Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 01-11-2014, 08:33   #1
Armiel
 
Armiel's Avatar
 
Reputacja: 24483 Armiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputację
WYKLĘCI [horror 18+]

WYKLĘCI


https://www.youtube.com/watch?v=9bR_O1a_x_8

6 LAT WCZEŚNIEJ

Księżyc z trudem przebijał się przez ciemne, burzowe chmury. Silny wiatr, który powiał od strony Lake Latonka. Zanosiło się na naprawdę ostrą nawałnicę.

W stojącym na uboczu miasteczka Plymouth domu, w połowie drogi pomiędzy zwartą zabudową miasta, a otaczającymi Plymouth jeziorami, nagle zalśniły światła. Rozbłysk był wyjątkowo silny i ostry, jakby w domu ktoś odpalił wielką flarę. Gdyby ktoś spoglądał teraz w kierunku samotnie stojącego domu, ujrzałby bez wątpienia ten pokaz iluminacji.

Światło zgasło tak samo szybko, jak się pojawiło. Drzwi domu otworzyły się gwałtownie i wybiegła przez nie ubrana w nocną koszulę kobieta. Na jasnym ubraniu wyraźnie odcinały się ciemniejsze plamy, które w dziennym świetle pyszniłyby się krwistą czerwienią.

Kobieta krzyczała rozdzierająco, jak ktoś na skraju obłędu, ale jej krzyk zginął w potężnych podmuchach wiatru. Biegnąca potknęła się o ukryty w ciemnościach kamień, straciła równowagę i upadła na ziemię, rozbijając sobie kolano do krwi. Szybko jednak podniosła się na nogi i kuśtykając biegła dalej, przed siebie, byle dalej od tego, co działo się w domu. Przecięła podmokłe pola, które należały do jej rodziny wraz z domem, walcząc kolką, która nie pozwalała jej złapać oddechu.


* * *

Para nastolatków – Jeff Smith i Ronda Wanton – wracali do domu samochodem. Jeff był nieco wstawiony, bo dwie godzinki temu wypił cztery piwka i wypalił z Rondą skręta na spółkę. I rozluźniony, bo potem bzykali się dziko, w samochodzie jego starego, aż oboje krzyczeli w niebogłosy. Ronda Wanton miała zasłużoną opinię „krzywkowej dziewczyny” i Jeff korzystał z tego bez żadnych oporów.

- Chcę jeszcze – mruknęła dziewczyna i zanurkowała głową między nogi prowadzącego auto Jeffa.

Tylko idiota zrezygnowałby z darmowej pieszczoty, a Jeff przecież idiotą nie był. Jęknął z przyjemnością, zachęcając tym samym dziewczynę do bardziej śmiałych działań. Przyśpieszył odruchowo, kiedy i Ronda przyśpieszyła.
Wybiegającą na drogę postać w bieli zobaczył w ostatniej chwili, lecz nim zdążył odpowiednio szybko zareagować i wcisnąć hamulec, rozpędzony samochód uderzył w biegnącą kobietę. Ofiara uderzyła głową o szybę, pozostawiając na niej sieć pęknięć i czerwoną plamę krwi, a potem zsunęła się z maski prosto pod koła samochodu.

Kiedy przyjechała karetka, kobieta w nocnej koszuli już nie żyła.

- To Melissa Viser – szeryf, który zjawił się na miejscu wypadku bez trudu rozpoznał lubianą nauczycielkę. – Mieszkała w domu Hortona.

Szeryf poprawił pas z bronią i spojrzał w kierunku, gdzie znajdował się dom martwej kobiety.

- Tommy. Podjedź do jej domu i zawiadom jej męża.

Pół godziny później trzy karetki odjechały z domu, który miejscowi nazywali domem Hortona.

Szeryf spojrzał na ostatnią odjeżdżającą karetką.

- Cholera jasna – zamruczał pod nosem. – Mówiłem, że to się tak skończy.

- Pierdolenie – skomentował tą wypowiedź, jego zastępca.


TERAZ

- To doskonała okazja. Cena, jak na taki okazały dom, naprawdę jest przystępna – agent przyglądał się swojemu koledze po fachu, który przyjechał tutaj aż z Chicago.

- Jakieś usterki, uszkodzenia?

- Nie. Oczywiście może pan sprawdzić, panie Jurewko. Raz na pół roku agencja przysyłała tutaj konserwatora, który dokonywał najważniejszych napraw.

Agent z Chicago spojrzał na budynek. Faktycznie, wyglądał całkiem elegancko.



-Myślę, że moi klienci będą zadowoleni. O ile zejdzie pan dwadzieścia pięć tysięcy z ceny.

- W mieście jest przyjemna restauracja. Serwują tam doskonałe ryby. Może omówimy szczegóły finansowe i prawne przy obiedzie. Na koszt firmy, oczywiście.

Tomas Jurewko uśmiechnął się spoglądając na budynek.

- Dlaczego poprzedni właściciele sprzedali ten dom.

- Musieli wyjechać do Europy. Pani domu podjęła pracę w Londynie.

- No proszę.

Obaj mężczyźni wrócili do zaparkowanego pod domem samochodu. Trzasnęły drzwiczki i po chwili luksusowe, niemieckie auto, ruszyło w dół, lekko zaniedbaną drogą, na niedaleką drogę prowadzącą do Plymouth.

Przez chwilę w jednym z okien coś się poruszyło i jakby ktoś dobrze przyjrzał się jednemu z okien na pierwszym piętrze, mógłby dostrzec zarys czegoś, co przypominało ludzką, rozmazaną sylwetkę.
To miała być dla nich nowa szansa. Opuścić duże miasto, przeprowadzić się do nowego – mniejszego. Nowe środowisko. Nowi ludzie. Nowy początek.
Tak przynajmniej myśleli. To przypieczętowało decyzję o kupnie domu w Plymouth. Sprzedaż starego mieszkania, w którym zbyt wiele żyło bolesnych wspomnień, oraz oszczędności pokryły opłaty notarialne, podatki i wkład własny. Resztę załatwił kredyt hipoteczny i rodzina Cravenów stała się właścicielami dużo większego domu pod Plymouth. Domu, który w Chicago kosztowałby pięć, albo i sześć razy więcej i na którego nigdy nie byłoby ich stać, nawet gdyby zadłużyli się na kilka pokoleń.
Jednak dwudziestoletni kredyt hipoteczny na okazyjnym oprocentowaniu załatwił ziszczenie ich amerykańskiego snu.
Wszyscy doskonale wiedzieli, że nowy dom i nowe miasto daje im szansę na poskładanie wszystkiego na nowo, naprawienie. Dla większości Cravenów oczywistym było, że rodzina znajduje się na torze prowadzącym prosto do rozpadu. Coraz rzadziej ze sobą rozmawiali, a kiedy już to robili poziom konwersacji był ograniczony do tego, co w danej chwili najważniejsze: posiłków, pogody. Oddalali się od siebie. Niektórzy członkowie rodziny jeszcze podejmowali starania, żeby to zmienić. Jedni starali się bardziej, inni mniej, ale najważniejsze było, że jednak każdy chciał powrotu dawnych czasów, a każdy dzień, który przypominał tamte utracone, był czymś, co większość rodziny wypatrywała z nadzieją, marząc o tym, by dni takie wracały jak najczęściej.

* * *

1 LIPCA

Pod dom Hortona, jak miejscowi nazywali okazały, biały budynek stojący na szczycie wzgórza, niecałą milę od Plymouth, podjechała biała ciężarówka z logiem firmy przeprowadzkowej z Chicago. Za nią pojawił się jeszcze jeden samochód z którego wysiadło nieśpiesznie kilku mężczyzn w uniformach robotników.

- Dobra, panowie. Bierzemy się do roboty. Wnosić graty! Właściciele będą tutaj wczesnym wieczorem. Wszystko musi być gotowe na ich przyjazd.

- Kurde – jeden z pracowników, młody chłopak o budowie zapaśnika przetarł krótką szczecinę na głowie. – Niezła chata. Musiała kosztować mnóstwo zielonych.

- Pracuj, Andy, zarabiaj, a może też cię kiedyś będzie stać na taki dom.

- Tja. – Andy splunął na zieloną trawę na podwórzu, wyrażając własne zdanie na temat tego, co powiedział kolega.

- Dobra panienki – Masywny Joel Toronto otarł z potu swoją czarną, ogoloną na łyso głowę. – Koniec pogaduszek. Brać się do roboty.

* * *

Podróż była długa i mecząca, tym bardziej, że klimatyzacja w samochodzie szwankowała, a lipiec zaczynał się upałami.

- Zobaczycie – przekonywał rodzinę Daniel, starając się przełamać monotonię podróży. – Plymouth to ładne miasteczko. Na pewno polubicie miejscowych. Poznacie nowych przyjaciół.

- Taa – zaśmiał się Jake. Plymouth. Zanudzimy się tam.

- Nie będzie aż tak źle. Dom wam się spodoba. Byłem tam przed podpisaniem dokumentów. To piękne miejsce i duże. Każdy będzie miał swój własny pokój. Tak, jak chcieliście.

Tablica informacyjna nakazywała skręcić w lewo i informowała, że do Plymouth zostało im siedem mil.

- Już prawie jesteśmy.

Pokonali ostatni odcinek asfaltowej, krętej drogi wijącej się pomiędzy lasami i jeziorami, a potem zobaczyli dom na wzniesieniu. Biały i okazały.

Przed budynkiem stały samochody firmy przeprowadzkowej z ich rzeczami oraz karetka pogotowia, która – nim dojechali na miejsce – odjechała na sygnale mijając ich po polnej drodze, wzburzając kłęby kurzu. Daniel musiał zjechać na pobocze polnej, utwardzonej żwirem drogi, by ją przepuścić.

Kiedy podjechali na miejsce wyszedł im na spotkanie potężny Afroamerykanin
– Joel Toronto – szef ekipy przeprowadzkowej.

- Dzień dobry, panie Craven – przywitał Daniela Joel. – Mieliśmy mały wypadek podczas ustawiania mebli. Jeden z chłopaków spadł ze schodów i paskudnie się połamał. Musieliśmy przerwać pracę i, niestety, nie wszystko jeszcze wnieśliśmy. Potrzebujemy jeszcze dwóch, może trzech godzin, by wszystko było gotowe.

Daniel spojrzał na dom i krzątających się przy nim mężczyzn wnoszących rodzinne meble i kartony z ich osobistymi rzeczami.

- W mieście jest pewnie jakaś restauracja, panie Craven - Joel Toronto uśmiechnął się zachęcająco. – Niech pan weźmie tam rodzinę na obiad. Na koszt naszej firmy przeprowadzkowej. To lepsze, niż gdyby dzieciaki miały plątać się pod nogami ekipy. Wystarczy nam jeden paskudny wypadek na dzisiaj.

- Dobry pomysł, panie Toronto.

* * *

Plymouth okazało się być niewielkim miasteczkiem, w którym większość domów miała charakterystyczne dla regionu białe ściany i spadziste, pomalowane na czerwono dachy. Na pierwszy rzut oka wydawało się sympatycznym, zielonym miejscem, pełnym uśmiechniętych ludzi.

Daniel zapytał kogoś o miejsce, gdzie można było zjeść coś dobrego i tak znaleźli się w restauracji „Nad jeziorem”, wzniesionej tuż przy brzegu rozległego jeziora.

Obiad zjedli na tarasie, z którego podziwiać mogli panoramę zdominowaną przez błękit jeziora, zieleń okolicznych lasów i pól, oraz żółte barwy okalających Plymouth pól upranych. Przywykłym do wielkomiejskiego zgiełku i wszechobecnych budynków ludziom, takie miejsce mogło wydawać się … dziwne.

„Nad jeziorem” miała wyśmienitą kuchnię, a hamburgery i fishburgery podawane z doskonałymi sosami i mnóstwem frytek, smakowały wybornie. Zimne napoje i pełne żołądki poprawiły ich humory. Zadowolony Daniel zostawił solidny napiwek ucieszonej właścicielce, która poczuła się wtedy zobowiązana do podjęcia jakiejś konwersacji.

- Państwo przyjechali na długo do naszego skromnego Plymouth? – zapytała uśmiechając się kelnerka.

Daniel odpowiedział uśmiechem na uśmiech.

- Właśnie się tutaj wprowadziliśmy. Całą rodziną. Kupiliśmy ten piękny dom na wzgórzu przy mieście.

- Dom Hortona – uśmiech zszedł z twarzy kelnerki, a w tonie jej głosu pojawiła się nutka niepokoju. – Powinniście wyjechać. Ten dom powinno się spalić.

- Co pani ma na myśli? – zapytał Daniel.

Ale kelnerka nie zdążyła odpowiedzieć, bo wezwała ją właścicielka.
Po schodach na taras wszedł Joel Toronto. Uśmiechnął się na widok rodziny Cravenów.

- Zauważyłem wasz samochód na parkingu przed restauracją. Proszę. Oto klucze do domu. Wszystko stoi tak, jak państwo sobie tego życzyli. Miłego mieszkania. My musimy już jechać. Zahaczymy o szpital zobaczyć, co z Andym, naszym kumplem, który spadł ze schodów.

- Jasne. Dziękuję.

* * *

Gdy podjeżdżali pod swój nowy dom słońce chowało się już powoli na zachodzie. Wszyscy byli zmęczeni, ale też podekscytowani. W końcu to miał być ich nowy dom na całe życie.

Wyglądał … elegancko. Dwupiętrowy, okazały, biały i piękny.

Na parterze znajdował się okazały salon z wielkim, szerokim oknem prowadzącym na werandę na tyłach domu. Z kominkiem i białym pianinem ustawionym w rogu wyglądał wielkopańsko. Na parterze znajdowała się też spora kuchnia, z wielkim stołem o blacie wyłożonym białym kamieniem i mnóstwem szaf, szafek, szafeczek, które skrywały pojemną lodówkę, zamrażarkę i zmywarkę. Musieli przyznać, że przyrządzanie posiłków w takim miejscu musiało być nie lada przyjemnością. Z kuchni można było przejść do sporej jadalni, utrzymanej w kolonialnym stylu.

Na parterze była też duża łazienka, jeszcze jeden gabinet pełniący rolę biblioteki oraz spory hol, ze schodami prowadzącymi na górę i zejściem do piwnicy.

- Na górze jest sześć sypialni, dwie garderoby i dwie łazienki – wyjaśnił Daniel, który już miał okazję widzieć dom. – To prawdziwy pałac. Nasz pałac. Jesteśmy w domu.
 

Ostatnio edytowane przez Armiel : 01-11-2014 o 19:22. Powód: dodanie fragmentu tekstu
Armiel jest offline