Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 21-03-2012, 09:56   #510
Bogdan
 
Bogdan's Avatar
 
Reputacja: 240 Bogdan ma w sobie cośBogdan ma w sobie cośBogdan ma w sobie cośBogdan ma w sobie cośBogdan ma w sobie cośBogdan ma w sobie cośBogdan ma w sobie cośBogdan ma w sobie cośBogdan ma w sobie cośBogdan ma w sobie cośBogdan ma w sobie coś
Pochylił się nad nim. Darta w szmaty nogawka wiązana mocnymi dłońmi sprawnie zaciskała poszarpane żyły, a ten zapach… słodki aromat dymu przypominał dom. Miejsce dalekie… nieosiągalne…

Krzyk powoli przechodził w jęk. Rozpacz i strach nie rwały się już z chłopaka w histerycznych spazmach. Powoli, w rytmie uderzeń rozkołatanego serca wyciekały pomiędzy szczeliny kamiennej posadzki. Od czasu do czasu tylko jeszcze wraz z płytkim, rwanym oddechem wydzierały się słabym jękiem bardziej podobne odgłosom zmęczenia niż skargi. Zwyczajnie… zaczynało brakować sił.
Obojętniał.
Powoli, ale nieubłaganie zanurzał się w apatii. Pomału traciło znaczenie że życie, takie jakim było do tej pory, aktywne i samodzielne, gdzie sam decydował kiedy i dokąd może pójść, kończyło się bezpowrotnie. Że jedyne co pozostało, to czekać na łaskę innych.
Życie kaleki. Jeszcze zanim na dobre się zaczęło, przestawało mieć znaczenie.
Traciło. Podobnie jak to, że histeria, cała masakra jakiej przez ostatnie godziny był uczestnikiem właśnie pochłaniała swoją kolejną ofiarę. Jego samego. Przekonanego niezłomną wiarą o własnym i swego celu zwycięstwie. Tą niezachwianą, a jednak wcale przez to nie bardziej słuszną.
Nawet to, że teraz zmasakrowany, leżał pokonany wcale nie przez wroga na kamiennych płytach świątyni, która przez wieki służyła różnym bogom za sanktuarium nie robiło na Luce wielkiego wrażenia. Zobojętniał.
Nie było złości. Żalu, ani rozczarowania. Jedynie zdziwienie…

… przez łzy widział jak potwór, który dwukrotnie niemal go nie zagryzł wspinał się na łeb posągu, tam gdzie przez moment mignęła mu nalana twarz wydawcy z Bostonu. Słyszał strzały i ryk agonii. Widział Waltera, jak porwany przez chude szpony ghoula znika w czeluści pod stopami demona-kapłana, tam, gdzie przed chwilą zniknął ten samobójca z oderwaną nogą. Obserwował dym, powoli wydobywający się z lufy karabinu starszej siostry, tej samej, która dopiero co posłała z tej dymiącej lufy kulę w głowę młodszej. Widział pustkę w oczach obydwu sióstr. Jak w kinie obserwował dryfującego w powietrzu Garretta i liczne, ze spokojem spoglądające w jego kierunku sylwetki ghouli. Desperacki atak Mansura i skutek jaki ten atak przyniósł. I resztki ocalałych kultystów. Widział ich wszystkich. Jedni naprzeciwko drugich. Przeciwnicy. Skrwawieni, ale… pełni szacunku i zrozumienia…
Bzdura!! – ponad bezkształtną równinę obojętności wzniosła się buntownicza myśl.

Nie uwierzył…
Zwietrzył w tym sztuczkę węża.
Bo jak to? Już? Tak, po prostu? A co, jeśli Misterium nie zostało przerwane? Co jeśli ofiara poniesiona przez te nieszczęsne dziewczyny nic nie dała, a wąż ciągle trzyma asa w rękawie? Co, jeśli wszystko co widział, co widzi nadal jest jedynie majakiem mającym oszukać? Kupić diabłu czas? Co jeśli…

… co z tego, jeśli nie miał w sobie dość sił nawet żeby skrzesać płomień w zapalniczce…?

Bo on umierał… i ku swemu zdziwieniu nawet ten fakt nie wzbudził w nim żadnej emocji… przymknął powieki…. kiedy je otworzył! …On… pochylał się nad nim…. tak jak wiele razy wcześniej… od pierwszej godziny życia… a śpiewne słowa brzmiały jak muzyka...



- … a Królestwo Niebieskie stało się podobne do człowieka, który na swoim polu zasiał dobre ziarno. A kiedy wszyscy spali, przyszedł wróg jego, nasiał w pszenicę chwastu i się oddalił. Kiedy źdźbła się rozwinęły i zaczęły zawiązywać owoc, wtedy także ów chwast się ujawnił. Wtedy przyszli słudzy gospodarza i powiedzieli mu – Panie, czy nie dobre ziarno posiałeś na swoim polu? Skąd te chwasty? A on im odpowiedział – Ktoś nieżyczliwy to zrobił. Wtedy słudzy zapytali – Czy chcesz, byśmy poszli i usunęli je? A on im odpowiedział – Nie, byście przypadkiem usuwając chwasty nie wyrwali z nim pszenicy. Pozwólcie obu rosnąć do żniw. W czasie żęcia powiem żniwiarzom: Zbierzcie najpierw chwasty i zwiążcie je w snopy, by spalić, a pszenicę zwieźcie do mego spichlerza, bo jak zbiera się chwasty i pali w ogniu, tak będzie u kresu doczesności. Syn Człowieczy pośle swoich aniołów i zbiorą z jego Królestwa wszystkich sprawców zgorszeń i czyniących nieprawość. Wrzucą ich do pieca z ogniem, a tam będzie szloch i zgrzytanie zębami.
A wielka niegodziwość go skarze, a jego niewierności go osądzą. Wie zatem i przekona się, jak przewrotne i pełne goryczy jest to, że opuścił Pana, Boga swego.
Od dawna bowiem złamał swoje jarzmo, zerwał swoje więzy i zwiódł trzecią część stada Pana. Powiedział sobie: Nie będę służyć! Na każdym więc wysokim pagórku i pod każdym zielonym drzewem pokładał się jako nierządnica. A Ojciec zasadził go jako szlachetną latorośl winną, tylko szczep prawdziwy. Jakże więc zmienił się w dziki krzew, zwyrodniałą latorośl, tak będzie jak wieszczyli prorocy na wieki wieków….
… idź synu Giacobbe, albowiem powiadam ci: Czas żęcia jeszcze daleki…

Wiara góry przenosi … Są tacy, którzy gotowi się zgodzić. Są i inni, jednak w tym przypadku starczyła, by poobijany, skrwawiony i ledwo trzymający się życia chłopak z przetrąconą nogą zdołał w ostatniej, desperackiej próbie skrzesać iskrę, która podpaliła lont, a potem cisnąć ostatnim, jedynie zrządzeniem losu zachowanym i odnalezionym ładunkiem w kierunku obracających się trybów mechanizmu. Wprost tam, gdzie jak sądził ukryty w mroku kulił się przed oczami wszystkich kres planów węża, który w tym czasie i miejscu przybrał imię Rash Lamar.
 

Ostatnio edytowane przez Bogdan : 24-03-2012 o 11:52. Powód: kolejne nieudolne próby zamontowania grafa, p...sze to, nie chce mi się denerwować
Bogdan jest offline