Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 27-11-2011, 20:35   #2
arm1tage
 
arm1tage's Avatar
 


THE EXTRACTOR


Coś, kurwa, poszło zdecydowanie nie tak!

Ta myśl byłaby dość normalna, w umyśle kogoś kto właśnie wyrwał potężnie cios z bani od groźnie wyglądającego wielkoluda w więziennym pasiaku. Ale Malcolmowi nie chodziło tylko o to. Dlaczego sam nosił pasiak? Dlaczego znalazł się nagle na środku więziennego ponurego dziedzińca, w samym środku pieprzonej bójki? Dlaczego...

Jednak słabo się zastanawiało, gdy wszystko dookoła nagle wybuchło w oślepiającym rozbłysku niemal nokautującego bólu, poprzedzonego jeszcze o milisekundy wcześniej chrzęstem łamanej kości. Malcolm zatoczył się, zdążył jeszcze zlizać haust płynącej go jego ustach własnej krwi i wywrócił się w pył dziedzińca. Horyzont zmienił położenie. Wszystko zlało się w jednolity szum, za którym tętnił ludzki wrzask. Nie stracił cudem przytomności, ale co to była za pociecha, gdy nachylał się nad tobą człowiek o pięści jak bochen chleba. Pięści, która właśnie była unoszona, by do reszty zamienić cię w miazgę.

Jednak uderzenie co dziwo nie nadeszło. Krzyki dookoła zamieniły się w groźne okrzyki zawodu. Narastał przeciągły gwizd. Pięść zatrzymała się nagle, a znajoma twarda twarz z blizną na podbródku zastygła nad Malcolmem z wyrazem bezbrzeżnego zdziwienia.

- Cold?! - jak przez mgłę usłyszał basowy ton Rulera - Ronald Cold?!





THE POINT-MAN’S WINGMAN



Zimno.

To było pierwsze, co zarejestrowały zmysły Mirandy. To, i ten okropny smród. Zatęchły, oblepiający człowieka fetor bądący mieszanką woni potu, uryny i jeszcze innych rzeczy, których dziewczyna nawet nie chciała sobie wyobrażać.

Co gorsza, jeszcze zanim otworzyła oczy, zdała sobie sprawę że częściowo źródłem smrodu jest ona sama. Drżące palce przeczesały swoje własne utłuszczone doszczętnie włosy. Śmierdziało też jej zgrzebne, nie prane dawno ubranie. Rozwarte nagle szeroko oczy wpatrywały się w zszarzały, biało niebieski więzienny pasiak opatrzony jakimś numerem. Potem dopiero wzrok przeniósł się na otoczenie, a oczy rozszerzyły się jeszcze bardziej.

Leżała na twardej jak cholera pryczy w więziennej celi, które warunki nazwać surowymi byłoby raczej zbyt delikatnie. Ceglaste ściany dwuosobowej kwatery były w opłakanym stanie, odrapane, pokryte tysiącem wyrytych napisów i rysunków i zwyczajnie brudne. Były też cienkie, Miranda słyszała jakieś głosy z sąsiednich pomieszczeń.

Uniosła się na pryczy. Kubatura trzy na trzy metry. Wmontowane w ściany dwie przeciwległe prycze, zaopatrzone w rozsypujące się poplamione materace, w których kwitło życie robactwa. Koc, nie zasługujący raczej na swoją nazwę. W rogu straszył obleśny sedes. Z jego stanem kontrastowały solidne drzwi, ukute z grubej warstwy stali i wyglądające równie solidnie kraty w niewielkim oknie na dziedziniec.

Zdawało się jej, że słyszy dobiegającą skądś muzykę klasyczną. Dygotała. Nie było tu najwyraźniej ogrzewania, odruchowo podciągnęła pod szyję sfatygowany śmierdzący koc. Co się stało? Co tu robiła? Umysł powoli rozgrzewał się razem z ciałem, ale zanim doszła do jakichś wniosków, wzrok Mirandy padł na przeciwległą stronę celi.

Nie była w celi sama.

Stojąca do niej tyłem kobieta za pomocą barwnych bryłek, które rozcierała na więziennym murze, tworzyła jakieś dzieło. Malunek był już chyba prawie ukończony, a artystka najwyraźniej znała się na rzeczy. Na ścianie widniał abstrakcyjny, psychodeliczny wzór, w duchu poetyki dzieci-kwiatów. Dominowała czerwień. Obraz spokojnie mógłby zdobic furgonetkę pełną osób na LSD, jadących właśnie na Woodstock. Tymczasem dzieło zdobiło więzięnną celę, nadając jej zgoła niecodzienny wygląd.

- Podoba ci się?
Głos nieznajomej, również odzianej w więzienny drelich, odbił się echem od pustych ścian. Nie odwróciła się nawet, kontynuując proces tworzenia.
Miranda nie odezwała się, poruszając się niepewnie na pryczy.
- Nie wiem jeszcze, jak nazwę ten obraz. - twarz tamtej wciąż pozostawała zagadką - Wybrałam już tytuł “Rewolucja”. Ale zastanawiam się, czy nie zmienic jeszcze na “Furia”. Jak myślisz?

Ta twarz...Miranda odruchowo cofnęła się jak oparzona na zimną ścianę. Nie chodziło o to, że tamta była odrażająca, czy coś z tych rzeczy. Nie, była to twarz młodej i ładnej, kompletnie nieznajomej Mirandzie kobiety. Jednak to, co zobaczyła w oczach więziennej artystki zmroziło ją do szpiku kości. Sama nie wiedziała, o co właściwie chodziło...Po prostu tchnienie siły tak wrogiej, a przy tym tak lodowatej i nieodgadnionej, sprawiło że Mirandzie zaparło dech w piersiach.

Na szczęście nieznajoma odwróciła się zaraz znowu w kierunku swojego dzieła.

Czas płynął. Głosy za ścianami zaczynały się robic od pewnego momentu coraz bardziej natarczywe i śmiałe, było ich coraz więcej. Teraz zwłaszcza zdawały się dobiegac zza grubych stalowych drzwi, gdzie musiał byc więzienny korytarz. Z każdą chwilą tumult na zewnątrz narastał. Współlokatorka jednak jakby wcale tego nie zauważała, poświęcona całkowicie swojej pracy. Mirandzie przebiegło przez myśl, że może wszystko to co słyszy jest obecne tylko w jej własnej głowie.

- Co tam się dzieje?!

Brak odpowiedzi. Tymczasem temperatura wyraźnie rosła. Do krzyków tam na zewnątrz, wznoszonych tylko damskimi głosami, dołączyły teraz powtarzające się huki, jakby ktoś rzucał czymś o ściany.

Miranda właśnie zebrała się, by jeszcze raz coś powiedziec. Nabrała nawet oddechu, ale wtedy nagle rozległ się głośny huk tuż obok nich i ze zgrzytem żelaza potężne drzwi do celi stanęły otworem. Do środka buchnęły zwielokrotnione odgłosy rozjuszonej ludzkiej tłuszczy, które mogły oznaczac tylko jedno...

- Czas, Emma! - rudowłosa kobieta z wstrętnym, starym oparzeniem na okrutnej twarzy wpadła do celi w towarzystwie dwóch innych osadzonych. Wszystkie miały w rękach zaostrzone kawałki drewna lub inną prowizoryczną broń. - Na razie idzie jak z płatka, jak mówiłaś.

Kobieta nazwana Emmą odłożyła powoli barwiące ścianę bryłki i uśmiechnęła się lekko. Potem nagle przyspieszyła, zrywając materac ze swojej pryczy. Chwilę gmerała tam odwrócona plecami do Mirandy, po czym wyszarpnęła jakieś brudne zawiniątko. Tamte mierzyły tylko Mirandę złym, nieufnym wzrokiem. W dłoniach Emmy nagle zalśniło ostrze. Domowej roboty, cięty surowo z kawałka ostrej stali nóż, o sporym rozmiarze.

- Czas. Czas, by ta kurew zapłaciła za wszystko. - głos Emmy był jak lód, ale na twarzy błąkał się uśmiech. - Za mną, dziewczyny.
Nie oglądając się ruszyła w kierunku otwartych drzwi. Poparzona spojrzała jeszcze raz na Mirandę.
- Co z nią?
Emma zatrzymała się i popatrzyła przez ramię, a potem wyjęła zza pazuchy jeszcze jeden wycięty chałupniczo nóż, który nie posiadał nawet oprawionej rękojeści. Oszczędny ruch, i stal brzęknęła o więzienną kamienną posadzkę. Noż zatrzymał się pod nogami Mirandy.
- Idziesz...? - kącik ust Emmy zadrgał, a w oczach jeszcze raz zapłonął nienawistny ogień.

Nie czekając już na odpowiedź Emma wyszła energicznym krokiem, a za nią te inne, pozostawiając Mirandę samą, jedynie w towarzystwie oszałamiającego swą ekspresją malunku. Drzwi pozostały otwarte. Gdy Emma znalazła się na zewnątrz celi, przez te drzwi rozbrzmiał tryumfalny, powitalny okrzyk dziesiątek kobiecych gardeł.

Dopiero teraz Miranda zdała sobie sprawę, że już od jakiegoś czasu wyje syrena alarmu.





THE POINT-MAN, THE CHEMIST, THE ARCHITECT



Profesor siedział w szatni, na jednej z długich drewnianych ławek. Niedaleko widać było otwarte, zwykłe prysznice. Stalowe szafki, w których spoczywały cywilne ubrania załogi, śmierdziały rdzą. William spojrzał na zegarek. Najdłuższa wskazówka przemieszczała się ze zwykłą sobie regularnością. Cztery, trzy. Dwa. Jeden...

Brzęknęły klucze na pęku wiszącego u pasa jednego z nich . Antonia pogładziła fakturę ubioru, podziwiając jego niemal idealne dopasowanie do ciała. Potem spojrzała na stojącego obok Inżyniera, wystrojonego bardzo podobnie. Oboje przenieśli wzrok na siedzącego na ławce mężczyznę, Wszyscy uśmiechnęli się.

Uśmiechy jednak szybko zniknęły z ich twarzy, a potem popatrzyli na siebie z zupełnym innym wyrazem twarzy. Powód był jasny. W powietrzu pulsował donośny, charakterystyczny dźwięk syreny alarmowej, która dosłownie przed sekundą zaczęła przeraźliwie wyć.

Zanim zdążyli się porozumieć, stalowe drzwi do szatni otworzyły się z hukiem i do środka wpadł uzbrojony w broń palną strażnik. Pagony na jego mundurze wskazywały na wysoki stopień funkcjonariusza.
- Bunt! - ryknął już od progu. - Bunt w damskim skrzydle! Ty- wskazał na Antonię - ...i ty, Will, za mną do zbrojowni i gnamy wspomóc tam strażniczki, pchamy tam większość sił. Smith! Ty dowodzisz akcją na dziedzińcu, chcę mieć wszystkich facetów w swoich celach jak najszybciej! Do roboty, kurwa!

Drzwi od szatni huknęły raz jeszcze, gdy nadzorca wypadł przez nie z jeszcze większym impetem niż wpadł. Syrena wyła niemiłosiernie. Inżynier, Antonia i Profesor wymienili pytające spojrzenia.




THE FORGER


Zapach róż. Pierwszy był zapach róż. Obezwładniający niemal, zapach setek róż. Płatki pachniały intensywnie, Amy wpatrywała się w pyszniące się przed jej oczyma kwiaty. Wszędzie, na szerokim solidnym, zabytkowym chyba biurku oraz dalej na podłodze, stały wielkie kosze wypełnione różami.

Drgnęła. Gdzieś jakby z oddali słyszała dźwięki skrzypiec, muzykę klasyczną. Umysł powoli zaczynał zadawać sobie pytania, a oczy analizować otoczenie. Wygodnie. Siedziała wygodnie w dużym skórzanym fotelu, za biurkiem jakiegoś przestronnego, gustownie urządzonego gabinetu. Dokumenty w szafach stały ułożone w idealnym porządku, podobnie jak papiery znajdujące się dalej na biurku. Za dużymi oknami płynęły ciemne chmury. Na starannie odmalowanych ścianach wisiały jakieś zdjęcia w ramkach. W rogu stało piękne, karmazynowe pianino, niedaleko niego wisiało sporej wielkości lustro w gustownej oprawie.

Wstała ostrożnie. Na najbliższych różach tkwił kartonik. Otworzyła niewielką karteczkę ze złotą tasiemką. Na bileciku widniała tylko jedna litera.

W.

Ostrożnie przeszła parę kroków wzdłuż jednej ze ścian. Zdjęcia przedstawiały urokliwe krajobrazy, często też zabytki, zapewne pamiątki z podróży do różnych części świata. Stąpając ostrożnie po grubym, perskim dywanie dotarła do lustra i stanęła przed nim.

Ze zwierciadła patrzyła na nią stara, dobra Amy. Amy Fox wyglądała jak zawsze, to znaczy olśniewająco jak zawsze. Foxy. Jak zawsze, jak kobieta dla której mężczyźni tracili głowy już zazwyczaj po pierwszym spojrzeniu. Może tylko ubiór nie był taki jak zawsze, choć musiała stwierdzić że było jej w nim absolutnie do twarzy.
Nosiła coś pomiędzy czarnym uniformem funkcjonariusza, a kostiumem business-woman kupionym w butiku na Piątej Alei. Było jednak w tym wizerunku coś prowokującego, Amy nie mogła powstrzymać myśli, że wygląda jak wycięta z męskiej fantazji erotycznej. Góra była obcisła, a koszula mimo całego formalizmu posiadała głębokie wycięcie. Spódniczka, opinająca jej smukłe ciało, była zdecydowanie zbyt krótka jak na taki uniform. Obcasy skórzanych butów zbyt wysokie...Całość stylizacji, pomyślała Amy, niebezpiecznie dryfowała w kierunku faszystowskiego, oficerskiego niemieckiego munduru z okresu drugiej wojny światowej. Dłoń Amy pogładziła kaburę przy pasie, gdzie spoczywała spokojnie krótka broń palna. Brakowało chyba tylko bata...

Wzrok jej padł na drzwi do gabinetu, na grubym szkle widniały odwrócone litery. Po drugiej stronie widniało oznaczenie funkcji tego, kto zasiadał w tym fotelu za wielkim biurkiem. Amy podeszła powoli i chwilę wpatrywała się drzwi, a bystry umysł szybko dokonał translacji lustrzanego obrazu na dający się odczytać napis.



MS. AMY FOX
NACZELNIK WIĘZIENIA



Nagle, bez żadnego ostrzeżenia rozwyły się syreny. Wiedziona nagłym impulsem podbiegła do okna. Obraz widzianego z wysoka dziedzińca więziennego, na którym chyba właśnie coś się działo, niemal zaparł jej dech. Głośniki na wieżach ryczały, mali z tej wysokości strażnicy biegali. W tej samej chwili zdała sobie sprawę, że gdzieś niedaleko stąd słyszy hałasy i ludzkie krzyki. Zanim zdążyła zlokalizować ich źródło, do gabinetu bez pukania wpadła jakaś potężnie zbudowana kobieta w mundurze strażniczki.

- Pani Naczelnik! - wyrzuciła z siebie, aż zatrzęsły się czerwone policzki - Bunt w Skrzydle Południowym! Nie wiemy jak, ale te dziwki przedostały się przez bramę wewnętrzną! Ktoś musiał... Przedarły się, mamy straty...Już tu idą, są w korytarzu! Skandują Pani nazwisko, odgrażają się że... Musimy natychmiast panią ewakuować!
 
__________________
MG: "Widzisz swoją rodzinną wioskę potwornie zniszczoną, chaty spalone, swoich
znajomych, przyjaciół z dzieciństwa leżących we własnej krwi na uliczkach."
Gracz: "Przeszukuję. "

Ostatnio edytowane przez arm1tage : 11-12-2011 o 13:18.
arm1tage jest offline