Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 23-08-2010, 15:51   #6
Armiel
 
Armiel's Avatar
 
Dwight Garrett


Pieprzona orkiestra zagłuszyła to, co chciałem usłyszeć najbardziej. Zastrzygłem uszami jak koń, ale udało się posłyszeć tylko końcówkę, z której wynikało, że zostałem zaanonsowany do grupy.
Jaka by nie była ta niespodziewana wieść, nie trudno było się domyśleć, że dotyczyła braku Teodora, bo spóźniał się wystarczająco długo by się niepokoić. Rozmawiali jeszcze trochę, ale widać było, że się spieszyli. Nie upłynęło wiele czasu, jak ruszyłem dyskretnie za opuszczającymi lokal, zostawiając należność za kawę plus napiwek na stole.
Na szczęście przed dobrą restauracją zawsze stoi wiele taksówek, więc zdążyłem wsiąść do jednej, zanim ostatni z wiozących ich wehikułów zniknął z pola widzenia.
- Za tym samochodem. - rzuciłem szybko, domykając drzwi wozu.

Sibsey Road. Szpital Pielgrzyma - głosiły dumnie litery. Odczekałem jeszcze aż wszyscy wejdą do środka, potem zapłaciłem za kurs i nie spiesząc się już udałem się w kierunku wejścia. Młoda recepcjonistka za jeden uśmiech chętnie poinformowała mnie, do kogóż to udała się dopiero co cała delegacja gości.

Szczerze mówiąc spodziewałem się czegoś gorszego, oczyma wyobraźni widziałem już Styppera zdychającego od ran noża lub opatrzonego paroma dodatkowymi dziurami w ciele od kul. Idąc chłodnym jak na tę pogodę, ubielonym szpitalnym korytarzem słyszałem już zza półotwartych drzwi głos Teodora. Zatrzymałem się na zewnątrz i oparłem o ścianę, wysłuchawszy cienkiej bajeczki o wypadku, a potem relacji o gliniarzach. Potem mówił coś o uniewinnieniu, prychnąłem pod nosem lekceważąco. Nie widać było tu żadnych pielęgniarek, więc po prostu pchnąłem drzwi i wszedłem do sali.
- Uniewinnienie Victora prostsze niż się wydawało, Stypper? - zapytałem na dzień dobry, odpalając jednocześnie kolejnego papierosa. - Chyba stroisz sobie żarty, chłopie.



Czując zogniskowany na mnie wzrok zgromadzonych, uchyliłem nieco kapelusza.

- My się jeszcze nie znamy. Dwight Garrett, do usług.

Przebiegłem wzrokiem po członkach grupy. Niektórym zdążyłem się już wcześniej przyjrzeć. Innym dopiero teraz. Specjalną atencję poświęciłem Amandzie, która z bliska wcale nie traciła nic ze swego uroku, a wręcz przeciwnie.
- Panna Gordon, jak sądzę. - podniosłem delikatnie jej dłoń do pocałunku - Teodorze, wspominałeś o Pannie Amandzie, ale nie zdradziłeś nic, że przyjdzie mi stanąć twarzą w twarz z aniołem.




Vincent Lafayette

Cytat:
Z dziennkia Vincenta Lafayette
17 czerwiec 1921

Nie wiem jak opisać, swoje doznania przy pierwszym zetknięciu z dziwacznym sztyletem. Dreszcz jakiejś niezdrowej ekscytacji? Myśli samobójcze? Pierwotny lęk? Wszystko na raz? Właściwie doświadczenie to było w jakiś turpistyczny sposób przyjemne, choć przerażające jak diabli.

Sam przed sobą usprawiedliwiałem je głęboką odrazą dla brzydoty sztyletu. Dwight zasugerował jakieś toksyny - myślę, że obaj byliśmy w głębokim błędzie.
"Z tym sztyletem jest coś nie tak" - to słowa panny Amandy Gordon, moim zdaniem prawdziwe i ze wszech miar warte rozważenia. Bo w tym jednym krótkim zdaniu zdaje się kryć cała istota tego osobliwego przedmiotu. Lepiej by było dla naszej równowagi psychicznej, gdybyśmy poprzestali na tym stopniu ogólności. Obawiam się jednak, że w obecnej sytuacji nie możemy sobie na to pozwolić.

ze względu na Victora

ze względu na śmierć panny Duvarro

ze względu na wypadki w fabryce

ze względu na Pożeracza - czymkolwiek jest

Prozaiczny, ludzki głód dał o sobie w końcu znać: dwudaniowy obiad z deserem Vincent pochłonął z apetytem i w tempie ograniczonym jednynie koniecznością zachowania dobrych manier. Mówił również niewiele więcej, niż wymagała tego etykieta. Przez cały czas zastanawiał się czy w dobrym tonie będzie demonstrowanie ludzkich zębów, obłąkanych notatek i plugawych artefaktów w eleganckiej sali pełnej ludzi.
Wieść o przeniesieniu spotkania do szpitala, przyjął więc nie tylko z oczywistym w tej sytuacji niepokojem, ale i lekką ulgą.

***

Opowieść Styppera o wypadku z jakiegoś powodu wydała mu się mało wiarygodna, ale postanowił zachować te przemyślenia dla siebie. Nie miał żadnych dowodów, ani możliwości, żeby sprawdzić tą wersję. Przynajmniej w tej chwili. Zresztą, jeśli mieli rozwikłać tą zagadkę, musieli sobie zaufać.

Spotkanie dało mu sporo nowego materiału do przemyśleń. Drużyna okazała się dużo sprawniejsza, niż przypuszczał. Przedstawiając im swoje odkrycia i słuchając ich relacji czuł się trochę jak bohater tych infantylnyuch gotyckich historyjek, które tak kochał czytać w młodości.
Oto stoi przed nami Wielka Tajemnica i nie spoczniemy, póki się z nią nie uporamy! Drżyj Grobowcu Króla Salomona! Drżyj hrabio Draculo i Psie Baskervillów! Oto nadchodzimy! Drużyna osobowości archetypowych niczym karty tarota. Nie bez lekkiego uczucia zranionej dumy stwierdził, że chyba po raz pierwszy jest w towarzystwie większych oryginałów od siebie samego.

Oto pan Chopp, niewątpliwy zdobywca lauru pierwszeństwa w tej kwestii: Na pierwszy rzut oka: Wypłosz - zahukany, neurotyczny gryzipiórek, jakich tysiące czają się w działach księgowości wielkich firm. Po chwili rozmowy okazuje się uzależniony od seansów spirytystycznych, chwilowo na odwyku. Jego zaangażowanie w sprawę musiało mieć z tym faktem ścisły związek i magik musiał się przy nim pilnować, żeby czegoś nie chlapnąć.

Hiddink: Jeden z tych obrotnych cwaniaków, na których opierał się biznes zwany Stanami Zjednoczonymi. Chodzące uosobienie kilku grzechów głównych, z obżarstwem na czele, do tego irytująco głośny, a mimo wszystko wzbudzał sympatię. Lafayette był w stanie pójść o zakład, że jego zamiłowanie do Coca-Coli pochodziło jeszcze z czasów, gdy jej tajemnym składnikiem nie była prozaiczna kofeina.

Panna Gordon - cóż, Vincent zawsze czuł się nieswojo w otoczeniu sufrażystek. Przy czym jego definicja tego terminu mieściła każdą niezamężną kobietę po 20 roku życia. Do Amandy przekonał się chyba dopiero po scenie ze sztyletem i jej naturalnej, jakże kobiecej reakcji na irracjonalne zagrożenie. Ona jedyna ośmieliła się nazwać sprawy po imieniu.

Studenciakowi też niczego nie brakowało - mimo jąkalstwa dzieciak był nad wyraz rozgarnięty jak na swój wiek. Pierwsze pokolenie, któremu w wieku niemowlęcym nie dawano opiatów, za nastolatka nie pojono wywarem z kokainy a w wiek dorosły wchodzi w dobie powszechnego zakazu spożycia alkoholu. To pokolenie może dokonać czegoś naprawdę wielkiego - nie ma innego wyjścia, inaczej oszaleje z nudów.

No i na koniec, nowy nabytek: detektyw - przerażające, jak ten facet się różnił od obiegowego wyobrażenia przedstawiciela tego zawodu. Nic dziwnego, skoro ten obraz tworzyły gryzipiórki nie mające pojęcia o prawdziwej pracy śledczego. Poczciwy Doyle i ostatnio ta smarkata debiutantka.. jak jej tam? Agata czy Christina? może Christie?
Na złość stereotypom Dwight był rasowym nowojorczykiem, bez śladu europejskiego akcentu czy stylu bycia. Nie nosił monokla, nie wspierał się na snobistycznej laseczce, do tego kopcił jak smok i to bynajmniej nie fajkę. Czy ktoś chciałby czytać powieści, czy oglądać filmy o kimś takim? Taa.. co następne? Film o włoskich gangach alkoholowych? Kogo by to zainteresowało?

Ze spotkania wyszedł nieco podniesiony na duchu. Nabrał przekonania, że niezależnie od tego co będzie dalej, powinno im się udać uratować dupę Prooda. Niewiele rzeczy w Stanach działało jak powinno, ale na sądownictwo można było liczyć. W tej sprawie było zbyt wiele niejasności, by mógł paść wyrok skazujący - ich zadaniem było teraz tylko zebranie ich do kupy i obnażenie przed wymiarem sprawiedliwości.
A później.. no cóż, Vincent nie wiedział jak reszta, ale był już pewien co do swojej decyzji - na pewno nie odpuści tajemnicy wokół fabryki Duvarro. Ta sprawa miała zbyt duży potencjał niesamowitości, by ktokolwiek z jego branży mógł przejść obok niej obojętnie.



Walter Chopp



Walter obserwując wszystkich w szpitalu tylko się upewnił, że z nich wszystkich najbardziej wartościowy dla niego może być Lafayette. Zdaje się, że był bliskim przyjacielem Prooda, zrobili razem kilka projektów (cokolwiek by to miało znaczyć) i, przede wszystkim, Lafayette robił w magii, przecinał pewnie kobiety na pół, odcinał im ręce i nogi, a te później wychodziły całe i zdrowe, ale całkiem możliwe, że umie też robić takie rzeczy, jak Prood. Przywracać zmarłych. Dlatego Walterowi bardzo zależało na rozmowie z Vincentem gdzieś na osobności, ale tak, żeby nie budzić niezdrowych podejrzeń. Zresztą Chopp nie lubił opowiadać o Muriel, więc w tym temacie nie zależało mu w ogóle na rozgłosie. A tu proszę: okazja nadarza się sama – Walter bez zastanowienia skorzystał z zaproszenia magika na swój występ.

Generalnie po spotkaniu w szpitalu był zadowolony z własnej relacji i z informacji, jakie wniósł – wcale nie uważał, żeby na tle innych było tego za mało, czego obawiał się przed przyjściem do „Świętego Jerzego”. Niepokoił go tylko stan Teodora i bajeczki o niebezpiecznej wycenie mieszkania – coś musiało się stać, ale widocznie nie musimy o tym wiedzieć. No i ten cały Dwight – wrażenie stwarza niby pozytywne; wygląda na kogoś, kto wie co robić w takich sytuacjach, ale co to za kolejny serdeczny przyjaciel Victora, który go wynajął. Wkrótce się okaże, że pół Bostonu to serdeczni przyjaciele Prooda – tylko ciekawe, kto go wrobił w takim razie w całą tę historię. Nieważne, w każdym razie są tajemnice w tym towarzystwie i Teodor nie do końca jest szczery z nami – to martwiło Choppa najbardziej.

Wszystkie te wątpliwości nie mogły zepsuć jego dobrego nastroju i podekscytowania związanego z tym, że zaraz będzie miał okazję porozmawiać z Vincentem osobiście. W taksówce, która czekała wolna przed wejściem do szpitala.

Gdy kierowca ruszył pod wskazany adres teatru, pierwszy odezwał się Lafayette:

-Panie Chopp, co się tyczy rekomendacji, którą panu obiecałem, to w teatrze mam biuro na piętrze. Zapraszam tam po spektaklu. Najlepiej będzie, jeśli to pan sam umieści w dokumencie najodpowiedniejsze informacje, a ja to tylko przypieczętuję.
-Dziękuję, panie Lafayette. A skoro już tak rozmawiamy, czy moglibyśmy mówić sobie po imieniu?
-Z przyjemnością Walterze.
-No więc Vincencie... ty zdaje się, że znasz się na tych sprawach bardziej niż wszyscy. Do tej pory nie opowiadałem dużo o mojej żonie... - Walter mówił powoli, ważąc dokładnie każde słowo, żeby nie spłoszyć rozmówcy. -Ona zginęła tak samo, jak Angelina - czy myślisz, że te zdarzenia mają ze sobą coś wspólnego? Miała przecież dokładnie tyle samo pchnięć nożem.
-Ciężko mi powiedzieć co myślę... chyba mam za mało informacji – odparł Lafayette zachowawczo.
-A Victor... Victor już wtedy tak jakby wiedział, czemu zginęła... tylko że ja go wtedy nie słuchałem. Mówił coś cały czas o jakichś rytuałach, używał dziwnych nazw... - Chopp powoli zaczynał się gubić w tym co najbardziej chciał zapytać. Jego dokładne ważenie słów zaczynało brać w łeb, bo temat, który poruszał był dla niego zbyt bolesny i osobisty. -Ale ja byłem wtedy w amoku... Ale właściwie, to najbardziej ciekawi mnie...
-Tak?
-Czy to możliwe, że osoba, która nie żyje, może wrócić? Czy to naprawdę jest możliwe? Co Victor robił, że czułem obecność Muriel przy sobie? Powiedz mi – utkwił spojrzenie w magika.
-Bardzo mi przykro, ale nie umiem odpowiedzieć panu na to pytanie. Jeżeli zmarli mogą wracać... nie wydaje mi się właściwie celowe tego wywołanie – Chopp nie zwrócił uwagi, że Vincent znowu zaczął do niego mówić pan. - Nie wiem co dokładnie zrobił Victor.. musiałby mi pan opisać więcej szczegółów – i dodał po chwili namysłu: -Zmarli powinni zostać zostawieni w spokoju.
-Szczegółów...Nie wiem... w sumie, to nic takiego... po prostu przychodził do mnie, a ona tak jakby przychodziła już z nim. Siadał w fotelu, a ona siadała obok mnie i po prostu byliśmy razem... Nie było jej widać, ale czułem wyraźnie jej obecność.
-Co masz na myśli, mówiąc "czułem"? Dotyk? Zapach?
-Po prostu czułem... nie, dotyk nie, ale cała reszta, tak jakoś nienamacalnie... naprawdę nie umiem tego opisać, ale to było... piękne...
-I ten stan nie objawiał się nigdy bez obecności Victora? Naprawdę nigdy?
-Nie, tylko z nim. To on zawsze ją do mnie przyprowadzał, dlatego po jego zniknięciu, moje życie po raz kolejny się zawaliło – Walter czuł, ze powoli zbliżał się moment na zadanie kulminacyjnego pytania: -A czy ty, Vincencie, nie... to głupie pytanie...
-Nie, ja Walterze tego nie potrafię. - gdy po dłuższej chwili się odezwał był skupiony i poważny, takiego tonu nie używał nawet mówiąc o masakrze w mieszkaniu Victora - Wybacz, ale nawet gdybym umiał.. echh... czy pan nigdy nie pomyślał, żeby pozwolić żonie po prostu odejść?
-Pozwolę, jak będę pewien, że ona tego chce... - „kłamie, na pewno też się tym zajmuje, to tylko kwestia zaufania sobie” - pomyślał Walter i to był koniec ich rozmowy, bo taksówka zajechała właśnie na miejsce.

Walter był z początku zdziwiony, gdy się zatrzymali, bo nie zauważył tu żadnego teatru i dopiero gdy pytającym wzrokiem spojrzał na Vincenta, ten wskazał mu ręką budynek sprawiający wrażenie ukrytego pomiędzy innymi zabudowaniami. Przed wejściem stała spora grupka osób czekających na wejście. W większości byli to ludzie dobrze ubrani, w obowiązkowych czarnych garniturach i zadbani: „Co ich tu sprowadza? Czego oczekują po spektaklu?” - przeszło przez głowę Choppa, gdy tak ich obserwował stojących pod dużym napisem „NIE DLA KAŻDEGO”. „Czy ten napis sprawiał, że czuli się lepiej? A może po prostu zwiększał zastrzyk adrenaliny, bo z tego co słyszał, pokazy Lafayetta mroziły krew w żyłach”. Właśnie, może tak naprawdę wcale nie ma ochoty tego oglądać – nie zdążył nawet się nad tym dobrze zastanowić. Ale to może przecież być jakiś sposób na zrozumienie co działo się z jego żoną pomimo że Vincent wypiera się zabaw ze zmarłymi.

Z zamyślenia wyrwała go dłoń Lafayetta, która pchała go w kierunku bocznego wejścia. Tam Walter został przekazany pod opiekę faceta, który musiał tam pracować, bo był przybrany w służbowy uniform w pomarańczowych barwach. Vincent rzucił do niego krótkie: „Po spektaklu zaprowadź go do mojego biura” i zniknął gdzieś w korytarzu, a pracownik zaprowadził księgowego krętymi schodami na pierwsze piętro, gdzie wskazał mu miejsce na balkonie. Walter rozsiadł się wygodnie i czekał obserwując z góry scenę zasłoniętą kurtyną. Do rozpoczęcia zostało około 10 minut, w teatrze cały czas pojawiali się nowi widzowie, miejsca koło księgowego również się zapełniały.

W pewnym momencie kurtyna poszła w górę, a na scenie pojawił się Vincent w czarnym fraku i cylindrze. Przedstawienie się zaczęło. W sumie, to Walter był trochę rozczarowany, bo nie zobaczył nic specjalnego: trochę sztuczek karcianych, trochę wyciągania z kapelusza, tu nagle zniknął kanarek, zamiast niego pojawiły się kolorowe chustki, kilka osób zostało wciągniętych na scenę i ogólnie panował śmiech i wesoły nastrój, no ale nie tego spodziewał się Walter.

Kiedy nagle zgasło światło i pojawiła się niepokojąca muzyka.

I wtedy zaczęły się pojawiać zapalające się i gasnące punkty świetlne, które nie pozwalały widzowi skupić się na szczegółach. Na scenie pojawił się dym, a z niego powoli wyłaniał się Vincent, który... nie dotykał nogami podłogi. Lafayette wyraźnie unosił się w powietrzu i mogłoby to być oczywiście sztuczką, gdyby nie to, że nagle zaczął oddalać się od sceny i po prostu przeleciał sobie nad publicznością wśród migającego światła. Jak on to zrobił u diabła? Później zaczęło się dziać jeszcze więcej – Chopp siedział dosłownie z rozdziawionymi ustami.
*

Walter leżał w łóżku. Obok niego na szafce spoczywała rekomendacja od Lafayetta, którą sam sobie napisał. Próbował myśleć o dzisiejszym dniu, o tym co się wydarzyło, czego się dowiedzieli podążając śladami pozostawianymi przez Prooda, ułożyć sobie w głowie dalszy plan działania, zaplanować ruchy na jutro. Obojętnie, jak mocno nie próbował skupiać się na powyższych problemach, myśli ciągle podążały w kierunku Vincenta Lafayetta. „Jak on mógł odciąć tej kobiecie głowę? Jak to możliwe, że ona dalej chodziła? Jak to możliwe, że ten facet z publiczności po prostu zniknął? Wyparował? To wszystko może być wielkim oszustwem? A to latanie? A ta kobieta, która robiła wszystko, co jej kazał?”

Po spektaklu Chopp oczywiście zadał mu głupie pytanie: -Jak ty to wszystko zrobiłeś? I dostał równie głupią odpowiedź: -Lata praktyki.

I ciągle słyszał tę ciszę wśród publiczności po spektaklu – wszyscy zdawali się być przerażeni. Dopiero po jakimś czasie rozległy się brawa, ale za to jakie... Ale Vincent już na scenie się nie pojawił, a Walter sam nie wiedząc w jaki sposób znalazł się nagle w jego biurze...

Chopp wstał, nalał sobie wody z kranu, zapalił papierosa i stanął przed oknem w kuchni. Zasnąć udało mu się dopiero przed czwartą.


Leonard D. Lynch


Szedł już ulicą, torba nadal mu ciążyła mimo "pozbycia się" tomów...sztylet...tak, ostrze zdominowało jego rozmyślania.
"Nie wiem...ale też chciałbym wiedzieć skąd go miał"
Ulice powoli wyludniały się, stał już u drzwi swojego mieszkanka, niemiły dźwięk chrupiącego pod butami szkła uświadomił chłopaka o stanie technicznym tego miejsca.
Do torby dopakował podręcznik historii, nie miał chęci kłaść się spać, było zbyt wcześnie, poza tym zbyt wiele rzeczy wydarzyło się w tym dniu aby ot tak zasnąć, wyszedł z powrotem na ulicę...i złapał taksówkę
-Uniwersytet- rzucił nieco znużonym głosem, Samochód dość sprawnie pokonywał kolejne ulice. w końcu dobrnął do celu. Douglas wpadł jeszcze na chwilę do lokalu w którym uprzednio :"rozmawiał" z dziennikarzem, zamówił kawę.
"Tak, nie powinienem, ale nauka"
-A pan co tu tak późno?- woźny wyraźnie był wstawiony, w końcu miał działkę w interesie bimbrowników...
-Potrzebuję się dostać do pracowni fotograficznej, tutaj ma pan moją legitymację- tak, legitymacja, przedmiot dzięki któremu wszystkie drzwi stawały otworem.
Tak, woźny był wyraźnie wstawiony, poza tym przy drzwiach do jego kanciapy słychać było rozbawione głosy nie tylko mężczyzn...
Pracownia fotograficzna mieściła się na pierwszym piętrze, szczelnie oddzielona od reszty korytarza magazynkiem na artykuły przeróżne.
W środku panowała miła cisza, całość podzielona była na dwa pomieszczenia, w pierwszym było coś na styl saloniku, dwa fotele, sofa, stolik do kawy, stojąca lampka i mała półka z kilkoma niezbyt ciekawymi pozycjami literackimi, a w drugim była pracownia właściwa ze wszystkimi lampami, kuwetami i chemikaliami, Douglas zamknął za sobą drzwi na klucz, zostawił kawę i torbę w saloniku po czym zabrał się do pracy nad zdjęciami, zrobił odbitkę każdego z trzech wykonanych zdjęć, wolał mieć pewność niż badziewne zdjęcie na którym nic nie widać...wszystkie trzy wisiały teraz na suszarce, przypięte spinaczami.
Kawa zdążyła już wystygnąć,przy okazji oddając swój aromat otoczeniu, które zrobiło się niesamowicie przytulne, chłopak rozłożył się na sofie, co chwila popijając napój kartkował strony podręcznika. Jednak jego myśli były nieco dalej, w tej chwili analizował przebieg całego spotkania. zaczynając od niezręcznej ciszy w restauracji aż po żywą dyskusję w szpitalu. Najbardziej jednak niepokoił go sztylet znaleziony w mieszkaniu profesora, zresztą to co powiedział Laffayette o całym mieszkaniu Prooda niezbyt mu się podobało.
-Symbole, okultyzm, seanse spirytystyczne, dziwne sztylety...ludzkie zęby- wymieniał na głos, tak jakby starał się przekonać sam siebie do tego co mówi- profesor jest naprawdę ciekawym człowiekiem- starał się odgonić natrętne myśli...skupić na nauce, jednak tym razem zaczął rozmyślać na temat nowego "towarzysza", który sprawiał wrażenie co najmniej podejrzliwego wobec większości osób zgromadzonych przez Styppera...myśli stawały się coraz bardziej chaotyczne, czuł że powoli odlatuje....zasnął.

Czuł przejmujące zimno....uchylił jedno oko...świetnie, okno było uchylone, lodowate powietrze poranka wypełniło pomieszczenie, ziąb wywołał gęsią skórkę, lekko przymroczony zwinął zdjęcia z suszarki i zapakował je do notesu, zabrał wszystkie swoje rzeczy, zamknął za sobą drzwi po czym wyszedł na zewnątrz...był wczesny ranek, nikogo nie było na ulicach...wrócił do swojego mieszkania gdzie rozłożył się na masywnym parapecie swojego okna gdzie przeżuwając chleb z jakąś niezidentyfikowaną konserwą oczekiwał bardziej szacownej godziny, aby móc zadzwonić i powiadomić o zdjęciach Choppa...ludzie powoli zaczęli wychodzić na ulicę....
"Brawo...przeżyliśmy kolejny dzień..."


NASTĘPNY DZIEŃ



Walter Chopp


Walter przez całą noc (jeśli tak można nazwać te marne trzy godziny snu) przewracał się z boku na bok i nie mógł zaznać spokoju. Głowa, sztylet, kapelusz, królik, krew, Muriel... i tak non stop... z boku na bok... z boku na bok... i jeszcze jakieś cholerne dźwięki... Przez te wszystkie motywy, cały czas przewijała się melodia... ta ta ta ra ta ta.... i w kółko to samo... zaraz... zaraz... cholera... to przecież ta przeklęta Higgins znowu włączyła tę płytę. I w taki nieszczęsny sposób świadomość powróciła do Waltera i walnęła go obuchem prosto w łeb. Wstał automatycznie, jak to czynił co każdy cholerny poranek i zaczął po kolei wszystkie ceremoniały przybliżające go nieuchronnie do momentu wyjścia do pracy. I dopiero po kąpieli, gdy wziął pierwszy łyk świeżo zaparzonej kawy dotarła do niego świadomość, że przecież nie musi iść do żadnej cholernej pracy, że przecież ma dwa miesiące urlopu... Ale i tak nie mógł położyć się z powrotem do łóżka. Kątem oka zerknął na zegarek. Wskazówki bezlitośnie wskazywały godzinę 7:30 rano, a wszystkie wydarzenia dnia poprzedniego stanęły w całej okazałości przed jego oczami.

„Ok; jestem tu, gdzie jestem... Victor Prood, morderstwo, przekupieni policjanci, Duvarro Sprocket, pokaz magiczny Lafayetta, do tego jeszcze Amanda, Douglas, Garett i ten nieszczęsny Hiddink, który tak na mnie źle działa... To wszystko zdarzyło się naprawdę... No tak, a przede mną przecież kupę roboty”. Nalał sobie drugą filiżankę kawy i pogryzając ciepłego tosta, układał sobie wszystko w głowie. Plan działania na dzisiejszy dzień. Musi być plan, bo inaczej się pogubi. Cały czas docierał do niego dźwięk muzyki zza ściany, to przypomniało mu o konieczności posiadania przy sobie jakiejś ilości alkoholu, która może przydać się przy rozmowach z napotkanymi ludźmi. Pani Higgins, wdowa po sierżancie Higginsie, zawsze ratowała go kropelką za niewygórowaną opłatą. Na chwilę zniknął, żeby zaraz pojawić się z powrotem w mieszkaniu z napełnionymi po brzegi trzema piersiówkami.

„Ok, to już mam... co muszę jeszcze dzisiaj zrobić?” I poukładał sobie w głowie następującą kolejność: telefon do Duvarro Sprocket – umówić się na rozmowę o pracę (spojrzał na leżącą obok łóżka teczkę z rekomendacją Lafayetta – muszę jeszcze odebrać rekomendację od Hiddinka); dowiedzieć się, czy Douglas przygotował zdjęcia – odebrać je i dostarczyć je Patrickowi, później... później... nie, to chyba wszystko.

Kończąc kawę, postanowił poczekać do ósmej i ostro brać się do roboty. Zszedł na dół do kawiarni, która była dwie bramy obok jego kamienicy i poprosił o możliwość skorzystania z telefonu. Bez zastanowienia wykręcił numer do Duvarro Sprocket i po chwili usłyszał w słuchawce głos sekretarki: - Duvarro Sprocket, słucham.

I dopiero Walter zdał sobie sprawę, że się w ogóle nie przygotował do tej rozmowy, no ale musiał się odezwać: -Dzień dobry, nazywam się Walter Chopp i chciałbym umówić się na spotkanie z którymś z udziałowców.
-A w jakiej sprawie?
-Nie chciałbym zdradzać wszystkich sekretów, panno...
-Lubeck.
-Panno Lubeck, oczywiście... Pan Duvarro wspominał wielokrotnie o Pani... i o pani kompetencjach. No więc panno Lubeck, kiedyś potkałem pana Duvarro i dużo razem rozmawialiśmy. Umówiliśmy się, że jeżeli na jego horyzoncie pojawią się kłopoty, to pozwoli mi przyjść z pomocą – Walter czuł, że błądzi, ale już nie mógł się wycofać. -Wiem, że szuka księgowego.
-Nic mi o tym nie wiadomo, ale może się pan umówić na wizytę z panem Shermanem z działu kadr.
A w ogóle, to o którym panu Duvarro pan mówi?
-O Alexandrze oczywiście.
-Niestety pan Alexanader zaginął, więc nie mogę panu pomóc.
-Panno Lubeck, pan Alexander zaginął, ale nie tylko, bo Angelina też nie żyje... Stąd jest mój telefon... - Walter zaczął nagle uderzać w odmienne tony, samo mu tak wyszło i postanowił iść już tym tropem. -Proszę mnie umówić z panem Dominikiem, panno Lubeck.
-Jeśli jest pan przyjacielem rodziny, to pan Dominic będzie dzisiaj o11, proszę wtedy przyjść.
-Dziękuję panno Lubeck – Walter odetchnął i ciężko odłożył słuchawkę. Uff... udało się. O 11? To przecież za dwie i pół godziny.

Chopp zrozumiał, że nie zdąży odebrać referencji od Hiddinksa, ale cóż, siła wyższa. Pędem wrócił do swojego mieszkania i zaczął przewalać szafę w poszukiwaniu najelegantszego ubrania. W końcu udało mu się wynaleźć jakiś czarny garnitur. Do tego biała koszula, krawat, teczka z rekomendacją i obowiązkowy parasol, bo pogoda za oknem była paskudna.
Walter był już ubrany, ale czasu miał jeszcze dużo. Stres go zjadał, jakby rzeczywiście starał się o pracę i stwierdził przechadzając się z sypialni do kuchni i paląc papierosa za papierosem, że nie da rady dłużej czekać. Zszedł na dół, złapał taksówkę i kazał się zawieźć do Duvarro Sprocket. Firma mieściła się w przemysłowej części miasta, więc podróż trochę im zajęła czasu, ale w końcu oczom Choppa pojawił się znajomy już widok fabryki. Podziękował kierowcy średniej wielkości napiwkiem i skierował się w stronę knajpy, w której poprzedniego popołudnia miał wątpliwą przyjemność rozmawiać z kilkoma pracownikami fabryki. W środku było pusto. Nic dziwnego, zegar wiszący nad barem wskazywał dopiero 10:15. Walter zamówił kawę i poprosił o możliwość skorzystania z telefonu. Szybko wykręcił swój numer do pracy i dowiedział się, że niejaki pan Lynch informuje go, że zdjęcia są do odebrania przy Arch Street. To trochę uspokoiło Waltera, bo wiedział już, gdzie będzie musiał się udać po spotkaniu z Dominikiem.

Usiadł przy stoliku i sącząc całkiem dobrą kawę, obserwował jak za oknem zacina deszcz. Patrząc na bramę odcinającą świat od terenu fabryki starał się poukładać wszystko, co ma powiedzieć na spotkaniu. Rozmowy kwalifikacyjne były dla niego rzadkością, więc stres był tym większy, zdał sobie sprawę, że nie za bardzo w ogóle wie, jak taka rozmowa powinna przebiegać. A co więcej: co się wydarzy, gdyby się okazało, że dostanie tę robotę? Spojrzał na leżącą obok filiżanki teczkę, otworzył ją i jeszcze raz przeczytał rekomendację podpisaną nazwiskiem Lafayetta. „No i po mojej rozmowie z sekretarką, Dominic myśli, że znałem się z Alexandrem... Niezłe bagno się z tego robi, cholera. W co ja się pakuję? Walter, kompletnie cię nie poznaję”. Zły był na siebie, że ta rozmowa poszła nie do końca po jego myśli, ale stało się, trzeba to ciągnąć i piwo, którego się nawarzyło.

Jedno spojrzenie nad bar i Walter wiedział, że musi już iść, jeśli nie chce się spóźnić. Podniósł się z ciężkim westchnieniem, podziękował barmanowi za kawę i wyszedł z knajpy. Spróbował na tę krótką drogę rozłożyć swój czarny parasol, ale po wyjściu na powietrze od razu zaatakował go spory podmuch wiatru, który mu to skutecznie uniemożliwił. Tak więc do biura dotarł trochę zmoczony, ale nie zastanawiał się nad tym już więcej i po prostu wszedł.

Wejście do budynków biurowych było nieopodal głównej bramy. Samo wnętrze biurowca sprawiało bardzo miłe wrażenie. Zaraz za wejściem znajdowała się sala, która była chyba przeznaczona na miłe spędzanie czasu podczas przerwy na lunch. Były porozstawiane stoliki i wygodne fotele, jedzenie dostarczano chyba z baru obok. Do właściwych biur wiodły szerokie schody. Po wejściu na piętro, Chopp stanął w przyjemnym hallu, na którego ścianach wisiało kilka dyplomów. Po lewej stronie od schodów była jakby recepcja, w której siedziała... to musiała być panna Lubeck. Po drugiej stronie hallu, pod drzwiami z tabliczką DZIAŁ SPRZEDAŻY, stało trzech mężczyzn. Cicho ze sobą rozmawiali, paląc papierosy. Walter stał przez chwilę, jakby nie wiedział jaki ma obrać kierunek. Panna Lubeck wychwyciła błyskawicznie niezdecydowanie nowej osoby i wzięła go na celownik: -Pan Chopp zapewne?! Te słowa szybko przywróciły księgowego do porządku i mówiąc:-Tak, tak, to ja, byłem... - skierował się ku recepcji.
-Pan Dominic Duvarro czeka na pana u siebie w gabinecie – panna Lubeck nie pozwoliła mu dokończyć zdania. Podniosła słuchawkę i przekazała informację, że pan Chopp już jest. -Proszę wejść panie Chopp – ręką wskazała na masywne drzwi z tabliczką DOMINIC DUVARRO. Walter zanim wszedł zaobserwował jeszcze po lewej stronie drzwi z tabliczką ALEKSANDER ROMALIO DUVARRO – Prezes Zarządu oraz drugie z tabliczką ANGELINA DUVARRO, a po prawej stronie od właściwego gabinetu były drzwi z tabliczką: HAROLD FIGGINGS.

Gdy wszedł do gabinetu, Dominic siedzący za dużym biurkiem, wstał i podszedł do swojego gościa wyciągając dłoń w geście powitania. Dominic był postawnym, nienagannie ubranym mężczyzną, po zaokrąglającym się brzuszku widać było, że firma ma się dobrze, a wąsik i bródka dodawały mu hiszpańskiego sznytu.
-Proszę usiąść, panie Chopp – Duvarro wskazał ręką wygodny skórzany fotel, stojący nieopodal biurka. Na podłodze leżał dywan, co sprawiało, że w tym biurze człowiek dobrze się czuł, było przytulnie i tak po domowemu. Walter podszedł do fotela i usiadł, ale nie spodziewał się, że będzie to aż tak wygodne. Zapadł się w nim prawie cały i nie zdążył ukryć zaskoczenia. -Ha, każdy tak reaguje – odezwał się Dominic. - Najnowszy zakup. Prosto z Argentyny. No dobrze, może kawy, herbaty?
-Nie, dziękuję panie Duvarro, ale może szklankę wody.
Dominic zamówił u panny Lubeck szklankę wody i czekał, wykorzystując ten czas na uważne przyjrzenie się się swojemu gościowi. Po chwili weszła panna Lubeck, niosąc na tacy szklankę i kryształową karafkę wypełnioną do połowy przezroczystym płynem. Tacę postawiła na stoliku koło fotela Waltera i wyszła. Chopp upił dwa łyki i czekał – ciągle nie miał ustalonej strategii, kompletnie nie wiedział, co ma powiedzieć temu człowiekowi! Starał się tego nie okazywać, ale był przerażony.
-Więc jak pan poznał mojego brata, panie Chopp. Nie przypominam sobie by Aleksander o panu wspominał – zaczął Dominic.
Walter wyrwany do odpowiedzi i międlący w dłoniach teczkę z referencjami zupełnie stracił rezon. Kilka razy już chciał coś powiedzieć, ale się rozmyślał. Zdenerwowanie gościa nie uszło uwadze Dominica, na którego czole pojawiły się rysy zniecierpliwienia. Walter poczuł się zapędzony w kozi róg i uznał, że jednym sposobem na wyniesienie czegoś z tego spotaknia, jest po prostu powiedzenie prawdy: -Panie Duvarro, chcę coś panu powiedzieć, ale proszę mi nie przerywać... Później będzie pan pytał, dobrze? Wiele myślałem przed przyjściem tutaj... co mam panu powiedzieć. Pierwsza myśl, jaka przyszła mi do głowy, to po prostu kłamstwo, ze szukam u pana pracy... Później zastanawiałem się, jak później będę miał się z tego wykręcić. Chodzi o to, że strasznie zależało mi na tym, żeby z panem porozmawiać... I bałem się, że pan nie będzie chciał się ze mną widzieć myśląc, że jestem kolejnym dziennikarzyną. Postanowiłem w końcu, że powiem całą prawdę i tylko prawdę.
-Chyba zaczyna mi się nie podobać pana tajemniczość, lecz jednocześnie to dość .. intrygujące.
-Otóż panie Dominiku, nie znam wcale pana brata... To znaczy znam, ale... z opowieści.
-Tak też pomyślałem. Ale ostrzegam pana, ze jeśli okaże się pan dziennikarzem, wytoczę panu proces i puszczę z torbami.
-Nie, spokojnie panie Dominiku - nie jestem dziennikarzem.
-Więc kim pan, u licha ciężkiego, jest i czego pan chce? I czego pan chce?
-Chcę odnaleźć pana brata i ukarać morderców Angeliny. Jestem bliskim przyjacielem Victora Prooda.
-To - to oburzające! Przychodzi pan do mojego gabinetu, będąc przyjacielem tego .. tego naciągacza, szarlatana i potwora – tego już było za wiele dla Duvarro. Nieoczekiwany wybuch gniewu zakończył się słowami: -Ma pan trzy minuty na wyjaśnienie tego albo wzywam policję.
-No widzi pan, dlatego na początku chciałem kłamać...
-Ma pan czelność przychodzić do mnie po tym, co pana kompan zrobił słodkiej i niewinnej Angie?
-Problem w tym, że to nie jest jego wina... Panie Duvarro, proszę o chwilkę cierpliwości, a wszystko postaram się nakreślić jaśniej.
W tym momencie Duvarro poczerwieniał na twarzy, a Walter zrozumiał, że z tą niewinnością, to trochę przesadził. Dominic dosłownie ryknął: -Proszę natychmiast opuścić mój gabinet!
Walter był w sytuacji bez wyjścia, był przyparty do muru i czuł, jak nacisk rośnie i jeśli zaraz czegoś nie wymyśli, to jeszcze przyjdzie mu tutaj zginąć. Musi postawić wszystko na jednej szali, powie o wszystkim: -Panie Duvarro... dwie minuty, proszę, to bardzo ważne. Później może mnie pan wywalić na zbity pysk, albo zrobić ze mną, co uzna pan za stosowne.
-No dobrze – powiedział twardo. -Dwie minuty.
-Otóż Vincent zajmuje się rzeczami dziwnymi, Angelina zgłosiła się do niego, żeby pomógł jej odnaleźć Aleksandra... - i Walter rzeczywiście opowiedział Dominikowi wszystko, co tylko wiedział o sprawie i co do tej pory udało im się ustalić.
-Współczuję panu z powodu żony, ale nie zmienia to faktu, że pana przyjaciel to szarlatan, oszust, naciągacz i na dodatek zabójca – tak podsumował cały ten wywód Dominic. -Nawet jeśli w pana słowach jest ziarno prawdy, to sąd ustali werdykt. Nie ja.
-Panie Duvarro, nawet jeśli naprawdę on jest mordercą, to jest tylko zabawką w rękach innych, tych co naprawdę zabili Angelinę i co stoją za zaginięciem Aleksandra. A ja powtarzam raz jeszcze: chcę odnaleźć Alexandra, bo wierzę, że ciągle żyje. Co więcej jestem przekonany, ze ci sami ludzie zamordowali moją żonę, więc widzi pan, ze mam jak najczystsze intencje i tak naprawdę mamy wspólne cele.
-Ma pan jakieś dowody? Czy to tylko pana , przyznaję, dość ciekawe, proszę o wybaczenie, brednie?
-Prawdziwych dowodów nie mam, tylko poszlaki... Ale co nam szkodzi spróbować pójść tą drogą? Nie mamy nic do stracenia.
-Chciałbym panu wierzyć. Czego pan potrzebuje? Pieniędzy? Ile? - zaskoczył Waltera Dominic. Najpierw wrzeszczał, teraz zaczyna coś proponować, ale pieniądze?
-Pieniędzy? Nie, panie Duvarro, nie jestem naciągaczem – i chyba o to chodziło Dominicowi, bo teraz szerzej się uśmiechnął, a Chopp kontynuował: -Chciałbym po prostu z panem porozmawiać... szczerze.
-Dobrze. Spotkajmy się dzisiejszego wieczoru w klubie Trzy Lwy. Powiem portierowi by pana wpuścił. Porozmawiamy przy cygarze.
-Z miłą chęcią. Czy mogę przyprowadzić kogoś ze sobą? - Walter czuł, że jest zwycięzcą tej bitwy i chyba opłaciło się odkryć wszystkie tajemnice. Od razu pomyślał też o Lafayetcie – on przecież był w mieszkaniu Prooda, on też zdaje się najbardziej rozumieć, gdzie leży istota tej sprawy. Na pewno by wiedział, jakie pytania zadawać, żeby więcej wyciągnąć od Duvarro.
-Owszem, tylko najwyżej jedną osobę i raczej nie kobietę. To klub dla gentlemanów – Duvarro wręczył Walterowi swoją wizytówkę i poprosił o potwierdzenie do 17, czyli do godziny spotkania, czy przyjdzie sam, czy będzie z kimś. I na pożegnanie rzucił: -Ale jak się okaże że pan kręci, panie Chopp to - z ręką na sercu - puszczę pana z torbami.

Walter czym prędzej wyszedł z biura. Bacznie obserwującej go pannie Lubeck, rzucił krótkie „do widzenia” i zbiegł na dół. Myślami był już w przyszłości. „Co dalej Walter, co dalej? Myśl! Myśl!”. Po raz drugi już dzisiejszego dnia wszedł do jeszcze pustego baru i znowu poprosił o telefon. Lafayette na szczęście odebrał. Walter bał się, że go nie zastanie, ale teraz mógł mu zrelacjonować cały przebieg spotkania. Vincent początkowo miał niesmak, bo przecież mieliśmy się do siebie nie przyznawać, ale ostatecznie stwierdził, że może być z tego więcej dobrego, niż złego i powiedział, że będzie na miejscu o 17. Walter jeszcze tylko poinstruował go, żeby powołał się na nazwisko Duvarro przy wejściu i że obowiązują stroje eleganckie oraz upewnił Vincenta, że zdąży na wieczór do opery. Pożegnali się i dopiero teraz Chopp odetchnął. Oparł się ciężko o bar i zamówił szklaneczkę coli. Całe szczęście, że rano zrobił zakupy u sąsiadki. Mógł teraz wyciągnąć niewielką piersiówkę i zrobił gest w kierunku barmana: -Nie obrazi się pan chyba? Zresztą, proszę sobie też chlapnąć. Nalał barmanowi do szklanki i stuknęli się z uśmiechem. Księgowy wziął swojego drinka, usiadł przy stoliku i zapalił papierosa. Wyciągnął z kieszeni zegarek: punkt dwunasta. „Do 17 jeszcze czas, a że Trzy Lwy są w centrum, to uda mi się jeszcze odebrać zdjęcia od Douglasa i podrzucić Patrickowi do pracy”.

Walter zamknął oczy, odchylił do tyłu głowę i podniósł do góry ręce, żeby zmierzwić sobie włosy. Zaskoczony stwierdził, że są wilgotne. Rzeczywiście, za oknem ciągle padał deszcz. Odruchowo chciał wymacać obok krzesła parasol, ale jego dłoń trafiła w pustkę. „Cholera, musiałem go zostawić u Duvarro. A niech szlag go trafi. Drugi raz tam nie idę."


Vincent Lafayette


Tego dnia Lafayette uniósł powieki z najwyższą trudnością. Czuł jakby maszyna ze snu przeorała mu czaszkę od wewnątrz. Morfina na ból głowy? Nie... to by już zakrawało na żałosną narokomanię. Ostateczny upadek woli. Byćmoże nadejdzie taki dzień, ale jeszcze nie dziś. Uporał się z dolegliwością przy pomocy śniadania i solidnej dawki kawy.

Następnie ubrał się i poczłapał do swojej biblioteki. Na biurku już czekało zdjęcie sztyletu, z notatką od Mary (informującą, że po raz ostatni robi za jego chłopca na posyłki). Magik nie znał się na fotografii, ale młody Lynch niewątpliwie miał do tego smykałkę. Każdy detal groteskowego przedmiotu wyglądał jak żywy.

Zaczął wertować co starsze woluminy w poszukiwaniu czegokolwiek, co przypominałoby to paskudztwo. Wytrzymał dwie godziny, po czym głowa rozbolała go ponownie.

Niech cię diabli... dobra, ale tylko ten jeden, jedyny raz!

***

Cytat:

Z dziennika Vincenta Lafayette
niedatowane

Pozwólcie, że opowiem wam o moim dzisiejszym śnie.

Znów przyśniła mi się Maszyna. Jaka maszyna - zapytacie? A ja wam odpowiem, że już w waszym pytaniu czai się głębokie niezrozumienie tematu. Nie żadna maszyna, a Maszyna. Maszyna! Pojmujecie? Nie wiem, czy ktoś, kto przez chwilę nie żył w XIX stuleciu może zrozumieć różnicę, ale naświetlę to wam drodzy potomni, najlepiej jak umiem.
Otóż Maszyna to nie jakieś tam urządzenie. Nie samochód, lokomotywa czy skrawarka elementów stalowych z fabryki Duvarro - Maszyna jest bogiem nowej ery, bogiem widzialnym i prawdziwym!

...a właściwie boginią.

Widzicie, moi drodzy: Tak się jakoś złożyło, że rewolucja przemysłowa zeszła się z modą na starożytność - wiecie klasycyzm, grecy, rzymianie, świątynie, kolumny... no i symbole. Na panteon nowych czasów wróciła Atena. Teraz okrzyknięto ją Industrią a zamiast tarczy wciśnięto jej w dłoń zębate koło.

To nie jest jakaś pokręcona metafora - rozejrzyjcie się po starych fabrykach, na pewno gdzieś się jeszcze czai. Smukła antyczna bogini z włócznią i kołem zębatym. Podobne koło, ozdobione skrzydłami Hermesa to w Europie powszechnie znany symbol kolei.

[kilka akapitów kompletnie niezrozumiałych, dużo obrazków w tym coś na kształt projektu karty tarota: ]


I o taką Maszynę właśnie mi chodzi! Zdeifikowaną, wszechogarniającą, potężną i otoczoną bałwochwalczą czcią. Chodzi mi o zębate koło Pallas Ateny, które przeorało naszą rzeczywistość wypaczając i odmieniając każdy, najdrobniejszy aspekt życia.

Zawierającą w sobie wszystko od parowych lokomotyw i aeroplanów po śróbokręt.

Właśnie ta Maszyna wraca w moich snach od dzieciństwa.

Że głupie?

Że kombajny to takie same narzędzia jak motyki?

Że co mi może zrobić silnik pod maską mojego Forda?

Cóż mogę Ci powiedzieć, drogi czytelniku: Teraz już nic nie może Ci zrobić. To się już stało. Urodziłeś się co najmniej o jedno pokolenie za późno by to zrozumieć. By pojąć czym był świat bez Maszyny. By pojąć co groz..

...
We wściekłym tempie zapisując kolejne linijki natchnionego, grafomańskiego wywodu pomału wybudzał się z morfinowego błogostanu. Ten proces został jednak brutalnie przerwany..

Przez Maszynę.

Przeklęty telefon.

- Lafayette - przemówił do słuchawki tak przytomnym tonem, na jaki było go stać.

- Tu Chopp, cieszę się, że udało mi się ciebie złapać. Byłem dzisiaj w Duvarro Sprocket i rozmawiałem z Dominikiem Duvarro.

Duvarro.. fabryka... maszyna.. pożeracze i Prood. - rzeczywistość obiektywna pomału wracała.

- Tak? - po etapie radosnego potoku myśli, które przelewał na papier, nagle problematyczne okazało się składanie najprostszych zdań. Heroicznym wysiłkiem woli obudził swą elokwencję i dodał - Dowiedziałeś się czegoś?

- Najpierw chciał mnie wywalić i wezwać policję, ale udało mi się go przekonać o moich czystych intencjach, ale postawiłem wszystko na jedną szalę i powiedziałem o nas, że robimy śledztwo. To chyba źle, ale byłem pod ścianą..

- Ryzykowne, ale może się opłacić. - rzekł filozoficznie Lafayette, wciąż starając się przyswoić sens pospiesznie wydobywających się ze słuchawki słów - No i? Dowiedział się pan czegoś?

- Słuchaj Vincent, nie mów do mnie pan. Na razie nie, ale wydaje mi się, że zyskałem jego przychylność. W każdym razie zaproponował mi spotkanie po Trzema Lwami wieczorem na cygarze. Będę mógł go o wszystko wypytać. Zależy mi, żebyśmy poszli tam razem. Myślę, że więcej uda nam się wspólnie wyciągnąć - nie znam się na robieniu śledztwa i przesłuchań


- Wybacz.. jestem trochę rozkojarzony chywilowo. - Jak by się do poczciwego księgowego zwrócił, gdyby ten zadzwonił kilkanaście minut wcześniej? Strach się bać. - Co do śledztw obawiam się, że nie mam więcej doświadczenia od ciebie. O której to spotkanie?

- O siedemnastej

Vincent spojrzał na ścienny zegar - parę minut po południu.

- Chyba dam radę, spotkanie w operze mamy dopiero późnym wieczorem. Choć myslę, że naprawdę przeceniasz moje umiejętności śledcze. - zmarszczył brwi coś sobie przypominając - No i ten detektyw mówił, ze nie powinniśmy... a co tam do cholery, i tak mają twoje rekomendacje z moim nazwiskiem

- Super, to uprzedzę go, że będziemy we dwóch. Jak wejdziesz do lokalu, to powołaj się na Duvarro - tylko elegancki strój obowiązuje. To do zobaczenia po południu

- Do zobaczenia zatem!

Odłożył słuchawkę i rozejrzał się po gabinecie. Książki walały się wszędzie, porobił setki zakładek, szukał po bibliografiach... i na razie nie zidentyfikował właściwie nic. Ręce miał ubrudzone po łokcie grafitowym pyłem - efekt uboczny narkotycznego napadu weny. Po wczorajszym nie miał nawet specjalnie ochoty patrzeć na swój zasmarowany ołówkiem dziennik.

Do 17 jeszcze trochę czasu... potrzeba więcej książek.

***


Christofer Brooks, mały pomarszczony antykwariusz, przyglądał się fotografii przekręcając ją pod róznymi kątami. W zamyśleniu wygładzał kościstą dłonią monstrualne, siwe wąsiska.

- ...No i tak to właśnie wygląda. Na pewno rytualny, a te dwa znaczki trącą bliskim wschodem, cała reszta to jeden wielki znak zapytania. W moich zbiorach nie znalazłem jednej linijki tekstu na ten temat, dwie z bibliotek miejskich nie mają nic ciekawego nawet w spisie tekstów źródłowych. Ręce mi już trochę opadają. Nie masz może jakiegoś starszego przedruku Encyklopedia Demonolatria z dobrymi rycinami?

- Może jeszcze Biblię Guttenberga i Necronomicon! Czy ten antykwariat wygląda ci na bibliotekę uniwersytetu Miscatonic?

- Tam coś takiego mają?

- Nie sądzę. - rzekł staruszek, ale jego myśli były już gdzie indziej. Ze zdjęciem w ręku poczłapał na zaplecze, dając Vincentowi znak, by poszedł za nim. Pomieszczenie było duszne, pachniało starym papierem, farbą drukarską i odczynnikami konserwującymi. - Słuchaj Vince, lubię cię i wiem, że umiesz się obchodzić z książkami ale te, które będzie trzeba przejrzeć są w większości diabelnie stare i wymagają... no dobra, umówmy się: nie lubię jak dotyka ich ktokolwiek poza mną. Jestem już w wieku, w którym nie muszę tłumaczyć się z dziwactw. Jeśli zostawisz mi to zdjęcie i dasz trochę czasu, chętnie je przejrzę i dam ci znać, jeśli coś znajdę.

Magik wybuchnął śmiechem.

- Przyznaj się lepiej, że samego cię wciągnęło.

- Tobie się wydaje, że nie mam w życiu nic lepszego do roboty, niż grzebanie się w zakurzonym papierze? - Lafayette teatralnym gestem rozejrzał się po zapleczu, wielkie wąsiska Christophera uniósły się w uśmiechu - No dobra, może masz trochę racji.

- Jasne, chętnie zostawię to w rękach specjalisty. Będę ci winien przysługę.

- Dobra już dobra, zabieraj się stąd bo oddychasz mi na starodruki!

Do spotkania z Duvaro i Choppem zostało już niewiele czasu, pojechał więc do domu umyć się i ubrać jak na klub dżentelmena przystało. Trzy Lwy... wysoko. Ciekawe czy w towarzystwie będzie ktoś z miejscowej Loży. Wszelki kontakt z masonerią urwał mu się po wyjeździe z Europy. Dobra, chwilowo nieistotne - trzeba się skupić na sprawie Victora.
Nie miał bladego pojęcia o czym właściwie miał rozmawiać z właścicielem fabryki. Żeby mieć jakiś punkt zaczepienia przejrzał pobieżnie gazetowe wycinki Prooda - spisując i starając się zapamiętać chociaż hasłowo ich treść a także daty.

Pod Trzema Lwami pojawił się - jak nakazywały odwieczne prawa rządzące takimi miejscami - piętnaście minut spóźniony


Amanda Gordon



Boston Public Library było pierwszą dużą biblioteką w Stanach Zjednoczonych, otwartą dla publiczności. Jej zbiór książek i rękopisów, gromadzonych od poprzedniego stulecia, był dość imponujący, dlatego Amanda liczyła na to, że uda się jej pogłębić wiedzę o tym, czego dowiedziała się już poprzedniego wieczoru z księgozbioru wuja.
Po koszmarnej nocy ze snem, który powinien rodzić się tylko w chorym umyśle, postanowiła rzucić się w wir pracy.
Sprawa Victora robiła się coraz bardziej tajemnicza. Przerażało ją to, co do tej pory udało się jej wyczytać i dowiedzieć od innych. Ghoule, Znaki Starszych Bogów, krwawe ofiary, cykl księżyca… Jeśli to prawda, to mieli do czynienia z czymś plugawym i złym do szpiku kości.
Przywołała mimowolnie w pamięci obrazy z ksiąg.


Była niemal pewna, że olbrzymi wpływ na zachowanie się jej kuzyna miał ten okropny sztylet. Jeśli ona sama, pozostając w kontakcie z nim zaledwie przez moment, miała tego typu myśli i sny pełne krwi, to co musiało dziać się w umyśle Victora, który Bóg wie, jak długo przechowywał go u siebie w domu… a może i dotykał ?! Wzdrygnęła się na myśl sztylecie.
Wczoraj wieczorem nakreśliła go sobie w notatniku, uwzględniając wszystkie szczegóły wyglądu. Skąd Victor miał taką broń? Czy zetknął się z tymi potworami? Co panna Duvarre i jej ojciec mieli z tym wspólnego?
Im więcej udawało się Amandzie dowiedzieć, tym więcej pytań kłębiło się jej w głowie.

Tymczasem taksówka zatrzymała się na Copley Square, tuż przy gmachu biblioteki, usytuowanym naprzeciwko Trynity Church.


Kobieta spojrzała na budynek, westchnęła i zapłaciwszy kierowcy za kurs, śpiesznie opuściła ciepłe wnętrze pojazdu i skierowała się do głównego wejścia. Podmuchy silnego wiatru, który dołączył tej nocy do nieprzerwanie padającego deszczu, rozchyliły poły jej płaszcza. Drżąc z zimna, podbiegła do masywnych drzwi i szybko weszła do środka.

Za zamkniętymi drzwiami panowała błoga cisza. Odetchnęła, złożyła parasol i skierowała się do kontuaru, który znajdował się tuż obok głównego holu. Odgłosy kroków tłumił pokrywający podłogi holu gruby aksamitny chodnik. Jedynie cykanie zegara, który wisiał tuż nad kontuarem zakłócał ciszę tego sanktuarium wiedzy. Zerknęła na jego tarczę. Była dziesiąta pięć.
Starszy, lekko zgarbiony mężczyzna, z monoklem w oku, przekładał stertę papierów mrucząc coś do siebie pod nosem. Zbliżyła się do niego i powiedziała cicho:

- Dzień dobry. Chciałabym rozejrzeć się w księgozbiorze dotyczącym historii sztuki, astrologii… i jeszcze kilku innych dziedzin nauki. Czy szanowny Pan mógłby mnie pokierować?

Mężczyzna oderwał wzrok od dokumentów i spojrzał taksująco spod brwi.

- Czy posiada Pani u nas kartę członkowską? – zapytał cienkim, trzęsącym się głosem.
- Oczywiście – odparła wyciągając kartonik z torebki - nazywam się Amanda Gordon.
- W takim razie Panno Gordon bardzo proszę podążać za mną.

Staruszek otworzył skrzypiące drzwiczki kontuaru, po czym wolnym, ale majestatycznym krokiem, niczym kapłan w jakiejś świątyni, wprowadził ją do wnętrza.


W kilku słowach wyjaśnił rozmieszczenie poszczególnych działów, po czym poinstruował Amandę o konieczności zachowania ciszy.
Kobieta zanotowała potrzebne jej informacje i podziękowawszy bibliotekarzowi udała się na pierwsze piętro. O tej porze biblioteka była prawie pusta.
Podeszła do jednego ze stolików, rozłożyła notatnik i wyciagnęła z torebki jej ukochany aparat fotograficzny. W razie ewentualnej potrzeby.

Po pierwsze musiała dowiedzieć się więcej o ghoulach i rytuałach z nimi związanych. Zamierzała w tym celu przejrzeć księgozbiór dotyczący religii i kultów starożytnych.
Oprócz tego chciała dokładnie sprawdzić cykl księżyca i porównać go z datami zanotowanymi przez Victora i związanymi z wypadkami w fabryce oraz datę zabójstwa panny Duvarre. Może uda się ustalić jakiś schemat…
Na koniec zostawiła sobie dział historii sztuki. Miała nadzieję odnaleźć w nim informacje na temat artefaktów używanych do krwawych rytuałów – bo z nimi powiązany był właśnie ów nieszczęsny sztylet.

Przy okazji przypomniało jej się, że nie sprawdzili narzędzia zbrodni, którego użył Victor. Z opisu w gazecie wynikało, że był to bagnet, ale czy na pewno?
Zamierzała po południu, jeszcze przed spotkaniem u Teodora, zadzwonić w tej sprawie do adwokata Victora, a później do Stronga z pytaniem o ewentualny odzew na jej ogłoszenie.
Powiesiła płaszcz na wieszaku i podeszła do regałów.



Herbert J. Hiddink


Słysząc pytanie Garretta bez słowa dodał gazu omal nie przejeżdżając jakiegoś bogu ducha winnego przechodnia. Pokonał kolejny zakręt i musiał zwolnić. Kałuże i wyboje nie pozwalały na zbyt ostrą jazdę. Hiddink zaczął nerwowo bębnić palcami o kierownicę. Gdy wydawało się, że nie odpowie przez ściśnięte gardło wydobył się dźwięk nienaturalnie wysoki jak na zwykły głos Herberta.
- Na tym zdjęciu jest mój syn Artur. Przyjaźnił się z Victorem. Był jego studentem. – westchnął ciężko – Nie miałem pojęcia, że siedzi w tej sprawie głębiej. Szlag.
Herbert dodał gazu wyprzedzając jakąś ciężarówkę. Po chwili już byli na miejscu. Hiddink zatrzymał gwałtownie Bentleya.
- Garrett ! – zawołał do wysiadającego mężczyzny – Jak dam radę wieczorem idę do teatru.
I gdy tylko detektyw zamknął drzwiczki Herbert zawrócił jadąc na południe w kierunku Uniwerytetu Bostońskiego. Zatrzymał się dopiero przy Mt. Vernon Street. Parkując tuż przy krawężniku jednej z czynszowych kamienic. Z szybkością zadziwiającą przy jego tuszy wbiegł na pierwsze piętro. Stanął przy drzwiach z numerem piątym z zastukał głośno.
- Artur otwórz ! Artur jesteś tam ?
W odpowiedzi usłyszał głos dobiegający nie zza drzwi, ale z dołu klatki schodowej.
- Co to za hałasy ? Co ?!
Po chwili ujrzał gramolocego się na górę ponad siedemdziesiąt letniego pana Millera. Właściciela kamienicy.
- A to pan panie Hiddink. Dzień dobry. – skinął mu łysą głową.
- Dzień dobry. Nie wie pan gdzie jest Artur ? – spytał Herbert z nadzieją w głosie.
- Nie widziałem go od kilku dni, a wcześniej tylko wpadał na chwilę. Wie pan młodzi. – Miller wzruszył ramionami.
Coś w głosie kamienicznika kazało zapytać Herbertowi.
- Spotykał się z kimś ?
- A tak. Z taką młodą, ładna dziewczyną. Trochę starszą od niego i jakimś oberwańcem. Mówił do niego „doktorze”. Jak dla mnie to on wyglądał jak obwieś, a nie lekarz, ale nie widziałem żadnego z nich od dwóch dni. Coś się stało panie Hiddink ?
- Mam nadzieję, że nie … - wymruczał Herbert nad czymś się zastanawiając.
- Czekaj pan Miller. Zaraz wracam.
Hiddink zszedł do samochodu i ze schowka wyciągnął gazetę z artykułem o morderstwie i zdjęciem Angeliny Duvarro. Wrócił i pokazał je Millerowi.



- Czy to ta dziewczyna ?
Kamienicznik założył okulary i wziął gazetę do ręki.
- Aaa … tak. To ona. Piszą o niej w prasie ? – zdziwił się.
Herbert obcesowo wyrwał mu gazetę z ręki nim ten zdążył cokolwiek przeczytać.
- Nieważne. Mogę zajrzeć do pokoju Artura ? – spytał.
- Jasne, jasne. – staruszek wyciągnął z kieszeni pęk kluczy idąc w stronę lokalu numer pięć.
- Zaglądałem nawet wczoraj do środka … niczego nie ruszałem panie Hiddink przysięgam na Boga. –zastrzegł się natychmiast otwierając drzwi.
W środku było czysto i schludnie. Jak zwykle w kawalerce Artura.
- Dzięki Miller. Chce zostać sam. Oddam klucz jak będę wychodził. – stwierdził Herbert zamykając kamienicznikowi drzwi przed nosem.
Wszystko wydawało się być na swoim miejscu. Herbert ciężko usiadł na fotelu i rozejrzał się. Nawet nie wiedział od czego zacząć. Chwila oddechu sprawiła, że poczuł się bardzo zmęczony. Oparł głowę o ręce zastanawiając się.
- Muszę trochę poszperać, może coś u niego znajdę. Pojechać do uniwersytetu popytać. Zadzwonić do Emmy, by ja uprzedzić gdyby Artur pojawił się w domu … Betty … trzeba ją gdzieś wysłać. Może do ciotki Lucy. Cholera Arti w coś Ty się wpakował Mały. – myślał na głos sięgając po telefon.
Przeszukanie pokoju syna nic nie dało. Poza kilkoma starymi gazetami z zakreślonymi artykułami o zaginięciu Alexandra Duvarro.
Z właściwym sobie brakiem subtelności Herbert udał się do uniwersyteckiego dziekanatu, by dowiedzieć się, że Artur nie pobrał swojej karty egzaminacyjnej i że od dwóch tygodni opuszcza regularnie obowiązkowe zajęcia. Niewiele też przyniosła rozmowa ze studentami z jego grupy. W zasadzie tylko potwierdzili informacje z dziekanatu.
Z ciężkim sercem Herbert wrócił do domu. Nie miał sił, ani ochoty wracać do pracy. Zadzwonił tylko do swojej sekretarki Kate by odwołała wszystkie spotkania. Przy okazji dowiedział się, że Chopp nie przyszedł po referencję. Zupełnie zapomniał o tej sprawie. Nic nie powiedział żonie prócz tego, żeby dała mu znać jak pojawi się Artur, bądź gdy zadzwoni. Lata małżeństwa jednak robiły swoje. Emma prawie od razu wyczuła, że coś jest nie tak. Znała jednak Herberta i nie podejmowała na razie tematu wiedząc, że i tak nic z niego nie wyciągnie.
Oboje milcząc w ponurych nastrojach przygotowywali się do wyjścia do opery.
Hiddink zastanawiała się jak rozpoznać C.C. zakładał że ta osoba będzie się jakoś wyróżniać. Zamierzał zwracać uwagę na wszystkich nietypowo zachowujących się widzów. Zwłaszcza na cudzoziemców lub … cudzoziemki.
Leonard Lynch

Miliony wodnych kropek rozbijało się o zbyt długo nie mytą szybę przy okazji wybijając równomierny, mocny rytm.
Książka bezwładnie zsunęła się z kolana...
Nie zważał na to...w tym momencie liczyło się tylko ostrze, Wzrok z fotografii przepełzł w mroki pokoju, torba leżała niewinnie na łóżku...
"Chcę tylko na niego spojrzeć..."
Gdzieś w tle zagrzmiało, miasto przygotowywało się na kolejne hektolitry deszczówki...czy to na pewno deszcz? Przez głowę przemknęła myśl...jedynie musnęła zaspany umysł...czuł ciepło, wszędzie wokół, otaczało go, delikatne krople obijały się o twarz...
-Czy to sen?- szepnął z ciągle zamkniętymi oczami...
-Czy to sen?- echo...nie...głos był mocniejszy...silniejszy,,,inny
Otworzył oczy i natychmiast je zamknął.
Oślepiający szkarłat przedzierał się przez zaciśnięte powieki...
Płyn...krew była coraz gorętsza, czuł jak wpływa przez nozdrza....uniemożliwia oddychanie....wlewa się...płuca już pełne...żołądek, płyn rozpierał jego wnętrzności....
Niespełna tysiąc stron rąbnęło z impetem o drewniany parkiet wydając przy okazji głuchy huk i zgniatając pozostałości po roztrzaskanym blacie stołu...

Obudziło go energiczne i nadgorliwe pukanie do drzwi...podniósł się...leżał na łóżku, ciągle mając w głowie dziwny sen, wizję czy cokolwiek to było, Leo podszedł do drzwi po czym lekko je uchylił...dobijanie się ustało:
-Tak?- mruknął przez szparę
-Witam, nazywam się Mary, przysłał mnie pan Lafayette, w sprawie jakiegoś zdjęcia...właściwie nie wiem o co chodzi, jednak powiedziano mi że będziesz wiedział
-Proszę p-poczekać- zająknął, po czym zabrał z okna jedną z fotografii zrobionych poprzedniego dnia, dla bezpieczeństwa nie tyle samego zdjęcia, co samej Mary, która tak brutalnie i nadzwyczaj błyskawicznie wtargnęła w grono osób, które młody Lynch znał.
-Proszę przekazać p-pozdrowienia dla pana Lafayette'a- uśmiechnął się dość niemrawo przekazując kopertę.
Szybkie śniadanie, poranna higiena, przebranie się i już był na ulicy starając się wymigać od rozmowy o kobietach z dozorcą, który jakby nie byo wypatrzył "kuriera" Lafayette'a.
Z wypchaną torbą wpakował się do pierwszej lepszej taksówki...absolutnie nie miał ochoty przebijać się przez rzesze ludzi zmierzających do swoich fabryk, biur i innych, równie problematycznych miejsc.
"Jak znaleźliśmy się rozebrani w łóżku"
Przez chwilę wydawało mu się, że słyszał odpowiedź. Pokręcił głową starając się odgonić myśli po czym przeniósł swój wzrok na ulicę...widząc tych wszystkich ludzi czuł się jak mały, malutki i tak naprawdę nieznaczący trybik w olbrzymiej maszynie społeczeństwa, chłopak zamknął oczy, chwilę później słyszał przepalony głos taksówkarza:
-Jesteśmy na miejscu
Bez słowa zapłacił, po czym wszedł do gmachu...panowało tu jedno wielkie zamieszanie, na tablicy, wielkimi literami informacja o przesunięciu terminów sesji...na wcześniejsze.
"Historie mamy dzisiaj...godziny wieczorne"
Po kilku chwilach stał już przed wejściem do piwnicy, w której przesiadywał jego znajomy Malcolm, wraz z przyjaciółmi i pokręconym profesorem chemii...w między czasie wytwarzając hektolitry alkoholu...
Zapukał w stalowe drzwi
-Wejść- gruby głos wydobył się zza metalowej płyty
Douglas popchnął drzwi wydające z siebie przeraźliwe jęki. Pierwsze co poczuł to straszny zaduch panujący w pomieszczeniu, do tego doszedł mocny zapach spirytusu i innych dziwnych substancji
-O patrzcie kto u nas zawitał!- krzyknął siedzący na jednej z beczek Malcolm Moore...właściwie znali się z liceum, chodzili razem na kilka przedmiotów, straszny śmieszek i kawalarz, przy tym niezłe wyniki w nauce.
-Toż to Doug- dokończył witając się z Lynchem- co sprowadza cię do naszej pirackiej jaskini?- zapytał uśmiechając się od ucha do ucha,
-Chciałbym p-poprosić cię o małą przysługę- twarz Malcolma przeszła w stan całkowitego skupienia
-O co chodzi?
-Jesteś chemikiem, więc pomyślałem, że m-mógłbyś dla mnie coś p-przebadać- Leo wyciągnął zawiniątko z torby, po czym "rozpieczętował je"
-Chryste, Lynch co ty nam tu przytaszczyłeś- oburzył się jeden ze znajomych Moore'a, od początku przyglądający się całej scenie
-Bill, wracaj do roboty- burknął Malcolm po czym wziął broń zawiniętą ciągle w materiał- toksykologia?
-D-dokładnie o to mi chodzi.
-Okej, słuchaj, to...coś wygląda paskudnie, ale chyba damy radę jakoś to sprawdzić bez dotykania jakiegokolwiek fragmentu...
-Ile to potrwa?
-Trzy dni...jeśli zmobilizuję do tego resztę może dwa...wiesz, musimy sprawdzić nie tylko ostrze, ale też stop z którego zostało zrobione, no i te wszystkie...ozdoby- mówił wskazując na rękojeść sztyletu- wstępne wyniki możesz mieć już jutro...swoją drogą skądś to wytrzasnął?
-Długa historia- stwierdził głośno wzdychając,
-Mhm, mhm, rozumiem...tak czy inaczej, żebyś przez ten cały dzień się nie nudził...masz tu, mały prezent na opijanie udanej sesji- Moor'e wręczył mu butelkę z etykietą "45%"
-J-jeszcze jej nie zdałem- nie przywykł do przyjmowania prezentów
-Ooo, przestań Lynch, zdasz, zdasz...
Po chwili rozmowa zeszła na tematy dotyczące uczelni, "biznesu" całej tej grupy i tym podobnych rzeczy związanych tylko i wyłącznie ze światem "namacalnym"...miła odskocznia od tego co działo się wcześniej...Douglas został na uczelni...nie mógł opuścić sesji
 
Armiel jest offline