Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 12-03-2015, 22:54   #2
killinger
 
killinger's Avatar
 
Reputacja: 13767 killinger ma wspaniałą reputacjękillinger ma wspaniałą reputacjękillinger ma wspaniałą reputacjękillinger ma wspaniałą reputacjękillinger ma wspaniałą reputacjękillinger ma wspaniałą reputacjękillinger ma wspaniałą reputacjękillinger ma wspaniałą reputacjękillinger ma wspaniałą reputacjękillinger ma wspaniałą reputacjękillinger ma wspaniałą reputację
Zieleń i biel mówiły mu, że już nie musi się bać. Polubił je, aseptyczne, bezpłciowe i nieludzko obojętne. Cały utrzymany w tej tonacji pokój szpitalny zdawał się mu czasem klatką, którą powinno się zmieść z powierzchni ziemi. Czekał na swoją panią Wolność, która powiedzie lud na barykady, jak w obrazie Delacroix'a. Czekał hipnotyzując wzrokiem wskazówkę sekundnika na zawieszonym naprzeciw łóżka ściennym zegarze.
Czasem jednak wynurzał się w biało-zielonym wszechświecie, zachwycony nim, niczym polinezyjski poławiacz pereł pierwszym zaczerpniętym oddechem po zbyt głębokim zanurzeniu w morzu. Cieszył się wtedy jak dziecko, którym po trosze się stał. Biało-zielony sztandar ścian zwyciężał wówczas w nierównej walce z mrokiem, z ciemnością która nie ma swojej nazwy, lecz którą znał dobrze. Za dobrze.

W międzyczasie nauczył się czegoś cennego. Zawieszony pomiędzy nieprzytomnym królestwem demonów podświadomości, a chwilami wytchnienia ofiarowywanymi niczym garść złota, wydzielanego poddanym dłonią skąpego władcy, poznawał coś nowego.
Swego przyjaciela. Swego Pana i Władcę. Swego Oprawcę.
Czuł dzięki niemu, że żyje. Pustka w którą On wsączał drżące macki umykała w nieznane. Szarpiąc struny neuronów, doprowadzając do omdlenia, wycieńczenia niemalże, lekce sobie ważąc puchnące miligramy opiatów w żyłach, Jego Wysokość Ból zadomowił się w jego głowie, stając nie tylko sublokatorem, ale czasem wręcz pierwszoplanową istotą w organizmie Rogera.

Bo ból był kluczem. Kluczem do zapomnienia. Cementował nieotwieralnym spoiwem szuflady, w których pogrzebana została przeszłość. Tajne akta, raporty, niebezpieczne media wszelkiej maści, zapachy, dźwięki, wszystko to-czego-już-nie-ma-i-kurwa-nie-będzie.

Nie znosił chwil, kiedy skręcone w konwulsyjnym tańcu Świętego Wita ciało, z którym dyskutował właśnie Mister Pain, rozszalałe nierytmicznymi skurczami mięśni, poddawać się musiało porcji morfiny wstrzykiwanej przez siostrę Harriett. Pochylała się wtedy zawsze w ten sam sposób, zamiatając przy tym wielkim biuściskiem. Mały złoty zegareczek przypięty do kieszeni jej fartucha podrygiwał, a on nienawidził wskazówki sekundnika, pędzącej ku swemu cyklicznemu przeznaczeniu, wiedząc że każde jej drgnienie zmniejsza okres obcowania z Przyjacielem.

Po minucie gotów był już by umrzeć. Umierał więc kilka razy na dzień, z tym że nigdy do końca. Bo zawsze u samego kresu wracał dający niepamięć i otępienie potworny i nieubłagany Władca Neuronów. Kochał go i nienawidził.

Z czasem proporcje pomiędzy owymi skrajnymi emocjami ulegać poczęły pewnej metamorfozie. Nie wiedział kiedy to zaczęło się dziać, ale w chwili, gdy po raz pierwszy odczuł pragnienie otrzymania leku przeciwbólowego, pojął istotę owej zmiany. Śmierć to droga na skróty. To łatwizna, komfortowy wybór dla tych, którzy nie mają za wiele na sumieniu.
Śmierć to luksus na który on jeszcze nie zasłużył. Bez bólu lepiej o tym pamiętał. Lepiej to rozumiał. O dziwo nauczył się pełniej cierpieć, będąc wolnym od zwykłej, choć silnie stężonej boleści.

Po tygodniach zaprzyjaźnił się ponownie. Nowy kumpel był zupełnym przeciwieństwem poprzedniego, odrzuconego bez większego żalu, przez Rogera a może przez instynkt samozachowawczy? Przyjmował go niczym gorliwy katol komunię, jak łakomy dzieciak cukierki. Żył nim, z nim i dla niego. Vicodin pokochał go z wzajemnością.

Harriett Gonzales stała się członkinią tajnego Trio. Dawała mu dużo więcej tabletek, niż dopuszczały przepisy stanowe i zalecenia w ulotkach. Obojętna, chłodna, raz tylko otworzyła się przed nim. Wyrzucił jej słowa z pamięci. Wypalił je całkowicie, wypłakał z umysłu. Vico, Harriett i on zrozumieli się jednak doskonale, połączeni splątanym węzłem popieprzonego życia, które niosło podobieństwo jej i jego historii.

Tego dnia, gdy pozwolił się wystawić na działanie promieni słonecznych w ogrodzie, obojętna pielęgniarka obwieściła mu koniec. Koniec uporządkowanego biegu rzeczy. Zbudował tu przecież tak doskonałą fortecę, tak dobrze wszystko w sobie zablokował, odgrodził i uszczelnił. Zużył na to pewnie więcej ton wirtualnej materii, niż pochłonęło stworzenie Zapory Hoovera! Wszystko na nic?

Groszkowana faktura ławeczki z piaskowca, nagrzanego wczesnoletnią, przesączoną aromatami aurą, tak nietypowo ciepłą dla tej części Stanów, przestała cieszyć go swoim komfortem, przestała w ogóle go obchodzić.

Zrozumiał, że nie ucieknie od tego, że opuszczenie murów to po prostu niezbędny i nieunikniony krok. Po raz pierwszy od nie wiadomo jakiego czasu, zdał sobie sprawę z istnienia spraw innych niż łóżko, zegar na ścianie, spacer, czy nudne oglądanie Ophrah w świetlicy. Pomyślał o zielonych banknotach, o kosztach deductible z Planem Platynowym i coinsurance, oraz o tym, że kiedyś był przewidujący i cała polisa na pewno przyda się przy rozliczeniu ze szpitalem.

Przeraził się. Trzeźwy głos w głowie, biznesowo patrzący na przyszłość, był tak różny od rozmemłanego skamlenia samoobwiniającego się kaleki, że byłby gotów przysiąc na Boga, że to podszepty szatańskie, a nie jego własne myśli.
W Boga jednak już nie wierzył, a Bóg z pewnością także stracił wiarę w Rogera.

Wtedy stracił kolejnego przyjaciela. Vicodin nagle znalazł się poza orbitą. Na scenę wkroczył pan "Up,Up and Away"! Nie, nie, nie chodzi o Supermana, ten na pewno nie zadawałby się z tak żałosną kupą gnoju, ale pojawiła się iskra, pojawił się impuls, o najsłabszym z możliwych natężeń. Impuls pchający naprzód, nie pozwalający się zatrzymywać na dłużej. Zew, którego musiał usłuchać wiedziony przeczuciem, nadzieją, lub zwyczajnie omamiony fantasmagorią z przeżartego narkotycznymi wizjami umysłu.

W drogę, kto się rusza ten żyje.
Póki żyje, może odprawiać pokutę.

 
__________________
To, co zraniło cię raz, może zranić cię dwa razy...

Ostatnio edytowane przez killinger : 13-03-2015 o 14:09. Powód: kosmetyka
killinger jest offline