Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 18-12-2013, 20:48   #7
Kerm
Administrator
 
Kerm's Avatar
 
Tymczasem młody hrabia, patrzył na zebranych z zaskoczeniem wymalowanym na twarzy.
- Eee… ten tego… Dzień dobry? - mruknął. - W sumie to chyba was zatrudnię, lecz zważywszy na sytuację, proponuję przenieść się w inne miejsce - dodał, najwyraźniej nie ogarniając, co się dookoła niego dzieje. Dopiero pociągnięty w stronę wyjścia, ruszył.
Grupa znalazła się w rekwizytorni i jedynie światełko na końcu pomieszczenia (no i powiew powiatrza) wskazywały, gdzie jest wyjście. Niestety w pomieszczenie było tak zagracone, że utworzył się tu istny labirynt.
Mam nadzieję, że to nie był jakiś test, pomyślał Roger, bo to by kiepsko świadczyło o naszym pracodawcy..
- Rzeczywiście nie ma tu odpowiednich warunków na kulturalne dyskusje - zgodził się z przedmówcą. - Dzień dobry - przywitał się, nie chcąc w grzecznościach ustąpić hrabiemu.
Nie czekając na ewentualne wypowiedzi innych uczestników wycieczki ruszył w stronę, gdzie nikłe światełko sugerowało nie ciąg dalszy pożaru, a najzwyklejsze na świecie wyjście.
- No bo wiecie! Mam długą listę wymagań… - mówił Theodio, wyciągając zwój zza pasa. - Czy któreś z was jest uczulone na orzechy? - zapytał, cały czas idąc za Rogerem.
- Nie - odparł Roger. - Ale nie wiem, jak inni - dodał profilaktycznie.
Na czym, na wysokie niebiosa, ma polegac ta misja? pomyślał.
- Wyśmienicie, muszę to zanotować… - Młody hrabia zaczął oklepywać się po kieszeniach i nagle stanął jak wrtyty, przez co idąca za nim Lia omal na niego nie wpadła. - Zapomniałem pióra! - zawołał, obracając się.
- Wyrwiemy jakieś z najbliższej napotkanej gęsi - zapewnił go szybko Roger. - Tamto już zapewne uleciało z dymem - dodał.
- No ale ja lubiłem tamto pióro! - odparł niepocieszony hrabia, dalej stojąc w miejscu. Zdawało się, że gdyby nie to, że przejście było zablokowane, już dawno ruszyłby w stronę niebezpieczeństwa.
- Chodźcie szybko, ogień sie rozprzestrzenia bardziej niż myśleliśmy! - pogonił grzecznie Naith, gdyż nie był przyzwyczajony do tak bliskiej obecności sławnych ludzi jak hrabia. – Ogień już dawno pożarł pańskie pióro,a ryzykownie byłoby wracać.
Jakby najważniejsze było pióro….
-Ciekawe, iż uczulenie na orzechy dyskwalifikuje kogokolwiek z pełnienia ci służby, mości hrabio. Dzięki Bogu mogę je spozywac i nawet bardzo lubię, jeśli jest to dla hrabii ważne - powiedziała Lia niemal wpadając na swego przyszłego pracodawcę. - A teraz proponuję się pospieszyć, jeśli nie chcemy zostać usmażeni żywcem.
-Także mogę je spożywać.- powiedział Naith, po czym dodał oglądając się nerwowo na pożar: -Lecz sugeruję posłuchać się tej pięknej damy.
I ruszył w kierunku wyjścia.
- Ech… Niech wam będzie… - burknął Theodio, ruszając niemrawo w stronę wyjścia. Kiedy znaleźli się przy drzwiach, zobaczyli czyjąś głowę, zaglądającą ciekawsko do środka.
- O cholera… Idą! - zawołał ktoś na zewnątrz.
- Idioto! Nie wiesz, co znaczy słowo “zasadzka”?! - ryknął ktoś w odpowiedzi i po chwili rozległ się jęk.
- Zchadzka…? - zapytał zdumiony hrabia.
- Taaa, schadzka... - mruknął Roger, na wszelki wypadek odsuwając hrabiego na bok. - Dajcie jakiegoś manekina i puścimy go przodem. Niech on wpadnie w czułe objęcia czekających - zaproponował.
Furin ucapił byle jaki kawał drewna ubrany w stare futro zasiedlone tłumnie przez mole i cisnął go silnie w stronę wyjścia, rycząc na całe gardło:
-Na pohybel skurwysynom!.
Kiedy kukła wyleciała na zewnątrz, niemal w tym samym momencie spadła na nią siatka.
- Haha! Mamy go! - zawołał radośnie głos, a dwie sylwetki rzuciły się na pakunek.
- Brać go i zmiatamy! - zawołał kolejny głos.
- Ale ich było tam więęęęcej! - odparł ktoś niepewnie. W tym momencie głowy zwróciły się do środka i ujrzeli zgromadzonych.
- No co, drugiej obsady nie widzieli? Wasz hrabia tam pobiegł! - rzucił Furin, pokazując palcem w stronę wejścia na scenę. - Gońcie go, może zdążycie, zanim wam zwieje!
Roger w tym samym momencie przygotował się, by w razie konieczności zatkać usta hrabiego i nie zdradzić “niespodzianki”. I jak najbardziej słusznie, gdyż arystokrata już chciał zapytać, o co właściwie chodzi. Wydał z siebie jedynie zduszone: “myeyy”.
Grupka mężczyzn spojrzała jednak na nich podejrzliwie.
- A kogo wy niby graliście? Widzieliśmy niemal całe przedstawienie i nikogo takiego w nim nie było… - burknął najwyższy z grupki, najwyraźniej ich “dowódza”.
-A bo hrabiuńcio opłacił drugie jeszcze, co to w nim miał przedstawić zadanie tym, co to ich miał zatrudnić. Bo on w ogóle teatr kocha, jak to człek uczony i obyty, i tak mu było bardziej w smak, niźli tłumaczyć jako krowie na rowie. - bez mrugnięcia okiem odpowiedział krasnolud.
- A wy z nami rozmawiajcie dalej, to cel wam ucieknie - dodał z uśmiechem Naith.
- A skąd wiecie, że szukamy hrabiego? - warknął w odpowiedzi drab.
- Właśnie! I wcale nie wyglądają jak ci… no… aktyrzy! - dodał inny.
- A wy nie wyglądacie na takich, którzy wiedzą jak wyglądają aktorzy. My chcemy wydostać się z płomieni, a jeśli macie ochotę, to gońcie kogo tam potrzebujecie. Nam nic do tego. - odpowiedziała pewnym głosem.
Roger w tym czasie starał się zasłonić swoją osobą hrabiego.
- To kogo w końcu szukacie? - spytał. Równocześnie zastanawiał się, któremu z napastników przywalić jako pierwszemu. Gdyby oczywiście doszło do takiej sytuacji.
Furin złapał wzrokiem jego spojrzenie i delikatnie skinął w stronę przywódcy napastników. Doświadczenie nauczyło go, że jeśli oddział pozbawi się dowódcy, choćby przygłupiego, to zapanuje w nim chaos i rozprzężenie, co zwykle dawało znaczną przewagę drugiej stronie...
Między grupką hrabiego panowało lekkie napięcie, gotowość do skoku. Naith zastanawiał się nad zdjęciem rabusia stojącego lekko z boku. Spojrzał na krasnoluda, który zerkał w stronę innego ze sprzymierzeńców. Lekko musnął sztylet wystający z paska, aby upewnić się, czy dalej tam jest.
-No to co? Idziecie szukać? Jeszcze chwila i go nie będzie. -zapytała Lia.
- A nie dziwota, że go szukacie. To najpopularniejszy zdaje się człowiek w okolicy - dorzucił Roger. - Nie jesteście jedyni. tak z piętnaście osób wprost go sobie wyrywało z rąk.
- Mhyyyyym? - usiłował zapytać hrabia, zerkając na Rogera zdumiony.
- Mam pomysł. A może was po prostu tu zamkniemy… - rzucił jeden z drabów, kopiąc zwitek na ziemi. - My już mamy hrabiego! HA!
Płomienie zaczęły trzaskać radośnie w rekwizytorni, odcinając drogę na widownię. Jeszcze chwila i skończą usmażeni.
Trefniś trzymał się nieco z tyłu, za grupą która złapawszy hrabiego ruszyła do ucieczki z płonącego teatru. Wolał ich, przynajmniej na razie, unikać. Mogli mu przeszkodzić!
Kroczył więc za nimi bezpiecznie z tyłu. Uzbrojony błazen niczym duch natychmiast zniknął gdzieś w rekwizytorni. Wyczuł okazję do zabawy!
Kapelusze i tak dalej, taki fetysz. Ale żaden mu niestety nie pasował… Rozczarowany miał już ruszac dalej, na poszukiwanie wyjścia, gdy usłyszał rozmowę. Posłuchał, pokiwał głową z poważną miną. Ta kłótnia wydała mu się zabawna- przynajmniej do czasu, gdy blokującym przejście nie przyszedł do głowy durny pomysł zamknięcia przejścia. Na to Illuri pozwolić nie mógł. Może do działania skłoniły go też płomienie, które niemal zaczęły pieścić już jego pośladki?
Wyskoczył więc z szaleńczym uśmiechem oraz równie szaleńczymi iskierkami w oczach z ukrycia i skoczył między obie grupy. Zwrócił głowę w kierunku tych, którzy aktualnie byli w posiadaniu hrabiego. Tego prawdziwego.
- Ach, moja teatralna trupa! Powinniście być już daleko! A was tu nadal cała kupa! Chroń nas, boska opieko!- wzniósł teatralnie oczy ku niebu. Zapomniał jednak zrobić zbolałą minę- Chodźcie, prędko, czasu nie ma wiele! Ale… - tym razem uśmiech na jego twarzy zamienił się w ponury grymas, jednocześnie popatrzył w stronę niedoszłych porywaczy arystokraty. Ton jego głosu wyraźnie stał się wyższy, niemal piskliwy- Wy! Zatrzymujecie grupę z Illurim na czele! Wy… oprawcy… Skurwiele! Jeśli się nie wycofacie, na proch was spopielę! Stać na drodze zastępczym aktorom, cóż to za maniera?! Puszczać nas szybko, nim spłonie cholerna kwatera! - wykrzykując kolejne słowa coraz mocniej ściskał nóż ukryty w rękawie. Cóż, troszkę się uniósł. Ale porywy gniewu dopadają każdego, a szczególnie jeśli ktoś jest chory. Trochę.
Oprychy popatrzyły na siebie, wzruszając ramionami.
- Zamykać - polecił jeden z nich, a przydupasy zaraz rzuciły się do spełniania rozkazu.
Naith na razie w napięciu patrzył na całą rozmowę, lecz widząc, że jeden z niedoszłych oprawców chwycił za drzwi i zaczął je zamykać, skoczył wkładając but między je a framugę. Czując, że wrota zaczynają miażdżyć mu stopę spojrzał na błazna i krzyknął:
- Pomóż mi! Pomóżcie mi trzymać te cholerne drzwi!
-Sunąć rzyci! - Ryknął Furin, zamierzając się mieczyskiem.
Naith zauważając, że ciężki krasnolud biegnie w stronę drzwi z wyciągniętym mieczem, chcąc uniknąć śmierci poprzez staranowanie, wyciągnął z wysiłkiem obolałą stopę z drzwi i odskoczył mu z drogi ciągnąc za sobą błazna.
Krasnolud, choć kurduplem był, jak każdy przedstawiciel jego rasy, to swoją wagę miał - zasługa piwa, dobrych mięsiw i wieloletniego treningu. Zaciął więc potężnie w drzwi z dobiegu, rozbijając je w drzazgi. Kilka smętnych kawałków zostało co prawda na zawiasach, których żelazne okucia wytrzymały natarcie, nie mniej jednak Furin nie był zaskoczony. To cięcie obalało już jeźdźców wraz z końmi.
- Czy pożar, czy śmierć, przedstawienie musi trwać - zacytował (może niezbyt dokładnie) Roger, ruszając za przebojowym krasnoludem i ciągnąc za sobą hrabiego.
Lia nie komentując zaszłej sytuacji ruszyła za resztą swych towarzyszy. Ktoś musiał osłaniac hrabię od tyłu.
Ponury grymas zmienił się w wyraz prawdziwego, głębokiego zamyślenia. Illuri przybrawszy minę filozofa… Zawiesił się. Rozważał w głowie wszelkie możliwe scenariusze, które mógłby teraz odegrać. Stanął więc, jedną z dłoni przykładając do lekko rozdziawionych ust, marszcząc brwi.
Nie słyszał wokół żadnych głosów. Nie zwracał na nie po prostu uwagi. Potrzebował oczyszczenia umysłu. Zdołał tego dokonac dopiero wtedy, kiedy w jego kierunku szarżował już krasnolud. Błazen uśmiechnął się głupio i patrząc na kurdupla. Chyba nie miał ochoty odchodzić…. Prawdopodobnie nie miał też instynktu samozachowawczego.
Z pomocą przybył jednak sojusznik i Illuri został bezpiecznie odciągnięty z pola rażenia krasnoludzkiego ciosu. Wyglądał na wzburzonego, Naith został obdarzony wrednym spojrzeniem…
-Jeszcze mi tu jakichś uścisków brakuje! - krzyknął wyrywając się mężczyźnie, który prawdopodobnie uratował mu życie. Obejrzał się, po czym widząc roztrzaskane drzwi podrapał się po głowie, uśmiechnął, odwrócił do wybawcy i dodał przymilnym tonem. - Ach… A jednak panu podziękuję!
W jego dłoni momentalnie pojawił się błyszczący, ostry nóż. Posłał jeszcze jeden uśmiech wybawcy, po czym w podskokach, śmiejąc się cicho, pobiegł zabawić się w „Ten, kto zamknął drzwi, zaraz będzie miał mój sztylet w brzuchu!”.
Naith uśmiechnął się, gdy błazen podziękował za uratowanie go. Nigdy nie miał do czynienia z takimi rzeczami. Nigdy nie uratował komuś życia... a przynajmniej nie uratował od pewnego bólu. Zobaczył jednak, że błazen wyciąga sztylet i chichocząc zmierza w stronę rabusia. Pośród wszechobecnego dymu wydobywającego się z teatru i kurzu, który wzburzył szarżujący krasnolud, Naith trzymając się lekko na uboczu wziął na celownik tego stojącego najdalej. Wyciągnął strzałę, nałożył na cięciwę, zmarszczył brwi i wycelował. Zawsze wyciągał język przy maksymalnym skupieniu. Przyzwał wszystkie swoje umiejętności wyuczone w 9 letniej praktyce w szkole dla zwiadowców. Przyciągnął cięciwę bliżej ucha i wystrzelił. Z ust rabusia wyrwał się krzyk, gdy spojrzał z przerażeniem na strzałę sterczącą z klatki piersiowej, krzyknął. Spróbował wyrwać ją z ciała, jednak tylko stęknął cicho i padł nieprzytomny na ziemię.
Po szarży krasnoluda, na ziemię (przygniecionych przez drzwi) padło dwóch mężczyzn, którzy usiłowali odciąć naszym bohaterom drogę ucieczki. Kolejny dostał strzałą Naitha, a jeszcze następny sztyletem Illuriego. Zbóje zamarli.
- Aaaa! Mordują! - zawołał przerażony jeden z nich.
Dwóch, którzy trzymali “hrabiego” rzuciło się do ucieczki i w sumie nie trzeba było długo czekać, żeby reszta (na czele z tym, który wydawał im polecenia), poszła w ich ślady.
Roger, ciągnąc za sobą hrabiego, przebiegł po resztkach drzwi, co spowodwało jęk pechowca, któremu przytrafiło się leżeć pod ciężkimi dechami. Gdy wreszcie znaleźli się poza potencjalnym zasięgiem płomieni Roger wypuścił z rąk rękaw eleganckiego hrabiowskiego płaszcza i ściagnął z pleców łuk. Nie miał zamiaru dopuścić do tego, by opryszki, którzy usiłowali zamienić ich grupkę w pieczeń w sosie własnym uszli cało i zdrowo. Starannie wycelował w plecy przywódcy tamtej bandy i strzelił. Widząc, że Roger już zajął się przywódcą bandy, Furin wyszarpnął zza pazuchy pusty gliniany baniaczek po piwie i rzucił mocno w jednego z pozostałych uciekinierów.
- Niech to szlag! - powiedział Roger widząc, jak bandzior, którego chciał ustrzelić, ucieka unosząc strzałę, która przebiła rękaw jego kurtki.
- Eee… - mruknął Theodio, rozglądając się. - To omawiamy interesy?
Teatr tymczasem palił się w najlepsze, a ogień powoli zaczął przenosić się na las z drugiej strony, gdzie płomienie szybciej się rozprzestrzeniły.
-Nie teraz. Teraz to winniśmy bieżyć, by zachować swą rzyć od upieczenia. - odrzekł krasnolud, wskazując ręką na fragment lasu, który już zaczął się palić.
- I co, pozwolimy im tak umknąć? - spytał się Naith. – A jak dopadną nas później niepostrzeżenie?
-A jak ich chcesz niby dopaść, skoro czerwony kur trawi już skraj lasu, a my ich nawet już nie widzimy? - odpowiedział Furin
- A-ale… jak to tak bez umowy…? O nie! Moje dokumenty! - zawołał wystraszony hrabia, rzucając się w stronę wejścia. - Zapomniałem ich!
- Zaraz, zaraz. Stop, panie hrabio! - Roger zatrzymał ich pracodawcę, zanim ten rzucił się na stos w celach dokonania samospalenia. - Wszak ma je pan w kieszeni.
Szlachcic zaczął oklepywać wszystkie kieszenie i uśmiechnął się promiennie.
- Znalazłem pióro! - zawołał radośnie, wyciągając flakonik z atramentem. - To co ja miałem… ach! Orzechy… chwileczkę… - Na czystej kartce, którą trzymał przypiętą do małej deseczki, naskrobał pięknym pismem kilka słów. - No to dobrze… umowy… Umowy zostały w środku! - zawołał ponownie, spoglądając błagalnie w stronę wejścia do teatru. Płonącego w najlepsze teatru...
Naith przyglądając się z bliska scenie z hrabią i Rogerem, rzucił zniecierpliwionym wzrokiem w stronę krasnoluda. Zaczął już mieć nadzieję, że szybko podpisze papiery i się od bogacza uwolni. Na razie.
- Wszak wystarczy sporządzić następne - zapewnił Roger. - Nie były jeszcze podpisane - dodał - więc to żadna strata.
- Ale… tyle się napracowałem… Tyle pracy włożyłem! Tyle… zmarnowanych godzin. - Załamany Theodio przycupnął na piętach, spoglądając na Rogera z miną nieszczęśnika na ustach. Westchnął. - No ale dobra! - zawołał, podrywając się na równe nogi. - A więc! Im szybciej ruszymy w stronę rezydencji, tym szybciej sporządzimy nowe papiery. Opowiecie mi coś o sobie po drodze! - Zarządził.
- Ja tam jestem najemnikiem. Prawdopodobnie twój dziad, hrabio, mógłby pamiętać początki mojej kariery. To było sześćdziesiąt lat temu, po tym, jak musiałem opuścić klan na skutek spisku. A i zacząłem nie byle jak - po dziś pamiętam pierwszą nagrodę… Ten bandyta sam się na mnie napatoczył, jeszczem szczylem był… A ten miecz to właśnie po nim… Zwą go Ostrzem Zachodu - to od tego czerwonego blasku klingi. - nieco chaotycznie i skrótowo swoją historię przedstawił Furin. Widać było, że nie byl chętny, by wdawać się w szczegóły na temat swojej młodości. Młody hrabia tymczasem stał i wszystko skrzętnie notował.
- Zwą mnie Roger - przedstawił się kolejny z potencjalnych pracowników jaśnie wielmożnego pana hrabiego. - Moja kariera z pewnością jest krótsza i nie tak burzliwa, jak mojego przedmówcy - mówił dalej - a najbardziej interesują mnie pułapki i zamki. Takie do otwierania - wyjaśnił, jako że hrabia do najbardziej lotnych osobników nie należał i źle mógł pojąć niektóre słowa.
- Mości hrabio, chodźmy w stronę placu, a resztę opowiemy w drodze. - powiedział Naith. - Ja jestem Naith Koll. Moje doświadczenie jest nikłe, lecz sprawdziłem się w szkole dla zwiadowców, w kórej pobierałem nauki przez 9 lat. Pana misja, hrabio, miała być dla mnie sprawdzianem umiejętności. Najbardziej lubię strzelać z łuku, co mnie naprawdę odpręża, a zwiadu w drużynie nigdy za mało.
Spojrzał na hrabię z uśmiechem.
- Możesz powtórzyć część ze zwiadowcami? - zapytał zafrasowany Theodio, nie nadążając notować.
- Mowiłem, że byłem w szkole dla zwiadowców przez 9 lat. - odrzekł Naith - A tymczasem zapraszam w stronę placu- powiedziawszy to, chłopak złapał hrabiego lekko za ramię i pociągnął za sobą idąc przed siebie. -Tu chodzi o nasze życie, o niespalenie się- dodał i mrugnął.
- Ach… w sumie racja - mruknął młody hrabia, rozglądając się dokoła, jakby dopiero zauważył płomienie.
-Ech… Nigdy nie zrozumiem ludzi… Wyleźliśmy z tej pożogi tylko po to, co by upiec się na wolnym powietrzu? Chodu, ludu, chodu! - rzeknął był Furin, ciągnąc zwiadowcę i hrabiego w stronę placu. W sumie stwierdził, że jeśli ruszy z miejsca tych dwóch, to reszta jakoś już podąży w ślad za nimi...
Roger, rozglądając się na wszystkie strony i z bronią gotową do strzału, ruszył w stronę, która zdała mu się wolną, przynajmniej chwilowo, wolną od ognia. Problem polegał na tym, że tam też mogli się zatrzymać ich przeciwnicy.
-Kto co ma ku obronie, niech dzierży silno… A i czujność wzmóżcie, mości państwo, iżby nas owi zbóje z opuszczonym orężem nie zastali… - rzekł Furin, głośno artykułując myśli i obawy reszty drużyny, po czym poprawił chwyt swej mocarnej prawicy na rękojeści mieczyska.
- Hmm… dziwne… nie zamawiałem sztucznych ogni… - dumał Theodio.
Na placu było kilkadziesiąt osób, trwożnie spoglądających na ogień. Było też kilku magów, którzy usilnie starali się powstrzymać ogień. Niestety. Wody w strukyku zdecydowanie nie starczało, a skraplanie pary w tych warunkach szło nadzwyczaj opornie. Byli też tacy, którzy posiadali odpowiedni Talizman, alby chociaż spróbować kontrolować ogień. Pewna rozczochrana czarownica śmiała się, odsyłając kolejne płomienie.
Chowańce magów, zwierzęta, również usiłowały pomóc, jednak szło im to… cóż. Niezbyt dobrze.
 
Kerm jest offline