Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 08-07-2014, 11:10   #7
liliel
 
liliel's Avatar
 
Reputacja: 9622 liliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputację
- Niech się pan nie rusza, teraz zdejmę szwy – Rebecca przysiadła na łóżku rannego przywiezionego przed trzema tygodniami i otworzyła kanciastą medyczną torbę. - Swoją drogą miał pan sporo szczęścia, że się pan z tego wykaraskał. Prawdziwa opatrzność boska.
Pacjent nie skomentował tej opinii choć pani Reed miała wrażenie, że jeden z kącików jego wąskich warg ledwie zauważalnie wygiął się ku górze. Oczy mężczyzny były wielkie i czarne na kształt bezdennych studni i błyszczały niepokojąco niby trawione maligną chociaż ta odpuściła mu już wiele dni temu. Rebecca nie lubiła tych jego oczu. Wodzących za nią czujnie i natrętnie, upiornych, niemal jeżących włosy na karku. Te oczy sprawiały, że we własnym lekarskim gabinecie czuła się nie jak u siebie. Te oczy budziły irracjonalny niepokój i przywodziły na myśl straszne opowieści jakie dzieci opowiadają sobie wieczorową porą.

Profesjonalizm jednak i wrodzony altruizm nakazywał jej zignorować te przesądne dyrdymały i doglądać go przez cały okres rekonwalescencji jak i teraz, dokończyć zabieg. Sprawnie wyciągała kolejne nici rejestrując, że pacjent zachowuje się tak jakby ból nic a nic go nie obszedł albo, co gorsza, w ogóle takowego nie odczuwał. Mimo iż wróżyła mu, że nie przeżyje pierwszej nocy a z jego ciała wyciągnęła dziewięć kul on, na przekór rozsądkowi i statystyce, dochodził do siebie a rany dosłownie goiły się na nim jak na psie. Cały ten przypadek jawił się rzeczą niebywałą i choć Rebecca nie była rada, że typ ów trafił pod jej lekarskie skrzydła to jednak odczuwała pewną satysfakcję a nawet dumę z własnych umiejętności. Pacjent podziurawiony jak sito, na granicy życia i śmierci to było wyzwanie, z którym ambitna część jej natury chciała się zmierzyć i trochę teraz pyszniła się na myśl o wygranej. Ona, Rebecca Reed, dokonała niemożliwego. Wyciągnęła człowieka stoczonego niemal całkiem do otchłani śmierci, wyrwała go z jej zachłannych trzewi i przywróciła do życia. Ilekroć jednak na niego spoglądała, ilekroć zamieniała z nim zdawkowe zdanie zawsze... wątpliwości powracały. I myśl, że może powinna była zostawić go śmierci. Może kostucha za długo już pochylała nad nim swoje zakapturzone oblicze? Odcisnęła na nim swoje mroczne piętno? Albo zrobiło to samo piekło z którego ona, Becca Reed, wyciągnęła go siłą jak odbija się z więzienia groźnego przestępcę?

Tego dnia jej pacjent pierwszy raz stanął o własnych siłach.
Nie odczuwała nic ponad ulgę kiedy opuszczał, zdawało się raz na zawsze, jej gabinet i jej spokojne poukładane życie.
Kolejnego dnia usłyszała o napadzie na bank.
Dziewięć śmiertelnych ofiar.
Po jednej za każdą wyciągniętą z niego kulę, za każdą wygojoną skrupulatnie ranę.
Zbieg okoliczności czy skalkulowana w wiadomość liczba?
Nie mogła pozbyć się wrażenia, że Rod Harper śmiał jej się w twarz.
Dziewięć żyć, które obciążały po części i jej sumienie. A ile istnień miało powiększyć tą statystykę?
Dziewięć ofiar. Klienci i pracownicy banku. Kobiety i dzieci. A pośród nich szanowany bankier i najuczciwszy człowiek jakiego znała Rebecca. Jej mąż, William Reed.
Przypadkowe spotkania, pojedyncze decyzje potrafią wywrócić życie do góry dnem.
Gdyby wtedy zadrżała jej dłoń przy wyciąganiu jakiejś z kul. Gdyby nie zdołała zatamować krwotoku. Gdyby wdała się infekcja. Gdyby przyłożyła się choć odrobinę mniej...

* * *

Pogoń trwała już kilka dni i znużenie przyćmiewało umysł tępym monotonnym woalem. Bolało ją wszystko ale nie była to żadna nowość. Kilka dni w tej grupie, kilka w innej, od dość dawna otaczające ją twarze zmieniały się jak kolory w kalejdskopie, tylko Peter Price trwał u jej boku, jedyna stała na morzu zmiennych. I cel. Dominujący, determinujący. Zapuścił korzenie głęboko, zadomowił się w jej umyśle, niemal go opętał. Diabeł. To dziwne jak trafne było to miano. Niewielu wiedziało to tak dobrze jak Rebecca. Niewielu miało okazję spędzić z bezlitosnym bandytą tyle czasu i nie zapłacić za ten zaszczyt głową.

Nie lubiła słowa „wendetta”. Traktowała to zadanie raczej w ramach społecznego obowiązku. Ciężkiego kamienia współodpowiedzialności, który z pokorą dźwigała. Czy jej się podobało czy nie krew ofiar Roda Harpera splamiła po części również jej dłonie. Gdyby go nie uratowała, wtedy przed kilkoma miesiącami... Gdyby posłuchała swoich przeczuć i pozwoliła mu zwyczajnie umrzeć...

Gdyby, gdyby.

Wszystkie noce wyściełane były myślami o powtarzającym się tytule „Co by było gdyby”. Dociekliwymi, uporczywymi analizami przeszłości, której nie miała szans już zmienić. I przyszłości, która wykuwała się na ich oczach.
Pani Reed podniosła wzrok na jednookiego kowboja uśmiechając się uprzejmie.
- Zaparzę kawę, panie Price.
Nawet w polowaniu na żywych ludzi, mimo bolących kości i stawów, mimo całego wyczerpania, trzeba zachować pogodę ducha i elementarne maniery.
Rebecca rozsiodłała swoją rudą klacz samodzielnie, nie zwykła prosić mężczyzn o pomoc choć przypuszczała, że dostałaby takową z racji swojej w tej grupie wyjątkowości.

Pani Reed była kobietą już nie pierwszej młodości ale i nie leciwą, ot dojrzały owoc, który nasiąkł już mądrością życiową ale jeszcze czas miał by z mądrości ów korzystać. Po samych ruchach, gestach jak i zdawkowych wypowiedziach, w których kobieta nie była przesadnie wylewna można było poznać, że wywodzi się z możnego domu i nie brak jej ogłady, jest jednak na tyle elastyczna aby wpasować się w pościgową zgraję, nie wywyższać, nie wymagać, ba, nie narzekać nawet i będąc jedyną córą Ewy w całej tej ferajnie starała się z całą pewnością zachowywać tak, by nie prowokować do komentowania tegoż ewenementu.

Rebecca zazwyczaj nosiła się zasadnie do swego wieku i pozycji, w nobliwe acz skromne i suknie, w których rząd paciorkowych guziczków biegł wartką stateczną strugą od kibici aż po samą szyję a tam wieńczyła go kunsztowna kamea z kości słoniowej. Przez jednak ostatnie dni, wiedząc w jaką podróż się pakuje, wybrała ubiór mniej formalny, jednocześnie bardziej męski i praktyczny, z bluzką prostą o bufiastych rękawach, kamizelą z zamszowej skóry i spódnicą do ziemi z jedną ledwie halką spod której wystawały czubki kowbojskich butów. Panna Reed była co prawda posiadaczką dwóch rewolwerów, jednego colta jak i maleńkiego deringera, oba jednak zamiast przy pasie spoczywały w końskich jukach tuż obok charakterystycznej torby lekarskiej.

Kobieta wypiła kubek kawy i oddaliła się, jak miała w zwyczaju każdego wieczoru, na stronę aby dokonać prowizorycznej toalety z dala od męskich spojrzeń. Marzyła o kąpieli ale wszystko na co mogła sobie pozwolić to zwilżona wodą chusteczka, którą ścierała z siebie pył i pot.
- Dobranoc panie Price – okryła się derką i złożyła głowę na zgiętym ramieniu.
Wiedziała, że nim nadejdzie sen będzie jeszcze długo błąkać się po szlakach okrytej klątwą krainy „Co by było gdyby”.
 

Ostatnio edytowane przez liliel : 08-07-2014 o 11:31.
liliel jest offline