Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 17-02-2011, 00:14   #1
Gniewny
 
Gniewny's Avatar
 
[Storytelling] "Pustelnia"

Maurice otarł pot ze strudzonego czoła. Z nieba lał się niemiłosierny żar. Pojedyncze chmury leniwie sunęły po niebie z rzadka dając chwilę wytchnienia od ostrych promieni słońca. W ędrowiec nie wyglądał na miejscowego, którzy w większości nosili proste, lniane ubrania zapewniające okrycie i dostateczną przewiewność, by dawać ukojenie podczas upalnych, letnich dni. Młodzieniec, wyglądający jakby niedawno dopiero skończył lat dwadzieścia, ubrany był w skorzane, wytarte spodnie, białą, rozchłestaną na piersi koszulę i kamizelę, również rozpiętą. Na plecach spoczywał skórzany płaszcz, nieruchomy, błyszczący przy kołnierzu od spływającego z pódługich, wyprażonych w słońcu, blond włosów. Czujne, błyszczące, acz zdające się być nieobecne, niebieskie oczy spoglądały na wijącą się między skałami i kulącymi się przy ziemi cedrowymi drzewami kamienistą ścieżynę. Młody Maurice Byron zacisnął mocniej spuchnięte, pokryte bolesnymi pęcherzami dłonie na sękatym kosturze, który w tych dniach był jego jedyną podporą i bardzo milczącą namiastką przyjaciela. Myślami był daleko od skalistych pagórków wyspy, która stała się jego więzieniem, a jednocześnie ratunkiem. Wydawało mu się, że ledwie kilka dni temu wsiadał na statek kupiecki wyruszając w nieznane, uciekając od ludzi, którzy chcieli jego śmierci. Nie przypuszczał, że kręte ścieżki losu zaprowadzą go tak daleko.

***

Wszystkie kryjące się po niewielkich zatoczkach miasteczka portowe wyglądają bardzo podobnie - kilkadziesiąt niskich budynków, wzniesionych ze starych, kiepsko wypalonych cegieł i kamieni. Lekko pochyłe dachy, pokryte drewnianą deską, lub strzechą, a z rzadka czerwoną, popękaną od słonecznych promieni ceglaną dachówką, kulą się przy gruncie oczekując na kolejny, potężny sztorm. Całe portowe życie skupiało się w tawernach, pomostach na samym brzegu morza i głównych placach targowych, na których nieświadomy wędrowiec mógł wyraźnie przepłacić za, jak opowiadali cwany, wyćwiczeni w swym fachu kupcy, najlepszy towar po tej stronie Adriatyku.
Maurice uciekał.
Nie szczędził koniowi ostrogi, popędzał go nawet wtedy gdy słyszał już wyraźne rzężenie w mocnych jak miechy, końskich płucach; piana, obficie tocząca się z pyska zwierzęcia także nie skłoniła go by zwolnił pęd i pozwolił strudzonemu wierzchowcowi na chwilę wytchnienia.
Maurice uciekał, gdyż bał się o swoje życie, a obawa ta była jak najbardziej słuszna. Ledwie kilka mil za sobą zostawił swój pościg, a teraz czuł już na plecach ostre jak brzytwy sztychy rapierów i noży, z którymi bliżej zapoznał się tak niedawno. Ostrza pozostawiły na jego ciele kilka krwawych, bolesnych, choć nie zagrażających bezpośrednio życie, pamiętek.

Bał się, lecz nieskrywana obawa jęła nieśpiesznie ustępować nadziei, gdy na horyzoncie pojawiły się pierwsze dachy Torreno - niewielkiego portu kupieckiego, z którego co dzień wypływały statki, które, czasami, wracały by przywieźć obfite ładunki drogocennych przypraw i korzeni, za które w stolicy kupcy, ci, którym powiodła się niebezpieczna wyprawa, dostawali isćie królewskie majątki. Nic więc dziwnego, że handel kwitł, a ochotników do zasilenia szeregów żeglarzy nie brakowało. Maurice widział w tym swoje wybawienie, bo chociaż o żegludze pojęcie miał nikłe, a o dalekich krajach, które znał tylko z opowieści, jeszcze mniejsze, to nie lękał się o to czy uda mu się zaciągnąć na jakiś statek. Musiał jednak się śpieszyć.

Uderzył swego wiernego wierzchowca piętami, zmuszając biedne zwierzę do ostatniego, iście heroicznego wysiłku. Torreno, które w oczach Maurice zdawało się o wiele wspanialsze niż w rzeczywistości, niosło wszak z sobą wybawienie, zbliżało się doń z każdą chwilą.

***

Byron jeszcze raz otarł pot spływający cienką strużką z opalonego czoła. Słońce górowało już na niebie, a jego promienie z każdą chwilą stawały się coraz trudniejsze do wytrzymania. Z cichym jękiem usiadł pod pobliskim cedrem i pozwolił by strudzone, bolące niemożliwie, plecy oparły się o popękaną korę drzewa.
- No i dokąd nas zaprowadził ten los. - mruknął na wpół do siebie, na wpół do ściskanego w dłoni kostura i odkładając go na bok, sięgnął do pasa po skórzany bukłak. Odkorkował go zręcznie i pociągnął dwukrotnie. Kwaśne wino przyniosło chwilowe ukojenie, zarówno pragnienia, jak i nękającego młodzieńca bólu. Gdzieś ponad nim rozległo się namolne cykanie świerszczy, cikada, jak zwali je miejscowi, były istną zmorą. W dzień nie pozwalały się skupić, a w nocy nie dawały zmrużyć oka, przynajmniej przez kilka pierwszych dni na wyspie. Teraz Maurice odczuwał takie zmęczenie, że nawet huk armat i krzyk biegnących do szturmu żołnierzy nie zrobiłby na nim większego wrażenia. Przymknął oczy i na ślepo, kierując się tylko i wyłącznie przyzwyczajeniam sięgnął do sakwy, wyjmując zeń bogato zdobioną, drewnianą fajkę, kopciuch z resztkami tytoniu był następny w kolejce, a opakowane w woskowy papier zapałki ostatnie. Fajka powędrowała do ust, a jedna z ostatnich zapałek, które ostały się w woskowym zawiniątku, szybkim ruchem wprawionej dłoni przejechała po białym, popękanym kamieniu. W tym ukropie nawet nie zauważył ciepła ognia. Zapalił fajkę i pociągnął kilka razy, aż gęsty, tytoniowy dym nie załaskotał go przyjemnie w nozdrza. Poprawił swoją pozycję i kilka razy pyknął z fajki, patrząc jak dym wznosi się prostą strużką do nieba. Mógłby przysiądz, że nie pamiętał kiedy ostatnio czuł na swej twarzy powiew ożywczego wiatru. Poprawił kapelusz, skórzany, z szerokim rondem i nasunął go mocniej na oczy, by chociaż chwilę odpocząć. Nie musiał się śpieszyć, wiedział, że wreszcie dojdzie do celu.
Z tego co zrozumiał od miejscowych, gdzieś wśród skalistych wzgórz, pośród skalnych jaskiń i cedrowych gajów znajdowała się pustelnia, klasztor wybudowany przez mnichów ze Starego Kontynentu - Głagoliaszy. Pustja Blaca, powtarzali smagli, dobrze zbudowani mieszkańcy wielu małych wioseczek, przez które prowadziła go jego droga.

Pustelnia Blaca, miejsce odosobnienia i medytacji, a przede wszystkim spokoju, którego to brakowało Byronowi najbardziej.

***

Torreno przywitało Byrona chłodem morskiej bryzy i codziennymi krzykami kupców i przekupek. Każdy zachwalał własne towary, które nie różniły się niczym, poza ceną, a ta już zależała od zdolności przekonywania poszczególnych sprzedawców. Maurice przywiązał konia do palika i nie marnując ani chwili skierował swe kroki do tawerny. W środku śmierdziało potem i zwietrzałym piwem. Bez chwili wytchnienia usiadł na jednej z wolnych ław i skinieniem dłoni przywołał do siebie usługującą w przybytku dziewkę. Kobieta nie grzeszyła urodą, a patrząc po jej dość skąpym i wiele sugerującym odzieniu, zapewne odbijała to sobie grzesząc w inny, bardziej bezpośredni sposób.
- Co podać złociutki? - zaszczebiotała i uśmiechnęła się ukazując swe, o dziwo kompletne i całkiem zadbane, uzębienie. Kokieternie zatrzepotała rzęsami i pochyliła się nad stołem prezentując swe wdzięki.
- Pół dzbana wina i coś na ząb, zdaję się na Ciebie. - odpowiedział pewnie młodzieniec, nie obdarzając kobiety dłuższym niż krótka chwila spojrzeniem. Dziewka wyraźnie nie była z takiego obrotu sprawy zadowolona i mrucząc coś pod nosem odeszła naburmuszona. Byron żałował, że nie mógł jej poświęcić więcej czasu i bezpośredniej uwagi, ale śpieszył się.

Chwilę wytchnienia spędził na uważnej obserwacji tawerny, o tej porze, a dochodziło już południe, nie gościło w niej zbyt wielu klientów. Było zbyt wcześnie, by zastać rybaków wracających z połowów, a za późno na biesiadujących do wczesnych godzin porannych marynarzy, którzy jeszcze pijani wracali na swe statki, by wypełniać swoje obowiązki. Mimo to czujny wzrok Maurice'a wypatrzył kilka postaci, które zajęte bardzo ożywioną dyskusją nawet nie zauważyły jego przybycia.
- Piraci? Raczy pan żartować Hohenheim, od lat nie widziałem tu żadnych piratow, mogę szanownego pana zapewnić, że tutejsze wody są bardziej niż spokojne i bezpieczne.
- Jest pan pewny Kapitanie? Opowieści mówią co innego. Nie tak dawno, jak kilka miesięcy temu mój drogi szwagier został napadnięty, wcale nie daleko wybrzeża, tylko dlatego, że oddał wszystko co miał pozwolono mu ujść z życiem. Nie wiem czy chcę tak ryzykować.
- Bujda, pewnie przechlał wszystko po spelunach i szynkach. Zapewniam, ze mną będzie waszmość bezpieczny jak u własnej matki za spódnicą! Ha! - ryknął śmiechem wylewając z kufla połowę, zapewne marnej jakości, szczyn, które nazywali tu piwem. Maurice przysłuchiwał się rozmowie z uwagą, myślał, jak mógłby wykorzystać ją na swoją korzyść. Po krótkiej chwili wpadł na pomysł. Wstał i pewnym krokiem ruszył do drugiego stołu.
- Witam serdecznie panów, przypadkiem słyszałem waszą rozmowę i chyba znalazłem rozwiązanie waszego problemu.
- A ty to kto? - mruknął kapitan i spojrzał na Maurice'a jakby patrzył na coś obrzydliwego.
- Zwą mnie Maurice Byron i przybywam z daleka w poszukiwaniu przygody, pracy i podróży.
- No i jakież to rozwiązanie naszego problemu masz nam do zaoferowania, skoro już nie kryjesz się waćpan, żeś podsłuchiwał. -
do rozmowy włączył się Hohenheim, który zdawał się być znacznie inteligentniejszy od swojego morskiego towarzysza. Zadawał dobre pytania, ale Byron miał przygotowane równie dobre odpowiedzi. Podwinął rękaw kubraku i położył przedramię na stole. Kapitan i kupiec zaniemówili, wpatrując się w wypalony żywym ogniem
znak... Wiedzieli cóż on oznacza.

***

Istnieją na całym świecie potęgi i moce, które zwykłego człowieka wprawiły by w osłupienie, a może i zgrozę. Tajemne arkana; starożytna wiedza, która odpowiednio ukierunkowana potrafi zmieniać rzeczywistość, kształtować i stwarzać.
Niewielu rodzi się z prawdziwym darem mocy, inni muszą, poprzez wieloletnie i ciężkie studia, doskonalić tą cząstkę potęgi podarowaną im przez los. Młody Maurice Byron miał dar. Był kimś kogo uczeni w magicznych arkanach nazwaliby - zrodzonym do wiedzy. Niewielu ludzi na świecie może pochwalić się naturalnym talentem do magii, większość korzysta ze starożytnych zaklęć, glifów, run i słów mocy, które same w sobie posiadają prawdziwą siłę. Zrodzeni do wiedzy nie potrzebowali żadnych pomocy, potrafili kierować surową energią, czerpiąc ją z otaczającego ich świata, a w ostateczności z samych siebie.
Niektórzy z potężnych czarnoksiężników twierdzili, że ci, którym talent magiczny przychodzi z wrodzoną łatwością, nie mają dusz, że zostali przeklęci w dniu swoich narodzin. Inni twierdzili, że bliżej jest im do samego Boga, a dar ten jest błogosławieństwem. Do dziś nikt nie odkrył prawdy. Lecz bez względu na to czy moc pochodziła z piekieł, czy może z niebios, zrodzeni do wiedzy mieli jedno przeznaczenie - potęgę, a ich życie nie było usłane różami, dla nich przeznaczone były tylko ciernie.

Erazmus Vintero przechadzał się ulicami Mediolanu, było wczesne południe, w koło rozlegał się głośny gwar codziennych zajęć.
W starczej dłoni trzymał posrebrzany amulet, z osadzonym przezroczystym kryształem. Oprawa periaptu była bogato inkrustowana tajemnymi znakami, których znaczenie poznali tylko nieliczni. Erazmus był już stary i chociaż dar magii przedłużał jego życie, to wiedział, że niedługo, może za niecałą dekadę, zgaśnie niczym płomień dopalającej się świecy.
Był przystojnym mężczyzną, w latach swej młodości korzystał z tego faktu obficie, teraz pozostały mu tylko wspomnienia. Długie, siwe włosy spływały kaskadą na zgarbione ramiona, a gęsta, zadbana, kozia bródka dodawała mu powagi, choć niektorzy mogli by raczej pokusić się o stwierdzenie, że starzec wyglądał jak kozioł, o trochę inteligentniejszym wyrazie twarzy. Szedł spokojnie, mijając znajome zaułki. Co jakiś czas przykładał do oka periapt i uważnie spoglądał przezeń na przechodniów. Za każdym razem krzywił się z rozczarowaniem i nerwowo odkładał amulet do kieszeni. Liczył, że to właśnie dziś znajdzie swojego następce, któremu będzie mógł przekazać swoją wiedzę. Każdy człowiek posiada pewne, drobne zalążki mocy, ale on nie szukał pierwszego lepszego, chciał kogoś, kto w przyszłości stanie się godnym kontynuatorem jego dzieła. Kogoś, z kogo moc będzie się wylewała wartkim strumieniem, a nie kapała, kropla po kropli, jak z pękniętego dzbana.

Przy jednej z ulic rozstawiono krzesła i stoły, a także płocienne zadaszenie, które miało osłaniać przed promieniami, późnego, jesiennego, aczkolwiek cały czas męczącego słońca. Erazmus zajął jedno z krzeseł i skinieniem dłoni przywołał właściciela przybytku.
- Kieliszek wina poproszę.
- Jeden? Tylko?
- Owszem. -
karczmarz wzruszył ramionami, ludzie mają różne zboczenia.
- Mój syn przyniesie napitek. - tym razem Vintero odpowiedział podobnym gestem, nie interesowały go takie szczegóły, przynajmniej dopóki wino trafia na jego stół w znośnym czasie.

Stary mag od niechcenia wyciągnął z kiszeni periapt i położył na stole przed sobą, wpatrywał się w tajemne słowa i powtarzał je pod nosem jak mantrę. Żałował, że nie narodził się z naturalnym talentem do arkan magicznych, do swojej potęgi doszedł drogą dłuższą, pełną wyrzeczeń, pracy i samodoskonalenia.
- Pańskie wino. - młody chłopak stanął przed Erazmusem i skłonił się stawiając kielich przed magiem. Amulet zadrżał, a potem uniósł się w powietrze. Kryształ pęknął na pół. Starzec aż podskoczył na krześle, wstał nagle i spojrzał na chłopaka, prawie sycząc rzucił kilka tajemnych słów.
- Pokaż mi. Visiovera! - ostatnie słowo było katalizatorem, wyzwalało moc zaklętą w słowach. Oczy Vintero zalśniły bladym białym blaskiem, gdy spoglądał na chłopaka. Moc aż wyciekała z niego, otaczała go niczym wielobarwnym całunem, a tam gdzie spłynęła łączyła się z naturalną energią świata.
- Niesamowite... Chłopcze, czy kiedyś myślałeś nad ciekawszym życiem niż podawanie wina w karczmie swojego ojca? Zostaw wino i prowadź mi do niego, muszę z nim pilnie porozmawiać. Dziś twoje życie zacznie się na nowo młodzieńcze.

*************

Chciałbym was serdecznie zaprosić do sesji, osadzonej na terenie renesansowej Chorwacji, a konkretniej to mojej wizji tej pięknej krainy. Będzie to historia o podróżach i wędrówce.

Świat, świat jaki jest chciałbym by gracze dowiedzieli się w sesji, acz jeśli ktoś będzie bardzo ciekaw, to służę osobistymi wyjaśnieniami na GG/PW. Klimat sesji myślę, że można poczuć czytając krótką wprawkę sesyjną, widniejącą powyżej.

Co do tworzenia postaci: Zostawiam graczom dowolność. Ale chciałbym, by każda postać była wcześniej konsultowana.

Limit graczy: 3
Czas rekrutacji: Do znalezienia satysfakcjonującej mnie liczby graczy.

Pozdrawiam, Gniewny
 
Gniewny jest offline