Ryk silników, kurz, smród spalin, śmiechy kierowców i panienek, które ich zbawiały przed wyścigiem. Na ten jeden dzień Nowy Jork stał się zupełnie innym miastem.
Nic dziwnego, przecież za chwilę miał się rozpocząć wielki wyścig
„Cannonball”- największe wydarzenie od wybuchu wojny.
Na obrzeżach miasta znajdował się Park Maszyn, miejsce gdzie znajdowali się wszyscy raiderzy ze swoimi furami. Niektórzy zabawiali się z praktycznie nagimi dziewczętami, a inni dopieszczali swoje samochody, tak jak
Roy, zwykły facet z Vegas.
Brudny od sadzy i kurzu mężczyzna sprawdzał każdą część w swoim samochodzie. Musiał mieć pewność, że się na nim nie zawiedzie.
Z wnętrza pojazdu samochodu dobiegały odgłosy muzyki, puszczanej z radia. Piosenka, która aktualnie leciała, dziwnie pasowała do sytuacji.
Roy majstrował przy samochodzie, kiwając się do jej rytmu i nucąc dobrze mu znane słowa:
”Riders on the storm.
Riders on the storm.
Into this house we're born
Into this world we're thrown ...”
-
Jeszcze jedna śrubka i skończone- powiedział sam do siebie, dokręcając ostatni element. Zamknął maskę i z uśmiechem wyciągnął papierosa, który po chwili tlił się w jego ustach. Tak… Piękne podsumowanie pracy.
Jego uwagę przykuł mężczyzna, ubrany w skórzaną kurtkę i spodnie, stojący przy swoim Jeepie ze sporą rzeszą pół nagich panienek, wsłuchanych w jego opowieści wyciągnięte prosto z dupy. Jego słowa aż śmierdziały ściemą, w końcu nikt w pojedynkę nie rozwali całego plemienia super- mutantów…
Runner uśmiechnął się tylko słysząc te bzdury. Wiedział, że ten facet jedzie na pewną śmierć, wiedział też, że pośród tych wszystkich ludzi jest więcej takich cwaniaków.
W pewnym momencie ów facet zobaczył śmiejącego się
Roya.
-Coś ci się kurwa nie podoba !?- krzyknął robiąc krok do przodu
-Skąd, wszystko mi się podoba- odkrzyknął-
a szczególnie twoje bajeczki!- zaśmiał się pod nosem. Drwiny widocznie zdenerwowały faceta.
-Takiś cwany? Zobaczymy się na trasie, wtedy pokażesz co potrafisz, dupku- odpowiedział i poszedł razem z dziewczynami w kierunku namiotów.
O’Neil zaśmiał się ponownie. Wyścig nie zdążył się dobrze rozpocząć a on już znalazł sobie wroga.
-Więc do zobaczenia…- dodał cicho, poważniejąc.
Podszedł do swoich rzeczy i wrzucił je do bagażnika. Wziął ze sobą tylko wodę i swój karabin, które położył na siedzeniu pasażera, które i tak było cały czas wolne, ponieważ
do rajdu przystąpił samotnie.
Wychodził z założenia, że nic nie zastąpi samotnej jazdy z prędkością 150km/h i włączonym na cały regulator radiu.
Po chwili
Roy podjechał do linii startu, aby wysłuchać
Płk. Pytona i Marlona de Rossi, którego
O’Neil kojarzył z Vegas. Nigdy go nie poznał osobiście, ale w mieście dużo o nim mówiono… Bardzo dużo.
„Skalp mutanta i część jakiejś maszyny”- jedyny warunek otrzymania nagrody.
Runner spojrzał na swoją metalową tabliczkę z numerem.
-No nic, będzie trzeba zapolować w czasie drogi- uśmiechnął się na myśl o sprzątnięciu jakiegoś mutasa z bezpiecznej odległości swoją snajperką, wprost nie mógł się doczekać.
Chwycił pewnie kierownicę i poprawił się w fotelu.
„No to jazda”- pomyślał, gazując samochód przed startem.