Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 30-03-2015, 00:12   #6
killinger
 
killinger's Avatar
 
Reputacja: 13559 killinger ma wspaniałą reputacjękillinger ma wspaniałą reputacjękillinger ma wspaniałą reputacjękillinger ma wspaniałą reputacjękillinger ma wspaniałą reputacjękillinger ma wspaniałą reputacjękillinger ma wspaniałą reputacjękillinger ma wspaniałą reputacjękillinger ma wspaniałą reputacjękillinger ma wspaniałą reputacjękillinger ma wspaniałą reputację
Przebudzenie nie należało do miłych. Nawet średnio przyjemnych. Jeszcze nie tak dawno modliłby się po otwarciu oczu i stwierdzeniu, że urwał mu się film, by w łóżku lub łazience nie natrafić na jakieś damskie towarzystwo. Nie wybaczyłby sobie tego, ani ona...

One Mississipi, two Mississipi... thirty Missisipi
Czerwone światełko alarmu w czaszce przygasło. Pół minuty koncentracji na dekoncentrowaniu się podziałało wystarczająco.

W zasadzie to dobrze, że nie było tu żadnej laski. Biorąc pod uwagę jaki kaliber towarzystwa trafiłby wraz z nim to tego pałacu, to zdecydowanie lepiej, że nie ma nikogo prócz niego samego. Wzdrygnął się na myśl o wymęczonych, zużytych życiem, zniszczonych pracą, koką i alkoholem dziwkach w wieku późnoemerytalnym. Znów zebrało go na wymioty.
No tak, naprawdę wiedział jak wpędzić się w zły nastrój o poranku.

Uniósł się chwiejnie, zły trochę na otoczenie, które nie zaoferowało żadnego stojącego przyjaźnie obok sprzętu, ułatwiającego doprowadzenie rozdygotanego ciała do pionu. W zasadzie nie oferowało w ogóle żadnych sprzętów. Szopa była pewnie kiedyś mieszkaniem, tania kanadyjska konstrukcja, której drewniany szkielet przezierał przez odpadające elementy obicia ścian. Spomiędzy gipsowo-kartonowych, połamanych płyt przezierały też nierówne pokłady szarozielonej wełny mineralnej. To ona stała się celem jego najbliższych działań.

Podszedł powoli, lecz z pijacką godnością do najbardziej zrujnowanego kąta. Odpiął guziki spodni i z zadowoleniem zaczął oddawać mocz, celując uważnie w ciemność, w której czaiły się kłęby wełnianego ocieplenia.
- Świat jest popierdolony kolego, ale chyba na razie dość już narozrabialiśmy. W zasadzie to bardziej ja niż ty. Ty jesteś grzeczny i tak na razie zostanie. Rozumiemy się?
Penis co prawda nie odpowiedział, ale w geście pełnej aklamacji poczęstował ciemną szczelinę ostatnią kroplą cuchnącego moczu.

Spieczone alkoholem ślinianki powoli budziły się do życia. Oderwał mały guzik od mankietu koszuli i wsunął go do ust, żując niespiesznie. Pobudziło to gruczoły do pracy, co przerodziło się w niedługim czasie we względny komfort. Może to za dużo powiedziane, poczuł to raczej tak, jakby nad pustynia Mojave przez mgnienie oka spadł deszcz, ale starczyło to na razie do poprawienia nastroju.

Musiał coś ze sobą zrobić. Upijanie się nie ma żadnego sensu. Ma pigułki, ma cel i sporą drogę do pokonania. Wczoraj podjął podróż na północny wschód, by tam dotrzeć do Stanowej Dwunastki, którą dałoby się dojechać aż do Minnesoty. Od jezior do East Coast wcale nie miałby już tak daleko. To pamiętał jeszcze całkiem nieźle. Zanim się upodlił musiał dojść raczej niedaleko, pewnie znalazł jakiś opuszczony domek, jeszcze z czasów Kennedy'ego sądząc po zdewastowaniu. Zdecydowanie nie opuścił jeszcze Miles City. W takim tempie to do Gwiazdki nie zdąży odnaleźć poleconego lekarza.

Kucnął przy plecaku. Wygrzebał z niego ciemnozieloną bluzę polarową od Jacka Wolfskina, wciągnął ją bez rozpinania przez głowę by szybko się rozgrzać. Przełożył do bocznej kieszeni plecaka, zapinanej na dwa solidne rzepy Klamkę. Dobrze że się w nocy przypadkiem nie postrzelił, czyste wariactwo łazić po mieście ze spluwą. Co prawda był w Montanie, krainie najprawdziwszych kowbojów dzikiego zachodu. Nie malowanych teksańskich gogusiów śpiących na nafcie, a miejscu gdzie najtwardsi i najdzielniejsi farmerzy dochodzili bogactw, przepędzając niezliczone stada na Wschód. Czy to jednak zezwala mu od razu na stanie się rewolwerowcem?

Na razie ważniejsze są inne rzeczy niż broń. Pragnienie dawało mu się tak we znaki, że poprzysiągł sobie nigdy więcej nie pić. W zasadzie, to chyba nie pierwszy raz coś takiego postanawiał.
Luźno skojarzył za to, że przy jednym z wjazdów na highwaya stoi sobie przybytek dobrego smaku spod szyldu lokalnej sieci Wendy's. Ogromny Krowiakburger, shake, dzbanek kawy i do tego domowa szarlotka z gałką lodów. Panie, któryś stworzył Niebo i Ziemię, spraw by u Wendy już było otwarte.

Zaraz, zaraz. Skoro może iść na normalne śniadanie, to czemu nie może kupić biletu na Amtraka, albo poszukać dworca autobusowego i wygodnie ruszyć klimatyzowanym Greyhoundem?

Bo tak byłoby ci kurwa za wygodnie. Za prosto frajerze. Odpada, capisci?

Pieprzony głos w głowie miał rację. Nie jest tu po to by sobie dogadzać. Nie, nie będzie sobie niczego ułatwiać. Nie ma żadnego moralnego prawa do tego by poczuć wygodę, zadowolenie, radość. To nie ta bajka, ta nie będzie miała żadnego happy endu. Ma być cierpieniem i tyle.

Pokutą.

Smutek ścisnął mu gardło. Tak musi być. Transport publiczny zatem odrzucił. Pozostaje wędrówka, czasem autostop. To musi wystarczyć. No i oczywiście wystarczy.

Małe kawałeczki papieru, jak płatki nieco przyczernionego śniegu, wirowały po pokoju. Lekki przeciąg dowodzący nader sprawnej wentylacji rodem z dziur w ścianach, rozwiewał je tak, by układały się niejednorodnymi kupkami na ziemi. Ich wzór na pewno powiedziałby wiele wróżbiarzowi korzystającemu z magicznych akcesoriów, ale nic zupełnie nie znaczył dla zdesperowanego, żywego cieleśnie, lecz mentalnie martwego mężczyzny.
Okładki książeczki czekowej nie darł, nie miało to żadnego sensu. Na szczycie zniszczeń ulokował przełamane w pół złotą kartę Visa i pokaźnie zaopatrzoną Diner's Club. Stawiały zaciekły opór, ale pracując zapamiętale w końcu je pokonał.

Powodowany nagłym impulsem klapnął na dupsko, gorączkowo odpinając rzepy z bocznej kieszeni. Po chwili trzymał w garści Pana Klamkę. Kompozytowy uchwyt wciskał się miłośnie w jego dłoń, kokietująco ocierał się wylotem lufy o skroń. Chciał zaśpiewać, raz ale niezapomnianie, chciał zagrać pierwsze skrzypce w kakofonicznej powodzi napierających na Rogera dźwięków. Ruger wydawał się ciepły, przyjacielski. Zasłuchany w to co chciał wypowiedzieć cierpiący mężczyzna. Miał tylko słuchać, nie komentować, nie dawać rad, nie współczuć. Miał wysłuchać i przemówić na sam koniec zdecydowanym głosem.

Roger jednak nie był jeszcze gotowy na tę rozmowę. Na tę i wiele innych, które powinny się odbyć, a których nie miał siły przeprowadzić.

Wstał. Kopnął ze złością flaszkę Jacka Danielsa Single Barrel, posyłając ją prosto w zasikany kąt. Jeśli wróci do Jacka, to co najwyżej do Green Label, albo innej taniochy. Nie zasługuje na nic więcej. Tak postanowił.

Bez zbędnego ociągania ruszył w kierunku krzywych drzwi, o jednym przerdzewiałym i niemal zerwanym zawiasie. Pchnął je mocno, pozwalając by poranne słońce obejrzało go sobie dokładnie. Sam spojrzał na nie z pogardą, wyzywająco.

Ostatnia myśl na progu zrujnowanego domku dotyczyła roztapiającej się gałki lodów waniliowych na talerzyku z ciepłą szarlotką u Wendy.

 
__________________
To, co zraniło cię raz, może zranić cię dwa razy...

Ostatnio edytowane przez killinger : 30-03-2015 o 00:16. Powód: literówki
killinger jest offline