Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 28-11-2011, 20:48   #3
Kerm
Administrator
 
Kerm's Avatar
 
Reputacja: 90904 Kerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputację
Już gdy się spotkali u kupca, Albrecht zwrócił uwagę na Johanna. Młody, chłopięca twarz na której również znajdowała się pamiątka po jakimś wydarzeniu. Ubrany w skórznie i trzymający w ręku kuszę. Wszystko tak samo jak u niego samego. Dziwne, wyglądali bardzo podobnie, niektórzy zapewne by mogli uznać, że to bracia.

Chwilę po tym, jak tylko usiedli na wozie i ruszyli zagaił rozmowę.
- Albrecht jestem - zwrócił się do Baade wyciągając rękę - Wybacz, mą wścibskość, ale skąd ta opaska na oku?
- Johann.
- Uścisnął podaną sobie dłoń. - Żaden kłopot ani wstyd. - Uśmiechnął się. - To tak dla zmylenia ewentualnych obserwatorów. I dla uniknięcia głupich plotek.
Schowane pod opaską oko okazało się jaśniejsze, niż to, które Johann zawsze pokazywał światu.
- Tak już było od zawsze - powiedział Johann. - A niektórym się nie podobało. Doszedłem do wniosku, że lepiej schować, niż ręcznie prostować czyjeś głupie gadki.
- Domyślam się, a zapewne i dziewki przychylniej patrzą
– odpowiedział Albrecht, szczerząc zęby w uśmiechu.
- A i to się zdarzało. - Johann z uśmiechem skinął głową. - Ale bywało i tak, że któryś podpity wozak za stołek się brał, by w łeb odmieńcowi strzelić. To już jest ryzyko - dodał tonem wskazującym na to, że mimo wszystko aż tak się tym ryzykiem nie przejmuje.
- Masz rację, łatwo sobie w dzisiejszych czasach niebezpieczeństwa przysporzyć. Ale jak mi na uczelni mawiali… Lepiej czemuś zapobiegać, niźli później to naprawiać - podsumował von Senderer, po czym wskazując palcem na kuszę zapytał.
- A tym jak się posługujesz? Pewnie by mi się parę lekcyji przydało. Dla bezpieczeństwa, czy też bardziej zastraszenia innych posiadam takową, jednakże szczerze przyznawszy to dobry w strzelaniu to ja nie jestem. Czasem coś i ustrzelę, ale czasem też i ustrzelę coś czego nie powinienem. – Zakończył kolejnym razem szczerząc zęby.
- Szczerze? - Johann uniósł brew w lekko kpiącym geście. - Zwykle udaje mi się trafić. Ale na mentora raczej się nie nadaję. Zawsze uważałem, że to trening czyni mistrza. Dużo strzelać w wolnych chwilach, a potem... będzie jak znalazł. Byle oczu nie zamykać, gdy celować będziesz do czegoś innego, niż tarcza.
- Ale, jeśli chcesz, możemy przy okazji razem poćwiczyć.


***

Padało. Lało. Siąpiło. kropiło. Znowu lało i tak w koło Macieju.
Ilość lecącej z nieba wody ze spokojem wystarczyłaby na zatopienie średnich rozmiarów wioski. Aż dziw, że się nie potopili w tym błocie, którego warstwa z każdą minutą stawała się grubsza i bardziej przyklejała się do wszystkiego - kopyt, kół, tudzież butów tych, co to musieli wyciągać z błota.
Johann poprawił się na wozie, próbując strzepnąć z płaszcza osadzającą się tam wodę. Płaszcz, tydzień temu ciemnoszary, w tej chwili był w zasadzie czarny, kolorem idealnie pasując do równie mokrych, czarnych włosów swego właściciela. Woda dużymi kroplami spływała po twarzy i trafiała do oczu, co nie przeszkadzało mu w obserwowaniu bliższego i dalszego otoczenia.
- Długi deszczowy tydzień... - mruknął.
Co prawda brzęczące w sakiewce monety, otrzymane jako zaliczka, powinny poprawiać nieco nastrój, ale przez ile dni to uczucie mogło się przechować, systematycznie zmywane strugami wody.
Dokoła było pusto, nawet psa z kulawą nogą nie było, a każdy rozsądny człek wolał siedzieć w domu. Bandyci również, na co akurat Johann nie narzekał.
- Julianie, skąd cię wiatry przywiały? - spytał siedzącego obok wojaka.
Bretończyk, który starał się właśnie jak mógł zająć wygodne miejsce na wozie próbował jednocześnie okryć się szczelniej lichym ubraniem. Żałując po niewczasie, iż zaliczki nie przeznaczył na jakiś przyodziewek, ale miał nadzieję nabyć ubranie taniej w Stromdorfie, po tym jak zobaczył bandycko wygórowane ceny w Altdorfie. Pomysł może i nawet niegłupi, o ile nie liczyć konieczności marznięcia w wilgotnych i przewiewnych ciuchach przez ładnych parę dni. Dopiero co wrócili na wóz po kolejnym już nie wiadomo którym wyciąganiu kół z błota i Aust-Agder nie był specjalnie w nastroju do rozmowy, ale nie chciał też uchybić zasadom dobrego wychowania.
- Z Parravonu, mon amie - mówił ze śpiewnym bretońskim akcentem gardłowo wymawiając “r”.
- Służyłem tam w Gwardii Książecej, ale służba się skończyła. Pieniądze też i tak mi przyszło zarabiać na życie moknąc w deszczu i szukając jakiegoś węglarza.
Uśmiechnął się smutno nad zmiennością kolei losu.
- A ty skąd pochodzisz ? Pardonne moi, ale nie wyglądasz na wojaka, ani nikogo kto zarabia mieczem.
- Nigdy nie chciałbym znaleźć się w wojsku
- odparł Julian, chociaż nie było to odpowiedzią na zadane pytanie. - Zawsze mi się to kojarzyło z bezmyślnym wykonywaniem rozkazów. Może mam niepotrzebne skojarzenia ze strażnikami miejskimi z Atldorfu. Stamtąd pochodzę. A zajmuję się, przede wszystkim, dostarczaniem różnych, niezbyt wielkich przesyłek. Szybko i dyskretnie. - W gruncie rzeczy tak też można by określić zawód przemytnika. - Co prawda walki zdarzają się rzadziej, niż w wojsku, ale i tu trzeba się liczyć z napadami.
Schowana pod płaszczem, zawinięta w kawał skóry kusza i znajdująca się pod brunatną tuniką skórznia świadczyły o tym, że Johann dość poważnie potraktował kwestię ewentualnej obrony przed atakiem.
- A zatem jesteś kimś w rodzaju kuriera, n'est-ce pas ? Ale widać z tego też się nie da wyżyć. - Julian pokiwał smutnie głową. Po chwili uśmiechnął się pod wąsem.
- Wierz mi też nie chciałem się znaleźć w wojsku z tych samych względów, ale c’est la vie. Tak się złożyło. - Wzruszył ramionami. - Choć faktycznie nie jest to łatwe życie. Dowódca ma zawsze rację, nawet jak jest imbecylem, ale przynajmniej można się nauczyć bronić choćby kijem.
- Kurier ma o tyle lepiej, że ma jednego pracodawcę w danej chwili
- odparł Johann - a jedyne polecenie, jakie otrzymuje, to ‘dostarcz’. Reszta zależy już tylko od niego. Jak mu się coś w zleceniu nie podoba, to może odmówić. No i nie jest to dezercja. A czy da się wyżyć... Raz na wozie, raz pod wozem. Okazało się, że mój ostatni pracodawca zajmował się niezbyt legalnymi interesami - kontynuował. - Na szczęście nie pociągnął mnie za sobą na dno. Ale po kieszeni dostałem.
- Ja tam nigdy nie miałem głowy do interesów. Co zarobię, to mi się gdzieś rozchodzi, ale nie tym razem
. - Julian poklepał się po sakiewce. - Kupię sobie jakieś porządne ubranie w miejsce tych łachów. U nas się mówi, że Imperium jest bardzo niebezpieczne, a tu popatrzcie - zwrócił się do innych podróżnych - Tyle dni podróżujemy i nic, nawet snotlinga nie spotkaliśmy. Może pochowały się przed deszczem? - zażartował.
- Każde mądre stworzenie unika takiej pogody - powiedział Johann. - Tylko ludzie są na tyle głupi, by moknąć.

Rozmowy umilały nieco podróż, skracały ją, ale nie zdołały zatrzeć niemiłego wrażenia, że wody jest dużo za dużo, a wóz zbyt często grzęźnie w błocie. Wizja kolejnej wody, tym razem płynącej, była o tyle przyjemniejsza, że przybliżała do miejsca, gdzie można było się schronić pod solidnym dachem. Jednak…
Zielony mosteczek ugina się… I trzeszczy we wszystkich łączeniach. Głośno trzeszczy. Jedyne, co przyszło Johanowi do głowy na widok chwiejącego się mostu, najwyraźniej zmęczonego wieloletnią walką z wodą, to propozycja, by najpierw przejechać, dopiero potem pozwolić jechać wozowi.
Na szczęście nie zaproponował tego, gdyż zapewne katastrofa mostowa zastałaby ich w połowie przejścia. A to by było zdarzenie nader przykre… I zapewne opłakane w skutkach, a inni z pewnością by mu tego nie darowali.
Podziękowawszy w duchu Ronaldowi za umożliwienie dotarcia do celu Johann zaczął się rozglądać po mieście.
Zbyt wiele czasu nie miał, gdyż wóz zatrzymał się przed „Wodnym Gromem”. I Johann bez wahania zamienił możliwość zwiedzania miasta na ciepło i posiłek.

I jednego, i drugiego było pod dostatkiem. A grzane piwo… Istne marzenie.
Najedzony, ogrzany, Johann nie miał zbyt wielkiej ochoty na cokolwiek innego, prócz kąpieli i pójścia spać.
Nawet ewentualna możliwość, dość wątła zresztą, poderwania młodej służącej, nie skłaniała go do zmiany planów.
Dopóki trwała rozmowa, siedział przy stole, gdy jednak skończyły się tematy i jedzenie, a w kuflu pokazało się dno, wstał.
- Dziękuję za opowieść, panie Kallenbach - powiedział. - Czuję, że woła mnie gorąca woda i wygodne łóżko – zwrócił się do swych towarzyszy. - Gdyby mnie ktoś szukał, będę w swoim pokoju.
 
Kerm jest offline