Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > Zakątek LI-teracki > Warsztaty Pisarskie Last Inn
Zarejestruj się Użytkownicy

Warsztaty Pisarskie Last Inn Jeśli chcesz udoskonalić swój warsztat pisarski lub wiesz, że możesz pomóc w tym innym, zapraszamy do naszej forumowej szkoły pisania! Znajdziesz tu ćwiczenia, porady, dyskusje i wiele innych ciekawostek dotyczących języka polskiego.


Zamknięty Temat
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 08-02-2009, 23:58   #1
 
woltron's Avatar
 
Reputacja: 1465 woltron ma z czego być dumnywoltron ma z czego być dumnywoltron ma z czego być dumnywoltron ma z czego być dumnywoltron ma z czego być dumnywoltron ma z czego być dumnywoltron ma z czego być dumnywoltron ma z czego być dumnywoltron ma z czego być dumnywoltron ma z czego być dumnywoltron ma z czego być dumny
[Otwarte Warsztaty Pisarskie] Temat 2

Jako Temat 2 wybrałem propozycję Angroda (gratuluję). Zasady ([Otwarte Warsztaty Pisarskie] Pisać każdy może!) są takie same jak poprzednio (min. 1/2 strony - max. 2 strony). Prace należy nadsyłać do 22.02.2009.

Rozwiń historię:
Na ulicy st.Leonards jak jak zwykle o tej porze było pusto. Gwiazdy i księżyc oświetlały kamienice i biegnący wzdłuż nich bruk. W oddali rozlegał się tupot butów o kostkę nawierzchni. Osian opadał już z sił i ciężko sapał, ale nie zwalniał. Kierował się w stronę samotnej, starej gazowej latarni, stojącej na końcu ulicy. Ostatkiem sił doskoczył do niej i zapalił światło. Latarnia zapłonęła. Mężczyzna osunął się na ziemie opierając się o słup. Z kieszeni wysunął mu się pozłacany zegarek na łańcuszku. Kot, który z dachu kamienicy obserwował całą sytuację, mruczał cicho.

PS: Komentarze do Tematu 1 ciągle otwarte - zachęcam do komentowania
 
__________________
"Co do Regulaminów nie ma o czym dyskutować" - Bielon przystający na warunki Obsługi dotyczące jego powrotu na forum po rocznym banie i warunki przyłączenia Bissel do LI.

Ostatnio edytowane przez woltron : 09-02-2009 o 00:19. Powód: dodałem PS, skasuję po zamknięciu komentarzy do tematu 1
woltron jest offline  
Stary 09-02-2009, 18:32   #2
 
Prabar_Hellimin's Avatar
 
Reputacja: 79 Prabar_Hellimin wkrótce będzie znanyPrabar_Hellimin wkrótce będzie znanyPrabar_Hellimin wkrótce będzie znanyPrabar_Hellimin wkrótce będzie znanyPrabar_Hellimin wkrótce będzie znanyPrabar_Hellimin wkrótce będzie znanyPrabar_Hellimin wkrótce będzie znanyPrabar_Hellimin wkrótce będzie znanyPrabar_Hellimin wkrótce będzie znanyPrabar_Hellimin wkrótce będzie znanyPrabar_Hellimin wkrótce będzie znany
**Na ulicy st.Leonards jak jak zwykle o tej porze było pusto. Gwiazdy i księżyc oświetlały kamienice i biegnący wzdłuż nich bruk. W oddali rozlegał się tupot butów o kostkę nawierzchni. Osian opadał już z sił i ciężko sapał, ale nie zwalniał. Kierował się w stronę samotnej, starej gazowej latarni, stojącej na końcu ulicy. Ostatkiem sił doskoczył do niej i zapalił światło. Latarnia zapłonęła. Mężczyzna osunął się na ziemie opierając się o słup. Z kieszeni wysunął mu się pozłacany zegarek na łańcuszku. Kot, który z dachu kamienicy obserwował całą sytuację, mruczał cicho.**

Rozmyte światło lampy, powoli niknące w ciemności, zastąpił biały blask, niezwykle jasny, jednak nie rażący oczu tak jak światło odbite od śniegu w zimowe południe. Światło bijące z końca złotego tunelu było raczej przyjemne, zachęcające i kojące. Osian zaciekawiony zbliżył się nieco, ostrożnie stawiając kroki. Ruch nie sprawiał mu trudu, nie wymagał żadnego wysiłku. Po chwili dotarł do końca tunelu, stanął przed delikatną błękitną kotarą, wiszącą w przejściu do jakiegoś pomieszczenia. Osian odsunął zasłonę i wszedł do środka.

Znalazł się w kolejnym korytarzu, o nieprzebranej długości. Naprzeciw wejścia były drzwi, takie same, jak tysiące innych w tym korytarzu – podwójne, orzechowe, z witrażami w skrzydłach. Ponad nimi na mosiężnej tabliczce wygrawerowane było: **Osian Lebreux; 1837-19..**
Nad napisem wisiał zegar ścienny, jednak jego wskazówki już się zatrzymały. Obok drzwi stał rosły mężczyzna w czarnym płaszczu, w kapeluszu w tym samym kolorze, rzucającym cień na jego twarz. Osian spojrzał na niego pytająco. Mężczyzna przekręcił duży klucz tkwiący w zamku i otworzył szeroko drzwi. Za nimi znajdowała się sala, w której naprzeciw wejścia stało duże biurko, oraz dwa mniejsze z prawej i z lewej strony sali. Na środku było drewniane krzesło. Mężczyzna wskazał je dłonią Osianowi. Ten wszedł nieśmiało.

Za biurkiem z lewej strony siedział barczysty, ciemnowłosy mężczyzna, gładko ogolony, w nienagannym garniturze i błyszczących pantoflach. Z prawej strony siedziała mała dziewczynka, z jasnymi włosami zaplecionymi w dwa warkocze, zakończone białymi kokardkami. Ubrana była w jasną koronkową sukienkę. Za dużym biurkiem była starsza dziewczyna w czerwonej sukni, z ciemnymi, rozpuszczonymi włosami, siedząca twarzą do ściany.

-Hmmm... co my tu mamy? Osian Lebreux. Mój ulubiony człowiek. Szkoda że jsteśmy już tutaj – odezwał się mężczyzna w garniturze
-Tutaj, znaczy gdzie? Gdzie jestem, kim wy jesteście?
-O! Faktycznie, nie przedstawiłem się. Mów mi Lucjan. To jest Andżelika.
-Dzień dobry – uśmiechnęła się niewinnie dziewczynka
-A ta niewiasta, siedząca tyłem?
-To Anna.
-Miałem córkę o tym imieniu – westchnął Osian
W tej chwili dziewczyna się uśmiechnęła. Rozległ się też chichot Andżeliki.
-Tak... my właśnie między innymi w tej sprawie – powiedział Lucjan, powstrzymując śmiech
-Co to znaczy?
-Chodź – Anna wstała i otworzyła niewielkie drzwi za biurkiem. Wszyscy poszli za nią.

Ich oczom ukazał się wielki ogród. Wschodnia jego część była porośnięta bujną trawą, pełna krzaków róż, tulipanów, jabłoni i grusz. Gdzieniegdzie tryskały wodą piękne fontanny. W części zachodniej był to raczej nieużytek, a wręcz pustynia, z rzadka usiana głazami i wyschniętymi drzewami. Przez ogród biegła długa, kręta droga, miejscami wybrukowana. Słońce na niebie świeciło wysoko, co wskazywało, że jest około południa.

Szli ścieżką przez ogród, co chwilę przystając na rozmowę o życiu Osiana. Początkowo droga nie była zbyt kręta, jednak im dalej, tym wiła się bardziej, to w stronę zielonej części ogrodu, to w stronę nieurodzajnej. Przebyli spory kawałek, aż doszli do ostrego zakrętu w stronę zielonego ogrodu.

-Patrzcie! Patrzcie! To tutaj! - krzyczała rozradowana Andżelika, skacząc z nogi na nogę.
-Cóż takiego? - spytał zdziwiony Osian
-Tutaj postanowiłeś pilnować porządku na ulicach, dbać o bezpieczeństwo w mieście nocą. Bardzo nieodpowiedzialny wybór. Źle płatna, niebezpieczna i zajmująca dużo czasu praca. - wyjaśnił Lucjan. Wokół widoczna była scena z życia Osiana, gdy podjął pracę jako stróż nocny.
-Zachowa pan swoje komentarze dla siebie, panie Lucjanie. - skarciła mężczyznę Andżelika
-Ruszajmy dalej – ponagliła ich, stojąca dotąd bez słowa, odwrócona tyłem Anna. Osian stał jeszcze przez chwilę, wpatrzony w złoty zegarek, który leżał obok ścieżki.

Przeszli kilka kroków, gdy odezwał się Lucjan.
-O! A tu mamy początek wielkich kłopotów.
Wokół widoczna była scena narodzin małej Ani Lebreux.
-Jak pan może tak nazywać narodziny córki pana Lebreux?! Przecież to była jedna z najlepszych chwil w jego życiu! - podenerwowała się dziewczynka
-Taka jest prawda. Dzieci są nierentowne. Osian wiódłby spokojne, dostatnie życie, gdyby nie dziecko.
-Dajcie spokój. Chodźmy dalej – znów ponagliła ich Anna. Uwagę Osiana znów zwrócił leżący zegarek. Wskazówki tykały niezwykle wolno.

Przeszli bez słowa dużą część drogi. Ścieżka coraz bardziej zbaczała w stronę zachodu.
-A co tu mamy? Tu Osianie posłałeś córkę do szkoły. Świetny sposób, żeby oderwać się od problemu...
-Niech pan już wreszcie przestanie! - podniosła głos Andżelika
-Cóż ale przez to pogrążyłeś się w pracy. Druga strona medalu – kontynuował Lucjan, niewzruszony ganieniem dziewczynki.

Ruszyli dalej, aż po chwili znowu się zatrzymali. Tym razem nikt nie powiedział ani słowa. Widoczna była scena pogrzebu. Osian upadł na kolana i zapłakał. Andżelika położyła mu rękę na ramieniu, starając się go pocieszyć. Nawet Lucjan powstrzymał się od zgryźliwych komentarzy.

Osian był tej nocy zmęczony, zaniechał więc patrolu wszystkich ulic, obchodząc tylko główną. Wrócił wcześniej do domu. Oczekiwał powrotu córki z internatu na święta. Nie doczekał się. Po nieprzespanej nocy dowiedział się, że została brutalnie zgwałcona i zamordowana. Jej zmasakrowane ciało zostało znalezione w uliczce, której Osian postanowił nie sprawdzać.
-Chodźmy, już niedaleko – powiedziała zasmucona Anna.
Lucjan wstał, zabierając ze sobą leżący na ziemi zegarek. W czasie dalszej drogi rozmawiali:
-Po tym wydarzeniu stwierdziłeś, że zaniedbałeś swoje obowiązki. Zamartwiałeś się. Fanatycznie przykładałeś się do pracy. Rozpiłeś się. No, choć coś zrobiłeś w tym okresie dla siebie – mówił Lucjan.
-Winił się pan za śmierć córki. Choć to nie była pana wina. Nie pana wina, że są na świecie źli ludzie. Przez alkohol pokłócił się pan się z żoną. Przezeń też trafił pan tutaj.

Stanęli na rozdrożu. Na lewo, w stronę pustyni, droga kończyła się przy drzwiach. Na prawo, w stronę ogrodu, droga wiła się jeszcze daleko i wiele razy się rozgałęziała.
-Spójrz na zegarek, który trzymasz w ręku. Masz wybór: twój zegar może teraz stanąć na zawsze, gdy pójdziesz z Lucjanem na lewo, lub możesz iść z Andżeliką na prawo. Wtedy twój zegar będzie jeszcze tykać długi czas. Będziesz mógł naprawić swoje życie, pogodzić się z żoną. Wybór należy do Ciebie.
-Ale nie wiem, czy mi wybaczy. – powiedział Osian, wpatrując się w zegarek
-Ja Ci wybaczyłam, tato – Ania odwróciła się twarzą do ojca, uśmiechnęła się, po czym odeszła.

Osiana obudziło światło poranka. Ocknął się, schował zegarek do kieszeni i pobiegł do domu, przeprosić żonę, za lata po śmierci córki.
 
__________________
Zasadniczo chciałbym przeprosić za tę manierę, jeśli kogoś ona razi w oczy... ;P

Ostatnio edytowane przez Prabar_Hellimin : 10-02-2009 o 13:28.
Prabar_Hellimin jest offline  
Stary 09-02-2009, 21:54   #3
 
Matyjasz's Avatar
 
Reputacja: 614 Matyjasz to imię znane każdemuMatyjasz to imię znane każdemuMatyjasz to imię znane każdemuMatyjasz to imię znane każdemuMatyjasz to imię znane każdemuMatyjasz to imię znane każdemuMatyjasz to imię znane każdemuMatyjasz to imię znane każdemuMatyjasz to imię znane każdemuMatyjasz to imię znane każdemuMatyjasz to imię znane każdemu
Osjan, postrach tylu pokoleń studentów Oxfordu biegł. Choć ogarniało go zmęczenie on biegł, tyle już lat minęło podczas gdy on kontynuował swój pęd. Wzdłuż drogi na skraju ciemności stali wszyscy ci którzy towarzyszyli mu podczas długich nocy w bibliotekach, Arystoteles, Platon, Epikur, Mahomet, Budda, Jezus. Nauki ich wszystkich i wielu innych pozwoliły rozpalić mu kaganek który niósł biegnąc. Ostatkiem sił dobiegł do samotnej latarni i przy użyciu swego kaganka ,który od lat płonął podsycany jego rządzą wiedzy, zapalił światło.
Czarny kot mruknął cicho i odszedł w ciemność.
Zmęczony swym długim życiem profesor Oxfordu usiadł opierając się o latarnie. Był szczęśliwy, znalazł to czego przez całe życie poszukiwał. Poświęcił wszystko co miał życie rodzinne, majątek ojca, posadę wykładowca filozofii. Wszystko by dotrzeć do tego miejsca i zapalić światło oświecenia. Odnalazł sens życia. I to napawało go szczęściem.
-Osjanie...
Ulicą w stronę latarni zbliżała się odziana w czarną szatę z kapturem postać.
-Osjanie... - Powtórzyła podchodząc na odległość wyciągnięcia ręki.
-Kim jesteś? Czy ja cię znam? Skąd mnie znasz?
-Nie, nie znasz mnie. Jednak ja ciebie znam. Tak jak znałam Arystotelesa, Platona i Epikura. Oraz nawet tego kota co uciekł w mrok.
-Kim, czym jesteś?
-Jestem tym co każdy prędzej czy później znajduje. Znalazłeś to czego szukałeś. Sens życia. Co zrobisz z tą wiedzą?
Profesor uniósł się dumą i mimo lęku odpowiedział.
-Będę żyć, zgodnie z sensem życia jaki odnalazłem.
Postać w czerni ponuro pokiwała głową.
-Patrzyłeś na zegarek?
Osjan sięgnął do kieszeni. Była pusta. Gorączkowo szukał zegarka. Prezentu który dostał kiedyś, a który teraz przypominał mu dawne szczęśliwe dni. Znalazł. Otworzył i zrozumiał. Na zegarze dochodziła północ.
-Ty, ty jesteś...
-Tak. Jestem.
-Jesteś śmiercią! Nie, nie teraz! Gdy w końcu odnalazłem sens życia nie mogę odejść!
-Osjanie! Ty przez całe życie miałeś jego sens pod własnym nosem. Tak jak ten kot który odszedł od światła wiedzy której przez całe życie szukałeś. On wiedziony instynktem wie jaki sens ma jego życie. Ty też wiedziałeś jaki jest sens twojego. Nie chciałeś go dostrzec, kryjąc się za filozoficznymi rozważaniami na temat życia. Teraz na końcu swojej drogi odkryłeś, że rozwiązanie miałeś ciągle przed sobą. Teraz jest już za późno by zawrócić.
-Co, co się z mną stanie? - Z przerażeniem w głosie zapytał były profesor. - Co mnie czeka po śmierci.
-Sąd.
Zapadła cisza przerwana przez Osjana.
-Znasz wyrok jaki mnie czeka?
-Nie, ja nie poszukuje wiedzy. Ja tylko wykonuję moją pracę. Lecz przypuszczam jaki może być. Na końcu swej drogi będziesz rozliczony z najcenniejszego daru jaki otrzymałeś, życia. A ty ten dar zmarnowałeś. Zamiast wykorzystać je w taki sposób jak trzeba ty je zmarnowałeś próbując znaleźć ten sposób. Pozostaje ci zdać się na litość Boga w którego wierzysz.
Na wieży jednego z miejskich kościołów odezwały się dzwony oznajmujące nadejście północy. Zegarek Osjana zatrzymał się.
-Chodź mędrcze, już czas. Rodzimy się i umieramy. Reszta zależy od nas. Twój czas na decydowanie minął. Chodź.
Osjan wstał i poszedł za śmiercią w ostatnią podróż. Szedł z poczuciem zawodu, oraz zmarnowania szansy. To czego szukał przez całe życie nie tylko nie dało mu szczęścia lecz napełniło go smutkiem.
 
Matyjasz jest offline  
Stary 12-02-2009, 11:01   #4
 
Sulfur's Avatar
 
Reputacja: 26 Sulfur jest na bardzo dobrej drodzeSulfur jest na bardzo dobrej drodzeSulfur jest na bardzo dobrej drodzeSulfur jest na bardzo dobrej drodzeSulfur jest na bardzo dobrej drodzeSulfur jest na bardzo dobrej drodzeSulfur jest na bardzo dobrej drodzeSulfur jest na bardzo dobrej drodzeSulfur jest na bardzo dobrej drodzeSulfur jest na bardzo dobrej drodzeSulfur jest na bardzo dobrej drodze
Na ulicy st.Leonards jak zwykle o tej porze było pusto. Gwiazdy i księżyc oświetlały kamienice i biegnący wzdłuż nich bruk. W oddali rozlegał się tupot butów o kostkę nawierzchni. Osian opadał już z sił i ciężko sapał, ale nie zwalniał. Kierował się w stronę samotnej, starej gazowej latarni, stojącej na końcu ulicy. Ostatkiem sił doskoczył do niej i zapalił światło. Latarnia zapłonęła. Mężczyzna osunął się na ziemie opierając się o słup. Z kieszeni wysunął mu się pozłacany zegarek na łańcuszku. Kot, który z dachu kamienicy obserwował całą sytuację, mruczał cicho.

- Spóźniłeś się Osian... – błyskając żółtymi, odcinającymi się od czerni nocy ślepiami, znudzonym głosem powiedział kot. – To już koniec, zawiodłeś.
- Co ty mówisz, Baltazar?
– bardzo cicho, wciąż z półprzymkniętymi oczami wydyszał mężczyzna. – Przecież jestem tu, zapaliłem tę cholerną latarnię, zdążyłem!
- Tak? – ukazując w uśmiechu małe, ostre ząbki kot podniósł ubrudzoną czarną łapkę i począł ją z zaciętością lizać. – Spójrz więc na swój drogocenny zegarek i podaj mi proszę godzinę, bo wiesz, jakoś tak poczucie czasu straciłem.

Obficie ociekający strugami potu mężczyzna wsunął rękę do kieszeni i złapał za misterny łańcuszek zegarka, który od zawsze przy sobie nosił. Podniósł go do poziomu oczu i otworzył powoli, jakby bał się tego co może zaraz ujrzeć.

- Niee... – dało się słyszeć pełne żalu i wyrzuty westchnienie. – Na pewno nie! To tylko zmęczenie, zwodzisz mnie!
- Nie tym razem, Osian. Pomyliłeś się. Zaraz tu będą.
- Zrób coś, Baltazar, przecież to ty mnie w to wszystko wplątałeś! To ty kazałeś mi nie bacząc na nic zapalić tę cholerną latarnie na drugim końcu miasta! – ze wściekłością wpatrzył się w obojętnego na otoczenie, dalej zajmującego się własną łapą, kota.
- Nie mogę, Osian, przecież wiesz. To była jedyna szansa. Szansa, którą tak po prostu zmarnowałeś.
- Ale to tylko minuta! Jedna, zafajdana minuta bez znaczenia! – krzyknął tak głośno, na ile pozwalało mu ściśnięte przerażeniem i ogromnym wysiłkiem gardło.
- To aż minuta, Osian! To aż 60 sekund, ogrom czasu! A ty po prostu nie zdążyłeś.
- Przecież ty też zginiesz. Oni dorwą każdego, nie oszczędzą nikogo. A już na pewno nie ciebie, prowodyra i winowajcę tego całego zajścia.
- Prowodyra i winowajcę? Co ty nie powiesz, Osian?
– znowu uśmiechnął się bezczelnie. – Ja próbowałem pomóc. Twoje niedołęstwo nie jest moją winą. Poza tym wiedz, że koty zawsze wykaraskają się nawet z najgorszych burd. Bez najmniejszej ryski, Osian.
- Poczekaj więc aż przyjdą, Baltazarze, kocie nie do zdarcia.
- A po co mam czekać i umyślnie narażać się na niebezpieczeństwo? Ach... strach przesłania ci oczy, co, Osian? – kot skończył zabieg upiększający i teraz wolno, wciąż mrucząc przechadzał się po dachu kamienicy. – Niestety, ja, mój drogi, swoją rolę odegrałem. Nie mam do zrobienia już nic więcej. No, może poza odejściem Gdzieś Tam.
- Nie!
– próbujący się podnieść mężczyzna zaczynał zdradzać objawy telepiącego nim od wewnątrz, panicznego strachu. – Co ze mną, Baltazar? Co mam zrobić?
- Nie wiem. Możesz tu zostać i jako jeden z pierwszych ujrzeć ICH twarze, albo spróbować uciekać. Twój wybór. Ja jestem kotem, Osian. Koty zawsze chadzają własnymi drogami
– jarzącymi ślepiami spojrzał na ledwo stojącego, wspartego na słupie latarni mężczyznę i z gracją zeskoczył z dachu niknąc w mroku nocy.

Odszedł.


Na wąskiej ulicy rozświetlanej tylko poświatą nikłą, bladą latarni, księżyca i gwiazd zapanowała absolutna, nieprzebita cisza. Okna licznych, ściśniętych ze sobą ciasno kamienic świeciły czernią już od dobrych kilku dni. Dziwne, to właśnie zawsze milczący i skryty rząd zarządził ewakuację. Może on też był w pełni świadom tego, o czym świadczy pojawienie się na niebie Anielskiego Posłańca, Deszczu Krwi i wielu innych niepokojących znaków. Naprawdę dziwne.

Baltazar miał rację – pomyślał Osian – Nikt nie jest w stanie im uciec, wszyscy skazani są na zagładę, bez szans, bez perspektyw, ot tak, po prostu. Już nie ma ratunku, to koniec.

Trzęsąc się spazmatycznie postąpił kilka kroków naprzód, w stronę jednych z półotwartych drzwi kamienicy. Nie były nawet zabarykadowane. Ktoś porzucił cały swój dobytek i po prostu uciekł.

Co oni naopowiadali tym biednym ludziom?

Wewnątrz było ciemno. Walające się po podłodze przedmioty codziennego użytku uniemożliwiały spokojne przejście przez pomieszczenie. Odruchowo skierował się na prawo, w kierunku, gdzie według niego znajdować powinny się drzwi do piwnicy. To właśnie z nimi żywił jakiekolwiek szanse na swoje przetrwanie. Trafił. Z trudem zszedł po stromych, zakręconych lekko schodach. Tu było trochę jaśniej. Krąg światła rzucany przez potężną żarówkę zawieszoną u sufitu wyłaniał z mroku ceglane ściany przecinające się co chwilę i tworzące prawdziwy labirynt tuneli i pomieszczeń.

A więc nie wyłączyli jeszcze prądu! Idioci!

Chwiejąc się lekko podszedł do szarego, zamazanego rozwidlenia korytarzyków. Wybrał prawą odnogę. I zamarł.
Pośrodku dużego, wysoko sklepionego piwnicznego pomieszczenia, w otoczeniu kilkudziesięciu zmasakrowanych okrutnie ciał stał...



...Demon. Zakuty w lśniącą w wypełniającym piwnicę ogniu, zbroję z ogromnym, zdobionym mieczem na plecach, spowity cieniem, owinięty poszarpaną, długą peleryną. Spełnienie najgorszych koszmarów, utytłany we krwi, o przeszywającym spojrzeniu czerwonych, jakby płonących oczu.

- Panowanie ludzi nad tym światem, już się kończy, Osian! – zawył potępieńczo - Przemija! Czujemy nową moc zstępującą w nasze wnętrza, jesteś bezsilny! Musisz zginąć! Albo... albo nam pomóc. Wybór należy do ciebie, Osian.
- Czego wy w ogóle chcecie od nas, ludzi? – cudem wyduszając z siebie glos szepnął niepewnie mężczyzna zaskoczony faktem, że jeszcze żyje.

Iście demoniczny śmiech rozniósł się po piwnicy.

- Naprawdę nie wiesz, Osian? Nie wiesz, że przez swą pychę i poczucie doskonałości, przez pleniące się w was zło odrzuciliście swojego ukochanego Boga? Potrzebujecie nowych panów! Teraz będziecie oddawać cześć nam, Demonom!
- A co jeśli się nie zgodzimy? – dziwiąc się swojej głupocie zapytał z wyraźną, od razu wyczuwalną kpiną.
- Wtedy zginiecie. Wszyscy. Jesteście zbyt marnymi stworzeniami, żeby żyć niezależnie i wolnie. – uśmiechnął się ukazując swemu przygarbionemu rozmówcy nienaturalnie wydłużone, zaostrzone kły.
- Więc kim będziecie wtedy rządzić? Kto oddawać wam będzie boską cześć?
- Nie mam czasu, na pogawędki. Przystajesz na moja propozycję, czy wybierasz śmierć? – gniewnie zaryczał wielki, umięśniony Demon i dobył przewieszonego przez plecy, ogromnego miecza.
- Zawsze byłem za ludźmi, przerośnięta świnio!

Cichy syk, szczęk i chlust krwi obficie zalewającej i tak już czerwoną ceglaną posadzkę.

- Kto... – cicho, kaszląc zadał pytanie – kto wam będzie oddawał cześć?
- Koty, Osian – padła równie cicha odpowiedź – koty.
 

Ostatnio edytowane przez Sulfur : 17-02-2009 o 22:50.
Sulfur jest offline  
Stary 12-02-2009, 15:58   #5
 
Ra6nar's Avatar
 
Reputacja: 89 Ra6nar wkrótce będzie znanyRa6nar wkrótce będzie znanyRa6nar wkrótce będzie znanyRa6nar wkrótce będzie znanyRa6nar wkrótce będzie znanyRa6nar wkrótce będzie znanyRa6nar wkrótce będzie znanyRa6nar wkrótce będzie znanyRa6nar wkrótce będzie znanyRa6nar wkrótce będzie znanyRa6nar wkrótce będzie znany
Mężczyzna nie miał już sił. To już koniec - pomyślał i opuścił głowę na lewy bark dysząc ciężko. Nie miał ochoty już uciekać, zwłaszcza po ciemku. Ciemność była tym, co przerażało go najbardziej. Uciekając co chwila patrzył przez ramię w każdy zaułek czy przypadkiem nie czai się tam na niego jeden z prześladowców, dlatego też dobiegł do starej latarni i zapalił światło by choć w ostatnich chwilach swojego życia czuć się pewnie. Po chwili Osian usłyszał jakiś chrzęst, spojrzał w górę, na dach jednej z kamienic, na którym siedział szary kot. Parszywy gnój! Gdybym tylko ja umiał tak skakać po dachach - mruknął mężczyzna i zwrócił głowę z powrotem w kierunku, z którego przybiegł. Z ciemności wyłaniała się przed nim wysoka postać w szarym płaszczu i kapeluszu. Postać szła powoli, jak gdyby delektując się chwilą, stukot eleganckich Oxfordów wypełniał całą uliczkę. Osian miał ochotę narobić w gacie, ale sam nie wiedząc dlaczego, powstrzymywał się. Gdy wysoki mężczyzna w płaszczu podszedł na odległość metra do siedzącej pod latarnią, niczym zbity pies sylwetki, rzucił ozięble:
-No...i na co tyle wysiłku na ucieczkę, jak i tak zamierzałeś sobie tutaj przycupnąć pod latarenką?
Osian cały się trząsł ze strachu, czuł jak po jego szyi spływa zimny pot wpadając za kołnierz i dalej plecami w dół. Oprawca odsłonił poły płaszcza i wyciągnął zzań Tommy guna.
- Chwileczkę! - jęknął błagalnie Osian - możesz mi to chociaż wytłumaczyć?
Mężczyzna przykucnął przy Osianie, tak, że ten mógł zobaczyć jego szpetną twarz oprycha.
Wszystko co mogę ci powiedzieć... - przerwał na chwilę mężczyzna - wszystko co mogę ci powiedzieć to to, że nie jest to nic osobistego. Czysty interes.
- Zaraz...jak to? Przecież płaciłem... - wypowiadając te słowa Osian dostrzegł jak mężczyzna w kapeluszu wstaje i celuje swoją broń prosto w niego, podjął więc tonem jeszcze bardziej przejmującym i jeszcze bardziej błagalnym - płaciłem haracz, przysięgam! Ja nigdy nie... - w tym momencie jego słowa przerwała długa seria z automatu. Jego ciało miotane było kulami niczym szmaciana lalka. Niemal całe usiane było dziurami po kulach, z których już po chwili zaczęła sączyć się ciemnoczerwona ciecz.
Oczy Osiana zaszły mgłą a z ust wydobyło się jeszcze tylko jedno słowo, wypowiedziane tonem na wpół żywego człowieka: Chryste....
Oprawca w kapeluszu stał jeszcze chwilę ze swoim Tommy gunem...z jego lufy wydobywała się delikatna smuga dymu, która niczym życie Osiana w mgnieniu oka rozpłynęła się w powietrzu...
***
Wraz z nadejściem poranka, nadeszła wiadomość do Dona Ceri. W bramie do jego posiadłości stał listonosz trzymając podłużną paczkę. Jeden z synów Dona, Paul Ceri, podszedł do listonosza i zabrał zawiniątko, kierując się do domu. Pospiesznie wszedł schodami na górę i skierował się bezpośrednio do gabinetu ojca, pchnął kulistą klamkę i rzekł do siedzącego przy biurku Dona:
- Patrz co nam przynieśli, Pop!
Don podniósł nieznacznie głowę i zaciągnął się mocno papierosem:
- Rodzina Pierro domaga się, jak widzę, pogorszenia stosunków między nami.
Don wstał i podszedł do syna, delikatnie zabrawszy od niego paczkę. Mimo, iż obaj doskonale wiedzieli co znajdą wewnątrz zawiniątka, Don położył je na biurku i począł odwijać szary papier. W środku znajdował się biały fartuch należący z pewnością do piekarza, a w nim zawinięte dwie martwe ryby...
 
Ra6nar jest offline  
Stary 17-02-2009, 14:59   #6
 
Prabar_Hellimin's Avatar
 
Reputacja: 79 Prabar_Hellimin wkrótce będzie znanyPrabar_Hellimin wkrótce będzie znanyPrabar_Hellimin wkrótce będzie znanyPrabar_Hellimin wkrótce będzie znanyPrabar_Hellimin wkrótce będzie znanyPrabar_Hellimin wkrótce będzie znanyPrabar_Hellimin wkrótce będzie znanyPrabar_Hellimin wkrótce będzie znanyPrabar_Hellimin wkrótce będzie znanyPrabar_Hellimin wkrótce będzie znanyPrabar_Hellimin wkrótce będzie znany
Tak mnie nagle naszedł inny pomysł na rozwiązanie kwestii drugiego tematu otwartych warsztatów, więc postanowiłem to wysłać, żeby się nie marnowało Mam nadzieję, że nikt nie ma nic przeciwko.
---

Osian siedział tej nocy w swoim luksusowym fotelu, przy kominku, w pokoju na plebanii. Jak zwykle zresztą w sobotę o tej porze. Myślał nad kazaniem na jutrzejszą mszę. Nagle przeraźliwy krzyk, dobiegający od strony ulicy, przerwał jego rozmyślania. Ksiądz podniósł się z fotela i wyjrzał przez okno. Niczego nie zauważył, zatem nałożył płaszcz, zabrał lampę naftową i wyszedł na dwór.

Na ulicy nikogo nie było. Osian zaczął przechadzać się, bacznie się rozglądając. W alejce biegnącej koło szkółki parafialnej widać było leżącą osobę. Ksiądz podszedł bliżej. Na bruku leżała młoda, jasnowłosa dziewczyna, zupełnie blada. Na szyi miała ślady, jakby po ukłuciu, z których ściekała resztka krwi. Osian upuścił lampę. Nafta rozbryznęła się wokół, ochlapując ciało dziewczyny, które błyskawicznie stanęło w płomieniach. Duchowny zaczął się modlić. Po chwili zwłoki zniknęły, zostawiając jedynie garstkę popiołu i obłok dymu.

Kapłan prędko udał się na plebanię. Zabrał ze sobą pismo święte, krucyfiks i butelkę wody święconej. Wychodząc znów usłyszał krzyk, rozlegający się od strony szkółki. Osian pobiegł tam. Obok budynku ktoś się kręcił. Co chwilę widać było czyjeś cienie. Ksiądz ostrożnie obszedł szkołę dookoła. Zauważył, że w jednym z okien paliło się światło. Osian podszedł bliżej, zajrzał do środka i zobaczył dwie rozmawiające osoby. Nikłe światło kilku świec nie pozwalało jednak dojrzeć ich twarzy.

Jedna z będących wewnątrz osób prawdopodobnie dojrzała intruza. Oboje spojrzeli w stronę okna, by zniknąć po chwili w obłoku czarnego dymu. Zaniepokojony Osian odwrócił się. Ta dwójka, która przed chwilą zniknęła z sali w szkółce, stała teraz za księdzem.
-Czego tu szukasz, klecho? - odezwał się jeden z wściekłością w głosie.
Wystraszony Osian zaczął szukać święconej wody w kieszeni płaszcza, jednak napastnik rzucił księdzem, niczym szmacianą lalką, wzdłuż uliczki. Do leżącego szybko podbiegła druga osoba, z zamiarem ukąszenia duchownego w szyję. Osian zdołał jednak stłuc flakon z wodą święconą, na czole wampira, dając sobie czas na ucieczkę

**Na ulicy st.Leonards jak jak zwykle o tej porze było pusto. Gwiazdy i księżyc oświetlały kamienice i biegnący wzdłuż nich bruk. W oddali rozlegał się tupot butów o kostkę nawierzchni. Osian opadał już z sił i ciężko sapał, ale nie zwalniał. Kierował się w stronę samotnej, starej gazowej latarni, stojącej na końcu ulicy. Ostatkiem sił doskoczył do niej i zapalił światło. Latarnia zapłonęła. Mężczyzna osunął się na ziemie opierając się o słup. Z kieszeni wysunął mu się pozłacany zegarek na łańcuszku. Kot, który z dachu kamienicy obserwował całą sytuację, mruczał cicho.**

Przy leżącym nieprzytomnie mężczyźnie kręcił się kot.
-Odsuń się Salem, nie dla psa kiełbasa – jeden z goniących za Osianem wampirów odegnał kota.
-Bardzo śmieszne – mruknął kot.
-Ech, nie wiem, co ten ksiądz zamierzał, ale wydaje się, że sądził iż światło lampy nas zabije...
-Nie, nie mógł być aż tak głupi.
-Wszystkiego można się spodziewać po śmiertelnikach.
-No i co my teraz z nim zrobimy, Jack?
-No jak to, co? Pij, zanim skrzepnie! - odpowiedział półżartem.
-Na co nam przyszło. Żeby nawet świeżej kolacji nie można dostać. Ech... - wampir pochylił się nad Osianem. Kapłan ostatkiem sił uderzył go łokciem, po czym przyłożył mu krucyfiks do czoła, modląc się.
Jack rzucił się na niego, jednak było już za późno. Drugi wampir spłonął, potwornie krzycząc. Ksiądz nie tracił czasu i odepchnął Jacka kopnięciem, po czym wstał i odbiegł w stronę kościoła. Wampir, podniósłszy się, wskoczył na dach najbliższego budynku. Zamierzał odciąć księdzu drogę.

Osian biegł, oglądając się za siebie, i modląc się po cichu. Nagle na drodze stanął mu Jack.
-I co, księżulku? Tu się kończy twoja droga na tym świecie. Dobrze służyłeś Bogu. I co za to dostajesz? Czy Bóg nie powinien Cię teraz chronić? Powiem Ci tyle: twój Pan zostawił cię. Pójdź ze mną. U mnie za poświęcenia zostaniesz odpowiednio wynagrodzony. Więc jak, zgadzasz się?
-Tak – Osian poszedł za Jackiem w boczną uliczkę. Gdy wampir pochylał się nad nim, ksiądz odezwał się.
-Mylisz się...
-Co?
-Bóg mnie ochronił – odpowiedział Osian, przebijając krtań Jacka scyzorykiem, noszonym w płaszczu...
 
__________________
Zasadniczo chciałbym przeprosić za tę manierę, jeśli kogoś ona razi w oczy... ;P
Prabar_Hellimin jest offline  
Stary 23-02-2009, 00:32   #7
 
woltron's Avatar
 
Reputacja: 1465 woltron ma z czego być dumnywoltron ma z czego być dumnywoltron ma z czego być dumnywoltron ma z czego być dumnywoltron ma z czego być dumnywoltron ma z czego być dumnywoltron ma z czego być dumnywoltron ma z czego być dumnywoltron ma z czego być dumnywoltron ma z czego być dumnywoltron ma z czego być dumny
Dziękuję wszystkim uczestnikom. Temat zostaje zamknięty. Jutro (o ile nikt mnie nie wyprzedzi) otworzę komentarze.
 
__________________
"Co do Regulaminów nie ma o czym dyskutować" - Bielon przystający na warunki Obsługi dotyczące jego powrotu na forum po rocznym banie i warunki przyłączenia Bissel do LI.
woltron jest offline  
Zamknięty Temat



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 18:52.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2019, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166