Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - ogólnie > Systemy i dyskusje historyczne
Zarejestruj się Użytkownicy

Systemy i dyskusje historyczne Tematy związane ze wszystkimi systemami historycznymi i okołohistorycznymi, a także dyskusje poświęcone historii.


Odpowiedz
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 23-10-2008, 21:29   #1
 
Rudolf's Avatar
 
[DP] Ciekawostki

Wszystkie zamieszczone artykuły można odszukac i wiele innych na stronie Muzeum Pałac w Wilanowie

Prosze o zamieszczanie tu krótkich tekstów, ciekawostek na różny temat,
dzisiaj o winie węgierskim.

Na Węgrzech wino się rodzi, a umiera w Polsce

Przysłowie to może świadczyć o popularności wina węgierskiego w dawnej Polsce i o strukturze w handlu tym towarem między obu państwami. Wino z Węgier zwane tokajem, grzybem tokajskim, madziarem, maślaczem lub węgrzynem, znajdowało w Polsce wielu odbiorców. Coraz większą rolę odgrywało na naszym rynku począwszy od XVI wieku, a w pierwszej połowie następnego XVII stulecia Polska stała się największym importerem węgierskiego wina. I tak, tylko w okresie pięciu lat – od 1637 do 1641 r. - sprowadzono do naszego kraju blisko 61 500 beczek win węgierskich, zatem ponad 12 000 rocznie. Natomiast w drugiej połowie XVIII stulecia (jak wynika z rejestrów polskich komór celnych z lat 1765-1777) wielkość importu węgrzyna była znacznie zróżnicowana. Maksymalną ilość węgierskich trunków sprowadzono w 1766 r., było to około 26 000 beczek, najmniej zaś (niecałe 200), cztery lata później, w roku 1770. Po pierwszym rozbiorze Polski (w latach 1773-1777) import ten zmalał prawie o połowę – do 11 119 beczek rocznie. Takie rozmiary importu utrzymywały się do końca lat osiemdziesiątych XVIII w. Nawet mimo tego spadku (według danych z 1776 r.), spośród win sprowadzanych do Polski te pochodzące z Węgier dominowały. Nieco mniej przywożono win francuskich, pozostałych zaś – w tym wołoskich, reńskich, zielonogórskich, morawskich, włoskich, monasterskich i frontyniaka - znikome ilości.



Orginalne wnętrza wegierskiej winnicy

Wino węgierskie transportowano w beczkach. W okresie od XVI do XVIII w. ich objętość stopniowo znacznie się zmniejszała – prawdopodobnie ze 100 do 48 lub 40 garncy. Według ceł koronnych z 1765 r. beczka węgierska mieściła 3 wiadra morawskie, tzn. 150,8 litrów. Najwięcej tych trunków docierało do Małopolski, znacznie mniej do innych regionów kraju, w tym Wielkopolski, Prus Królewskich, oraz na terytorium Wielkiego Księstwa Litewskiego. Różnice w wielkości przywozu win do Krakowa i do Poznania między 1750 a 1763 r. były ogromne; ilość win madziarskich, którą w tym czasie sprowadzono do głównego miasta Wielkopolski, była od ośmiu do czternastu razy mniejsza.

źródło: Z. Guldon, L. Stępkowski, Kwart. Hist. Kult. Materialnej 1986/4
 

Ostatnio edytowane przez Rudolf : 27-10-2008 o 19:32.
Rudolf jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 24-10-2008, 22:53   #2
 
Rudolf's Avatar
 
Produkcja piwa w Elblągu


W XVI i w XVII w. cech browarników (niem. Maltzenbräuer) istniejący w Starym Mieście Elblągu zrzeszał przedsiębiorców finansujących i organizujących produkcję piwa, którzy zatrudniali piwowarów – fachowców (zwanych tu Schuffenbrauer), odpowiedzialnych za techniczną stronę produkcji trunków. Nie wiadomo, ilu członków liczył wtedy cech. Sukcesywnie przyjmowano do niego nowych mistrzów, choć w różnej liczbie, zależnie od istniejącej koniunktury na piwo. W omawianym okresie rocznie było to średnio 7-13 osób, maksymalnie 22 (1610/1611 r.), minimalnie zaś 3 (1632 r.). W jednym roku (1660/1661) nie przyjęto nikogo. Był to niesprzyjający czas dla produkcji browarniczej – po okupacji szwedzkiej, pladze głodu i zarazie. Z kolei wraz ze wzrostem popytu na piwo i rosnącą jego produkcją cech powiększał grono mistrzów. Nowi bracia wnosili odpowiednie opłaty. Wysokość tych wpłat oraz zakres uzyskiwanych uprawnień były różne. Prawdopodobnie zależały od obywatelstwa, tzn. czy kandydaci pochodzili z samego Starego Miasta Elbląga, czy spoza niego.




Cech browarników posiadał własne panwie warzelnicze (duże miedziane naczynia do warzenia brzęczki, mocowane nad paleniskiem na żelaznych belkach i podstawach), ponosił też koszty związane z ich zakupem lub naprawą. Do obsługi panwi najmował piwowarów (od 3 do 7), którzy warzyli piwo dla członków organizacji. Piwowarzy otrzymywali wynagrodzenie w zależności od ilości sporządzonego napoju oraz dodatkowe sumy pieniędzy – „na kaftan”, na korzystanie z łaźni, „na buty”. Od każdego waru (ilości uwarzonego piwa) browarnicy wpłacali do kasy bractwa odpowiednią kwotę. Liczba warów w poszczególnych latach była zmienna, wynosiła od 323 do 791. Ożywienie produkcji piwowarskiej nastąpiło w okresie od 1646 do 1657 r. i 1681-1700, a gwałtowny jej spadek na początku lat sześćdziesiątych XVII w. Najwięcej piwa wytwarzano w miesiącach wiosennych (od marca do maja) i zimowych (w listopadzie i grudniu), gdy warunki klimatyczne były najdogodniejsze (wiosną) i po wejściu na rynek nowych zbiorów (zimą), a zarazem przed świętami – Wielkanocą i Bożym Narodzeniem.

Prócz lokalnych trunków Elblążanie nabywali też piwo wytwarzane we wsiach oraz w innych ośrodkach, głównie w Świętej Siekierce oraz w Lubece, Brunszwiku i Rostoku. Miejscowy cech próbował przeciwdziałać tej konkurencji.

źródło: Andrzej Klonder, Kwartalnik Historii Kultury Materialnej, 1980/2
 

Ostatnio edytowane przez Rudolf : 27-10-2008 o 18:16.
Rudolf jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 24-10-2008, 23:30   #3
 
Rudolf's Avatar
 
Lekarz Jana III Sobieskiego - Bernard O'Connor



Irlandczyk Bernard O’Connor (ok. 1666 – 1698 ), fizyk, przyrodnik i historyk, studiował medycynę na uniwersytetach w Montpellier i w Paryżu (doktoryzował się w Reims w 1691 r.).Podczas pobytu w Paryżu poznał dwóch Polaków, prawdopodobnie synów kanclerza koronnego Jana Wielopolskiego, i udał się z nim i do Polski – najpierw do Krakowa, a stamtąd do Warszawy. Dzięki rekomendacji posła weneckiego został przedstawiony królowi Janowi III Sobieskiemu, który w początku 1694 r. powierzył mu stanowisko lekarza nadwornego. O’Connor pragnął nawiązać tu kontakty zawodowe z lekarzami i przyrodnikami, lecz takich specjalistów praktycznie nie znalazł, zatem zajął się historią i aktualnym stanem Rzeczpospolitej.

W Polsce przebywał niespełna rok, lecz był dobrym obserwatorem; wiele też zawdzięczał lekturom oraz rozmowom z wybitnymi przedstawicielami życia politycznego i kulturalnego, a przede wszystkim z samym monarchą, którego wysoko cenił. Owocem jego przemyśleń nad historią i współczesnością nowego dlań kraju było dwutomowe dzieło z zakresu historii, geografii, prawa i polityki pt. The History of Poland in several letters to persons of quality, wydane w Londynie w 1698 r. (wkrótce pojawiło się tłumaczenie niemieckie w 1700 r. i łacińskie w 1768 r.). To wartościowe i oryginalne dzieło, powstałe w związku z elekcją polską w 1697 r., składa się z obszernych listów do wielu wybitnych osobistości ówczesnej Anglii. Znacznie ciekawsza od części historycznej jest część druga, oparta na własnych obserwacjach autora i licznych rozmowach. Jest to – po raz pierwszy napisany w języku angielskim - wszechstronny obraz ówczesnej Polski, zarówno prawno – ustrojowy, jak i obyczajowy, geograficzny i przyrodniczy. The History of Poland ilustrowano niesygnowanymi sztychami, wśród których znalazła się mapa Korony i Litwy, tu reprodukowana.

O’Connor jako medyk stawiał trafne diagnozy (jak np. w przypadku choroby siostry królewskiej, Katarzyny Radziwiłłowej), toteż liczył się na dworze, przez co nie zabrakło mu wrogów. Zdając sobie jednak sprawę z kruchego zdrowia wciąż niedomagającego Sobieskiego, wiedział, iż jego pacjent nie pożyje długo, a wówczas dalszy pobyt w Polsce okaże się dlań niemożliwy. Skorzystał więc z okazji wyjazdu Teresy Kunegundy do Brukseli i razem z nią, jako lekarz przyboczny, opuścił Warszawę 11 listopada 1694 r. Przez Holandię udał się do Londynu, gdzie został członkiem Royal Society (1695). Nie zerwał kontaktów z Polską; interesował się nadal zdrowiem Jana III, korespondując w tej sprawie z biskupem płockim Andrzejem Chryzostomem Załuskim. Zmarł 30 października w Londynie po krótkiej, nieznanej chorobie, charakteryzującej się wysoką gorączką; pochowano go na cmentarzu St. Giles in the Fields.

Hanna Widacka
 

Ostatnio edytowane przez Rudolf : 27-10-2008 o 18:21.
Rudolf jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 27-10-2008, 10:36   #4
 
Rudolf's Avatar
 
Św. Felicissimy patronka wolnej elekcji


Wolne elekcje były każdorazowo momentem kryzysowym. Walki stronnictw, ingerencja obcych mocarstw, zawieszenie normalnego funkcjonowania państwa –Jana III Sobieskiego, była jednak pod jednym względem wyjątkowa. W czasie bezkrólewia prymas Michał Stefan Radziejowski, uzyskał wyjątkowy dar od papieża Inocentego XII – szczątki rzymskiej męczennicy – Felicissimy (z łac. felix – szczęśliwy). Na początku 1697 roku złożono ją w warszawskiej katedrze, a następnie uroczyście przeniesiono do kościoła Świętego Krzyża. Felicissima miała być patronką szczęśliwej elekcji. Oczywiście dla francuskiego kandydata księcia Conti, bowiem Radziejowski był głową stronnictwa profrancuskiego. Męczennica nie spełniła pokładanej w niej nadziei, bo pole elekcyjne o mało nie zmieniło się w miejsce bitwy, a Conti, został pokonany przez bardziej energicznego elektora saskiego Fryderyka Augusta, który błyskawicznie wkroczył do Polski i koronował się na króla pod imieniem Augusta II. Stronnicy Francuza, w większości przeszli na stronę Wettina. Tym którzy nie pogodzili się z nowym monarchą pozostała nowa święta. Sam prymas kazał się pochować nieopodal niej. W swym nagrobnym pomniku, ostentacyjnie adoruje, umieszczone w ołtarzu, szczątki rzymskiej męczennicy. Patronka elekcji została z czasem zapomniana i zlekceważona przez Polaków, a wybór jakiemu patronowała chyba nie był najszczęśliwszy. to cechy charakterystyczne dla wyboru nowego władcy. Elekcja odbywająca się po śmierci.



Kościół Św. Krzyża

źródło: Ryszard Mączyński, "Mówią wieki", nr 9, 1986

*Tu w 1683 król Jan III Sobieski zawierzył Bogu siebie i Ojczyznę przed wyprawą na Wiedeń.
*Od 1765 król Stanisław August Poniatowski każdego roku w dniu swojego patrona 8 maja nadawał w tym kościele Order św. Stanisława.
*3 maja 1792 odbyło się tu uroczyste posiedzenie Sejmu Rzeczypospolitej, w pierwszą rocznicę uchwalenia konstytucji 3 maja.
 

Ostatnio edytowane przez Rudolf : 27-10-2008 o 18:32.
Rudolf jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 27-10-2008, 19:27   #5
 
Rudolf's Avatar
 
Podróż po dawnej Polsce, z uwagi na wielokilometrowe trasy, fatalny stan dróg i przypadkowy stan pojazdów, zwykle przewlekała się w nieskończoność. Konieczny stawał się nocleg, ponieważ nie zawsze można było zajechać do dworu czy na plebanię. Dla wygody podróżnych przy traktach wznoszono więc – bodajże od czasów piastowskich – karczmy, znane też jako osterie, austerie i oberże.

Lecz historia karczmy wiąże się głównie z prawem propinacji, na mocy którego tylko szlachta mogła produkować i sprzedawać trunki we własnych dobrach. Stąd karczma pełniła też inne funkcje:
była miejscem spotkań i zabaw okolicznej ludności, miejscem zawierania umów, organizowania takich uroczystości jak wesela, chrzciny, stypy, wreszcie sprzedaży wyrobów rzemieślniczych i wiktuałów, lecz przede wszystkim trunków – piwa, miodu i wódki.



Rozkład karczmy I typ



Rozkład karczmy II typ

Karczmy prowadzili podlegający bezpośrednio dworowi karczmarze – dzierżawcy, tzw. arendarze; od XVII w. funkcję tę przejęli głównie Żydzi. Jakub Kazimierz Haur w swojej słynnej Ekonomice Ziemiańskiej, napisanej w latach 1670 – 1680, poświęcił cały rozdział instytucji karczmy, wykładając m. in. obowiązki oberżysty: „Karczmarz ma być ludzki, każdemu uprzejmy i dogodny (...) ma mieć muzykę zwyczajną : dudę i skrzypka, którym tanecznicy płacą (...), albowiem szynk bez muzyki, wóz bez smarowidła, taniec bez dziewki za nic nie stoi”.

Drewniane oberże wznoszono w XVII i XVIII w. według dwóch, zbliżonych zresztą, typów (dotrwałych do XIX stulecia); w obu znajdowała się chata właściwa, tzn. izba z sienią i alkierzem, oraz obszerna szopa – tzw. „stan”, oznaczający zarazem stajnię, wozownię i halę noclegową dla tych podróżnych, którzy z braku miejsca nie nocowali w izbie. Polskie austerie nie cieszyły się dobrą opinią, zwłaszcza wśród zagranicznych wojażerów. I tak np. francuski dworzanin króla Jana Kazimierza, Gaspar de Tende o pseudonimie Sieur de Hauteville, w ostatniej ćwierci XVII w. pisał : „W głębi tej stajni jest zwykle izba z piecem, ale nie można tam mieszkać w lecie z powodu much, pcheł, pluskiew oraz fetorów. Nawet przy dużych upałach okna pozostają tam zamknięte”. W dodatku bliskie (pod jednym dachem!) sąsiedztwo koni, krów, drobiu czy beczek kiszonej kapusty, połączone z nieznośnymi hałasami, a nieraz burdami, powodowały, iż zasnąć było po prostu trudno. Z jedzeniem nie było lepiej: klientela karczem trafiała się nieregularnie, toteż nie robiono większych zapasów. Radzono więc podróżować nie tylko z własną pościelą, lecz także z żywnością.

źródło: Maria Dembińska, Kwartalnik Historii Kultury Materialnej 1980/4
 
Rudolf jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 31-10-2008, 20:43   #6
 
Rudolf's Avatar
 
'Wywiad' w czasach Sobieskiego


Dyplomacja Jana III Sobieskiego wcale dobrze radziła sobie na arenie międzynarodowej. W niemałej mierze współtwórcą polskich sukcesów dyplomatycznych był opat oliwski Michał Hacki, dla którego ówczesna kryptografia nie miała tajemnic. Poznawszy zdolności Hackiego, król stworzył namiastkę tajnych służb, zadaniem których było przechwytywanie, kopiowanie i deszyfrowanie korespondencji dyplomatycznej. Ludzie Hackiego działali z zadziwiającą precyzją i bezwzględnością, nie wahając się przed zabójstwami dyplomatycznych kurierów innych państw. Kiedy obcy dyplomaci zorientowali się, że tajemnicze zabójstwa nie są dziełem przypadku, przemycali listy w poczcie kupieckiej, ale i ta była przechwytywana i po skopiowaniu odsyłana do adresata. Czarny gabinet Hackiego przejmował większość korespondencji rezydentów francuskich i brandenburskich, a zdobyte w ten sposób informacje, król znakomicie wykorzystywał do swych celów.


Michał Hacki

Największym osiągnięciem polskich wywiadowców było zdemaskowanie francuskich planów niedopuszczenia do sojuszu polsko-austriackiego. Po tym sukcesie Hacki dalej dostarczał swemu mocodawcy bezcennych informacji, również o spiskach opozycji. Pod koniec życia króla Jana, wierny sługa padł jednak ofiarą francuskiej intrygi. Oskarżony o próbę otrucia władcy, wycofał się z polityki, kończąc z działalnością która bardziej niż życie bogobojnego mnicha, przypominała przygody bohatera powieści spod znaku płaszcza i szpady.
 
Rudolf jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 04-11-2008, 12:52   #7
 
Rudolf's Avatar
 
Diabeł Łańcucki

Stanisław Stadnicki osiedlił się w Łańcucie w 1578 roku, posiadając już dobrze zasłużoną sławę człowieka nie liczącego z prawem. W latach 1573–1575 jego nazwisko trafiło do akt sadowych jako winnego napadu na Przeworsk. Napady, gwałty, wyprawy rabunkowe i morderstwa, których się dopuszczał zyskały mu przezwisko „Diabła Łańcuckiego”. Bandytą na wielka skalę został jednak dopiero w czasie wojny o tron polski pomiędzy Zygmuntem III Wazą i Maksymilianem Habsburgiem. Stadnicki opowiedział się po stronie tego ostatniego a po klęsce pod Byczną ( 1588 ) pozbierał niedobitki jego wojska i na ich czele spustoszył województwo krakowskie. W tym czasie Łańcut stał się twierdzą pełną żołnierzy-rozbójników. O ich liczbie daje pojęcie fakt, że do rokoszu Zebrzydowskiego przed bitwą pod Guzowem (1607), Stadnicki przystąpił prowadząc kilkanaście własnych chorągwi jazdy (w tym trzy husarskie), a także piechotę i artylerię. Co prawda, nie widząc szans na powodzenie, zniknął z obozu rokoszan. Do największych wyczynów Diabła Łańcuckiego należało zdobycie Lwowa (1606), kiedy jedna z jego ofiar, Aleksander Korniak, szukała tam sprawiedliwości. Kres tej bandyckiej działalności położył Łukasz Opaliński, który mając dość prześladowań w 1609 roku zdobył i splądrował Łańcut, a w rok później jego żołnierze dosłownie roznieśli na szablach samego Stadnickiego. Na występki Diabła Łańcuckiego przez palce patrzyły sądy i dwór królewski, trzeba było dopiero innego bezwzględnego magnata by je ukrócić.

Stanisław Stadnicki, zwany "Diabłem Łańcuckim", uważany do dziś za jednego z największych awanturników w dziejach Rzeczypospolitej, był początkowo wielce zasłużonym dla korony rotmistrzem. Brał udział w wyprawie Stefana Batorego na Gdańsk i Moskwę. Urażony, że jego wyczyny nie zostały docenione wyjechał na Węgry, gdzie w wojsku cesarza Rudolfa II walczył przeciw Turkom. Później popierał starania arcyksięcia Maksymiliana o koronę polską i przez jakiś czas przebywał na Śląsku. Stamtąd przyjechał do Małopolski i wsławił się wieloma napaściami na dwory i miasteczka oraz ich grabieżami.

Z Łańcuta Stadnicki wiódł prywatne wojny z sąsiadami, napadł na Rzeszów Mikołaja Spytka Ligęzy, niszczył dobra ormiańskiego uszlachconego rodu Korniaktów, którym był winien pieniądze, prowadził też regularną wojnę ze starostą leżajskim, Łukaszem Opalińskim. Wojna ta trwała 3 lata. Został zabity w 1610 r. Na dobra najechał teraz Łukasz Sienieński, spadkobierca Anny Pileckiej, do której należały włości przed Stadnickimi. Wypędził stąd wdowę pod Stadnickim i jego dzieci. Jednak po kilku miesiącach Anna Stadnicka przy pomocy kasztelana trockiego, Antoniego Chodkiewicza odbiła swoje włości.

Za czasów Stanisława Stadnickiego dwór oraz samo miasto zostały zrujnowane. Jego synowie zbudowali nową siedzibę już poza granicami miasta - w nowym miejscu, na wzgórzu, gdzie wznosi się obecny zamek. Ostatecznie jednak, w roku 1628 młodszy z synów sprzedał zadłużone dobra Stanisławowi Lubomirskiemu.


Rezydencja wybudowana przez S.Lubomirskiego na miejscu zrujnowanego zamku Stadnickich.
 
Rudolf jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 10-11-2008, 21:58   #8
 
Rudolf's Avatar
 
Kapłon cóż to takiego



Wśród zapomnianych potraw kuchni staropolskiej szczególne miejsce zajmował kapłon, obiekt rozmarzonych westchnień staropolskich smakoszy, synonim świątecznego posiłku i, można by rzec, niekoronowany król staropolskiej kuchni. Jak pod koniec XVIII wieku pisał słynny polski przyrodnik Jan Krzysztof Kluk: Kapłonem zowią koguta, któremu członki rodzajne wyrzynają się dla większej tłustości i smaku lepszego. Był to więc kastrowany, tuczony kogut, który nabierał znacznie większej masy niż normalny ptak i przede wszystkim wprost ociekał tłuszczem. Dla naszych wygłodniałych po licznych i surowych postach przodków był więc po prostu smakowitym kąskiem, bez którego nie można było sobie wyobrazić porządnego obiadu. Jak powtarzano: niedobry obiad, gdzie sztuki mięsa i kapłona nie masz.



Kapłon zajmuje bardzo ważne, wręcz honorowe miejsce w pierwszej polskiej książce kucharskiej pióra Stanisława Czernieckiego. W przepisach zgromadzonych przez niego odnajdujemy np. Kapłona z kiełbasami sarniemi, albo kapłoniemi, Kapłona z sardellami, Kapłona z grzankami chleba białego, Kapłony całkiem nakładane, Bigosek kapłoni, Kapłona smacznego, a także Kapłona z chrzanem, Kapłona po holendersku, Kapłona z perdutą (jajami puszczanymi na wodę), Kapłona octem nalanego żywcem, Kapłona smażonego z słoniną i zamykającego opis stu potraw mięsnych Kapłona z kawiorem. W rzeczywistości dań z kapłona jest u Czernieckiego znacznie więcej, gdyż ten poczciwy ptak ukrywał się także w przepisach na liczne potrawy, frykaszy, a także w rosołach. Dla Czernieckiego kapłon był kluczem do polskiej kuchni, pewnym wzorcem używanym w przepisach, w których autor pozwalał czytelnikowi wybór odpowiedniego rodzaju mięsa, sama receptura często jednak opisywała wersję dania z kapłonem w roli głównej.

Ukoronowaniem tego swoistego cursus honorum jest u Czernieckiego Sekret pierwszy kuchmistrzowski: kapłon całkiem w flasie, czyli kończący rozdział o potrawach mięsnych przepis specjalny. W tym wypadku jest to rodzaj barokowego konceptu, którego celem jest nie tyle dogodzenie podniebieniom biesiadników, ile ich zaskoczenie i zaciekawienie: się będzie każdy dziwował, jako tamtego włożono kapłona [...] a kto tego nie wie, nie będzie przez podziwienia wielkiego. "Kapłona we flasie" przyrządzano używając samej kapłoniej skóry, z której starannie wyciągano mięso i kości. Formowano z niej następnie coś w rodzaju balona czy worka, który wkładano do tytułowej „flaszy” (butelki), napełniano żółtkami z mlekiem i gotowano razem z butelką. Po napęcznieniu wyglądało to jak ogromny kapłon, który jakimś cudem zmieścił się przez szyjkę butelki. Jak z dumą pisał autor:
autor się będzie każdy dziwował, jako tamtego włożono kapłona [...] a kto tego nie wie, nie będzie przez podziwienia wielkiego.
 
Rudolf jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Odpowiedz



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 07:16.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2021, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168