Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 27-10-2009, 13:09   #10
Marrrt
 
Marrrt's Avatar
 
Reputacja: 8826 Marrrt ma wspaniałą reputacjęMarrrt ma wspaniałą reputacjęMarrrt ma wspaniałą reputacjęMarrrt ma wspaniałą reputacjęMarrrt ma wspaniałą reputacjęMarrrt ma wspaniałą reputacjęMarrrt ma wspaniałą reputacjęMarrrt ma wspaniałą reputacjęMarrrt ma wspaniałą reputacjęMarrrt ma wspaniałą reputacjęMarrrt ma wspaniałą reputację
- Cipy?! - parsknął śmiechem w stronę ich przewodniczki - A kto sobie fryza na różowo odpicował, Alice? Sama jesteś cipa i to pełną gębą.
Uśmiechnął się do niej zupełnie sympatycznie.

Cienie wydłużyły się, a w głowie zaszumiało od doznań umysłowych będących efektem zwalczania przez szare komórki solidnej dawki jakże nęcąco drażniących neurony, kanabinoli. Prosta reakcja pobudzająca wnętrze nastolatka sprawiła, że oczy same skierowały się najpierw na Karen, która odmówiła skręta, a potem ześliznęły się bezwiednie po jej sylwetce zatrzymując na nieznacznym na razie zaokrąglającym się biuście. Fajnie wyglądała. Nawet z tą głupią czerwoną gulą na nosie. Szkoda, że nie zauważył kiedy w głupkowatym odruchu otworzył buzię. Naprawdę fajnie wyglądała...

No nie dokładnie tak miało być. Mieli pójść na górę, a nie grać na pianinie. Pani Greetwick od początku mówiła, że ten chłopak nie w sobie za grosz wyczucia muzyki. Matthew widział w tym nawet powód do dumy. Teraz jednak gdy Mikey zaczął grać, chłopak nie mógł przewalczyć myśli, że tak naprawdę to wcale nie chce, by muzyka ustała. Ale ustała. Z początku nawet tego nie zauważył i dopiero szarpnięcie Karen przywołało go do rzeczywistości.
- Co? Wal się. Ja nie beczę - szybko odburknął i odwróciwszy głowę wskoczył na schody. Parę razy przetarł rękawem oczy... To od tej trawy.. na pewno. Rzucił ukradkiem spojrzenie na Karen, czy dalej się na niego patrzy. Szczęśliwie skupiła się teraz na Mikim. Co za obciach... raz jeszcze otarł oczy, by nie pozostało śladu. Złośliwie go przyłapała na tym. Złapał za bluzę Alice i pociągnął za sobą na górę. Byle stąd pójść...

Piętro odwróciło szybko myśli nastolatka od niefortunnych łez. Serce przyśpieszyło gwałtownie, a spięte do granic możliwości nogi tylko czekały, by Matty pozwolił im dać stąd dyla. Krew była wszędzie, a te worki... Czuł jak dłoń dziewczyny zaciska się na jego nadgarstku. Potem Alice puściła i jego i latarkę cofając się pod ścianę, a on został sam na przedzie nie zdolny do poruszenia się. Strumień światła zatańczył po podłodze losowo oświetlając porozrzucane narzędzia. Sue krzyknęła z tyłu, a Karen sądząc po odgłosach wymiotowała. W końcu Mike złapał latarkę. Zupełnie się nie bał świrus jebany. To wytrąciło Matty'ego ze stanu sparaliżowanego bezruchu. Zbyt późno jednak, by powstrzymać młodzieńczy organizm przed przygotowaniem do natychmiastowej ucieczki. Mocz rozlał się gorącem po chłonnych jeansach na całym prawym udzie.

Trzy trupy dyndały niczym strzępy mięsa w rzeźni Bo. A może to wcale nie były trupy? Matty nie mógł odwrócić od nich wzroku. Postąpił krok naprzód... i jeszcze jeden. Z tylu coś się działo. Słyszał głos spokojny Mike'a, piskliwy i rozdygotany Karen, a także proszący Sue. Słyszał, ale nie słuchał. Nie miał pojęcia o czym mówią. Nie mógł się odwrócić od tych trzech wiszących kształtów tak kurewsko dobitnie przypominających ludzkie. Marihuana utrudniła i tak duże problemy chłopca z podzielną uwagą... Jeszcze jeden krok. Mlaśnięcie krzepnącej krwi pod podeszwą znoszonych Vansów. Pierwszy majaczący w ciemności kształt był już na wyciągnięcie ręki. Serce waliło jak szalone. Coś w nim darło się, by wiał. Natychmiast. Uniósł dłoń i skierował w stronę ciała. Wisiało nieco wyżej, ale żeby spojrzeć w pochyloną na piersiach twarz, wystarczyło obrócić. Zacisnął parę razy palce dłoni, by poczuć dotyk własnej skóry...
- Nie rób tego Matty... - głos Adama był niewyobrażalnie proszący. Stał tuż obok.

Nie mógł bardziej tchnąć odwagą w młodego Hudsona. Lekko pchnął ciało na wiszącym haku. Żelazo zatrzeszczało metalicznie, a trup zakołysał się jak wahadełko od zegara i kołowym ruchem zaczął odwracać w stronę chłopców. Bim, bom, bim, bom, bim, bom...
Adam wrzasnął. Matty również. Postąpił nieskorydnowany krok do tyłu i stracił równowagę na czymś twardym. Glebnął dupskiem na utytłany w krwi drewniany parkiet i nawet nie wstając zaczął się cofać odpychając stopami i rękoma w stronę schodów...
- Matt... - głos Karen. Obejrzał się na nią - może da się włączyć światło? Chyba na półpiętrze była ta, no … skrzynka z bezpiecznikami.

Kiwnął głową. Gdyby powiedziała, by poszedł do supermarketu i kupił landrynki, też by pewnie pokiwał. To nie miało znaczenia. Ważne, że mówiła. Cokolwiek. Trzymała Sue za rękę. I przestała mówić... dlaczego? Chyba wychodziły. Adam dalej wpatrywał się w oblicze trupa jak zahipnotyzowany. Nie... nie Adam. To był następny. Tylko, że nie wisiał na haku, tylko stał. O kurna... oni się ruszają... Oni się naprawdę ruszają... cofnął się jeszcze kawałek do samych schodów i zamknął oczy szepcząc coś trzy po trzy o mamie i pomocy...

Ciemność pod powiekami była dobra. Była własna. Matty nie bał się ciemności. Oddech spowolnił. Wiać. Otworzył oczy.
- Alice, Adam, Mike! Spieprzamy stąd!
Wstał, by pośpiesznie zgarnąć opornych i ruszyć za dziewczynami na dół.
 
__________________
"Beer is proof that God loves us and wants us to be happy"
Benjamin Franklin
Marrrt jest offline