Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 30-11-2011, 15:27   #2
Armiel
 
Armiel's Avatar
 
Reputacja: 24798 Armiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputację

GRZEGORZ WICHROWICZ



Grzegorz lubił niedziele. Odpoczywał wtedy po ciężkiej pracy w tygodniu i miał czas dla Gosi. Mimo brzydkiej pogody dzień spędzili dość atrakcyjnie, tak jak lubili. Teraz jednak jego dziewczyna musiała pilnie powtórzyć materiał na jutrzejsze kolokwium i Grzegorz musiał sobie jakoś zająć czas. Nie przepadał za czytaniem, a nie chciał graniem na gitarze przeszkadzać dziewczynie, wiedząc jak ważna jest dla niej nauka.

Snuł się więc pomiędzy kuchnią, gdzie robił herbatę, a drugim pokojem, gdzie ze znudzeniem zabijał czas oglądaniem telewizji z maksymalnie skręconym dźwiękiem.

Telefon rozbrzmiał w ciszy mieszkania tak nagle, że Grzegorz prawie podskoczył.

- Grzesiu – zawołała Gosia z drugiego pokoju – Odbierz. Jak do mnie, nie ma mnie!

Wichrowicz podniósł słuchawkę po czwartym dzwonku.

- Halo – zagaił rozmowę znajomy głos.

- Halo – opowiedział Grzegorz. – To ty, Krzysiek?

Krzysztof Maksiński, zwany „Maxem” był dobrym kolegą Grzegorza. Jednym z wielu znajomych, których Wichrowicz zjednywał z łatwością swoją osobą. Był kierownikiem w „Kryształowej” - jednej z miejskich restauracji - gdzie zajmował się promocją i tak zwaną sprzedażą bezpośrednią.

- Jak nie ja, jak ja – zaśmiał Max. – Słuchaj. Jestem właśnie w „Kryształowej”. Mam fajowską propozycję dla ciebie, ale musisz tutaj wpaść. I nie, nie chodzi o wódkę, chociaż kielonka możemy rąbnąć, czemu nie.

- A o co chodzi? – Grzegorz spojrzał z niechęcią za okno. Dochodziła osiemnasta i było już całkiem ciemno a na dodatek padał deszcz. Co prawda autobusem, którego przystanek był niespełna dwieście metrów od mieszkania, które Wichrowicz wynajmował z dziewczyną, do Kryształowej” dojechałby w dwadzieścia minut, ale w taką pogodę nie chciało mu się ruszać z domu.

- O pieniądze, kolego – przekonywał Grzegorza Krzysztof. Potem rzucił sumę.

- Kogo mam zabić? – zażartował Wichrowicz.

- Chodzi tylko o to, byś potorturował gości swoją muzyką w kilka wieczorów. Wiesz. Podsunąłem szefowi taki pomysł, gdy rozmawiałem z nim dzisiaj. No i szef chce się z tobą spotkać. Posłuchać, jak grasz. Problem polega na tym, że za trzy godziny ma pociąg do Warszawy. Ale powiedziałem mu, ze to nie problem dla ciebie. Bo to nie problem, no nie?

Grzegorz szybko przeliczył ile czasu musiałby spędzić w obecnej pracy, aby zarobić tyle, co zaproponował mu Krzysiek.

- Najpóźniej za godzinę będę – Grzegorz podjął decyzję.

Mógł pojechać na miejsce swoim motorem, ale w taki deszcz komunikacja miejska wydawała mu się lepszym rozwiązaniem. Poinformował Gosię, że wychodzi, na co dziewczyna odpowiedziała machnięciem ręki i uśmiechem.


Autobus, jaki mu się trafił, był niewiele lepszy od motoru. Kilka okien nie dało się zamknąć i zarówno przez nie, jak i przez pękniętą gumę na przegubie, do wnętrza pojazdu wlewała się zarówno deszczówka, jak i zimne powietrze. Na szczęście o tej porze w niedzielę Grzegorz bez trudu znalazł sobie jakieś miejsce z daleka od przecieków i jakoś wytrzymał podróż do „Kryształowej”.

Kiedy dotarł na miejsce był już nieźle zmarznięty, ale jak tylko przekroczył próg knajpy zanurzając się w zadymionym, ciepłym wnętrzu, od razu poczuł się lepiej.

Maxa zobaczył przy stoliku dla kierownika sali. Siedział, paląc papierosa i popijając kolę lub – co bardziej prawdopodobne - drinka. Krzysztofowi Maksińskiemu towarzyszył jakiś ubrany w jasny garnitur mężczyzna, ale Grzegorz widział jedynie jego plecy.
Kiedy Grzegorz doszedł do stolika, swoim chwiejnym, nierównym krokiem Krzysiek poderwał się z miejsca, by go powitać.

- Jesteś, Grzechu – uśmiechnął się szeroko wskazując miejsce przy stoliku. – To nasz szef. Dariusz Gutkowski. Na pewno się znacie. Mieszkał dwa bloki od ciebie, na Węglowej 11.

Słysząc nazwisko i imię Wichrowicz poczuł się tak, jakby oberwał w twarz. Doskonale znał to nazwisko.

- Witam – Dariusz Gutkowski wstał z miejsca i wyciągnął rękę na powitanie. – Miło spotkać znajomego z Węglowej.

Gutkowski był starszy od Grzegorza o kilka lat. Dość przystojny, lekko już szpakowaty, ale pierwsze, co rzucało się w oczy to spora blizna szpecąca jego twarz. Jak ślad po oparzeniu. Ślad o charakterystycznym, trójkątnym kształcie - jak po żelazku. Grzegorz domyślał się, skąd wzięła się ta skaza na twarzy Dariusza.

- Max sporo o tobie mówił – uśmiechał się Gutkowski przyjaznym, szczerym uśmiechem. – Kupiłem niedawno „Kryształową” i chcę wprowadzić tutaj muzykę na żywo. Wieczorami. Zagrasz mi kilka swoich kawałków? Teraz. Bo myślę o tym, by zatrudnić cię na stałe, jak się sprawdzisz i jeśli będziesz zainteresowany.

Grzegorz, jak zahipnotyzowany przyglądał się bliźnie na twarzy Dariusza. Wiedział, że musi coś powiedzieć.



PATRYK GAWRON



Popiół z papierosa oderwał się od fajka pod swoim własnym ciężarem.

- Patyk, kurwa – ktoś szarpnął Gawrona za ramię. – Patyk, kurwa. Spodnie sobie spalisz.

Gawron podniósł ciężką, zmąconą alkoholem głowę. Tanie wino szumiało pod jego czaszką. Wypił go dzisiaj jednak za dużo. Chyba pił od wczoraj. Może od przedwczoraj. Troszkę wpadł w lekki ciąg. Lubił to.

- Ooostaw go – wybełkotał inny głos, bardziej zaczepny i agresywny, mniej troskliwy.

To przypomniało Gawronowi, gdzie się znajduje. Mieszkanie po babci Adolfa zwanego „Hitlerkiem”. Starszy mocno skrzywdzili chłopaka nadając mu na chrzcie imię Adolf. To był właściciel troskliwszego, mniej pijanego głosu. Drugi, bardziej agresywny chłopak nazywał się Szymon Wójcik – ksywka „Wuja”. Patryk nie za bardzo pamiętał, jak tutaj trafił.

Pił wcześniej z kimś innym, gdzieś indziej, potem zrobili wypad po flaszkę i chyba wtedy zmienił towarzystwo.

- Patyk ...

Pociągnął papierosa rozkoszując się smakiem nikotyny.

- Muszę iść – nie wiadomo dlaczego, ale takie przeświadczenie zrodziło się w pijanej głowie Patryka.

Wstał z trudem podpierając się rękami – najpierw podłogi, a potem stołu w kuchni, bo okazało się, że siedzi na brudnej, lepkiej, wyłożonej gumoleum podłodze.

- Patyk – wybełkotał „Hitlerek” – Patyk, kurwa .... – chyba właścicielowi mieszkania zabrakło pomysłu, co dalej. Zapomniał, co chciał powiedzieć.

Nie zwracał już uwagi na ludzi w melinie, w jaką zmieniło się mieszkanie Adolfa. Opuścił mieszkanie kumpli nie zapominając zabrać kurtki wiszącej na krześle.


Deszcz i ziąb na zewnątrz otrzeźwiły go nieco. Poczuł, jak bardzo jest osłabiony i głodny.
Na bramie kamienicy wisiał plakat jakiegoś polityka. Gawron przyglądał mu się przez chwilę, a potem, widząc znaczek partii której nie cierpiał, zerwał gwałtownym ruchem zrzucając uśmiechniętą fałszywie mordę w kałużę błota, gdzie było jej miejsce.

Potem, kuląc się przed wiatrem ruszył w stronę świateł większej ulicy. Był zmęczony. Chciał odpocząć. Przespać się kilka godzin. Ale nie w oparach wódki i wina. Tylko u siebie.

Samochód wyjeżdżający zza zakrętu zobaczył dopiero wtedy, kiedy ten na niego wjechał. Ostatnim co zapamiętał Patryk, było to, że leci, a potem spada....


* * *


Obudził się w ciepłym, pachnącym świeżością łóżku. Przez chwilę nawet pomyślał, że jest w domu, gdyby nie fakt, że obok niego ktoś jęczał i kaszlał głośno.

Patryk otworzył oczy i rozejrzał się po miejscu, w którym się obudził. Zobaczył cztery łóżka. W jednym leżał on, w drugim spasiony, jęczący i kaszlący facet, którego głowę okręcono bandażami. W trzecim zobaczył innego mężczyznę, z połową ciała w gipsie. W ostatnim ktoś spał, z nogą powieszoną nad łóżkiem.

Szarość ścian, wiatr wyjący w szczelinach i charakterystyczna atmosfera od razu upewnił Gawrona, że jest w szpitalu.

- Cześć młody – odezwał się facet z połową ciała w gipsie. – W końcu się ocknąłeś. Jestem Daniel. Walnął cię samochód, wiesz. Przywieziono cię nad ranem. Strasznie się o ciebie kłócili. Byłeś pijany, jak młody cietrzew i lekarze nie chcieli cię tutaj zostawić, no ale nie milicja się uparła i jesteś.

Patryk zmrużył oczy by lepiej zrozumieć sens tego, co mówi do niego ten zagipsowany gaduła. Suszyło go niemiłosiernie. Syndrom dnia wczorajszego. Jak nic.

- Zrobili ci rentgeny i inne badania – nadawał Daniel jak radio wolna Europa za komuny. – Ponoć nic ci nie jest. Masz tylko jakieś potłuczenia i siniaki. Pijany zawsze ma fart., co nie?

To miał być chyba żart.

- Zamknie się pan wreszcie – z bojową nutą w głosie odezwał się człowiek z nogą w gipsie. – Spać nie można.

- Nie bądź taki chojrak, cwaniaczku – żachnął się Daniel. – Bo wstanę i ci drugą nogę przetrącę. Z kolegą gadam, nie młody?

- Bo wezwę pielęgniarkę – zagroził człowiek ze złamaną nogą.

- A wzywaj pan – Daniel nie dawał za wygraną. – Ma cyce, jak donnice i chętnie sobie popatrzę.





WANDA JAWORSKA



Deszcz padał już od tygodnia i Wandę powoli zaczynała łapać jesienna depresja. Z jednej strony lubiła tą porę roku, kiedy wieczory stawały się dłuższe, a dni krótsze i mogła więcej czasu spędzić przy książkach. Z drugiej jednak strony ta plucha i ziąb działały zniechęcająco.

Był niedzielny wieczór i Wanda starała się wykorzystać ostatnie godziny weekendu na relaks. Jutrzejszego dnia rozpoczynali przygotowania do wystawy starodruków z miejskich zbiorów i Wanda znalazła się w komitecie organizacyjnym. Jej szefowa – Izabella Ludwiczak – sama wysunęła kandydaturę Wandy.

- To taka spokojna i poukładana dziewczyna – mówiła Izabella, która do ponad dwa razy młodszej kobiety miała iście matczyne podejście.

Nie wypadało odmówić. Ale oznaczało to, że przez najbliższy miesiąc Wanda będzie miała nieco więcej obowiązków, niż do tej pory. Nie martwiła się jednak tym faktem. Lubiła swoją pracę.

Telefon oderwał ją od lektury. Spojrzała na zegarek. Była godzina piąta trzydzieści wieczorem. Nie tak jeszcze późno.

- Dobry wieczór – kulturalny i miły męski głos po drugiej stronie słuchawki był dla Wandy zupełnie obcy. – Czy mam przyjemność z panią Wandą Jaworską.

Odruchowo potwierdziła.

– Przepraszam, że niepokoję w niedzielny wieczór, ale próbowałem skontaktować się z panią od czwartku, bez skutecznie. Pomyślałem zatem, że niedzielny wieczór będzie dobrym momentem.

Wanda westchnęła cicho. Mężczyzna musiał usłyszeć, bo ton jego głosu stał się jeszcze bardziej przymilny.

- Przepraszam. Nie przedstawiłem się. Nazywam się Tomasz Obotrycki. Jestem adwokatem i wykonawcą ostatniej woli pana Zygmunta Wolniewicza.

Imię i nazwisko było dla Wandy zupełnie obce.

- Tak się składa, że pan Zygmunt Wolniewicz zmarł kilka dni temu i w testamencie zapisał pani kilka dość cennych dzieł sztuki.

- Mi? Naprawdę? Ale ja nawet nie znałam tego pana.

- Rozumiem – odpowiedział jej rozmówca. – Ale takie rzeczy się zdarzają. Częściej, niż pani sądzi. Chciałbym jednak, aby podpisała pani kilka dokumentów, by przekazanie mienia zostało przeprowadzone zgodnie z przepisami prawa. Może pani wziąć swojego doradcę prawnego, aby sprawdził dokumenty. Czy ma pani coś do pisania?

- Tak – odpowiedziała Wanda sięgając po długopis.

- Proszę zapisać sobie nasz adres. Kancelaria notarialna. Tomasz Obotrycki. Ulica Chopina 12. I telefon. – podał jej numer. – Pracujemy w godzinach od dziesiątej do osiemnastej, lecz w razie potrzeby możemy umówić się na spotkanie w wyznaczonym przez panią terminie i godzinie. Jesteśmy elastyczni. Zanotowała pani adres i telefon? Może mi je pani powtórzyć?

- Oczywiście. – Powtórzyła.

- Dziękuje pani serdecznie za poświęcony mi czas i raz jeszcze przepraszam, że przeszkodziłem pani w niedzielnym odpoczynku. Dobranoc.

- Dobranoc – powtórzyła nadal nieco zdezorientowana i zaskoczona usłyszaną informacją.

Naprawdę nie miała pojęcia, kim był ów zmarły Zbigniew Wolniewicz. Dlaczego wybrał ją, jako spadkobierczynię w testamencie? Sprawa nie dawała jej spokoju.

Wanda nie mogła już skoncentrować się na lekturze. Telefon od Obotryckiego zburzył jej wewnętrzny spokój. Łapała się na tym, że myśli nie tylko nad owym nieznajomym darczyńcy, ale także o tych „kilku dość cennych działach sztuki”. Wanda zawsze lubiła sztukę.

A może ten Wolniewicz był jakimś jej dalszym krewnym? Jednym z brodatych wujków, którzy odwiedzali ich na Węglowej i których pamiętała jak przez mgłę z okresu dzieciństwa. Może ktoś z rodziny będzie coś wiedział?

Deszcz bębnił o szybę. Brzmiał, jak stukanie palcami o szklaną barierę. Przez chwile Wanda znów pomyślała o tajemniczym panu Wolniewiczu i poczuła dreszcz.




BASIA ZIELIŃSKA



Basia czuła niepokój. Przyglądała się mrokowi, który zaczynał się poza granicą światła rzucanego przez lampę i co jakiś czas spoglądała na dworcowy zegar. Dochodziła dziewiętnasta, a opóźniony pociąg jeszcze nie pojawił się na peronie.

Mimo, że na dworcu nie wyczekiwała sama, Basia Zielińska czuła się osamotniona wśród tych wszystkich wyczekująco nerwowo pasażerów.

- Jedzie! – krzyknął jakiś młodzieniec przestępując z nogi na nogę.

- Wreszcie – dodał jakiś czerwony na twarzy i śmierdzący przetrawionym alkoholem mężczyzna dodając na końcu siarczyste przekleństwo i kilka niecenzuralnych zdań na temat PKP.

Pociąg wtoczył się na peron z łoskotem. Cuchnący, hałaśliwy kolos z pomalowaną na zielono, lokomotywą ciągnącą skład. Basia odczekała, aż ludzie wysypią się z pociągu, a nowi pasażerowie zajmą ich miejsce. Potem, tuż przed gwizdkiem, wsiadła do upatrzonego wagonu.

Mimo niedzielnej pory w pociągu było sporo miejsc. Dziewczyna szła oglądając przedziały i wybierając starannie miejsca. Nie chciała siedzieć sama z nieznajomymi mężczyznami, w końcu wybrała przedział, w którym siedziały dwie młode kobiety, w wieku zbliżonym do niej. Zapewne studentki. Jedna słuchała muzyki z walkmana, druga czytała jakąś lekką powieść.

Pociąg ruszył. Do rodzinnego miasta Basi miał dojechać za dwie i pół godziny. Pozostawało jakoś zabić ten czas.


* * *


Pociąg zahamował ze zgrzytem i Basia obudziła się gwałtownie. Spojrzała za okno i ujrzała, rzecz oczywista, tylko ciemność i krople deszczu na szybie.

Zasnęła! Spanikowana spojrzała na dziewczyny w przedziale, ale ten był pusty.

Czy też raczej dziewczyny znikły, bo przy wyjściu siedział teraz mężczyzna w średnim wieku, z gęstymi, ciemnymi włosami starannie zaczesanymi do tyłu. Basia zamarła. Była sama! Sama w przedziale z obcym, potencjalnie groźnym mężczyzną.

Pasażer chyba dostrzegł jej niepokój.

- Przepraszam, jeśli panią wystraszyłem – powiedział miłym, uspokajającym tonem. – Spała pani tak smacznie, że żal było budzić.

- Gdzie jesteśmy? – zdołała wykrztusić dziewczyna.

Mężczyzna podał nazwę ostatnio mijanej miejscowości i młoda Zielińska poczuła niewysłowioną ulgę. Nie przespała swojej stacji. Jeszcze dwie miejscowości i będzie w swoim mieście.

Sprawdziła swoje rzeczy, ale nikt jej nie okradł, kiedy spała.

Mężczyzna wyjął gazetę, widząc, że Basia dość nieswojo czuje się w jego towarzystwie. Zaczął czytać, ale co jakiś czas ukradkiem posyłał jej zainteresowane spojrzenie. To jednak wzmacniało niepokój Basi. Gdyby tylko nieznajomy nie siedział przy drzwiach zapewne wstała by u zmieniła przedział, ale brakowało jej odwagi, by przejść obok mężczyzny.

Na szczęście na kolejnej stacji do przedziału dosiadła się para małżeńska o sporym stażu. Mężczyzna nie pachniał najlepiej, a jajka wyjęte przez kobietę na przekąskę nie poprawiły atmosfery w przedziale. No, ale przynajmniej Basia nie była sama w przedziale z nieznajomym który, mimo eleganckiego wyglądu, w jakiś sposób dziwnie ją niepokoił.

W końcu dojechali na miejsce. Było w pół do dziesiątej wieczorem i oczywiście padało, ale spod dworca Basia do domu miała dobre połączenie. Tylko jedna przesiadka.

- Uważaj na siebie, dziecko – pożegnał ją nieznajomy, gdy przeciskała się do wyjścia.

Nie odpowiedziała. Wysiadła szybko, by pociąg nie odjechał z nią dalej.

Kiedy szła w stronę tunelu pod torami, którym najłatwiej dotarłaby na przystanek tramwajowy, odwróciła się, sama nie wiedząc czemu. Ujrzała twarz mężczyzny z przedziału, który stał w korytarzu i obserwował ją czujnie. Nie była pewna, ale zdawało jej się że mężczyzna uśmiecha się do niej.

Na szczęście tramwaj przyjechał szybko i równie szybko w jego rozklekotanym wnętrzu Basia mogła zapomnieć o tym niepokojącym spotkaniu.

Dopiero, kiedy w domu przebierała się do snu, znalazła w kieszeni swojego ubrania kartkę, na której ktoś napisał kilka słów:

Cytat:
TY MOŻESZ BYĆ NASTĘPNA, BASIU. STRZEŻ SIĘ CIENI POŚRÓD CIENI. I PATRZ NA ŚWIAT SZEROKO ZAMKNIĘTYMI OCZAMI, BASIU. BO TY MOŻESZ BYĆ NASTĘPNA.
Przeszył ją zimny dreszcz. Była pewna ... była pewna... że karteczkę podrzucił jej mężczyzna z pociągu.
 

Ostatnio edytowane przez Armiel : 30-11-2011 o 15:32.
Armiel jest offline