Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 20-05-2013, 21:51   #2
Harard
 
Harard's Avatar
 
Reputacja: 247 Harard ma w sobie cośHarard ma w sobie cośHarard ma w sobie cośHarard ma w sobie cośHarard ma w sobie cośHarard ma w sobie cośHarard ma w sobie cośHarard ma w sobie cośHarard ma w sobie cośHarard ma w sobie cośHarard ma w sobie coś
Mosiężna tabliczka na drzwiach nie zostawiała wątpliwości co do tego, kto urzęduje w tym miejscu. Komisarz Kwieciński jeszcze przed świętami polecił by Robert stawił się u niego z samego rana w biurze właśnie dziś by przedstawić to, co będzie go dotyczyć przez najbliższy czas. Dobrze, że dziś było mało ludzi na komendzie. Przerwa między świętami a Nowym Rokiem nigdy nie była lubiana bo to czas na wolne, ale wiadomo, że ktoś musi pracować by odpoczywać musiał ktoś. Ci, którzy odwalali dzisiaj pańszczyznę, przemykali się pod ścianami z kubkami herbaty w dłoniach i spuszczonym wzrokiem. Lepiej dziś nie wpadać na szefa, który zadziwiająco, właśnie w takich momentach miał zwykle przypływ weny. Dla Roberta nie było to jednak ważne. I tak nie znał tu nikogo a już tym bardziej komisarza Kwiecińskiego. Mało go to obchodziło, bo chodziło o robotę, którą trzeba wykonać i potrzebowano do tego dobrego gliny. U siebie w Krakowie za takiego uchodził i nie zamierzał zaniżać swojej wartości tylko dlatego by komuś było dobrze. Nigdy taki nie był i nie zamierza być. Jednak kompletna zmiana miejsca pracy i przez to zamieszkania była już czymś istotnym w jego życiu. Poza Kraków nie wychylał nosa od dawna a tu taka zmiana. Zamierzał ją wykorzystać jak najlepiej choć pod skórą czuł, że to raczej ktoś próbuje coś ugrać dla siebie i niekoniecznie tym kimś jest Robert Ziętek.
Cóż, raz się żyje. Zapukał zdecydowanie w drzwi i nie czekając na pozwolenie wparował do gabinetu. Nie był on specjalnie bogaty. Ot, biurko, szafa i niewielki kredensik. Do tego obowiązkowy fikus, okno z widokiem na ulicę oraz siedzący za biurkiem mężczyzna. Wyglądał na swoje lata i każda zmarszczka na twarzy była okupiona rokiem za biurkiem policyjnego wydziału śledczego. Drobny wąsik jeszcze sprzed dwóch dekad dopełniał całość Janusza Kwiecińskiego.
Popatrzył na wchodzącego Roberta i przerwał notowanie czegoś w kalendarzu. Odłożył czerwony długopis na biurko i spojrzał na wchodzącego. Z kamienną twarzą wskazał na fotel po drugiej stronie biurka, lekko wstał, przygładził mundur i wyciągnął rękę na powitanie.
- Witamy, nadkomisarzu Ziętek. Komisarz Janusz Kwieciński. Proszę usiąść.

Nadkomisarz Robert Ziętek od rana był wkurwiony. Złożyło się na to oczywiście wiele czynników, część racjonalnych, część niezbyt. Oddelegowanie do zespołu wydzielonego Komendy Stołecznej... Co to mogło oznaczać? Durnie myśleli, że awans. Mniejsi durnie, że ciche zesłanie po zamieceniu pod dywan jakiejś afery. Robert zaś jako ostrożny realista uważał to za szwindel. Oderwano go od jego zespołu w zasadzie z dnia na dzień. Bez żadnych przecieków, przymiarek, dyskretnych rozmów z krakowskim szefostwem. Faks na biurko Komendanta i wyjazd. Ani od poniedziałku, ani od nowego roku... Coś tu nie grało. To nie było na pokaz. Zaczynał wierzyć, że naprawdę jedzie do roboty, bo ktoś o nim pomyślał jako o starym psie... Oznaczało to sprawę wewnętrzną i nie chcieli angażować nikogo ze stolycy. Czyli największe gówno jakie można sobie wyobrazić w pracy śledczego - ściganie kolegów i sranie do własnego gniazda. Mogło to oznaczać potrzebę spojrzenia na jakąś sprawę okiem spoza środowiska, spoza układów i powiązań, ale jednak konkretną porządną robotę kryminalną jaką umiał robić. Ostrożny rachunek prawdopodobieństwa... i wychodziło, że pięć do jednego dla gówna.
A mniej racjonalne przyczyny wkurwienia? A że tuż po Świętach, a że o ósmej rano, więc musiał przyjechać już wczoraj i spać w tanim hoteliku, bo jeszcze nie zdążył się wpisać na stan nowej jednostki i nie miał prawa do przydziału mieszkania służbowego... To że jego stare Audi złapało kapcia po drodze i musiał zasuwać lewarkiem już nawet pomijał, bo pół dnia zgrzytania zębami wystarczy. Tak jak i to, że jeszcze nie znalazł czasu by zadzwonić do Doroty.
Zaparkował pod KRP VII i przyglądnął się budynkowi. Widać było, że w kolejce do budżetu remontowego byli bliżej koryta niż Kraków. Wysiadł z samochodu, poprawił czarną, skórzaną kurtkę stawiając kołnierz. Zimno i wiało jakby się kto powiesił. Obrócił głowę w jedną i w drugą stronę, spojrzał na kilka zaparkowanych astr i nieoznakowanych renówek i fordów obsypanych śniegiem. Roztarł ręce i zerknął na zegarek. Jeszcze jest trochę czasu, bo w nowym mieście nie wiedział ile zajmie mu czasu dojazd. Wszedł w końcu do środka, czekając jak strona przed drzwiami z panelem elektronicznym. Nie znał przecież kodu i dyżurny musiał go wpuścić.

***

Skinął głową i uścisnął silnym pewnym ruchem podaną dłoń. Odruchowo przechylił się odrobinę w prawo na fotelu, tak by kabura i kajdanki z tyłu za pasem nie uwierały.
- Dziękuję. – Miał basowy, ciężki głos, pasujący do wysokiego wzrostu i barczystej budowy. Wbił przenikliwy wzrok w komisarza. Miał mgliste pojęcie, czym ma się zajmować tutaj. W oficjalnym pisemku zdążył przeczytać, że tworzony jest nowy zespół i niewiele więcej poza domysłami, które łaziły mu po głowie. Czekał więc, aż rozmówca zdecyduje się zacząć odprawę. Wyznawał prosty system, szczególnie z nowymi szarżami. Nie marnuj czasu, takie rozmowy nie są prowadzone dla wrażeń towarzyskich. Bo choć stopniem był wyższy od Kwiecińskiego, to było jego podwórko i jego zabawki i doskonale wiedzieli o tym oboje. Pytanie więc po co wam jestem potrzebny w waszej piaskownicy nie miało sensu, bo przecież zaraz mu to objaśni.
- Panie Robercie, za stary wyga jest z pana i ze mnie bym jeszcze tutaj czarował siebie i pana półsłówkami. Dlatego przejdę od razu do konkretów, bo one są tutaj najważniejsze - sięgnął do szuflady biurka i wyjął szarą teczkę. - Zespół przejmie śledztwo, które jest prowadzone od miesiąca. Jego szczegóły zostaną przekazane na osobnym spotkaniu, jak już zbiorą się wszyscy. Ja chciałem byśmy mogli spotkać się wcześniej i przekazać to, co najważniejsze. Pan, panie Robercie, będzie formalnym szefem tego zespołu. To pan składa meldunki, pan komunikuje mi i komendantowi o postępach śledztwa i to pana decyzje wpływają na jego kierunek. Nie chcę niczego narzucać ani sugerować. Z całą pewnością ktoś taki jak pan ma swoje metody i swoje podejście. Liczę na to bo sprawa trudna może nie jest, ale bardzo delikatna.
Komisarz czytał jeszcze coś w teczce po czym zamknął ją i spojrzał na siedzącego przed nim przyszłego podwładnego.
- Dostanie pan trzy osoby do zespołu. Liczę, że uda się wykorzystać ich umiejętności i zgrać tak, by śledztwo przyniosło spodziewane wyniki. Wiem, że ma pan doświadczenie w pracy w zespole i w jego kierowaniu. Zatem nie będzie to nic niezwykłego.
Taaak. Robert skinął głową. Sprawa trudna nie jest, ale jednak ściągają kogoś z zewnątrz. Delikatna, albo taka przy której można się pobrudzić. A po co topić w bagnie swojego, skoro można wziąć kogoś zza miedzy? Lampki ostrzegawcze, które wcześniej mrugały lekko teraz rozpoczęły roztańczony, kolorowy korowód.
- Rozumiem, panie komisarzu. Kilka pytań mi się nasuwa od razu, a jak wiadomo na jasnych sytuacjach wszyscy wychodzą lepiej. Śledztwo prowadzone od miesiąca? Jaki jest powód montowania nowego zespołu? – może zbyt bezpośrednio, bo to w meritum sprawy nie wchodziło, ale chciał wiedzieć na czym stoi. Jeśli odpowie, będzie miał jakiś ogląd na to w jakim stopniu rozgrzebana jest ta sprawa...
- Po drugie, mój zespół. Czy przed spotkaniem z nimi dostanę informacje z akt o tych ludziach? Chciałbym od razu wiedzieć czego się spodziewać. – Robert uśmiechnął się samymi wargami, oczy nadal świdrowały dziury w komisarzu. – Jeśli natomiast wzywani byli tutaj w trybie ekspresowym jak ja i akta personalne zostały w macierzystych jednostkach... To może pan mi ich trochę przybliży? I trzecia kwestia, wiem że o sprawie będziemy rozmawiać w szerszym gronie, bo nie ma sensu strzępić języka kilka razy. Ale może choć ogólnie, żebym wiedział jak to półka. Zabójstwo, coś gospodarczego, narkotyki, handel ludźmi? Polityka?
Ostatnie słowo wypluł z lekko tylko maskowaną odrazą.
- Papiery jeszcze idą więc najwyżej przedstawię tylko krótko kogo będzie miał pan u siebie. Chodzi tutaj tak naprawdę o aspiranta, a w zasadzie aspirantkę, która jest po krótkim przeszkoleniu i w zasadzie bez doświadczenia na służbie w mieście. Nazywa się Eliza Popiołek i wydaje się, że będzie z niej jeszcze dobry glina. Dobra rodzina z tradycjami. Jej ojciec jest komendantem i wspominał by o tym nie mówić. Lepiej, żeby pan wiedział. Poza panią Popiołek będzie jeszcze dwóch specjalistów na stałe do wykorzystania, o ile będzie konieczność. Nie jest może to za bardzo imponujący zespół, ale sadzę, że uda się panu z niego wykrzesać wszystko to, co najlepsze. Jednym ze specjalistów jest Michał Brender. Obyty policjant ze specjalizacją w analizie danych oraz prawie międzynarodowym. Do tego zna z pięć języków, ma wtyki w Interpolu, pracował w ramach MEPA, szkolił się w WEGA - sądzę że będzie z niego pożytek. Wrócił dopiero co z Austrii i jest gotowy podjąć pracę. I wreszcie pani Julia Kazan - psycholog, psychiatra, negocjator i mediator w jednym. Jak sam pan widzi, jest w czym wybierać i zakres możliwości jest duży.
Komisarz odchylił się na krześle, które cichutko trzasnęło.
- Sprawa jest delikatna bo dotyczy śmierci policjanta. Co prawda emerytowanego, ale jednak policjanta. Jest podejrzenie, że nie był to ani nieszczęśliwy wypadek ani śmierć samobójcza. Na chwilę obecną to wiemy. Reszta już musi zostać zbadana w toku śledztwa. Oczywiście dotychczasowe materiały, zdjęcia i wszystko inne zostanie przekazane. Wszystkim będzie zależeć na tym, by sprawę zbadać. Nie można niestety wykluczyć na chwilę obecną jakiejkolwiek roli osób trzecich. Zatem czy to polityka, czy zemsta czy jeszcze coś innego musi zostać ustalone.
Hmm, na pierwsze pytanie nie odpowiedział, ale brak odpowiedzi to też wskazówka. Może miejscowi spieprzyli i nie ma powodu do dumy? Zespół był zdywersyfikowany jak jasna cholera. Analizował szybko to co usłyszał.
Młoda dziewczyna po oficerce w Szczytnie, bo tylko w taki sposób dochrapała się już aspiranta bez doświadczenia. Plecak, tatuś załatwił posadkę. Pierwsze wrażenie mocno niekorzystne. Ciekawe czy będzie trzeba niańczyć... Z drugiej strony komisarz zapunktował mówiąc o tatusiu komendancie od razu, a nie wystawiając go na minę.
Idźmy dalej. Spec po Mitel Europejsze Policaj Akademi. Szlag, nawet w myślach jego niemiecki brzmiał tak, jakby umiał tylko kazać podnieść jeńcom wysoko ręce... Słyszał plotki że współpraca z MEPA się będzie kończyć jakoś na dniach, pewnie dlatego rzucili go tutaj. WEGA kojarzyło mu się już bardziej mgliście. Wiener coś tam... Austriacki policyjny Specnaz, elita antyterrorystów. No no... Lingwista, komputerowiec analityk i pewnie strzelec.
Profilerka. Choć to chyba mocne spłycenie, skoro również negocjatorka i kilka innych specjalizacji. Polska szkoła podobno najlepsza w Europie w profilowaniu portretów psychologicznych. Czytał kiedyś akta Gumisia, lokalnego Unabombera, który grasował w Krakowie ładnych parę lat temu. Jego profil był tak zbieżny z tym co ustalili psychiatrzy i psycholodzy po badaniu żywego okazu, że ciarki łaziły po kręgosłupie.
Hmm. Samo meritum sprawy zaskoczyło go nieco. Może jednak alarmy włączyły mu się przedwcześnie? Zabójstwo emerytowanego policjanta wyglądało na uczciwą policyjną robotę. Może po prostu woleli kogoś z zewnątrz nie po to by go udupić w razie niewykrycia sprawców, ale z innych powodów?
- Dziękuję panie komisarzu. – Powiedział w końcu, przechodząc do spraw personalnych jego zespołu. Tak, jego zespołu. Robert szybko wchodził w przydzielane mu role. To już byli jego ludzie, o których należy zadbać. – Prosiłbym o szybkie zakwaterowanie, tych którzy są spoza miasta. Szukanie mieszkań na gwałt, czy włóczenie się po hotelach nie wychodzi na dobre a spędzimy tutaj trochę czasu. Rozumiem, że zespół będzie miał również dostęp do podstawowego sprzętu na Komendzie. Laptopy, komórki, samochód?
- Cieszę się - chyba pierwszy raz od momentu pobytu Roberta w tym miejscu, dostrzegł uśmiech na twarzy komisarza. - Oczywiście zakwaterowanie będzie dla każdego, do tego laptopy, komórki i samochód na zespół. Pokój osoby też się znajdzie, więc nie będziecie musieli gdzieś korzystać przy okazji. Szafka i biureczka też się znajdą. Od 2 stycznia przejmuje pan formalnie obowiązki kierującego zespołem. 2 stycznia, o godzinie 9.00 spotkamy się już razem i przedstawię sprawę. Pan już o niej wie, oni dowiedzą się właśnie wtedy. Wcześniej dostanie pan materiały, jakie udało się zebrać naszej ekipie. No, nie jest tego za wiele, ale jednak jest. W razie co, proszę się ze mną kontaktować. O wszelkich formalizmach jak urlopy, zwolnienia i wynagrodzenia czy przydziały proszę pytać pana Jutrznię - jest w pokoju 212. Ma już wszystkie niezbędne dokumenty oraz będzie prowadzić papierkową robotę. Wy macie działać a nie liczyć dni urlopowe.
Wąs komisarza poderwał się w uśmiechu i zawisł nad wargami jak motyl.
Skinął głową i zamruczał coś pod nosem ciągle zamyślony. Sądził, że pójdzie gorzej... Facet skoro dobierał zespół musiał wiedzieć, że jemu współpraca z przełożonymi układa się różnie. Ale trzeba było przyznać że odprawa wypadła prosto i zwięźle, za co Robert był wdzięczny. Komisarz wydawał się być konkretny, co lepiej rokowało niż współpraca z dupkiem przepełnionym samouwielbieniem i mniemaniem o swojej wszechmocy. Od tego Ziętek miał już swoją byłą żoneczkę i jej aktualnego gacha.
Dostali na wstępie całkiem niezłe warunki i obsługę kancelaryjną, o dostęp do specjalistycznych badań, laboratorium na razie nie pytał bo nie było potrzeby. Na to przyjdzie czas po zapoznaniu się z aktami.
- Z materiałami chciałbym się zapoznać natychmiast. Odwiedzę od razu pana Jutrznię, jeśli skończyliśmy.
Wyszło może trochę obcesowo, ale Robert niezbyt przejmował się konwenansami. No i co tu wiele mówić, zdążył już nabrać cholernej ciekawości odnośnie samej sprawy.
- Oczywiście. Zapraszam na początku stycznia. Jak pan odwiedzi Jutrznię to proszę potem pójść do swojego nowego pokoju. Kolega intendent panu powie gdzie. Materiały już będą czekać.
Kwieciński wstał z fotela i wyszedł zza biurka.
- Nadkomisarzu Ziętek, witamy na pokładzie - wyciągnął dłoń na przywitanie. - Liczę, że sprawa znajdzie swoje rozwiązanie szybko i profesjonalnie.

***

Pierwsze co zrobił, to poszedł do Jutrzni i podpisał mu pół tony papierów. Wyszedł jednak już bogatszy w klucze do mieszkania służbowego, klucze do przydzielonego samochodu, laptopa i komórkę. Poprosił by akta zaniesiono do ich wydzielonego gabinetu a sam zszedł na dół i wyszedł na miasto.
Z auta wyciągnął swoją teczkę, w kiosku zaś kupił dwa plany miasta, kawę i kubek. Uzbrojony w niezbędnik śledczego wrócił do pokoju i zabrał się za akta. Przestudiowanie wszystkiego dokładnie zajęło mu ponad trzy godziny. Dwa spore tomy akt i załączone dowody rzeczowe, które też kazał od razu przynieść z magazynu.
Przeglądał i notował sobie od razu kwestie, które trzeba będzie dorobić i sprawdzić. W pewnej chwili pochylił się nad jednym z kluczy. Szlag, literki jak mrówki...
Podszedł do drzwi i zamknął od środka gabinet po czym z teczki wygrzebał okulary i założył je na nos. No nie pomagało dalej. Włożył ze złością pingle na swoje miejsce i wziął zdjęcie na ksero po czym powiększył zbliżeniowo cholerny napis, skopiował i włożył do materiałów.



Pierwsza rzecz do sprawdzenia. Prawdopodobnie skrytka w firmie należała do ofiary, ale pewności nie było. Mógł ją upuścić morderca. Tak, Robert zakładał po przeczytaniu akt że doszło do zabójstwa. Owszem wielowersyjność powodowała że przyczynę wypadkową też trzeba było sprawdzić. Szczególnie że Wawrzek naskładał w mieszkaniu różnych ciekawych rzeczy. To prowadziło do kolejnej notatki nadkomisarza. Trzeba załatwić biegłego od pożarnictwa i zapytać o parę rzeczy. Przede wszystkim o ten samozapłon. Fosfor, rubid i cez – brzmiało profesjonalnie na tyle, że nie każdy pewnie miał dostęp do tego typu chemikaliów. Może to też pole do popisu? Reglamentacja, czy choć rejestrowana sprzedaż? No i co najważniejsze, facet w domu miał mały arsenał. Granaty, amunicja, ze zdjęcia rozróżnił nawet samoróbkę jakiejś broni palnej. No to skoro paliło się jak diabli, czemu nie doszło do wybuchu? „Nie stwierdzono śladów prochu, ani oznak detonacji czy eksplozji...” Może specjalista wyjaśni, ale najpierw trzeba przejechać się na miejsce zdarzenia. Może po prostu te wybuchowe szpeja trzymał jakoś zabezpieczone tak że ogień do nich nie dotarł?
Trzecia sprawa to kurier. Chłopaki zrobili kawał dobrej roboty wykluczając najoczywistsze wyjścia i sprawdzając co się da, ale jest pole do poprawy. Droga dojazdu. Nie teleportował się na miejsce, trzeba będzie sprawdzić czy na okolicznych kamerach monitoringu nie zarejestrował się furgon DHL. Nie znał cholera miasta, nie miał nawet pojęcia czy w okolicy działa jakiś monitoring miejski jak w centrum Krakowa. No ale może hotele, banki, bankomaty pomogą. Trzeba będzie docisnąć świadków i precyzyjniej ustalić kiedy mógł on się pojawić w okolicy budynku, bo inaczej ślęczenie nad zapisami kamer doprowadzi kogoś do pasji. Ale na razie trzeba ten monitoring zabezpieczyć.
Świadkowie to kolejny temat. Ci z miejsca zdarzenia to jedna grupa, ale trzeba też poszukać głębiej. Skoro zbierał militaria, może ktoś z tego kręgu. Może należał do jakiegoś klubu? Może spisał gdzieś swoje zbiory, wystawiał, prezentował? Rubid, cez i fosfor nie pasował co prawda do zacierania śladów przez włamywaczy, ale może to właśnie tło rabunkowe? Szczególnie że kolejny z kluczy wyglądał jakoś tak jak od kasy pancernej czy sejfu. Następny powód by pooglądać jeszcze spalone mieszkanie. Hmm a ten? Od samochodu? Ucierpiał mocno od pożaru. Trzeba sprawdzić czy Wawrzek miał zarejestrowany w CEPiK-u samochód na siebie.

Nawet się nie obejrzał jak ciemno się zrobiło. Akta schował do szafy, nie chciał brać ich do mieszkania. Miał kilka dni na zapoznanie się z komendą, zadzwonienie do Doroty i odbębnienie sylwestra. Szybko się okazało że córka razem z narzeczonym wyjechali w góry, ale kiedy tłumaczył że zahaczy się w Warszawie na jakiś czas, Dorota była chyba zadowolona. Umówili się że spotkają się zaraz po jej powrocie.

***

Robert siedział i przyglądał się ludziom wchodzącym do sali konferencyjnej uważnie. Był wysokim i barczystym mężczyzną, ubranym z czarny golf i dżinsy. Sam dzielił uwagę pomiędzy to co mówił poprzedni referent sprawy, a obserwację członków nowego zespołu. Dla nich zawartość akt i to co mówił Janusz Kierat było nowością, on znał już akta. Interesowało go to co pierwsze zwróci uwagę zespołu, o co będą pytać. Sam jednak zanim zaczęli, wstał, przywitał się krótko i przedstawił:
- Witam państwa, Nazywam się nadkomisarz Robert Ziętek i jak to zostało powiedziane nadzoruję pracę naszego zespołu. Oznacza to dwie rzeczy – chciał by od razu byłą jasność w tych kwestiach. – Nie musicie się przejmować kontaktami z szefostwem Komendy, prokuratorem nadzorującym sprawę i ewentualnie pismakami. To moja działka, wy możecie się skupić na pracy merytorycznej. Druga sprawa to że odpowiedzialność za pracę zespołu spada przede wszystkim na mnie, a więc będę od was wymagał skupienia i szybkiego działania. Przede wszystkim zaś skutecznego. Kwestie organizacyjne mamy już ułożone, ci spoza miasta dostali przydziały do mieszkań służbowych, formalności załatwimy potem. Teraz jest dobra okazja by pytać referenta o to co się państwu nasunęło na gorąco.

Tak, było to nie fair, bo sam miał dużo więcej czasu, ale postanowił od razu urządzić sobie test. Dlatego też nie spieszył się z pytaniami odnośnie meritum. Szczególnie uważnie zaczął przyglądać się młodszej aspirantce Elizie Popiołek. Musi się pilnować by przy szefostwie nie wyskoczyć do niej per "Plecak"...
 
Harard jest offline