmiechnął się jeszcze szerzej i bez jakiejkolwiek krępacji wsunął rękę pod palto Karola, tak by złapać go za przegub ręki. - Oooo! – obcy wydał się zdziwiony i uradowany zarazem. – Nowy paskudek w mieście! Hejże hej, hejże ha Nosferku! Co tam kryjesz w tym sweterku? Egzemę, futerko czy ogoneczek? Pokaż wszystkim moc krosteczek! I choć nie dla Ciebie miss-wybory, Nikt ci u nas nie poskąpi nory! Bądź więc gościem Rejkiaviku, Co atrakcji ma bez liku, hej! Po tej przyśpiewce, obcy zerwał się na równe nogi i uściskał mocno Karola. - Witamy w mieście Jezusa Chrystusa! – zawył radośnie, po czym obrócił się do Briana i Roberta - To może i my się poznamy mordeczki? Jestem Dżej, skrót od Dżizys. Kumacie, nie? Miny pozostałej trójki nie bardzo świadczyły, iż ich właściciele „kumają”, ale Dżej widać się tym nie zrażał. - Ty z laską, pytałeś, co tu robię, nie? To ja ci odpowiem, jako gospodarz: gadam z wami, a wcześniej... szedłem sobie i jak mnie znienacka łaska pana nie rąbnie.... Allelluja bracia! Antoine Archont spieszył się jak mógł z wypełnieniem swoich obowiązków. W końcu im szybciej skończy, tym więcej będzie miał czasu dla siebie. Szedł teraz zdecydowanie w stronę 4th floor Hotelu, a za nim z nosem w mapie podążał jak zawsze wierny cień - Stephane. Wszystko bolało kamerdynera po dopiero co przeżytym wypadku, ale jakże mógł zawieść swego pana? Bez słowa skargi prowadził go do niedaleko położonego hotelu. Ten budynek w przeciwieństwie do Borga utrzymany był raczej w duchu „nowomody” i modernizmu, więc jego forma wielce zainteresowała Toreadora. ![]() Kiedy Antoine wreszcie skończył przypatrywać się detalom budowli, jego kamerdyner odważył się nieśmiało zagadnąć: - A to nie wracamy do limuzyny?
__________________ Lecz po nocy przychodzi dzień A po burzy spokój ... Warsztaty Pisarskie - warto zajrzeć, warto się przyłączyć! |
| | |
| | #56 |
![]() | - Raczej nie, Stephen. - A pańscy towarzysze nie będą się zastanawiać, co się z panem stało? - To nie są moi towarzysze, tylko osoby, które mają przewodzić temu miastu. Tymczasem ja nie mam tutaj nic do powiedzenia. Ot, po prostu reprezentuję Radę. Jestem jak konsul w obcym kraju. Nawet, jeżeli mam jakieś możliwości działania, to jest niegrzecznie się wtrącać. Dlatego, póki nie będę musiał naprawdę, nie będę nikomu właził w drogę, jak zawsze zresztą. - Tak, wiem, ale ... - No i ten wypadek – kontynuował Antoine. - No właśnie – jaśnie panie – zwykła stłuczka. Pewnie pies z kulawą nogą się tym nie zainteresuje. - Owszem, gdyby to było zwykłe puknięcie zderzakami, ale tam mięliśmy inną sytuację. Po pierwsze, ktoś walnął w maskę samochodu. Spowodowało to zatrzymanie się samochodów co najmniej na kilka minut, a prawdopodobnie kilkanaście. Jestem przekonany, że ktoś zadzwonił natychmiast do miejscowych służb oraz pogotowia. Czyli, że zaraz będą mieli na karku służby. Po drugie, to są limuzyny sieci taksówkowej. Na 99% mają zainstalowany GPS i pewnie będą ciekawi, co się z chłopakami dzieje, że nagle się zatrzymali. - A przecież klienci mogli ich poprosić o zatrzymanie się właśnie w tym miejscu. - Mogli, mogli, dlatego pewnie zaraz zapytają kierowców, czy to oznacza, ze są wolni i można ich posłać do nowych klientów. Rzecz jasna, może obowiązują tu inne procedury, ale raczej wątpię. I jeżeli ktoś z centrali się odezwie, to jak myślisz, co odpowiedzą kierowcy? - No, niewiele, jeden jest uziemiony przez pana Briana, a drugi, drugi wydaje się w porządku. - Owszem, pewnie powie po interwencji księcia, że nic się nie stało, ot drobiazg. Ot, takie małe walnięcie w kogoś na ulicy, ot, niewielka strata przytomności przez drugiego kierowcę, ot takie sobie malutkie wydarzenia. Jak myślisz, jak zareaguje firma? - Pewnie natychmiast kogoś wyślą. Bowiem po takiej odpowiedzi pewnie obawialiby się, że kierowcy chyba, no nie wiem co, ale cos niekoniecznie normalnego. Chyba, ze dyspozytor uzna to za głupi żart i po prostu machnie ręka na całą sprawę. - Owszem, możliwe, jednakże wolę nie opierać się wyłącznie na tym przypuszczeniu. Tylko, ze widzisz, tu istnieje jeszcze kwestia ubezpieczenia. Dlatego niezwykle mała jest szansa, żeby zostawił sprawę w spokoju. Uderzenie w maskę zazwyczaj powoduje rysy. Zarówno firma, jak również towarzystwo ubezpieczeniowe będą musieli to sprawdzić. Dlatego, gdyby na głowę nie zwaliły się im nagle służby miejsce oraz przedstawiciele firmy, byłoby to zaiste nadzwyczajne. Dlatego raczej darujemy sobie powrót. Jeżeli książę będzie chciał się spotkać, zadzwoni. Jeżeli ni, cóż, będziemy mieli trochę czasu dla siebie. Tak, musimy znaleźć trochę czasu na kupno domu. Zajmiesz się tym Stephenie, kiedy trochę odpoczniesz. Służący kiwnął głową. Modernistyczny, nowoczesny 4th floor Hotel wzbudził w Antoine pozytywne myśli. Był elegancki, jednocześnie zaś ciepły. Ulokowany rzeczywiście w centrum, niedaleko portu, jednocześnie zaś bliski tym ośrodkom kultury, które Antoine planował odwiedzić. Recepcjonistka elegancko ubrana, młoda dziewczyna zapytała: - Witamy panów. Czy mają panowie rezerwacje? - Niestety – odrzekł Antoine, - ale znajomy polecił ten hotel. Interesuje nas pokój, - Czy na dłużej, czy jedna doba? - Czy to jakaś różnica? - No cóż, jeżeli na jedną dobę nie byłoby problemu. Mamy wolny pokój trzyosobowy na pierwszym piętrze. Niemniej, jutro zaczyna się Europejski Zjazd Hodowców Kanarków. Zamówili wszystkie miejsca, ale od jutra. Dzisiaj, jeżeli panowie – rzuciła znacząco – mają taką chęć, jeden pokój jest do panów dyspozycji. - Jasne – odpowiedział Antoine. – Jesteśmy zainteresowani pokojem. - Jakieś bagaże? - Ach, nie, jesteśmy tutaj przejazdem. Tylko, mamy wielką prośbę. Bardzo prosimy, żeby przez cały dzień nikt nam nie przeszkadzał, przynajmniej do popołudnia. Zresztą, któryś z nas się odezwie. - Rozumiem – recepcjonistka kiwnęła głową. – nasz hotel zapewnia gościom całkowitą dyskrecję. - Właśnie, o to chodzi. Nie chcielibyśmy, żeby ktokolwiek się dowiedział, że gościmy tutaj. - Dyskrecja to nasza specjalność. Proszę się nie niepokoić. Boy zaprowadzi panów do waszego apartamentu. Czy życzą sobie panowie jakieś dodatkowe usługi? - Chwilowo dziękujemy. Kiedy rozlokujemy się, zastanowimy się jeszcze. Pokój był ładny, czysty, dobrze wyposażony. Miał bufet, łazienkę oraz trzy wygodne łóżka. Także spora łazienka zachęcała do skorzystania z luksusów. To przede wszystkim zainteresowało Toreadora, Stephen zaś usiadł przy internecie. Pokój bowiem oferował także bezpłatne połączeni do sieci. Po chwili pluskający się pod prysznicem wampir uchwycił nagły wybuch śmiechu kamerdynera. - Cóż się stało? – Krzyknął. - Jaśnie panie, poczytałem sobie trochę o tym hotelu. I wie pan co, teraz rozumiem owe słowa recepcjonistki. To hotel specjalnie przyjazny dla homoseksualistów i ona nas za takich , mam wrażenie, wzięła. Toreador zastanowił się. Całkiem możliwe. On sam czuł niechęć do nachalnie propagowanej kultury gejowskiej, ale do prywatnego realizowania preferencji seksualnych nic nie miał. Jeżeli wzięliby ich tutaj za homoseksualistów, mniejsza szansa, ze ktokolwiek ich znajdzie. Ta myśl wywołała w nim uśmiech zadowolenia oraz rozbawienia. Wprawdzie śmiesznie trafili, jednakże co z tego. Należało wykorzystać okazję, wrażenie zaś recepcjonistki stanowiło jej prywatna sprawę. Wampir nie planował wyprowadzać jej z błędu. Ponadto, wszak planowali tu być tylko kilka godzin, później zaś chciał udać się na zakupy. Nowe garnitury, które stracił podczas wybuchu oraz do, najlepiej pożądaną rezydencję. Oczywiście, zakupy uwzględniały także skrzypce. |
| | |
| | #57 |
![]() | Karol Lipiński Karol był zaskoczony dziwacznym powitaniem, ale uścisk nieznajomego wyrwał go z szoku. To na pewno nie jest człowiek a takie zachowanie mogło świadczyć tylko o jednym…to jeden z tutejszych malkavian - pomyślał i sycząc z gniewu wyrwał się z uścisku Dżeja, wolał nie myśleć, co też ten wariat mógł mu zrobić przez ten krótki czas. - Jeżeli jeszcze kiedykolwiek mnie dotkniesz to pożałujesz – powiedział i bez problemu zmienił swój głos tak, aby zabrzmiał jak najgroźniej, był wściekły więc nie musiał się starać za nadto. Może zareagował zbyt impulsywnie, bo co jak co przywitanie nieznajomy urządził mu oryginalne, ale ostrożności nigdy za wiele. Nowy paskudek w mieście!...nawet rozbawiło go to określenie. No tak, był drugim przedstawicielem swojego klanu w Reykjaviku. Musi się skontaktować z pierwszym Nosferatu, on na pewno wiedziałby wiele przydatnych i pomocnych rzeczy, ale niestety na razie Karol miał na głowie inne sprawy niecierpiące zwłoki. - Nie czas na pogawędki na środku drogi.-Zwrócił się do Księcia, niecierpliwiąc się.- Mieliśmy określony cel podróży i jeśli się nie mylę nasz nowy towarzysz zmierza w tym samym kierunku.- Chciał już powiedzieć: ruszajmy stąd jak najszybciej najszybciej i zostawmy tego wariata.. ale resztka rozsądku przemówiła do świadomości wampira. Jednego był pewien, brzydził się malkavianami i wolał trzymać się od nich z daleka. Z oczywistych przyczyn było to zamierzenie skazane na porażkę. |
| | |
| | #58 |
![]() | "Ty z laską"- to określenie z pewnością nie przypadło do gusty dumnemu Robertowi. W tej chwili najchętniej ukarałby Dżeja jak każdego plebejusza, mocnym uderzeniem w twarz. Ten pomysł nie był jednak realny, gdyż po pierwsze- był on Malkavianinem, a dotykanie Malkavian od lat napawało Aligariego grozą, po drugie zaś- mógł okazać się jeszcze całkiem przydatny... - Tak, monsieur... Dżizys- wykrztusił w końcu z siebie wciąż zaszokowany sytuacją Ventrue- Ja zaś mam na imię Robert, to moi przyjaciele- Karol i Brian. Jesteśmy tu od niedawna i mielibyśmy do Ciebie pewną prośbę...- urwał, posyłając króciutkie spojrzenia w kierunku Lipińskiego i Borowicza. Jego dłoń jakby mimowolnie mocniej i pewniej chwyciła laskę... - Przebyliśmy daleką drogę, panie Dżej, wszyscy jesteśmy już zmęczeni, a powoli nadchodzi także poranek, czyli słońce- a jakie to złowrogie światło ma wpływ na nasze organizmy wiemy chyba wszyscy, prawda? Ale niestety, żywot posłańców nie jest łatwy, a można powiedzieć, iż nimi jesteśmy. Podróżujemy w kierunku siedziby k...- przerwał, na chwilę na twarzy wampira pojawiło się delikatnie zarysowane uczucie niesmaku- księcia Rolanda, by donieść mu o nowinach z "samej góry", które to z pewnością będą dlań interesujące. A pan, jak mniemam, wie, gdzie znajduje się ta siedziba. Może więc zaprowadzi nas tam pan w zamian za, powiedzmy, podrzucenie do jakiegoś pańskiego lokum przed rankiem? Nie sądzę bowiem, by ta okolica była dobrym miejscem na powitanie dnia...
__________________ Kutak - to brzmi dumnie. Ostatnio edytowane przez Kutak : 11-15-2007 o 19:31. |
| | |
| | #59 |
![]() | Gangrel skinął głową Lipińskiemu, uśmiechając się. Niespiesznym krokiem podszedł do pierwszej limuzyny. Zobaczył dwie postacie, jedną z nich był książę, a drugą... "To ja ci odpowiem, jako gospodarz..." Gospodarz... Brian w pierwszym odruchu parsknął śmiechem, jednak niemal natychmiast zreflektował się i zamaskował swój wybuch oszczędnym kaszlem. Czyżbyśmy właśnie omal nie zabili eks-księcia, szanownego Rolanda? - przemknęło mu przez myśl. Pozostali jednak najwyraźniej nie wzięli takiej możliwości pod uwagę - cóż, może Gangrel rzeczywiście się mylił... Mimo to, jakby na skwitowanie tej myśli, pozwolił sobie na lekki uśmiech. Zerknął na pozostałych swych towarzyszy - Karol wyrwał się Dżizysowi z obrzydzeniem, a Aligari najwyraźniej z podobnymi odczuciami próbował się z Malkavianem porozumieć. Antoine'ea nigdzie nie było widać - czyżby uznał, że perypetie rady nie są jego sprawą? Brian skrzyżował ręce na piersi, zdecydowawszy, że na razie nie będzie zabierał głosu w dyskusji. Uchwycił spojrzenie Aligariego. Oho... Mało nas, więc zaczynamy współpracować...
__________________ Ich bin ein Teil von jener Kraft Die stets das Böse will Und stets das Gute schafft... |
| | |
| | #60 |
| Obsługa ![]() | Brian, Karol, Robert - Uuu jedziecie do Mistrza Rolanda? – Dżej zagwizdał jakby po raz pierwszy coś zrobiło na nim wrażenie. – No tak, może nawet się da u szachmastera przekimać, jak znów chaty nie sfajczą... To ja się też zabiorę, bo ta boska łaska mnie dziś dobija... i to dosłownie. Mężczyzna o wyglądzie Jezusa rozmasował obolały kark i nie pytając o pozwolenie władował się do pierwszej limuzyny na miejsce pasażera. Strapieni Kainici przyglądali się chwilę jego uduchowionej postaci. - No nic... – westchnął wreszcie Książę. – I tak mieliśmy tam jechać, więc przyda się nam ktoś, kto nas wpuści. Dobrze, że Malkav nie wsiadł do samochodu z Dereszem. Jedźmy! Brian i Karol już mieli udać się do drugiej limuzyny, kiedy przypomnieli sobie o „niedysponowanym” kierowcy. Spojrzeli na siebie pytająco, jednak po zagubieniu w oczach poznali smutną prawdę... żaden z nich nie potrafił prowadzić pojazdu. - Em... mamy problem. – odezwał się wreszcie Gangrel, gdy Robert już miał wsiąść do swojej limuzyny. – Nasz kierowca... tego em... miał omamy i jakby to powiedzieć... zemdlał. Przy słowie „omamy” Brian wskazał palcem przykrytą szalem twarz Nosferatu. Wtem z daleka rozległo się wycie syren. Dżej wychylił się przez otwarte drzwi samochodu i krzyknął. - Ej, pijawy, wiejmy! Ku Klux Klan jedzie.
__________________ Lecz po nocy przychodzi dzień A po burzy spokój ... Warsztaty Pisarskie - warto zajrzeć, warto się przyłączyć! |
| | |
| Reklama |
| |
![]() |
| Użytkownicy aktualnie czytający ten wątek: 1 (0 użytkownik i 1 gości) | |
| Narzędzia wątku | |
| Wygląd | |
| |
Podobne wątki | ||||
| Wątek | Autor wątku | Forum | Odpowiedzi | Ostatni Post / Autor |
| [Wampir:Maskarada] DELIRIUM | Mira | Toplista sesji | 1 | 01-07-2008 13:54 |
| Wampir: Maskarada | Solfelin | Przewodnik po Ś M | 0 | 04-14-2007 21:43 |
| Zamówienie - Wampir: Maskarada | Solfelin | Archiwum rekrutacji | 48 | 10-16-2006 16:29 |
| [komentarze] Wampir Maskarada | Milly | Archiwum sesji World of Darkness | 85 | 11-17-2005 13:54 |
| [sesja] Wampir Maskarada | Milly | Archiwum sesji World of Darkness | 185 | 10-31-2005 23:25 |