Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 02-11-2010, 23:55   #1
Fabiano
 
Fabiano's Avatar
 
Soluffka - Jak by to nazwać?

Zapiski ze znalezionego notesu.



Śledzicie wiadomości? Pewnie nie bardzo. A powinniście. A ze mnie się śmiano, bo co godzinę siadałem przed odbiornikiem. Mieszkałem w Polsce i nigdy bym nie przypuszczał, że to wszystko tak się potoczy.

Każdy kto obserwowałby to co się dzieje, doszedłby do tego samego co i ja. Temu wszystkiemu winna jest komuna. Paskudni Rosjanie. Radzieccy Rosjanie, rzecz jasna. Ale to wszystko jest nieważne. Już nie. Tutaj, w Ogrodzie, już nie muszę o tym myśleć. Nie ma komuchów, nie ma kłamliwych polityków ani beznadziejnych rządów. Wszystko przepadło. Czy się smucę z tego powodu? Oj, nie, nie ma takiej zafajdanej opcji. Mam tylko nadzieję, że świat, przez który się tutaj znalazłem, sczeźnie w śród swoich zgliszczy.

Na początku było wielkie odkrycie. To co wymyślili Polscy i Niemieccy naukowcy, bazując na jakichś przedwojennych projektach i wizjach, zdawało się być wielce pomysłowe i wielce obiecujące. Nowe źródło energii. O tak, bardzo obiecujące. Czytaliście albo i nawet uczyliście się o energii termojądrowej, prawda? To, to, jest pestką w porównaniu z tym co wymyśliła ta umysłowa elita środkowej europy. Powiedzmy, że zamierzali zamknąć słońce w mikrofalówce. To chyba najlepsze porównanie. Ale, nie do końca właściwe, gdyż w ogóle nie oddaje powagi sytuacji. Ja jestem jednym z nich. A oto moja historia.

Gdy studiowałem fizykę, nie było czegoś takiego jak niemożliwe. Było tylko niezbadane i nie udowodnione. Uwielbiałem książki Lema, Dana Simmonsa, Franka Herberta. I tym chyba trudniej było mi uwierzyć, że to wszystko co się działo, dzieło się na prawdę. Po studiach musiałem iść na doktorat. Dlaczego musiałem? Nie widziałem innych perspektyw. To chyba jedyny powód. Wtedy właśnie zacząłem być uważany za dziwaka, bo więcej oglądałem i słuchałem różnych wiadomości, niż przebywałem z ludźmi. Wtedy też zaczęły wydostawać się na światło dzienne moje pomysły (Przez niektórych uważane za głupie). Praca naukowa przeplatająca się z grzebaniem w informacjach zalewających sieć i telewizję zajmowała mi dużo czasu. Większość, można by rzec. Na swoim blogu zacząłem nawet zamieszczać teorie nie do końca cieszące się poparciem. Dziwne dla ogółu, dla mnie były bardzo jasne i rzetelne.

Gdy ogłosili odkrycie w górach sowich tajemniczego i starego kompleksu naukowego, ja byłem już po publikacji artykułu pod dźwięcznym tytułem “ Nie wszystek umrze”. W którym to, twierdziłem, że jest możliwe iż Hitler nie bez powodu zaczął budować kompleks Reisen, i nie prawdą było, że chciał wybudować bombę z deuteru wydobywanego u wybrzeżu Norwegi. Miałem swoje teorie. Żadna nie była ,co prawda, aż taka ekstrawagancka jak teorie Dänikena, ale z jednym trafiłem. Z deuterem. W swoim artykule udowadniałem, że Führer raczej chciał mieć źródło energii mogącej zasilić potężne lasery, czy inne cudo, niż atomówkę. Były obliczenia, wykresy i tabele. Nie sądziłem, że ktoś na nie zwrócił uwagę. No, może oprócz zwierzchników z mojej uczelni, którzy to stwierdzili, że jak jeszcze raz napiszę takie bzdury, to pożegnam się z etatem. Rok później sam się zwolniłem. Pieniądze z nowo otwartego instytutu bardziej przypadły mi do gustu.

W SELECT pracowałem nad Nowymi Metodami Wdrożenia Projektu. Tak, prawda, cholernie dziwnie to brzmi. Ale już wyjaśniam. Otóż, w kompleksie Reisen pod górami Sowimi znaleźliśmy kilka cholernie ciekawych rzeczy. I wcale nie były to bomby. Po wnikliwych badaniach okazało się, że to ja miałem racje - przynajmniej w przybliżeniu. Otóż ludzie Hitlera opracowali pierwszy na świecie Tokamak, pierwszy na świecie reaktor termojądrowy - i to jakieś 60 lat wcześniej. Ekscytujące, prawda? 60 lat wcześniej, a o ile do przodu? Niektórzy są zdania, że to urządzenie, które odnaleźliśmy w jednym z komór było już na chodzie. Popierałem tą teorię. Co robiono z energią? Jeszcze wtedy nie potrafiliśmy ustalić. Szybko się to jednak zmieniło.

Po takich odkryciach, nasze fundusze wzrosły. Prowadzono wiele badań, w tym odkrywkowych w zawalonych sekcjach kompleksu pod górami. Trwało trochę zanim odkryte zostało to co tak naprawdę zmieniło świat. Wielkie generatory pola. Ogromne. Wszystko zawalone było w gigantycznej komnacie. Grota (gdyż to, w końcu, była grota pod górami) mieściła zdobycz techniki, które zdawały się być typowymi fantazjami pisarzy s-f. W sumie, źle to przedstawiłem. To było jedno wielkie urządzenie.

Odkopywanie, umocnienia i inne prace porządkowe zajęły ponad rok. Pięć lat pracowaliśmy nad zrozumieniem, do czego miało to wszystko służyć. Widzieliście kiedyś puzzle z tysiącem części, z każda częścią o innym kształcie? A teraz pomnóżcie to razy milion i wywalcie obrazek, by nie pokazywał wam jak wygląda w całość. Dodajcie do tego klika brakujących części i macie: mix możliwości. Początkowo nikt nawet nie przypuszczał co to może być, na co właściwie patrzyliśmy? Okazało się jednak, że to wszystko, co do tej pory oglądaliśmy w Gwiezdnych Wrotach czy innych takiego typu filmach, było poniekąd słuszne. Otóż, mieliśmy przed sobą ogromne urządzenie do przemieszczenia się. Nikt nie wiedział tylko, gdzie, ani jak to się dzieje. Opozycja twierdziła, z całą oczywistością, że się mylimy.
Nie myliliśmy się jednak.

Ci, od energetyki odnieśli sukces 9 lat po odkopaniu muzealnego już reaktora. Światła we Wrocławiu zalśniły przenikliwym blaskiem. Pierwsza naprawdę tania energia. I pierwsze jej konsekwencje. Dobre i złe, oczywiście. Nagroda Nobla wisiała w powietrzu. Watykan protestował, bojąc się konsekwencji. Rządy Polski i Niemiec wprowadziły w życie nowe ustawy antyterrorystyczne, obawiając się, co zresztą zrozumiałe, że mogą stać się teraz celem ataków ze wschodu. Ośrodek wybudowany na granicy polsko-niemieckiej pochłonął ogromne fundusze. A my, zapaleńcy, pracowaliśmy by pomóc światu. Tak myśleliśmy.

Puzzlowicze nie ustawali w pracy. Najgorzej było złożyć to do kupy i przeanalizować. Wszystko trzeba było fotografować, badać, przerysowywać. Komputery obliczały możliwe parametry a my nawet przy kawie i ciasteczkach dyskutowaliśmy nad znaleziskiem. Przez ponad pięć lat ustalaliśmy, analizowaliśmy i weryfikowaliśmy wszystko, co dostało się nam w łapy. A uwierzcie - było tego od groma. Wiele burz przeszło nad nami zanim ustaliliśmy, że to wszystko służy jako jakiegoś rodzaju transmiter materii Ludzie od teorii względności aż piali z zachwytu. Horyzonty zdarzeń, tunele czasoprzestrzenne, od tego typu sformułowań aż się gotowało w pomieszczeniach ośrodka. A gdy już przychodziło zrozumienie, trzeba było wszystko ujednolicić.

To był bardzo ciężki okres. Ciągłe wojny pomiędzy sceptykami, filozofami, realistami i fantastami spowalniał pracę. Ale prawda jest taka, że większość naukowców musi mieć potwierdzenie, by uwierzyć. Dlatego też powołano osobną grupę, która ma zebrać wszystko co ustalono do tej pory i spróbować odtworzyć ten cały hitlerowski grajdołek. Stare lampowe tranzystory zastępowano nowymi, zastosowano półprzewodniki, nadprzewodniki, transformatory, elektromagnesy. Armia teoretyków siedziała nad najnowszymi komputerami analizując i obliczając. Wszystko po to by ustalić, że skoro to miało być urządzenie do przemieszczenia, to czy działało? I co ważniejsze, czy może działać? Historycy i analitycy doszli do wniosku, że nie działało za czasów wojny. Natomiast czy może działać w przyszłości? - zdanie były podzielone. Dwa lata później okazało się, że może. A jedenaście, że działa.

Jedenaście lat później stałem w komnacie wypełnionym kwaśnym zapachem kwasu solnego, przyglądając się największej zdobyczy techniki. Transmiterowi materii. Media okrzyknęły go już teleportem. Dużo mniejsze urządzenie, od tego, które budowali naziści, ale w stu procentach spełniało swoją powinność. Transport butelki szampana do bliźniaczego ośrodka w Kanadzie przebiegł pomyślnie. Rozpoczęła się nowa era w dziejach ludzkości. Transport błyskawiczny.

Wysławione urządzenie, będące notabene pradziadkiem współczesnego transmitera energii, trafiło do muzeum pod Wrocławiem. Tam też udała się grupa naukowców by jak najwierniej go odrekonstruować. I to dopiero był początek końca.
Mark Twell, astrofizyk z Ochio, odkrył coś co siedziało głęboko ukryte aż do jego przybycia. Zorientował się, że wielka, ogromna wręcz (no w końcu miała 30 na 40 metrów) tablica nie była tylko swoistym wzmacniaczem. Była raczej dialerem - jak sam ją nazwał. Sekwencja podzespołów, lamp, diod, i całej reszty była ściśle określona. Prace zajęły mu dziesięć miesięcy. A my w tym czasie przesłaliśmy już psa, krowę i stado małp, przez nasze wrota. Ośrodek, chcący jak najszybciej skomercjalizować transmiter, nawet nie rozważał dofinansowania nikomu nie potrzebnych badań profesora Twell’a. Tak było aż do czasu, gdy coś poszło nie tak. Zauważyliście, że zawsze coś idzie nie tak? To już chyba normalna kolej rzeczy. A co poszło nie tak? Otóż podczas jednej z prób doszło do zakłóceń. Tak to najłatwiej nazwać. Ale i najwłaściwiej. Wyobraźcie sobie, że cały proces transmisji przekazywany jest za pomocą grubego kabla (Tak, to prawda) i nagle, z niewyjaśnionych jeszcze do tond powodów, podczas przesyłania jednego z szympansów, nastąpiły zakłócenia. Milisekundowa sprawa, niby ale po drugiej stronie zapaliła się tylko kontrolka emisji (taka żółta dioda) i to było tyle. Żadnego szympansa, żadnych nawet części ciała czy choćby flaków. Nic. Wtedy dopiero rada nadzorcza zainteresowała się dziwnym urządzeniem, które wydawało się zbędne.
Otóż, Hitlerowcy zamierzali przesyłać materie bez pośrednictwa kabli.


Podczas gdy prace nad tablicami szły jak burza, transmitery udostępniono do korzystania wyłącznie dla przedmiotów nieożywionych. Rozwiązało to niejako problem transportu towarów. Z tym, że ubezpieczenie takich paczek horrendalnie wzrosło. Każdy liczący się kraj potrzebował takich wrót - a nie były wcale tanie. Oto już zatroszczyli się ludzie chcący na tym zarobić. My natomiast, szarzy naukowcy, pracowaliśmy w pocie czoła. To, co odkryliśmy przebiło nasze najśmielsze oczekiwania. Kolejny raz zresztą.
Mówiąc najprościej, okryliśmy sposób na pozbycie się największego problemu. Kabla. A co się z nim wiąże - kłopotów z przesyłem danych. Odtworzyliśmy sekwencje z tablicy, nie rozumiejąc jej, analizowaliśmy wszystko po kolei. Profesor Tweel szybko rozgryzł, do czego służą poszczególne elementy. Gdy już wszystko było jasne; gdy już ruszyły pierwsze testy. Ja zostałem przydzielony do prof. Tweel’a i jego grupy zajętej badaniem sekwencji z oryginalnej tablicy.

Ten czas spędziłem na analizie schematów pozostawionych przez nazistów i piciu kawy. W porównaniu do tej drugiej czynności, w której mogłem śmiało dostać doktorat, ta pierwsza szła mizernie.

W tym czasie wydarzyły się dwie rzeczy, o których warto wspomnieć. Japoński projekt LIGHT, który rozładowywał chmury burzowe. I projekt SILVERTOOTH, niewinna koncepcja prywatnego amerykańskiego koncernu naftowego mająca na celu, mówiąc potocznie, kontrolowanie tworzenia się huraganów. Oba projekty miały tylu zwolenników co oponentów. Ten czas nazwany był Małą Zimną Wojną, gdyż Rosjanie domagali się zaprzestania prób przez Amerykanów. Grozili wieloma nie istotnymi sprawami. Lecz podczas gdy jeden ze sztormów, mający nadzwyczajnie silną naturę, zniszczył większość Sri Lanki, zaprzestano prób. Wiele krajów zaczęło zwalać winę za małe i większe kataklizmy właśnie na barki Amerykanów. Tu trzeba zauważyć, że nie było by to wszystko możliwe, gdyby nie najnowsze źródło energii.

Ale ciekawi pewnie jesteście do czego tak naprawdę służyła tablica i czy udało się ja uruchomić? Odpowiedź na to pytanie jest złożone. Tablicy nigdy nie rozszyfrowano. Podczas gdy naciski z góry stały się coraz bardziej natarczywe, Tweel po prostu ją odwzorował. Cal po calu. Centymetr po centymetrze. Podłączył do systemu i voila. Wszystko zadaje się działać. Tylko skąd wiadomo gdzie to sięga?

Nigdy się nie dowiedzieliśmy. A przynajmniej ja się nie dowiedziałem. Podczas podłączania cewek, w czasie testowania wrót zdarzył się wypadek. Mam nadzieję, że to wypadek. Eksplozja za moimi plecami, była tak silna i przerażające, że pierw się skuliłem a później wepchnęło mnie w strumień. W horyzont zdarzeń, niczym w Gwiezdnych Wojnach. Ostatnie co pamiętam z tamtej strony, to jak jakiś żołnierz, pilnujący wrót, wyciągnął do mnie rękę i to było tyle. Mój świat się rozjechał.


Później obudziłem się tu, w cholernej, parszywej, zdziczałej puszczy kampinoskiej!!! Jednego dnia byłem uznanym naukowcem, a drugiego musiałem uciekać od przerośniętego szczura. Kurewskie szczęście, nie!? Kurewskie komuchy, którzy to nie dobrali się do tych urządzeń pierwsi!


********

Coś kapnęło mu na twarz. Otworzył oczy. Pierwsza jego reakcja była natychmiastowa. Instynktowna wręcz. Wyszarpnął FN z kabury, po czym druga ręką sięgnął po latarkę. Leżał. Podłoże pod plecami miał twarde i zimne. Oczy mimo kilku chwil nie dały rady przyzwyczaić się do mroku. Albo musiał mieć coś z oczami albo było aż tak ciemno. Początkowy strach przeradzał się w panikę. Gdy na nierówną ścianę padł oślepiający snop światła, Marek, leżał jeszcze na plecach. Rozejrzał się pośpiesznie. Był w miejscu które najpewniej można było nazwać jaskinią. Lecz by to stwierdzić, trzeba było znać trochę więcej detali niż to, że jest wąskie i długie, a także to, że ma nierówne ściany.

Odłożył ostrożnie broń do kabury, nie zapiął jej jednak. Szybko zbadał dłońmi podłoże. Faktycznie skała. Czyli jednak jaskinia. Kątem oka zauważył swój P90. Podniósł go i wstał na równe nogi. Sklepienie zamykało się jakieś dwadzieścia centymetrów nad jego głową. Spojrzał to w jedną to w drugą stronę korytarza. W obu przypadkach wydawały się ciągnąc w nieskończoność. Z jednym wyjątkiem. Tuż kilka metrów dalej (bądz wcześniej - nie był wstanie określić) widniały jakieś wypusty. W tamtym miejscu korytarz zdawał się być idealnie okrągły, miał natomiast z tuzin trójkątnych wypustów wielkości dwóch pięści ułożone tworząc pierścień.

Co tu się do cholery stało?



___________________________________________
See more:
Notatki
Świat
Twarz
 
__________________
gg: 3947533

Fabiano jest offline