Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > Zakątek LI-teracki > Warsztaty Pisarskie Last Inn
Zarejestruj się Użytkownicy

Warsztaty Pisarskie Last Inn Jeśli chcesz udoskonalić swój warsztat pisarski lub wiesz, że możesz pomóc w tym innym, zapraszamy do naszej forumowej szkoły pisania! Znajdziesz tu ćwiczenia, porady, dyskusje i wiele innych ciekawostek dotyczących języka polskiego.

« Początek | Pomocy! »

Odpowiedz
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 01-03-2009, 18:42   #11
 
Bergtagna's Avatar
 
Reputacja: 15 Bergtagna nie jest za bardzo znanyBergtagna nie jest za bardzo znanyBergtagna nie jest za bardzo znanyBergtagna nie jest za bardzo znanyBergtagna nie jest za bardzo znany
-Jak myślicie, czy ten się nada? – Zapytał podłużny, insektoidalny stwór o wielkich ślepiach, w których nie można było dostrzec niczego, nawet odbicia tego, czemu właśnie się przyglądał, tylko przerażającą pustkę, głęboką czerń, to czego boi się każda myśląca istota.
-Taaak… Taak, nada się. Nie wytrzymamy tak dłużej. Mało miejsca, za mało.- Odpowiedziały chórem otaczające pytającego przedziwne, groteskowe istoty, zdające się latać, a może pływać w gęstej, czarnej masie. Stworzenie o wielkich, pustych ślepiach zawirowało, wyginając fantazyjnie ogon i trzepocząc niewielkimi, lecz licznymi płetwami o wyglądzie owadzich skrzydeł. Mimo ruchu, niepokojące oczy ciągle zwrócone były w tym samym kierunku. Pozostałe stworzenia zdawały się tańczyć wokół bezdennych ślepi wirującego. Część tańczyła w parach, reszta samotnie, całość odurzała mnogością kształtów, barw, które powoli stapiały się w jedno, coś nieopisanego, przedziwnego. Wrażenie potęgowała czerń przestrzeni. Uderzał kontrast - bogactwo tańca cudacznych bytów z pustką wszechobecnej, głębokiej czerni. A wielkie ślepia nadal spoglądały w tym samym kierunku.

Z czasem tańczące kształty i kolory zaczęły się zamazywać, tracić ostrość, blednąć, zaś puste oczy pytającego stale się poszerzały. Pustka pochłonęła wszystko, nie ostało się nic, prócz strachu, który w niej mieszkał.

-Już niedługo, niedługo w nim będziemy… - Dał się słyszeć głos, lecz skąd dochodził, gdy wokół tylko nicość?

 
__________________
-Próbuję zdobyć pieniądze na podróż do Ameryki.
-Gdzie to jest?
-Po drugiej stronie fiordu.

Normann Hætta bongo Utsi Saus
Bergtagna jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 01-03-2009, 20:09   #12
 
Extremal's Avatar
 
Reputacja: 643 Extremal to imię znane każdemuExtremal to imię znane każdemuExtremal to imię znane każdemuExtremal to imię znane każdemuExtremal to imię znane każdemuExtremal to imię znane każdemuExtremal to imię znane każdemuExtremal to imię znane każdemuExtremal to imię znane każdemuExtremal to imię znane każdemuExtremal to imię znane każdemu
Stary myśliwy przeczesywał właśnie swoje tereny łowieckie, z bawarską mycką, szelkami i przykrótkimi spodenkami raźnie podskakiwał wśród polnych kwiatów, gwiżdżąc raźnie w takt swoich kroków
-Ah Albercik, Ty to tęgi łeb jesteś! - Odparł z dumą sam do siebie - Uciec z Kosowa w Alpy to wspaniały pomysł! A dziś zjemy sobie Miedwiediewa! -W starczych oczach błysnął obłęd, rodem z mroźnej Syberii.

Tymczasem gdzieś w bujnych lasach, zapierdala misiu Jogi.
Obija się biedaczysko o krzewy, pysk zarośnięty od tygodnia, zielona czapeczka z oberwanym daszkiem ledwie zasłania nieprzystrzyżoną grzywkę. Po kilku metrach Misiu Jogi przystał na chwilę, rozejrzał się na lewo i prawo, jakby bał się, że ktoś go znajdzie. Gdy nabrał już odrobiny pewności, że nikt go nie obserwuje, wyciągnął zza pazuchy Leśny Dzban ze sfermentowanych jagód i zaciągnął się tak bez pamięci, że aż jabłko Adama odbijało się to raz od gardzieli a dwa od obojczyka. Wtem właśnie w najmniej spodziewanym momencie wparował Bubu, odwieczny kumpel Jogiego.
-Jogi! Ty skubańcu, pić nie możesz, co lekarz powiedział?
-Nicc, mnieee to nieee intereerere... - Odpowiedział zgodnie z swoim sumieniem.
-Jogi masz wszyte tabletki pod futrem, alkohol Cię może zabić!
-I o to hoci... Nie potszebny nikomu jezdem... - W tym miejscu wziął resztę dzbana na hausta
-Jak możesz tak mówić? Czy nasza przyjaźń, zupełnie nic dla Ciebie nie znaczy?
-Zobaa. Ni ma! - Zmartwiony pustką dzbana najpierw zajrzał okiem do środka butelki, a później na poparcie swoich słów przechylił pustą butelkę tak, aby i Bubu mógł podziwiać ten zadziwiający fenomen natury.
Tym o to stwierdzeniem Jogi wybił swojemu przyjacielowi ostatni oręż by przemówić mu do rozsądku, wieloletni przyjaciel machnął łapą na wrak który pozostał z jego przyjaciela i poszedł w przeciwną stronę.

Jogi pozostał sam sobie, bez przyjaciela, bez oparcia na jakie mógł liczyć, no i bez leśnego dzbana.
Potężny miś niewzruszony tymczasowymi niedogodnościami ruszył dalej slalomem między drzewa przed siebie.
Długo szedł, i pewnie szedłby tak długo do póki by mu się film nie urwał, ale traf chciał że wszedł....
-OOO KUUUUR!!! - Wydarł się Jogi, w pierwszej chwili myśląc, że jest w amazonce i piranie go wcinają, ale nie to było coś znacznie gorszego
To był uchodźca z Kosowa.
-Wpadłeś w wnyki Albercika, grubasku! - myśliwy zaczął misia gładzić nożem w okolicach serca - A może pogłaskać Misia po brzusiu?


-BUBU!! BUBU! Ratuj! - Usłyszał wołany w oddali, wracając w najbliższa stronę do Monachium, gdzie już miał rezerwację z powrotem do parku Yellowstone
-Pewnie znowu pijak ma delirium... Szkoda faceta.

-BUBU!!!....


Jaki morał z tej historii? Śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą

I teraz kadr z mojego ulubionego filmu:
 
__________________
Jednogłośną decyzją prof. biskupa Fiodora Aleksandrowicza Jelcyna, dyrektora Instytutu Badań Nad Czarami i Magią w Sankt Petersburgu nie stwierdzono w naszych sesjach błędów logicznych.
"Dwóch pancernych i Kotecek"

Ostatnio edytowane przez Extremal : 01-03-2009 o 22:13.
Extremal jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 10-03-2009, 20:18   #13
 
Chrapek's Avatar
 
Reputacja: 1165 Chrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumny
Na początek przypominam zasady Warsztatów

Do obrazka piszemy psychodeliczne opowiadanko, przy czym ten co je pisze, daje na końcu swój obrazek. Chętnych zapraszamy do dołączania i swobodnego snucia totalnie abstrakcyjnych historii całkowicie oderwanych od rzeczywistości .

I post właściwy:

- Ezechiel Dwa Pięć - Siedemnaście! Ścieżka uczciwego...
- Prawego... - wtrącił czarnuchowi pomocnik.
- Nie przeszkadzaj! Ścieżka prawego człowieka prowadzi przez tyranię złych... złych... Kurwa!
- Złych ludzi. Jak tak zapamiętałeś ten cytat, to go rozwalimy najwcześniej za pół roku - zbulwersował się krawaciarz.
Niedoszła ofiara, którą był Andrzej Gołota, nerwowo przenosiła wzrok to na jednego, to na drugiego oprawcę.
- Vincent, a za co właściwie go rozwalamy? - zafrasował się Afroamerykanin.
- Jabba chce go mieć dead, bo nie dotrzymał warunków ustawionej walki.
- Kolejny chojrak, co zamiast przegrać wygrał?
- Gdzie tam - żachnął się Włoch rodem z Ameryki - Miał paść w drugiej rundzie, a tymczasem przeciwnik rozwalił go przez knock-out w pięćdziesiątej drugiej sekundzie.
Czarnuch splunął z odrazą w kierunku niedoszłego mistrza wagi ciężkiej.
- Panowie, dogadajmy się, to wszystko wina Dona Kinga... - zaczął Andrzej.
Vincent Vega i Czarnuch nie czekali. Strzelili ze swoich klamek niemal jednocześnie.
Kałdun Gołoty opadł bezwładnie na podłogę.

- I'm a bad mothefucker, bad mothefucker - zaintonował Vega, kiedy wchodzili do pieczary Jabby. Kiedy zaczynali u niego pracować koledzy śmiali się z nich, że porzucili pracę u lokalnego bossa, dla jakiegoś przerośniętego robaka. Ale potem poczuli rispekt i szacun. A tych którzy go nie poczuli, dosięgła zemsta, czy, jak mówił Czarnuch - Palec Boży.
- Hari kriszna, hari hari - powitał ich Jabba, paląc hojnie nabitego skręta. Ze wszystkich rzeczy jakie zaoferowała mu Ziemia, najbardziej zasmakował w zielonej, soczystej trawie.
- A kto nie hari, zioła nie pali - odpowiedział Vincent.
- No i co, misie-pysie? Załatwiona sprawa?
- Sie wie!
- Ciebie nie pytałem Czarnuchu! - Jabba popisał się nabytym rasizmem. Asfalt zawstydzony swoim wyskokiem spuścił pokornie główkę.
- Wszystko według planu, mości panie - odpowiedział Vincent - Już nigdy więcej nie przerwą panu Telexpressu transmisją jego walki.
- No - sapnął Jabba - Bo mi zawsze wycinali Hirka Wronę, żeby puścić jego całą walkę... To mam dla was teraz inne zadanie...

- To tutaj - Vincent wysiadł ze swojego służbowego merca i spojrzał na szyld przed sobą: "Rzym - jadło polskie".
- Tak jak zwykle?
- Taa... Wpadamy, kopiemy, zabieramy kasę i dzida. A jak się ktoś będzie stawiał, to go palcem Bożym pomacaj.
- Bluźnierco! - zaperzył się Czarnuch - Ja ci zaraz...
- Dobra, dobra... - Vincent nonszalancko przekroczył próg karczmy.
W progu dopadł go kelner. Spod tupeciku wystawały mu różki, zaś za nogawką ciągnął się kosmaty ogon. W pomieszczeniu unosiła się niezbyt subtelna woń siarki.
- Co do...
- Witam, witam! - kelner uścisnął poufale gościa - I zapraszam do stolika! Polecam specjalność zakładu: schabowy i setkę!
Vincent miał zamiar rozwalić gościa od razu, ale nigdy jeszcze nie spotkał się z przysłowiową polską gościnnością, więc postanowił, że póki ma możliwość, to jej spróbuje.
Trzeba być w końcu otwartym na nowe doznania.

Gdzieś po dwóch godzinach Vega i Czarnuch byli już nawaleni w trzy dupy.
Kelner przyniósł im rachunek. Vincent był w takim stanie, że mógłby mu równie dobrze zapisać cały swój dobytek.
- I jeszcze podpisik tutaj - Kelner wskazał miejsce na papierze. Dziwny był ten papier i długopis też dziwny jakiś był... Ledwo Vincent podpisał, Kelner zamaszystym ruchem ściągnął z siebie wierzchnie okrycie. Spod spodu na światło dzienne wydostała się dość tęga osobistość, ubrana w szlachecki żupan i przepasana szabelką. Długie rogi i ogon ciągnęły się za jego jestestwem.
- Ha! Teraz jesteś w mojej mocy! - ryknął - Ta karczma "Rzym" się nazywa!
Vincent łypnął na niego wzrokiem naćpanej wiewiórki.
- Buurp... shiadaiii lepjejjj i poleeiii - wydusił z siebie.
- Nie rozumiesz?! Jam jest Boruta, sierżant kolonialny I zastępu Armii Piekielnej! Cyrograf podpisałeś, baranie! - zagotował się szlachetka.
- Nojii spokoooo - uśmiech wypełzł na twarzy Vincenta - Czarnuhoffi njeee daueź do podbizzzu?..
- Czarnuchy nie mają przecież duszy - mruknął Boruta - Zaraz, zaraz, przecież to twój niewolnik, nie?!
- Njee...
- Cholera, wtedy prawo własności by automatycznie przeszło na mnie... No nic, znalezione nie kradzione - uśmiechnął się do własnych myśli łapiąc za szmaty Afroamerykanina.

W tym też momencie coś mu ustrzeliło różki. Kilka następnych naboi pogrążyło się w jego bebechach. Święcone posrebrzane kule zrobiły okropne spustoszenie w diabelskim ciele. W progu stał Jezus Chrystus.
Był czarny jak smoła.
- Paledz Boszzy - wystękał Czarnuch, który w miarę doszedł do siebie.
- Nie żaden palec, hommie - mruknął Jezus - Tylko nie pozwolę, żeby jakiś białas tak traktował czarnego brata!
Jezus sprzedał kilka kopów leżącemu Borucie.
- Ale... Jagg? - jęknął Czarnuch.
- Jak to jak?! O dyskryminacji nie słyszałeś? Jak w trzydziestym roku śmigałem po Ziemi Świętej, to co, jako hommie bym sobie dał radę? Toż te Żydy są jeszcze gorsze od białasów! Więc dla dobra sprawy wkręciłem im, że jestem taki jak oni, tylko dużo na solarkę chodzę - Chrystus zarechotał do własnych myśli.
Vincent z hukiem spadł pod stół. Usnął w locie.
Chrystus pomógł wstać Czarnuchowi:
- Nadaje Ci imię po swoim dziadku. Będziesz Jules. To tak, żeby na Ciebie per "Czarnuch" nie mówili - powiedział Jezus - I przestań się waflować z tym białasem - dodał - On i tak zginie gównianą śmiercią.
To rzekłszy zawinął się i wyszedł z lokalu.
Sportowa bemka czekała już na niego na zewnątrz.

I (na zachętę) łatwy obrazek:

 
__________________
There was a time when I liked a good riot. Put on some heavy old street clothes that could stand a bit of sidewalk-scraping, infect myself with something good and contageous, then go out and stamp on some cops. It was great, being nine years old.

Ostatnio edytowane przez Chrapek : 10-03-2009 o 20:34.
Chrapek jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 10-03-2009, 20:49   #14
 
Terrapodian's Avatar
 
Reputacja: 191 Terrapodian ma w sobie cośTerrapodian ma w sobie cośTerrapodian ma w sobie cośTerrapodian ma w sobie cośTerrapodian ma w sobie cośTerrapodian ma w sobie cośTerrapodian ma w sobie cośTerrapodian ma w sobie cośTerrapodian ma w sobie cośTerrapodian ma w sobie cośTerrapodian ma w sobie coś
Mocna ulewa już od kilku dni dawała się we znaki mieszkańcom krainy. Pustą, polną ścieżką szedł samotny chłopiec (?) w wieku około czternastu lat. Czarna czapka z daszkiem, koszulka z logiem zespołu "Rites of Spring", trampki i czarne, wąskie jeansy. Równie mroczna grzywka opadała falą na twarz młodzieńca. Komponowała się idealnie z grubymi oprawkami okularów bez szkieł. Chłopiec przeklinał pogodę, gdyż krople deszczu rozmywały mu czarny makijaż wokół oczu.
Chłopiec, zwany również Sadem Killtchumem, trener Emomonów, trzymał w ręce sznurek. Drugi jego koniec przywiązany był do tylnej łapki uroczego, acz smutnego, stworka, którego bohater ciągnął po ziemi. Był to Emochu, rzadki Emomon. Miał krótką żółtą sierść, ogonek w kształcie zygzaka, a tak poza tym, to nie odbiegał wyglądem od właściciela. Leżał bezwładnie na ziemi, oddając się okaleczeniom ze strony leżących kamyków i chwastów. Popiskiwał jedynie skrzekliwie; "Iiiczu! Iiiczu!"
Trener podrapał się po nadgarstku i jęknął. Rozdrapał sobie jakiegoś strupa. Spojrzał na prawe przedramię. Przez całą jego długość ciągnęły się pionowe kreski na które nakładała się zaschnięta krew i ropa. Sad Killtchum wędrował zupełnie bez sensu. Odkąd uciekł z domu, ponieważ rodzice kazali mu posprzątać pokój, ruszył w świat w poszukiwaniu mrocznej strony człowieczeństwa. Jego Emomony miały gorzej. Same dawały się łapać, specjalnie rzucały się do walki z lepiej wytrenowanymi -monami, albo w ogóle nie wychodziły z Emoballów (czarne kulki ze szpilkami po stronie zewnętrznej i wewnętrznej).
W tym momencie zauważył jak spod drzewa obserwuje go grupka trenerów Metallimonów. Długowłosi, mroczni kolesie pokazywali Sada palcami i krzyczeli. Potem podeszli ściskając pięści.
- Idź Emomancher - powiedział beznamiętnie Sad.
Z Emoballa wypadła czarna jaszczurka. Z jej szyi zwisał sznur zawinięty w pętle. To był ten bardziej hardcore'owy Emomon.
- Oj - jęknął Sad.
Z oka popłynęła mu łza.

Ten świat jest niesprawiedliwy.

Obudził się w kałuży krwi cieknącej mu z ust i nosa. Emochu leżał obok w równie żałosnej pozie. Nie pamiętał co mu robili, ale trwało to długo oraz bardzo bolało. Nie był to koniec. Nad nim stał inny młodzieniec. Beret z czerwoną gwiazdką, koszulka z Guevarą. Krzyczał coś, ale Sad nie słyszał, bo metalowcy wsadzili mu jakieś długie przedmioty w uszy. Komunista cofnął się, nadepnął na Emochu. Wnętrzności zmieszane z kawałkami kości i krwią rozbryznęły się wokoło. Do glanów rewolucjonisty był przylepiony jedynie fragment skóry z grzywką. Potem napastnik zamachnął się, a następnie rzucił czymś czerwonym. Z Komunoballa tego trenera wyskoczył wysoki mężczyzna, którego nazywano kiedyś Feliksem Dzierżyńskim i który właśnie zbliżał się do Emotrenera z łomem. Sad Killtchum uśmiechnął się radośnie. Znalazł mroczną stronę egzystencji.

 

Ostatnio edytowane przez Terrapodian : 10-03-2009 o 20:55.
Terrapodian jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 11-03-2009, 20:07   #15
 
Chrapek's Avatar
 
Reputacja: 1165 Chrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumny
Warszaty - Odcinek Specjalny

Tom I
Arrakis

Dwa słońca wschodziły nad pustynnym horyzontem Arrakis, oświetlając trupiobladym światłem piaszczystą powierzchnię planety.
Pedober w odkrytym szlafroczku wpatrywał się z okna w ten błogosławiony widok.
"Na Kinderlandzie panowaliśmy nad ziemią i powietrzem. Tu potrzebna nam jest potęga pustyni" - pomyślał i wziął od służących mu dzieci szklankę płynnego Czokapiku. Przez chwilę napawał się aromatem substancji pozwalającej na podróżowaniu po Wszechświecie, wyczuwając jej delikatną woń cebuli i migdałów. Tak właśnie pachniał największy skarb galaktyki, napędzający radzieckie silniki odrzutowe.
- Okryj się, bo kataru dostaniesz - w drzwiach stanęła jego matka. Była ona bezimienną Kinder Bueno, prywatną dupą Pedobera Seniora. Pedober jej nie lubił, ale przez wzgląd na dawne czasy utrzymywał ją w pałacu. Ubzdurała sobie, że ma jakieś nadludzkie siły i, że w ogóle jest do czegoś potrzebna. Zresztą cały żeński zakon Kinder Bueno tak miał. Nadawały się tylko do pukania i prania skarpetek.
- Kto ją wypuścił z klatki?! - ryknął Pedober - Straż!
W drzwiach stanęło dwóch sześciolatków z halabardami w dłoniach.
- Zabrać tę swołocz tam gdzie jej miejsce!
Pedober nie lubił kiedy przeszkadzano mu w rozmyślaniach.
Zbliżał się jednak czas relaksu. Powóz który zawieść miał go do najbliższego przedszkola zajechał już przed pałac.

- Powiedz mu, Watsonie - górująca zza lodówki postać barona Holmesa wynurzyła się na kaczych nóżkach. W gębie miał oczywiście fajkę. Nie opodal leżały pizdnięte skrzypce.
- Ostrzegałem baronie, przed powierzaniem takich informacji komuś tak młodemu ... - Watson pochłonięty był składaniem papierowych samolocików z "Gazety Wyborczej".
- Kurwa, przecież nikogo poza nami tutaj nie ma. Toż baron o sobie mówi w trzeciej osobie - zaperzył Holmes i beknął przeciągle dla podkreślenia wagi swoich słów.
Watson zmarszczył brwi. Ciągle zapominał jak popierdolony był jego mocodawca. Ponoć stary Holmes miał fetus in fetus i dlatego gadał w taki dziwny sposób. Ale może po prostu świadczyło to o jego ułomnej psychice.
- Ekhem - zaczął - Dzieci w ciągu ostatnich sześciu miesięcy zaczęły znikać z przedszkoli i żłobków, a nawet podstawówek...
- Słowem, od kiedy te zarobaczone Pedobery się tam panoszą! Na naszej Czokapikowej planecie!
- Najwyraźniej Imperator ma w tym jakiś interes. Oprócz tego Rada Cytadeli patrzy nam na ręce. Nie możemy dłużej robić wałków na giełdzie i spekulować złotówką.
- To wszystko jest chuj w porównaniu z wiecznością - mruknął baron i zagłębił się znowu we wnętrznościach lodówki.
- Jednak - zaczął Watson - Pedober popełnił przy ostatniej swej zbrodni pewien błąd. Nie zdążył spalić całego przedszkola. Udało nam się zdobyć dowody jego działalności.
- No to w tubę go!
- Rzecz w tym, że się nie da - mruknął Watson - Dowód jest poszlakowy, trza kurwę na gorącym uczynku zlapać. Za krzywe rączki znaczy się.
- Hmmm - baron przez chwilę się zastanawiał, tłukąc drewnianym młotkiem kotlety mielone - Taak... Załatwimy go, a wraz z nim zginie cały ród Pedoberów!

Komandor Emo, wraz ze swoim przystojnym adiutantem, kapitanem Leonem Neonem, przemierzali nieboskłon w swoim niezawodnym okręcie - "Mazowsze VII".
- Zbliżamy się do Arrakis - zameldował Neon.
- Dobrze. Mam zamiar skopać wreszcie dupę tym pedofilom.
- Wyczuwam, że ma pani z nimi jakieś zaszłości, ma'am.
- Tak... Pedober miał zostać pierwszym misiowym SPECTRE'em. Wyprzedził nawet Misia Uszatka - Emo pociągnęła wódki z piersiówki i przeciągnęła sobie żyletką po udzie - Podczas misji na jaką się wybraliśmy, zapaliło się przedszkole w którym mieliśmy wybić chrześcijański odłam Al-Quaidy.
- I co się stało?
- Okazało się, że to on ich wynajął. A potem stał przed drzwiami i łapał w siatkę wybiegające dzieci. Chciałam go skurwysyna zastrzelić z miejsca, ale niestety okulary mi zaparowały i oślepłam... Od tej pory zaczęłam się ciąć żyletką i słuchać Tokio Hotel.
- Ożesz w dupem - podsumował Neon - A ja myślałem, że ty normalna jesteś.
- A jednak... No one is perfect - zagaiła w zapomnianym przez Wszechświat elfickim dialekcie.

- Któż to jest? - zainteresował się Pedober, który osobiście nadzorował zbiór Czokapiku. Na horyzoncie biegało kilka postaci, dzierżąc w rękach pokaźnych rozmiarów widły i dzidy.
- Panie mój, to są Dzicy Kaszubi - rzekł jego pięcioletni pomocnik - Rdzenni mieszkańcy Arrakis.
- A jebał ich pies - mruknął Pedober - A dzieci mają?
- Nie sir, rozmnażają się przez podwójny podział.
- Tym bardziej, do kominów z nimi.
Pedober wsiadł w Apacza. Helikopter zaczął krążyć powoli nad polem Czokapiku.
- A to, co to? - na pustyni pojawił się nierówny ślad.
- To Kakaowy Czerw - powiedział adiutant - Kaszubi nazywają go Wielkim Psem Piko.
Kakaowy Czerw wynurzył się na powierzchnię.
- Za każdym razem kiedy się wynurza, opowiada jakiś głodny dowcip - rzekł pięcioletni Jaś - W ten zwabia swoje ofiary.
Czerw legł tymczasem na powierzchni. Stanowił niezbyt zgrabne połączenie sympatycznego żyjątka z gromady obleńców, z mordą rasowego Yorka.
Słowem - był, nie owijając w bawełnę, kurewsko szpetny.
- Przychodzi baba do lekarza - zadudnił Czerw. Ziemia zatrzęsła się pod wpływem jego głosu - A lekarz też baba!
Jeden z robotników zaczął niebezpiecznie zwijać się ze śmiechu zbliżając się do Czerwia.
- Franek, stój! - krzyknął drugi, który również próbował opanować atak śmiechu.
- Nie mogę, on jest taki zabawny! Nie mogę się ruszyć!
- OWNED ^^ - rzekł Czerw i jednym ruchem pożarł biednego robola - LOLZ - dodał i zanurzył się w odmętach Czokapiku.
- Ożesz w dupę - rzekł Pedober - To jest gorsze od Murzynów!

- W lewo skręć - komandor Emo i kapitan Neon jechali przez pustynią swoim najnowszym Landroverem, w poszukiwaniu dowodów wskazujących na winę Pedobera.
Jak na razie jednak bez większego sukcesu.
- Paliwo się kończy - mruknął Neon.
- To się Czokapikiem załaduje. Wszędzie tu jest.
- Ale ja myślałem, że to na ruskie silniki tylko.
- Ruskie czy Amerykańskie, wszystkie są robione na Tajwanie.
Przez chwilę wrzucali pełnymi garściami Czokapik do baku pojazdu.
- A co to?! - Emo wskazała na świecący kształt na horyzoncie.
- Musi spadnięty sputnik - Neon podrapał się po szczecinie.
Nie minęła minuta, jak byli na miejscu.
- Leon, zhakuj to ścierwo.
- Się robi! - Neon wyciągnął z nosa port USB i podłączył się do upadłego satelity.
- Skanuję... - rzekł bezbarwnym głosem - Norton Antyvirus Enabled... Zapora Systemu Windows Enabled... Firewall disabled...
- Doskonale - mruknęła Emo - Widzisz coś?
- "Chcesz rżnąć małe dzieci?" - z ust Neona wydobył się zniewieściały głos - "Wejdź na naszą stronę!"... Wchodzę... "Witamy Cię Pedoberze. Twój stały abonament jest ciągle aktualny. Na forum pojawiło się więcej niż 1000 nowych filmów. Czy chcesz je teraz obejrzeć?"
- Mamy skurwysyna! - Emo zatarła łapy.

- Waaatsoon! - darł się Baron - Waatsooon! Gdzie jest nasz podnóżek?!
- Tu jestem, mój panie baronie - Watson wychylił się zza kolumienki.
- Mieliśmy sen... Chińczycy... Były ich miliardy...
- Już dobrze panie Baronie. - Watson wtulił się w Holmesa i pogłaskał go po główce - To po prostu pana wewnętrzny pasożytniczy bliźniak daje o sobie znać.
- Cholera. Kto by pomyślał że to prawowity dziedzic rodu. Ale po naszym trupie!
- Dokładnie panie Baronie.
Baron przez chwilę kontemplował drugą parę kończyn wystającą z jego brzucha.
- Rączki mu utniemy, to odechce mu się takich faszystowskich żartów.
- Iść do piwnicy po siekierę, sir?
- Nie, sami to załatwimy. Jak sytuacja na Arrakis?
- Mam pewien plan Baronie. Przebiegły plan.
- Dobrze, lubimy takie - powiedział Holmes, obcinając rączki nożyczkami - Takie są najlepsze.
- Zwiedziemy Pedobera w miejsce, w którym się nas zupełnie nie spodziewa.
- A wtedy - rzekł baron wyrzucając obciętą rączkę do śmietnika - Upierdolimy mu łeb a resztę nabijemy na pal!

- Ożesz w dupem! - krzyknął Pedober czytając w łóżku poranną prasę. Tytuł na pierwszej stronie wieścił: "Na Arrakis otworzono dziś największe we Wszechświecie prywatne przedszkole dla dzieci imienia barona Vladimira Holmesa". Obok była fotografia patrona otoczonego dziećmi. Głaskał je po główkach wszystkimi czterema rączkami.
- Może i zgnilec z tego Holmesa, ale wykazuje właściwą inicjatywę - zamyślił się Pedober - Wie jak załagodzić naszą odwieczną vendettę.
Podziwiał w milczeniu małą dziewczynkę na fotografii. Oblizał się nerwowo.
- Służba! - krzyknął - Przygotować mój Pedomobil! Muszę cię mieć - zaszeptał w stronę fotografii.

Pedober zajechał przed przedszkole. Majestat budynku onieśmielił go już z daleka. Wielopiętrowa konstrukcja, zbudowana była z lukru i pierników; całość zaś stała na solidnej kurzej nóżce.
- Cholerka - rzekł w końcu - Nigdy bym żem na to nie wpadł.
Po czym, powiewając peleryną, przekroczył próg Raju.
- Kochani, to ja, wasz Pedober!
Odpowiedziała mu głucha cisza. W środku było ciemno. Pedober zapalił światło i zrobił kilka kroków.
- Kochani?..
W tym momencie usłyszał trzask przeładowywanych karabinów.
- Stój w miejscu i łapy do góry pedofilu! - krzyknęli żołnierze, mierząc z broni palnej do sympatycznego skądinąd misia.
- Ktoż wy?!
- To my, zboczeńcu! - rzekł Baron Holmes, wynurzając się z mroku - We have been waiting for this moment for so long!
- Jak tam braciszek? - zagadnął Pedober - Rozwija się prawidłowo, jak mniemam?
Holmes uderzył misia w twarz.
- Przywiązać go do koła! Będziemy go łamać!

Emo wpadła do przedszkola, gdy właśnie zaczęli się rozkręcać z torturowaniem Pedobera.
- Puść go, baronie! - krzyknęła od progu, wyjmując odznakę SPECTRE - On musi stanąć przed Radą Cytadeli!
- Musimy to my, kupę - odparł Baron - I nic więcej! Straż, łapać tego wymalowanego kurwiszona i przerobić na mydło!
Komandor Emo odbezpieczyła pistolet i przyłożyła do głowy Barona. Leon Neon mierzył gdzieś na ślepo w Bogu ducha winne dzieci.
- Posłuchaj kupo gówna, z przewagą gówna - rzekła Emo - Też nienawidzę tego pedofila, ale jak nie postawię go przed Radą, to nie dostanę trzynastki i mi fundusz na drugi filar ZUSu szlag trafi. Rozumiesz co to znaczy?
- Trza było zostać Jehowym, jak my! Teraz jesteśmy wolni od tych materialistycznych trosk!
- Wykończ grubasa i tak mu nawet przez miesiąc nie wytłumaczysz! - krzyknął Neon - A poza tym to Jehowy! Gorszy od Murzyna!
Emo mierzyła niestrudzenie w Barona Holmesa. Tymczasem z jego brzuszka wypełzła malutka rączka. Z pępka zaś wychynęła twarzyczka. Spojrzała na Emo i uśmiechnęła się. Po czym plunęła w nią jadowitym kwasem.
- Aaa! - krzyknęła Emo upadając na glebę.
- Emo! - odkrzyknął Neon i rzucił się w jej kierunku.
- Leon - wyszeptała Emo wtulona w jego ramiona - Jak to się stało że nie mogłam nigdy Cię dostrzec, a byłeś dla mnie przez tyle lat...
- Nic nie mów... Pomoc jest już w drodze...
- Nie, Leon... Już jest za późno... Obiecaj mi... Obiecaj...
- Emo...
- Obiecaj, że postawisz tę szmatę przed Radą Cytadeli... A grubasowi wyprujesz z bebechów braciszka...
- Obiecuję, ukochana...
- Remember me... Remember my love... - Emo zamknęła oczy i skonała.
- Dobra, koniec Harlekina! - Baron strzelił tłustymi paluchami - Brać ich i do loszku! Przez to wszystko straciliśmy ochotę na tego pedofila.
- Wisisz mi piwo - odpowiedziała główka z jego brzucha.
- Dobra, porodu kleszczowego ci w zamian nie zrobimy i jesteśmy kwita.
Oszołomiony Neon, wraz ze zdjętym z koła Pedoberem, został odciągnięty od swojej ukochanej przez wojska Barona.
Holmes, podziwiał dzieło swojej Vendetty.
- I wszystkie Pedobery w grobie!

Tom II, wraz z obrazkiem - jutro .
 
__________________
There was a time when I liked a good riot. Put on some heavy old street clothes that could stand a bit of sidewalk-scraping, infect myself with something good and contageous, then go out and stamp on some cops. It was great, being nine years old.

Ostatnio edytowane przez Chrapek : 15-03-2009 o 21:34.
Chrapek jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 15-03-2009, 21:20   #16
 
Extremal's Avatar
 
Reputacja: 643 Extremal to imię znane każdemuExtremal to imię znane każdemuExtremal to imię znane każdemuExtremal to imię znane każdemuExtremal to imię znane każdemuExtremal to imię znane każdemuExtremal to imię znane każdemuExtremal to imię znane każdemuExtremal to imię znane każdemuExtremal to imię znane każdemuExtremal to imię znane każdemu
Warsztaty - Odcinek specjalny, część II

Tom II: Księga Pued'diba

-Co będzie kurwa z nami żarła! Niech w kiblu żre! -Krzyknął Albercik, współwięzień Pedobera
Leon Neon w tym czasie mętnym wzrokiem podziwiał szarość sufitu
-A Ty co? Pewnie też lubisz zakisić w młodym chłopcu? - Roman do tej pory parzyciel czaju, poczuł, że wzrosła jego pozycja społeczna, odkąd wpuścili do celi Pedobera i Neona.
Neon nawet nie zareagował słowną zaczepką, wiedział, że byle kto nie może zostać zastępcą widma... A właśnie a propos widma, Leon zanurzył się w fantazjach melodramatycznych związanych ze swoją zmarła ukochaną Comandore Emo. Pragnął chwycić jej alabastrową, smukła dłoń i ten jeden, jedyny raz poczuć woń jej pięknego zapachu...
-Zajeb mu chujowi! Z mordy żyda mi przypomina! - Przytaknął Romanowi Albercik, a zachęcony doskoczył do koja i oddał kilka ciosów na śledzioną Leona. Zaś sam poszkodowany, cierpiał na sklerozę cybermózgową i nie odczuwał bodźców zewnętrznych. A jemu marzyła się dłoń ukochanej, która śniła mu się co noc, a on muskał ja delikatnie swoimi ustami, na tyle wschodzącego słońca, a w tle śpiewał Bryan Adams.
-A Ty misiek co się śmiejesz? Chcesz wyłapać? Na kojo i zamknij mordę, nie patrz i nie oddychaj najlepiej! - podyrygował Pedobera Albercik, miejscowy mąciciel.
Pedobere posłusznie oddalił się na swoje łóżko, piżamkę ułożoną w idealny prostokącik położył na krawędzi pościeli
-Nie martw się, najgorzej jest pierwszej nocy dla pedofili - Usłyszał z kąta celi - Trzeba dać w piec im dać.
-A kto Ty jesteś? - Zapytał się Pedobere.
-Gosia, cwel - Wyłonił się z ciemności Tatuś Muminka, poprawiając cylinder.
-A Tobie Gocha kto pozwolił się odzywać? Jazda na tron bo już po obiedzie jest, jogurtu Ci się nazbierało!
Po audiencji w kiblu Tatuś Muminka obolały wrócił na swoje kojo. Minęło dwie godziny odkąd przyszedł Pedobere.
-Za co tu siedzisz? - Spytała się męska wersja Gosi.
-Za to , że księciem byłem.
-Nie kłam łachudro! Lubisz małe dzieci i za to tu jesteś... Tacy jak Ty nie mają tu życia. Lepiej się wyśpij bo ta noc będzie Twoją ostatnią! - Krzyknął Albercik majestatycznie podpalając fajkę o krzemień.

nadeszła noc: Nim Pedobere zmrużył, przestraszony oczy, coś poniosło ogo do góry, i ustawiło na taborecie. Nie mógł dojrzeć co się stało, bo w celu dekonspiracji nałożono mu przy duża podkolanówkę na łeb.
-A teraz bachniesz się na tygrysku! - Usłyszał ściszony głos jednego z współwięźniów...

Pedober czuł w kościach, że właśnie nastała jego sądna chwila. Lecz w chwili najbardziej krytycznej, przypomniał sobie, jak matka uczyła go tajemnej sztuki Kinder Bueno, zatrzymywania Oddychania uszami i jaźnią pępkiem. I wszystko stało się jasne, puls się zmniejszył, jak u buddyjskich mnichów, tlen przestał krążyć nosem, a zaczęło się wzbierać w uszach. Zapadł w śpiączkę...

Pedobere zadyndał, ku uciesze zgromadzonych. Nawet tatuś Muminka się cieszył, ale mina szybko zrzedła, bo z 30 letniej kary, za posiadanie lewego cd-keya do Windowsa dorzucili mu jeszcze pół roku, za współudział w zabiciu pedofila. Pedobere w worku na śmieci leżał w kostnicy. Jaźń pępowinowa, wyuczona od mentata rodu Mojżesza z Opola, mówiła mu, że jeszcze nie nastała ta decydująca chwila. A Kiedy Jaźń w końcu zgodziła się na wybudzenie, Pedobere otworzył oczka.
Banda trzech obdartusów właśnie nad nim stała. jeden chwycił misia za uszy, a drugi już ostrzył kosę.
-Noce są zimne na Arrakis, a futro tego się nam przyda - Odkrząknęła ruda broda
-My name is Pedobere! - Wyszeptał staro-kaszubskim Pedobere. Trzy brudasy cofnęły się na widok gadającego pedofila zakamuflowanego w skórze niedźwiedzia.
-Ty zobacz! to może być Kwisatz Pedoberah! - oznajmił gościu trzymający kosę w dłoni
-Nie może być, to ten wybraniec? syn matki Kinder Bueno i Ojca Stefana Niesiołowskiego?!
-o bożesz Ty mój - wyjąknął trzeci, nagi dzikus - To już wolałem modlić do Prince Polo!
-A walić to, czy wybraniec, czy nie futro ma kozackie, a Tobie Zenek przyda się, bo zima idzie! - Zająknął pierwszy i z kosą zbliżył się raz jeszcze do Pedobera. Jaźn pępowinowa do końca jeszcze nie opuściła duszę.

Ziemia się zatrzęsła w tym momencie. Dzikusom załamały się nóżki, a z czekoladowych wydm wyłonił się dziki czerw piko, przypominający z mordy skrzyżowanie Gerarda Szreddera, a resztę z psa Beethovena.
-To król czerwi - wyjawił rudy.
Krzywe zęby Króla czerwi zaznaczone były szkorbutem i próchnicą, ale co się dziwić, jak żarł tylko czekoladę.
Wynurzył się na dobre sto metrów nad ziemią i otworzył psyk, a z mordy jechało kapciem, jakby wczoraj wychlał kratę piwa i zjarał ramę szlug, a do tego popił czekoladą. w każdym bądź razie, smród był niewyobrażalny.
-Twoja Stara kręci bigos stopą! - puścił głodny kawałek Czerw, a po chwili Dzikie Kaszuby zaczęły tarzać się po Czokapiku ze śmiechu
-O boże, Zenek, opowiedział dowcip, już po nas! - Zająknął się ten rudy
-Hahaha, no nie mogę, Twoja stara kręci bigos! - Dodał Zenek i zaczęła cała trójka tarzać się w stronę Czerwia z morda Szreddera.
Król czerwi, tylko na to czekał, położył się na ziemi i paszcze otworzył czekając aż ofiary nieświadomie wpełzną do jamy gębowej.
-Stać! - Ryknął Pedober i wyciągnął dłoń w stronę potwora, w geście Neo. - Ty Czerw! A Twoja matka jak chuj! - Krzyknął Pedobere. kaszubi oniemiali, a Czerw zaczął bacznie przyglądać się Pedoberowi, po chwili w końcu nie wyrobił i zaczął się rechotać, turlając się tak samo jak przed chwilą jego niedoszłe ofiary:
-No nie mogę, ze skurwysyna! - Ryknął czerw zaduszony swoim śmiechem
- To jest Peud'dib! Wybraniec, Mojżesz Kaszubów!
- Peud'dib! Peud'dib! Peud'dib! - Zaczęli skandować Kaszubskie imię Pedobera.
-Teraz za mną! Moje mocarne Kaszuby, oddam wam tą ziemię obiecaną, a ja zostanę Moderatorem LastInn! Sherloku Holmsie! Strzeż się! Bo me imię zwie się zemsta i wyryje się na Twoim sercu!! - Mówiąc to Pued'dib zasiadł na Królu czerwi i ruszył w stronę Arrakin, a za nim pościło się tysiące Kaszubów, w marszu po tron imperatora... A za Pedoberem nosiło się w oddali jedno słowo "Pued'dib"...

Tymczasem na stolicy Arrakis:
-Ah Watsonie, jaki bajeczny stąd widok, Kaszuby pasą świnie, dzieci żebrzą o chleb, o matko boska, jaka tu sielanka! - rzekł baron, kiedy Watson robił mu masaż stóp
-Naturalnie milordzie, tu jest jak w bajce - odrzekł, ale nie odpowiedział zbyt wyrozumiały, bo na nosie miał spiętą spinkę do brudnych ciuchów.

-Co to jest? - Baronowi przerwało sielankę dziwne skowyczenie, na dryfach dofrunął do balkonu i jego oczom ukazał się Pedobere ujeżdżający Kakaowego Czerwia, niszczący miasto. Nieuchronnie zbliżając się do Pałacu Barona.
-O żesz... - zdążył tylko wypowiedzieć Baron a przez balkon wskoczył Pedobere, prawowity dziedzic Arrakis.
-A kto umarł ten nie żyje! - Krzyknął w powietrzu i wyprostował noge odbijając się od bebzuna barona Holmsa.
-Więc to tak - Holmes Odkrył pod płaszczem tajemny bebzun i wyciągnął z pępka zawleczkę, niczym od wielkiego granatu.
-W moim żołądku ukryta jest czarna dziura! - zaskoczył zwrotem akcji baron - jak ja nie będę mieć Arrakis, to nikt nie będzie jej mie...- dalszą wypowiedź barona przerwał głuchy strzał
- To za Emo, skurwysynu - Leon neon jedną ręką otworzył gębę barona, i wrzucił zawleczkę w głębiny grubasa. Baron pierdnął, beknął a białka oczu zmieniły się w czarną materię, czarna dziura wciągnęła barona do środka i zassała jego grube jestestwo i z głuchym mlaśnięciem baron rozpłynął się do czwartej gęstości.

-Dziękuję Ci Leonie, że raz na zawsze wspólnymi siłami powstrzymaliśmy siły zła, teraz dzieci będą...
-Nie pierdol, nikt bezkarnie nie będzie jebać małe dzieci - I strzelił Pued'dibowi prosto w czoło. Nagle zdezorientowany postrzegł się,, że cała zgraja Kaszubów patrzy na jego dzieło, stojąc nad martwym mesjaszem.
- Wypierdalać... - Wyszepnął głosem Lindy przeładowując kałacha.

I po tygodniu oczekiwań, upragniony obrazek dla was, dla następnych wojowników prosto z Kaszub.
 
__________________
Jednogłośną decyzją prof. biskupa Fiodora Aleksandrowicza Jelcyna, dyrektora Instytutu Badań Nad Czarami i Magią w Sankt Petersburgu nie stwierdzono w naszych sesjach błędów logicznych.
"Dwóch pancernych i Kotecek"

Ostatnio edytowane przez Extremal : 15-03-2009 o 21:36.
Extremal jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 18-03-2009, 22:17   #17
 
Gettor's Avatar
 
Reputacja: 1675 Gettor ma wspaniałą przyszłośćGettor ma wspaniałą przyszłośćGettor ma wspaniałą przyszłośćGettor ma wspaniałą przyszłośćGettor ma wspaniałą przyszłośćGettor ma wspaniałą przyszłośćGettor ma wspaniałą przyszłośćGettor ma wspaniałą przyszłośćGettor ma wspaniałą przyszłośćGettor ma wspaniałą przyszłośćGettor ma wspaniałą przyszłość
- O kurwa! – krzyknęli naraz mężczyzna w czarnym garniturze i Luigi.

Hydraulik zeskoczył pospiesznie z kolan mężczyzny i rozejrzał się zdezorientowany.
- Co to ma znaczyć?! Gdzie jest Mario?! – krzyknął do zszokowanego człowieka w czarnym garniturze.

W sali nastąpiło ogólne poruszenie – nikt nie wiedział skąd nagle wziął się niski i zabawny ludzik w zielonym stroju, nawet on sam.
- Zaczniesz kurwa mówić, czy mam ci w tym pomóc? – powiedział Luigi piskliwym głosem wymachując pięścią, co wyglądało iście komicznie biorąc pod uwagę jego rozmiary.

Kiedy hydraulik już chciał się rzucić na któregoś z otaczających go mężczyzn w garniturach, drzwi sali nagle otworzyły się z hukiem. Stała w nich postać jeszcze niższa od Luigiego, choć nieznacznie.
- Mario! – krzyknął zielony hydraulik. – No kurwa wreszcie! Gdzie cię nosiło? I co ty masz na sobie?!
- Nie twój zakichany interes. – powiedział Mario ubrany w… różowy strój hydraulika. – Stul pysk przygłupie i ani mi się waż zaśmiać.

Luigi nie zaśmiał się. Po prostu ryknął śmiechem po kilku sekundach wewnętrznej walki z samym sobą.
- Sam tego chciałeś. – wrzasnął Mario i rzucił się na brata z piskliwym krzykiem.

Starli się ze sobą okładając się pięściami, kopiąc się, gryząc i robiąc całe mnóstwo dziwnych rzeczy.
- Ma-min-sy-nek! – krzyknął Luigi między kolejnymi ciosami.
- Zam-knij-się-kur-wa-gno-ju! – odpowiedział mu Mario.

Wokół walczących braci zgromadził się tłumek ludzi w czarnych garniturach, którzy nie mogli uwierzyć w to co widzieli. Ktoś krzyknął żeby przestali, ktoś inny zrobił zdjęcie, lecz nikt nie ingerował.

W pewnym momencie wszystko się skończyło równie nagle jak się zaczęło. Mario i Luigi wymienili dość silne, jak na nich, ciosy w twarz i po prostu zniknęli zostawiając po sobie dwa duże napisy „GAME OVER”, które zresztą również zniknęły po chwili.

THE END

 

Ostatnio edytowane przez Gettor : 18-03-2009 o 22:20.
Gettor jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 18-03-2009, 23:37   #18
 
Rusty's Avatar
 
Reputacja: 18 Rusty nie jest za bardzo znanyRusty nie jest za bardzo znanyRusty nie jest za bardzo znanyRusty nie jest za bardzo znanyRusty nie jest za bardzo znanyRusty nie jest za bardzo znanyRusty nie jest za bardzo znany
Oto historia dobrze wam znana. Nadeszła rewolucja i ubiła gada. Lecz dziś wszystko krąg zatacza. Kończy się era krnąbrnego odrdzewiacza. Kat jednak nie czarny, więc jaki?
Wszystkiego dowiecie się z opisu tej draki. Trzydziestego lutego, wieku trzeciego, w metropolii Kuchlandem zwanej, o godzinie trzeciej. Miały miejsce sceny wcale nie obce …

Lecz co ja wam będę tu teraz rzęził, przejdźmy do recenzji tej rozkosznej rzezi.

***


Dyszy, jak wielka lokomotywa, zaprawdę złowrogie to jęczenie srogie.
Po blacie szura, taszcząc swe cielsko. Ni to rąk nie ma, ni nóg. Jeno czarna dziura. Japa czy dupa, nie odkrył nikt. Dziś z niej pożytku tyle co nic.
Sapie i wciąż coś z niej bucha. Czarna piana i czarna ciecz klejąca jak jucha.

Nie ma ratunku, nie ma litości, po tej szczęśliwej życia stronie. Niebiescy wszędzie, niebiescy w koło.

- To kres żywota wredna Coca Colo!

Nieprędko jej jednak na drugą stronę. Czerwone puszki nie dają dmuchać w dolne wieko sobie. Toteż czym prędzej pomyka po stole. Jej serce natomiast w trumnie aluminiowej wyrzuca z siebie wrzaski złowrogie!

- Nie dla mnie recykling i żywot kapsla! Precz milicja! Coca-Cola Company rządzącą partią i basta!

Biegnie wrzeszcząc, a z pyska jej leci, jakby nadal pełna była tej klejącej cieczy. Lecz to nie wystarczy, bo została sama.
Koniec rewolty!
Wszystko poszło do diabła i chama, zostawił ich nawet prezydent O’banan!
Dobrze wam było pić Coca-Colę i różowo było i błogo, a dziś zostałaś jej tylko ty trwogo. Nagle to z zamyślenia wyrywa ją trzask. Bezpański widelec o blat jeb i trzask. Zamyka ślepia i słyszy szuranie.
Dopadły ją wreszcie te niebieskie dranie!

Trzask!
Prask!

Bum! Bum! Bum!
Zgrzyt!
Bęc!
Szruu i szuru!

A na dokładkę i łubudu!

Nie otworzy już oczu i nie orzeźwi człeka. Kończąc zaś scenę tej bezmyślnej rzeźni. Otworzą swe wieka i dłużej nie bacząc, obeszczą czerwonych swą pepsisikawą.


Poniżej coś dla kolejnych twórców:
 
__________________
And the dance continuous.

Obecnie nieobecny.

Ostatnio edytowane przez Rusty : 19-03-2009 o 00:57.
Rusty jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 19-03-2009, 16:42   #19
 
Chrapek's Avatar
 
Reputacja: 1165 Chrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumny
Stanowczo zbyt długi Tragidramat bez puenty,
W którym przygody Rusty'ego w piekle
Zapisane zostały ręką Ambrożego Kleksa
W jednym akcie skromnym.


Wio.

AKT I i ostatni

SCENA I

Rusty spada pogrążony w ciemnościach. Życie przewinęło się przed jego oczyma i teraz podróżuje w kierunku nieznanego.

RUSTY:
Na Zbawiciela Chrystusa
Cóż się dzieje teraz?
Czyżebym to do bram niebieskich
Zapukać miał, czy może

Do piekieł prowadzi ma
Droga, gdzie czeka mnie
Męka sroga?

Czy docenili Święci, czystość
Mego serca, wytrwałość w wierze?
Czy może siarka na mnie czeka?
Smoła, olej i diabelskie pierze?

Z mroku wyłania się twarz Szatana.

RUSTY:
Kim jesteś?!

SZATAN:
Jam wielki i włochaty.
Jam niosę straszną wieść.
A imię moje głosi
Sześćset sześćdziesiąt sześć!

RUSTY:
Apage Satana!

SZATAN:
Silencium! Zamilknij istoto marna
Wszeteczna, śmiertelna,
Spojrzenia mego nie warta...

RUSTY:
Na Boga, ratunku!

SZATAN:
Krzycz, płacz, lamentuj!
I tak, nikt Nie usłyszy Cię
W tem przybytku rozpaczy
I zgrzytania zębów.

RUSTY:
Czegóż chcesz ode mnie demonie?

SZATAN:
A czegóż chcieć mogę? Pomiętolić
I do smoły.

RUSTY:
Lecz, czyże piekło nie podzielone
Na kręgi? Czyże nie zasłużyłem
Na karę lżejszą niż dzielić łoże
Z diabłem obrzedliwem?

SZATAN:
Bez wycieczek osobistych, mości
Panie! Ja o Twojej twarzy nic
Nie mówię, chociaż paszkwil przeokrutny
Mógłbym z miejsca tutaj ukuć!

RUSTY:
Zmiłuj się panie piekieł
Szansę daj na rehabilitację!
Spójrz w me niebieskie oczy!
Spójrz i sam przyznaj rację!

SZATAN:
Twe oczy iście piękne, panie
Lecz nade mną ślepa stoi iustitia
Co najwyżej o audiencję z Lucyferem
Panem piekieł możesz, Rusty zapytać.

Zaś teraz - czas byś zwiedził dom
Swój nowy! Byś poznał piekieł kręgi
Co ułomną duszę grzesznika wypalą
Skazując go na potępienia męki...


SCENA II

Światłość otacza Rusty'iego; Szatan znika. Z ciemności wyłania się inna postać ubrana w bury habit, i kaptur narzucony na głowę.

RUSTY:
Ktoś ty, panie?!

Postać zrzuca z głowy kaptur.

POSTAĆ:
Jam jest Chrapariusz!
Poetą antycznym byłem
Zawczasu

Eneidę i Odyseję
spisała ma wena dzika
A i czasem machnąłem
Jakiegoś erotyka!

Słuchaj zali, Rusty!
Jam Twoim przewodnikiem
Po przybytku piekielnym
Wyznaczon jestem

Za kieckę mnie przeto złap,
Nie odchodź za daleko
Nie fotografuj bez pozwolenia
Bo zostaniesz kaleką!

RUSTY:
Mości panie, zanim w tournee
Zabierzesz mą duszę nieczystą
Racz powiedzieć, czemu cierpisz tutaj
Swą karę wieczystą?

CHRAPARIUSZ:
Długa to historia, panie.
Trudną to sztuką grypserką
Trudniłem się w rzymskim więzieniu
Bogu widocznie nie była miła...

Teatralnie wzrusza ramionami.

Lecz ja i tak swoje wypracowałem
By cieciem tu zostać, aniżeli
W kotle się smażyć! Inną miarą
Mnie biesy tutejsze mierzeli!

RUSTY pod nosem:
Tak, pewnie taką czterdziestocentymetrową
W obwodzie...

CHRAPARIUSZ:
Słyszę Twe wredne żarty!
Miej się na baczności
Bom ja pamiętliwy i nie zniesę
Takiej chamskiej poufałości!

RUSTY:
Wybacz o panie, i racz tournee
Zacząć. Albowiem duszę
Się już z niecierpliwości! Przybytek
Piekielny poznać prędko muszę!

CHRAPARIUSZ:
Prośbę Twoją spełnię. Trzymaj
Się mocno moich zacnych portek
Albowiem czeka przed nami
Piekieł przedsionek!

SCENA III
Piekła Przedsionek


Chrapariusz wraz z Rustym lądują w zatłoczonym, ciasnym korytarzu. Przed kolejką w której się znajdują stoi kilka biurek, za którymi siedzą znudzone biesy.

CHRAPARIUSZ:
Spójrz drogi panie! Stąd
Podróż swą zaczyna dusza umęczona
W burokracyję i jej bezlitosną maszynę
Za czambur, do środka wkręcona

RUSTY:
Któż zacz oni, mój drogi
Przewodniku?

CHRAPARIUSZ:
Przypatrz się dobrze! Zali
Ujrzysz tu swoich towarzyszy
Niedoli! Ich myśli nieczyste
Usłyszysz w wiecznej ciszy

Patrz jak do biurek podchodzą
Jak pryncyp przybija do ich lica
Pieczątkę! Zatwierdzon! Lecz gdzie?
Czy w krąg penitencjarny?!

Czy też wprost, na dół, do ostatniego
Kręgu? Spójrz tylko na ich przerażenie
Gdy szukają swojego dowodu osobistego
I prawa jazdy...

RUSTY:
Zaprawdę, straszne rzeczy prawisz
Chrapariuszu! Czyż doprawdy zasłużyli
Sobie oni na męki takie? Czyż tak
Plugawymi duszami byli?

CHRAPARIUSZ:
To dopiero początek, panie. Praeludium.
Lecz teraz swój numerek musisz dostać
Zali w kolejce stań; ja tymczasem
Kilka grypsów muszę w świat szeroki posłać

(...)

INTERLUDIUM:

CHÓR EXTREMALI na melodię "Życzenia" Chopina:


Co za menda z tego Kleksa!
Kawą swą rękopis splamił!
Od pierwszego kręgu zatem
Do czwartego wprost zmierzamy!

Ukłon.


(...)

SCENA VI
Krąg IV


W kotłach smażą się okularnicy. Jeden, szczególnie zapyziały i pryszczaty na gębie smaży się w centralnym kotle.

CHRAPARIUSZ:
Vidae Rusty! Patrz jaki los
Czeka okularnika bezecnego
Co kala boską ziemię, produkcją
Swego systemu operacyjnego!

OKULARNIK Z CENTRALNEGO KOTŁA:
Zamilknij przeklęty! Kalumnie opowiadasz
Ma dusza, jak kryształ górski jest czysta
Jam Twórca, przez "T" duże! Milenium
Iskpe, iksde...

CHÓR OKULARNIKÓW:
Vista!

OKULARNIK Z CENTRALNEGO KOTŁA:
Jam Gayc Bill, niesłusznie
W kotle piekielnym osadzon!
Winienem noszon być na ramionach
W niebiosach czas swój tracąc!

Toć gdybyż nie mój system,
Wszystkie piekielne kartoteki
Do diabła by poszły! Toć beze mnie
Ni pasjansa, ni sapera...

CHÓR OKULARNIKÓW:
Ach sprawiedliwości ślepa!
Ślepa na piękno Visty! Skompiluj
Ze dwa razy jej jądro, a poznasz
Co to ekstaza!

CHRAPARIUSZ:
Milczcie przeklęci! Grzechy wasze śmiertelne
Nie dziwcie się, żeście nie trafili do nieba!
Zacz powinniście gnić niżej, po tym jak w Boskim
Komputerze wszystkie sejwy z simsów poszły się...

BILL GAYC:
A czy serwis paka ściągnął? Nie?!
Tu cię mam gagatku! Piracką wersję pewnie
Na stadionie dziesięciolecia opylił...

CHRAPARIUSZ dorzuca drewna pod kotłem; rozlega się wrzask Gayca:
Spójrz tylko nań mój panie!
Spójrz tylko, co za menda!
Ceterum censeo
Vista esse delendam!

Iść dalej czas, mój miły panie
Lecz rzuć ostatnie spojrzenie
Na chodzące świadectwo, jakież to zakaz
Aborcji powoduje na świecie zniszczenie!

SCENA VII
Krąg V


Bohaterów spowija mrok. Wokół snuje się mgła utrudniająca widzenie.

RUSTY:
Mroczno tu. Aż ciarki po
Plecach, niczym mrówek stado
Od karku, w telimenową stronę
Maszerują raźno.

CHRAPARIUSZ:
To mgła wojny. Tu w kotłach się
Smażą, wszyscy nieudolni wodzowie
A ich jęki i klątwy słychać często
Gdy muszlę klozetową opróżniasz...

Pojawia się kocioł z wąsatym obywatelem.

RUSTY:
Ktoś Ty, duszo nieczysta?!

WĄSATY JEGOMOŚĆ:
Mein Kampf prowadziłem,
Jam Adolfem był zwany. Śnieżkę
Rysowałem. I wpadli krwawi
Imperialiści i głowę mi urwali!

Tysiąc lat ma Rzesza trwała.
A przynajmniej trwała tyle
W moim rysunkowym albumie. I
Sczezły marzenia, niczym pomyje

Ach, Walkirie, Odynie, Bogowie Olimpu
Czemuż to żydomasoneria zatrymfowała
Nad moimi chłopcami z Hitlerjugend?! Toć
Złożyłem w ofierze kura i półtuszec z barana!

CHRAPARIUSZ zdziela kosturem Adolfa po głowie:
Won, padlino! Wracaj do kotła
I nie waż się pokazywać więcej
Smaż się w piekle,
Tu gdzie jesteś!

ADOLF:
Odejdę, lecz zali nim pójdę
Radę Ci dam, nie byle jaką
Kiedy spotkasz Żyda, pamiętaj
Jak nie gazem go, to pałką!

Zjawa Adolfa znika. Pojawia się za to druga, równie wąsata.

RUSTY:
A Ty kimże byłeś?

ZJAWA:
Jam Saddamem był, na padole rozpaczy
Piasku pod dostatkiem było w mej Karbali
A i ropy. I wtedy imperialiści wredni
Do Allaha mnie wysłali

I co? Hurysów oczekiwałem
O czarnych oczętach, hojnie obdarzonych
W nagrodę za swe czyny. A tymczasem
W garze ze smołą zostałem osadzony

Toć nie po to mordowałem niewiernych
Mugoli. Och nieszczęsny! Dziwię
Się teraz, czemu się smażę
W piekielnej oliwie!

CHRAPARIUSZ:
Ciesz się, że szatańskich sutów
za swe niecne czyny, nie musisz
Wykręcać, lecz jedynie tutaj
W siarce się dusisz!

Odejdź do boleści swojej
Maro arabska!

SADDAM:
Odchodzę. Pamiętaj więc panie
By między niebem a ziemią
Nie wierzyć nigdy zbyt
Naiwnie W zwykłą wersję demo.

Saddam znika. Pojawia się trzecia zjawa, równie wąsata i w dodatku brodata.

RUSTY:
A ty któż zacz jesteś?

ZJAWA:
Jam Saruman! Hordy orków
Prowadziłem ku chwale Mordoru.
Mój kochanek, Gandalf, zdradził mnie
I pokonał w boju

A chciałem najlepiej. Wszetecznych
Elfów wybić. Na ich nierząd zaradzić
Niziołków nieczystych ubić
I podatek liniowy wprowadzić

Lecz nie pytając o rację
Mego stanu, ubili mnie okrutnicy
Nieczyści rasowo, samego,
W ciemnicy!

CHRAPARIUSZ:
Paszoł won, jewrejskaja roża!
I niech Cię tu nie widzę
I słów plugawych niechaj
Tu nie słyszę.

Odejdź!

SARUMAN:
Odchodzę. Pamiętaj, mimo iż
Romantyzm w duszy mej płonie
Nikt z mych oprawców nie pytał
Czy jestem dramatis personae...

Zjawa znika.

RUSTY:
Cóż za naukę wynieść stąd mogę
Mój przewodniku drogi?

CHRAPARIUSZ:
Zauważ, jak wszyscy oni owłosieni
Plugawie byli. Ohyda!
Spójrz na ten wąs paskudny,
Na brodę tego zwida!

Wąs bowiem, tak jak i Broda,
Narzędziem Złego był i jest.
Toteż Pamiętaj się golić na gładko
By nie miał dostępu do ciebie bies!

Chodź Rusty, czas już na nas.
Nauczyłeś się dosyć już tutaj.
Nie możemy się spóźnić na tramwaj
Chyba, że chcesz zasuwać dalej z buta...

SCENA VIII
Krąg VI


CHRAPARIUSZ, pokazuje ręką:
Spójrz, mój panie na ten świat
Satanistyczny; pełen wszetecznych
rytuałów. Spójrz i poczuj woń
Siarki; diabelski bat!

RUSTY:
Zaprawdeż czuję. Gdzież to teraz
Jesteśmy?

CHRAPARIUSZ:
Przyjrzyj się dobrze, a zobaczysz
Że to tutaj trafiają wyznawcy zbrodni
Podli szataniści, czytelnicy tej
ladacznicy: Joanne Kathleen Rowling!

RUSTY z przerażeniem:
Harry Potter!

Odzywa się głos z kotła:
Tutaj się smażę!
Rusty, pomóż!

RUSTY:
Trza pomóc nieborakowi! Nie jego
Toć wina, że tutaj umiera,
Zacz ni rodziny, ni swej bajki
Się przecież nie wybiera!

CHRAPARIUSZ:
Zamilknij przeklęty! Zamilknij
I spójrz w mój teleskop!
I zajrzyj w okulary jego czarcie
Zobacz duszę nieczystą!

Dyć szatan najniewinniejsze
Może przyjąć postacie.
Pamiętaj! I w krzaku, w lodówce
Z książki wyleźć może, i w gacie

Się zakraść.

RUSTY:
Zaprawdę, straszne to co mówisz
Gdyż patrzę do teleskopu Twego okularu
I niewinnego platfusa widzę
Pozbawionego niecnego zamiaru.

HARRY:
Mugole! Błagam! Siły
Lorda Voldemorta nadchodzą!
Pomóżcie mi uratować Hogwart
Przed ciemności nocą!

CHRAPARIUSZ:
On zwodzi -- słuchaj. Na pokuszenie
Szatana Cię posyła.

HARRY:
Ach pamiętam, jak w Gryffindoru
Progi zaszedłem. Pamiętam jak
W karty ciąłem i wódkę magiczną
Z ziemniaków pędziłem...

CHRAPARIUSZ:
Widzisz?! Widzisz! Na pokuszenie
Zwodzi! C2H5OH po głowie mu chodzi!

HARRY ze zniechęceniem:
Zamilknij Chrapariuszu, Tyś w szkole
Nigdy nie był...

CHRAPARIUSZ:
JA w szkole nie byłem?! Gdyś Ty był
W pieluchach, ja z boskim Cezarem
Wódkę niebiańską, pędzoną z rzymskich
Kartofli, na forum obalałem!

Ach -- cóże ja mówię! Na zło mnie zwodzisz
Odejdź demonie!

Podkłada ogień pod kocioł Pottera. Rozlega się wrzask.

CHRAPARIUSZ:
Płoń, płoń demonie!
I niech Twa szatańska
Mowa razem z Tobą płonie!

Zali Twoi wyznawcy, Ci co Twe plugawe
Słowa czytali, niech męczą się z Tobą
Bez kropli wódki, z wiecznym kacem
I mugolami...

RUSTY:
Cóże za naukę wynieść więc stąd mogę?

CHRAPARIUSZ:
Że Zło przybrać może każdą postać
Także niewinnego placka,
Którego Spotykając na ulicy skroiłbyś
Z komórki i teleskopu...

Kładzie dłoń na ramieniu Rustyego.

Chodź drogi panie! A idąc
Spójrz po raz ostatni
Na czar szatański Pottera
I obraz jego matni


SCENA IX
(najkrótsza)
KRĄG VII


Bohaterowie stoją na wysokim wzgórzu. Nagle zza horyzontu wynurza się bajerancki kitajski znaczek. Znaczek przybliża się do bohaterów. Pobliscy grzesznicy padają z trwogą na kolana.

CHRAPARIUSZ:
Bądź silny. Najstraszniejszy
Ze strasznych zbliża się do Ciebie
Boją się go w piekle
A także i w niebie...

KITAJSKI ZNACZEK:
Uklęknij niebożę, przed moim
Jestestwem!

RUSTY:
Nie przywykłem klękać przed
Kitajskimi znaczkami! Wpierw
Tożsamość swą ujawnij!

Grają fanfary piekielne. Ziemia się trzęsie.

KITAJSKI ZNACZEK:
Zaprawdę nie jestem
Kitajskim znakiem
Ani chińską królową
Ani rajskim ptakiem

Lecz tylko...

WSZYSCY z przerażeniem:
Kutakiem?!

Kurtyna!

No przecież mówiłem, że to tragidramat bez puenty .
A Rusty, sam jesteś sobie winien, zainspirowałeś mnie swoim postem.

I obrazek (z dedykacją):

 
__________________
There was a time when I liked a good riot. Put on some heavy old street clothes that could stand a bit of sidewalk-scraping, infect myself with something good and contageous, then go out and stamp on some cops. It was great, being nine years old.

Ostatnio edytowane przez Chrapek : 19-03-2009 o 17:08.
Chrapek jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 19-03-2009, 18:43   #20
 
Terrapodian's Avatar
 
Reputacja: 191 Terrapodian ma w sobie cośTerrapodian ma w sobie cośTerrapodian ma w sobie cośTerrapodian ma w sobie cośTerrapodian ma w sobie cośTerrapodian ma w sobie cośTerrapodian ma w sobie cośTerrapodian ma w sobie cośTerrapodian ma w sobie cośTerrapodian ma w sobie cośTerrapodian ma w sobie coś
Płachta zakrywająca obraz została zrzucona teatralnym gestem przez dyrektora muzeum. Zapanowała cisza, w której miliony impulsów elektrycznych wędrowało z oczu do mózgu zgromadzonych, gdzie następowała analiza tego co widzą. To im się nie spodobało.
- Mój Boże, na obrazie jest naga kobieta! - krzyknął mężczyzna z monoklem i w garniturze.
Po sali rozeszły się głośne krzyki oburzenia, oraz piski co poniektórych kobiet. Starsza dama w sukni wieczorowej osunęła się omdlała w objęcia męża. Dzieciom natychmiast zakryto oczy i wyprowadzono sprzed oblicza obrazu. Jakiś ksiądz zaczął krzyczeć coś o profanacji religii. Ktoś wyciągnął pistolet i zaczął strzelać. Jedynie młodzież stała zafascynowana.

***

OPENING:
"Zankoku na tenshii no teze..."

Tokio. Rok 2010. Po katastrofie zwanej Drugim Uderzeniem Ziemia została spustoszona. Oficjalnie było to uderzenie komety. Jednak niewielu znało prawdę. Specjalna organizacja WNERV od dawna badała tą sprawę i natrafiła na projekt, który nazwała... Tajnym Projektem!

***

W pustym, gigantycznym pomieszczeniu panowała ciemność. Na platformie pływającej w dziwnej, pomarańczowej substancji stał masywny blok. Miał on mniej więcej piętnaście metrów wysokości. Po środku namalowany był czerwony trójkąt, do którego przyczepiony był... Nie wiadomo czym byłą ta istota. Przypominała starca przybitego do bloku jakimiś patykami. Jego twarz z przymkniętymi oczami spuszczona była w dół. Zawadiackie wąsy zakręcone w górę, posiwiałe włosy, białe rękawiczki na rozciągniętych dłoniach. I jedynie starożytne duchy z dalekich wymiarów i sprzed tysięcy lat znały jego imię.

Dalith - ojciec ludzkości.

***

Shinji Ikari jak zwykle stał osamotniony podczas gdy Tokio było rozwalane przez istoty zwane Aniołami. Był Wybrańcem, lecz bardzo nie chciał, bo wiązało się to z bólem egzystencjalnym i weltschmerzem. Ogólnie miał też syndrom jeża i parę innych kompleksów. Typowy przedstawiciel nowoczesnej młodzieży. Gdy tak stał i wpatrywał się w obraz apokalipsy, zadzwonił telefon.

- Halo - powiedział cicho Shinji.
- Shinji, tu Misato! - odezwał się głos opiekunki. - Z powodu kryzysu gospodarczego nie zdążymy zrobić dla ciebie Evangeliona, który byłby wielkim pół-żywym mechem wypełnionym substancją w której można oddychać i smakowałby jak krew. Dlatego też nie będzie w środku Centry-Plugu zawierającego duszę twojej matki. Nie przeżyjesz rozkoszy synchronizacji, ani nie włożysz niebieskiego, obcisłego wdzianka pilota. Raczej nie pokłócisz się z ojcem i nie zrezygnujesz z pilotowania Evangeliona płacząc jak ciota. Prawdopodobnie nie dojdzie również do Trzeciego Uderzenia, które przeżyjesz ty i Asuka.
- Więc co mam zrobić - zapytał beznamiętnie Ikari.
- Będziesz musiał z nimi walczyć gołymi rękoma! Ale nie martw się, kogoś przyślemy, aby cię wytrenował.

Rozmowa się urwała. Shinji zauważył wtedy mężczyznę w wieku około czterdziestu lat, który szedł w jego kierunku z szerokim uśmieszkiem. Miał koszulkę z wesołym, biegnącym misiem. Chłopiec miał niemiłe podejrzenia co do kompetencji tej osoby. Był nią niski, przysadzisty Japończyk.
- Witaj Shinji, jestem Hideaki Anno - przedstawił się - Planuję wyreżyserować anime na podstawie tego co zrobisz, więc przejdźmy do rzeczy.
Wręczył mu drewniany krzyż, na który składały się dwa patyki.
- Co mam z tym zrobić? - spytał Shinji.
- Nie wiem - przyznał Anno. - Ponadto musisz walczyć z nimi nago.
- Co?! Dlaczego?!
- Bo ja mam taką wizję - przyznał Anno. - O! Już idą.
Faktycznie. W ich kierunku zbliżały się stwory. Były dziwne - utrzymywały się na długawych, pałąkowatych nogach. Wyglądem przypominały zwierzęta. Część z nich nosiło jakieś budowle. Shinji pospiesznie zaczął się rozbierać. Hideaki Anno pokiwał głową z aprobatą. Gdy już był nagi i złapał krzyż, na jednej z budowli zobaczył swoją przyjaciółkę Soryu Asukę Langley w stroju Ewy.
- Ona też jest naga? Dlaczego? - spytał Shinji.
- Taki miałem zamysł - odpowiedział spokojnie reżyser. - W ogóle mam plan, by w filmie kinowym jedna z głównych bohaterek występowała nago przez przynajmniej 75% czasu.
Wówczas Anioł przypominający konia stanął na tylnych kopytach, usiłując zgnieść Shinjiego. Ten uklęknął na jednym kolanie i zasłonił się krzyżem.

Dwóch amerykańskich turystów szło między Aniołami. Nie wiedzieli, że właśnie toczy się walka o przyszłość świata.
- Ach, ci Japończycy - powiedział jeden z nich. - Ciągle wymyślają coś, by skomplikować sobie życie.

---

Obrazek;

 

Ostatnio edytowane przez Terrapodian : 19-03-2009 o 18:50.
Terrapodian jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Odpowiedz

« Początek | Pomocy! »


Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 04:28.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2019, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166