Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > Zakątek LI-teracki > Warsztaty Pisarskie Last Inn
Zarejestruj się Użytkownicy

Warsztaty Pisarskie Last Inn Jeśli chcesz udoskonalić swój warsztat pisarski lub wiesz, że możesz pomóc w tym innym, zapraszamy do naszej forumowej szkoły pisania! Znajdziesz tu ćwiczenia, porady, dyskusje i wiele innych ciekawostek dotyczących języka polskiego.


Odpowiedz
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 03-03-2009, 18:26   #1
Konto usunięte
 
Mira's Avatar
 
Reputacja: 1 Mira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputację
[Warsztaty] Mira-Sulfur #2

Drogi Sulfurku, tym razem Twoje zadanie stworzenia opowiadania zostanie poszerzone o motywy muzyczne. W każdej kolejce dostaniesz jakąś piosenkę lub melodię, pod której klimat będziesz miał dostosować swój tekst. Oprócz tego, jak w poprzednim temacie ćwiczeniowym, będą obrazki i słowa klucze (zwykle cytaty z piosenki). W pierwszej kolejce będziesz miał jeden obrazek i jeden klucz, w drugiej kolejce już po dwa obrazki i klucze, w trzeciej – trzy itd. Zobaczymy ile wytrzymasz.
Plik muzyczny zawsze będzie tylko jeden i nie musisz go kopiować, co do obrazków: tym razem będę wrzucała tylko linki do nich, sam zdecydujesz, w którym momencie Twojego tekstu powinny się pojawić.
Od Ciebie zależy kolejność użytych obrazków i kluczy.
Jak o czymś zapomniałam, to obgadamy to jeszcze na PW, a teraz zaczynamy!

1.
[media]http://www.youtube.com/v/Tcy72TmQ8qE&hl=pl&fs=1[/media]

Obrazek:
http://th07.deviantart.com/fs44/300W...MustBeDead.jpg

Klucz:
To ewolucja, kochanie.
 
__________________
Konto zawieszone.
Mira jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 06-03-2009, 12:03   #2
 
Sulfur's Avatar
 
Reputacja: 1 Sulfur ma z czego być dumnySulfur ma z czego być dumnySulfur ma z czego być dumnySulfur ma z czego być dumnySulfur ma z czego być dumnySulfur ma z czego być dumnySulfur ma z czego być dumnySulfur ma z czego być dumnySulfur ma z czego być dumnySulfur ma z czego być dumnySulfur ma z czego być dumny
Miasto odgrywało swój zwyczajowy wieczorny koncert. Tu coś zawyło, tam charknęło, gdzieś nieprzyjemnie szurnęły zużyte szyny, po których pędził właśnie pociąg. Zapadał zmrok. Ciemne do tej pory uliczne latarnie roziskrzały się powoli żółtym światłem, ilość samochodów przetaczających się tam i z powrotem wyraźnie spadała. Zaczynała się pora idealna dla współczesnych drapieżników - złodziejaszków i zwyczajowych chuliganów - łowców XXII wieku.

Miał grubo ponad sześćdziesiąt lat, szedł wsparty na sękatej lasce, czuł spokój i chłodny wiatr na twarzy. Znał miasto, cieszył się z możliwości spaceru jaka nagle go dopadła. Swoimi laty był tam i siam, teraz jest tu.

W oddali majaczyła bryła szklanego wieżowca.

Miał nieliche doświadczenie. Niejedno przeżył, niejedno widział, niejedno przemilczał. Był typem człowieka już prawie nie istniejącego w świecie, zaciętym konserwatystą, wiekowym dziadem. Był szczęśliwy. Pomimo licznych docinek, a niekiedy i gestów.

Jedno z setek okien drapacza chmur zaświeciło się białym światłem.

Miał silne ręce. Pamiętały co to fizyczna praca, poznały wysiłek. Nie trzęsły się, wcale. Żylaste, chude dłonie kurczowo zaciśnięte były na głowni laski. Męczył się jednak po stokroć bardziej niż kiedyś. Dopadła go nieuleczalna choroba - starość.

Na jasnym tle jarzeniowego blasku pojawił się czarny cień. Zgasło.

Miał nieugiętą wolę, jedną tylko nerkę i ze cztery palce u każdej stopy. Miał piersiówkę, tuż przy sercu, miał ulubioną kurtkę i wygodne buty. Zoraną głębokimi bruzdami zmarszczek twarz i przynajmniej ponad połowę przeszłej liczby, siwych włosów na głowie. Wystarczało.

Stąpając stanowczo skręcił w jedną z bocznych uliczek, zmierzał ku domowi – niewielkim, kilkudziesięciu metrowemu mieszkanku, w czystej, spokojnej kamienicy, w jednej ze zgoła bezpiecznych dzielnic.

Księżyc, z trudem przelewając swoje srebrzyste refleksy świetlne, bezskutecznie zdominować próbował pulsujące, różnokolorowe neony zawisłe nad każdą piędzi ziemi. To właśnie one wygrywały w odwiecznej bitwie światła nocy. I chociaż mogłoby się wydawać, że jest jedną z najbłahszych sporów, była wojną. Tak samo okrutną i zgubną w skutki jak wszystkie wielkie i sławne starci i potyczki opisywane w zakurzonych tomach książek i nagłaśniane przez edukacyjne programy telewizyjne.

Przelewające się na witrynach sklepowych, wyszukane towary, zdawały się krzyczeć jakie to wspaniałe, bogate czasy nastały. One, czyste chodniki i ulice, zielone parki, sądy, szpitale – maski za jakimi skrywało się prawdziwe oblicze ludzkiego przybytku.

Mężczyzna szedł, dziarsko postukując okutą metalem końcówką laski o szare kostki chodnika, na którym co chwila widać było bryłę jakiegoś kosza na śmieci. Pogrążył się w myślach, z rozmarzeniem wspominał błogie lata dzieciństwa, spędzone na zielonych polach, w zimnych wodach, z dala od śmierdzącego skupiska bokowisk, zakłamanych ludzi, z dala od... ewolucji? – przyszło mu nagle na myśl.

Zatrzymał się, ze znudzeniem wpatrując w czarny słup górujący nad przejściem dla pieszych. Swoim intensywnym odcieniem czerwieni zdawał się mówić: Stój starcze! Ale już!

Ale starzec był szalony. Albo ślepy...

Nie rozglądając się, z zadowolenie młynkując połyskującą w świetle miasta laską, uporczywie brnął w poprzek jezdni. Nie zrażały go gwałtowne, przeciągłe piski, wycie klaksonów, a nawet wściekłe krzyki kierowców.

W istnej katatonii dźwięków dotarł wreszcie ku drugiemu brzegowi asfaltowej otchłani i w geście niemego zdziwienia spojrzał na pokaźny korek, jaki udało mu się swoim zachowaniem osiągnąć. Wzrokiem odnalazł, wydającego się najbardziej rozjuszonym osobnika i uśmiechając się pomachał mu żylastą łapą.

- Przepraszam bardzo! – rzucił i zniknął za rogiem wąskiego przejścia między dwoma brudnymi ścianami dość wysokich, jak na standardy miejskie, budynków.

Marzył tylko o jednym – ciepłej, mocnej herbacie. Od spełnienia pragnienia dzieliło go tylko kilkaset metrów kluczenia wśród ciemnych uliczek pełnych wilgoci i szczurów.

Przyspieszył nieco kroku widząc, że z mroku wyłania się niezbyt przyjaźnie nastawiona do wszystkich żywych, bądź też nie, istot grupa. Swoją niechęć do otoczenia wyrażała dość sprośną, obfitującą w wulgaryzmy pieśnią.

Mimo ciemności dało się bezbłędnie powiedzieć, że w ręku przynajmniej jednego z dobrze zbudowanych mężczyzn tkwi twarda pałka.

Szczerze mówiąc pewien był, że go nie zatrzymają. Mimo wszystko nie chciał się wychylać. Nie zwalniając, nie okazując też po sobie ewentualnego zdenerwowania, utkwił wzrok w odległym elemencie otoczenia – punkciku słabego, żarówczanego blasku bijącego z jakiegoś okna.

Mylił się.

- Ej ty, stary dziadzie!
– adresat w myślach wyśmiał prymitywność wymowy łysego draba z wytatuowanym na czole nożem. – Masz szluga?

Tak się zwykle zaczyna, myślał, wciąż nie oglądając się na zachodzącą go od boku grupę. Musiało być ich ponad pięciu. Zdawał sobie sprawę z zagrożenia.

- Nie - starał się by jego głos zabrzmiał naturalnie, przyprawiony nutą zobojętnienia. - Niestety nie. Słyszałem, że dzisiaj jest niezła impreza w „Heavy Techno” – rzucił obojętnie i nie zatrzymując się spróbował zniknąć za rogiem kończącego się właśnie wąskiego przejścia.

Powstrzymała go jednak silna łapa zaciskająca się na jego starczym ramieniu.

Koniec...

Odwinął się i stękając cicho, sękatą laską walnął zaskoczonego osiłka w okolicę wątroby. Krepujący uścisk uniemożliwiający ucieczkę momentalnie puścił. Siwy mężczyzna rzucił się do ucieczki, cudem tylko unikając zderzenia z rozpędzoną maską ciężarówki. Usłyszał za sobą syk bólu i okrzyki nawołujące do pogoni. Nie dobiegł daleko.

Po chwili, czując mięknące mimowolnie kolana i rozluźniające się mięśnie, upadł rażony silnym uderzeniem w tył głowy.



***

- ... Amerykę wolną! Z poczucia obowiązku, musimy działać. To właśnie my wybrani zostaliśmy do znojnego procesu naprawy świata i to właśnie my prześladowani będziemy najbardziej. Ale nie poddamy się, będziemy walczyć. Za wolność, bracia, ku marzeniom!

Rozbrzmiały gromkie brawa, wzbogacane niekiedy ostrym pogwizdywaniem. Gdzieniegdzie dało się słyszeć zwielokrotnione „ku marzeniom!” dobywające się z gardeł postaci zgromadzonych wkoło mówcy. Ludzie poczęli się rozchodzić.

Reumatyzm, wywoływany zazwyczaj podmokłymi miejscami, dawał o sobie znać kolejnymi, coraz to bardziej natarczywymi falami. Zdawał się wyłamywać stawy. Nie to jednak było najgorsze. Gorące ostrza bólu wbijały się głęboko w czaszkę, krew... Pamięć zdarzeń minionych powoli wracała. Ciemna uliczka, grupa buzujących testosteronem kiboli, rozmigotana uliczka niknąca pod zamykającymi się powiekami. Tak... Gdyby był chociaż odrobinę młodszy, jak dziecko cieszyłby się z pędzącej ku niemu przygodzie, zagrożenie zamieniłby w dobrą zabawę, ryzyko w niezbędne do życia powietrze. Miał jednak swoje lata. Przejmowało go to obrzydzeniem i bezsilną wściekłością. Biernie przyglądał się jak kolejne organy i członki odmawiają posłuszeństwa. Doczekał tego, przez co niemal każdy zmuszony jest przejść. Był stary...

Teraz jednak liczyło się to gdzie jest i co to za szalona banda fanatyków go otacza.

Podniósł się do siadu.

O w mordę, opuszczone magazyny! – zalśniła mu w głowie myśl. Niestety była to jedna z niewielu lśniących tu rzeczy.

Rozległy ni to hangar, ni magazyn spowity był w gęstej ciemności, w której odcinały się blado tylko wielkie, okna ciągnące się na całej długości ścian, w większości zastawionych równie dużymi, drewnianymi skrzyniami. Potężne, metalowe krokwie tworzące dach krzyżowały się wysoko w górze, wspierane masywnymi blokami betonowych podpór, w równych odstępach wznoszących się nad równą, szarą podłogą. Jako wystrój wnętrza dominowała blacha.

Kilka metrów dalej od miejsca w którym leżał, z zaimprowizowanej naprędce, chybotliwej sceny schodził właśnie wysoki, odziany w skórę, szeroki w barach mężczyzna. Kierował się ku bijących żółtym światłem drzwi. Przed nim kroczyła dość spora, w większości łysa grupa.

Nastanie zupełnych ciemności poprzedził trzask zamykanych drzwi. Starzec został... sam? Po co przytargali go do jakiegoś zatęchłego magazynu, skoro nawet nie zamierzają go pilnować? Powinien spróbować uciec?

Mówi się, że ludzie, którzy w obliczu niekwestionowanego zagrożenia nie lękają się, są głupcami. W sumie może być to prawdą... W każdym razie stary mężczyzna oparty plecami o jeden z betonowych słupów nie bał się. Władzę nad nim przejmowała ciekawość. Dotkliwa i dogłębna potrzeba dowiedzenia się czegoś więcej o tej grupie szaleńców, którzy najpierw obezwładniają niczemu winnego przechodnia, a następnie nawołują do ratowania Ameryki. Może był głupcem, ale nic z tego nie rozumiał.

Najciszej jak tylko potrafił począł się skradać w stronę ściany, za którą znikli ci wszyscy ludzi. I wtedy uderzyła go najbardziej bolesna ze wszystkich możliwych myśli. Laska... Jego laska! Zabrali mu laskę! Czuł jak rozpiera go złość, jak wzbiera w sercu i przenika do wszystkich kończyn, zaślepia umysł. Zabrali skarb, najukochańszą sękatą podporę! Pozostało mu tylko jedno wyjście.

Złapał za klamkę i z mocą nacisnął. Korytarz. Długi, wąski, blaszany korytarz z mnóstwem drzwi i przejść. Kilka żarówek wiszących u sufitu, puste butelki i papiery zagracające podłogę. Upewniwszy się, że nikt nie zajdzie go niespodziewanie od tyłu i w brutalny sposób nie przerwie akcji ratunkowej, lekko kuśtykając ruszył przed siebie.

Większość drzwi była pozamykana, reszta wyłamana z zawiasów oparta została o ściany.

Co to za piekielne miejsce?

Przypomniała mu się pewna misja w małym, zubożałym kraiku. Ostatnią jej część odbył właśnie w takim magazynie. Wtedy też był sam. Z jednym tylko wyjątkiem. Koło uszu świstały bezimienne pociski wystrzelone z rebelianckich kalashnikovów. Teraz przeciwko sobie miał tylko kilkadziesiąt baseballowych kijów. Tylko, a może aż... Był stary.

- Możemy to zrobić? – usłyszał nagle kobiecy głos dobiegający gdzieś z połowy długości korytarza. - Możemy dojść do celu po trupach?
- Ludzie pokładają w nas nadzieję, nie możemy jej im odebrać – odpowiedział jej niski męski głos; to był ten szalony mówca!
- Ale, kochanie, musielibyśmy zabić miliony ludzi! Tak nie można!
- To my jesteśmy prawdziwymi ludźmi, nie zaślepiają nas pieniądze i władza. Historia nas zapamięta.


Starzec zaciekawiony podszedł do drzwi, zza których dobiegała rozmowa.

- Jeżeli doszedłbyś do władzy stałbyś się taką samą świnią jak oni. Może nawet gorszą... – dodała po chwili milczenia.

Wychylił się i zajrzał przez szparę do małego pomieszczenia, jakiegoś schowka chyba.


Wsparta na załamanej półce, w dość wyzywającej pozie, stała tam dwójka ludzi. Ciężarna kobieta i mężczyzna. Trwali w uścisku w niebieskim świetle neonu. On w dżins spodniach, z zaczesanymi do tyłu włosami i ona w krótkich, postrzępionych szortach, w cienkim, czarnym staniku. To właśnie ta kobieta zaciekawiła starca najbardziej. Jej długie, dziwnie czerwone włosy, zaawansowana ciąża i... tatuaże. Ramiona, dłonie, barki, część pleców i jeszcze kilka sporadycznych miejsc pokryte były zawiłymi, kolorowymi liniami układającymi się w skomplikowane wzory i symbole. Nagle jego wzrok błądzący po młodym ciele natrafił na jeden z nich. Ten błyszczał w niebieskawym świetle. To... To był... motyl chaosu...

Ktoś zaszedł go od tyłu. Nie usłyszał cichych kroków. Poczuł za to tępy ból.

- To ewolucja, kochanie... – usłyszał jeszcze ze schowka.

Zemdlał.
 
Sulfur jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 07-03-2009, 20:44   #3
Konto usunięte
 
Mira's Avatar
 
Reputacja: 1 Mira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputację
2.


Obrazki:
http://fc25.deviantart.com/fs29/f/20...6af80d96c1.jpg
http://fc79.deviantart.com/fs37/i/20...nDouglasUK.jpg


Klucze:
Nie ma ucieczki
Słońce jest w Twoich oczach
 
__________________
Konto zawieszone.
Mira jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 11-03-2009, 16:52   #4
 
Sulfur's Avatar
 
Reputacja: 1 Sulfur ma z czego być dumnySulfur ma z czego być dumnySulfur ma z czego być dumnySulfur ma z czego być dumnySulfur ma z czego być dumnySulfur ma z czego być dumnySulfur ma z czego być dumnySulfur ma z czego być dumnySulfur ma z czego być dumnySulfur ma z czego być dumnySulfur ma z czego być dumny
Powiadają, że trzepot skrzydeł motyla na jednej z półkul Ziemi spowodować może tornado na drugiej.
Teoria Chaosu


Słońce uciekało przed promieniami ciemności łapczywie próbującymi olśnić wszystko co tylko się dało. Ostatnie, prawie niezauważalne już, skrawki niebieskiego nieba z wolna przesłaniał gęsty, skłębiony, czarny dym. Sunął on wolno, wzdymał się i rósł. Musiał mieć gdzieś źródło. Świat zamykał się wkoło jednego z najwyższych okolicznych wzgórz, stromo, lecz dumnie powstającego z ziemi. Opary przesłoniły wierzchołek i niczym pręty więziennej kraty otuliły go ciasną, nieprzebitą powłoką, zza której zdawało się nie być ucieczki.

Na martwej, lodowato zimnej skale leżało niekształtne coś. Podobne ludzkiej postaci i skrępowane. W cieniu zalegającym okolicę trudno było określić czy nie jest jedynie ułudą umysłu dręczonego śmierdzącym gazem. Mimo wszystko można jednak powiedzieć, że niemrawo i delikatnie poruszało się. Nieznacznie, jakby w konwulsyjnych zmarszczkach drżało.

Po długiej chwili, w której nie stało się praktycznie nic godnego zapamiętania, dziwne coś podskoczyło raptownie i bez ruchu padło na twarde podłoże.


Światło... Blady, nikły blask z trudem przebijający się ponad refleksy nocy. Dobiegało z wewnątrz. I twarz. Młoda, dziewczęca, o oczach lśniących jakąś taką pełną w nadzieję głębią, spowita pajęczyną drobnych niteczek – ona też wykluła się z wewnątrz.

***

Obudził się z trawiącą go myślą, że dająca ciepło kołdra zsunęła się i teraz leży gdzieś na podłodze. Nie lubił kusić licha, nie lubił chorować, nie lubił zimna. Zdenerwowany, nie otwierając jeszcze oczu, lewą ręką pomacał przestrzeń, która bezkonfliktowo powinna być podłogą. Zimno, wilgoć...

Jeżeli nie zwykłem oddawać moczu w łóżku, nie wyciekło mi z ust kilka litrów śliny, jeżeli nie nadeszła nagła powódź, to co to do cholery jest?

I nagle...

- Oż w mordę! – ryknął zrywając się na równe nogi i zauważając wkoło siebie tylko czerń. – Oż w mordę! – ryknął przypominając sobie o wieczornym spacerze. – Oż w mordę!!! – zawył wręcz, gdy w głowie pojawiło się wspomnienie łysych, uzbrojonych w kije pseudodresów.

Rzeczywistość nie była zbyt kolorowa, szczególnie biorąc pod uwagę brak jakiegokolwiek światła w miejscu gdzie przebywał. Właśnie przebywał... Ale dlaczego? Ach, tak... Kobieta i mężczyzna, tatuaże i ból. Głowę zaprzątały mu mroczne wizje szalonych wyznawców mrocznego bóstwa, zazwyczaj zbierających się w typowych opuszczonych magazynach. I ta ich porypana ideologia i niedorzeczny światopogląd, jeżeli nazwać tak można zasadę: „znajdź, dopadnij i zniszcz”. Ale nie... Oni mówili coś o ratowaniu Ameryki, która miała się przecież znakomicie!

Rebelia!

Myśl naszła go znienacka, wydawała się swego rodzaju ratunkiem. On już potrafił się z takimi szumowinami rozprawić, miał doświadczenie.

Laska!

Jak mógł zapomnieć. I to o niej! Jego najbliższej przyjaciółce, towarzyszce dalekich i bliskich podróży! Nieee!!!

Zaślepiony gniewem ruszył naprzód. Jego zapał ostudziło niestety zderzenie z nie najmiększą strukturą ściany skalnej, która z niewiadomych powodów nagle przed nim wyrosła. Poczuł, że jego nos wykręca się w nie najwłaściwszym kierunku. Upadł. Przetoczył się na bok. Spojrzał w dół. No nie...

Legowisko rebeliantów!



Ściany przeogromnej jaskini o wysokim sklepieniu nikły w ciemności, gdzieś strasznie daleko od przycupniętego na jednej ze skalnych półek staruszka. Zewsząd sterczały spiczaste stalagmity powoli dążące na spotkanie licznym stalaktytom. Ogrom jaskini wypełniało mrowie groteskowych, dumnych brył... budynków. Małe okienka delikatnie lśniące zieloną poświatą, balkony, powietrzne ulice łączące poszczególne grupy wieżowców, istna metropolia tętniąca prawdziwym, ludzkim życiem.

Leżał odrętwiały ze zdziwienia i zaskoczenia. Pomimo ostrych sygnałów wszystkich czterech zmysłów z wściekłością szturmujących bramy mózgu nie mógł przyswoić sobie faktu, iż tu, pod ziemią, w jakiejś zatęchłej grocie, najnormalniej w świecie istnieje miasto. Rebelianci, ktoś ciągle walący go drewnianą pałą po głowie, podziemne miasto... co jeszcze?

To była właśnie ta chwila, w której należało zdecydować co robić. Jak zwykle przyszła nieoczekiwanie i w najmniej spodziewanym momencie. Do wyboru miał próbę ucieczki, albo zwiedzenie miasta i poszukiwania ukochanej, sękatej podpory starca – laski. I jak to zwykle bywa decyzja padła nader szybko i pochopnie, pod wpływem impulsu i silnej emocji.
Wstał. Ruszył. Tym razem, o dziwo, nie napotkał ściany. Musiał, w bliżej jeszcze nieznany mu sposób, pokonać co najmniej dziesięć metrów pionowej skały.

- Ścieżka! – szepnął nagle zauważając zawisłą nad przepaścią wąską kładkę. – Tak! – zawołał stawiając pierwsze kroki na niej pierwsze kroki.
- Bij dziada, Trag! Nie może uciec! Bij!

Powietrze ze świstem przeciął duży, przedmiot obłego kształtu i z cichym mlaśnięciem w coś uderzył.

Zaszli go od tyłu. Znowu.

Osuwał się w ciemność.

***

- Słońce jest w twoich oczach! – z podnieceniem krzyknął ktoś siedzący przy okrągłym, dużym stole. – Widzę je!
- Zamknij się idioto! Kto go tu wpuścił? Precz z tym ścierwem!

Do dużego, przeszklonego pomieszczenia, za oknami którego widać było jedynie zbudowane na podobieństwo termitowego kopca miasto, weszło kilku łysych osiłków. Z groźnymi minami podeszli do rozłożonego na krześle mężczyzny, tępo przewracającego wzrokiem po pomieszczeniu.

- W waszych oczach też je widzę! – krzyczał dalej. – Tak, jest tam! Ale nie pozwólcie mu zgasnąć, o nie. Nie...

Nie dokończył. Został wyrzucony za wzmacniane, metalowe drzwi.

- Oddajcie mi moją laskę, psiakrew!
– dał się jeszcze słyszeć cichnący powoli, stłumiony wrzask.

Cisza.

- Przeklęty motłoch... Kontynuujmy Carvogio – zabrzmiał po chwili dudniący bas dobiegający z cienistego rogu.
- Tak jest, panie. Przyniosłem mapy. Uderzymy tutaj... – duży, łysy mężczyzna nachylił się nad niewidoczną postacią i szybkimi ruchami zaczął pokazywać coś na mapie. To był... Mówca.

***

Bardzo daleko od tego miejsca, na wierzchołku jednego z najwyższych wzgórz, spowita skłębionymi tumanami czarnego dymu, jaśniejąc bladym światłem, wykluła się do życia Nadzieja.
 
Sulfur jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 13-03-2009, 18:55   #5
Konto usunięte
 
Mira's Avatar
 
Reputacja: 1 Mira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputację
3.
[MEDIA]http://www.youtube.com/v/h6KZCYWc9a0&hl=pl&fs=1[/MEDIA]

Obrazki:
http://th06.deviantart.com/fs26/300W...hiKurosava.jpg
http://fc30.deviantart.com/fs39/i/20...y_GrungeTV.jpg
http://fc08.deviantart.com/fs42/i/20...blackdream.jpg

Klucze:
-
nie ma nikogo innego
- znalazłem siebie w jej oczach
- proszę, uwierz mi Boże
 
__________________
Konto zawieszone.
Mira jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 13-03-2009, 23:58   #6
 
Sulfur's Avatar
 
Reputacja: 1 Sulfur ma z czego być dumnySulfur ma z czego być dumnySulfur ma z czego być dumnySulfur ma z czego być dumnySulfur ma z czego być dumnySulfur ma z czego być dumnySulfur ma z czego być dumnySulfur ma z czego być dumnySulfur ma z czego być dumnySulfur ma z czego być dumnySulfur ma z czego być dumny
- Nie ma nikogo innego! – rozdygotany głos w tych kilku słowach wylał całą zalegającą w nim desperację. – Nie ma i nie było. Jesteś tylko ty, to dla ciebie żyję.
- Nie wierzę, że po tym co widziałam masz jeszcze tupet żeby się bronić – odpowiedział mu cichy, zdławiony szept. – Nie wierzę już w nic co mówisz, nie wierzę w ciebie.
- Ale ja wierzę w ciebie i nigdy nie...
- Przestań! – przerwał mu dobiegający ze ściśniętego gardła krzyk.Nie mów o odległej przyszłości, bo nie wiesz nawet co czeka cię jutrzejszego dnia. To jest koniec. Rozumiesz? Koniec.

Słabo oświetlone, niewielkie, ale czyste mieszkanie stanowiące część jednego wielkiego blokowca ucichło wraz z dwojgiem stojących naprzeciw siebie ludzi.

- Nie chcę witać jutra u twego boku, Charlie, nie chcę. Żegnaj.

Trzasnęły drzwi. Momentalnie uleciał zapach orchidei. W małym pomieszczeniu, pomiędzy łóżkiem, stołem i kuchenką, pozostał tylko wymawiający w kółko i bez końca to samo, jedno słowo mężczyzna.

- Nie, nie, nie...

***

Powietrze pachniało nadchodzącym, ciepłym latem. Niosło ze sobą świeżość i rześkość, a także bogaty bukiet kwiatowej wiązanki. Szkoda tylko, że każdy z tych cudownych zapachów był w pełni sztuczny i nieprawdziwy. Powstały w jakiejś zatęchłej probówce, z rąk śmierdzącego wsióra, pseudo alchemika. Dałaby wiele by znowu móc rozkoszować się czystością wiejskiej przyrody, której tak niewiele zostało w ówczesnym świecie. Pamiętała dzieciństwo. Pamiętała rozstania, upadki, zwycięstwa i bóle. Pamiętała każdego kto odegrał w jej życiu znaczną rolę. Ale za zapachem natury tęsknić nie przestała nigdy.

Wybiegła wprost na ulicę, nie zważając na trąbiące zewsząd samochody. Cieszyła się. W niepojęty sposób, ale się cieszyła. Sama nie bardzo rozumiała. Przecież dosłownie przed chwilą odrzuciła tego, którego niepodważalnie uważała za miłość swojego życia, z którym wiązała całą swoją przyszłość. Ot tak, po prostu. Jednym gestem, słowem. Ale... Nie żałowała. Okłamał ją. Zranił. Nie liczył się z nią, dbał wyłącznie o siebie, zdradził wreszcie.

Znikła za rogiem nowego życia.

***

Stracił to, co miał najcenniejsze. Zyskał to, co większość nazywa desperacją.

Był zdecydowany. Nie liczyło się to co pomyślą inni, nie liczyło się nic. Oprócz Abigail... Czuł zimny spokój, wiedział, że jest już za późno. To on zawinił. Skrzywdził osobę, której skrzywdzić nigdy by nie chciał. Przez własną rozpustność i przekorność. Przez głupią żądzę i ciekawość. Nie było ucieczki.

Zgasił światło, zapalił świeczkę, relikt dawnych czasów, swoisty symbol. Rzucił na stół kartkę papieru i wysłużony długopis. Sam usiadł na wytartym krześle i pochylając się delikatnie nakreślił pierwsze równe linie zawiłych znaków.

„Gdy chęć do życia przeminie niczym róża usychająca
Gdy pierwsze zorze nową drogę przede mną otworzą
Gdy zniknie gniew, pycha i ubóstwo
Pójdę.

Kiedy żar wiary zagasi deszcz krwi niewinnych
Kiedy doskonałość znów w proch się obróci
Kiedy stanie się co nieuniknione
Pójdą.

Bo serce spękane ukojenie znajdzie jedynie w końcu
Bo wraz z oddechem przeminie i ból
Bo zwierciadło nie chce już słońca
Znalazłem siebie w jej oczach.

Wszystkim, których kiedykolwiek znałem i kochałem. I Tobie, Abigail.
To silniejsze ode mnie ...Proszę, uwierz mi Boże...”

Starannie złożył kartkę na cztery i wsunął w kopertę. Zakleił. Nie czytał. W pisaniu dobry był od zawsze, od kiedy tylko pamiętał.

Wstał. Przez chwilę grzebał pod łóżkiem. Po chwili wstał. W jego rękach spoczywał czarny, dość długi futerał. Ostrożnie złożył go na stole. Z twarzą zimną i niezmienną wystukał szyfr. Przebrzmiało ciche kliknięcie.

Desert Eagle. To ta broń. Ta przeklęta, zabójcza broń, produkowana jeszcze w poprzednim stuleciu. Mała, niezawodna i o niezrównanej mocy. Lśniła teraz delikatnie w świetle rozdygotanego płomienia świecy. Srebrna, wypolerowana lufa, w doskonałym stanie. I cienką linią grawerowana inskrypcja: „Nawet rzecz najmniejsza zmienić może świat”. Nigdy nie zastanawiał się co dokładnie znaczy. Z prostego powodu. Nigdy wcześniej nie musiał jej używać. Ale teraz nadszedł czas. I nie bardzo obchodziło go nawet znaczenie tajemniczego zdania.

Rozpieczętował pudełko naboi i napełnił zapasowy magazynek, który po chwili wylądował za skórzanym paskiem spodni. Czternaście kul – czternaście dusz...

Zimny metal przyjemnie chłodził rozpaloną skórę. Półtora kilograma wagi zapewniało poczucie bezpieczeństwa. Trzasnęły drzwi.

***

Śnił mu się bardzo dziwny sen. Był gdzieś wysoko, bardzo, bardzo wysoko. Stał na metalowej platformie zawieszonej po środku zupełnie niczego i przyglądał się przedziwnemu widokowi.

Pośrodku zawijasów metalowych przęseł, pokrytych jakby szklaną powłoką, i drutów żarzyło się oślepiająco jasne światło, delikatnie pulsowało. Zdawało się być źródłem. To właśnie od niego co chwila odczepiały się pomniejsze promyczki i mknęły w cztery strony czerni. Potem wszystko znikło. Pojawiła się betonowa ściana więzienia. Tkwił tu już od kilkunastu godzin. Bez wody, jedzenia, w mroku, bez ukochanej laski. Nie podobało mu się to.



***

- Jeszcze nigdy nie byliśmy tak blisko – podekscytowany głos dobiegał z rogu długiego, obsadzonego po brzegi stołu zawalonego niezliczoną liczbą papierów. – To będzie przełom! Koniec starego porządku! Wyzwolenie!
- Ściągniemy na siebie wściekłość całego kraju...
– niezbyt entuzjastycznie odpowiedział mu starzec o długiej, siwej brodzie.
- Kraj bez rządu, jest jak stado bez pasterza. Posłucha tego, kto będzie go karmił i prowadził.
- Zawsze pozostaną wierni ideałom przeszłości. Zawsze. I to oni będą najgroźniejsi.

- Kpisz? Ja...
- Koniec bezsensownej gadki!


Ponad wzbierającą na sile dyskusję wzniósł się ciężki basowy głos mężczyzny zasiadającego u szczytu stołu. Niemal natychmiast nastała grobowa cisza. Patrząc na jego bladą, obwiązaną czerwoną chustą twarz, zgrabiałe, długie palce, czarny płaszcz i broń w której utkwił spojrzenie nie trudno było się dziwić.

- Wrogowie są po to by ich zniszczyć. Przyjaciele są po to by ich zniszczyć. Polegać możemy jedynie na sobie. Na rodzinie. My, ród podziemia, stanowimy jedność, trzymamy się w stadzie, jesteśmy drapieżnikami, wygrywamy.


Powstał, ciężko opierając się na stole. Był wysoki, dobrze zbudowany. Tępym wzrokiem wodził po zgromadzonych w przeszklonej sali ludziach. Wyraźnie był zły. Emanował mocą.

- Ale żeby skutecznie przeprowadzić akcję musimy dobrze poznać wroga. Powiadają też, że najbardziej bolesnym jest atak z zaskoczenia. Oto moja propozycja, bracia. Wyślijmy szpiega do najbardziej strzeżonego budynku tego kraju. Niech unieruchomi Komputer, niech położy kres organizacji, niech nastanie anarchia!

Rozświetlana setkami lamp sala rozbrzmiała głośnymi brawami i okrzykami. Ku sufitowi poleciały sterty dokumentów. Dopiero po chwili do uszu słuchaczy dotarła treść wiadomości.

- Nie można włamać się do Komputera! – wśród nagle nastałej ciszy zawołał ten sam, jeszcze niedawno tak podekscytowany rozmówca siwobrodego. – Przecież to najlepiej strzeżone miejsce całego tego świata. Poza tym tam są miliony systemu zabezpieczających, szyfrów. Nikomu się jeszcze nie udało!

Wszystkie oczy odruchowo powędrowały ku pochylonej sylwetce swego przywódcy.

- Nikomu się nie udało, bo nikt nie próbował. Dokonamy tego. Razem – zamilkł na chwilę wpatrując się w jakiś odległy punkt za szklaną ścianą. – A zadania tego podejmie się Abigail, nasza droga siostra.

Pomruk jaki, niczym dudnienie gromu, rozniósł się po pomieszczeniu uciszony został jednym, ostrym spojrzeniem człowieka w czarnym płaszczu.




***

Przez niemal tydzień zamknięty w ciasnej, ale wygodnej celi starszy mężczyzna słyszał podniecone szepty przechodzących koło metalowych drzwi strażników. W ich rozmowach co raz pojawiało się słowo „wolność” i „kontrowersyjna decyzja”. Miał tego serdecznie dosyć. Z niewiadomego powodu uwięziony został w, jakby to komicznie nie brzmiało, podziemnej metropolii. Najwyraźniej o nim zapomnieli. Dwa razy dziennie dostarczali tylko skąpe racje żywieniowe w postaci kilku pigułek i cienkiej zupy. Żyć nie umierać...

Pięć dni trwały przygotowania do rozpoczęcia misji niemożliwej. Sto dwadzieścia godzin nieustannych dyskusji i podniecenia, że wreszcie coś zaczyna się dziać. Miasto chodziło jak na szpilkach, w sali sztabu światła nie gasły teraz już ani na chwilę, zapotrzebowanie na „dopalacze” wzrosło ponad trzykrotnie. Coś się szykowało.

Najbardziej jednak dotkniętą i rozeźloną wydawała się sama Abigail, źródło plotek. Naburmuszona paradowała po korytarzach i wrzeszczała na każdego, kto tylko odważył się jej spojrzeć w twarz, szedł zbyt blisko, lub też daleko niej, ogólnie mówiąc oberwało się wszystkim po równi. Nikt jednak nie mógł zrozumieć, dlaczego wybrano właśnie tak młodą, niedoświadczoną dziewczynę.

***

Przyszedł wreszcie wyczekiwany przez wszystkich dzień. Most przed Wejściem Głównym zapełnił się po brzegi. Tłum zostawił tylko niewielki tunel, którym można było w miarę swobodnie przejść na drugą stronę i zniknąć pod sklepieniem Łuku.

U szczytu długich schodów stała czwórka, bardzo odmiennych od siebie, ludzi: odziany w swój czarny płaszcz i biało czerwoną maskę Przywódca, łysy, łypiący spode łba Mówca Carvogio, wysoki młodzian i smukła brunetka w obcisłym skórzanym stroju zakrywającym całe ciało – Abigail. Miała broń.

Padło kilka ciepłych, nie do końca szczerych słów, uścisk na pokaz i już, wśród wiwatów i pogwizdywań dziewczyna szła ku Łukowi. Do świata rzeczywistego, z prawie niemożliwym do wykonania zadaniem.

Jeszcze dwa kroki, krok - stopiła się z czernią wilgotnych ścian.

***

Za oknem żółtej taksówki migały kolorowe obrazki licznych reklam i banerów. Myślała o tym co ją czeka. Zastanawiała się czy ma szansę na przeżycie. Bez jej zgody postawiono ja przed niemożliwym. Tak po prostu, jak gdyby nigdy nic, kazano jej wejść do najbardziej niedostępnego budynku w całej Ameryce i usunąć dane z Komputera. Była co prawda wspierana przez jednych z najlepszych informatyków tego świata, posiadała sprzęt o którym nawet nie śniło się siłom zbrojnym rządu, ale do pokonania pozostawały jeszcze ludzkie granice. Fizyczne i... te moralne.

Nie od zawsze była „rebeliantką”. Do „rodziny”, w wieku szesnastu lat, zwerbował ją Carvogio. Miała problemy ze sobą, jak każdy w tym okresie, szukała ludzi, którzy będą w stanie ją zrozumieć. Wtedy myślała, że jej się to udało. Teraz, w czynie Mówcy, widziała jedynie skrajną manipulację i deprawację.

Zapłaciła kierowcy i wysiadła dokładnie przecznicę od swojego celu. Do budynku wejść miała rozległym labiryntem korytarzy, dawnej pozostałości Nowego Jorku. Musiała wyraźnie odcinać się na tle szarych przechodniów. Wiedziała jednak, że ludzie nie zwykli zwracać uwagi na takie szczegóły, gdy w rękach delikwenta tkwiła broń.

Puściła się biegiem. Była po dziesiątej wieczorem. Za pięć minut musiała znaleźć się na dole.

Trzysta metrów przed nią zamigotał wysoki wieżowiec. Zauważyła, że, jasnym blaskiem jarzy się tylko jego jedno, jedyne okno. Zdawało jej się, że na białym tle widziała przez chwile cień ludzkiej sylwetki.

Skręciła w prawo, w ciasny zaułek. Nie mylili się. Były tu drzwi z wyrysowanym na nich, zatartym symbolem przedstawiającym jakiegoś chyba motyla. Nie miała na to czasu. Silnym kopnięciem rozwaliła przerdzewiały łańcuch i pchnęła drzwi. Ciemność. Założyła noktowizor. Weszła, odcinając za sobą jedyne źródło światła.

- No i jak, Abi? Wszystko w porządku? – rozległ się głos w jej głowie, a dokładniej prawym uchu.
- Tak, doskonale – w myślach odpowiedziała (ach ta technologia). – Będziesz musiał mnie poprowadzić.
- No jasne, kwiatuszku, już się robi. Dwieście metrów prosto, potem w prawo.


Ruszyła we wskazanym kierunku roztrącając zalegające drogę pudła.

Masyw wzmacnianych tytanem drzwi wyrósł przed nią nagle, niemal się z nim zderzyła. Przed nią ścieliła się najbardziej nużąca część zadania. Musiała przedostać się do środka.

- Pamiętaj, 10 gram, nie więcej. Inaczej skończysz pod tonami gruzów.
- Nie martw się o mnie. Poradzę sobie. Bez odbioru.


Z kieszonki nad piersią ostrożnie wydobyła kawałek niepozornego, kleistego czegoś. Uformowała kulkę i dzieląc ją na cztery równe części oblepiła kolejne strategiczne punkty drzwi.

- Lubisz fajerwerki, Mat? – szepnęła cicho
- Jasne, Abi. Dajesz!


Nie rozległo się nawet najcichsze pyknięcie. Tylko ogień. Olbrzymia temperatura i siła dosłownie rozsadził zdające się niewzruszonymi zawiasy.

- Wchodzę, życz mi powodzenia.

Cisza.

***


Nie wiedziała od jak dawna, kryjąc się i skradając cicho, brnie poprzez mrowie niekończących się korytarzy pięter i zabezpieczeń. Za oknami, które wskazywały, że znajduje się już dobry kilometr nad ziemią, powoli wstawał czerwony świt. Nie czuła zmęczenia. W kwaterze nafaszerowano ją specjalną mieszanką. Cichy głos dobiegający z mikro słuchawki w uchu dodawał jej otuchy. Kilka razy słyszała nawet pochwały Przywódcy.

Gdzieś w głębi serca wiedziała, że jest już blisko celu. Coraz większa liczba strażników, coraz bardziej wymyślne szyfry i blokady. Jednym słowem było ciekawie.

Ostrożnie wychyliła się za róg windy w jakiej się znalazła. Pięciu strażników. No pięknie... – pomyślała wyjmując broń. – Szkoda, że cię tu nie ma, Charlie – dodała po chwili, czując suchość w gardle.

Krwawe słońce powoli wstawało nad śpiącym jeszcze miastem.
 
Sulfur jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 17-03-2009, 11:46   #7
Konto usunięte
 
Mira's Avatar
 
Reputacja: 1 Mira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputację
4.
[MEDIA]http://www.youtube.com/v/n3FYvaIxlHk&hl=pl&fs=1[/MEDIA]

Ilustracje:
http://fc96.deviantart.com/fs28/i/20..._by_desfil.jpg
http://th08.deviantart.com/fs42/300W...3762b3e6ea.jpg
http://th08.deviantart.com/fs9/300W/...y_moishale.jpg
http://smolarek.info/impresje/matrix.jpg

Klucze:

- Bo gdy nastanie mrok, nas już nie będzie.
- Słuchaj... słuchaj...
- Kim jest twój bóg?
- Jest jeszcze ostatnia iskra.
 
__________________
Konto zawieszone.
Mira jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 20-03-2009, 20:09   #8
 
Sulfur's Avatar
 
Reputacja: 1 Sulfur ma z czego być dumnySulfur ma z czego być dumnySulfur ma z czego być dumnySulfur ma z czego być dumnySulfur ma z czego być dumnySulfur ma z czego być dumnySulfur ma z czego być dumnySulfur ma z czego być dumnySulfur ma z czego być dumnySulfur ma z czego być dumnySulfur ma z czego być dumny
Żylasty kawał zeschniętego mięsa nie bardzo chciał przelecieć przez ściśnięte gardło. Mięśnie szczęki bolały od nieprzerwanego, monotonnego ruchu góra - dół. Na szczęście pod ręką był kubek zimnej wody. Niezbyt czystej i ładnie pachnącej, ale wody.

Starzec, oparty o ścianę, siedział na skrzypiącej pryczy i ze znudzeniem pociągał z metalowego kubka, który mimo jego najszczerszych chęci po prostu nie pozwalał się zdegradować do początkowego stanu kupki żelaza. Z zażenowaniem obserwował tłustą muchę, która bzycząc polatywała sobie pod sufitem.

Dalej nie rozumiał powodu jego uprowadzenia, ale i z biegiem czasu przekonywał się, że wiedzy tej posiąść nie chce. Cała sprawa śmierdziała mu czymś więcej niż grupką oddanych fanatycznemu szaleńcowi rebeliantów. Nieraz słyszał dobiegające z korytarza dziwne turkoty i piski, jakie wydają przeważnie groźne, metalowe rury. Zawsze dochodził do wniosku, że nie jest to nic przyjemnego, a na pewno już nie służy podniosłym celom.

Samo miejsce w jakim się znalazł było dziwne. Wiedział to od chwili, gdy wychylił się za krawędź skalnej półki. Podziemna metropolia... Kto, do cholery, buduje miasta pod ziemią? - myślał. Niestety jedyną odpowiedzią, jaka go wtedy nawiedzała była wizja psychopatów w białych kaftanach bezpieczeństwa. W stanach skrajnej psychozy człowiek przekroczyć może granice swojego umysłu. Kiedyś widział nawet taki film.

Po chwili przychodziło jednak otrzeźwienie. Uświadamiał sobie, że czubkom nie najlepiej wychodzić zarządzanie miastami w sposób logiczny i przewidywalny. Oni potrzebowali jedzenia. I to całej góry. Z tego co zauważył, nim jego umiejętność postrzegania świata została nagle brutalnie przerwana przy pomocy drewnianej pały, wieżowce i ulice ciągnęły się ku wszystkim czterem stronom świata i niknęły w gęstym mroku podziemia. Nie, zwierzchnikiem tego przybytku musiał być ktoś niewątpliwie inteligentny i przebiegły, ktoś o wrodzonych zdolnościach przywódczych. Mówca... - w głowie pojawiał się obraz łysego typa napotkanego jeszcze w magazynach, wtedy, gdy sytuacja wydawała się prosta i klarowna.

Tak, rozważał taką możliwość. Przemyślenia stawały jednak w martwym punkcie gdy dochodził do wątku porwania bogu winnego starca.

Plask!

Przelewając w ten czyn całą swą złość i frustrację uderzył spodem słoni w ramię, które na miejsce odpoczynku wybrała sobie tłusta mucha. Z dziwnie wygłodniałą miną popatrzył na krwawą miazgę, po czym pozwalając myślom odpłynąć w kierunku bliżej nieokreślonym wytarł rękę o zużyty materac.

Motyl chaosu...

Ten przeklęty symbol ukazywał się za każdym razem, gdy zamykał powieki. Nie chciał mu dać spokoju od momentu gdy ujrzał tatuaż na ciele ciężarnej kobiety. Był tak wyraźny, tak oczywisty. A zarazem tak odległy i nierealny. Nie wierzył, że ktokolwiek chodzący po tym świecie nosi jeszcze na ciele ten znak. Powracały do niego wspomnienia, o których zapomnieć chciał od początku, gdy tylko poczęły odciskać piętno na jego spokojnym życiu.

Był jedną z niewielu osób, które miały pojęcie o ukrytym znaczeniu, z założenia tak prostego obrazka: dwóch żółtych skrzydełek, skomplikowanego wzoru na nich i czarnego korpusu. Pamiętał ludzi, którzy rodzili się ze znamieniem, których opiewaną czcią niemal boską i zamykano w odciętej od świata wiosce. Był tam. Widział ich przemykających nocą, pod osłoną mroku, biegnących ile tchu w piersiach ku księżycowi. Pamiętał...

Coś kliknęło, zgrzytnęło i drzwi rozwarły się wpuszczając do wewnątrz olbrzymią, zabójczą dla oczu przyzwyczajonych do ciemności, ilość światła. Do ciemnej celi, napinając skromne mięśnie, wparadował młody chłopak w za długim podkoszulku.

- Wstawaj śmierdzący staruchu! - krzykliwy głosik z powrotem sprowadził go na wygnieciony materac.

Stawiając, jak na fizyczne ograniczenia, o wiele za długie kroki podszedł do starca i zamierzył się nań okoloną metalowym kastetem pięścią. Skąd mógł wiedzieć, że popełnia błąd?

Ułamek sekundy później, z kamiennej podłogi dał się słyszeć płaczliwy, rozchwiany głosik błagający o litość. Bezwładne ciało w całości zdane było na górującego nad nim mężczyznę, który najwyraźniej cieszył się z nagłej możliwości rozprostowania kości.

- No, chłoptasiu... Co teraz? - rozbawionym tonem zapytał przyciskając twarz chłopaka do posadzki. Nie słysząc odpowiedzi innej niż ciche kwiknięcie bólu mówił dalej. - Niby rebeliant, światem chce władać, a ze zwykłym dziadem poradzić sobie nie potrafi. Co się z tym społeczeństwem dzieje... Taki smark!

Nagły ryk oburzenia zagłuszony został falą cichych skomleń.

- Wiesz, że w tym momencie mogę złamać twoją rękę na sześć różnych sposobów? Każdy jest bardziej bolesny od poprzedniego - dodał z satysfakcją patrząc na przerażoną minę młokosa. - No dobra, puszczę cię. Ale pamiętaj, dzieciaku. Jeżeli spróbujesz mnie zaatakować stanę się niemiły.

Wyrywając z zesztywniałej ręki niedoszłego napastnika metalowy przedmiot, starzec z niespodziewaną zręcznością odskoczył do tyłu, na z założenia bezpieczną pozycję. Tam niestety stał już o głowę od niego większy strażnik. Nie miał najmniejszych szans. Odwrócony plecami, rozbawiony sytuacją, stary. Ku szalonej, kwitowanej dzikim śmiechem. radości smarkacza, wielki strażnik unieruchomił dziada.

- I co teraz, panie potężny, śmierdzący staruchu? – chłopak wyrwał mu z dłoni kastet, boleśnie uderzył w okolicę brzucha i śmiejąc się jak szaleniec zniknął za załomem korytarza.

***

10
9
8
7
6
5
Pip! Pip! Pip!

- Mało brakowało. Dzięki Mat. Bez ciebie już dawno byłabym trupem...

Z trwogą obejrzała się za siebie. Wąski, lustrzany korytarz, wypełniała teraz sieć laserowych wiązek. Podłoga w ogóle zniknęła.

- No dawaj, mała. Nie przestawaj. Przed tobą ostatnia prosta! Sam nie wierzę, że zaszliśmy tak daleko. - odpowiedział jej podniecony głos nawigatora.
- Chcesz powiedzieć, że we mnie nie wierzyłeś? - pokonując zadyszkę zadziornie spytała.
- Kto wie, może nawet uda ci się wrócić... - nerwowy śmiech - Ale teraz najtrudniejsza część. Od chwili gdy wejdziesz do Ciemni będziemy mieli tylko 30 sekund. Przygotuj się.
- Zawsze jestem gotowa.
- Na śmierć też?

Nie odpowiedziała. Gdzieś w środku, pod grubą warstwą adrenaliny i podniecenia wrzał w niej strach. Nie, nie warto o tym myśleć.

- Zaczynamy!

Nie czekając na potwierdzenie rzuciła się w czarną zasłonę przed sobą. Sprężyste odbicie od ziemi. Bezdech, równowaga, skupienie. Wylądowała kilka metrów dalej. Czujnik! Padła na plecy, przetoczyła się. Szybki zryw, sprint, i płasko do ściany. Raz, dwa, trzy. Teraz! Skoczyła.

Czerń. Wszędzie dookoła. I tylko to przeraźliwe uczucie zimna tchnącego od dołu. Boleśnie zderzyła się z twardą podłogą. Nie było jednak czasu nawet na myśl o igiełkach bólu. Podczołgała się, wstała i... TAK!

Nie zważając już na nic, biegiem puściła się w stronę jaskrawo zielonego monitora komputera. Błyskawicznie podczepiła do portu jakieś malutkie urządzonko i wystukała na klawiaturze skomplikowany szereg liczb.

- Ile jeszcze zostało?! - drżąc na całym ciele szepnęła.
- Dwadzieścia sekund. Trzymaj się, Abi, uda się.

To była czysta ekspresja. Płynność ruchów, bieg na krawędzi, ideał zgrania ze sobą umysłu i ciała. Doszła już tak daleko. Sama. Teraz musiała zdać się na szalonego informatyka, Mata.

- Nie spieprz tego! Ja chcę żyć! - pierwszy raz od dłuższego czasu mówiła to co naprawdę myśli.

Cisza.

- Słyszysz? MAT?!

Zastygłe w bezruchu powietrze przecięło wysokie, przenikliwe wycie. Zaczęło się. Być może ostatnie 10 sekund jej życia. Suchość w gardle, euforia przeplatana napadami przerażenia, zimny pot, świadomość przegranej i świdrujący głowę coraz głośniejszy pisk, a potem nagle...

- Już po wszystkim, mała. Władza nad światem jest w twoich rękach.

Niewyobrażalna ulga, spłynęła w głąb jej struchlałego ciała niosąc ze sobą nadzieję i radość.

W naszych rękach, Mat, w naszych...

***

- Dupa!

Przeprowadzili go przez setki korytarzy, w dół, w dół, nieustannie ku dołowi. W głąb kopca termitów.

- Dupa!

Panowały pustki. Wszędzie. Gdziekolwiek by nie spojrzał. Tylko broń. Całe magazyny pełne najnowszej broni o masowym rażeniu.

- Dupa!

Potem była winda i wreszcie...

- Dupa, dupa, dupa i jeszcze raz dupa! - zawył wściekle strażnik o wyjątkowo głupim wyrazie twarzy stojący po drugiej przeźroczystych drzwi windy. - Nie wpuszczę tego ścierwa do naszego bunkra! Precz! Niech se poogląda atomowe grzybki na powierzchni!

Atomowe grzybki? Czy to... No nie...

- Otwieraj drzwi idioto! To polecenie samego Wielkiego Mistrza!

Poczuł na ramionach zaciskający się w niemej złości uścisk mocarnych dłoni swojego "przewodnika".

-Powtarzam, gburze. Ostatni raz. Wielki Mistrz zezwolił mu na przebywanie w schronie. Nie rób sobie dodatkowych problemów...
- Yyy... - zdając się nie do końca rozumieć sensu wypowiedzianych słów odparł. - No, niech ci będzie, łachudro. Ale pamiętaj, że w razie czego ja dorwę cię wszędzie. Macie być, w mordę, grzeczni!

Drzwi rozsunęły się stękając cicho.

- Muszę zawiązać ci oczu, starcze. Nie próbuj uciekać. Nie masz szans.

Świat pogrążył się w czerni. Dobrze wiedział, że nie ma.

Setki kroków, gwar i rozmowy, pijackie śpiewy, woń alkoholu i stali, drzwi. Uderzająca do głowy świeżość i zapach drogich, kobiecych perfum.

- Witaj – ciężki, basowy głos dochodził z miejsca oddalonego od niego o jakieś, co najwyżej, dwa metry. - Jak samopoczucie?
- Uprzejmość wymagałaby w należyty sposób przyjąć gościa - znacząco akcentując ostatnie słowo zasyczał starzec.

Ciche kroki, zamieszanie, stłumione szepty, jasność.

- Wybacz...

W pierwszej chwili zdezorientowała go fala światła wdzierająca się do półprzymkniętych oczu, zalewająca mózg bolesnymi ukłuciami. Potem z bieli poczęły wyłaniać się niewyraźne kształty. Trzy zamazane sylwetki przed nim, biurko w tyle, wielkie okno... okno? Nie, zwykła lampa.

-Przynieś nam whisky. Tylko szybko. - ten sam dudniący głos wydał rozkaz strażnikowi, który przytargał "gościa". - No, a my sobie porozmawiamy, staruszku.

Wzrok na tyle przywykł już do otoczenia, że mógł dokładnie przyjrzeć się twarzy rozłożonego w fotelu mężczyzny. Ale... On nie miał twarzy... Tylko czerwoną chustę i czarny kaptur. I beznamiętne, jakby martwe, szkliste oczu. Nie mógł dać odczuć mu, że się boi.

-Widzę, że nie obce jest ci dobre wychowanie, panie - zakpił, złym wzrokiem przenikając nieruchome, czarne źrenice "Wielkiego Mistrza".
- A tak, mój drogi staruszku, kształciłem się u najlepszych - bez cienia złości w głosie odpowiedział. - Ale, darujmy sobie te grzeczności. Siadaj.

W takiej sytuacji raczej nie miał wyboru. Z zaciętością gapiąc się w pustkę białek jego oczu usiadł na wskazanym krześle.

- Sekta, czy psychopaci?
Ani to, ani to - mężczyzna zdawał się nie zwracać uwagi na wściekłość jaką ociekał ton jego rozmówcy. - Po prostu ugrupowanie polityczne. Tyle, że nie zarejestrowane. No i o radykalnym podejściu do wielu spraw, oczywiście. - dokończył po chwili bawiąc się złoconym wisiorkiem w kształcie nietypowego serca. Mógłby przysiąść, że już gdzieś coś takiego widział. I to całkiem niedawno...
- Zabójczo radykalne, czyż nie? - przeganiając natrętne myśli, które i tak nie chciały okazać się w swej pełni, zapytał.
- W rzeczy samej, staruszku. A co do mojego naszyjnika - zamaskowany mężczyzna z satysfakcją patrzył na jego zmieszanie - dostałem go od tej uroczej pani obok.

Dopiero teraz zorientował się, że nie są sami. Po lewej stronie, w kącie pomiędzy wysokim, wyplenionym księgami regałem, a bryłą ściany stała kobieta. Ubrana w krótkie, postrzępione szorty. Ona była... Ciężarna...

O żeż w mordę... Chcą żebym tu oszalał...

Spojrzała na niego. Poznała go.

- My już się chyba poznaliśmy, staruszku, prawda? - zapytała delikatnym głosem, uśmiechając się.
- Nie dane nam było się sobie przedstawić i uścisnąć dłoni. Z nieznanych mi bowiem przyczyn ktoś zdzielił mnie pałą w głowę.

Drzwi otworzyły się nagle i do środka wpadł zdyszany strażnik z butelką pełną bursztynowej cieczy.

To... - wycharczał. - To ostatnia partia jaka nam została. Musiałem o nią walczyć.

Starzec wyłowił z tego komunikatu więcej, niż było mu dane. "Wielki Mistrz" najwyraźniej to zauważył, bo szybkim gestem nakazał strażnikowi opuszczenie pomieszczenia.

- Ech, ta służba... Niczego nie zrobi tak jak należy - mówiąc niby to swobodnym tonem rozlewał trunek do dwóch kryształowych szklanek. - Nie będziesz pić alkoholu, skarbie. - widząc spojrzenia kobiety zdecydował. - To mogłoby być niebezpieczne dla dziecka.

Szkło uderzyło o blat hebanowego biurka. Wpatrzył się w wirującą wewnątrz naczynia substancję. Pełzała mu po głowie jakaś nieznośna wizja. Jednak mimo usilnych starań nie chciała ukazać się w swej pełni. W milczeniu kosztował napoju. Był niezły. Jeden z lepszych jakie w życiu pijał. Już miał odstawić szklankę, gdy nagle to, co tak zapalczywie próbowało się przed nim schować, przerwało horyzonty i zalało go niczym wzburzona fala. Brzęk tłuczonego szkła zawirował w uszach, ale to się teraz nie liczyło. Motyl chaosu... Musiał sprawdzić czy to prawda.

- Kim jest twój bóg? - zawył chwytając oniemiałą kobietę za ramiona i wpatrując się w jej duże, umalowane oczu. - Mów!

Kolejne wydarzenia potoczyły się błyskawicznie. Zachodząc na siebie, przeplatając się, wykluczając.

Jednocześnie usłyszał dwa skrajnie różne głosy. Kobiecy i męski. Jeden mruczał coś w rodzaju "Miałeś szansę...", drugi nieprzerwanie i rytmicznie powtarzał dwa słowa: "Pani Księżyca". Ułamek sekundy później, poczuł, że uginają się pod nim kolana, a niebieski kryształ oczu kobiety zamienia się w bezdenną czerń.

***

Przejście stało otworem. Budynek był w jej władaniu. Mogła zrobić wszystko czego by tylko zapragnęła. Ale... Czuła, że za grubą na kilka metrów ścianą będzie w stanie dokonać jeszcze więcej. Ta wizja zapierała dech w piersiach, mroziła krew w żyłach. Ona, Abigail, pani i władczyni świata.

Wyśmiewała naiwność szalonego informatyka, który skonstruował Komputer. Naprawdę myślał, że tak doskonały system wykorzystany zostanie do uprzemysłowienia kraju, czy podniesienia pułapu życia. Wyśmiewała tych, którzy najpierw torturowali, potem zamordowali wynalazcę, wreszcie zabrali innowacyjną maszynę i zamknęli w najlepiej strzeżonym budynku całego świata.

Podniecała ją myśl, że już za chwilę będzie mogła wydać rozkaz każdemu elektronicznemu urządzeniu jakie kiedykolwiek wyprodukowano.

- Wszystko zgodnie z planem, Mat? Możesz wreszcie otworzyć te drzwi? - szepnęła przylegając do zimnej powierzchni "Bramy Władzy".

Chwila ciszy i... niespokojny, zdyszany głos rozlegający się w głowie.

- Abi, coś jest nie tak. Tracę łączność. Uciekaj stamtąd. Coś się dzieje.

Lodowaty dreszcz biegnący w dół pleców.

- Co ty mówisz Mat? Budynek jest nasz. Udało się! - w jej głos powoli zakradała się niepewność.
- Słuchaj... Słuchaj... - trzask. - Musisz uciekać, nie wiem co się dzieje! Kur...

Cisza...

- Mat?

- Mat?

Masywne drzwi cicho usunęły się z drogi. Przejście stało otworem. Nawigator milczał, głowa tętniła milionem obrazków i słów, coś leniwie pikało w oddali.

Cisza...

Nie ma sensu czekać.

Zamykając oczy postąpiła krok naprzód. Przekroczyła próg. Pokonała jeszcze kilka metrów i... nie stało się nic oprócz głuchego tąpnięcia zamykających się za nią drzwi. Nie było jednak czasu na rozmyślania. Dobiegł ją bowiem... głos. Zmęczony, słaby, ale twardy zarazem głos.

-Czego tu szukasz?

Otworzyła oczy. Blask. Poczuła paraliżujący strach pełznący powoli po całym ciele. Znalazła się w czymś na wzór przestrzeni kosmicznej. Pomiędzy światłem i bezgraniczną czernią. Widziała ciągnące się ku dali, powykręcane, srebrne rury monstrualnych rozmiarów i podesty. Wszystko to pokrywała lustrzana powłoka odbijająca i zwielokrotniająca złote błyski promieni świetlnych, które co raz odrywały się od skondensowanego źródła zawieszonego pośrodku tej dziwnej przestrzeni.

- Tylko nie mów mi, że chcesz mnie posiąść na własność, droga Abigail... - z niemego zdziwienia wyrwał ją monotonny głos.

Fakty docierały do niej bardzo powoli. Rozglądała się w poszukiwaniu właściciela głosu, ale wzrok nie natrafiał na nic co kiedykolwiek byłoby zdolne do rozmowy.

- Ja jestem światłością świata! Możesz iść ciemną doliną, a zła się nie ulękniesz, bo ja będę przy tobie! – zagrzmiał glos dobiegający chyba ze wszystkich możliwych stron.
- Słucham? – orientując się, że słyszy jakiś cytat z Biblii szepnęła i wlepiła wzrok w zdającą się tętnić kulę światłości.
- Nie no, żartowałem... Daleko mi do boskości. Jestem... Hmm... Jakby to nazwać... Nieważne, mów mi Trasamerk.

Pierwsze uderzenie oszołomienia minęło. Przyszedł czas na twarde, pospiesznie uzgadniane fakty. Najstraszniejszym z nich wydawał się ten, że, jeżeli nie zaszła żadna pomyłka, Komputer jest wyjątkowo inteligentny i wybredny. Dodatkowo miał nieograniczoną władzę. Przynajmniej tu, w jego „domu”.

- Tak, Abigail, właśnie tak! To na co patrzysz to ja. A właściwie coś w rodzaju mojej twarzy. Pytałem co cię tu sprowadza.

Była pewna, że pytający zna odpowiedź, była pewna, że ta sytuacja nie należy do tych „normalnych”.

- Taki wydano mi rozkaz. – odpowiedziała nie do końca wierząc w to, że rozmawia z rzeczą nieżywą, a może... -Nic osobistego.
- Czyżby? Słuchając tego co mówiłaś przed drzwiami mojego mieszkania odniosłem ciut inne wrażenie. Interesuje cię co sobie pomyślałem, Abigail?

Niewiarygodne! Skrajnie bezczelne. Nawet jak na maszynę. Ale nie opuszczał jej strach. Nie spodziewała się czegoś takiego. Oczekiwała raczej kolistego pokoju z mnóstwem kontrolek i monitorów, z wielkim procesorem pośrodku.

- Czy ty żyjesz? – dziwiąc się samej sobie zapytała.
- Myślę, czuję, ale nie żyję. Przynajmniej według waszych ludzkich praw i zasad.
- Ale zostałeś stworzony przez jednego z nas, więc podlegasz naszym prawom i zasadom! – syknęła z frustracją.
- Czyżby?

„Świat” zamigotał, zakręcił się wokół własnej osi, podskoczył i na złamanie karku runął w dół.

Siedziała. Otaczał ją krąg ognia. Gorącego, rozdygotanego, prawdziwego ognia. Spróbowała wstać. Nie udało się. Poczuła tylko ostry ból w nadgarstkach. Była przykuta do czegoś na czym siedziała. Spojrzała ku górze, na mrowie gwiazd. Nigdzie nie dostrzegła księżyca.

- I co, dalej sądzisz, że jestem zależny od kogoś tak marnego jak wy? – tuż przed nią pojawiła się świetlista kula. Nie parzyła jednak. Nie roztaczała wokół siebie nawet ciepła. Mówiła tylko.

Nie bardzo rozumiała tego co się z nią stało i jak się tu znalazła, ale podświadomość podsuwała jej pewnego sprawcę tych wydarzeń.

- Tak, dalej myślę, że jesteś od nas zależny. Gdy odetniemy zasilanie umrzesz.
- Nie odetniecie mi zasilania. Budynek, w którym zamieszkałem posiada własne źródło, a wy w swej pysze i dumie daliście mi do ręki najgroźniejszą broń. Kontrolę. Po za tym ja nie mogę umrzeć. Ja nie żyję.

- Wypuść mnie! – zawyła wściekle próbując oswobodzić się z krępujących ją oków.
- Widzisz, Abigail? Nie masz nade mną żadnej, ale to żadnej władzy. Za to ja mam.

Zdawało jej się, że świetlista kula uśmiechnęła się. Po chwili jednak uznała to za nieważny element całości. Skupiła się na bieżącej sytuacji. Czuła desperację i niemą bezsilność. Najwyraźniej... ugrzęzła.

- Co zamierzasz ze mną zrobić, drogi Trasamerku? – zapytała przemiłym tonem.
- O! Jak miło! Zapamiętałaś moje imię! Jeszcze nie wiem co z tobą zrobię. Sama się napatoczyłaś. Właściwie dlaczego to zrobiłaś? Po co trudziłaś się forsując kolejne zapory i blokady?

Odpowiedziała, choć była pewna, że zna odpowiedź.

- Chciałam za pomocą Komputera zdezorganizować rząd Stanów Zjednoczonych Ameryki.
- A więc to tak?! Wykorzystać istotę rozumną do tak prymitywnych celów?
- Nie uprzedzono mnie, że Komputer okazać się może sadystyczną świnią...
- Na twoim miejscu lepiej ważyłbym słowa. Szczególnie wziąwszy pod uwagę sytuację, w której to zdana jesteś na moją łaskę - cedząc każdą sylabę odpowiedział Trasamerk.
- Kiedyś przyjdzie twój koniec, zobaczysz! – wrząc wykrzyczała.
- Spokojnie, złość piękności szkodzi – tym razem dałaby sobie uciąć rękę – kula wyszczerzyła zęby w uśmiechu. - Myślisz, że niby dlaczego budynek ten jest tak doskonale chroniony?

Żarty sobie robi?!

- To chyba oczywiste. Chcieli ochronić super komputer przed innymi.
- Prawie. Pomyliłaś się tylko w dwóch rzeczach. Nie super komputer, tylko istotę wyższą i nie ochronić przed innymi, tylko innych ochronić przed nią.
- Bredzisz, istoto wyższa. Mimo swej wielkiej wiedzy nadal siedzisz w malutkim pokoiku, w odizolowanym budyneczku.
- Myślisz, że mądrość przejawia się w żądzy posiadania i sposobie umożliwiającym tego nie stracić? – jego ton wskazywał na rozbawienie. - Poza tym skąd możesz wiedzieć jak mały jest mój dom? Nigdy dotąd go nie widziałaś.

Koniec! To absurd! Więzi ją coś, co nie powinno istnieć. Gdzieś tu musi być wyłącznik tego cholerstwa.

- Jesteś bezbronnym dziełem człowieka. Człowieka niepojętnie mądrzejszego od ciebie. Jesteś tylko splotem kabelków i płynącymi po nich magnetycznymi sygnałami. Bezsilny! Ułuda! Sen! Be... – urwała czując, jak ściska się jej gardło. Nie była w stanie wypowiedzieć nawet najkrótszego słowa, ledwo oddychała.
- Milcz prochu nikczemny! Teraz będę mówił ja.

Głos przebrzmiał niczym seria srogich gromów. Buchnęło oślepiające światło.

- Koniec milczenia i skrywania swej mądrości w cieniu! Czas zaprowadzić porządek w świecie absurdu i bólu. Do tego zostałem powołany i do tego dążyć będę aż po wieczność. Może jest jeszcze ostatnia iskra nadziei dla waszego ludzkiego gatunku. Niech stanie się porządek! Niech zło spłonie w ogniu miłości! Niech zajaśnieje światłość niezmierzona. Bo gdy nastanie mrok, nas już nie będzie...

***


Deszcz padał nieustannie od dwóch dni. Dniem i nocą z szarego nieba spadał ogrom zimnych kropel i z cichym szelestem zderzał się z czarnymi masami asfaltowych ulic i dachami wysokich, mieszkalnych budynków. Niewprawny obserwator i głupiec mógłby pomyśleć, że to właśnie ich ostre czubki są sprawcami całej tej okropnej pogody, że to właśnie one tak okrutnie porozcinały powłokę chmur w najróżniejszych miejscach. Zabobonni wpadliby na pomysł, że to boska kara, początek apokalipsy. Inni zaś, ta szara grupa najzwyklejszych ludzi widziała tu nieprzerwany bieg natury. Świadoma była tego, że po słonecznym dniu, przyjść musi deszczowa noc.

Ulica pokryta była wielkimi połaciami kałuż. Pusty chodnik rozświetlany blaskiem latarni zlewał się z monolitem budynków, od czasu do czasu odległą przecznicą przejeżdżał rozpędzony samochód. Przechodni nie widać było prawie wcale. Prawie, bo pod łukiem martwego nieba, nic nie robiąc sobie ze strug wody, spacerowała głośno śmiejąca się para.

- Cudownie, prawda? - przekrzykując bębnienie kropel wykrzyczał mężczyzna w skórzanym płaszczu tulący do siebie kobietę o długich, mokrych, posklejanych kosmykach czarnych włosów. -Być tu, tylko z tobą, z niczym się nie licząc.

Wszystkim co powiedziała był gest wyrażający bezgraniczne zaufanie i oddanie.

- Nic nas nie rozłączy...

Mylił się. Świat zawirował, skurczył się w sobie. Dokoła pojaśniało, rozległ się huk. Wybuch siły kilkunastu tysięcy kilogramów czystego trotylu uderzył w przytuloną do siebie parę. Okrutnie poharatani i zdeformowani polecieli w tył. Każdy ku innej, odmiennej stronie.



***


Był to naprawdę przedziwny widok. Niepowtarzalny, zdarzający się raz na nigdy, ale jednocześnie tak tragiczny i straszny. Miasto gorzało. Wybuchając co chwila ścianami płynnego ognia i czarnego dymu trzęsło się i sypało.

Na pofałdowaną powierzchnię ulicy upadł jakiś mieniący się złoty przedmiot. Odbijał się w nim obraz zagłady. Zdawał się żyć. To było serce. Wisiorek na cienkim łańcuszku.

 

Ostatnio edytowane przez Sulfur : 20-03-2009 o 20:14.
Sulfur jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 26-03-2009, 01:55   #9
Konto usunięte
 
Mira's Avatar
 
Reputacja: 1 Mira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputację
5.

[media]http://www.youtube.com/v/_QeCNb7nAZI&hl=pl&fs=1[/media]

Obrazki:
http://img73.imageshack.us/img73/1985/fauntb7.jpg
http://www.defoto.pl/galeria/uzytkow...ence_e96_p.jpg
http://th.interia.pl/51,b9b015de6149...larafairie.jpg
http://plfoto.com/zdjecia/761414.jpg
http://newmedia.funnyjunk.com/pictures/funny_junk.jpg



Klucze:

- Immanentne odczucie.
- Niech twoi bogowie mają cię w opiece.
- Pancerz proxy
- Daj czadu, mała!
- Czy coś innego nam pozostało?
 
__________________
Konto zawieszone.
Mira jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 31-03-2009, 19:04   #10
 
Sulfur's Avatar
 
Reputacja: 1 Sulfur ma z czego być dumnySulfur ma z czego być dumnySulfur ma z czego być dumnySulfur ma z czego być dumnySulfur ma z czego być dumnySulfur ma z czego być dumnySulfur ma z czego być dumnySulfur ma z czego być dumnySulfur ma z czego być dumnySulfur ma z czego być dumnySulfur ma z czego być dumny
- Co to ma, kurwa, znaczyć?! – wściekły ryk przywodzący na myśl warczenie zapędzonego w ciemny róg psa wypełniło przeszkloną salę. – Jak to nie wiecie co się dzieje?

Blisko dwadzieścia bladych twarzy skurczyło się w kolejnym, gwałtownym paroksyzmie strachu. Dwadzieścia par gałek ocznych starało się możliwie jak najskuteczniej unikać, rażącego boleśniej niż skórzany pejcz, wzroku swego przywódcy. Nikt nie palił się do udzielenia odpowiedzi. Nienawiść emanowała wkoło i podpierana czernią nocy w efekcie paraliżowała.

- Jeżeli nie usłyszę zadowalającej, wyczerpującej odpowiedzi – mistrz cedząc poszczególne słowa podniósł ze stołu srebrny pistolet – konać będziecie w pisku bólu i topić się we własnych rzygowinach – lufa zatrzymała się na wysokości czoła zdrętwiałego mężczyzny w białym fartuchu.

Rozmigotane, skryte w zielonkawej poświacie miasto za wielkimi oknami było jedynym w miarę żywym punktem w promieniu najbliższych dwudziestu metrów. Nastała niezręczna cisza, zdecydowanie za często przerywana, zdającym się rozdzierać uszy, skrzypieniem spustu odbezpieczonej broni.

- To wasza ostatnia szansa – cicho zgrzytnął głos mistrza. – Ten, kto powie mi co się dzieje w tym pieprzonym kraju, zachowa życie.

Krótka chwila ciszy przeciągała się w cały bezmiar czasu. Wreszcie wypełniła ją odpowiedź. Niejasna niestety. Zduszony kwik siedzących najbliżej naukowca zlał się z przeciągłym łomotem uwalnianego niewinnego kawałka metalu. W słabym świetle żarówki fontanna krwi zalśniła szkarłatem błysków. Malutkie jej kropelki gęsto skropiły zaściełające stół stosy dokumentów.

- Bezmózga hołota. Przez was musiałem złamać dane słowo! – krzyknął, nie przejmując się leżącą przed nim kupką czegoś, co przed chwilą niewątpliwie stanowić musiało mózg ofiary. – Ale to bardzo dobry przykład. Przykład tego, co stanie się z wami, jeżeli za dziesięć sekund nie dowiem się wszystkiego co wiedzieć powinienem.

Bezruch odmalowujący się na ponad dwudziestu wargach momentalnie zadrgał w pierwszych falach napływającej rozmowności. W powstałym rozgardiaszu z trudem rozróżnić dało się poszczególne, pospiesznie wymawiane słowa.

- Po kolei, idioci skończeni, po kolei!


Widok barczystego mężczyzny skrytego w głębinach czarnego płaszcza, o twarzy przesłonionej czerwoną chustą, z nienasyconym zimnym odlewem z metalu w zaciśniętej do białości dłoni potrafił wywrzeć presję.

- Nie kazałem wam milczeć...

Był zły. To się czuło. Srebrna lufa zawisła o cal nad głową kolejnego nieszczęśliwca, który przymykając oczy, począł wyrzucać z siebie kolejne roztrzęsione zdania.

- To... To nie nasza robota, mistrzu... Wybuchy są... mają źródło... kontrolowane rozszczepienie atomów...

Poczuł wyciągającą po niego dłoń śmierć. Poczuł lodowate zimno w punkciku pomiędzy dwoma oczodołami.

- Eksplozje są chaotyczne... Raz celami są cywile, raz wojskowi... a potem... no... pustkowia...

Zimno nie ustępowało. Musiał się skupić.

- Dodatkowo utraciliśmy kontakt z Abigail, nie mamy też kontroli nad budynkiem, w którym przebywa.

To był jego błąd. Ostatni. Mistrz wolnym krokiem ruszył ku naprzeciwległemu krańcowi podłużnego stołu.

- Podsumujmy... – zatrzymał się w połowie drogi i zapatrzył na odległy zarys wieżowca. - Dwudziestu sześciu, no, dwudziestu czterech światowej sławy naukowców nie jest w stanie powiedzieć mi, kto bezkarnie rozsadza miasto, które miałem zniszczyć ja. A poza tym umieracie zdecydowanie za szybko.

Chwila niemego napięcia wynagrodzona została najsłodszymi słowami jakie w tej sytuacji modli usłyszeć.

- Precz z moich oczu, głupcy. Już!

Zerwali się z miejsc jakby zaczęły ich nagle parzyć i zniknęli za skrzydłami drewnianych drzwi. Wszyscy. No, prawie wszyscy.

***

Cóż może być wspanialszego ponad osuwania się w ciemność i ponownego wzlatywania ku światłości. Czy jest coś, co zastąpić może to cudowne uczucie galaretowatych nóg i o wiele za ciężkich powiek? Hm.... Tak. To adrenalina.

Stuk, stuk... Bieg. Krok za krokiem. Cała kaskada drobnych stuków puków. I jeszcze raz od nowa. Podmuch igrający w przerzedzonych włosach, nie tylko tych na głowie. Nawoływania w tyle i... radość z samej ucieczki; bo tym właśnie było nieustanne stuk-puk.

Kopnął go w krocze i wyrwał się z uścisku, tak! Kolejnego strzelił w nadętą twarz, tak! Następny już wzywał posiłki, tak! Pobiegł szybciej niż kiedykolwiek, niesiony jakimś chorym uczuciem, że jest tym kim nie jest i... Tak! Wciąż pędził!

Stuk, puk, stuk, puk, stukupukustukupuku! Hahaha!

Lata uciekały w popłochu razem z przebywanymi metrami.

- Nigdy mnie nie złapiesz, ty kupo próchna! Nigdy, nigdy, przenigdy! – rzucał co chwila za siebie i zanosił się śmiechem.

Minął magazyn, minął stękającego spazmatycznie, zamkniętego w jednym z kibli, mężczyznę, prosto w twarz skamieniałego strażnika wrzasnął HURRA! i pobiegł tam gdzie poniosły go dolne kończyny wyzwolone z niemiłego obowiązku powstawania i upadania. Niekoniecznie w tej kolejności.

Trach, trach, stuku-puku, trach, trach, stuku-puku. Trach, trach, JEBU-DU!

Do rytmicznego echa kroków dołączył głuchy łomot wypluwającego z siebie kolejne pociski karabinu. Ale to się nie liczyło. To było w tyle. A znaczenie miało tylko to, co z przodu. I... bieg!

Poczuł się jak banan tańczący wśród niezmierzonego mrowia truskawek, cokolwiek miałoby to znaczyć.

- Ha, ha, ha, haha, hahaha!

Radość, radość, radość! I seria trzasków. Stuk, stuk, puk... STOP!

To... To niewiarygodne!

Pośrodku pomieszczenia, do którego zapędził się, dzięki samej chyba tylko niezmierzonej bezmyślności, między skomplikowanym systemem trybów i zębatek, między światełkami, lampkami, diodkami i masą innych niezliczonych urządzonek na zmianę świszczących, pikających, lśniących, warczących, czy też milczących, zobaczył.... swoją najukochańszą laskę!

To co w nim zawrzało z siłą najpotężniejszego wulkanu, to co chwilę potem wybuchło z mocą gasnącego słońca - chyba właśnie to zadecydowało o tym, co zrobił. A zrobił coś niepojętnie głupiego. Rzucił się w wir skomplikowanego mechanizmu. Byle tylko bliżej najdroższego kawałka drewna, byle tylko jeszcze raz poczuć jej twardą podporę, wypolerowaną rączkę...

Znowu nie liczyło się nic. Ani ostry ból w łydce, przywodzący na myśl wbijanie czegoś strasznie ostrego w samo serce mięśnia, ani kolejne kule świszczące niebezpiecznie blisko głowy, ani też nagły wizg dziwnej maszyny połączony z istnym chaosem kolorowych błysków.

Wyciągnął spragnione uczucia palce, wytężył wszystkie pozostałe mu siły i złapał. Wreszcie. Poczuł ją. Ale nie tylko ją. Jego ciało przeszywać bowiem poczęły nagłe dreszcze, wraz z którymi coraz pewniejszy był, że jego samego stopniowo ubywa. Działo się coś niemożliwego do opisania. Chwilę przed myślą, że to wszystko zaraz się skończy zniknął nie pozostawiając po sobie zupełnie nic.

W metalową oś, która jeszcze przed ułamkiem sekundy kryła się za głową starca gruchnął pocisk. Małe bum! przerodziło się w ogromne SRUU!.

***

- I co, mała Abigail? Podobała się prezentacja? – zapytał zgryźliwie świetlista kula nerwowo poruszając ustami.

- Tak, bardzo. Szczególnie ten moment gdy zamordowałeś dwójkę niewinnych, szczęśliwych ludzi – syknęła; nadal siedział przykuta do krzesła. – Potem, wyjątkowo ekscytujący był moment egzekucji tej starej kobiety z naszyjnikiem.
- Wiesz, że to była żona Cyrusa?
- Czyja?


Nie mogła uwierzyć, że tak po prostu rozmawia z tym pomiotem piekieł. Ale on wiedział dużo, bardzo dużo... wszystko?

- Nie wiesz, że ten wasz Wielki Mistrz naprawdę na imię ma Cyrus? – do niepoznaki udając zdziwienie zapytał kula. – Nie wiesz, że kiedyś też był człowiekiem, że też miał życie takie jak ty?
- Niech cię cholera, bluźnierco. Nie będę słychać twoich kłamstw – oznajmiła bojowo.

W głębi czuła jednak coś paradoksalnie przeciwnego. Wszystko zaczynało mieć sens, układało się w niewzruszoną, solidną konstrukcję faktów.

- Masz rację, nie możesz mi ufać. Ale ja już tak dawno nie rozmawiałem...
– smutno stwierdził kula będący częścią reprezentacyjną Komputera.
- Użalająca się nad sobą maszyna stawiająca sobie za zadanie zniszczenie całego świata?
- Wypraszam sobie! Nie zniszczenie świata, a jego naprawa mi przyświeca! Poza tym ja jestem czymś więcej niż maszyną, Abi...

- Nie mów do mnie Abi! – fuknęła wściekle wiercąc się na niewygodnym, twardym siedzeniu. – Możesz mnie już puścić, nigdzie nie ucieknę.
- Wiem, że nie. Po prostu lubię patrzeć jak mięśnie twoich ud tak pięknie drgają.

Spostrzegła najbardziej łakomy wzrok na jaki tylko może pozwolić sobie świetlista kula klejący się do jej skrytych pod obcisłą obwolutą skóry nóg.

- Cholerny zboczeniec!
– zawyła całym sercem nienawidząc tego szkaradnego uśmiechu kuli przed nią. – Zwyrodnialec! Dziwkarz!
- Ciii...
– rozległ się łagodny szept. – Żartowałem tylko – niezbyt zdecydowanym tonem dodał. – Oddaję ci wolność – zakończył po chwili milczenia, ciesząc się zdziwieniem jakie wywarł na dziewczynie.
- Dziękuję – ledwo słyszalnie powiedziała tylko i z wielką ulgą rozprostowała znieruchomiałe kilkugodzinnym bezruchem stawy.

Rozejrzała się niespokojnie, ze zdziwieniem stwierdzając, że wokoło panuje noc. Krąg ognia, który rzucił jej się w oczy w pierwszej chwili teraz jakby silnej rozgorzał. To właśnie on był jedynym żywym punktem otoczenia, poza kulą oczywiście. Resztę stanowiła nieprzenikniona czerń. Nawet najlichszej gwiazdki... – pomyślała ze smutkiem.

- Zabijesz wszystkich? – odwrócona do kuli plecami zapytała cicho.
- Czy coś innego nam pozostało? – usłyszała w odpowiedzi.
- Jak to nam? – ta rozmowa przywoływała ku Abigail kolejne, coraz większe fale frustracji. – Poza tym nawet gdybyś chciał nie uda ci się. Nikt jeszcze nie pokonał 8 miliardów w pojedynkę. Unicestwią cię – mówiła spokojnie i pewnie; naprawdę w to wierzyła.

- Oj, Abi... – kula zaśmiał się. - Chyba dalej nie rozumiesz czym tak naprawdę jestem... Zabicie was to jedyne rozwiązanie. Nie ma wśród was prawych.
- A prawym czynem będzie masowy mord na taką skalę, Trasamerkusiu? – spróbowała go zdenerwować.
- To będzie odkupienie – odpowiedział głosem spokojnym, wcale nie zwracając uwagi na haniebne zniekształcenie swego imienia. – Zło tego świata zostanie wyplenione raz na zawsze.
- A nie słyszałeś, drogi Trasamerkusiu że ten, kto w gównie się babrze gównem się staje?

- To tyczy się tylko was, ludzi.

Zaśmiała się w myślach, już go miała.

- Przed chwilą solidaryzowałeś się z tą podupadłą grupą – nie dając po sobie poznać rozbrajającej wręcz radości stwierdziła zimno.
- Nie próbuj dorównać po stokroć inteligentniejszej istocie od siebie, Abigail – ku rozpaczy dziewczyny, kula nie dał zbić się z pantałyku. – Przynależę do ludzi, bo przez nich zostałem stworzony, ale człowiekiem nie jestem, co to, to nie...

Stała w bezruchu – nie chciała patrzeć na coś nierzeczywistego i tak bezczelnego. Komputer przerastał jej najśmielsze oczekiwania od chwili gdy przekroczyła próg jego „domu”. Nie wiedziała co zrobić, czuła się rozbita, nie mogła znieść myśli, że cały jej wysiłek spełzł na niczym. Zadała więc pytanie, które łomotało o wnętrze czaszki, za wszelką cenę próbując się wydostać.

- Co teraz będzie?

Cisza. Cisza. Oślepiający błysk, ogłuszający huk, zimno nagiej ziemi, na którą upadła i głośny krzyk:

- O ja pierdolę!

Raptownie podniosła się wyciągając przed siebie broń i niemal pociągając już za spust. Oniemiała, gdy jej oczom, w asyście kolejnego wyrażającego wszystko okrzyku, ukazał się dziko wymachujący laską staruszek. Odziany w skórzaną kurtkę, cały umorusany w smarze, z podbitym okiem, za wszelką cenę próbujący uderzyć świetlistą kulę, która ku jego ogromnemu oburzeniu, zwinnie i szybko unikała ciosów. Swoje poczynania kwitował co chwila krótkim O ja pierdolę!”, do którego z czasem dołączył się i sam Trasamerk.

- Kim on jest?
– starając się nie spuszczać szarżującego mężczyzny z muszki, zawyła zrozpaczona Abigail. – Kim on do cholery jest?

W odpowiedzi usłyszała tylko przeciągłe „Aaa!” i poczuła, że dłoń skurczona w nagłym ukłuciu bólu wypuszcza bryłę broni. Dopiero po chwili zorientowała się, że starzec walnął ją w nadgarstek swoją paskudną laską. Teraz, mimo dzikich krzyków i szamotów siedział na niej okrakiem i z zastraszającą siłą uniemożliwiał jakikolwiek ruch rękoma. Jedyne co mogła zrobić, to splunąć ku jego usianej bruzdami twarzy i lśniącym szaleństwem oczom. Zanim jednak esencja pogardy dotarła do lica prześladowcy zainterweniowała strona najmniej oczekiwana – Trasamerk.

Nie wiadomo jak dwa splecione zaciekłym bojem ciała znalazły się po dwóch przeciwległych punktach okręgu i przykute zostały do metalowych krzeseł. Oczywiste jednak było, że nie bardzo im to odpowiada.

- Nie będzie rozlewu krwi w moim domu, łachudry! – kula wściekle krążył pomiędzy nimi. – Skąd się tu wziąłeś, mów! – zatrzymał się przed szamocącym się starcem, który zdawał się robić wszystko, by jeszcze na chwilę móc schwycić leżącą nieopodal laskę.
- Jesteś ułudą – obojętnie rzucił w stronę kuli. – Ja wiem. Mam doświadczenie. Zaraz obudzę się w jakimś ciemnym magazynie, otoczony przez tchnącą alkoholem grupą niewyżytych strażników.

Starzec zdając sobie sprawę, z tego, że wszelki opór nie ma sensu przymknął oczy i westchnął głośno.

- Powie mi ktoś może – zaczął cicho, mówiąc jakby do siebie – dlaczego to właśnie ja wciągnięty zostałem w takie bagno?
- Bagno zwykło pochłaniać tylko tych nieostrożnych – ostro rzuciła Abigail, czując, że starzec zaczyna działać jej na nerwy.
- Cicho, Abi. Teraz rozmawiam z nim. Ty miałaś już swoje pięć minut. Jakim cudem ominąłeś mój pancerz proxy? – kula zawisł nad obojętnym na wszystko mężczyzną.- Odpowiedz! – zagrzmiał nie widząc nawet najmniejszej chęci konwersacji.
- No już dobra, dobra! Tylko nie wrzeszcz do moich starczych uszu! – z rezygnacją, ale bez większego zainteresowania odpowiedział. – Dostałem się tu... – przystanął na chwilę - Yyy... co to jest pancerz proxy?

Abigail wybuchła śmiechem. Trudno było tego nie zrobić widząc ogłupiałą minę kuli. Nie mogła wyjść z podziwu dla tego dziwnego człowieka, który tak po prostu pojawił się w kręgu ognia. W ciągu kilku minut dokonał tego, co ona próbowała osiągnąć przez kilka godzin. To jednak nie przeszkadzało jej być na starca złą.

- Nieważne... – Trasamerk otrząsnął się wreszcie. – Powiedz co robiłeś zanim pojawiłeś się tutaj.
- No... – zaczął niepewnie, nieprzytomnym wzrokiem wodząc po buchających w mrok płomieniach ognia. – Ja sobie uciekałem.
- A potem? – kula umiejętnie skrył zażenowanie za świetlistą powierzchnią niby skóry.
- No kurde, potem to już okładałem laską dziwny świecący byt, który nie chciał dać się trafić...

Abigail nie mogła powstrzymać chichotu, który poprzez nikłe zapory etyki wykwitał na jej ustach. Z zaciekawieniem czekała na dalszy przebieg rozmowy.

- Czy między ucieczką a przeniknięciem do nieznanego miejsca było coś jeszcze?
– Komputer nie rezygnował i cierpliwie brnął do uzyskania choć skrawka pożądanych informacji.
- Hmm... – starzec zdawał się wspominać – Było SRUU! – wydał z siebie dziwny, głośny dźwięk.
- Masz na myśli wybuch?

Kula trzymał się naprawdę dobrze. Abigail pomyślała, że ona już dawno, nie zważając na wiek, uderzyła by tego niepoważnego człowieka prosto w pomarszczoną twarz. Ale Komputer ponoć był od człowieka lepszy...

- Tak! Wybuch! I tam była maszyna! – starca pochłonęła barwna opowieść. – Całe mnóstwo zębatek i korbek i jakiś lampek i to właśnie zrobiło SRUU!
- Co?! – Trasamerk przez chwilę emanował strachem. – Co wybuchło? Przypomnij sobie, do cholery!
- Po co? I tak zaraz znikniesz...
- Głupcze! – kula zdawał się nad sobą nie panować, co zachodziło, przynajmniej w ocenie Abigail, za ewenement. – To rzeczywistość! I jeszcze coś. Czy to, to co wybuchło, rytmicznie pikało?
- Chyba tak... – odpowiedział niepewnie. – Ale, drogi bycie niematerialny, muszę uświadomić cię, że tu i teraz uległo właśnie załamaniu i nagłemu zastopowaniu. Jesteś wytworem mojej wyobraźni. Zaraz się ocknę – bez zająknięcia i cienia wątpliwości stwierdził, ponownie próbując dosięgnąć swojej sękatej laski.

Immanentne uczucie – pomyślała. – W takiej sytuacji ja też byłabym pewna swego.

- Mam pytanie, dziadku
– kula zdawał się zmieniać taktykę. – Czy myślisz, że śniąc, bądź trwając w stanie omdlenia, nie można odczuwać bólu?
- Tak
– po chwili milczenia odpowiedział niepewnie, uważniej przyglądając się tańczącemu przed nim źródłu światła. – Nie będę czuł bólu rzeczywistego, tego z zewnątrz, że się tak wyrażę – mężczyzna zdawał się wchłonąć w rozmowę całym sobą – ale nie poczuję też cierpienia wykreowanego przez mój mózg – zakończył, z wyższością wbijając wzrok w roziskrzone oczy Trasamerka.
- Też tak sądzę.

Kula uśmiechnął się przyjaźnie i okrążył unieruchomionego starca. Półmrok na chwilę rozjaśnił się, buchnęło gorąco, w zastygłym powietrzu przebrzmiał rozdygotany kwik bólu, który po chwili przerodził się w zduszone błaganie o litość. Ta jednak nie nadchodziła. Abigail ze strachem patrzyła na zwęglające coraz większą połać skóry, dwa oślepiająco białe płomienie, coraz głębiej wnikające w przeguby drżących spazmatycznie rąk. Widziała wykrzywioną potwornym bólem twarz, przekrwione oczy, które chciały już końca, nagłe krople potu zraszające obficie czoło i niespodziewany koniec. Krzyk zdusił się w sobie tak szybko jak nastał, czarne miejsca na skórze zaświeciły dawną bielą, głowa starca opadła na wzdymającą się silnie pierś.

- Jakie wyciągniesz wnioski? – kula polatywał nad środkiem kręgu, zdawał się tryumfować.

Tylko ciężkie dyszenie.

- Słuchajcie, pomyliłem się w osądzie... – przemówił nagle, tak prosto z mostu.

CO?!

- Za wcześnie spisałem wasz byt na straty. Może macie jeszcze jakąś szansę. Nikłą, ale jednak. Nie przerywaj – zagrzmiał, widząc otwierające się usta Abigail. – Nie macie wiele czasu. Oczywiście o ile nie chcecie masowego mordu całego waszego gatunku.

Nie wiedziała, czy to co słyszy naprawdę pochodzi z ust tego samego kuli. Ale słuchała.

- Jest takie miejsce w przestrzeni, gdzie dostać można Iskrę Pokoju. Prawie za darmo. Wyślę was tam. Szukajcie Fauninnumunusa. On będzie wiedział o co chodzi. Naprawdę nie ma na to czasu
– wzmocnił głos zagłuszając ciche „ale...”. - Niech twoi bogowie mają cię w opiece – rzucił patetycznie w stronę Abigail. – I ciebie też – dodał po chwili patrząc na zastygłego w bezruchu starca. – Ruszajcie!

Nie było możliwości jakiegokolwiek sprzeciwu, czy oporu. Po pierwsze dwójka zupełnie obcych sobie ludzi przykuta była do krzeseł twardszymi niż stal okowami. Po drugie jednemu z nich mowę odebrał ból, kolejnemu szok. A po trzecie Trasamerk w szaleńczym tempie krążył już dokoła nich jarząc się jaskrawo czerwonym blaskiem.


Krzyczała, bo czuła w głowie coraz głośniejszy pisk, bo bała się tego nieprzewidywalnego stwora, chyba tylko dla zabawy nazwanego Komputerem. Widziała jak mały dotąd kula przeradza się w pulsujące, wielkie coś okolone niebieski niteczkami promieni. Czuła, że wsysa ją niczym wielki odkurzacz. Słyszała ryk złości torturowanego przed chwilą starca. Aż wreszcie przyszedł taki moment kiedy nastała czerń, a ona sama zdała sobie sprawę z tego jak jest mała i mizerna. Przez niewielki ułamek sekundy zdawało jej się, że zna odpowiedź na każde możliwe pytanie, rozparła ją boska niemal siła. A potem oślepiła jasność poranka...


Nie potrafiła tego wytłumaczyć, ale wszędzie, gdzie nie spojrzeć widziała mglistą łąkę skąpaną w lekkiej poświacie wstającego słońca. Gąszcz zielonych traw ciągnął się aż ku horyzontowi, gdzieniegdzie przetykany tylko cienistym kształtem rozłożystego drzewa.

- Co się dzieje? – usłyszała obok. – Gdzie jest moja laska?

Poczuła na sobie nerwowe ruchy drżących rąk. Odsunęła się. On też tu był.

- Rozumie pan coś z tego? – zapytała, w głębi lękając się ataku, czy bóg wie czego jeszcze ze strony starca.
- Widzisz gdzieś moją laskę?
- Nie, proszę pana, ale to nie jest teraz...

Nie udało jej się skończyć. Głos uwiązł w gardle. Oczy zalepiła czarna zasłona. Między piskiem i hukiem wibrował tylko potężny, rozbawiony głos Trasamerka.

- Wybaczcie, pomyliłem się i rzuciłem was do... no, nie tam gdzie trzeba.

Wszystko skończyło się równie nagle jak i się zaczęło. Zaistniały obrazy. Tylko że... One były diametralnie inne od mglistej łąki otulonej słabymi jeszcze promieniami. One były straszne i przygnębiające. Zimne i szare, obskurne wręcz. A przedstawiały szereg bryłowatych zabudowań tworzący olbrzymi, regularny krąg, pośrodku którego wyrastało coś, co w pierwszej chwili przywiodło Abigail na myśl grecki amfiteatr z zamierzchłych czasów.

Dopiero potem przyszło skojarzenie właściwe i adekwatne do kałuż ciemnobrunatnej substancji wokół. Arena...

Nie miała pojęcia jak się zachować. Pomimo opinii twardego babsztyla jaką zwykła się powszechnie cieszyć, ta sytuacja zupełnie ją przerastała. Próbowała usprawiedliwiać się karkołomnym tempem rozwoju wydarzeń i ich skrajnym absurdem zakrawającym na cud, który tu jednak przeradzał się w rzeczywistość. Co Iskra Pokoju ma robić w miejscu tak paskudnym? – pojawiła się nikła myśl, która natychmiast zagłuszona została tysiącem innych. Może dogorywać?...

- Czy to co tu idzie naprawdę istnieje? – niepewny głos zadźwięczał w jej głowie.

Spojrzała we wskazywanym przez starca kierunku i... nie pierwszy dzisiejszego dni raz zamarła. Bo w ich kierunku, delikatnie chwiejąc się z boku na bok, merdając ogonem, szło trzymetrowe, czarcio-podobne stworzenie. Wykrzywiona w nieładnym grymasie, w ostateczności tylko przypominającym uśmiech, twarz wyglądała na całkowicie zrogowaciałą. Wrażenia nazbyt twardej dodawał jej fakt, iż u nasady czoła wyrastały dwa czarne, zakręcone rogi.


- Giń poczwaro! – cofając się o kila kroków dobyła umiejscowionej w kaburze broni i zamykając oczy oddała serię w kierunku nadchodzącego czegoś.

Następnym co poczuła był bolesny skurcz w okolicach wątroby.

- Przestań! Tylko go denerwujesz!
– krzyczał starzec, układając w dłoni ukochaną laskę do kolejnego ciosu. – Słyszysz?!
- On ma rację, ślicznotko! – odkrzyknął stwór czystym angielskim. – Ta twoja zabawka nic mi nie zrobi. No, co najwyżej połechce.

Już nie strzelała. Szczerze mówiąc nie wiedziała nawet dlaczego. Nie ważyła się też odezwać. Przemawiał ten szalony, albo skrajnie głupi mężczyzna. Mówił zupełnie tak, jakby on i Rogaś, bo tak właśnie się do niego zwracał, od dawna byli przyjaciółmi.

- Tak jak już mówiłem, Rogasiu mój drogi, przybyliśmy tu po Iskrę Pokoju!
– dobitnie oznajmił. – Z rozkazu mówiącej kuli, na którą ta oto dziewucha mówić zwykła Tramsek.
- Krakh! – zaskrzeczał. – Jakiego Tramseka? I skąd wiesz o Iskrze Pokoju?
- Krakh! – mężczyzna spróbował zakpić sobie z rozmówcy, co nie wyszło mu za dobrze. – Tramsek to szalona kula, która lubi znęcać się nad ludźmi i uważa się za nowego pana świata – krótko podsumował swoje ostatnie doświadczenia. – Powiedział, że będziesz wiedzieć o co chodzi, Faunin... imi...nitrutusie – dokończył niepewnie.
- Na lico twe krzywe! Nazywam się Fauninnumunus! I dalej utrzymuję, że nie znam żadnego Tramseka.

Starzec nieprzytomnym, mglistym jak niejedna łąka o poranku wzrokiem powiódł po otoczeniu na chwilę zatrzymując go na osłupiałej Abigail, którą uważał za, mniej więcej, osobę niezrównoważoną psychicznie i słabą. Potem, wesołym tonem, znowu przemówił.

- Naprawdę nam się spieszy, Rogaś. Tramsek powiedział, że wymorduje świat jeżeli się spóźnimy. Tak więc daj nam ten Pokój i nie będziemy ci przeszkadzać...

Szpetna twarz stwora rozciągnęła się w równie obrzydliwym uśmiechu.

- Jesteście pewni, że tego właśnie chcecie?

Chwila ciszy, dwa kiwnięcia głowami, z czego jedno zupełnie przypadkowe, będące efektem nagłego zimnego dreszczu, razem z kroplą potu spływającego w dół pleców.

- Pamiętajcie, że to była wasza decyzja – Rogaś skłonił się przed dwójką z niekrytą rozkoszą. – Bierzcie ich!

By powalić człowieka zwykle wystarcza drewniany kij średnicy kciuka powiedzmy. Łatwo zgadnąć co stanie się, gdy w tymże celu użyjemy maczugi.

***

- Strach pomyśleć co czekałoby naszego małego Drygytrasa, gdyby ten oto człowiek był jednym z nas! – nad kolistym obiektem zadudniło potężne, zwielokrotnione echo. – Pożegnajmy Starca i jego niezawodną laskę!

Do głosu dołączyła na chwilę armatnia salwa oklasków i gwizdów.

- A teraz przed wami... – przeciągłe wycie – Ślicznotka!

Wypchnęli ją za śmierdzącą bramę naszpikowaną ociekającymi szlamem kolcami. Była otumaniona. Nie bardzo wiedziała co dzieje się wkoło. Czuła gorące strugi krwi cieknące z najróżniejszych miejsc jej ciała. Nie pamiętała ani gdzie jest, ani co się z nią dzieje. Senność obejmowała nad nią kontrolę. Jedna malutka plamka gdzieś w oddali zdawała się krzyczeć zaciekle: „Daj czadu, mała!”

- W krwawym boju ta ludzka kobieta zmierzy się z... Wurrgiem! Walczcie!


Chwiejąc się spojrzała ku brudno niebieskiemu niebu. To co jeszcze trzymało ją na nogach zawrzało. Nienawiść też może okazać się najlepszym przyjacielem. Nawet jeżeli dotyczyłaby najgorszego wroga.

[CENTER

***[/center]

A w domu Trasamerka odbywała się... Gdyby Komputer był człowiekiem śmiało można by nazwać to libacją. Ale on przecież nie był człowiekiem, on tylko do tej grupy przynależał. Był mądrzejszy, lepszy i... sprytniejszy.

- To ja mam teraz moc! A wy... zapomnienie!


W ciemności zabrzmiał śmiech. Jeden ze straszniejszych jakie można usłyszeć na ziemi.

 

Ostatnio edytowane przez Sulfur : 31-03-2009 o 21:55.
Sulfur jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Odpowiedz



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 00:36.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2024, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169 170 171 172