Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 15-04-2010, 18:06   #1
brody
Konto usunięte
 
Reputacja: 2548 brody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputację
[Zew Cthulhu] - Bramy raju

New Canaan 20 sierpnia 1931 r. godz. 12.20

Sklep Olivera Marshalla
Kalifornijskie słońce prażyło niemiłosiernie. Ledwo jego pierwsze promienie wynurzyły się zza horyzontu, a już w powietrzu było straszliwie duszono i gorąco. Z każdą godziną temperatura rosła, by w południe osiągnąć apogeum.
Stary Oliver Marshall spojrzał na termometr wiszący w oknie jego sklepu. Słupek rtęci wskazywał 108'F. Mężczyzna otarł pot z czoła i wrócił na ławeczkę stojącą przed sklepem.
- Jak tak dalej pójdzie, to i nas nie ominie ta przeklęta susza.
- Brat Martin mówi, że musimy się modlić. Susza w innych stanach to kara boża za grzechy nasze i naszych przywódców.
- Co? - zdziwił się Marshall - Ty też zacząłeś słuchać bredni tego kaznodziei? Myślałem, że przynajmniej my dwaj pozostaniemy nieskażeni tym szaleństwem. Wstydź się Bert.
- Nie mam czego. To ty powinieneś się wstydzić. Handlujesz w dzień święty.
- No nie, tego też mi nie wolno. - oburzył się właściciel sklepu - Nazjeżdżało się do naszego miasteczka tylu obcych, że aż żal nie wykorzystać takiej okazji na zarobek.
- Mógłbyś jednak w ten jeden dzień sobie odpuścić, wiesz.
- Nie poznaje cię Bert. Zachowujesz się, jakby ci ktoś zrobił pranie mózgu.
- Powinieneś przyjść na dzisiejsze nabożeństwo i posłuchać brata Martina. Sam byś się przekonał jak wielki z niego człowiek.
- Bert ty naprawdę zwariowałeś. Jeszcze wczoraj razem śmialiśmy się z tych wszystkich fanatyków którzy zjechali do naszego miasteczka, a dzisiaj mówisz mi, że brat Martin to wielki człowiek. To jest przerażające.
- To twoja postawa Oliver jest przerażająca....
Dalsze słowa Berta zagłuszył odgłos silnika zbliżającego się samochodu. Przed sklepem Olivera Marshalla zatrzymała się zdezelowana ciężarówka. Na pace siedziało kilkanaście osób, mężczyzn, kobiet i dzieci. Młody mężczyzna siedzący w szoferce krzyknął w stronę rozmawiających staruszków.
- Przepraszam czy to New Canaan? Szukamy farmy brata Martina.
Stary Marshall spojrzał na swojego przyjaciela i rzekł do niego z przekąsem:
- No co się tak patrzysz? Pomóż braciom dostać się do tej waszej wspaniałej komuny.
- Nie bluźnij Marshall, nie bluźnij - odparł Bert Jenkins i ruszył w stronę ciężarówki imigrantów.


Namiot modlitewny w osadzie brata Martina, wieczór 20 sierpnia 1931 r.
Ogromny namiot był wypełniony po brzegi. Rzesze wierny tłoczyły się, by być jak najbliżej pastora. Co wieczór było ich coraz więcej. W pobliżu podwyższenia na którym znajdowała się mównica, ustawiono pięć rzędów krzeseł dla osób starszy i chorych.
Mimo, że zapadał powoli zmrok upał wcale nie odpuszczał. Nadal było piekielnie gorąco, ale nie zniechęcało to ludzi. Stawili się oni licznie jak co dzień. Po ciężkiej pracy przy budowie świątyni, pragnęli usłyszeć słowa pokrzepienie i nadziei. Z utęsknieniem wyczekiwali momentu, gdy brat Martin pojawi się na mównicy.

I stało się. Powolnym, dostojnym krokiem wszedł do namiotu pastor Martin. Na twarzach wszystkich zebranych pojawiły się błogie uśmiechy i radość w oczach. Jedni klaskali na powitanie, inni krzyczeli na głos "Alleluje! Chwalmy Pana!"
Pastor wszedł na podwyższenie i gestem dłoni przywitał się z zebranymi. To wywołało jeszcze większą falę entuzjazmu. Duchowny podszedł do mównicy i z namaszczeniem położył na pulpicie Biblię. Założył okulary i spojrzał na zebranych. Jeszcze przez chwilę pozwolił im na wyrażanie swojej radości, po czym unosząc obie ręce w górę nakazał ciszę. W momencie zapanowała cisza tak wielka, że dało się słyszeć brzęczenie much, które pojawiły się w okolicy w skutek upału w wielkiej obfitości.
Pastor uniósł prawą rękę do góry i palcem wskazał na niebo:
- Braci i siostry tak mówi Pan "I uczynią kraj pustynią i pustkowiem, jego pyszna świetność będzie miała kres, a góry Izraela będą leżały odludne; nikt tamtędy nie będzie przechodził. I poznają, że Ja jestem Pan, gdy kraj uczynię pustynią i pustkowiem z powodu wszystkich obrzydliwości, których się dopuścili" (Ez 33,28-29)
Głos pastora był donośny i pełen świętego oburzenia.
- Wieki temu skierował Pan te słowa do Izraela, który popadł w grzech, a dzisiaj mówi je do nas, bo czyż można inaczej patrzeć na klęski które dotykają nasz kraj, niż przez pryzmat naszych grzechów.
- Nie! - wrzasnął brat Martin, a jego głos odbił się echem od pobliskich wzgórz.
- Nie, bracia i siostry, nie można. Powiadam wam to nasze grzechy sprowadziły na nas tę okrutną karę. Grzechy nasze i naszych przywódców.
Ludzie z aprobatą i zrozumieniem kiwali głowami. Wielu pochyliło głowy na znak żalu i pokuty. Ktoś krzyknął "Amen, bracie!"
- Czyż nie byliśmy pyszni i dumni? Czyż nie szczyciliśmy się swoimi osiągnięciami, zapominając o Tym który jest najważniejszy, o Tym od którego płynie wszelka łaska i dobroć? Zapomnielśmy o Bogu, a bożki dobrobytu przesłoniły nam prawdziwego Boga. Nasi przywódcy żerujący na wypracowanym przez nas zysku, zaczęli obrastać w piórka i żyć ponad stan. Żerowali i nadal żerują na tobie, na tobie i na tobie - brat Martin wskazywał palcem kolejnych słuchaczy - Na nas wszystkich. To ich chciwe żądze i nieczyste pragnienia sprowadziły na kraj nieszczęście i bankructwo. To oni odpowiadają za to, że miliony straciły pracę. Grzech ich tym większy, że mieli władzę i możliwości, by temu zapobiec. Zapomnieli jednak o bożym nakazie miłości bliźniego i troszczyli się jedynie o swoje tłuste tyłki. Bóg długo patrzył na tę Sodomę i nasze nieprawe postępowanie. Nadszedł jednak dzień Jego gniewu i już teraz wielu z nas cierpi głód i nieszczęście. A będzie jeszcze gorzej jeżeli się nie opamiętamy i nie nawrócimy do Boga. Żar który spopielił Oklahomę, Teksas, Nowy Meksyk, Kolorado i Kansas, zaczyna palić żyzną kalifornijską glebę.
Ludzie cały czas potakiwali zgadzając się z każdym słowem pastora. Wielu z nich zaczęło płakać, gdy uświadomili sobie ciężar swoich grzechów. Wielu upadło na kolana i błagalnym głosem zaczęli modlić się o zmiłowanie. Nikt kto był w namiocie nie pozostał obojętny na słowa pastora, którego płomienna mowa poruszała serca wiernych. Nawet ci, którzy jeszcze kilka minut temu byli sceptyczni lub nie wierzyli w wyjątkowość pastora Martina, musieli przyznać że w nich także coś drgnęło. Poczuli się współodpowiedzialni za to co działo się w całym kraju. Za bankructwa, biedę, bezrobocie, a nawet za suszę i burze piaskowe. Każdy pod wpływem słów pastora, znajdował w sobie grzech, który ciążył mu niczym kamień młyński u szyi.
- Jest jednak nadzieja, bracia i siostry - kontynuował pastor Martin, już spokojniejszym tonem - Jest nadzieja, bo my wszyscy którzy żeśmy się tutaj zgromadzili, wiemy o swojej winie i możemy swoim postępowaniem zmazać nasze grzechy i pokazać innym jak należy żyć. Możemy ocalić sobie i ich. Musimy być głosem wołającym na pustyni. Musimy żyć wiarą!
- Alleluja! - krzyknęła jakaś kobieta w pierwszym rzędzie - Święta racja bracie! Alleluja!
- Alleluja!! - podchwycili inni.
Namiot wypełnił się okrzykami i modlitwami. Pastor z zadowoleniem spojrzał na zebrany tłum wiernych, na ich szczery żal i skruchę, na ich płomienną wiarę. Gestem ręki dał znać, że chór może zacząć śpiewać.


New Cannan 20 sierpnia 1931 r., wieczór, okolice starego kościoła
Wieczorem gdy zbliżał się czas audycji "Kościół bezdomny" ulice miasteczka New Canaan pustoszały. Większość przyjezdnych oraz mieszkańców udawała się do osady założonej przez brata Martina na modlitwy oraz kazanie pastora.
Tylko gorący wiatr wzniecał tumany kurzu na pustych ulicach.
Dlatego pożar który wybuch był dla wszystkich tak wielkim zaskoczeniem.
Nagle wysokie płomienie rozświetliły noc. Cała drewniana konstrukcja zajęła się w oka mgnieniu. Języki ognia lizały ściany i dach. Słychać było trzask pękających szyb. Po chwili ciszę nocy przerwał krzyk przerażenia i bólu. Z budynku plebanii, sąsiadującego z kościołem, wbiegł jakiś mężczyzna w nocnej koszuli. Jego twarz wyrażała strach i ogromny ból. Jego włosy były lekko nadpalone, a twarz poparzona. Mężczyzna przebiegł kilka kroków po czym upadł na środek ulicy bez czucia.
 
__________________
Konto usunięte na prośbę użytkownika.

Ostatnio edytowane przez brody : 16-04-2010 o 06:58.
brody jest offline